- Opowiadanie: CZARNA2 - Lengeloi

Lengeloi

Krótka historia o tym, że każdy  może mieć załamanie.

Betowali: bruce i  melendur88.  Bardzo wam dziękuję za pomoc.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Lengeloi

Delikatne pukanie rozległo się przytłumionym dźwiękiem w malutkiej celi.

– Wszystko w porządku? Nie było cię na porannym spotkaniu, mszy ani obiedzie. – Dał się słyszeć łagodny głos mężczyzny stojącego na jasnym korytarzu. Osobnik cierpliwie czekał na odpowiedź, ale kiedy cisza się przedłużała, podszedł do drzwi i przycisnął do nich ucho. – Bracie Lengeloi, jesteś tam?

Mężczyzna leżący w ciemnym pokoju naciągnął kołdrę na głowę i zwinął się w kłębek. Pragnął, aby w końcu odczepili się od niego, przestali dobijać i pozwolili odpocząć, ale nie, wszyscy tylko narzekają, proszą o pomoc w sprawach, których wykonanie jest nierealne. Jeszcze, żeby ktoś podziękował. A już wczorajsza prośba jakiejś niewyżytej szesnastki całkowicie go dobiła.

Czasem zastanawiał się, jak Ojciec radzi sobie z takimi problemami. Do niedawna mógł Go zapytać. Kiedy jednak głównodowodzącym Ratownictwa Anielskiego został Michał, spotkanie z Szefem graniczyło z cudem.

– Czy nie potrzebujesz czegoś?

Natarczywe pukanie nie ustawało, a osoba po drugiej stronie była gotowa do niesienia pomocy. Tyle że leżącemu wcale nie śpieszyło się do jej przyjmowania. Szczerze powiedziawszy, mdliło go na samą myśl o tym.

Lengeloi, któremu jedynie czubek nosa wystawał spod kołdry, sapnął poirytowany:

– Odejdź, Rafał. – Nie miał najmniejszej ochoty wychodzić, spotykać się z kimkolwiek czy rozmawiać. Chciał tylko jednego: świętego spokoju. Najlepiej, żeby już go zakopali. Leżałby sobie w ciszy przez całą wieczność i nikt nie zawracałby mu dupy pierdołami.

– Nie możesz tu siedzieć do końca świata – usłyszał odpowiedź zza drzwi.

– Głuchy jesteś?! Spadaj! – warknął.

Rafał odsunął się od drzwi, zszokowany. Mechanicznie przeczesał smukłymi palcami elegancko ułożone, szpakowate włosy. Przecież Lengeloi, zawsze taki miły, uprzejmy i uśmiechnięty, był jednym z najlepszych.

Rafał przez chwilę zastanawiał się, a stwierdziwszy, że sam sobie nie poradzi, powiedział:

– Idę po pomoc. – I, stukając sandałami o kamienną posadzkę, popędził przed siebie.

– Leć, leć, tylko klapek nie pogub – prychnął Lenge i zwlekł się z pryczy.

Łazienka była skromna, jak wszystko w jego celi. Przez chwilę patrzył z obrzydzeniem na zaniedbaną twarz odbijającą się w brudnym lustrze. Bezwiednie dotknął blizn – starych, nowych i całkiem świeżych – na brzuchu, w miejscu, gdzie nikt ich nie zauważy. Zadziwiające, że to właśnie ból sprawiał ukojenie, w jakiś pokrętny sposób doprowadzał wszystko, choć na krótką chwilę, do normalności.

Westchnął z rezygnacją i poczłapał z powrotem, mając nadzieję, że gdzieś po drodze pęknie mu głowa albo serce, które nieustannie bolą. Rzucił się na pryczę i chwilę leżał nieruchomo. Spod pokładów zniechęcenia i beznadziei leniwie wypłynęły kolejne myśli.

Rafi poleciał po Szefa, który pewnie przyjdzie tu z całą Trójką. Jak Lengeloi ma wytłumaczyć ten syf w pokoju, swój stan psychiczny, a przede wszystkim to, że nie ma mocy? Nie może dopuścić, żeby cokolwiek zauważyli. Zerwał się na nogi, rozglądając po celi. Jego wzrok padł na szafę z bronią. Tak, to było jedyne słuszne rozwiązanie.

