Z trudem rozklejam powieki. Głowa okropnie ciąży.
Uderzyłam się o coś?
Oczy pieką, na policzkach czuję zaschnięte łzy. Próbuję rozgonić resztki snu i wrócić na jawę. Nie jest to łatwe, gdy coś chce mi rozłupać czaszkę od środka.
Chcę wstać, lecz ostra błyskawica bólu przeszywa mi skroń i każe znowu legnąć na… sienniku? Pryczy?
Dopiero teraz dociera do mnie, że nie jestem w domu. Wpatruję się w ceglany sufit zamiast w dymnik i słomiany dach.
Odwracam powoli głowę w prawą stronę – surowa, chropowata ściana. W lewą – szeroka ława i wiadro. Pomieszczenie jest okrągłe, jak w wieży. Między skromnymi meblami i pryczą jest też okno, przez które wpadają promienie zachodzącego słońca.
Powoli wstaję. Głowa ćmi, przykładam do niej dłoń, próbując w magiczny sposób odgonić ból.
Stawiam jedną nogę na posadzce i od razu ją cofam.
Zimne! Gdzie moje buty?
Rozglądam się, ale nigdzie ich nie widzę. Nawet nogawic nie mogę znaleźć. Mam na sobie jedynie długą, luźną tunikę.
Wzdycham głęboko i podejmuję kolejną próbę. Przykładam delikatnie stopę do podłogi, pozwalając się jej przyzwyczaić do zimna. Przykładam drugą nogę. Wypuszczam powietrze z ust.
Wstaję i drepczę w stronę wąskiego okna. Jest zwykłe, proste, bez błony czy chociaż okiennic. W końcu przed nim staję.
Widok zapiera dech. Jestem wysoko, bardzo wysoko. Ciemny, gęsty las rozciąga się po horyzont, za nim znika powoli krwawe słońce. Czerwona łuna ścieląca się na czubkach drzew jest czarująca. Zamieram.
Dopiero po chwili kieruję wzrok w inne miejsca. Przed lasem dostrzegam niewielką polanę. Pod samą wieżą znajduje się brama, która jest zamknięta. Między nią a wieżą widzę niemal pusty dziedziniec, na którym stoi jedynie jakiś zdezelowany wóz, a na nim nieco słomy.
I to wszystko. W którą stronę nie spojrzę, tam gęsty las.
Zachwyt widokiem ustępuje przerażeniu. Czuję suchość w gardle, niewidzialny ciężar przygniata pierś.
Co ja tu właściwie robię?
Gdzie ja jestem?
Odwracam się od okna i moje spojrzenie natychmiast pada na drzwi. Solidne, drewniane z metalowymi okuciami i kratą u dołu.
Podbiegam do nich i próbuję otworzyć. Są ciężkie, nawet klamkę trudno nacisnąć. Niestety ani drgną.
Nagle drzwi i ściany wirują. Ląduję na kolanach, chwytam łapczywie powietrze. Ból głowy powraca z podwójną siłą.
Jestem więźniem. Nie wyjdę stąd. Nie wiem nawet, gdzie jestem, co to za wieża, w całym dwudziestoletnim życiu nie słyszałam o żadnej przeklętej wieży w okolicy…
Oddychanie przychodzi z coraz większym trudem. Myśli kłębią się w głowie tak gęsto, że zaraz stracę zmysły…
Gdy wreszcie się uspokajam, w komnacie znika ostatni ukośny promień zachodzącego słońca. Czuję zbliżający się wraz ze zmierzchem chłód. Zamarznę tutaj!
Spoglądam na pryczę. Leży na niej worek wypełniony słomą. Jeśli będę drżeć z zimna, rozpruję go i wejdę do środka. Słoma z pewnością mnie dotkliwie podrapie, ale jakoś to zniosę.
Brzuch zabulgotał głośno, jakby z pretensją. A co z jedzeniem? Ten, kto mnie tu wrzucił, chce mnie zagłodzić… na śmierć…?
Ryk. Zwierzęcy. Dobiega z zewnątrz.
Zastygam. Ten dziwny dźwięk trwał tylko chwilę, ale zdążył mnie oszołomić.
Boję się ruszyć. Tak jakby mój ruch miał znów sprowokować ten osobliwy krzyk.
Staram się uspokoić. Rzadko bywałam w lesie. Czy to zwierzęce odgłosy? Pamiętam kota, który wydawał upiorne dźwięki.
Pamiętasz, jak myślałaś, że pod oknem wyje poroniec? A to był tylko kot…
No właśnie.
Skowyt znów się rozlega. Tym razem jest o wiele dłuższy. Powtarzam sobie – to na pewno dzikie zwierzę. Choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że było w tym skowycie coś… ludzkiego.
Moje serce bije jak szalone, do oczu napływają łzy.
Gdy z trudem przełamuję strach, by się poruszyć, podbiegam do pryczy. Rozpruwam worek, ranię dłonie, pieką mnie, krwawią, ale to nie jest ważne. Wchodzę do środka i modlę się, by ten przeklęty skowyt już nie dotarł do moich uszu.
Myślałam, że nie zasnę, ale gdy otwieram oczy, ze zdziwieniem stwierdzam, że jest ranek.
Intensywny zapach jedzenia uderza mnie w nos. Pachnie smakowicie… Boczek!
Rozglądam się po komnacie i dostrzegam pod drzwiami miskę z jadłem. Jajecznica z wielkimi płatami smażonego boczku…
Wstaję z pryczy za szybko. Worek nadal oplata nogi. Uderzam łokciem o zimną posadzkę. Zaciskam zęby i wygrzebuję się z posłania. Biegnę pod drzwi.
Jedzenie jest jeszcze ciepłe. Patrzę na klamkę. Chwytam ją odruchowo i szarpię.
