– Źle wiążesz! Patyki się wysmykują! – Borza szarpał za słomę, aż trzeszczała.
– Mocniej chwyć! – krzyknął Mieszko, ale zmarznięte palce nie słuchały.
– Ja chcę wiązać! – Luba wyrwała mu wiązkę słomy i zacisnęła węzeł.
Nad rzeką rozbrzmiał śmiech – jasny jak dzwonek z lodu. Dzieci porzuciły kukłę i odwróciły głowy.
Między drzewami sunęła Dziwa, córka zielarki. Zachodnie słońce oplatało ją złotem, włosy lśniły śnieżną bielą. Szeptano we wsi, że Marzanna własnoręcznie ulepiła jej twarz – ta sama uroda, ale w oczach Dziwy tańczył ogień, nie lód.
– Dzieci – usiadła na kamieniu, a płomienie zadrżały w jej spojrzeniu. – Czy wiecie, co czynicie?
– Marzannę palimy! – krzyknął Borza. – By zima uciekła!
– By wiosna przyszła! – dodała Luba.
Dziwa skinęła głową. Rzuciła garść suchych liści na ogień – buchnął płomień, jakby sam chciał słuchać.
Słuchajcie, dzieci, przy blasku łuczyw,
O czym pieśń stara wśród dębów huczy.
O Długiej Zimie, co świat skuć chciała,
Gdy pycha ludzka Bogów wygnała.
– Nie żelazem ich szczuli, nie z ogniem w święte gaje szli. Gorzej uczynili – usta im oniemiały. Modły w gardłach zakrzepły.
Ziemia rodziła tłusto i hojnie,
Żyli przodkowie nasi spokojnie.
Gumna pękały, w barciach miód spływał,
I nikt Swaroga już nie przyzywał.
– Syci odwrócili twarze od nieba. Zwierz po siołach chodził. Nie polowali. Po co? Wzrok ku ziemi opadł, od nieba się odwrócił. A Bogowie słuchali ciszy. I z każdym dniem słabli. Dzieci nigdy nie poznały smaku modlitwy.
Serca zgnuśniały, twarde od złota,
Na bogów zgasła w ludziach ochota.
Już nikt nie myślał o starych modłach,
Nie strzegł Jaryło zboża na polach.
Zacisnęła pięści – jakby trzymała złoto – potem otworzyła dłonie: puste.
– Kęsem chleba dzielili się jeno z tymi, którzy pełną dłoń w zamian wyciągali. Serca im stwardniały niczym wołowa skóra rzucona na trzaskający mróz.
Swarożyc stracił swą dawną moc,
A z mrocznej Nawii nadeszła noc.
Weles z Marzanną podnieśli głowy,
By zakuć świat w całun lodowy.
Dziwa uniosła ręce ku niebu – blade, zimne – potem opuściła je powoli, jakby spuszczała zasuwę lodu na świat.
– Bogowie bez naszych modłów – są jak ogień bez drew. Słabną. Swarożyc na niebie trwał, lecz ciepła nie było. Ludzie dłonie ku niemu wyciągali, a te sine od chłodu zostawały. Wtedy z podziemia wynurzyli się Weles, Marzanna i ich demony.
I zima przyszła pod chmurą szarą,
Z okrutną, mroźną, straszliwą karą.
A z nieba leciał pył siwy, smolny,
A Swaróg w kuźni trud znosił znojny.
Dmuchnęła w ognisko. Popiół przykrył śnieg wokół dzieci.
– Dzień po dniu. Miesiąc po miesiącu noc nieustanna trwała. Niebiański Kowal, dął w miechy, pot ściekał mu po czole.
Kuł synu iskrę, co mrok rozgoni,
Lecz pył zasłonił świat w całej toni.
Słońce skrył popiół, zgasł blask na świecie,
Ginęło wszystko, i zwierz, i kwiecie.