Wszystko przez rozejm Nieba z Luckiem. Dokładnie pamiętał dzień, kiedy powiedziano, że to koniec jego walki i ma zająć się czymś innym. To, co robił i kochał, zostało nagle zabrane. Nie potrafił nic innego, a musiał na nowo znaleźć miejsce, gdzie mógłby się wykazać. Jednak wszystko było tylko marną namiastką, niewartą wysiłku, jaki podejmował. Wiecznie pogodny Lenge był zawsze gotowy do działania i każdego wspierał, teraz sam potrzebował pomocy. Nie chciał, żeby ktokolwiek zobaczył, że jest słaby i bezbronny, więc codziennie zakładał uśmiech niczym pancerz i ruszał do boju, szybko stwierdzając, że jest to chyba najbardziej wyczerpująca walka, jaką do tej pory toczył. Wystarczyło, że na chwilę się rozluźnił, i już dopadał go smutek.

Rozejrzał się po pokoju, równie pustym i smętnym, co jego wnętrze. Nie pamiętał, kiedy czuł coś innego niż niechęć i zmęczenie.

 

 

 

Ciemne wnętrze pomieszczenia nie zachęcało do wejścia, więc Gabriel i Rafał stanęli w drzwiach.

– Coś tu chyba zdechło – oznajmił najmłodszy, Gabryś – i, sądząc po fetorze, to coś dużego.

Michał przecisnął się koło przyjaciół i jednym ruchem ręki rozsunął ciężkie kotary. Przez chwilę wszyscy w milczeniu przyglądali się brudnym ścianom i łóżku, które wyglądało raczej jak barłóg.

Rafał przestąpił próg i wdepnął w coś lepkiego. Skrzywił się z niesmakiem. Szara kamienna podłoga upstrzona była rdzawymi plamami, a większość z nich prowadziła do malutkiej łazienki. Tutaj smród był obezwładniający i nawet takiemu doświadczonemu wojownikowi jak Michał, wycisnął łzy z oczu.

Umywalka upstrzona była zaschniętą krwią, a na podłodze leżała brudna brzytwa. Archanioł schylił się po nią.

„…ciąć trzeba równo i głęboko…”

Wspomnienia, które napłynęły, były jeszcze ciepłe i drgające jak rozcinane mięśnie.

– Sprawdźcie, czy jest broń – zakomenderował wojownik, odkładając ostrze na umywalkę i otrzepując się z bolesnych myśli przyjaciela.

– Nie ma – odparł Gabriel, przeglądając szafę, w której zwykle trzymali rynsztunek.

Michał przez chwilę patrzył w lustro, wyczuwając wiszące w powietrzu emocje właściciela pomieszczenia.

– Rafale, poinformuj wszystkich, aby nie zbliżali się do Lenge, tylko przekazali, gdzie jest. – Wymieniony skinął głową i skupił się, wysyłając informacje. – Skontaktujcie się z ziemskimi informatorami – dorzucił w progu, zostawiając dwóch aniołów, a sam udał się do Ojca.

 

 

 

Śnieg prószył, delikatnie przykrywając marznącą ulicę i chodniki. Powoli robiła się szarówka i tylko nieliczni spóźnieni wracali do domów. Gdzieniegdzie zapaliły się lampy przystrojone w kolorowe światełka, a samotne drzewo na rynku zalśniło biało. Miało się wrażenie, że ruchome świetlne sople zwisają z jego gałęzi, powoli zsuwając się w dół.

Samotna postać siedziała na ławeczce, a był to mężczyzna w średnim wieku. Szczupły i zaniedbany, z rudawymi włosami związanymi w byle jaką kitkę. Patrzył na drzewo, obejmując się ramionami. Zniszczony, wiosenny płaszcz nie dawał zbyt wiele ciepła. Uwagę mężczyzny przyciągnęła osoba przechodząca przez rynek. Ciągnęła za sobą torbę na kółkach, wyładowaną zakupami, i co chwilę zatrzymywała się, aby poprawić dużą siatę na ramieniu, wypchaną do granic możliwości.

