- Opowiadanie: CZARNA2 - Lengeloi

Lengeloi

Krót­ka hi­sto­ria o tym, że każdy  może mieć za­ła­ma­nie.

Be­to­wa­li: bruce i  me­len­du­r88.  Bar­dzo wam dzię­ku­ję za pomoc.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Lengeloi

De­li­kat­ne pu­ka­nie roz­le­gło się przy­tłu­mio­nym dźwię­kiem w ma­lut­kiej celi.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? Nie było cię na po­ran­nym spo­tka­niu, mszy ani obie­dzie. – Dał się sły­szeć ła­god­ny głos sto­ją­ce­go na ja­snym ko­ry­ta­rzu. Mężczyzna cier­pli­wie cze­kał na od­po­wiedź, ale kiedy cisza się prze­dłu­ża­ła, pod­szedł do drzwi i przy­ci­snął do nich ucho. – Bra­cie Len­ge­loi, je­steś tam?

Męż­czy­zna le­żą­cy w ciem­nym po­ko­ju na­cią­gnął koł­drę na głowę i zwi­nął się w kłę­bek. Pra­gnął, aby w końcu od­cze­pi­li się od niego, prze­sta­li do­bi­jać i po­zwo­li­li od­po­cząć, ale nie, wszy­scy tylko na­rze­ka­ją, pro­szą o pomoc w spra­wach, któ­rych wy­ko­na­nie jest nie­re­al­ne. Jesz­cze, żeby ktoś po­dzię­ko­wał. A już wczo­raj­sza proś­ba ja­kiejś nie­wy­ży­tej szes­nast­ki cał­ko­wi­cie go do­bi­ła.

Cza­sem za­sta­na­wiał się, jak Oj­ciec radzi sobie z ta­ki­mi pro­ble­ma­mi. Do nie­daw­na mógł Go za­py­tać. Kiedy jed­nak głów­no­do­wo­dzą­cym Ra­tow­nic­twa Aniel­skie­go zo­stał Mi­chał, spo­tka­nie z Sze­fem gra­ni­czy­ło z cudem.

– Czy nie po­trze­bu­jesz cze­goś?

Na­tar­czy­we pu­ka­nie nie usta­wa­ło, a osoba po dru­giej stro­nie była go­to­wa do nie­sie­nia po­mo­cy. Tyle że le­żą­ce­mu wcale nie śpie­szy­ło się do jej przyj­mo­wa­nia. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, mdli­ło go na samą myśl o tym.

Len­ge­loi, któ­re­mu je­dy­nie czu­bek nosa wy­sta­wał spod koł­dry, sap­nął po­iry­to­wa­ny:

– Odejdź, Rafał. – Nie miał naj­mniej­szej ocho­ty wy­cho­dzić, spo­ty­kać się z kim­kol­wiek czy roz­ma­wiać. Chciał tylko jed­ne­go: świę­te­go spo­ko­ju. Naj­le­piej, żeby już go za­ko­pa­li. Le­żał­by sobie w ciszy przez całą wiecz­ność i nikt nie za­wra­cał­by mu dupy pier­do­ła­mi.

– Nie mo­żesz tu sie­dzieć do końca świa­ta – usły­szał od­po­wiedź zza drzwi.

– Głu­chy je­steś?! Spa­daj! – wark­nął.

Rafał od­su­nął się od drzwi, zszo­ko­wa­ny. Me­cha­nicz­nie prze­cze­sał smu­kły­mi pal­ca­mi ele­ganc­ko uło­żo­ne, szpa­ko­wa­te włosy. Prze­cież Len­ge­loi, za­wsze taki miły, uprzej­my i uśmiech­nię­ty, był jed­nym z naj­lep­szych.

Rafał przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, a stwier­dziw­szy, że sam sobie nie po­ra­dzi, po­wie­dział:

– Idę po pomoc. – I, stu­ka­jąc san­da­ła­mi o ka­mien­ną po­sadz­kę, po­pę­dził przed sie­bie.

– Leć, leć, tylko kla­pek nie pogub – prych­nął Lenge i zwlekł się z pry­czy.

Ła­zien­ka była skrom­na, jak wszyst­ko w jego celi. Przez chwi­lę pa­trzył z obrzy­dze­niem na za­nie­dba­ną twarz od­bi­ja­ją­cą się w brud­nym lu­strze. Bez­wied­nie do­tknął blizn – sta­rych, no­wych i cał­kiem świe­żych – na brzu­chu, w miej­scu, gdzie nikt ich nie za­uwa­ży. Za­dzi­wia­ją­ce, że to wła­śnie ból spra­wiał uko­je­nie, w jakiś po­kręt­ny spo­sób do­pro­wa­dzał wszyst­ko, choć na krót­ką chwi­lę, do nor­mal­no­ści.

Wes­tchnął z re­zy­gna­cją i po­czła­pał z po­wro­tem, mając na­dzie­ję, że gdzieś po dro­dze pęk­nie mu głowa albo serce, które nie­ustan­nie bolą. Rzu­cił się na pry­czę i chwi­lę leżał nie­ru­cho­mo. Spod po­kła­dów znie­chę­ce­nia i bez­na­dziei le­ni­wie wy­pły­nę­ły ko­lej­ne myśli.

Rafi po­le­ciał po Szefa, który pew­nie przyj­dzie tu z całą Trój­ką. Jak Len­ge­loi ma wy­tłu­ma­czyć ten syf w po­ko­ju, swój stan psy­chicz­ny, a przede wszyst­kim to, że nie ma mocy? Nie może do­pu­ścić, żeby co­kol­wiek za­uwa­ży­li. Ze­rwał się na nogi, roz­glą­da­jąc po celi. Jego wzrok padł na szafę z bro­nią. Tak, to było je­dy­ne słusz­ne roz­wią­za­nie.

