- Opowiadanie: Piotrek77 - Pierwotne pole potencjału

Pierwotne pole potencjału

Oceny

Pierwotne pole potencjału

Przestałem być kimkolwiek – nie miałem ciała, imienia ani czasu, a mimo to istniałem pomiędzy światami. Wokół mnie było nienaturalnie ciemno. Dopiero po chwili w moim umyśle wybrzmiała nazwa tego stanu: „pierwotne pole potencjału”. To był jeden z tych przebłysków, które miewałem podczas wykonywania misji jako Strażnik Kontinuum. Ich pojawienie się dawało mi nadzieję, że może jeszcze nie wszystko stracone.

Myślałem, że znam już wszystko o świecie rzeczywistym i o wymiarze poza czasem, będącym jego lustrzanym odbiciem. Wiedziałem o istnieniu nieskończonej liczby wariantów. Teraz jednak znalazłem się pomiędzy wszystkimi tymi światami – po raz pierwszy w takim stanie.

Z mojej perspektywy wydawało się, że nie mam nic: żadnego kształtu, żadnej formy. Stałem się punktem, który dopiero po dokonaniu wyboru może ponownie zaistnieć w jednym z wariantów i zostać przez niego wchłonięty. Nie wiem, skąd pochodzą te informacje. Po prostu tam są. I boję się, że istniały już wcześniej jako zbiór zasad miejsca, które ktoś dawno stworzył, a mnie jedynie pozwolił w nim przebywać.

Czasem, gdy byłem na platformie, czułem czyjś wzrok – nie profesora Filipa Terriera, nie przewodników. To było coś większego. Jakby sama struktura świata mnie obserwowała.

Filip opowiadał nam wiele o teorii wieloświatów i ich wariantach. W swoich wykładach nigdy jednak nie wspominał o świecie istniejącym pomiędzy nimi. Szczerze mówiąc, sam też nigdy się nad tym nie zastanawiałem – aż do tej chwili, gdy tutaj trafiłem.

Jestem świadomy, że decyzja o wejściu w „miejsce pomiędzy” należała do mnie, podyktowana miłością do mojej córki. Tylko w ten sposób mogłem ocalić świat, w którym były teraz bezpieczne: moja żona Kasia i nasza Olcia.

W tamtym wariancie znalazłem się dwa razy. Nie zastanawiałem się już, czy to błąd systemu. Po zakończeniu jednej z prostych misji, zamiast wrócić do swojego wariantu bazowego, powróciłem do świata bardzo mu bliskiego – niemal bliźniaczego. Moja obecność stawała się zagrożeniem dla obu wariantów.

Doprowadziło to do rozwarstwienia rzeczywistości, nazywanego przez profesora „pęknięciem”, w wyniku którego moja córka stała się łącznikiem między tymi wariantami – a to niosło dla niej ogromne niebezpieczeństwo. W obawie przed wymazaniem obu wariantów przez Czyściciela Światów przejście do świata pomiędzy okazało się jedynym rozwiązaniem – tym, które ocaliło zarówno jeden, jak i drugi wariant rzeczywistości.

Nagle w mojej głowie zabrzmiał głos: „Wyodrębnij się. Skup się na zaistnieniu.” Głos wydawał się znajomy… To był głos profesora Filipa Terriera. Nagle zapragnąłem znów istnieć. W ciemności pojawiły się błyski, przypominające nadciągającą nocną burzę.

Chcę istnieć i wrócić. Ta jedna myśl spowodowała, że wokół siebie zobaczyłem nagle tylko biel. To było jak uderzenie pioruna. Wszystkie cząstki mojej świadomości naraz silnie błysnęły. Poczułem, że posiadam ciało. Miałem formę. Byłem w postaci awatara w miejscu poza czasem.

I wtedy Filip wrócił. Nie wyglądał jednak jak zwykle. Wyglądał młodo, jakby ktoś cofnął mu dwadzieścia lat.

– Adaś – powiedział cicho. – Musimy porozmawiać. Ale nie… tutaj nie…

Zawahał się, urywając zdanie.

– To, co ci pokażę, nie należy do domeny Strażników Kontinuum. Znasz platformę, ale to, co chcę ci ujawnić, sięga głębiej. Dużo głębiej…

Zamilkł na chwilę, jakby zbierał myśli.