Świat zasypywał szary śnieg. To był popiół z niebiańskiej kuźni. Kwiaty zwiędły, ptaki spadały z drzew jak zeschłe liście.
Zjedli dziadowie ziarno na zasiew,
A w brzuchach demon obudził gniew.
Brat patrzył wilkiem na swego brata,
W człowieka wstąpił srogi duch kata.
– Zjedli zapasy. Zjedli skóry z butów. Zjedli korę z drzew. Bór oniemiał, pnie sczerniały, jakoby je ogień lizał. Człowiek przez błoto szare jako cień się snuł. Matki dziatki swe martwe na drogach porzucały, bo sił brakło, by im stosy usypać i duszę ogniem wyzwolić. Łzy zamarzały na policzkach zanim zdążyły spłynąć.
– Spotykali takie same upiory jakimi się stali. Nie współczuli sobie w cierpieniu. Zabijali się o każde padłe truchło.
Wódz stary mądry klął w niebo siwe,
Wołając bogów na truchło mściwe.
Lecz tylko cisza mu odpowiada,
Rosła Welesa czarna gromada.
– Stary wódz złorzeczył Bogom. Niebo milczało. Sypało popiołem. Kto padał w śnieg, karmił Nawię. Im więcej ich umierało – tym silniejsi stawali oni.
Aż ją spotkali. Wiedźmę nad rzeką,
Co toń gładziła lodową ręką.
Klęczała w mrozie, nuciła cicho,
By wiecznie trwało Marzanny licho.
– To była kapłanka Marzanny. Każde jej słowo dawało zimie nową moc.
Gdy podpalili chatę ze słomy,
Ogniem buchnął pożar ogromny.
Stanęła w drzwiach, i głosem nie swoim,
Głosem, co mroził powietrze chłodem.
Głos jej nagle pękł, zaskowytał mrozem i wichrem:
„Jam jest Marzanna! Jam śmierć i zima!
Nawia was wszystkich w objęciach trzyma!”
Dzieci dłońmi lód chwyciły odsuwając się od ogniska.
Głos jej znów złagodniał, jako woda w słońcu.
Tak płonąc biegła ku rzecznej wodzie,
Aż zgasła w przerębli, w lodowym chłodzie.
Zasyczał ogień, gdy lód ją chwycił,
Marzanny czar swą moc utracił.
Woda i ogień zło pokonały,
Szare popioły wiatry rozwiały.
Ogień z rzeką się zbratał, by mrok ze świata wygnać.
A trzeciej nocy wstał świt prawdziwy,
Swarożyc spojrzał jasny, gorliwy.
I słońce grzało znów ludzkie twarze,
Wracali bogom należne darze.
Uniosła twarz ku niebu. Łza spłynęła jej po policzku.
– Padali na kolana w topniejący śnieg. Patrzyli prosto w słońce – choć oślepiało, czuli, jak ciepło wkrada się w kości, w serca, w dusze. Płakali i śmiali się jak szaleni. Zaczęli znosić bogom dary.
Więc nim Jaryło da pługom siłę,
By pycha znów nas nie zmyliła,
Bierzemy kukłę, złą tę boginię,
Niech w czarnej wodzie na wieki zginie!
Wstała. Podniosła kukłę. Trzymała ją nad ogniem – nie paliła, tylko pokazywała.
– Dlatego dziś robimy Marzannę. Nie po to, by ją nienawidzić. Ale by pamiętać: nasza wiara trzyma świat przy życiu. Gdy milkniemy – mrok zaczyna szeptać. A my… my nie milkniemy. Prawda, dzieci?
Płyń, Maro, płyń, w lodową dal,
Zabierz ze sobą śmierć, mrozy, żal!
A my dziś bogom pieśń zaniesiemy,
Bo pamiętamy. I nie zginiemy.
Borza kiwnął głową. Luba wzięła patyk z kukły i położyła go na ognisko – trzasnęła iskra. Mieszko patrzył w płomienie – i widział w nich tańczącego Swarożyca.