Wszyst­ko przez ro­zejm Nieba z Luc­kiem. Do­kład­nie pa­mię­tał dzień, kiedy po­wie­dzia­no, że to ko­niec jego walki i ma zająć się czymś innym. To, co robił i ko­chał, zo­sta­ło nagle za­bra­ne. Nie po­tra­fił nic in­ne­go, a mu­siał na nowo zna­leźć miej­sce, gdzie mógł­by się wy­ka­zać. Jed­nak wszyst­ko było tylko marną na­miast­ką, nie­war­tą wy­sił­ku, jaki po­dej­mo­wał. Wiecz­nie po­god­ny Lenge był za­wsze go­to­wy do dzia­ła­nia i każ­de­go wspie­rał, teraz sam po­trze­bo­wał po­mo­cy. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek zo­ba­czył, że jest słaby i bez­bron­ny, więc co­dzien­nie za­kła­dał uśmiech ni­czym pan­cerz i ru­szał do boju, szyb­ko stwier­dza­jąc, że jest to chyba naj­bar­dziej wy­czer­pu­ją­ca walka, jaką do tej pory to­czył. Wy­star­czy­ło, że na chwi­lę się roz­luź­nił, i już do­pa­dał go smu­tek.

Ro­zej­rzał się po po­ko­ju, rów­nie pu­stym i smęt­nym, co jego wnę­trze. Nie pa­mię­tał, kiedy czuł coś in­ne­go niż nie­chęć i zmę­cze­nie.

 

 

 

Ciem­ne wnę­trze po­miesz­cze­nia nie za­chę­ca­ło do wej­ścia, więc Ga­briel i Rafał sta­nę­li w drzwiach.

– Coś tu chyba zde­chło – oznaj­mił naj­młod­szy, Ga­bryś – i, są­dząc po fe­to­rze, to coś du­że­go.

Mi­chał prze­ci­snął się koło przy­ja­ciół i jed­nym ru­chem ręki roz­su­nął cięż­kie ko­ta­ry. Przez chwi­lę wszy­scy w mil­cze­niu przy­glą­da­li się brud­nym ścia­nom i łóżku, które wy­glą­da­ło ra­czej jak bar­łóg.

Rafał prze­stą­pił próg i wdep­nął w coś lep­kie­go. Skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Szara ka­mien­na pod­ło­ga upstrzo­na była rdza­wy­mi pla­ma­mi, a więk­szość z nich pro­wa­dzi­ła do ma­lut­kiej ła­zien­ki. Tutaj smród był obez­wład­nia­ją­cy i nawet ta­kie­mu do­świad­czo­ne­mu wo­jow­ni­ko­wi jak Mi­chał, wy­ci­snął łzy z oczu.

Umy­wal­ka upstrzo­na była za­schnię­tą krwią, a na pod­ło­dze le­ża­ła brud­na brzy­twa. Ar­cha­nioł schy­lił się po nią.

„…ciąć trze­ba równo i głę­bo­ko…”

Wspo­mnie­nia, które na­pły­nę­ły, były jesz­cze cie­płe i drga­ją­ce jak roz­ci­na­ne mię­śnie.

– Sprawdź­cie, czy jest broń – za­ko­men­de­ro­wał wo­jow­nik, od­kła­da­jąc ostrze na umy­wal­kę i otrze­pu­jąc się z bo­le­snych myśli przy­ja­cie­la.

– Nie ma – od­parł Ga­briel, prze­glą­da­jąc szafę, w któ­rej zwy­kle trzy­ma­li rynsz­tu­nek.

Mi­chał przez chwi­lę pa­trzył w lu­stro, wy­czu­wa­jąc wi­szą­ce w po­wie­trzu emo­cje wła­ści­cie­la po­miesz­cze­nia.

– Ra­fa­le, po­in­for­muj wszyst­kich, aby nie zbli­ża­li się do Lenge, tylko prze­ka­za­li, gdzie jest. – Wy­mie­nio­ny ski­nął głową i sku­pił się, wy­sy­ła­jąc in­for­ma­cje. – Skon­tak­tuj­cie się z ziem­ski­mi in­for­ma­to­ra­mi – do­rzu­cił w progu, zo­sta­wia­jąc dwóch anio­łów, a sam udał się do Ojca.

 

 

 

Śnieg pró­szył, de­li­kat­nie przy­kry­wa­jąc mar­z­ną­cą ulicę i chod­ni­ki. Po­wo­li ro­bi­ła się sza­rów­ka i tylko nie­licz­ni spóź­nie­ni wra­ca­li do domów. Gdzie­nie­gdzie za­pa­li­ły się lampy przy­stro­jo­ne w ko­lo­ro­we świa­teł­ka, a sa­mot­ne drze­wo na rynku za­lśni­ło biało. Miało się wra­że­nie, że ru­cho­me świetl­ne sople zwi­sa­ją z jego ga­łę­zi, po­wo­li zsu­wa­jąc się w dół.

Sa­mot­na po­stać sie­dzia­ła na ła­wecz­ce, a był to męż­czy­zna w śred­nim wieku. Szczu­pły i za­nie­dba­ny, z ru­da­wy­mi wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w byle jaką kitkę. Pa­trzył na drze­wo, obej­mu­jąc się ra­mio­na­mi. Znisz­czo­ny, wio­sen­ny płaszcz nie dawał zbyt wiele cie­pła. Uwagę męż­czy­zny przy­cią­gnę­ła osoba prze­cho­dzą­ca przez rynek. Cią­gnę­ła za sobą torbę na kół­kach, wy­ła­do­wa­ną za­ku­pa­mi, i co chwi­lę za­trzy­my­wa­ła się, aby po­pra­wić dużą siatę na ra­mie­niu, wy­pcha­ną do gra­nic moż­li­wo­ści.

Ko­bie­ta prze­szła ka­wa­łe­czek i znowu za­trzy­ma­ła się w od­le­gło­ści może dwóch me­trów od męż­czy­zny. Cięż­ko dy­sząc i roz­ma­so­wu­jąc ramię, spoj­rza­ła w jego stro­nę nieco dłu­żej.

– Hej, ty! Je­steś głod­ny? – za­py­ta­ła. Nie miała po­ję­cia, jakie licho pod­ku­si­ło ją do za­cze­pia­nia lumpa, który wy­glą­dał na zzięb­nię­te­go. Tym bar­dziej, że pierw­szy raz wi­dzia­ła tego czło­wie­ka w oko­li­cy i nie wie­dzia­ła, kim jest.

