- Opowiadanie: TheGuru - Marzanna

Marzanna

Opowiadanie stanowi próbę antropologicznego spojrzenia na rytuał topienia Marzanny, ujętego w ramy legendy. Fabuła została osadzona w autentycznym kontekście historycznym, który stał się inspiracją dla przedstawionej wizji świata. Chciałbym sprawdzić, na ile te historyczne fundamenty są czytelne dla odbiorcy bez dodatkowego komentarza, a na ile znikają pod warstwą mitycznej opowieści.

 

Zrobiłem filmik promujący powieść zawierający ten wątek: https://youtu.be/86R-czzUZRc

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Marzanna

– Źle wiążesz! Patyki się wysmykują! – Borza szarpał za słomę, aż trzeszczała.

– Mocniej chwyć! – krzyknął Mieszko, ale zmarznięte palce nie słuchały.

– Ja chcę wiązać! – Luba wyrwała mu wiązkę słomy i zacisnęła węzeł.

Nad rzeką rozbrzmiał śmiech – jasny jak dzwonek z lodu. Dzieci porzuciły kukłę i odwróciły głowy.

Między drzewami sunęła Dziwa, córka zielarki. Zachodnie słońce oplatało ją złotem, włosy lśniły śnieżną bielą. Szeptano we wsi, że Marzanna własnoręcznie ulepiła jej twarz – ta sama uroda, ale w oczach Dziwy tańczył ogień, nie lód.

– Dzieci – usiadła na kamieniu, a płomienie zadrżały w jej spojrzeniu. – Czy wiecie, co czynicie?

– Marzannę palimy! – krzyknął Borza. – By zima uciekła!

– By wiosna przyszła! – dodała Luba.

Dziwa skinęła głową. Rzuciła garść suchych liści na ogień – buchnął płomień, jakby sam chciał słuchać.

 

Słuchajcie, dzieci, przy blasku łuczyw,

O czym pieśń stara wśród dębów huczy.

O Długiej Zimie, co świat skuć chciała,

Gdy pycha ludzka Bogów wygnała.

 

– Nie żelazem ich szczuli, nie z ogniem w święte gaje szli. Gorzej uczynili – usta im oniemiały. Modły w gardłach zakrzepły.

 

Ziemia rodziła tłusto i hojnie,

Żyli przodkowie nasi spokojnie.

Gumna pękały, w barciach miód spływał,

I nikt Swaroga już nie przyzywał.

 

– Syci odwrócili twarze od nieba. Zwierz po siołach chodził. Nie polowali. Po co? Wzrok ku ziemi opadł, od nieba się odwrócił. A Bogowie słuchali ciszy. I z każdym dniem słabli. Dzieci nigdy nie poznały smaku modlitwy.

 

Serca zgnuśniały, twarde od złota,

Na bogów zgasła w ludziach ochota.

Już nikt nie myślał o starych modłach,

Nie strzegł Jaryło zboża na polach.

 

Zacisnęła pięści – jakby trzymała złoto – potem otworzyła dłonie: puste.

– Kęsem chleba dzielili się jeno z tymi, którzy pełną dłoń w zamian wyciągali. Serca im stwardniały niczym wołowa skóra rzucona na trzaskający mróz.

 

Swarożyc stracił swą dawną moc,

A z mrocznej Nawii nadeszła noc.

Weles z Marzanną podnieśli głowy,

By zakuć świat w całun lodowy.

 

Dziwa uniosła ręce ku niebu – blade, zimne – potem opuściła je powoli, jakby spuszczała zasuwę lodu na świat.

– Bogowie bez naszych modłów – są jak ogień bez drew. Słabną. Swarożyc na niebie trwał, lecz ciepła nie było. Ludzie dłonie ku niemu wyciągali, a te sine od chłodu zostawały. Wtedy z podziemia wynurzyli się Weles, Marzanna i ich demony.

 

I zima przyszła pod chmurą szarą,

Z okrutną, mroźną, straszliwą karą.

A z nieba leciał pył siwy, smolny,

A Swaróg w kuźni trud znosił znojny.

 

Dmuchnęła w ognisko. Popiół przykrył śnieg wokół dzieci.