Drzwi są jednak zamknięte. Przykładam ucho do desek. Cisza.
Wzdycham głośno i wracam spojrzeniem do jedzenia. Przez chwilę widoczność zasnuwa mgła, czuję wilgoć na policzku. Kilka łez kapie na posiłek, ścieram je z twarzy i sięgam do miski. Jem łapczywie, jedzenie jest pyszne. Albo głód każe mi tak myśleć.
Gdy odkładam już opróżnioną miskę na posadzkę, dostrzegam kratę u dołu drzwi, o której już zdążyłam zapomnieć. Pochylam się do niej i próbuję cokolwiek dostrzec.
Ale za kratą czeka tylko ciemność. Nie rozprasza jej światło dnia czy pochodni.
Rozczarowana, odsuwam się od drzwi. Opieram plecy o ścianę i mój wzrok pada na okno, znajdujące się dokładnie na wprost.
Przez nie wpływają ciepłe promienie słońca i lądują na posadzce, jakby chciały sięgnąć moich stóp. Jakby chciały mnie pocieszyć? Powoli wstaję. Muszę zobaczyć kawałek świata.
Wyglądam na zewnątrz i zamieram.
Polana przed lasem jest w wielu miejscach brutalnie rozorana. Nie wygląda to na ślady pługa czy dzików. Kopce odgarniętej ziemi są zbyt wielkie, bruzdy zbyt szerokie i rozległe.
Wspomnienie wczorajszych krzyków odbija się w głowie jak echo. Aż skóra cierpnie.
Boję się. Chcę, żeby ktoś mnie stąd wydostał.
Kto mógł cię tu zamknąć i dlaczego?
Nie wiem.
Postaraj się sobie przypomnieć, co było wcześniej.
Biję się z myślami. Dziwne uczucie. Nieraz prowadziłam ze sobą dialog, lecz teraz głosy brzmią prawdziwiej niż zwykle.
To z pewnością ze strachu.
Zamykam oczy. Czuję delikatny powiew wiatru, który muska twarz, włosy, szyję.
Przecież nie zrobiłam nic złego. Chodziłam co niedzielę do kościoła, co ranek młóciłam zboże i wyprowadzałam krowy na pastwisko. Tkałam tuniki, gotowałam posiłki, bieliłam ściany. Nie krzyczałam na męża, choć on czasem krzyczał na mnie. Mało tego. Nawet uratowałam go przed szatanem.
Widziałam go dobrze, mimo że już zapadł zmierzch. Czaił się za stogiem. Zdradzały go rogi kozła wystające zza stosu siana. Tomasz wracał z pola, z kosą przerzuconą przez ramię. Właśnie uszykowałam wieczerzę, wyszłam przed dom, wyglądając powrotu męża.
Wtedy diabeł wyłonił się ze swojej kryjówki. Nigdy wcześniej ani potem nie widziałam czegoś tak upiornego.
Oczy szatana płonęły, wielkie jak pięści. Usta ułożyły się w koszmarny, trójkątny uśmiech. Uniósł ogromną łapę zakończoną dłuższymi niż u wideł szponami. Był dosłownie o krok od Tomasza.
Wtedy usłyszałam głos anioła. Wyraźnie, jakby usiadł na moim ramieniu.
Szatan przejmie jego duszę. Tomasz będzie smażył się w piekle. Po wieczność. Musisz go uratować.
Co mam zrobić? – powiedziałam to na głos czy pomyślałam? Nie pamiętam. Cała drżałam.
Anioł mnie jednak usłyszał.
Pomogę ci. Weź nóż. Gdy człowiek umiera z rąk anioła, trafia do nieba. Szatan nigdy nie dotrze do jego duszy. Tomasz będzie cieszył się życiem i spokojem wiecznym.
Wahałam się.
Co? Mam zabić męża?
Diabeł zaryczał. Skowyt był nieznośny dla ucha. Półzwierzęcy, półludzki. Aż serce mdlało.
Wbiegłam do domu, szybko odnalazłam nóż. Podałam go aniołowi.
Proszę, uratuj go – wyszeptałam.
Nie, moje dziecko. Razem go uratujemy.
Anioł chwycił dłoń, w której trzymałam nóż. Niewidzialna siła popchnęła mnie w stronę Tomasza.
Zawyłam z przerażenia, gdy poczułam, jak ostrze wbija się aż po rękojeść. Oczy męża rozszerzyły się, z ust popłynęła krew.
Padł na ziemię. Długo nie mogłam oderwać wzroku od jego wytrzeszczonych oczu i krwi, która wsiąkała w trawę.
Diabeł zniknął.
Uratowałaś go – Anioł szepnął.
Tak więc… Nie przypominam sobie, bym zrobiła coś złego. Żadnego powodu, by mnie tu więzić. Jak już, to powinnam była zostać nagrodzona! Za pokonanie diabła i uratowanie duszy męża.
A może to właśnie jest ta nagroda?
Tak! Jestem księżniczką zamkniętą w wieży. Wkrótce uratuje mnie książę! Przyjedzie na białym koniu, uwolni mnie i pojedziemy daleko, daleko od wszystkich, od tych, którzy wyśmiewali mnie i moje wizje, daleko hen, za horyzont…
Musisz tylko się uzbroić w cierpliwość…
Nagle cierpnie mi skóra na całym ciele.
Na polu przed lasem go dostrzegam.
Diabła.
Ryje zaciekle szponami w ziemi, odrzuca ją na boki. Wychyla się do tyłu, otwiera trójkątną paszczę. Wyrzuca z siebie zwierzęcy ryk.
Czuję okropny smród siarki. Jest obezwładniający.
Tak pachnie piekło… – szepnął anioł.