– Nie ro­zu­miem? – od­parł py­ta­niem męż­czy­zna.

– A co tu do ro­zu­mie­nia. Po­mo­żesz mi za­tar­gać do domu za­ku­py, a w za­mian ogrze­jesz się i zjesz coś cie­płe­go.

Bez­dom­ny uśmiech­nął się po chwi­li mil­cze­nia i po­wo­li wstał.

– Niech tak bę­dzie – po­wie­dział mięk­kim ba­ry­to­nem, wy­cią­ga­jąc rękę po torbę, w któ­rej, miał wra­że­nie, jest tona ka­mie­ni.

– Za­ku­py – rze­kła, uśmie­cha­jąc się na widok jego miny. – Na świę­ta. Jutro nie będę miała czasu cho­dzić po skle­pach. – Za­my­śli­ła się na chwi­lę. – Ame­lia.

– Lenge – przed­sta­wił się.

– Nie je­steś stąd? – upew­ni­ła się, cią­gnąc torbę. Męż­czy­zna ski­nął głową. Nie miał ocho­ty roz­ma­wiać.

Za­trzy­ma­li się na pu­stym o tej porze przy­stan­ku. Ame­lia zer­k­nę­ła na roz­kład jazdy i usia­dła na ła­wecz­ce, torbę na kół­kach sta­wia­jąc przed sobą. Bez­dom­ny klap­nął obok. Od­dzie­la­ła ich duża siata, a mimo bar­dzo sła­be­go węchu ko­bie­ta czuła nie­zbyt przy­jem­ny za­pach.

– To nie­da­le­ko – po­wie­dzia­ła, kiedy chwi­lę póź­niej wsie­dli do au­to­bu­su. – Rap­tem dwa przy­stan­ki. – Wy­gi­na­ła ner­wo­wo palce.

– Nie mu­sisz tego robić – za­czął mówić, a ona spoj­rza­ła, nie ro­zu­mie­jąc, więc spre­cy­zo­wał myśl: – Nie mu­sisz mnie za­pra­szać i kar­mić.

– Prze­cież już to zro­bi­łam, więc nie ma czego roz­trzą­sać.

Miesz­ka­nie mie­ści­ło się w bloku na trze­cim pię­trze. Było to stare bu­dow­nic­two i na górę do­tar­li na pie­cho­tę, cięż­ko sa­piąc pod drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, za któ­ry­mi skry­wa­ły się dwa skrom­ne po­ko­je, nie­wiel­ka kuch­nia i jesz­cze mniej­sza ła­zien­ka. Zaraz po otwar­ciu rzu­ci­ła się na niego akita inu, usi­łu­ją­ca nie tyle go za­gryźć, co ra­czej za­li­zać.

Rudy pies wiel­ko­ści ma­łe­go cie­la­ka od­sko­czył od męż­czy­zny i krę­cąc tył­kiem, po­le­ciał na swoje po­sła­nie, zo­sta­wia­jąc zdę­bia­łą ko­bie­tę w drzwiach bez przy­wi­ta­nia. W chwi­lę póź­niej Ruda przy­nio­sła swo­je­go ulu­bio­ne­go miśka i rzu­ci­ła pod nogi męż­czy­zny. Za­wró­ci­ła, by przy­tar­gać starą kość, pisz­czą­ce­go kur­cza­ka i po­dusz­kę z ob­gry­zio­ny­mi ro­ga­mi i wy­fla­czo­nym środ­kiem.

– Prze­pra­szam za nią – mruk­nę­ła Ame­lia, czer­wo­na ze wsty­du. – Nie wiem, co jej się stało. Zwy­kle nie prze­pa­da za ludź­mi.

– Zwie­rzę­ta mnie lubią – prze­rwał jej cicho. – Czy mógł­bym się wy­ką­pać?

– Jasne. Przy­nio­sę ubra­nie.

Przez chwi­lę szu­ka­ła w szaf­kach, by wy­cią­gnąć ko­szu­lę i spodnie na­le­żą­ce do jej męża.

– Dzię­ku­ję – od­parł, od­bie­ra­jąc fla­nel­kę i dżin­sy, ba­daw­czo przy­glą­da­jąc się jej. – Tę­sk­nisz za nim – bar­dziej stwier­dził, niż za­py­tał.

– Jak się z kimś spę­dzi­ło całe życie, to się tę­sk­ni, bez wzglę­du na złe rze­czy, i za tymi do­bry­mi.

– Śmierć to nie­od­łącz­ny ele­ment życia, ale wiem, że jesz­cze się spo­tka­cie.

– Nie mu­sisz mnie po­cie­szać – uśmiech­nę­ła się, zmie­nia­jąc temat i wska­zu­jąc spodnie. – Myślę, że będą dobre.

Po­dzię­ko­wał jej i znik­nął w ła­zien­ce.

Z kuch­ni uno­sił się sma­ko­wi­ty za­pach i to chyba on wy­wa­bił przy­by­sza z to­a­le­ty. Ogo­lo­ny i wy­szo­ro­wa­ny usiadł na stoł­ku w nie­wiel­kiej kuch­ni przy chy­bo­czą­cym się stole, ob­ser­wu­jąc krzą­ta­ją­cą się ko­bie­tę.

– Nie boisz się? – za­py­tał cicho.

– Boję się mnó­stwa rze­czy, a o które kon­kret­nie py­tasz?

– O te z za­bi­ja­niem i gwał­ta­mi.

– Mam pra­wie pięć­dzie­siąt lat, a ty nie wy­glą­dasz na zde­spe­ro­wa­ne­go.

– Po­zo­ry mylą.

– Zga­dza się – od­par­ła, od­wra­ca­jąc się i od­kła­da­jąc wi­de­lec do zlewu. Przez chwi­lę mil­cza­ła. – Chcesz mnie skrzyw­dzić?

– Nie – uśmiech­nął się le­ciut­ko.

– Po co więc te py­ta­nia? – Wy­cią­gnę­ła ta­le­rze z sza­fki i na­ło­ży­ła je­dze­nie. Usia­dła na­prze­ciw­ko, po­da­jąc wi­de­lec. – Sa­mot­ność jest strasz­na. Za­bi­ja na­dzie­ję i chęć do życia, kiedy nie masz z kim dzie­lić się dro­bia­zga­mi i wiesz, że nikt cię nie zro­zu­mie.