– Chcę pokazać ci prawdziwy świat poza czasem. Nie tylko platformę. Musisz jednak wyrazić zgodę na skanowanie – powiedział powoli, poważnym głosem. – Świadoma zgoda jest konieczna, by zmienić częstotliwość wibracji.

Wiedziałem, że miejsce poza czasem operuje na częstotliwościach, do których się dostrajamy. Mówił o tym nasz przewodnik Marcin podczas pierwszego pobytu w tym wymiarze. Znałem Filipa. Wiedziałem też, że nie zrobi mi krzywdy. Gdyby chciał, mógłby mnie zniszczyć na wiele sposobów.

Skinąłem głową.

W jednej chwili znów zapadła ciemność. Przestraszyłem się, że wracam do pierwotnego pola potencjału. Poczułem mrowienie przenikające całą moją formę.

Po chwili zacząłem cokolwiek widzieć. Najpierw delikatnie, jak przez mgłę. Potem wszystko nabrało kolorów.

Nie byliśmy na platformie. Nie byliśmy nawet w miejscu poza czasem.

Staliśmy u stóp góry. Miejsce wydawało się znajome aż nazbyt dobrze.

– To Łysiec, czyli Święty Krzyż – powiedziałem w końcu. – Ale nie taki, jaki znam. Ten jest… starszy. Dziki. Niedotknięty ludzką ręką.

Filip uniósł wzrok, spojrzał na drzewa i skinął głową.

– To Łysiec w przeszłości – odpowiedział spokojnie. – W mojej przeszłości.

Poczułem dreszcz.

Nie wiedziałem, że potrafi podróżować w czasie – ani że zabrał mnie ze sobą. To było dla mnie zbyt wiele. Nie wyrażałem zgody na podróż w czasie. Co, jeśli nie wrócimy? Miał mi coś pokazać, a nie przenosić mnie w przeszłość. Myśli goniły jedna drugą.

Zaciśnięte pięści bolały mnie coraz mocniej, choć nawet nie pamiętałem, kiedy je zacisnąłem. Teraz, przez jego działania, nie tylko nie było mnie przy mojej rodzinie, ale znalazłem się też w innym czasie. Kolejna natrętna myśl nie dawała mi spokoju.

– Nie miałeś prawa mnie tu zabierać! – powiedziałem, choć głos zdradzał strach.

Filip odwrócił wzrok.

– Nie miałem wyboru – powiedział po chwili, zapatrzony w przestrzeń przed sobą.

– Zawsze jest wybór – odparłem.

– Nie… – jego głos ucichł, ale poruszał ustami. Dopiero po chwili usłyszałem:

– Wyboru nie ma, gdy stawką jest istnienie – powiedział z przekonaniem.

Nie chciałem teraz z nim polemizować ani wszczynać awantury. W gruncie rzeczy tylko on wiedział, jak możemy wrócić i czy w ogóle jest jeszcze taka możliwość.

– To jest świat, z którego pochodzę – powiedział po chwili. – Pierwszy świat, który pękł.

Nie odezwałem się. Po chwili wskazał kierunek i ruszyliśmy przez las. Mgła pośród drzew była gęsta, lecz nie zimna. Sprawiała wrażenie żywej, kiedy muskała moje ciało. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, jakby ziemia oddychała pod ciężarem tajemnic.

– Zanim powstała platforma – zaczął – byłem naukowcem. Fizykiem jądrowym. Badałem maszynę do przenoszenia ludzi poza czas. Jedna z nich znajduje się właśnie na Łyścu – wskazał ręką kierunek, w którym powinniśmy iść. – Zajmowałem się też teorią wieloświatów, ściśle powiązaną z jej działaniem.

Zatrzymał się na moment.

– Używanie tej maszyny generowało nieskończoną liczbę zbędnych rzeczywistości bliźniaczych. Warianty te zalegały w pamięci Wszechświata niczym zbędne dane. Wtedy była to tylko matematyka. Hipotezy. Zabawa liczbami.

– A potem? – zapytałem, szukając w jego opowieści możliwości powrotu.

Zatrzymał się ponownie.