Kobieta przeszła kawałeczek i znowu zatrzymała się w odległości może dwóch metrów od mężczyzny. Ciężko dysząc i rozmasowując ramię, spojrzała w jego stronę nieco dłużej.

– Hej, ty! Jesteś głodny? – zapytała. Nie miała pojęcia, jakie licho podkusiło ją do zaczepiania lumpa, który wyglądał na zziębniętego. Tym bardziej że pierwszy raz widziała tego człowieka w okolicy i nie wiedziała, kim jest.

– Nie rozumiem? – odparł pytaniem mężczyzna.

– A co tu do rozumienia. Pomożesz mi zatargać do domu zakupy, a w zamian ogrzejesz się i zjesz coś ciepłego.

Bezdomny uśmiechnął się po chwili milczenia i powoli wstał.

– Niech tak będzie – powiedział miękkim barytonem, wyciągając rękę po torbę, w której, miał wrażenie, jest tona kamieni.

– Zakupy – rzekła, uśmiechając się na widok jego miny. – Na święta,. Jutro nie będę miała czasu chodzić po sklepach. – Zamyśliła się na chwilę. – Amelia.

– Lenge – przedstawił się.

– Nie jesteś stąd? – upewniła się, ciągnąc torbę. Mężczyzna skinął głową. Nie miał ochoty rozmawiać.

Zatrzymali się na pustym o tej porze przystanku. Amelia zerknęła na rozkład jazdy i usiadła na ławeczce, torbę na kółkach stawiając przed sobą. Bezdomny klapnął obok. Oddzielała ich duża siata, a mimo bardzo słabego węchu kobieta czuła niezbyt przyjemny zapach.

– To niedaleko – powiedziała, kiedy chwilę później wsiedli do autobusu. – Raptem dwa przystanki. – Wyginała nerwowo palce.

– Nie musisz tego robić – zaczął mówić, a ona spojrzała, nie rozumiejąc, więc sprecyzował myśl: – Nie musisz mnie zapraszać i karmić.

– Przecież już to zrobiłam, więc nie ma czego roztrząsać.

Mieszkanie mieściło się w bloku na trzecim piętrze. Było to stare budownictwo i na górę dotarli na piechotę, ciężko sapiąc pod drzwiami wejściowymi, za którymi skrywały się dwa skromne pokoje, niewielka kuchnia i jeszcze mniejsza łazienka. Zaraz po otwarciu rzuciła się na niego Akita inu, usiłująca nie tyle go zagryźć, co raczej zalizać.

Rudy pies wielkości małego cielaka odskoczył od mężczyzny i kręcąc tyłkiem, poleciał na swoje posłanie, zostawiając zdębiałą kobietę w drzwiach bez przywitania. W chwilę później Ruda przyniosła swojego ulubionego miśka i rzuciła pod nogi mężczyzny. Zawróciła, by przytargać starą kość, piszczącego kurczaka i poduszkę z obgryzionymi rogami i wyflaczonym środkiem.

– Przepraszam za nią – mruknęła Amelia, czerwona ze wstydu. – Nie wiem, co jej się stało. Zwykle nie przepada za ludźmi.

– Zwierzęta mnie lubią – przerwał jej cicho. – Czy mógłbym się wykąpać?

– Jasne. Przyniosę ubrania.

Przez chwilę szukała w szafkach, by wyciągnąć koszulę i spodnie należące do jej męża.

– Dziękuję – odparł, odbierając flanelkę i dżinsy, badawczo przyglądając się jej. – Tęsknisz za nim – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Jak się z kimś spędziło całe życie, to się tęskni, bez względu na złe rzeczy, i za tymi dobrymi.

– Śmierć to nieodłączny element życia, ale wiem, że jeszcze się spotkacie.

– Nie musisz mnie pocieszać – uśmiechnęła się, zmieniając temat i wskazując spodnie. – Myślę, że będą dobre.

Podziękował jej i zniknął w łazience.

Z kuchni unosił się smakowity zapach i to chyba on wywabił przybysza z toalety. Ogolony i wyszorowany usiadł na stołku w niewielkiej kuchni przy chyboczącym się stole, obserwując krzątającą się kobietę.