Lenge cmok­nął zi­ry­to­wa­ny, bo to, co mó­wi­ła, było dla niego nie­mi­łą praw­dą. Chciał zjeść, umyć się i ogrzać, a nie słu­chać wy­wo­dów na temat sa­mot­no­ści. Szyb­ko do­koń­czył jeść. Po­dzię­ko­wał i wstał od stołu.

– Myślę, że nie po­wi­nie­nem wię­cej się na­przy­krzać i pójdę już.

Ame­lia chrząk­nę­ła, rów­nież wsta­jąc.

– Na pewno nie chcesz jesz­cze zo­stać? – Za­prze­czył szyb­ko. – Po­cze­kaj chwi­lę. – Znik­nę­ła w po­ko­ju. Len­ge­loi za­ci­snął zęby, ale cier­pli­wie cze­kał. – Weź. Nie zmar­z­niesz. – Po­da­ła mu czar­ną, pu­cho­wą kurt­kę, którą nie­chęt­nie ode­brał.

– My­ślisz, że czeka cię za to od­pusz­cze­nie grze­chów?

Ko­bie­ta unio­sła brwi.

– Nie sądzę, ale mi nie jest po­trzeb­na, a tobie się przy­da.

Ski­nął głową i wło­żył kurt­kę. Pies stał przy drzwiach ze smy­czą w zę­bach i cier­pli­wie cze­kał. Wy­glą­da­ło na to, że wy­bie­ra się do­kądś z Len­ge­loi.

– Zo­stań – po­wie­dział męż­czy­zna do zwie­rzę­cia. Na­chy­lił się i po­gła­skał je po rudym, mięk­kim fu­trze. Szep­nął coś do ucha i wy­szedł.

 

 

 

Ko­lej­ny dzień za­czął się dla Ame­lii dość wcze­śnie. Wsta­ła jesz­cze przed świ­tem, by przy­go­to­wać świą­tecz­ne po­tra­wy na „pierw­szą gwiazd­kę”, a przede wszyst­kim na przy­jazd swo­ich dzie­ci. Bar­dzo dużo obie­cy­wa­ła sobie po tych kilku dniach, które spę­dzi z ro­dzi­ną. Cie­szy­ła się, że wresz­cie zo­ba­czy wnuki, o któ­rych, od kiedy córka wy­pro­wa­dzi­ła się z mia­sta, sły­sza­ła tylko przez te­le­fon. Trzy­sta ki­lo­me­trów to nie jest tak: wsiąść w au­to­bus i po­je­chać, szcze­gól­nie dla star­szej osoby.

 

Młod­sze z dzie­ci miesz­ka­ło w Niem­czech i rów­nież nie miało zbyt wielu moż­li­wo­ści na od­wie­dze­nie matki, a naj­młod­szy z nich wszyst­kich i naj­uko­chań­szy sie­dział w wię­zie­niu. Ame­lia miała na­dzie­ję, że wyj­dzie na prze­pust­kę w świę­ta, ale nie­ste­ty nie do­stał jej.

Kle­jąc uszka, po­czu­ła nie­po­kój. Do­cho­dzi­ła trzy­na­sta, a żad­ne­go z jej dzie­ci jesz­cze nie było, ale może to przez korki na dro­dze, trud­ne wa­run­ki. Prze­cież w nocy i nad ranem był ostry mróz, śnie­gu na­sy­pa­ło po ko­la­na, a dro­go­wców znowu za­sko­czy­ła zima.

Nie­obec­ność jed­nak się prze­dłu­ża­ła, a chwi­lo­wy spo­kój znów ustą­pił miej­sca lę­ko­wi. A jeśli się coś stało? Co chwi­lę wy­glą­da­ła z nie­po­ko­jem w wie­czor­ną sza­rów­kę.

Wszyst­ko było go­to­we, a stół na­kry­ty na dzie­sięć osób.

Się­gnę­ła po te­le­fon. Z krót­kiej roz­mo­wy z córką do­wie­dzia­ła się, że An­drzej zo­stał pil­nie we­zwa­ny do szpi­ta­la, a ona sama z trój­ką ma­lut­kich dzie­ci nie przy­je­dzie. Po­zo­sta­ła jesz­cze na­dzie­ja w śred­nim dziec­ku, ale i tu oka­za­ło się, że nic z tego. Każdy miał swoje życie, a inni go nie ob­cho­dzi­li.

Ame­lia ukry­ła twarz w dło­niach, czu­jąc się zre­zy­gno­wa­na i za­ła­ma­na. Cały jej wy­si­łek po­szedł na marne. Po dłuż­szej jed­nak chwi­li pod­nio­sła się, ubra­ła cie­pło i wy­szła w mrok.

Ulice mia­stecz­ka były opu­sto­sza­łe. Ozdo­bio­ne ko­lo­ro­wy­mi świa­tła­mi la­tar­nie dum­nie stały przy dro­dze, prę­żąc na bacz­ność wy­smu­kłe syl­wet­ki. Śnieg chrzę­ścił pod bu­ta­mi i ko­bie­ta mi­mo­wol­nie po­my­śla­ła, że musi być z minus dzie­sięć stop­ni. Rynek mia­stecz­ka był pusty… cho­ciaż nie. W od­da­li za­uwa­ży­ła męż­czy­znę grze­bią­ce­go w śmiet­ni­ku. Szyb­kim kro­kiem, pra­wie bie­giem, ru­szy­ła w tam­tym kie­run­ku, roz­po­zna­jąc kurt­kę.

– Lenge! Lenge!

Męż­czy­zna od­wró­cił się, a Ame­lia po­śli­zgnę­ła się na śnie­gu, pod któ­rym był lód. Z tru­dem ła­pa­ła rów­no­wa­gę, ro­biąc przy tym naj­dzi­wacz­niej­sze pozy.

– Skąd masz kurt­kę? – Zła­pa­ła się bez­dom­ne­go, żeby nie upaść.