– A potem zobaczyłem pęknięcie, które… – przerwał. – Zaraz sam to zobaczysz.

Dotarliśmy na polanę. Nie wyglądała na tę, którą znałem. Raczej przypominała ogromną dziurę. Wyglądała, jakby ziemia zapadła się pod własnym ciężarem, grzebiąc zabudowania klasztorne i wieżę radiowo-telewizyjną – albo zabierając miejsce pod ich przyszłą budowę.

Na środku polany unosiła się mgła – gęsta, ciemna, przetykana pojedynczymi błyskami światła.

– To jest Ciemna Dolina – powiedział. – Pierwsze pęknięcie. Pierwszy dowód, że światy bliźniacze istnieją. I że mogą umrzeć.

Po jego słowach poczułem, jak moje skronie zaczynają pulsować. Postanowiłem zapytać otwarcie:

– Czy naprawdę jesteśmy fizycznie w przeszłości?

– Nie – odpowiedział natychmiast i stanowczo. – Miejsce poza czasem rządzi się innymi prawami. To, co widzisz, jest iluzją. Nasze ludzkie umysły nie potrafią tego pojąć, więc tworzą obrazy – takie jak ten.

W tym momencie rozłożył ręce i krzyknął:

– To jest tylko iluzja!

Echo powtórzyło jego słowa.

– Jak to możliwe? – zapytałem. – Skoro widziałem, co zrobiłeś.

– Widziałeś, bo nasze umysły są do siebie podobne – odpowiedział. – Ja wyobraziłem sobie krzyk, ty wyobraziłeś sobie, że go słyszysz.

– To fascynujące. Dla mnie iluzja staje się prawdą, a prawda iluzją – przyznałem szczerze.

Uśmiechnął się i dodał cicho:

– To, co powiedziałeś, jest bardzo głębokie. Muszę to zapamiętać.

Odwzajemniłem uśmiech i zapytałem:

– A czym różni się świat rzeczywisty od miejsca poza czasem?

Podniósł z ziemi kamień.

– Tutaj wszystko zaczyna się od świadomości. Tam od materii. A kiedy jedno próbuje udawać drugie, zaczynają się kłopoty.

– Materia? Źródłem problemów? – zapytałem, nie wierząc w jego słowa. – Przecież świat rzeczywisty cały jest z materii.

– Nie sama materia. Lecz warianty zbyt bliskie sobie. Po wygenerowaniu takie warianty zaczęły dzielić tę samą materię.

– Co się stanie, gdy światy się zbliżą? – zapytałem, choć znałem odpowiedź.

Filip nic nie powiedział. Zamknął oczy i wszedł w mgłę Ciemnej Doliny.

Poszedłem za nim. Mgła pochłonęła nas obu. Zniknęło wszystko. Została tylko ciemność. A potem błysk…

 

 

Wtedy zobaczyłem Wrocław.

Unosiliśmy się nad zabudowaniami. Rynek – w dwóch wersjach naraz. Jeden pełen życia, drugi martwy i pusty.

– To był mój świat – powiedział. – I jego kopia. Zbyt podobna. Zbyt ciężka do utrzymania przez Kontinuum.

Jego głos na moment się załamał. To nie był wykładowca. To był człowiek, który coś stracił.

– Co zrobiłeś? – zapytałem.

– Zamknąłem ten drugi – powiedział z goryczą w głosie. – Nie wiedziałem wtedy, jak zrobić to bez bólu. Bez konsekwencji. Bez… ofiar.

– Zabiłeś świat?

Skinął głową.

– Tak. I wtedy zrozumiałem, że jeśli nie stworzymy systemu, Kontinuum samo zacznie wybierać, co ma zostać wymazane. Myśleliśmy, że warianty mogą powstawać bez końca. Potem zaczęły znikać rzeczy, których nikt nie usuwał.

Zamyślił się i popatrzył przed siebie. Po chwili dodał:

– Wtedy poznałem Marcina i to on wyczytał w Biblii Paladynów, że bez porządku nadejdzie wielki reset, pochłaniając nas wszystkich i wszystko dookoła. To samo Kontinuum dokona czystki, robiąc miejsce na nowe warianty i nowe życie. Tak dzieje się od milionów lat.

W głowie mignął mi obraz Olci, jak biegnie do mnie z rozpostartymi ramionami. Ten sam, który zawsze pojawiał się, gdy bałem się, że już jej nie zobaczę.

– W ten sposób spotkałeś Czyściciela Światów?

– Tak… – odpowiedział szybko. – Czyściciele Światów istnieli wśród paladynów. Oni za sprawą swojej Biblii wiedzieli, jak wymazać wariant bez bólu. Gdybym wtedy miał tę wiedzę…

Nie dokończył zdania, tylko spojrzał smutno w kierunku pustego wrocławskiego rynku.

Coś się znowu zmieniło… Znaleźliśmy się na platformie poza czasem – lecz nie tej, którą znałem. Ta była surowa. Prymitywna, niemal ascetyczna.

– To pierwsza platforma – powiedział. – Prototyp.

Spojrzałem na niego z przerażeniem.

– Ty stworzyłeś platformę. I Strażników Kontinuum?

– Tak. To ja was powołałem i odpowiadam za wasz los.

Czułem się jak ofiara rozmawiająca z katem – już po wyroku.

– A przewodnicy tacy jak Marcin? Skąd go znasz? – zapytałem.

Zawahał się.

– Oni byli tu wcześniej. Platforma jedynie ich przyciągnęła. Wywodzą się ze starych rodów paladynów.

– Dlaczego to akurat mi pokazujesz?

– Bo światy zaczynają pamiętać. Bo pęknięcia pojawiają się tam, gdzie nie powinny.

– Co to znaczy?

Odpowiedział szeptem:

– To znaczy, że Twórcy Kontinuum się budzą. A kiedy się obudzą, nie będą pamiętać, że nas stworzyli. Wtedy zacznie się wymazywanie nas…

Spojrzał na mnie z czymś, co przypominało strach. Zobaczyłem w nim nie mentora, lecz człowieka, który sam boi się tego, co stworzył.

Zebrałem się na odwagę i zapytałem:

– Co będzie teraz ze mną?

Filip nie odpowiedział od razu. Czułem, że bada moją reakcję.

– To, co udało mi się zrobić, to przywołać cię ponownie z pola potencjału.

Znów zapadła cisza.

– Nie można cię teraz przywrócić do wariantu bazowego. Ryzyko ponownego pęknięcia byłoby zbyt duże. Nadal pozostajesz Strażnikiem Kontinuum. Będziesz istniał w miejscu poza czasem – tak jak ja.

Jego słowa uderzyły mnie mocno. Wiedziałem, że ma rację, ale nie łagodziło to bólu.

– Wiem, jak to jest – powiedział. – Jeśli kiedyś wrócisz, w świecie bazowym nie upłynie nawet sekunda. A wszystko, co tu cię spotkało, ulegnie zapomnieniu.

Milczałem.

Uznałem, że akceptacja była jedynym wyjściem w tym momencie. To, co mówił o budzeniu się Twórców Kontinuum, było prawdziwe i niepokojące. Wiedziałem, że przede mną stoi coś więcej niż tylko powrót do własnego wariantu.

Zrozumiałem w końcu, czym jest pierwotne pole potencjału.

To nie przestrzeń między światami.

To miejsce, w którym wybór jeszcze należy do ciebie.

Koniec

Komentarze

Witaj Piotrek77

 

No niestety, taki typ opowiadania to nie moja bajka. Przeczytałem oczywiście cały tekst ale byłbym kłamcą gdybym ci powiedział, że mi się podobało. Ale nie przejmuj się, to tylko moja opinia. Fajnie natomiast, że piszesz, że ciągniesz swoją opowieść. Nie pamiętam czy czytałem inny z twoich fragmentów.

Jestem niepełnosprawny...

Witaj dawidiq150

 

Rozumiem, że to nie Twoja bajka, i w porządku – każdy lubi coś innego. Fajnie, że mimo to przeczytałeś cały tekst i zauważyłeś, że ciągnę historię dalej. Pisanie sprawia mi frajdę, więc i tak będę kontynuował – może kiedyś trafi się fragment bardziej w Twoim stylu, a jeśli nie, też jest okej.

Nowa Fantastyka