– Dzień po dniu. Miesiąc po miesiącu noc nieustanna trwała. Niebiański Kowal, dął w miechy, pot ściekał mu po czole.

 

Kuł synu iskrę, co mrok rozgoni,

Lecz pył zasłonił świat w całej toni.

Słońce skrył popiół, zgasł blask na świecie,

Ginęło wszystko, i zwierz, i kwiecie.

 

Świat zasypywał szary śnieg. To był popiół z niebiańskiej kuźni. Kwiaty zwiędły, ptaki spadały z drzew jak zeschłe liście.

 

Zjedli dziadowie ziarno na zasiew,

A w brzuchach demon obudził gniew.

Brat patrzył wilkiem na swego brata,

W człowieka wstąpił srogi duch kata.

 

– Zjedli zapasy. Zjedli skóry z butów. Zjedli korę z drzew. Bór oniemiał, pnie sczerniały, jakoby je ogień lizał. Człowiek przez błoto szare jako cień się snuł. Matki dziatki swe martwe na drogach porzucały, bo sił brakło, by im stosy usypać i duszę ogniem wyzwolić. Łzy zamarzały na policzkach zanim zdążyły spłynąć.

– Spotykali takie same upiory jakimi się stali. Nie współczuli sobie w cierpieniu. Zabijali się o każde padłe truchło.

 

Wódz stary mądry klął w niebo siwe,

Wołając bogów na truchło mściwe.

Lecz tylko cisza mu odpowiada,

Rosła Welesa czarna gromada.

 

– Stary wódz złorzeczył Bogom. Niebo milczało. Sypało popiołem. Kto padał w śnieg, karmił Nawię. Im więcej ich umierało – tym silniejsi stawali oni.

 

Aż ją spotkali. Wiedźmę nad rzeką,

Co toń gładziła lodową ręką.

Klęczała w mrozie, nuciła cicho,

By wiecznie trwało Marzanny licho.

 

– To była kapłanka Marzanny. Każde jej słowo dawało zimie nową moc.

 

Gdy podpalili chatę ze słomy,

Ogniem buchnął pożar ogromny.

Stanęła w drzwiach, i głosem nie swoim,

Głosem, co mroził powietrze chłodem.

 

Głos jej nagle pękł, zaskowytał mrozem i wichrem:

 

„Jam jest Marzanna! Jam śmierć i zima!

Nawia was wszystkich w objęciach trzyma!”

 

Dzieci dłońmi lód chwyciły odsuwając się od ogniska.

Głos jej znów złagodniał, jako woda w słońcu.

 

Tak płonąc biegła ku rzecznej wodzie,

Aż zgasła w przerębli, w lodowym chłodzie.

Zasyczał ogień, gdy lód ją chwycił,

Marzanny czar swą moc utracił.

Woda i ogień zło pokonały,

Szare popioły wiatry rozwiały.

 

Ogień z rzeką się zbratał, by mrok ze świata wygnać.

 

A trzeciej nocy wstał świt prawdziwy,

Swarożyc spojrzał jasny, gorliwy.

I słońce grzało znów ludzkie twarze,

Wracali bogom należne darze.

 

Uniosła twarz ku niebu. Łza spłynęła jej po policzku.

– Padali na kolana w topniejący śnieg. Patrzyli prosto w słońce – choć oślepiało, czuli, jak ciepło wkrada się w kości, w serca, w dusze. Płakali i śmiali się jak szaleni. Zaczęli znosić bogom dary.

 

Więc nim Jaryło da pługom siłę,

By pycha znów nas nie zmyliła,

Bierzemy kukłę, złą tę boginię,

Niech w czarnej wodzie na wieki zginie!

 

Wstała. Podniosła kukłę. Trzymała ją nad ogniem – nie paliła, tylko pokazywała.

– Dlatego dziś robimy Marzannę. Nie po to, by ją nienawidzić. Ale by pamiętać: nasza wiara trzyma świat przy życiu. Gdy milkniemy – mrok zaczyna szeptać. A my… my nie milkniemy. Prawda, dzieci?

 

Płyń, Maro, płyń, w lodową dal,

Zabierz ze sobą śmierć, mrozy, żal!

A my dziś bogom pieśń zaniesiemy,

Bo pamiętamy. I nie zginiemy.

 

Borza kiwnął głową. Luba wzięła patyk z kukły i położyła go na ognisko – trzasnęła iskra. Mieszko patrzył w płomienie – i widział w nich tańczącego Swarożyca.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Niezły klimat, taki swojski i ludowy, przeplatany słowiańskimi wierzeniami i odniesieniami do czasów, znanych dzieciom. :)

 

– Dzieci – usiadła na kamieniu, a płomienie zadrżały w jej spojrzeniu – czy wiecie, co czynicie?– tu znowu błąd w dialogu.

Wiersze/strofy pieśni mniej do mnie przemawiają: mają nierówne rytmy, dziwnie dobrane rymy oraz ogólnie – niepoprawnie brzmi całość. Pomysł jest oryginalny, ale wymaga jeszcze szlifów. :)

Mimo narzekań, klikam za wspomniany pomysł. :)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

“ Gdy milkniemy… mrok zaczyna szeptać…” podoba mi się to zdanie.

Trochę wybijały mnie zwrotki pieśni, ale ogólnie klimat fajny.

A mnie odwrotnie, wybijały teraźniejsze wstawki, tam, gdzie stały się jednozdaniowe. Myślę, że mogłyby być dłuższe, wtedy łatwiej byłoby się “przełączać”. Wstawki czasem nie zaczynają się od myślinika, chociaż jest to wypowiedź Borzy. 

To, co przeszkadzało Bruce, czyli niedoskonałość tych wersów, mi się podoba – tak mi się zdaje, że takie pieśni nigdy nie są idealne, czasem są w nich nieoczekiwane słowa, czasem niedokładne rymy. Moim zdaniem jest na tym polu zupełnie ok, podobało mi się słownictwo :) 

Borza robi różne rzeczy powiązane z ogniem, ale na samym początku nie ma opisanego nigdzie ogniska wprost, albo może inaczej – nie jest to jasne. Jest metafora – że Borza ma ogień, nie lód w spojrzeniu, potem płomienie w nim drżą – ja to zrozumiałam jako kolejną część metafory, a tam po prostu ognisko było. Trochę mnie to wybiło z opowieści na samym początku.

i nie wiemy, ile ma lat – jest dzieckiem, a może nastolatką, młodą kobietą? Mamy dzieci, a potem “córka zielarki”, co mi zasugerowało, że ona też jest dzieckiem. Potem doszłam do wniosku, że raczej nie – pewnie można to opisać, albo może zmienić, ze to ona była zielarką albo może “uczennicą” zielarki (to też sugeruje, że jest starsza niż dzieciaki od kukły). 

 

Opowiadanie klimatyczne, to ci się udało. A legenda – jak to legenda. Bogowie okrutni, z wielkim ego, jak ich nie kochasz i nie wielbisz, to zsyłają wieczną zimę/potop/inne okropieństwa. Bardzo przyjemnie opisana, ale bez twistu, którego bym może oczekiwała. A może narzekam, bo ostatnio czytałam książkę o słowiankach i mimochodem ich wierzeniach, więc DLA MNIE nie ma powiewu świeżości, bo jestem “na bieżąco”, że tak powiem. 

 

Mimo tego co napisałam wyżej, podobało mi się :) 

www.instagram.com/pisze.po.swojemu/

“Bogowie okrutni, z wielkim ego, jak ich nie kochasz i nie wielbisz, to zsyłają wieczną zimę/potop/inne okropieństwa.”

 

jest odwrotnie. nieszczęście jest skutkiem ubocznym walki bogów o ludzi. Wulkaniczna zima, bo do tego wydarzenia z VI wieku się odwołuję, to popiół z kuźni Swaroga, który ratuje syna po tym jak ludzie o nim zapomnieli.

 

Może brakuje wprowadzenia. To fragment z powieści i może powinienem był zrobić wprowadzenie dla osób nie znających historii.

 

Dziękuję za ciepłe słowo.

Nowa Fantastyka