– Nie ukra­dłem jej – od­parł wy­stra­szo­ny, pró­bu­jąc uwol­nić się od uści­sków Ame­lii, która mocno go trzy­ma­ła.

– Skąd?!

– Taki facet mi ją dał – od­po­wie­dział lę­kli­wie. Jego od­dech cuch­nął nie­świe­żo. Cały prze­siąk­nię­ty był odo­rem śmiet­ni­ka. – Rudy taki…

– Dokąd po­szedł?! – Miała ocho­tę po­trzą­snąć nim.

– Do parku.

Ame­lia pu­ści­ła bez­dom­ne­go i po­pę­dzi­ła we wska­za­nym kie­run­ku.

Miej­ski park był pod grubą war­stwą puchu. Igla­ste ga­łę­zie nisko skła­nia­ły się ku ziemi, przy­kry­te śnież­ną czapą. Na­gi­na­ły się do ci­chych ale­jek i wy­smu­kłych lamp, któ­rych okrą­głe klo­sze lśni­ły jak księ­ży­ce w pełni. Cisza pach­nia­ła mro­zem i świer­kiem. Aro­mat od­bi­jał się od lamp i skrzą­ce­go śnie­gu, wy­peł­nia­jąc cał­ko­wi­cie pust­kę parku.

– Len­ge­loi! – Ame­lia krzyk­nę­ła, przy­kła­da­jąc dło­nie do ust, a bez­ruch i za­pach wchło­nę­ły jej głos. – Lenge!

Ru­szy­ła w głąb zie­leń­ca, omi­ja­jąc puste ławki, scho­dząc z nie­wi­docz­nych uli­czek. Do­pie­ro po dłuż­szych po­szu­ki­wa­niach za­uwa­ży­ła go. Pod­bie­gła, cięż­ko dy­sząc.

– O kur­czę – jęk­nę­ła, do­pa­da­jąc męż­czy­zny i szyb­ko ścią­ga­jąc czap­kę i kurt­kę. Okry­ła go nimi. Wy­glą­dał na prze­mar­z­nię­te­go, ale chyba nie był w naj­gor­szym sta­nie, bo od­po­wie­dział:

– Nic mi nie jest.

– Jasne. Oprócz tego, że masz tylko pół mózgu albo nie masz go wcale, to nic ci nie jest. – Zdo­by­ła się na zło­śli­wość, szczę­ka­jąc zę­ba­mi i po­ma­ga­jąc mu wstać. – Dla­cze­go od­da­łeś kurt­kę?

Wzru­szył ra­mio­na­mi, a Ame­lia pod­sko­czy­ła, gdy usły­sza­ła obcy głos:

– Tym go jesz­cze przy­kryj. – Spoj­rza­ła na czar­ną, pu­cho­wą kurt­kę trzy­ma­ną w wy­cią­gnię­tej dłoni. Ski­nę­ła głową. – Mam jesz­cze koce.

– Trze­ba go za­brać do szpi­ta­la – po­wie­dzia­ła szyb­ko.

– Jest Wi­gi­lia. Poza tym na moje oko nic mu nie jest – od­po­wie­dział bez­dom­ny, po­da­jąc z wózka gruby, po­pla­mio­ny koc. – W cie­płym miej­scu po­wi­nien szyb­ko od­ta­jać.

Ame­lia nie mogła się nie zgo­dzić, że dzi­siaj au­to­bu­sy rzad­ko kur­so­wa­ły, a i pew­nie by ich nie przy­ję­to. Długo się nie za­sta­na­wia­ła. We dwój­kę za­tar­ga­li go do domu. Ruda krę­ci­ła się pod no­ga­mi, ra­do­śnie wy­wi­ja­jąc kółka ogo­nem.

– Po­mo­gę ci się prze­brać. – Za­ofe­ro­wa­ła Ame­lia, wi­dząc, jak Lenge zgra­bia­ły­mi dłoń­mi pró­bu­je roz­piąć zamek kurt­ki.

– Po­ra­dzę sobie – od­parł, mę­cząc się z zam­kiem.

– Cza­sem trze­ba przy­jąć pomoc – oznaj­mi­ła ko­bie­ta, nie mając za­mia­ru od­pu­ścić.

Bez­dom­ny Lu­cjan za­mknął drzwi, i ścią­ga­jąc buty, wtrą­cił:

– Może ja to zro­bię?

Cha­rak­te­ry­stycz­ny fetor ude­rzył w po­wo­nie­nie Ame­lii, nie­mal zwa­la­jąc ją z nóg. Mocno za­ci­snę­ła szczę­ki i ski­nę­ła głową.

– I umyj się przy oka­zji – wy­ce­dzi­ła, nie­mal nie otwie­ra­jąc ust.

– Nie chcę być kło­po­tem, bo widzę, że cze­kasz na gości – po­wie­dział Lu­cjan.

– Wła­śnie – dodał Len­ge­loi. – Od­ta­ję i też zni­kam.

– Tak się skła­da, że to wy dzi­siaj je­ste­ście moimi go­ść­mi. – Od­wró­ci­ła się tyłem. Nie wie­dzieć czemu, zro­bi­ło jej się strasz­nie głu­pio. – Bo wy­glą­da na to, że…

– Bę­dzie­my za­szczy­ce­ni – prze­rwał szyb­ko Lu­cjan, sztur­cha­jąc to­wa­rzy­sza pod żebro.

– Tak. Bę­dzie­my – od­parł rudy.

Pismo Świę­te, które trzy­mał w dłoni Len­ge­loi, było cięż­kie i o ile do­brze się orien­to­wał, to na­ro­dze­nie Pana Świa­tło­ści nieco ina­czej wy­glą­da­ło. Jego roz­my­śla­nia zo­sta­ły jed­nak prze­rwa­ne przez ży­cze­nia i barszcz czer­wo­ny z uszka­mi. Do­pie­ro wtedy uświa­do­mił sobie, jak bar­dzo jest głod­ny.

W prze­rwie po­mię­dzy je­dze­niem śpie­wa­li ko­lę­dy. Ame­lia nie mogła tra­fić w dźwięk, Lu­cjan char­czał, prze­cią­ga­jąc koń­ców­ki, a on nie do końca znał słowa. I wszyst­ko by­ło­by pięk­nie, gdyby nie dzwo­nek do drzwi.