– Nie boisz się? – zapytał cicho.

– Boję się mnóstwa rzeczy, a o które konkretnie pytasz?

– O te z zabijaniem i gwałtami.

– Mam prawie pięćdziesiąt lat, a ty nie wyglądasz na zdesperowanego.

– Pozory mylą.

– Zgadza się – odparła, odwracając się i odkładając widelec do zlewu. Przez chwilę milczała. – Chcesz mnie skrzywdzić?

– Nie – uśmiechnął się leciutko.

– Po co więc te pytania? – Wyciągnęła talerze z szafek i nałożyła jedzenie. Usiadła naprzeciwko, podając widelec. – Samotność jest straszna. Zabija nadzieję i chęć do życia, kiedy nie masz z kim dzielić się drobiazgami i wiesz, że nikt cię nie zrozumie.

Lenge cmoknął zirytowany, bo to, co mówiła, było dla niego niemiłą prawdą. Chciał zjeść, umyć się i ogrzać, a nie słuchać wywodów na temat samotności. Szybko dokończył jeść. Podziękował i wstał od stołu.

– Myślę, że nie powinienem więcej się naprzykrzać i pójdę już.

Amelia chrząknęła, również wstając.

– Na pewno nie chcesz jeszcze zostać? – Zaprzeczył szybko. – Poczekaj chwilę. – Zniknęła w pokoju. Lengeloi zacisnął zęby, ale cierpliwie czekał. – Weź. Nie zmarzniesz. – Podała mu czarną, puchową kurtkę, którą niechętnie odebrał.

– Myślisz, że czeka cię za to odpuszczenie grzechów?

Kobieta uniosła brwi.

– Nie sądzę, ale mi nie jest potrzebna, a tobie się przyda.

Skinął głową i włożył kurtkę. Pies stał przy drzwiach ze smyczą w zębach i cierpliwie czekał. Wyglądało na to, że wybiera się dokądś z Lengeloi.

– Zostań – powiedział mężczyzna do zwierzęcia. Nachylił się i pogłaskał je po rudym, miękkim futrze. Szepnął coś do ucha i wyszedł.

 

 

 

Kolejny dzień zaczął się dla Amelii dość wcześnie. Wstała jeszcze przed świtem, by przygotować świąteczne potrawy na „pierwszą gwiazdkę”, a przede wszystkim na przyjazd swoich dzieci. Bardzo dużo obiecywała sobie po tych kilku dniach, które spędzi z rodziną. Cieszyła się, że wreszcie zobaczy wnuki, o których, od kiedy córka wyprowadziła się z miasta, słyszała tylko przez telefon. Trzysta kilometrów to nie jest tak: wsiąść w autobus i pojechać, szczególnie dla starszej osoby.

 

Młodsze z dzieci mieszkało w Niemczech i również nie miało zbyt wielu możliwości na odwiedzenie matki, a najmłodszy z nich wszystkich i najukochańszy siedział w więzieniu. Amelia miała nadzieję, że wyjdzie na przepustkę w święta, ale niestety nie dostał jej.

Klejąc uszka, poczuła niepokój. Dochodziła trzynasta, a żadnego z jej dzieci jeszcze nie było, ale może to przez korki na drodze, trudne warunki. Przecież w nocy i nad ranem był ostry mróz, śniegu nasypało po kolana, a drogowców znowu zaskoczyła zima.

Nieobecność jednak się przedłużała, a chwilowy spokój znów ustąpił miejsca lękowi. A jeśli się coś stało? Co chwilę wyglądała z niepokojem w wieczorną szarówkę.

Wszystko było gotowe, a stół nakryty na dziesięć osób.

Sięgnęła po telefon. Z krótkiej rozmowy z córką dowiedziała się, że Andrzej został pilnie wezwany do szpitala, a ona sama z trójką malutkich dzieci nie przyjedzie. Pozostała jeszcze nadzieja w średnim dziecku, ale i tu okazało się, że nic z tego. Każdy miał swoje życie, a inni go nie obchodzili.

Amelia ukryła twarz w dłoniach, czując się zrezygnowana i załamana. Cały jej wysiłek poszedł na marne. Po dłuższej jednak chwili podniosła się, ubrała ciepło i wyszła w mrok.

Ulice miasteczka były opustoszałe. Ozdobione kolorowymi światłami latarnie dumnie stały przy drodze, prężąc na baczność wysmukłe sylwetki. Śnieg chrzęścił pod butami i kobieta mimowolnie pomyślała, że musi być z minus dziesięć stopni. Rynek miasteczka był pusty… chociaż nie. W oddali zauważyła mężczyznę grzebiącego w śmietniku. Szybkim krokiem, prawie biegiem, ruszyła w tamtym kierunku, rozpoznając kurtkę.

– Lenge! Lenge!

Mężczyzna odwrócił się, a Amelia poślizgnęła się na śniegu, pod którym był lód. Z trudem łapała równowagę, robiąc przy tym najdziwaczniejsze pozy.

– Skąd masz kurtkę? – Złapała się bezdomnego, żeby nie upaść.

– Nie ukradłem jej – odparł wystraszony, próbując uwolnić się od uścisków Amelii, która mocno go trzymała.

– Skąd?!

– Taki facet mi ją dał – odpowiedział lękliwie. Jego oddech cuchnął nieświeżo. Cały przesiąknięty był odorem śmietnika. – Rudy taki…

– Dokąd poszedł?! – Miała ochotę potrząsnąć nim.

– Do parku.

Amelia puściła bezdomnego i popędziła we wskazanym kierunku.

Miejski park był pod grubą warstwą puchu. Iglaste gałęzie nisko skłaniały się ku ziemi, przykryte śnieżną czapą. Naginały się do cichych alejek i wysmukłych lamp, których okrągłe klosze lśniły jak księżyce w pełni. Cisza pachniała mrozem i świerkiem. Aromat odbijał się od lamp i skrzącego śniegu, wypełniając całkowicie pustkę parku.

– Lengeloi! – Amelia krzyknęła, przykładając dłonie do ust, a bezruch i zapach wchłonęły jej głos. – Lenge!

Ruszyła w głąb zieleńca, omijając puste ławki, schodząc z niewidocznych uliczek. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach zauważyła go. Podbiegła, ciężko dysząc.

– O kurczę – jęknęła, dopadając mężczyzny i szybko ściągając czapkę i kurtkę. Okryła go nimi. Wyglądał na przemarzniętego, ale chyba nie był w najgorszym stanie, bo odpowiedział:

– Nic mi nie jest.

– Jasne. Oprócz tego, że masz tylko pół mózgu albo nie masz go wcale, to nic ci nie jest. – Zdobyła się na złośliwość, szczękając zębami i pomagając mu wstać. – Dlaczego oddałeś kurtkę?

Wzruszył ramionami, a Amelia podskoczyła, gdy usłyszała obcy głos:

– Tym go jeszcze przykryj. – Spojrzała na czarną, puchową kurtkę trzymaną w wyciągniętej dłoni. Skinęła głową. – Mam jeszcze koce.

– Trzeba go zabrać do szpitala – powiedziała szybko.

– Jest Wigilia. Poza tym na moje oko nic mu nie jest – odpowiedział bezdomny, podając z wózka gruby, poplamiony koc. – W ciepłym miejscu powinien szybko odtajać.

Amelia nie mogła się nie zgodzić, że dzisiaj autobusy rzadko kursowały, a i pewnie by ich nie przyjęto. Długo się nie zastanawiała. We dwójkę zatargali go do domu. Ruda kręciła się pod nogami, radośnie wywijając kółka ogonem.

– Pomogę ci się przebrać. – Zaoferowała Amelia, widząc, jak Lenge zgrabiałymi dłońmi próbuje rozpiąć zamek kurtki.

– Poradzę sobie – odparł, męcząc się z zamkiem.

– Czasem trzeba przyjąć pomoc – oznajmiła kobieta, nie mając zamiaru odpuścić.

Bezdomny Lucjan zamknął drzwi, i ściągając buty, wtrącił:

– Może ja to zrobię?

Charakterystyczny fetor uderzył w powonienie Amelii, niemal zwalając ją z nóg. Mocno zacisnęła szczęki i skinęła głową.

– I umyj się przy okazji – wycedziła, niemal nie otwierając ust.

– Nie chcę być kłopotem, bo widzę, że czekasz na gości – powiedział Lucjan.

– Właśnie – dodał Lengeloi. – Odtaję i też znikam.

– Tak się składa, że to wy dzisiaj jesteście moimi gośćmi. – Odwróciła się tyłem. Nie wiedzieć czemu, zrobiło jej się strasznie głupio. – Bo wygląda na to, że…

– Będziemy zaszczyceni – przerwał szybko Lucjan, szturchając towarzysza pod żebro.

– Tak. Będziemy – odparł rudy.

Pismo Święte, które trzymał w dłoni Lengeloi, było ciężkie i o ile dobrze się orientował, to narodzenie Pana Światłości nieco inaczej wyglądało. Jego rozmyślania zostały jednak przerwane przez życzenia i barszcz czerwony z uszkami. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny.

W przerwie pomiędzy jedzeniem śpiewali kolędy. Amelia nie mogła trafić w dźwięk, Lucjan charczał, przeciągając końcówki, a on nie do końca znał słowa. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dzwonek do drzwi.

– Otworzę – mruknęła kobieta, powoli wstając.

Przeszła przez wygaszony korytarz i bez choćby zerknięcia w judasza otworzyła z rozmachem drzwi. W progu stało trzech jegomości w granatowych garniturach. Szpakowaty, czarny i najmłodszy blondynek.

– ABS. – Czarnowłosy zamachał jej przed nosem jakimś papierkiem, zadowolony z siebie. Amelia uniosła brwi, nieco zdziwiona. – AGD! NBA? – dodał niepewnie.

– CBA, Misiek – szepnął szpakowaty, zasłaniając usta dłonią. – Miało być CBA.

– CBA – powtórzył.

– Teraz to już za późno, Misiek – odparła, próbując zatrzasnąć drzwi, co jej się nie udawało. – Pierwsze wrażenie robi się tylko raz.

– Kto to? – Zwabiony hałasem, z pokoju wyjrzał Lucjan.

– Kolędnicy – warknęła kobieta, tłukąc drzwiami po nodze Michała.

– Czekaj, czekaj – wtrącił blondynek, pokazując jej kartkę. – Szukamy tego człowieka.

Amelia przestała walczyć z drzwiami i spojrzała na niego zaskoczona.

– Szukacie ducha? – zapytała, a blondyn uniósł brew zdziwiony. – Pokazujesz mi pustą kartkę, dzieciaku.

Zanim jednak blondynek zdążył coś odpowiedzieć, Michał krzyknął:

– Wyłaź, Lengeloi! Nie chowaj się za spódnicą człowieka.

Wołany wyszedł z pokoju, omijając dziwnie otumanionego Lucjana.

– To moi bracia – powiedział powoli. – Misiek, Rafi i Gabryś. – Po kolei wskazał czarnowłosego, szpakowatego i blondynka. – Rozstaliśmy się dość gwałtownie i nie sądziłem, że będą mnie szukać. Pozwolisz, że zjedzą z nami wieczerzę. W taką noc nie można nikogo wygonić ani siłą zabierać. Nie sądzicie? – Wymownie spojrzał na trzech mężczyzn stojących w drzwiach.

Misiek zacisnął zęby. Właśnie oddalało się szybkie załatwienie sprawy na rzecz uroczystego posiłku. Według niego jedzenie było po to, żeby jeść, a nie zachwycać się nim.

– Zgadza się – odparł Rafi, chowając ręce do kieszeni marynarki. – Nie godzi się tak czynić. Pytanie, czy pani Amelia się zgodzi.

Kobieta zacisnęła usta. Była pewna, że się nie przedstawiała. Przez chwilę patrzyła w łagodne, szare oczy Rafiego, próbując dokładnie przypomnieć sobie przebieg rozmowy.

– Jak najbardziej – mruknęła. Rodzina nie przyjechała, więc dlaczego nie przyjąć żartownisiów. W końcu tylko okradną dom i zamordują właścicielkę. Z niejaką złośliwą satysfakcją pomyślała, jak dzieci będą się kładły na jej trumnie z wyrzutami sumienia, że ją olały. A spadek przepisze na Lucjana. Pod warunkiem, że zajmie się Rudą. – Czy będziemy zaczynać od początku? – zapytała.

– Nie – odparł szybko Misiek, który nie przepadał za uroczystymi kolacjami, ale za jedzeniem owszem. – Lengeloi, nie chciałem tego. Oddałbym ci to miejsce – szepnął, kiedy Amelia w towarzystwie Gabrysia i Rafiego oddaliła się nieco.

– Wiem – odpowiedział Lenge – i nie byłem wolny od zazdrości z tego powodu. – Klepnął brata w ramię. Michał stał przez chwilę zaskoczony i niezdecydowany. – Chodź, bo barszcz stygnie.

– Rafi jest lekarzem, a ja posłańcem, znaczy kurierem jestem – usłyszeli Gabrysia, kiedy tylko weszli, który patrzył, jak Amelia nalewa zupy. Misiek usiadł obok, a Lengeloi naprzeciwko nich. W chwilę później dołączył Lucjan, a Ruda uwaliła się pod stołem, czekając, aż komuś spadnie coś dobrego.

– Jesteście braćmi? – dopytywała Amelia, na co cała czwórka przytaknęła. – Nie jesteście podobni – dodała, przyglądając się każdemu z osobna, dłużej zatrzymując się na Miśku, a dokładniej na jego brązowych oczach. – A on? Gdzie pracuje?

– W policji – odpowiedział szybko Lenge.

– Gaszę ogień.– Misiek wierzgnął pod stołem, nie trafiając Lenge.

– Jest strażakiem – wtrącił szybko Rafi.

– Gaszę ogień pie… – powtórzył.

– W ochotniczej straży pożarnej – przerwał mu Gabryś. – Jako ochotnik.

Michał spojrzał na wściekłego Rafiego i powiedział:

– Dorabiam jako strażak w ochotniczej straży pożarnej. Zadowoleni? – mruknął zrezygnowany.

– Coś ćwiczysz? – zapytał Lucjan.

– Tak. Głównie szermierkę i Muay Thai, ale to u nas rodzinne.

Rafi uniósł brew, uprzejmie zdziwiony. Nie pamiętał, aby trenował sztuki walki. Miał raczej sztukę leczenia opanowaną do perfekcji.

– Musisz z nami natychmiast wracać – szepnął Gabryś, kiedy Amelia z Lucjanem oferującym pomoc wyszli do kuchni.

– Nie próbuj uciekać – dodał Rafi, popierając Gabriela i przyglądając się, jak czarnowłosy pochłania kolejną porcję karpia. – Że też nie pękniesz – skomentował w końcu.

Misiek wzruszył ramionami i powiedział, przełykając:

– Zostaniesz poddany karze za samowolne opuszczenie Nieba. Wiesz, co cię czeka.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odpowiedział pogodnie Lengeloi.

Wojownik dotknął jego ręki. Wspomnienia i myśli szybko napłynęły. Były one spokojne, bez bólu i rozpaczy. Anioł uniósł brew.

– Co się stało, Lenge? – zapytał, ale ten tylko się uśmiechnął.

 

Koniec

Komentarze

Witam po becie. :)

Zaskoczenie, lekki humor oraz fajne przedstawienie bohaterów to największe atuty tekstu. ;) 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Dziękuję bruce. 

Czytałem to jako beta więc uwag technicznych nie będę miał. Jeżeli ktoś doświadczony wejdzie, to za wszelkie niedociągniecia również przepraszam bo nie zauważyłem :)

 

Początek w celi jest mocny – zmęczenie Lengela, niechęć do „pomocy”, agresja wobec troski. To jest wiarygodne, nic tu nie jest na siłę. Pewnie każdy z nas takową historię w życiu przeszedł, przechodzi a jak nie – pewnie przejdzie.

 

Ogółem bardzo życiowy tekst opakowany w fantasy, ale takie low z mocnym przesłaniem. Podoba mi się też, że nie dałaś jasnego zakończenia. Solidny, mocny tekst. Brawo! 

Melendur88

Dzięki.

Nowa Fantastyka