– Otwo­rzę – mruk­nę­ła ko­bie­ta, po­wo­li wsta­jąc.

Prze­szła przez wy­ga­szo­ny ko­ry­tarz i bez choć­by zer­k­nię­cia w ju­da­sza otwo­rzy­ła z roz­ma­chem drzwi. W progu stało trzech je­go­mo­ści w gra­na­to­wych gar­ni­tu­rach. Szpa­ko­wa­ty, czar­ny i naj­młod­szy blon­dy­nek.

– ABS. – Czar­no­wło­sy za­ma­chał jej przed nosem ja­kimś pa­pier­kiem, za­do­wo­lo­ny z sie­bie. Ame­lia unio­sła brwi, nieco zdzi­wio­na. – AGD! NBA? – dodał nie­pew­nie.

– CBA, Mi­siek – szep­nął szpa­ko­wa­ty, za­sła­nia­jąc usta dło­nią. – Miało być CBA.

– CBA – po­wtó­rzył.

– Teraz to już za późno, Mi­siek – od­par­ła, pró­bu­jąc za­trza­snąć drzwi, co jej się nie uda­wa­ło. – Pierw­sze wra­że­nie robi się tylko raz.

– Kto to? – Zwa­bio­ny ha­ła­sem, z po­ko­ju wyj­rzał Lu­cjan.

– Ko­lęd­ni­cy – wark­nę­ła ko­bie­ta, tłu­kąc drzwia­mi po nodze Mi­cha­ła.

– Cze­kaj, cze­kaj – wtrą­cił blon­dy­nek, po­ka­zu­jąc jej kart­kę. – Szu­ka­my tego czło­wie­ka.

Ame­lia prze­sta­ła wal­czyć z drzwia­mi i spoj­rza­ła na niego za­sko­czo­na.

– Szu­ka­cie ducha? – za­py­ta­ła, a blon­dyn uniósł brew zdzi­wio­ny. – Po­ka­zu­jesz mi pustą kart­kę, dzie­cia­ku.

Zanim jed­nak blon­dy­nek zdą­żył coś od­po­wie­dzieć, Mi­chał krzyk­nął:

– Wyłaź, Len­ge­loi! Nie cho­waj się za spód­ni­cą czło­wie­ka.

Wo­ła­ny wy­szedł z po­ko­ju, omi­ja­jąc dziw­nie otu­ma­nio­ne­go Lu­cja­na.

– To moi bra­cia – po­wie­dział po­wo­li. – Mi­siek, Rafi i Ga­bryś. – Po kolei wska­zał czar­no­wło­se­go, szpa­ko­wa­te­go i blon­dyn­ka. – Roz­sta­li­śmy się dość gwał­tow­nie i nie są­dzi­łem, że będą mnie szu­kać. Po­zwo­lisz, że zje­dzą z nami wie­cze­rzę. W taką noc nie można ni­ko­go wy­go­nić ani siłą za­bie­rać. Nie są­dzi­cie? – Wy­mow­nie spoj­rzał na trzech męż­czyzn sto­ją­cych w drzwiach.

Mi­siek za­ci­snął zęby. Wła­śnie od­da­la­ło się szyb­kie za­ła­twie­nie spra­wy na rzecz uro­czy­ste­go po­sił­ku. We­dług niego je­dze­nie było po to, żeby jeść, a nie za­chwy­cać się nim.

– Zga­dza się – od­parł Rafi, cho­wa­jąc ręce do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. – Nie godzi się tak czy­nić. Py­ta­nie, czy pani Ame­lia się zgo­dzi.

Ko­bie­ta za­ci­snę­ła usta. Była pewna, że się nie przed­sta­wia­ła. Przez chwi­lę pa­trzy­ła w ła­god­ne, szare oczy Ra­fie­go, pró­bu­jąc do­kład­nie przy­po­mnieć sobie prze­bieg roz­mo­wy.

– Jak naj­bar­dziej – mruk­nę­ła. Ro­dzi­na nie przy­je­cha­ła, więc dla­cze­go nie przy­jąć żar­tow­ni­siów. W końcu tylko okrad­ną dom i za­mor­du­ją wła­ści­ciel­kę. Z nie­ja­ką zło­śli­wą sa­tys­fak­cją po­my­śla­ła, jak dzie­ci będą się kła­dły na jej trum­nie z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, że ją olały. A spa­dek prze­pi­sze na Lu­cja­na. Pod wa­run­kiem, że zaj­mie się Rudą. – Czy bę­dzie­my za­czy­nać od po­cząt­ku? – za­py­ta­ła.

– Nie – od­parł szyb­ko Mi­siek, który nie prze­pa­dał za uro­czy­sty­mi ko­la­cja­mi, ale za je­dze­niem ow­szem. – Len­ge­loi, nie chcia­łem tego. Od­dał­bym ci to miej­sce – szep­nął, kiedy Ame­lia w to­wa­rzy­stwie Ga­bry­sia i Ra­fie­go od­da­li­ła się nieco.

– Wiem – od­po­wie­dział Lenge – i nie byłem wolny od za­zdro­ści z tego po­wo­du. – Klep­nął brata w ramię. Mi­chał stał przez chwi­lę za­sko­czo­ny i nie­zde­cy­do­wa­ny. – Chodź, bo barszcz sty­gnie.

– Rafi jest le­ka­rzem, a ja po­słań­cem, zna­czy ku­rie­rem je­stem – usły­sze­li Ga­bry­sia, kiedy tylko we­szli, który pa­trzył, jak Ame­lia na­le­wa zupy. Mi­siek usiadł obok, a Len­ge­loi na­prze­ciw­ko nich. W chwi­lę póź­niej do­łą­czył Lu­cjan, a Ruda uwa­li­ła się pod sto­łem, cze­ka­jąc, aż komuś spad­nie coś do­bre­go.

– Je­ste­ście brać­mi? – do­py­ty­wa­ła Ame­lia, na co cała czwór­ka przy­tak­nę­ła. – Nie je­ste­ście po­dob­ni – do­da­ła, przy­glą­da­jąc się każ­de­mu z osob­na, dłu­żej za­trzy­mu­jąc się na Miśku, a do­kład­niej na jego brą­zo­wych oczach. – A on? Gdzie pra­cu­je?

– W po­li­cji – od­po­wie­dział szyb­ko Lenge.

– Gaszę ogień. – Mi­siek wierz­gnął pod sto­łem, nie tra­fia­jąc Lenge.

– Jest stra­ża­kiem – wtrą­cił szyb­ko Rafi.

– Gaszę ogień pie… – po­wtó­rzył.

– W ochot­ni­czej stra­ży po­żar­nej – prze­rwał mu Ga­bryś. – Jako ochot­nik.

Mi­chał spoj­rzał na wście­kłe­go Ra­fie­go i po­wie­dział:

– Do­ra­biam jako stra­żak w ochot­ni­czej stra­ży po­żar­nej. Za­do­wo­le­ni? – mruk­nął zre­zy­gno­wa­ny.

– Coś ćwi­czysz? – za­py­tał Lu­cjan.

– Tak. Głów­nie szer­mier­kę i Muay Thai, ale to u nas ro­dzin­ne.

Rafi uniósł brew, uprzej­mie zdzi­wio­ny. Nie pa­mię­tał, aby tre­no­wał sztu­ki walki. Miał ra­czej sztu­kę le­cze­nia opa­no­wa­ną do per­fek­cji.

– Mu­sisz z nami na­tych­miast wra­cać – szep­nął Ga­bryś, kiedy Ame­lia z Lu­cja­nem ofe­ru­ją­cym pomoc wy­szli do kuch­ni.

– Nie pró­buj ucie­kać – dodał Rafi, po­pie­ra­jąc Ga­brie­la i przy­glą­da­jąc się, jak czar­no­wło­sy po­chła­nia ko­lej­ną por­cję kar­pia. – Że też nie pęk­niesz – sko­men­to­wał w końcu.

Mi­siek wzru­szył ra­mio­na­mi i po­wie­dział, prze­ły­ka­jąc:

– Zo­sta­niesz pod­da­ny karze za sa­mo­wol­ne opusz­cze­nie Nieba. Wiesz, co cię czeka.

– Zdaję sobie z tego spra­wę – od­po­wie­dział po­god­nie Len­ge­loi.

Wo­jow­nik do­tknął jego ręki. Wspo­mnie­nia i myśli szyb­ko na­pły­nę­ły. Były one spo­koj­ne, bez bólu i roz­pa­czy. Anioł uniósł brew.

– Co się stało, Lenge? – za­py­tał, ale ten tylko się uśmiech­nął.

 

Koniec

Komentarze

Witam po becie. :)

Zaskoczenie, lekki humor oraz fajne przedstawienie bohaterów to największe atuty tekstu. ;) 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Dziękuję bruce. 

Czytałem to jako beta więc uwag technicznych nie będę miał. Jeżeli ktoś doświadczony wejdzie, to za wszelkie niedociągniecia również przepraszam bo nie zauważyłem :)

 

Początek w celi jest mocny – zmęczenie Lengela, niechęć do „pomocy”, agresja wobec troski. To jest wiarygodne, nic tu nie jest na siłę. Pewnie każdy z nas takową historię w życiu przeszedł, przechodzi a jak nie – pewnie przejdzie.

 

Ogółem bardzo życiowy tekst opakowany w fantasy, ale takie low z mocnym przesłaniem. Podoba mi się też, że nie dałaś jasnego zakończenia. Solidny, mocny tekst. Brawo! 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Dzięki.

Cześć, CZARNA2

O, ależ lubię anioły! Sympatyczne, takie bardzo ludzkie są u Ciebie. Niby zwykłe posiedzenie przy stole, jedzonko, ale to w tym momencie zaczęło się robić ciekawie. Dialogi naturalne, wiarygodne i swobodny płynący tekst.

Lubię rysować anioły, każdy jest inny, żyją własnym życiem, a biorąc pod uwagę ilu jest ludzi na świecie, to bytów anielskich musi być mnóstwo… i bardzo dobrze :-)

Trochę układ o zawieszeniu broni między dobrem a złem mi nie pasuje. Dobra ze złem nie można pogodzić. To tak, jakby światło było cieniem i odwrotnie. 

Z przyjemnością udaję się do klikarni

Pozdrawiam

– Lengeloi! – Amelia krzyknęła, przykładając dłonie do ust, a bezruch i zapach wchłonęły jej głos. – Lenge!

On jej się przedstawił jako Lenge. Ja bym nie odgadł, że Lenge to skrót od Lengeloi.

Bezruch i zapach wchłonęły jej głos? Przekombinowane i zbyt poetyckie jak na Prozę. 

 

Wprowadzenie postaci Lucjana to kompletny chaos. Wciąż musiałem się zastanawiać o co chodzi.

 

– Będziemy zaszczyceni – przerwał szybko Lucjan, szturchając towarzysza pod żebro.

– Tak. Będziemy – odparł rudy.

Pismo Święte, które trzymał w dłoni Lengeloi, było ciężkie i o ile dobrze się orientował, to narodzenie Pana Światłości nieco inaczej wyglądało.

 

 

Daj tu spacje po “odparł rudy” bo wychodzi na to, że Lenge pojawił się z pismem świętym w ręku, nie wiem… w przedpokoju w łazience – bałagan.

 

To jest fragment? Bo jeśli nie to po co było to opowiadanie? (całkiem zgrabne językowo)

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Hesket, bardzo dziękuję za komentarz. Aniołowie to też mój ulubiony temat do pisania.

Dalekopatrzący, tobie również dziękuję za komentarz i wskazane usterki, które wezmę pod uwagę.

Jest opisane jako opowiadanie, więc takim jest. Ma otwarty koniec, więc można się domyśleć jedynie co było dalej. To zostawiłam dla wyobraźni czytelnika.

Dalekopatrzący, pozwolę sobie wtrącić, odpowiadając na Twoje pytanie…

 

To jest fragment? Bo jeśli nie to po co było to opowiadanie?

Nie, to nie jest fragment, tylko pełnoprawne opowiadanie.

Jest ono po to, aby Autorka mogła podzielić się z Czytelnikami swoim pomysłem. 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dobrze się czytało. Zdecydowanie bardziej podobał mi się aspekt przyziemny tego opowiadania. Relacja Amelii z Lengo naprawdę sprawnie opisana. Mógłbym czytać o tym w nieskończoność. Ciepło i pewnego rodzaju rzewność przebijająca z tych wersów to coś, co przykuwało uwagę.

 

Lengeloi to Polak po węgiersku, prawda? Więc ten rudzielec (sic!) to anioł stróż naszego kraju? ;)

 

Druga część, ta od “Ciemne wnętrze pomieszczenia…” dla mnie trochę była niejasna, musiałem się skupić i jeszcze raz przeczytać, żeby zrozumieć co, gdzie, i z kim się dzieje. Ten smród i wdepnięcie w coś lepkiego, za pierwszym razem zasugerowało mi coś innego niż krew. ;)

“– Jak się z kimś spędziło całe życie, to się tęskni, bez względu na złe rzeczy, i za tymi dobrymi.” – w mojej opinii jakaś dziwna składnia w tym zdaniu. Ale specjalistą nie jestem.

 

Ogólnie podobało mi się. Choć końcówka trochę nie odpowiada na pytanie czemu ten Lengo taki nagle chętny do powrotu, że ludzie w tej Polsce jednak są wporzo i nie ma się co ich wstydzić? Czy że nie walczymy, ale i tak jesteśmy fajni? No nie ważne, sam sobie odpowiem.

Pozdro

 

locussolus bardzo dziękuję za przemiły komentarz.

Szczerze powiedziawszy, jeśli chodzi o imię Lengę to z pewnością miało jakieś znaczenie, bo u mnie imiona bohaterów zawsze je mają, ale żebym pamiętała jakie to nie. 

Witam :]

 

Też mam słabość do fantastyki o aniołkach. Pewnie jeszcze po Siewcy wiatru mi zostało.

 

No i ten tekst tutaj też jest całkiem udany. Jest lekki humor, trochę wątków obyczajowych, ale nieprzesadnie ckliwych.

 

Faktycznie można było troszkę w końcówce nieco więcej wyjaśnić, bo mimo że jakieś domknięcie jest, sprawia wrażenie uciętej – szczególnie mnie zdziwiło, że nie wiemy, co z tą mocą Lange.

 

Pozdrawiam i klik


Delikatne pukanie rozległo się przytłumionym dźwiękiem w malutkiej celi.

Hmmm wydaje mi się, że raczej przytłumiony dźwięk delikatnego pukania się rozległ?

 

ale nie, wszyscy tylko narzekają,

 poczłapał z powrotem, mając nadzieję, że gdzieś po drodze pęknie mu głowa albo serce, które nieustannie bolą.

Nie może dopuścić, żeby cokolwiek zauważyli. Zerwał się na nogi, rozglądając po celi.

Miejscami są czasy pomieszane.

 

Kiedy jednak głównodowodzącym Ratownictwa Anielskiego został Michał, spotkanie z Szefem graniczyło z cudem.

Od kiedy

 

Na święta,.

Akita inu

Akita małą, tak samo jak owczarek, husky etc.

 

Ogolony i wyszorowany[,] usiadł na stołku

Raczej przecinek, bo to jest (podobno) zasadniczo równoważnik zdania.

 

ci się przebrać. – Zaoferowała Amelia

Bez kropki i małą.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Niezłe opowiadanie z gatunku odkrywających fragment świata zazwyczaj niedostępnego zwykłym ludziom, ale dobrze się stało, że tym razem ludzkie sprawy wysunęły się na plan pierwszy i mimo mroźnej zimowej aury zostały pokazane ciepło i z humorem.

Mam nadzieję, Czarna2, że dokonasz poprawek, bo chciałabym móc odwiedzić klikarnię. :)

 

Osob­nik cier­pli­wie cze­kał na od­po­wiedź… → Czy osobnik jest tu najlepszym określeniem?

 

Tym bar­dziej że pierw­szy raz… → Tym bar­dziej, że pierw­szy raz

 

– Na świę­ta,. Jutro… → Zbędny przecinek przed kropką.

 

rzu­ci­ła się na niego Akita inu… → Dlaczego wielka litera?

 

– Jasne. Przy­nio­sę ubra­nia. → – Jasne. Przy­nio­sę ubra­nie.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą wkładamy na siebie to ubranie.

 

Wy­cią­gnę­ła ta­le­rze z sza­fek i na­ło­ży­ła je­dze­nie. → Czy wyciągała talerze z kilku szafek?

 

– Gaszę ogień.– Mi­siek wierz­gnął pod sto­łem… → Brak spacji po kropce.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję za komentarz. Poprawki naniesione.

Bardzo proszę, Czarna2. Miło mi, że mogłam się przydać. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To ja bardzo dziękuję :) 

:D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne opowiadanie z lekkim humorem.

Fajne. Klikam.

Robert Raks bardzo dziękuję za przeczytanie i klika. Cieszę się, że opowiadanko przypadło do gustu.

Hmm. Mimo, że lubię otwar­te za­koń­cze­nie to tym razem znowu mam wra­że­nie, że gdzieś się spie­szysz. 

Trosz­kę nad­uży­wasz słów­ka “od­parł” i “po­wie­dział/od­po­wie­dział”. Spró­buj może po­my­śleć nad sy­no­ni­ma­mi, które będą ład­niej wy­glą­dać, szcze­gól­nie, że dia­lo­gów jest dużo. A dia­lo­gi masz fajne i na­tu­ral­ne, więc tym bardziej.

Humor na plus, anio­ły na plus. Na­pi­sa­ne bar­dzo spraw­nie, ład­nie.

Każde opo­wia­da­nie, które od Cie­bie czy­tam, jest lep­sze od po­przed­nie­go, trzy­mam kciu­ki, żeby ta ten­den­cja się utrzy­ma­ła.

Fan­to­mo­wy klik, po­zdra­wiam.

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka