Cześć. “Do Końca” to moje pierwsze opowiadanie. Jest to historia o granicach empatii, wyczerpaniu i odpowiedzialności za cudze trwanie.
Cześć. “Do Końca” to moje pierwsze opowiadanie. Jest to historia o granicach empatii, wyczerpaniu i odpowiedzialności za cudze trwanie.
– Dziękuję.
Mari usłyszała szept. Drżący, z ulgi.
Uniosła głowę, wypuszczając mężczyznę z objęć. Wstając z kolan, nie spojrzał na nią. Odwróciła głowę w stronę wyjścia. Wnętrze izby oświetlało poranne słońce. Wpadało przez małe okiennice i raziło ją w oczy. Zapach wilgotnej słomy i dogasającego paleniska sprawiał, że czuła… spokój.
A raczej chciała, żeby tak było.
Jej żołądek ściskał się coraz mocniej. Zacisnęła dłonie na brzuchu, oddychając głęboko. Mężczyzna ułożył się na sienniku stojącym w rogu, plecami do niej. Spojrzała na niego.
– Czy… zostać z tobą? – spytała cicho.
– Nie – odpowiedział spokojnie.
Nie naciskała. Otarła wilgotne oczy rękawem, przejeżdżając palcami po piętnie pod okiem. Czuła, jak się pogłębia. Jak wchodzi coraz dalej. Chłód stawał się coraz bardziej intensywny. Nie od pogody. W niej.
Czuła się tak, jakby przebiegła kilka mil. Sen. Musi iść spać. Gdziekolwiek. Nawet na ziemi. Przełożyła torbę przez ramię, poprawiła koszulę. Wychodząc z izby, nie obejrzała się już więcej.
Wiosenne powietrze na zewnątrz było rześkie. Czyste. Zupełnie inne niż w miastach. Przed wejściem stała kobieta. Wyglądała młodo, ale to nie zmyliło Mari. Wszyscy tak wyglądali. Wyraz świętego oburzenia na jej twarzy powiedział Mari wszystko.
Chciała obejść ją bokiem bez słowa, ale kobieta zastąpiła jej drogę. Była wysoka. Ubrana w skromną, szarą sukienkę – jak zresztą wszyscy w tej wsi.
– Zadowolona? – w głosie kobiety żal wybijał się ponad złość.
Mari nie odpowiedziała. Patrzyła przed siebie. Wiedziała, że musi przeczekać. Wchodzenie w dyskusje nigdy nie prowadziło do niczego dobrego. Kobieta naciskała coraz mocniej. Złapała ją za ramię. Mari zamarła.
– Masz jeszcze trochę czasu… – westchnęła Mari. – Idź do niego. Zostań przy nim. Ale mnie zostaw w spokoju. Proszę.
Po tych słowach Mari wyszarpnęła się z uścisku zaskoczonej kobiety. Szła przed siebie po ubitej drodze przez centrum wsi. Ludzie patrzyli na nią z okien. Matki zabierały dzieci do domów, widząc jak idzie.
Dotarła pod największy budynek stojący na lekkim wzniesieniu. Karczma. Solidne ściany. Świeża strzecha. Musiała kupić coś do jedzenia. „Może pozwolą mi tu spać” – Pomyślała.
Stojąc pod drzwiami, założyła opaskę na oko, zawiązując ją z tyłu głowy. Palce drżały lekko. Pchnęła ciężkie drzwi i weszła do środka.
W sali nie było nikogo. Większość bywalców pracowała teraz w polu albo przy wycince. Mari odetchnęła. Podeszła do blatu, za którym stała karczmarka. Postawna kobieta spojrzała na nią podejrzliwie, po czym mruknęła coś pod nosem i pochyliła się nad blatem.
Mari sięgnęła do sakiewki, wysypując na drewno to, co zostało na jej dnie.
– Chleb. I coś suchego. Na drogę.
Nie prosiła. Nie z braku szacunku. Po prostu nie miała siły.
Karczmarka zerknęła na monety. Po chwili zgarnęła je i odwróciła się. Na szynkwasie pojawiło się pół bochenka i kilka sucharów. Mari schowała jedzenie do torby. Żołądek znów skurczył się boleśnie. Chciała wgryźć się w chleb od razu. Ale musiała załatwić jeszcze jedno.
– Chciałabym wynająć pokój na noc… – powiedziała cicho. – Nie mam więcej pieniędzy.
Karczmarka uniosła brwi z niezadowolonym grymasem.
– Ale mogę pomóc w obejściu. Posprzątać. Nosić wodę. Cokolwiek.
Mari spojrzała na nią zmęczonym wzrokiem. Kobieta zamyśliła się na chwilę.
– Beczułkę uniesiesz? – zapytała nieprzekonana. – Takie chucherko. Jeno wiatr powieje i…
– Dam radę – weszła jej w słowo Mari. – Gdzie te beczki?
Karczmarka wskazała tył budynku. Wyszła zza blatu i poprowadziła Mari tylnym wyjściem.
Po przeniesieniu towaru Mari posprzątała jeszcze kuchnię. Umyła podłogi. Ramiona paliły, dłonie miała obolałe, ale nie zwalniała. Karczmarka przyglądała się jej w milczeniu. Na koniec skinęła głową. Zaprowadziła ją do małego pokoju. Siennik. Skrzypiąca podłoga. Dziura w ścianie udająca okno. Wystarczyło.
Mari kiwnęła głową w podziękowaniu i zwaliła się na łóżko. Sen przyszedł natychmiast. Ciężki. Bez snów. Nigdy nie śniła.
**
Wieś została już dzień za jej plecami. Gościniec prowadzący na wschód był nierówny. Pełen dziur. Grubych kamieni wystających ponad ziemię. Koń miałby tu problem. Ale Mari nie było stać na konia.
Podzieliła już na racje to, co zabrała z karczmy. Wszystko miała w torbie przewieszonej przez ramię. Bukłak z wodą. Koc. Koszulę. Bandaże. Krótki miecz – jedyną rzecz, o którą naprawdę dbała.
Gdy słońce chowało się za linią drzew otaczających trakt, wybrała miejsce na nocleg. Rozpaliła ogień, kryjąc się w małym zagajniku między drzewami. Usiadła na ziemi. Wyjęła kawałek chleba z torby i jadła pospiesznie. Popiła łyk wody z bukłaka.
Po skromnej kolacji ułożyła się na kocu, patrząc w niebo. Spać. Tak bardzo chciało jej się spać. Czasami spała do późnego południa. Czasami nawet do wieczora. Nie z lenistwa. Z czystego, ludzkiego zmęczenia.
Piętno pulsowało najmocniej zawsze przed snem. Nie bolało. Raczej jak małe serce prosto pod okiem. Dawno nie widziała swojego odbicia. Ale nie musiała. Czuła je. Piętno sięgało głębiej. Bardziej.
Rozprostowała zmarznięte palce, mimo że noc była ciepła. Owinęła się mocniej kocem, choć wiedziała, że to nic nie da. Przyzwyczaiła się. Jak zawsze.
Gdy się obudziła, słońce stało już wysoko na niebie. Ale to nie promienie padające jej na twarz ją zbudziły. Stukot kół. Rżenie koni. Powóz. Zerwała się, zwijając obozowisko w pośpiechu. Ogień dawno wygasł. Wybiegła przez zarośla na trakt, poprawiając opaskę.
Kilkadziesiąt kroków dalej jechał mały wóz. Szansa.
Żołądek ścisnął się na myśl o posiłku. Przejechała dłonią po brzuchu, zaciskając zęby, ruszyła przed siebie. Musiała dogonić powóz. Mężczyzna siedzący na koźle odwrócił się w jej stronę. Zamarł, a po chwili odetchnął z ulgą. Widok chudej kobiety z dużą torbą, biegnącej za wozem, nie wzbudził w nim trwogi. Opaska na oku tylko go w tym utwierdziła.
Zatrzymał konia, szarpnąwszy lejce. Mari w końcu go dogoniła. Dyszała, łapiąc oddech. Oparła dłonie o kolana na moment, prostując się dopiero po chwili.
Mężczyzna nie wyglądał na bogatego kupca. „Ale może się uda” – Pomyślała.
– Szukacie może ochrony? – zaczęła.
Mężczyzna powstrzymał prychnięcie.
– Wybacz, dziecko – odezwał się w końcu. – Możesz pojechać ze mną, jeśli chcesz. Za trzy dni będziemy w mieście. Ale ochrona… – Pokręcił głową.
Mari znała to spojrzenie. Nie bolało. Nie tak jak to, którym obdarzali ją mieszkańcy ostatniej wioski. I jeszcze wcześniejszej. I jeszcze.
– Chroniłam już kupców i karawany na trakcie – odpowiedziała, podchodząc bliżej.
Mężczyzna obserwował ją uważnie. Mari spojrzała mu w oczy, będąc już o krok od podwyższenia. Nie chciała. Ale inaczej znów dotrze do miasta bez grosza przy duszy.
Westchnęła ciężko. Sięgnęła do torby i tym samym ruchem wyciągnęła krótki miecz. Wskoczyła na kozioł tak szybko, że mężczyzna zdążył tylko jęknąć. Sakiewkę, którą trzymał przy pasie, Mari miała już w dłoni.
Nie patrzyła na niego z wyższością. Nie o to jej chodziło. Była zmęczona. Bardzo. Oddychała ciężko. Powieki opadały same.
– Skoro ja cię okradłam, to co zrobisz, jak przyjdzie ktoś silniejszy? – powiedziała cicho.
Mężczyzna siedział napięty. Dłonie zaciśnięte na lejcach drżały lekko. Pot spływał mu po czole. Po chwili jednak rozluźnił ramiona. Otarł głowę rękawem. Chrząknął. Zrozumiał. Kiwnął głową i odsunął się na bok, robiąc jej miejsce. Mari usiadła i rzuciła mu sakiewkę.
**
Bramę miasta przekroczyli następnego dnia w południe. Słońce nie dawało Mari ciepła. Od dawna. Owinęła się mocniej płaszczem, idąc brukowaną uliczką w stronę najbliższej karczmy.
Była tu po raz pierwszy. Rozglądała się niepewnie po murowanych zabudowaniach. Co chwilę nerwowo poprawiała opaskę na oku. Rzadko bywała w większych miastach. Zbyt blisko.
Może tym razem jej nie wyczują. Może zdąży chociaż trochę odpocząć. Zanim pożegnała się z kupcem, mężczyzna wskazał jej niedrogi przybytek. Zapłata od niego powinna wystarczyć na uzupełnienie zapasów i kilka nocy w miejscu, które miało łóżko. Albo chociaż siennik.
Masowała obolałe barki, kierując się w stronę skromniejszych zabudowań. Ludzie mijali ją beznamiętnie. Niektórzy rzucali tylko ukradkowe spojrzenia na opaskę. Przyspieszała wtedy kroku. Minęła mały rynek, lawirując wśród straganów. W końcu jej oczom ukazała się tawerna. Mała, wciśnięta między wysokie kamienice otaczające targowisko.
W środku było ciasno. Tłoczno, jak na porę dnia. Nie miała wyjścia. Zapach piwa, duszonego mięsa i kurzu uderzył ją w nozdrza. Ruszyła do szynkwasu, zaciskając dłonie na żołądku, i skinęła karczmarzowi. Mężczyzna z krótką brodą i bystrym spojrzeniem otaksował ją wzrokiem. Wytarł dłonie o fartuch i podszedł bliżej.
– Chciałabym pokój na noc… albo dwie – powiedziała Mari, wysypując z sakiewki kilka monet. – Tyle wystarczy?
Mężczyzna skinął głową i zaprowadził ją do pokoju na piętrze. Małego, jak zwykle, z oknem wychodzącym na głośny rynek. Ale jej wzrok skupił się na jednym. Łóżko. Prawdziwe.
Podziękowała gestem i położyła się. Na jej twarzy w końcu pojawiło się coś, co można było nazwać uśmiechem. Brakowało tylko…
Zdjęła torbę z obolałych ramion i zeszła na dół. Usiadła przy małym stole w rogu i zaczepiła kelnerkę krążącą po sali.
– Coś ciepłego… proszę.
Wsuwając w jej dłoń dwie monety, uniosła wzrok. Kobieta uśmiechnęła się do niej ciepło i ruszyła do kuchni.
Mari nie wiedziała, czy to, jak wygląda, wzbudza częściej współczucie czy odrazę. „Przynajmniej dopóki nie zdejmę opaski – zapewne to pierwsze.”
Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy. Gwar karczmy, dym z fajek i światło wpadające przez okiennice sprawiły, że poczuła coś na kształt ulgi. Nie wiedziała dlaczego. I nie przejmowała się tym teraz.
Teraz ważny był żołądek, który coraz głośniej protestował. I dłonie drżące z zimna. Westchnęła. Kelnerka po dłuższej chwili przyniosła kawałek pieczeni, kilka warzyw, których Mari nie potrafiła nazwać, i nawet mały kufel piwa. Zwykle stroniła od alkoholu, ale teraz bez namysłu zaczęła pałaszować porcję.
Kelnerka stała nad nią przez chwilę, patrząc, jak je. Mari zrobiło się trochę wstyd. Opamiętała się i podziękowała kobiecie uśmiechem. Ta, ku jej zdziwieniu, nieśmiało pogłaskała ją po głowie.
Mari pochyliła głowę, zakrywając twarz włosami. Liczyła, że kobieta nie zauważy. Nie złościła się. Nie oburzyła. W końcu odeszła, zostawiając ją samą z jedzeniem.
Gdy zaspokoiła pierwszy głód, jadła już wolniej. Rozglądała się po karczmie. Kilka grup mężczyzn dyskutowało zaciekle przy trunkach, rozlewając je częściej, niż pijąc. Jednego samotnika kurtyzana nachalnie namawiała na swoje usługi.
Mari nie oceniała wieku ludzi wokół. Nie miało to sensu. Nie dla niej. Dopiero gdy jej wzrok powędrował pod szynkwas, przyjrzała się uważniej.
Mężczyzna. Całkiem porządnie ubrany. Czysty. Z elegancko przystrzyżoną brodą i włosami. Daleko mu było do pozostałych bywalców tego przybytku. Pił powoli z małego kubka, nie rozmawiając z karczmarzem. Patrzył w dal. Nie na ludzi. Przez nich. Tak jak ona. Znała to spojrzenie. A po chwili ich wzrok się spotkał. I zobaczyła. Pustkę. Zrozumiała.
Nie wiedziała, ile minęło czasu. Mężczyzna drgnął, jakby przytomniejąc. Jakby budząc się ze snu. Ale wzrok pozostał taki jak wcześniej. Na jego twarzy nie pojawił się żaden grymas. Skinął tylko głową w stronę zamarłej Mari.
Piętno zapulsowało. Chłodem. Aż zadrżała. Nerwowo poprawiła opaskę.
„Nie dzisiaj. Ale będę tu.”
Jeżeli mężczyzna ją rozpoznał, sam przyjdzie. Ale widziała, że to jeszcze nie dziś. Dzisiaj musiała odpocząć.
Po posiłku poczuła niemal błogość. Nawet żołądek na chwilę się uspokoił. Jeden kufel piwa wystarczył, by zaszumiało jej w głowie. Idąc po schodach na piętro, musiała trzymać się poręczy. Gdy położyła się na łóżku, nawet się nie rozebrała. Zasnęła w ubraniach, owijając się ciasno kocem. Na zimno w swoim ciele nie mogła nic poradzić.
**
Rano Mari wyszła do miejskiej łaźni. Ciepły klimat królestwa sprawiał, że były popularne w tych regionach. Przynajmniej tak pamiętała. Dla pewności zapytała karczmarza. Mężczyzna spojrzał na zakurzoną opaskę na oku i powiedział, jak znaleźć najbliższą łaźnię.
Droga nie była daleka, ale nawet idąc przez labirynt ciasnych ulic w pełnym słońcu, marzła. Pocierała dłonie, ale nic nie pomagało. Skóra już ją swędziała. Bała się spojrzeć uważniej na pasemka ciemnych włosów opadających jej na oczy. Na trakcie nie było żadnego strumienia ani jeziora, w którym mogłaby umyć się wcześniej. A wczoraj po prostu nie miała siły.
Do niepozornego budynku dotarła po krótkim spacerze. Łaźnia przypominała raczej otoczony murem zbiór małych basenów. Na krótką chwilę wróciła wspomnieniem do Świątyni. Do łaźni i ogromnego marmurowego basenu. Bardziej okazałego niż cokolwiek w tym mieście. Ale nawet tam mogła pozwolić sobie na kąpiel rzadko. Zazwyczaj musiała zadowolić się balią z zimną wodą. Wzdrygnęła się na samą myśl.
Weszła za zdobioną bramę. Na małej ławce siedziała kobieta pobierająca opłatę. Mari wyciągnęła dwie drobne monety i podała je bez słowa. Kobieta tylko rzuciła na nią okiem i ruchem głowy wskazała część dla kobiet.
Weszła do małej przebieralni. Na ławkach leżały czyste ręczniki. Zdjęła płaszcz. Potem koszulę. Materiał był szorstki od potu i drogi. Zsunęła go z ramion ostrożnie, jakby ciało mogło się rozsypać od gwałtownego ruchu.
W kącie następnego pomieszczenia stała mała balia do zmycia pierwszego brudu. Weszła do niej. Obok stał dzban z wodą. Zimną.
Umyła twarz powoli. Szyję. Ramiona. Woda spływała po niej cienkimi strużkami, zbierając kurz i pot. Nie patrzyła w swoje odbicie. Wiedziała, co by zobaczyła. Nie było jej to teraz potrzebne.
Przemyła dłonie dłużej. Paznokcie miała połamane, skórę szorstką. Zatrzymała się na moment, gdy palce zaczęły drżeć. Oparła je o brzeg balii, czekając, aż minie.
Na koniec przemyła opaskę. Wycisnęła ją mocno i odłożyła na krzesło, żeby przeschła. Przez krótką chwilę siedziała nieruchomo, z twarzą opartą o kolana, plecami do okna z mętnymi szybami. Owinęła się kocem i ruszyła do basenów, zakładając wilgotną jeszcze opaskę z powrotem.
W kilku okrągłych basenach siedziały grupki kobiet. Jak zawsze, różnił je tylko wygląd. Nie wiek. Zdjęła ręcznik. Zadrżała. Weszła do jednego z wolnych basenów i zanurzyła się po szyję w wodzie.
Była ciepła. Bardzo.
Miała wrażenie, że chłód powoli ustępuje. Cieszyła się tą chwilą bardziej niż wczorajszym posiłkiem. Potem wróciło jednak wspomnienie mężczyzny. Zastygła.
„Czy przyjdzie…?” Nie wiedziała. Odgoniła tę myśl. To jego wybór. Będzie czekać. Dzień. Dwa. Jeżeli naprawdę ją rozpoznał – wróci.
Kobiety w sąsiednich basenach szeptały cicho, zerkając na nią ukradkiem. Nie mogła im się dziwić. Młoda kobieta, chuda, z bliznami na ciele i opaską na oku.
„Dziwne, że jeszcze nie zaproponowały mi wizyty w Świątyni…” – Pomyślała zgryźliwie.
Otrząsnęła się i zamknęła oczy. Chociaż na chwilę chciała czegoś, co można było nazwać odpoczynkiem. Prawdziwym.
Zasnęła.
Obudziło ją delikatne szturchnięcie w ramię. Kobieta z wejścia. Niewysoka, o czarnych włosach i spojrzeniu, które świdrowało ją na wylot. Mari wstała, przeciągając się. Niedługo zamykają. Wróciła do szatni i ubrała się pospiesznie. Chłód wrócił niemal natychmiast. Po powrocie do karczmy zamówiła ciepły posiłek. Musiała korzystać. Póki mogła.
**
Późnym wieczorem Mari siedziała jeszcze na dole karczmy. Gwar rozmów odganiał niechciane myśli. Popijała powoli rozwodnione piwo z dużego kufla. W jej drobnych dłoniach musiał wyglądać zabawnie dla kogoś obok.
Ale osoba, która do niej podeszła, nie uśmiechała się.
Mężczyzna usiadł naprzeciwko, powoli. Mari nie patrzyła mu w oczy. Widziała jego dłonie. Nie były brudne. Ale zmęczone pracą. Patrzył w bok, ważąc słowa w myślach. Pocierał palcami o szorstki, drewniany blat.
Mari czekała. Nie odzywała się. Chciała okryć się kocem leżącym obok. Ale jeszcze nie.
– Nie ukrywasz się – stwierdził mężczyzna.
Przeniósł wzrok na jej opaskę. Nie było w tym spojrzeniu oburzenia ani odrazy. Nie było podchodzenia nocą, krycia się przed wzrokiem innych – jak widziała w przeszłości. On podszedł bezpośrednio. Był inny.
Mari czuła już w głowie lekki szum. Ale nie przynosił ulgi. Wiedziała, co zaraz usłyszy. Nie dokładnie. Ale wiedziała. A teraz miała jedną z niewielu okazji, by znieść to choć trochę lżej. Choć trochę… nie czuć tak bardzo. Mężczyzna westchnął.
– Porozmawiamy na osobności? – zapytał ciszej.
Mari skinęła głową i podniosła się z ławy. Ruszyli do jej pokoju. Po drodze narzuciła na siebie koc, owijając się ciasno. Noc była ciepła. Widziała to po mężczyźnie. Ale ona…
Zawinęła się tylko mocniej. Drżała. Piętno pulsowało. Mari usiadła na łóżku. Mężczyzna wziął mały stołek i ponownie usiadł naprzeciwko. Nie odzywała się. Musiała wiedzieć. Wszystko. Skinęła mu głową.
– Wiesz, jak cię rozpoznałem? – zaczął. – Nie musiałem widzieć piętna. W mieście ludzie może i nie zwracają uwagi na opatrunki. Kolejki do Świątyni potrafią być długie. Ale ja… – zawahał się. – Już raz widziałem kogoś takiego jak ty.
Ostatnie słowa wypowiedział jakby z żalem. Mari zamarła.
Słyszała wcześniej tylko pogłoski. Nigdy nie szukała. Nie wypytywała na siłę. Ale zawsze po cichu liczyła, że nie była wyjątkiem. Że ktoś taki jak ona mógł istnieć wcześniej. Naprawdę. Zacisnęła dłonie wokół brzucha. Mężczyzna na szczęście tego nie widział.
Musiała zadać pytanie. Jedno. Zawsze je zadawała. Nie miało wpływu na decyzję, ale musiała wiedzieć. Nie z żalu. Nie z zazdrości, że ktoś mógł przeżyć tyle, a ona nie. Raczej z czegoś, czego sama nie potrafiła dobrze nazwać.
Mężczyzna wyglądał, jakby był w kwiecie wieku. Starszy od niej. Ale tu każdy tak wyglądał.
– Ile masz lat? – spytała w końcu cicho. Ledwie słyszalnie. Jakby wstydząc się sama przed sobą.
Mężczyzna spojrzał jej w oczy po raz pierwszy. Nie było w nich już nic.
– Dwieście pięćdziesiąt dwa –odpowiedział równie cicho.
Mari skinęła głową. Zawsze zastanawiała się, co można zrobić z takim czasem. Jak przeżyć swoje życie. A po chwili z zamyślenia wyrwało ją wspomnienie.
Świątynia.
Ona jeszcze mała. Sama nie wiedziała, ile miała lat. Kapłanki nigdy nie chciały jej powiedzieć. Potem przestała pytać. Nie obchodziło jej to już. Westchnęła. Jej rozmówca nie patrzył już na nią, gdy odezwał się ponownie.
– A ty?
Każde słowo wypowiadał tak delikatnie, jakby bał się, że ją spłoszy. Że ucieknie i zostawi go samego z tym, co przyniósł.
– Nie wiem – wzruszyła ramionami spod koca. – Może dwadzieścia dwa. Może dwadzieścia cztery. Nigdy mi nie powiedziano.
Na jego twarzy po raz pierwszy pojawiła się oznaka emocji. Rysy złagodniały. Opuścił dłonie.
– Wiesz… – odezwał się po długiej chwili. – Nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś takiego jak ty. Wcześniej były tylko szepty. Legendy. Straszenie dzieci nocą. Ale potem… osiemdziesiąt lat temu. – Zawahał się. – Pojawiła się w naszym mieście. Młoda kobieta. Z piętnem pod okiem. Takim jak mają one…
Mari nie musiała pytać, kto ma podobne piętno. A raczej – kto ma prawo je nosić. I nie ryzykować ostracyzmu. Mężczyzna zamyślił się na chwilę i mówił dalej:
– Wtedy… z żoną nie żyliśmy dobrze. Nie mogliśmy mieć dzieci. Nigdy. Kapłanki w Świątyni nie potrafiły nic zrobić. Dla niej to było marzenie. Jedyne. Mieliśmy wszystko, ale ona… nie chciała tak żyć.
Milczał przez moment.
– Lata mijały, a ona była coraz dalej. A w dniu, w którym spotkała się z tą dziewczyną…
Mari nie chciała słuchać więcej. Odsunęła koc. Drżała tak bardzo, że nie była w stanie dłużej siedzieć. Uklękła przy nim i wzięła jego dłoń w swoją. Czuła, jak ściska ją kurczowo. Jak zamyka oczy.
Nie mówiła nic. Długo.
– Czy… – zaczęła w końcu ostrożnie, ważąc każde słowo. – Chcesz…?
– Tak – odpowiedział natychmiast. – Osiemdziesiąt lat. Bez niej. Teraz rozumiem, co czuła. I wiem, że czeka na mnie gdzieś tam.
Mari nie odpowiedziała. Nie wiedziała, czy ktokolwiek na tym świecie na kogokolwiek czeka. Wstała, nie puszczając jego dłoni.
Nie uniósł głowy. Czekał.
Mari zdjęła opaskę z oka. Piętno pulsowało teraz delikatnie. Cicho. Szum w głowie ustał. Decyzja zapadła. Chłód na chwilę przestał być tak dokuczliwy. Opanowała drżenie dłoni. Myślała, że kiedyś się przyzwyczai. Ale nigdy jej się to nie udało. I wiedziała, że nigdy się to nie stanie.
– Uklęknij, proszę – wyszeptała nad jego głową.
Mężczyzna bez słowa opadł na kolana, pochylając głowę. Mari pochyliła się nad nim. Czuła jego oddech. Objęła go delikatnie ramionami za szyję.
– Przytul mnie. – Jej głos był coraz cichszy.
Mężczyzna objął ją niepewnie. Dłonie mu drżały. Oddychał coraz szybciej. Mari przycisnęła go do siebie mocniej. Zamknęła oczy. Wokół panowała cisza zapadającej nocy. Złożyła delikatny pocałunek na jego czole.
Mężczyzna wtulił się w nią niemal jak dziecko. Piętno nie pulsowało już prawie wcale.
Trwali tak długo. W końcu puściła go. On pozostał bez ruchu, wciąż klęcząc.
– Zostać z tobą? – zapytała w końcu.
– Nie – odparł. – Chyba pójdę i… popatrzę na nocne niebo. Ostatni raz. – Zawahał się. – Powiedz mi tylko… czy będzie boleć?
Uniósł wzrok. Była w nim wdzięczność. Smutek. Ale i ulga. Prawdziwa.
– Ja… nie wiem – odpowiedziała, spuszczając oczy.
Mężczyzna podniósł się powoli i skierował w stronę drzwi.
– Dziękuję. Naprawdę.
Wyszedł.
A Mari poczuła nadchodzącą falę chłodu. Piętno niemal wgryzało się w jej skórę. Zakręciło jej się w głowie. Próbowała oprzeć się o ścianę. Nie zdążyła. Upadła, tracąc przytomność.
**
Obudziło ją szturchnięcie. Otwierała oczy powoli, próbując rozejrzeć się po pomieszczeniu. Wzrok miała jeszcze zamglony. Świtało. Wciąż była w swoim pokoju. Leżała w łóżku, okryta kołdrą. Pierwszą myślą nie była wdzięczność wobec tego, kto ją obudził. Najpierw przyszedł dreszcz. Dopiero potem świadomość.
Opaska.
Leżała obok łóżka, na małym stołku. Spróbowała po nią sięgnąć, ale ktoś złapał ją za rękę. Kobieca dłoń. Silna. Mignął jej biały rękaw przecięty czarnymi pasami.
Mari zamarła. Całe jej ciało napięło się instynktownie. Nie chciała odwracać wzroku. Zamknęła oczy i wyszarpnęła rękę z uścisku. Wciąż była osłabiona. Usłyszała nad głową ciche westchnienie.
– Wstawaj.
Głos był zdecydowany. Nie zimny. Proceduralny. Mari znała go tylko z jednego miejsca.
„Jak znalazły mnie tak szybko” – Przemknęło jej przez myśl.
Uniosła się powoli na łokciach i założyła opaskę na oko. Dopiero wtedy spojrzała na rozmówczynię.
Kapłanka.
Ciemne włosy miała splecione w warkocz, zbyt dobrze znany Mari. Siedziała na krześle przy łóżku. Ręce skrzyżowane na piersi. Biała ceremonialna tunika przecięta czarnymi pasami wywołała w Mari odruch posłuszeństwa. Przez moment poczuła się tak, jakby znów była małą dziewczynką.
Na twarzy kobiety malowało się zmęczenie. Nie życiem. Kolejnym problemem. Piętno pod jej okiem było pełne. Okrąg w okręgu. Idealny.
– Masz opuścić miasto – powiedziała, wbijając w nią wzrok.
Mari wstała powoli z łóżka. Przez chwilę chciała coś powiedzieć. Zapytać. Ale po chwili odpuściła.
– Mogę tylko wziąć coś do jedzenia na drogę? – zapytała z nadzieją w głosie.
Podeszła do torby i zaczęła sprawnie pakować rzeczy.
– Byle szybko – odpowiedziała kapłanka – I zwiąż dokładniej tę szmatę na oku, żeby nikt…
Mari skinęła głową zanim tamta skończyła mówić. Kobieta wstała z krzesła i podeszła do drzwi.
– Odprowadzę cię.
Mari ruszyła za nią na dół.
Kończyła pakować jedzenie na drogę do torby. Karczmarz był bardziej speszony niż przerażony. Kapłanki rzadko pojawiały się w takich miejscach. Toteż wobec Mari zachowywał się uprzejmiej, niemal ostrożnie. Spakował jej nawet mały kawałek szynki, jakby chciał w ten sposób podziękować.
Mari nie skomentowała tego gestu. Mruknęła tylko słowa podziękowania i ruszyła do wyjścia.
Kapłanka szła przed nią, torując drogę. Ludzie schodzili jej z drogi. Uśmiechali się. Kłaniali. Z szacunkiem. Z wdzięcznością. Wyszły przed karczmę.
Mari nie zazdrościła kobiecie. Była jej obojętna. Jedyne, czego żałowała, to że nie spędziła w mieście kilku dni dłużej. Myślami wróciła do ciepła łaźni. Do tej krótkiej chwili, gdy chłód na moment ustąpił.
Z rozmarzenia wyrwał ją głos kapłanki.
– Idziesz za mną. Kilka kroków z tyłu. I spuść głowę, żeby ludzie się nie gapili. Idziemy do bramy południowej.
Mari zacisnęła dłonie na pasku torby. Po chwili jednak westchnęła cicho. Stamtąd trakt prowadził do jeszcze większego miasta. Chciała go uniknąć. Obejść. Ale nie mogła już zmienić drogi.
Ruszyły.
Wąskie uliczki stopniowo przechodziły w szersze ulice. Im bliżej były bramy, tym wyraźniej wracało zimno. Piętno nie pulsowało. Zawsze tak było. Dzień. Może dwa. A potem wracało. Wzdrygnęła się.
Szła za kapłanką, która kroczyła pewnym, równym krokiem. Nie oglądała się na Mari. Nie sprawdzała, czy próbuje uciec. Bo i po co? Dokąd? Uciec mogła tylko za miasto. I tak by ją znalazły. Prędzej czy później. Myśl Mari krążyła jednak tylko wokół jednego pytania.
„Czy zdążył zobaczyć niebo…?”
Po chwili musiała otrzeć oczy rękawem.
Przy bramie kapłanka zatrzymała się. Strażnicy przyglądali się obu kobietom uważnie, ale nie podeszli. Nie ingerowali w sprawy kapłanek.
– Masz tu nigdy nie wracać – powiedziała chłodno. – Nigdy cię tu nie było.
Mierzyła Mari spojrzeniem. Nie było w nim nienawiści. Tylko ulga, że problem znika z jej miasta.
– Do najbliższych Świątyń rozesłałyśmy informacje, że możesz się pojawić w okolicy. Nie próbuj powtarzać… tego.
I tyle.
Odwróciła się i odeszła, zostawiając Mari samą przy bramie. Mari ruszyła przed siebie zdecydowanym krokiem. Nic więcej zrobić tu nie mogła. I nie chciała.
**
Kilka dni później dotarła do nowego miasta. Większego. Starszego.
Zapasy skończyły jej się dzień przed bramą. Usta miała zaschnięte. Żołądek ściskał się z głodu. Przez bramę przeszła owinięta szczelnie płaszczem. Strażnicy spojrzeli na nią podejrzliwie, ale nie podeszli. Brudna, wychudzona kobieta nie była kimś, kim należało się przejmować. Jeden z nich machnął tylko dłonią. Drugi mruknął coś pod nosem. Po chwili wzruszyli ramionami.
Mari nawet nie spojrzała w ich stronę. Chciała spać. Jeść.
Piętno zaczęło o sobie przypominać w połowie drogi do miasta. Przez to straciła cały dzień. Leżała bez sił, niezdolna się podnieść. Teraz, będąc już u celu, myślała tylko o jednym. Karczma.
Może będą potrzebować pomocy. Może uda się wypracować nocleg. Albo chociaż kolację. Szła przez owalny rynek, w którego centrum stała rzeźba. Prosta. Wysoka. Bez zdobień. Jak w każdym większym mieście. Symbol jedyny i niezmienny. Biały monolit.
Nie poświęciła mu uwagi. Zbyt wiele razy go widziała. Nic dla niej nie znaczył. Nawet gdy była młodsza. Nawet wtedy, gdy powinien coś znaczyć.
Mijała przekupniów nawołujących ją do straganów, na których nie było jej stać. Zapach jedzenia tylko przyspieszał krok. Irytacja narastała z każdym kolejnym stoiskiem.
Na jednej z ulic odchodzących od rynku dostrzegła szyld. Mały. Niepozorny. Karczma raczej dla stałych bywalców niż dla podróżnych. Ale to jej wystarczyło. Noc zbliżała się powoli, a ona nie mogła pozwolić sobie na nic innego.
Nie zwracała uwagi na podgniłe drzwi ani na dźwięki hucznej zabawy dobiegające ze środka.
Wnętrze było duszne. Ciemne. Wulgarne. Kilku mężczyzn siedzących przy stole pod ścianą obrzuciło ją zaciekawionym spojrzeniem. Po chwili, gdy przyjrzeli się uważniej, pożądanie ustąpiło miejsca politowaniu.
Mari minęła zatłoczone stoły i podeszła do blatu. Karczmarka była wysoka. Jasne włosy miała splecione w gruby warkocz. Spojrzenie – uważne, ale nie nieprzyjazne. Uniosła brew pytająco.
– Zgubiłaś się, dziecko? – zapytała niemal pobłażliwie.
Patrzyła na opaskę. Na przepocone, brudne ubrania. Mari westchnęła z irytacją. Wzięła dwa szybkie oddechy.
– Chciałam zapytać o nocleg… albo czy nie potrzebujecie pomocy. Mogę odpracować.
Karczmarka przewróciła oczami. Skrzyżowała ręce na piersi. Zamyśliła się.
– Sama jesteś?
Mari skinęła głową. Kobieta westchnęła ciężko.
– Pomocy w karczmie nie potrzebuję… – zaczęła.
Mari spuściła głowę i już miała się odwrócić w stronę wyjścia, gdy karczmarka dodała:
– …ale możesz pomóc mi z czym innym.
Mari zatrzymała się w pół kroku. Odwróciła się, unosząc brew.
– Mój mąż powinien już wracać. Pewnie znowu pije – kapłanki tylko wiedzą gdzie. Przyprowadź go tutaj. Ja mam pełną salę. Wtedy będziesz mogła zostać dzień… albo dwa.
Mrugnęła do niej z lekkim uśmiechem.
– Tylko się z nim nie szarp. Potrafi się uprzeć jak stary osioł. Wystarczy, że powiesz, że na niego czekam. Sam przylezie.
Na twarzy Mari pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Wyszła z karczmy po tym jak kobieta opisała swojego męża. Zastanawiała się, od czego zacząć. Wiele w życiu robiła. Ale szukanie pijanego mężczyzny po obcym mieście było dla niej nowością.
**
Był już środek nocy. Księżyc wisiał wysoko nad miastem. Obeszła wszystkie przybytki przy ulicach otaczających targ. Nikt nie widział tego mężczyzny, choć wielu go znało. Musiała ruszyć dalej. Do bogatszych dzielnic.
Teraz żałowała, że nie zdążyła się nawet umyć przed wejściem do miasta. Nie prezentowała się… poprawnie jak na te okolice. Bała się, że do niektórych miejsc mogą jej nawet nie wpuścić. Ale nie miała wyboru. Albo to, albo noc na ulicy.
Do dwóch bogatszych lokali udało jej się tylko zajrzeć. Na szczęście, zanim ją wyproszono, zdążyła upewnić się, że mężczyzny tam nie ma. Dopiero trzecie miejsce sprawiło jej problem.
Przed wejściem stał strażnik. Uzbrojony. Wyprostowany, czujny. Mari zawahała się. Bała się podejść, ale nie miała innego wyjścia. Zbliżyła się, próbując się uśmiechnąć. Nie wyszło.
– Czego tu szukasz? – zapytał niechętnie.
– Szukam mężczyzny o imieniu Gared. Mąż karczmarki z głównego targu. Podobno bywa w tych okolicach…
– I myślisz, że cię tu wpuszczę? – odpowiedział, mierząc ją wzrokiem. Zatrzymał spojrzenie na opasce. Na włosach domagających się mycia.
– Tylko rzucę okiem, obiecuję… – zaczęła.
– Nie – wszedł jej w słowo. – Nie wejdziesz, dopóki…
Drzwi gospody otworzyły się gwałtownie. Strażnik drgnął. Wyprostował się jak struna i odepchnął Mari na bok. Upadła. Z trudem się podniosła, otrzepując ubranie z kurzu i patrząc na niego z wyrzutem.
Z wnętrza wyszła kobieta.
Była jedną z najbardziej urodziwych kobiet, jakie Mari widziała w życiu. Kremowa, długa tunika z bogatym, złotym obszyciem. Wysokie sandały. Tak ubierała się arystokracja w tym regionie – tego Mari była pewna.
Ale coś było nie tak.
Zanim zdążyła przyjrzeć się jej twarzy, długim rudym włosom w nieładzie, zauważyła coś innego. Kobieta była pijana w sztok. Oparła się ciężko ramieniem o strażnika, który bez słowa objął swoją panią i zaczął prowadzić ją w stronę dzielnicy bogatych rezydencji.
Po dwóch krokach arystokratka odwróciła głowę.
Ich spojrzenia spotkały się na moment. Uśmiech zniknął z jej ust. Skupiła wzrok na opasce Mari. Coś w niej drgnęło. Sama nie wiedziała co.
Po chwili kobieta odwróciła się do strażnika i ruszyła dalej, powłócząc nogami. Mari przez moment miała wrażenie, że słyszy szept – słowa kierowane do mężczyzny. Ale nie poświęciła temu więcej uwagi.
Weszła do przybytku.
Wnętrze było bogato zdobione. Zanim właściciel zdążył zwrócić na nią uwagę, zauważyła go. Podeszła do męża karczmarki, który przysypiał przy stole. Nie zastanawiała się, skąd stać go na picie w takim miejscu. Szarpnęła go za ramię i pochyliła się nad nim. Z trudem skupił na niej mętny wzrok.
– Twoja żona czeka – wyszeptała stanowczo. – Idziemy.
Czuła już na sobie spojrzenie karczmarza.
Gared oprzytomniał. Z trudem się podniósł. Mari objęła go w pasie. Prychnęła podirytowana, ale nie narzekała. Wyprowadziła go na ulicę, kierując się w stronę targu. Myśl o ciepłym łóżku i kąpieli wystarczyła, by znaleźć w sobie siłę na drogę powrotną.
**
Poranek był inny. Nie budziło jej zimno. Pulsowanie pod okiem nie dokuczało tak bardzo. Może dlatego, że zjadła coś ciepłego przed snem. Może dlatego, że w końcu się umyła. Mogła przebrać się w czyste ubrania.
Przeciągnęła się na łóżku, patrząc przez małe okno wychodzące na targ. Było już późne popołudnie. Pukanie do drzwi jej nie zdziwiło. Czuła, że zastanie kolejną postać odzianą w czerń i biel. Zanim wstała, by otworzyć, ubrała się pospiesznie. Nie zdążyła dopiąć koszuli, gdy pukanie przybrało na sile. Przewiązała szybko oko opaską i niepewnie podeszła do drzwi, otwierając je powoli.
Znała tę twarz. Krótkie wąsy. Chłodne spojrzenie. Cień pogardy skrywający się za obojętnością. Miecz przy pasie. Ciało Mari napięło się instynktownie.
Ale twarz mężczyzny momentalnie przybrała inny wyraz, gdy zobaczył, jak Mari przymierza się do zatrzaśnięcia drzwi.
– Moja pani chciałaby z… panią porozmawiać – zaczął zakłopotany. – Prosiła, bym przekazał, że zaprasza panią do swojej posiadłości.
Mari uniosła brew. Wciąż trzymała dłoń na krawędzi drzwi, gotowa zatrzasnąć je w każdej chwili. Nie odpowiedziała. Mężczyzna, widząc wyraz jej twarzy, wyprostował się.
– Poczekam, aż będzie pani gotowa – powiedział, po czym skinął jej głową w geście czegoś na kształt szacunku.
Mari zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Zimno powoli ogarniało jej dłonie. Zawsze zaczynało się właśnie od nich. Przygryzła palec, wracając myślami do wczorajszej nocy. Pokręciła głową. Ale nie wypadało odmówić zaproszenia. Z jednego powodu. Mogła coś zjeść. Może dostać jakąś pracę.
Nie myśląc dłużej, sięgnęła do torby. Wyjęła mały grzebień – jedną z ostatnich pamiątek z dzieciństwa przy Świątyni. Z czasów, gdy troska wobec niej jeszcze istniała. Choćby udawana.
Rozczesała włosy, starając się wyglądać choć trochę… normalnie. Schowała go po tym w kieszonce płaszcza. Umyła twarz w misce z wodą. Założyła czystą opaskę. Nic więcej zrobić nie mogła. Wyszła z pokoju. Strażnik czekał kilka kroków od drzwi, niemal na baczność. Ruszył przodem, nie oglądając się za siebie.
Gdy dotarli do zdobionej marmurem bramy posiadłości, Mari poczuła się… mała. Nieważna. Ale po coś ją zaproszono. Strażnik przepuścił ją przodem, niczym damę. Nie interesowały jej jednak konwenanse. Bardziej żołądek, który coraz mocniej przypominał o sobie. I zmęczenie – coś, co w takim miejscu mogło być nie tylko niegrzeczne, ale i niebezpieczne.
Szli szerokim korytarzem, wyłożonym gładkim, połyskującym kamieniem. Nie poświęcała uwagi gobelinom ani obrazom na ścianach. Gdy stanęli przed drzwiami, prowadzący ją mężczyzna skinął strażnikowi pilnującemu wejścia. Ten obrzucił Mari spojrzeniem, chrząknął znacząco, ale nic nie powiedział.
Otworzył drzwi, dając jej znak, by weszła. Mari ruszyła niepewnym krokiem.
**
Nie zdążyła nawet rozejrzeć się po komnacie, gdy dobiegł ją głos. Ciepły. Miły.
– Witaj. Jak ci na imię?
Mari zwróciła wzrok w stronę, z której dobiegał. W rogu komnaty stały niskie leżanki. Na jednej z nich odpoczywała pani domu. Ubrana podobnie jak zeszłej nocy.
Mari podeszła bliżej. Ściskała materiał koszuli, który wydawał jej się nagle nie na miejscu. Poprawiła włosy, myśląc, że może jednak mogła je dokładniej umyć.
– Mari… pani – odpowiedziała cicho pochylając głowę geście szacunku. Nie znała obyczajów wysoko urodzonych. Zacisnęła na moment oczy.
Kobieta przyjrzała jej się uważniej. Zawiesiła wzrok na opasce. Długo. Znacząco. Mari uniosła głowę, ale nie spojrzała jej w oczy. Ku jej zdziwieniu arystokratka wstała i podeszła do małego stolika stojącego przy leżankach. Nalała sobie wina do pozłacanego kielicha. Po chwili namysłu nalała również do drugiego. Wzięła go w dłoń i podeszła do Mari z lekkim uśmiechem.
– Usiądź ze mną. Chciałabym… porozmawiać – powiedziała uprzejmie.
Mari nie chciała pić. Nie znała zamiarów kobiety. Ale coś w jej spojrzeniu sprawiło, że ujęła kielich, dziękując cicho. Próbowała przy tym powstrzymać drżenie dłoni.
Tamta to zauważyła, bo tylko skinęła dłonią.
Rozsiadła się wygodnie na jednej z leżanek, wskazując Mari miejsce obok. Mari usiadła. Obejmowała kielich obiema dłońmi. Spróbowała. Wino było dziwnie smaczne. Cierpkie. Chyba takie powinno być. Nigdy wcześniej nie próbowała.
Przyjrzała się dokładniej swojej rozmówczyni. Coś w jej ruchach, w spojrzeniu, które widziało więcej, niż pokazywało, mówiło Mari, że kobieta żyła długo. Naprawdę długo.
– Mów mi Katia – przerwała ciszę.
Mari drgnęła.
– Zaprosiłam cię, ponieważ… – Katia zamyśliła się na dłuższą chwilę. – Chciałam cię o coś zapytać.
Po tych słowach upiła łyk wina. Jakby chciała odpocząć przed tym, co zamierzała powiedzieć. Potem drugi. Po chwili kielich był pusty. Mari uniosła brwi, ale nic nie powiedziała. Katia napełniła kielich ponownie. Szybko.
– Skąd pochodzisz? – zapytała z uśmiechem.
Coś w tym uśmiechu nie podobało się Mari. Wydawał jej się jednocześnie szczery i fałszywy.
– Ja… nie wiem – odpowiedziała po chwili zgodnie z prawdą.
Katia skinęła głową, jakby znalazła potwierdzenie własnych myśli. Drugi kielich miała już w połowie pusty.
– Widzisz… kapłanki od kilku dni stały się dziwne. Chodziły po domach szlachetnie urodzonych, prosząc o pomoc w pewnej sprawie.
Mari zesztywniała. A piętno… poczuła się, jakby coś uderzyło ją w twarz. Spuściła głowę. Odruchowo objęła policzek przy opasce dłonią. Katia uniosła na to brew.
– Ostrzegały – kontynuowała spokojnie. – Przed tobą. Nie mówiły dlaczego. Zresztą nigdy nie mówią. Oczekiwały pomocy.
Prychnęła pod nosem.
– Prosiły, by wygnano cię z miasta w chwili, gdy tylko postawisz w nim nogę.
Dłonie Mari zadrżały tak mocno, że oblała się winem. Nie ruszyła się jednak. Nie uniosła głowy. Katia dopiła drugi kielich. Pochyliła się nad stolikiem, nie wstając z leżanki, i nalała sobie kolejny.
– Ale ja… słyszałam kiedyś podobną historię – mówiła dalej. – I chyba wiem, kim jesteś. I dlatego…
Wstała. Powoli. Z namysłem. Po chwili usiadła obok Mari. Uniosła jej podbródek. Spojrzała uważnie w jej nieosłonięte oko. Mari chciała się cofnąć. Ale nie wiedziała jak.
Czuła od Katii alkohol. Jej ciepłą dłoń. Jednocześnie chciała się wyrwać, uciec… i zostać. Katia odsunęła się nieznacznie, opierając się o bok leżanki. W głowie Mari powoli układał się obraz kobiety. Wczorajsze spotkanie. Dzisiejsze zachowanie. Zwróciła uwagę na tempo, w jakim Katia opróżniała kolejne kielichy wina. Mimo całej gracji i elegancji, jaką roztaczała, Mari już wiedziała.
To nie było zapijanie smutków. Tak pili ludzie, którzy nie mieli już nic do stracenia.
I chyba zaczynała rozumieć. Po chwili sama niepewnie uniosła kielich do ust i wzięła mały łyk. Cisza jej nie przeszkadzała. Nawet ten dotyk – choć nieproszony – nie był agresywny. Nie był zachłanny. To była raczej… ciekawość.
Ale drugi raz nie pozwoli się tak dotknąć.
– Dziękuję za zaproszenie – odezwała się cicho. – I… za to, że mnie nie wyrzuciłaś z miasta. Ale chciałabym wiedzieć… po co tu jestem?
Katia przyjrzała się jej uważniej. Zatrzymała wzrok na ubraniach Mari.
Znoszona koszula. Płaszcz, którego nie miała już siły łatać.
– Najpierw powiedz mi – zapytała spokojnie – czy czegoś ci brakuje?
Mari zawahała się.
– Dziękuję – odpowiedziała po chwili. – Tak naprawdę… zjadłabym coś.
Katia uśmiechnęła się. Sięgnęła po dzwoneczek stojący na stoliku i zadzwoniła nim lekko. Po chwili przy leżance pojawił się elegancko ubrany służący. Katia wyszeptała mu kilka słów. Mężczyzna skłonił się nisko i wyszedł.
Czas oczekiwania Mari odmierzała w kielichach wina opróżnianych przez Katię.
Zaczynała się obawiać, czy ta w ogóle będzie w stanie kontynuować rozmowę. Ale Katia – o dziwo – trzymała się dobrze. Tylko wzrok stawał się mniej skupiony. Ruchy wolniejsze.
W końcu służący wrócił z tacą pełną jedzenia. Ustawił ją na stoliku i wyszedł, kłaniając się swojej pani. Od samego zapachu Mari zrobiło się słabo. Katia wskazała jedzenie zapraszającym gestem. Mari, starając się zachować resztki godności, zaczęła jeść powoli. Katia nie sięgnęła po nic. Wolała wino.
Dopiero po dłuższym czasie Mari się opamiętała. Czuła, że Katia czeka cierpliwie. Że ma czas.
Myśl przemknęła jej przez głowę, ale nie zatrzymała się na niej dłużej. Musiała wyjaśnić tę sytuację. Z każdą chwilą spędzoną w rezydencji miała coraz silniejsze wrażenie, że znalazła się w pułapce.
Pełny żołądek i piętno, które zamilkło, nie przynosiły ulgi.
– Dziękuję. Naprawdę – zaczęła ostrożnie.
– Ile żądasz za to, co… możesz mi dać? – przerwała jej Katia w pół zdania.
Spojrzenie miała zaskakująco trzeźwe. Skierowane prosto na opaskę Mari. Głos – ciężki. Zrezygnowany. Mari niemal się nie zakrztusiła. Odstawiła kielich na stolik, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Ja… – zaczęła Mari, ale po chwili zamilkła i spuściła głowę.
Miała dość. Tego miejsca. Przepychu. I ciepła, które nie niosło ukojenia. Spróbowała wstać, lecz poczuła, jak Katia ostrożnie chwyta ją za rękę. Nie odtrąciła jej. Nie wyszarpnęła się. Uniosła wzrok i spojrzała na Katię. Czekała.
– Czyli to prawda – stwierdziła Katia. Bardziej do siebie niż do Mari. – Zostań. Proszę. – Po chwili dodała ciszej – Potrzebuję… tego.
Mari zawahała się.
Chłód wrócił. Piętno zapulsowało. Raz. Intensywnie. Zacisnęła zęby z bólu. Katia puściła jej dłoń. Jej twarz złagodniała, jakby naprawdę się przejmowała.
– Dlaczego? – zapytała w końcu Mari.
Tego chciała od początku. Stąd życzliwość. Traktowanie jak człowieka.
– Bo nie chcę już trwać w tym – Katia uniosła kielich. – Codziennie budzę się z jedną myślą. Jak najszybciej zagłuszyć potok myśli, który pojawia się, gdy otworzę oczy. Bo mam dość… tego. – Wskazała dłonią komnatę, a potem siebie.
Mówiła cicho.
– Dlatego cię tu zaprosiłam. Bo słyszałam… że tacy jak ty potrafią pomóc. – Zawahała się. – Odejść. Na zawsze?
W jej głosie pojawił się cień niepewności, jakby nie potrafiła znaleźć właściwego słowa.
Spojrzała na Mari niemal błagalnie. Mari milczała. W głowie ważyła pytanie. Do siebie. Do Katii. Nie wiedziała, które powinna zadać.
– Jeżeli chcesz… – zaczęła.
– Tak – Katia przerwała jej natychmiast. Pewniej niż wcześniej. – Ale wciąż nie odpowiedziałaś mi na pytanie. Ile…
– Nic. I nie pytaj o to więcej. Proszę. – Tym razem Mari przerwała. Cicho, ale zdecydowanie. – Pomogę ci. Ale najpierw chcę cię o coś zapytać… – zawahała się – Ile masz lat?
Katia nie odpowiedziała od razu. Wahała się. Jakby bała się osądu. Albo odmowy.
– Osiemset czterdzieści – powiedziała w końcu, patrząc przed siebie.
W jej głosie była już tylko rezygnacja. Mari drgnęła. Spojrzała na Katię szeroko otwartymi oczami, ale nic nie powiedziała. Nie chciała. Decyzja już zapadła. Przesunęła się bliżej. Ostrożnie. Zdjęła opaskę i położyła dłoń na ręce Katii.
Ta wciąż na nią nie patrzyła.
Dopiero gdy Mari usiadła tak blisko, że niemal stykały się ciałami, Katia odwróciła głowę. Po jej policzkach spływały drobne łzy. Nie ocierała ich. Nie ruszała się. Za oknem gwar miasta cichł. Dzień niespiesznie przechodził w noc.
– Przytul mnie, proszę – wyszeptała Mari do jej ucha.
Katia drżącymi dłońmi objęła Mari. Oddychała niespokojnie. Mari również ją objęła. Delikatnie. Blisko. Piętno pulsowało lekko.
Po chwili Mari pocałowała kobietę w czoło i przytuliła ją mocniej. Słyszała tylko cichy płacz Katii.
– Czy… mam już pójść? – zapytała Mari szeptem.
– Nie. Zostań ze mną. Proszę… – odpowiedziała Katia równie cicho.
**
Światło nadchodzącego poranka poraziło ją w oczy. Wciąż zaspana, Mari rozejrzała się powoli po komnacie. Obejmowała Katię kurczowo. Wiedziała, że musi wstać. Że musi stąd wyjść. Jak najszybciej. Ale nie miała siły. Nogi odmawiały posłuszeństwa.
Puściła Katię i delikatnie ułożyła jej głowę na poduszce. Na twarzy kobiety panował spokój. Cisza. Mari zamknęła jej oczy. Ostrożnie. Jakby mogła jeszcze coś zepsuć. Nie mogła zrobić nic więcej.
Piętno zapulsowało. Boleśnie. Tak mocno, że Mari pochyliła głowę i złapała się za twarz. Oddychała głęboko. Szybko. Nic nie pomagało. Miała wrażenie, że za chwilę straci przytomność.
Spróbowała wstać, ale natychmiast opadła na leżankę obok Katii. Nie mogła się ruszyć.
Drzwi komnaty otworzyły się nagle. Do środka wszedł służący.
– Dzień dobry, pani. Co podać na… – urwał w pół słowa.
Spojrzał na leżankę, na której bez ruchu leżała Katia. Potem na Mari, dyszącą, trzymającą się za twarz. Otworzył szeroko oczy. Wciągnął gwałtownie powietrze, odwrócił się i wyszedł szybkim krokiem.
Mari znów spróbowała się podnieść. Udało jej się zsunąć z leżanki, ale opadła na czworaka. Łzy bólu napłynęły jej do oczu.
Po chwili do komnaty wbiegł strażnik. Stanął przy leżance. Ujął dłoń swojej pani.
– Pani… czas wstać – powiedział błagalnie. – Pani…
Dopiero po dłuższej chwili zaczął rozumieć. A przynajmniej próbować zrozumieć. Spojrzał na Mari, która próbowała uklęknąć. Walczyła o oddech. Nie patrzyła na niego.
– Ty… – w jego głosie zabrzmiała czysta nienawiść.
Podszedł do niej i chwycił ją za włosy. Była ledwo przytomna. Nie obchodziło go to. Szarpnął ją raz. Potem drugi. Nie reagowała. Zaczynała odpływać. Gdzieś, gdzie nie boli. Gdzie nie jest zimno.
Mężczyzna zacisnął pięść. Ale po chwili wziął kilka wolnych oddechów. Spojrzał na nią już inaczej. Z obrzydzeniem. Puścił jej włosy. Mari opadła ciężko na ziemię.
Złapał ją za rękę i wywlókł z komnaty. Ciągnął ją przez posiadłość aż do wyjścia. Nie zwracał uwagi na jęki bólu ani na łzy. Gdy opuścili rezydencję, podjął decyzję. Wiedział, przed czym kapłanki ostrzegały. Ale mógł zrobić to równie dobrze sam.
Poprawił chwyt i ruszył brukowanymi ulicami w stronę jednej z bram miasta. Dopiero pod strażnicą uniósł Mari w powietrze, trzymając ją za rękę. Strażnicy nie interweniowali. Widzieli barwy rodowe na jego szacie.
Spojrzał jej w twarz. Na oko zakryte opaską. Mari zaczęła odzyskiwać przytomność. Rozejrzała się zamglonym wzrokiem. Spróbowała się wyszarpnąć niemrawo.
– Gdzie jestem… moje rzeczy… – zaczęła.
– Nigdy więcej nie postawisz stopy w tym mieście – wszedł jej w słowo beznamiętnie. – A jeżeli spróbujesz…
Nie dokończył. Wyszedł przed bramę i rzucił Mari na ziemię.
Udało jej się podnieść. Nogi trzęsły się tak bardzo, że bała się, że zaraz znowu upadnie. Spojrzała tylko w stronę bramy, za odchodzącym mężczyzną. Przyciągnęła obolałą rękę do ciała. I ruszyła. Nie wiedząc dokąd.
**
Droga zlewała się w jeden ciąg zdarzeń, przerywany utratami przytomności. Z głodu. Ze zmęczenia. Z pragnienia.
Szła na północ – a przynajmniej tak jej się wydawało. Próbowała rozpoznać okolicę, przypomnieć sobie mapy, które kiedyś czytała, gdy odzyskiwała świadomość na dłużej niż kilka chwil. Ale nie potrafiła.
Spała tam, gdzie znalazła choć odrobinę cienia. Mimo słońca i bezchmurnego nieba trzęsła się z zimna. Jednocześnie skóra na odkrytych fragmentach ciała była czerwona
i obolała. Nie miała torby. Nie miała nic. Prawie. Tylko grzebień, ukryty w kieszeni płaszcza.
Nie wiedziała, ile dni minęło. Czuła tylko zaschnięte usta, wysuszoną skórę i pragnienie tak silne, że odbierało resztki rozsądku. Choć w tej sytuacji nie było już żadnego rozsądku.
Idąc przez mały las, miała ochotę położyć się na ziemi i umrzeć. Miała dość. Zrobiła już dość. Ale zanim to nastąpiło, jej wzrok padł na coś na ziemi. Kałuża. Czysta. Odrobinę.
Zanim zdążyła pomyśleć, upadła przy niej i nabrała wodę w dłonie. Piła łapczywie. Po chwili żołądek się zbuntował. Zdążyła tylko odwrócić głowę. Otarła usta. Piła już wolniej. Spokojniej.
Z każdym łykiem czuła, jak umysł wraca z daleka. Jak wraca ból. Wspomnienia ostatnich dni – a raczej ich urywki.
Dopiero po długiej chwili miała siłę się rozejrzeć. Zapadał zmrok. Chłodny, wieczorny wiatr nie pomagał. Wzdrygnęła się, czując, jak piętno zaczyna pulsować. Upiła jeszcze wody, zanim wstała. Ledwo. Ale udało się. Teraz czuła już tylko głód. I zmęczenie. Przeszła kilka kroków, po czym opadła przy najbliższym drzewie i zasnęła.
Obudziła się gdzieś indziej.
Nie pamiętała drogi. Nie pamiętała nawet, żeby w ogóle szła. Leżała oparta o kamień, przy rozdrożu. Był środek nocy. A jednak czuła się… bardziej żywa. Jakby część jej umysłu wróciła już na stałe. Przyjrzała się rozwidleniu dróg.
Nie było drogowskazów. Charakterystycznych punktów. Tylko trzy drogi prowadzące… gdzieś. Westchnęła cicho, unosząc się na dłoniach. Nie uniosła głowy, by spojrzeć w niebo. Nie znała konstelacji. Ruszyła. Po prostu. Przed siebie.
**
Zabudowania wsi zobaczyła nad ranem. Kilka chałup stało na polanie pośrodku lasu. Droga prowadząca do nich nie była uczęszczana. Słaniając się z głodu, stanęła przy jednym z domostw, opierając się ciężko ramieniem o ścianę.
Jej spojrzenie przykuła studnia stojąca na środku polany. Zbierając ostatnie siły, podeszła do cembrowiny i opuściła stojące na niej małe wiadro w głąb szybu. Dysząc z wysiłku, wciągnęła je do góry. Chwyciła wiadro obiema dłońmi i piła powoli. Nie chciała znów zwymiotować.
Gdy oddech się uspokoił, otarła usta rękawem i przebiegła wzrokiem po chatach. Podgniłe ściany. Stara strzecha. Ale wieś nie była opuszczona. Kilka twarzy mignęło w okiennicach. Nie miała siły pytać, dlaczego. Nabrała jeszcze jedno wiadro wody. Obmyła dłonie i twarz. Przyjrzała się sobie uważniej.
Na brud nie zwracała uwagi. To było coś innego. Miała wrażenie, że skóra opina już same kości. Opadła przy studni, łapiąc się za żołądek.
Usłyszała skrzypnięcie.
Po chwili stanął nad nią mężczyzna. Uniosła głowę, przyjrzała mu się uważniej – i natychmiast spuściła wzrok. Zwinęła się niemal w kłębek na ziemi. Mężczyzna był tak samo wychudzony jak ona. A może gorzej. Patrzył na nią zmęczonym, pustym spojrzeniem.
– Co tu robisz… – zapytał. – Przysłali cię może ze Świątyni? – w jego głosie wybrzmiała nadzieja.
Mari oddychała głęboko, próbując coś powiedzieć. Po chwili się udało.
– Nie. Nie wiem nawet, gdzie jestem… – zaczęła, błądząc wzrokiem między nim a chatami wokół.
Na te słowa mężczyzna schował twarz w dłoniach. Odwrócił się i odszedł. Usłyszała tylko trzask zamykanych drzwi. Nie wiedziała, ile czasu spędziła na ziemi. Widziała jedynie, że się ściemnia. Nie chciała skonać leżąc pod studnią. Pomyślała o łóżku. O cieple.
Uniosła się powoli i ruszyła przed siebie, powłócząc nogami. Na skraju wsi stała mała chatka. Jedna izba. Dziurawa strzecha. Bez drzwi. Z komina nie unosił się dym.
W środku było ciemno. Przekroczyła próg, drżąc coraz mocniej z zimna. Pulsowanie piętna zagłuszał żołądek. Ból. Chciała opaść na siennik stojący w rogu, ale zatrzymała się nagle. Otworzyła oczy szerzej. Pod ścianą, na krańcu siennika, siedziało dziecko. Podkulone, z kolanami przyciągniętymi do piersi. Uniosło głowę i spojrzało na Mari. Nie zdążyła zrobić nic więcej.
Opadła na siennik. Świat zgasł.
**
Myślała, że śni. Że jest gdzieś indziej. Ale nigdy nie śniła. Otworzyła oczy i zobaczyła chłopca, który trącał ją delikatnie palcem w policzek. Uniosła się gwałtownie, opierając plecy o ścianę. Chłopiec był brudny. Jego twarz nie nosiła śladów łez ani bicia. Wyglądał na sześć, może siedem lat. Ubrania miał na sobie raczej w postaci strzępów – zszytych dawno temu, byle jak.
Ale nie to zwróciło uwagę Mari. Wyglądał gorzej niż ona. Gorzej niż mężczyzna spod studni. Siedział naprzeciwko, jakby na coś czekał. Nie mówił. Patrzył.
– Gdzie są twoi rodzice? – spytała drżącym głosem.
Chłopiec zesztywniał na chwilę. Zamknął się w sobie. Potem zamyślił. W końcu wstał
z siennika i ruszył w stronę drzwi. Mari powoli poszła za nim. Nie wiedziała, skąd ma na to siłę. I nie obchodziło jej to.
Szli za wieś, aż dotarli do małego zagajnika. A tam, na trawie…
Mari opadła na kolana.
Ludzie leżeli. Żyli. Ale już ich nie było. Jedna z kobiet uniosła w jej stronę rękę. Ciała były tak wychudzone, że przypominały same kości obciągnięte skórą. Z ust nie wydobył się żaden dźwięk. Zrobiło jej się niedobrze. Złapała chłopca za rękę – który patrzył wciąż na ciała – i z siłą, o którą się nie podejrzewała, pociągnęła go z powrotem w stronę wsi.
Dlatego mężczyzna pytał o Świątynię.
Nie chciała nawet wiedzieć, jak długo ci ludzie już tak trwali. „Czy kapłanki poradziłyby tu cokolwiek?” – myśl przemknęła jej przez głowę. Bała się odpowiedzi. Nie chciała jej znać.
Gdy dotarli do chatki, posadziła chłopca na sienniku. Spojrzała mu w oczy.
– Poczekaj tu, dobrze? – powiedziała cicho.
Skinął głową. Usiadł pod ścianą, w tej samej pozycji, w jakiej znalazła go poprzedniego dnia. Ruszyła do lasu.
„Coś tu musi rosnąć. Cokolwiek.”
Straciła pół dnia, zanim znalazła krzew z małymi, czerwonymi owocami. Wydawały się jadalne. Nazbierała tyle, ile mogła, zjadając przy okazji kilka. Więcej nie była w stanie. Wiedziała, co by się stało, gdyby spróbowała.
Poczuła, że odzyskuje odrobinę sił. Wracając, zebrała trochę opału. Gdy weszła do chaty, chłopiec siedział dokładnie tak samo. Nie poruszył się. Nawet na nią nie spojrzał. Znalazła krzesiwo. Rozpaliła ogień w małym palenisku, rozcierając zgrabiałe z zimna dłonie. Nie pomogło.
Usiadła obok chłopca. Wyjęła owoce z kieszeni. Wyciągnęła w jego stronę dłoń. Nie zareagował. Przysunęła rękę bliżej. Cisza.
– Boli – powiedział w końcu, spuszczając głowę.
– Gdzie? Pokaż, proszę…
Nie odpowiedział. Przysunął się tylko do niej. Objęła go instynktownie. Okryła ich oboje płaszczem. W głowie miała pustkę. Patrzyła w mały płomień w palenisku. Piętno zaczęło pulsować. Powoli. Jakby odliczało.
– Boli – powtórzył. W oczach miał łzy.
– Zjedz… chociaż trochę. Proszę… – jej głos się łamał.
– Nie chcę – odpowiedział.
Wtulił się jeszcze mocniej. Nie wiedziała, co zrobić. Nie mogła się ruszyć.
– Chcesz, żeby… nie bolało? – spytała w końcu.
Dziecko pokiwało głową. Zadrżała. Nie z zimna. Ze strachu. W tej wiosce nie było nic. Ona sama była na granicy. Nie miała siły zabrać go ze sobą. Bała się, że sama skona w tej chacie. Ale nie to ją paraliżowało. Nie umiała się nim zająć. Nie miała mu już czego dać… poza jednym. Myśl wkradła się niepostrzeżenie.
Wbiła sobie paznokcie w skórę, jakby chciała się ukarać. Zapłakała. Cicho. Bezradnie. Niemal bezgłośnie.
Trwała tak do późnej nocy. Wpatrzona w ścianę, ocierając łzy. Nie mogła opanować drżenia dłoni. Pogłaskała chłopca po włosach. Po policzku. W końcu pocałowała go w czoło. Piętno zapulsowało. Raz. Delikatnie.
– Już nie będzie boleć – wyszeptała.
Objęła go jeszcze mocniej zaciskając oczy. Chłopiec tylko pokiwał głową. Złapała go za dłoń. Nie spała. Czekała. Ręki dziecka nie puściła.
**
Nie oglądała się za siebie. Na wieś znikającą w gęstwinie drzew. Po prostu szła.
Miała wrażenie, że nie czuje już nic. Że jedyne, co jej zostało, to iść. Spała pod drzewami, gdy była zbyt zmęczona, by zrobić krok dalej. Jadła, gdy była głodna. Potem skończyły się zebrane owoce. Piła z małego strumienia biegnącego wzdłuż gościńca. Po kilku dniach wyszła z lasu. Piętno wgryzało się pod skórę. Nie zdejmowała opaski. Prawie nie widziała już na oko, pod którym było ukryte.
Szła teraz przez łąki. W oddali majaczyło coś, co mogło być polami. Nie szukała śladów ludzkiej obecności. Chciała się tylko położyć. W pewnym momencie jej uwagę przyciągnęło jezioro. Małe. Raczej duży staw. Nie myślała. Ruszyła w jego stronę. Zdjęła buty i rzuciła je na piasek. Rozebrała się i weszła do wody. Zimnej. Ale przez krótką chwilę czuła, że jeszcze żyje. Że gdzieś tam istnieje jeszcze Mari.
Zanurzyła się pod wodę. Na długo.
Zmyła z siebie kurz i brud. Ale to nie pomogło. Miała wrażenie, że nic już nie pomoże. Usiadła przy brzegu, czekając, aż słońce osuszy jej skórę. Długo patrzyła w niebo. Bez myśli. Wyczyściła ubrania na tyle, na ile mogła. Gdy schły, rozczesała włosy grzebieniem. Wciąż go miała. I nie zamierzała go zgubić.
Ściemniało się, gdy dotarła pod wieś. Dużą. Zadbaną. Poprawiła opaskę na oku
i westchnęła ciężko. Nie miała siły pracować. Ale może ktoś się zlituje. Może ktoś pozwoli jej przespać się w stodole.
Ruszyła w stronę budynku, który wyglądał jak karczma. W izbie, przy stołach, siedziało kilka osób. Podróżni. Lokalni. Przez wieś musiał przebiegać szlak handlowy. Mari podeszła do karczmarza, ale mężczyzna na jej ciche pytanie pokiwał tylko głową. Bez złości. Bez zainteresowania.
Odwróciła się już w stronę drzwi, gdy zaczepiła ją kobieta. Jeszcze młoda. Musiała być w podobnym wieku co ona, bo gdy Mari spojrzała na nią zmęczonym wzrokiem, tamta się zawahała. Na krótką chwilę. Potem na jej usta wypłynął uśmiech.
Poprawiła kolorową chustę związaną na jasnych włosach, jakby szukając w tym geście odwagi.
– Słyszałam, o czym rozmawiałaś z karczmarzem. To stary gbur. A ja… chciałabym ci pomóc – odezwała się nieśmiało.
Mari uniosła lekko brwi, ale kiwnęła głową.
Kobieta ruszyła przodem. Zaprowadziła ją do jednej z chat stojących na uboczu. Większej niż pozostałe. Z dwiema, może trzema izbami. Mari spojrzała na to tylko przelotnie. Czuła coraz większy chłód, który znów zaczynał obejmować dłonie.
Kobieta otworzyła drzwi i wpuściła Mari do środka.
Zapach pieczonego chleba i potrawki gotującej się nad paleniskiem uderzył ją w nozdrza. Na moment oprzytomniała. Rozejrzała się uważniej. Gospodyni stała przy stole pośrodku izby i zapraszająco wskazała dłonią. Mari nie miała siły zastanawiać się, czy będzie musiała za to zapłacić, czy to tylko gest dobrej woli. Usiadła. Żołądek od razu ścisnął się boleśnie.
Kobieta musiała to zauważyć, bo bez słowa sięgnęła po miskę i postawiła ją przed Mari.
– Nazywam się Anna. A ty? – zapytała z ciekawością.
– Mari… dziękuję – odpowiedziała cicho Mari.
Anna nałożyła potrawkę. Dołożyła duży kawałek chleba. Mari zaczęła jeść powoli, uważnie, pamiętając, że nie może się spieszyć. Gdy na chwilę uniosła głowę znad miski, zobaczyła Annę siedzącą naprzeciw. Wymusiła w sobie słaby uśmiech, żeby jej nie urazić, po czym wróciła do jedzenia.
Kiedy skończyła, chciała podziękować jeszcze raz. Wtedy z drugiej izby dobiegł słaby jęk.
Wyraz twarzy Anny zmienił się natychmiast. Przeprosiła Mari gestem i wyszła. Przez ścianę słychać było tylko stłumiony głos gospodyni. Mari nie próbowała zgadywać. To nie była jej sprawa. Czuła, że zaraz zaśnie.
Anna wróciła po dłuższej chwili. Podeszła bliżej i położyła dłoń na jej ramieniu. Mari zesztywniała, ale dłoni nie odtrąciła.
– Mąż wróci z pola wieczorem. Jeśli chcesz odpocząć, mamy wolny siennik. Po parobku. Ożenił się, a mąż szuka kogoś na jego miejsce – powiedziała ciepło.
Mari otworzyła szerzej oczy, ale nic nie odpowiedziała. Tylko skinęła głową. Poszła do izby, którą wskazała Anna. Położyła się na sienniku powoli. Sen zabrał ją niemal natychmiast.
**
Gościnność Anny i jej męża sprawiła, że w kolejnych dniach Mari zaczęła powoli funkcjonować. Nie padała już z wycieńczenia po przejściu kilku kroków. Wciąż spała do późna, ale nikt tego nie komentował. Zaczęła wykonywać drobne prace w obejściu. Sprzątała. Karmiła zwierzęta. Jej gospodyni była cierpliwa. Ciepła.
Nie wypytywała Mari. Skąd jest. Kim jest. Za co uciekła. Mari była jej za to wdzięczna.
Zauważyła jednak coś innego. Coś, czego się spodziewała. Anna i jej mąż coraz częściej zwracali uwagę na opaskę. Na to, że Mari nie odsłania twarzy nawet przy kąpieli. Nie pytali. Ale pytanie wisiało w powietrzu. Ciężkie. Nie nazwane. Mari nie miała siły na nie odpowiadać.
Sama też nie dopytywała. O jęki dochodzące z drugiej izby. O to, jak zmienia się twarz Anny, gdy tam wchodzi. O ciche krzyki. Było jej tu dobrze. Miała co jeść. Piętno odzywało się rzadziej. Tylko chwilami, by przypomnieć, że wciąż tu jest.
Nie miała powodu, by to niszczyć. Może nawet mogła tu… zostać. Może.
Jednego wieczoru wracała właśnie ze sprzątania stodoły, gdy w progu izby zobaczyła Annę. Uśmiechała się, ale Mari widziała pod tym uśmiechem coś jeszcze. Chciała zapytać, ale Anna ją uprzedziła. Zaprosiła ją gestem do stołu.
Męża nie było w domu. Dłonie Mari zaczęły drżeć. Otuliła się mocniej kocem, który dostała pierwszego dnia.
Anna siedziała naprzeciw, opierając podbródek na dłoni. Po chwili westchnęła cicho
i spojrzała w stronę wejścia do drugiej izby. Stamtąd nie dochodził żaden dźwięk. Tylko trzaskający ogień i skrzypienie desek.
Mari skuliła się w sobie.
– We wsi była Kapłanka – zaczęła Anna. – Zachowywała się dziwnie. Jakby czegoś szukała. Albo… kogoś.
Spojrzała na opaskę Mari.
– Poleczyła kilka osób. Została jeszcze dzień, ale już nikogo nie uzdrawiała. Potem odeszła.
Mari zesztywniała. Otuliła się jeszcze mocniej kocem, jakby chciała się w nim schować.
– Słyszałam… dawno temu. Mama straszyła mnie i moich braci, gdy byliśmy mali. Kimś… – Anna zawahała się, patrząc uważnie na Mari. – Kimś, kto… – Nie dokończyła.
Mari podniosła się gwałtownie. Pierwszym odruchem była ucieczka. Teraz. Natychmiast. Ale Anna chwyciła ją za rękę przez stół.
– Poczekaj – powiedziała cicho. – Jeśli to prawda… chciałam cię o coś poprosić. Wysłuchaj mnie. Proszę.
Próbowała się wyszarpnąć, ale nagle opadła z sił. Usiadła ciężko na ławie. Nie patrzyła na Annę. Piętno zapulsowało lekko. Rytmicznie. Anna puściła jej rękę. Położyła dłonie na stole, splatając palce. Milczała długo.
– Moja matka… znęcała się nad nami. Mną i braćmi. Biła nas bez powodu. Kiedy tylko była okazja. Piła. Ojciec pił razem z nią. – Przerwała, łapiąc oddech. – A kiedy dorośliśmy, pożeniliśmy się… nie miała już na kim się wyżywać.
Dłonie Anny zadrżały.
– Ojciec odszedł. Wziął sobie młódkę. Spłodził dzieci. Matka została sama.
Mari słuchała. Z każdym kolejnym słowem wstawała. Obeszła stół i usiadła obok Anny. Ujęła jej dłonie. Czekała.
– Mąż… – Anna zawahała się. – Namówił mnie. Wzięłam ją do siebie. Nie chciałam. Nie mogę na nią patrzeć. Ale…
– Ona jest… – Anna przełknęła ślinę. – Jakby jej nie było. Kapłanki badały ją wiele razy. Powiedziały, że nie potrafią pomóc. Że taka może zostać. Na zawsze.
W oczach Anny pojawiły się łzy.
– Dlatego chciałam cię poprosić… jeśli to prawda – spojrzała znów na opaskę – pomóż jej. Ja już nie mogę. Nie mam siły.
Anna zapłakała cicho, opierając się o Mari. Mari objęła ją. Milczała.
– Mogę ją zobaczyć? – zapytała w końcu.
Anna drgnęła, ale skinęła głową. W drugiej izbie było tylko łóżko i mały stolik. Kobieta siedziała pod oknem, oparta głową o ścianę, patrząc w dal. Była czysta. Zadbana. Ale spojrzenie miała puste.
Nie drgnęła, gdy weszły. Mari poczuła, jak piętno wgryza się coraz mocniej. Objęła dłonią twarz i podeszła do łóżka. Anna stanęła w drzwiach. Patrzyła przez okno.
Mari uklękła przy kobiecie. Ujęła jej dłoń. Szorstką. Ciepłą. Zdjęła opaskę.
– Czy chcesz… odejść? – wyszeptała.
Czas mijał. Mari myślała, że kobieta nie rozumie. Gdy chciała zapytać ponownie, tamta powoli odwróciła głowę. I pokręciła nią. Wyraźnie. Zdecydowanie. Mari wstała szybko. Spuściła głowę. Minęła Annę. Związała opaskę. Zabrała płaszcz.
– Przepraszam… Nie mogę – powiedziała cicho.
Wyszła w noc. Nie oglądała się za siebie. Dopiero przy skraju lasu oparła się o jedno z drzew. Opadła na ziemię i zapłakała.
**
Następne dni na trakcie zlewały się w ciąg monotonnych zdarzeń. Szła traktem prowadzącym na zachód, ale nie interesowało jej, dokąd nim dotrze.
Kolejny wieczór spędzała na pustym gościńcu Oczyściła ziemię pod jednym z drzew
i rozłożyła na niej płaszcz. Rozpaliła małe ognisko, pocierając nad nim dłonie. Wpatrywała się w ogień bez myśli. Nie mogła spać. Mimo zmęczenia i zimna sen nie przychodził.
Dźwięk końskich kopyt w oddali wyrwał ją z letargu. Obróciła głowę. Jeździec był coraz bliżej. Gdy rozpoznała, kto to jest, odwróciła wzrok i wbiła go z powrotem w ogień. Osłoniła opaskę włosami. Skuliła się, zamknęła oczy, udając sen.
Koń zatrzymał się tuż przy drzewie. Usłyszała kroki. Postać stanęła naprzeciw Mari.
– Ty… – kobiecy głos. Miękki. Młody.
Mari się nie poruszyła. Zdradził ją tylko dreszcz, który przebiegł przez ciało.
– Mówię do ciebie – ton nieznoszący sprzeciwu.
Mari znała go doskonale. Nie z osoby. Z funkcji. Kapłanka.
– Poczułam coś, przejeżdżając blisko ciebie… – zaczęła kobieta. Mari wciąż nie otwierała oczu. – Wstań.
Napięcie narastało w całym jej ciele.
– Wstań – powtórzyła kapłanka.
– Nie. Zostaw mnie. – odpowiedziała Mari, nie unosząc głowy znad kolan.
Kobieta obeszła ją dookoła. Mari słyszała ciężkie westchnienie. A potem poczuła dłoń na opasce. Kapłanka zerwała ją jednym ruchem. Mari poleciała do przodu, omal nie wpadając w ogień. Uniosła wzrok. Kapłanka patrzyła na nią z mieszaniną obrzydzenia
i strachu. Młoda. Ubrana w biało-czarne szaty.
Zapowietrzyła się, widząc twarz Mari. Kobieta bezwiednie dotknęła własnego piętna pod okiem. Zacisnęła pięść.
Mari próbowała wstać. Nie zdążyła. Uderzenie przyszło nagle. Prosto w twarz. W ustach poczuła krew. Upadła na plecy, ale kapłanka nie cofnęła się ani o krok. Stanęła nad nią, unosząc rękę do kolejnego ciosu.
Mari nie czekała. Kopnęła ją z całej siły w kolano. Kapłanka upadła na ziemię, brudząc szaty. Próbowała się podnieść, ale Mari była już na nogach. Dyszała ciężko. Związała opaskę. Chwyciła płaszcz i ruszyła traktem.
– Zostaw mnie w spokoju – rzuciła, mijając ją.
Kapłanka jednak nie odpuściła. Podniosła się i ruszyła za Mari. Gwizdnęła. Koń podążył powoli za swoją panią.
– O nie. Na pewno nie – powiedziała, doganiając Mari i chwytając ją za dłoń. – Myślisz, że cię zostawię i pozwolę ci robić… – zawahała się, szukając słowa – …to?
Mari wyszarpnęła rękę. Zmęczenie i pulsowanie piętna były tak silne, że ledwo szła.
– Rób, co chcesz – odpowiedziała chłodno. – Ale nie dotykaj mnie więcej.
Ruszyła przed siebie. Bez słowa. Kapłanka szła tuż za nią.
**
Słońce stało wysoko nad traktem, gdy Mari w końcu postanowiła odpocząć. Znalazła niewielki zagajnik tuż przy drodze. Niedaleko płynął strumień. Mogła się napić. Nie miała bukłaka. Odchodząc z ostatniej wsi, nie zabrała nawet jedzenia.
Kobieta nie odpuściła. Szła bez przerwy dwa kroki za nią. Nie wsiadała na konia, jakby chciała mieć pewność, że jest wystarczająco blisko.
Gdy Mari usiadła pod drzewem i zamknęła oczy, usłyszała szelest. Potem ciche westchnienie. Kapłanka usiadła naprzeciw, podkładając pod szaty czysty kawałek materiału. Wierciła się niespokojnie, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Nie obdarzyła Mari nawet spojrzeniem, gdy wstała i podeszła do konia. Po chwili wyciągnęła z juków zawiniątko.
Mari spojrzała badawczo, ale zaraz odwróciła wzrok.
Kapłanka rozwijała paski suszonego mięsa. Wróciła na swoje miejsce i zaczęła jeść powoli, bez pośpiechu, jakby Mari w ogóle tam nie było. Dopiero gdy Mari zerknęła ponownie, ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.
Mari ścisnęła dłonie na brzuchu. Głód uderzył nagle, niemal boleśnie. Owinęła się mocniej płaszczem i oparła głowę o pień drzewa. Twarz wciąż pulsowała bólem po wczorajszym uderzeniu. Zacisnęła zęby, próbując zasnąć.
Kapłanka wstała bez słowa i stanęła nad nią.
– Jedz – powiedziała, wyciągając dłoń, w której trzymała kilka pasków mięsa.
Mari nie odpowiedziała. Głód był tak silny, że czuła, jak świadomość zaczyna odpływać gdzieś daleko.
– Jedz i mnie nie denerwuj. Widzę, że nic nie masz – w głosie kobiety narastała irytacja. – Mam dość jedzenia. Zapasy i tak uzupełnię w Świątyni w następnym mieście.
Mari uchyliła jedno oko. Kapłanka stała teraz bliżej niż wcześniej. Przyjrzała jej się uważniej. Musiała być naprawdę młoda. Długie, jasne włosy miała splecione w ciasny warkocz. W jej spojrzeniu nie było już nienawiści. Ale nie było też litości. Twarz, która mogła wydawać się łagodna, była teraz napięta, zniekształcona nieprzyjemnym grymasem.
– Nie wiem, dokąd zmierzasz. – Pochyliła się i wcisnęła jedzenie w dłoń Mari – ale nie będziesz głodować. To też mój obowiązek.
Jej wzrok zatrzymał się na siniaku na twarzy Mari.
– Mogę coś z tym zrobić… – Wyciągnęła dłoń.
– Nie – przerwała jej Mari ostro. – Nie próbuj mnie dotykać.
Zacisnęła palce na mięsie, ale nie ugryzła. Kapłanka prychnęła cicho, lecz nic nie odpowiedziała.
– Mam na imię Hane – rzuciła przez ramię, siadając pod drzewem. – Nie zabronię ci iść tam, dokąd chcesz. Ale nie pozwolę ci więcej robić… tego. Mam obowiązek. I zamierzam go wypełnić.
Mari odwróciła się bokiem do niej. Westchnęła cicho, zbierając resztki sił.
– Nigdzie ci nie ucieknę – powiedziała beznamiętnie. – Nie martw się.
Zamknęła oczy. Nie miała siły ani chęci. Chciała tylko spać.
Późnym popołudniem otworzyła oczy. Hane spała, oparta o drzewo, w pozycji niemal identycznej jak ona. Dopiero gdy upewniła się, że kapłanka na pewno nie patrzy, Mari wzięła pierwszy kęs. Potem drugi. Nie chciała. Łzy spływały jej po policzkach jeszcze długo.
**
Zanim otworzyła oczy, Mari poczuła chłód. Ale nie ten wewnętrzny. Dłonie. Delikatne. Najpierw na jej twarzy. Po chwili niżej. Wiatr połaskotał jej skórę na brzuchu, na piersiach. Dłonie dotykały powoli, ostrożnie. Ściskały. Dopiero ostrzejsze ukłucie sprawiło, że Mari poderwała się z ziemi.
Nad nią klęczała Hane, uważnie się jej przyglądając.
Mari rozejrzała się gwałtownie. Opaska była zdjęta. Koszula rozpięta całkowicie. Poderwała się na nogi, ignorując zawroty głowy. Oddychała coraz szybciej, próbując się zasłonić. Palce drżały tak bardzo, że nie mogła zapiąć guzików.
Patrzyła na Hane, która wstała spokojnie, otrzepując kurz z szat.
– Jesteś wycieńczona – powiedziała łagodnie, patrząc jej w oczy. – Musiałam cię zbadać. A kiedy zobaczyłam, w jakim jesteś stanie… chciałam cię uleczyć.
Mari nie mogła złapać tchu. Łzy napłynęły jej do oczu. Hane nie zwracała na to uwagi.
– To moje powołanie. Nawet jeżeli ty…
Mari nie słuchała dalej. W końcu zapięła koszulę, odtrącając kobietę na bok. Wybiegła w las, potykając się o wystające korzenie i gałęzie. Dopiero gdy trakt zniknął za gęstwiną drzew, zatrzymała się, opierając się ciężko o pień.
Nie mogła się uspokoić. Czuła, jak opuszczają ją siły. Osunęła się na ziemię, chowając głowę między kolanami. Nie usłyszała, kiedy Hane usiadła obok niej. Przygryzła paznokieć, szukając słów.
– Rytuał… on na ciebie nie zadziałał – wyszeptała. – Ty… – urwała, nie znajdując słowa. Nie wiedziała nawet, czy takie istnieje.
Mari uniosła głowę i gwałtownie odsunęła się w bok. Gdy zorientowała się, że nie ma dokąd uciec, zacisnęła pięść.
– Tak – przerwała jej ostro. – Ale to nie twoja sprawa. Jakim prawem mnie dotknęłaś? Mówiłam ci, żebyś zostawiła mnie w spokoju. Nie masz prawa.
– Chciałam ci pomóc – Hane uniosła dłonie. – Co w tym złego…
– Bo to jedyne, co mi zostało – warknęła Mari. – Jedyne, nad czym mam kontrolę. A ty… ty nawet to musisz…
Nie dokończyła. Rozpłakała się mocniej, chowając twarz w kolanach. Hane uniosła dłoń, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili ją cofnęła. Odwróciła głowę i wstała.
– Będę w obozie… – powiedziała odchodząc.
Mari nie uniosła głowy. Piętno zapulsowało raz. Delikatnie.
**
Szły gościńcem w milczeniu. Jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę był stukot kopyt konia, który podążał za nimi. Hane nie odzywała się. Nie komentowała. Zdarzały się chwile, kiedy zawieszała spojrzenie na Mari na dłużej, ale zaraz odwracała głowę.
Mari wciąż czuła dotyk palców na swojej skórze. Był gorszy niż zimno. Nie liczyła dni. Obecność Hane stawała się dla niej równie bolesna co chłód. I równie znajoma. Nie miała siły uciec. Ani pozbyć się kapłanki. Obojętniała coraz bardziej.
Jednego ranka trafiły pod bramę miasta. Mari nawet nie przeszła przed bramę. Odprowadziła tylko wzrokiem Hane, która rzuciła przez ramię, że wróci niebawem. Mari owinęła się płaszczem i usiadła przy brzegu małego stawu. Zamknęła oczy.
Ale poczuła coś innego.
Zanim zdążyła zareagować, jej ciałem targnął spazm. Kaszel, którego nie mogła opanować. Każda próba wdechu kończyła się tylko świstem powietrza, które jakby nie mogło przejść. Myślała, że się udusi. Nie wiedziała, ile czasu minęło.
Dopiero gdy napad kaszlu zelżał, zauważyła cień sylwetki stojącej nad nią. Hane patrzyła zmartwionym wzrokiem, marszcząc brwi. Wyciągnęła dłoń, by pomóc Mari wstać, ale ta ją odtrąciła. Trzęsąc się, podniosła się z ziemi i otrzepała poły płaszcza.
Hane czekała. Nie odzywała się.
Gdy Mari udało się zebrać siły, by spojrzeć na nią przytomnie, uniosła brew w niemym pytaniu. Kapłanka odwróciła się w stronę konia stojącego kilka kroków dalej. Wyjęła z juków mały bukłak i lekką torbę. Wręczyła je Mari niepewnie, jakby spodziewała się odtrącenia. Krzyku.
Ale Mari przyjęła rzeczy, nie mówiąc nic. Wciąż ciężko oddychała, ale mogła już iść. A przynajmniej tak jej się wydawało. Ruszyła powoli.
– Mam na imię Mari – powiedziała, nie odwracając głowy.
Hane zwolniła na chwilę. Potrząsnęła głową, jakby odganiała jakąś myśl, po czym zrównała krok z Mari. Długo ważyła w głowie pytanie. Dopiero gdy miasto zniknęło za ich plecami, zapytała:
– Dokąd… zmierzasz?
Spojrzała przy tym na Mari, jakby szukała fałszu. Kłamstwa. Albo planu. Mari spojrzała na nią nieosłoniętym okiem.
– Nie wiem. Tam. – Skinęła głową w stronę drogi przed nimi.
Hane tylko westchnęła.
Mari myślała, co może zrobić. Kluczenie i mijanie się z prawdą nic by nie dało. Kapłanka jej nie odpuści. Ma konia. Będzie za nią szła aż… sama nie wiedziała dokąd. Może to było zmęczenie. Może fakt, że nie szła sama. Ale coś w niej drgnęło. Jakby od dawna szukało ujścia.
– Ile… masz lat? – spytała Mari.
Cisza ciążyła jej już bardziej niż obecność kapłanki.
– Trzydzieści – odpowiedziała po chwili Hane. – A ty?
– Nie wiem dokładnie – mruknęła Mari. – Może… nieważne. Nie powiedzieli mi.
– Kto ci nie powiedział? Ktoś musiał cię wychować, uczyć. To, w jaki sposób mówisz… twój akcent. Nie pochodzisz z gminu – dociekała Hane.
Mari powoli traciła siły. Nogi bolały coraz bardziej. Czuła się, jakby niosła na plecach głaz. Milczała długo, zastanawiając się, czy w ogóle powinna odpowiedzieć. Ale zaczynało jej być wszystko jedno. A kapłanka… może chociaż ona zapamięta. Jeżeli warto było cokolwiek pamiętać.
– Wychowywałam się przy Świątyni.
Hane uniosła brwi.
– Podobno rodzice porzucili mnie… z głodu – Mari mówiła powoli, z trudem. – Miałam być ochroną. Służbą. Ale gdy pojawiło się piętno… wygnano mnie. Od tamtego czasu idę. Nie wiem dokąd.
Kapłanka nie odezwała się. Przysunęła tylko dłoń do ust, w niemej modlitwie.
**
Powietrze było ciężkie, duszne, jakby dzień nie chciał się skończyć. Słońce paliło. Mari szła kilka kroków przed Hane, wzrok miała spuszczony, skupiony na ziemi. Rozcierała palce, które grabiały od zimna.
Zapach dotarł do niej nagle. Nie był intensywny. Raczej znajomy. Zbyt znajomy. Zatrzymała się bez słowa. Hane zrobiła jeszcze dwa kroki, zanim zorientowała się, że Mari stoi.
– Co jest? – rzuciła, odwracając głowę.
Mari nie odpowiedziała. Przeniosła tylko wzrok w bok, w stronę gęstych krzaków rosnących tuż przy trakcie. Hane spojrzała tam odruchowo. Zamarła.
Ciało mężczyzny leżało krzywo, jakby ktoś zepchnął je z drogi butem. Jedna noga była podwinięta nienaturalnie. Koszula rozcięta. Nóż tkwił w brzuchu, wbity głęboko. Krew dawno zdążyła zaschnąć. Twarz zastygła w grymasie bólu.
Hane ruszyła biegiem. Mari cofnęła się o pół kroku. Odwróciła głowę.
Kapłanka uklękła przy mężczyźnie, nie zważając na brud i krew. Dotknęła jego czoła, potem przesunęła palcami po szyi.
– Jeszcze… – urwała. Wciągnęła gwałtownie powietrze. – Jeszcze tu jest.
Nie spojrzała na Mari. Zaczęła działać od razu.
Mari usiadła na kamieniu kilka kroków dalej. Oparła łokcie na kolanach. Wpatrywała się w ziemię. Słyszała szept Hane. Znała ten ton. Te słowa. Jak w Świątyni, kiedy była mała. Kiedy widziała to zbyt wiele razy.
Teraz nie chciała widzieć.
Czas się rozciągał. Za długo. Piętno zapulsowało raz. Potem drugi. Mari zacisnęła palce na materiale płaszcza. Zamknęła oczy. W końcu zapadła cisza.
– Oddycha – powiedziała Hane.
Mari nie poruszyła się od razu. Dopiero po chwili odwróciła głowę.
Mężczyzna leżał na ziemi, blady, z szeroko otwartymi oczami. Patrzył w niebo. Mrugał powoli, jakby świat docierał do niego z opóźnieniem. Jego dłonie drżały. Oddychał płytko, nierówno. Nie próbował wstać. Nie pytał, gdzie jest.
Hane uklękła obok niego, wyraźnie uspokojona.
– Udało się – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do Mari.
Mari patrzyła na mężczyznę i wiedziała. Ale nie odezwała się ani słowem.
Rozpalili ognisko, gdy słońce zaczęło chować się za horyzontem. Hane podała mężczyźnie wodę, okryła go dodatkowym płaszczem. Działała sprawnie, rzeczowo. Jak zawsze.
– Napadli mnie – powiedział nagle mężczyzna, unosząc wzrok.
Jego głos był ochrypły, zmęczony.
– Nóż. – Dotknął brzucha. – Żonę zabrali…
Hane skinęła głową.
– Zajmę się tobą. Najbliższa Świątynia…
– Leżałem tam ponad miesiąc – przerwał mężczyzna.
Mari podniosła wzrok.
– Ciało umarło – ciągnął spokojnie. Spojrzenie miał puste, obojętne. – Ale ja nie. Czułem wszystko. Wiedziałem, że istnieję. Ale nie żyłem.
Bezwiednie przejechał dłonią po bliźnie na brzuchu. Ogień trzaskał cicho. Hane otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie znalazła słów.
– W Świątyni… – zaczęła w końcu. – Tam potrafią pomóc. Zaprowadzimy cię tam.
Mężczyzna pokiwał głową z rezygnacją. Położył się na boku, tyłem do nich. Zamknął oczy. Hane długo jeszcze na niego patrzyła. W końcu odwróciła się i poszła zająć się koniem. Porządkować idealnie ułożone rzeczy w jukach. Nuciła cicho modlitwę.
Mari została przy ogniu.
– Żałuję, że wróciłem – powiedział mężczyzna tak cicho, że niemal nie było go słychać. – Nigdy nie zapomnę tego, co wtedy czułem.
Mari spojrzała na niego, szerzej otwierając oczy. Nie odpowiedziała. Położyła się na boku, próbując zasnąć.
W nocy Hane spała twardo. Zmęczona. Spokojna. Mari nie spała.
Patrzyła na mężczyznę przed sobą, ściskając dłonie. Drżały. Próbowała wstać, lecz nogi jej nie słuchały. Drżały równie mocno. Podeszła do mężczyzny na czworaka. Ostrożnie. Cicho. Jej dłoń długo wisiała nad jego ramieniem. W końcu delikatnie go musnęła.
Mężczyzna odwrócił się powoli. Płakał. Tak cicho, że nawet Mari go nie usłyszała. Wzięła głęboki wdech. Zdjęła opaskę. Piętno zapulsowało. Mężczyzna zauważył. Nie powiedział nic. Czekał.
– Jeżeli tego chcesz… mogę ci pomóc – wyszeptała. – Odejść…
Spuściła wzrok.
– Czy tam… zapomnę? – w jego głosie pojawiła się emocja, której Mari nie potrafiła nazwać.
Mari nie odpowiedziała. Chłód wrócił. Zatrzęsła się, zawijając w koc.
Mężczyzna uniósł się ostrożnie, przysuwając bliżej. Po czym sam spuścił głowę w bezradnym geście.
– Nie mam już nic – powiedział. – Jeżeli jest szansa… to chcę. Proszę.
Mari uniosła wzrok. Spojrzała mu w oczy. Wyraz jego twarzy się zmienił. Nie było już pustki. Tylko oczekiwanie.
– Obejmij mnie – szepnęła, przysuwając się bliżej.
Mężczyzna przytulił Mari. Delikatnie. Niepewnie. Mari objęła go za szyję. Złożyła lekki pocałunek na jego czole. Zadrgał, ale nie puścił. Objął ją mocniej.
– Zostaniesz ze mną? – zapytał.
Mari pokiwała głową.
Piętno pulsowało coraz mocniej. Położyła się na ziemi, wciąż trzymając mężczyznę. Czuła, jak tamten zasypia. Ból wgryzającego się w skórę piętna stał się nie do zniesienia. Skrzywiła się. Ale już wiedziała, co się stanie. Zdążyła tylko spojrzeć na śpiącą Hane, zanim straciła przytomność.
Rano Hane obudziła się pierwsza. Zobaczyła Mari leżącą bez ruchu. I mężczyznę, który leżał spokojnie. Nie obudził się.
**
Mari poczuła, jak coś podrywa ją z ziemi. Brutalnie. Zanim zdążyła otworzyć oczy, straciła równowagę. Przewróciła się. Opadła na kolana, kiedy szarpnięto nią drugi raz. Świat wirował. Nie mogła skupić wzroku.
– Wstawaj – warknęła Hane.
Głowa Mari kiwała się bezwładnie na boki. Nie miała siły odpowiedzieć. Hane chwyciła ją ponownie. Mocniej. Pochyliła się nad nią.
– Co ty zrobiłaś? Ty… ty… – Hane urwała, łapiąc powietrze. – Myślałam, że on śpi. Że źle się poczuł. Ale rytuał na niego nie zadziałał… jego już nie ma.
Potrząsnęła Mari. Wpatrywała się w jej piętno szeroko otwartymi oczami. Mari próbowała ją odepchnąć resztkami sił. Bezskutecznie. Hane nie puściła. Jej palce wbijały się boleśnie w ramiona Mari.
– Wszystkie prawa… ciągłość… – głos Hane drżał. – On miał trwać. – Wciągnęła powietrze. – A ty… pogwałciłaś wszystko. Wszystko, czego mnie uczono. Jakim prawem?
Ostatnie słowa niemal wysyczała. Mari miała wrażenie, że jest obok. Jakby patrzyła na to z daleka. Hane oddychała ciężko, próbując się uspokoić. Włosy opadły jej na oczy. Nie odgarnęła ich.
– Jesteś wynaturzeniem – powiedziała w końcu Hane, sucho. – To ty… powinnaś odejść. Na zawsze. Nie on.
Te słowa uderzyły Mari nagle. Świadomość wróciła gwałtownie. Jakby obudziła się po raz drugi.
– Wiem, że jestem potworem – powiedziała, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Czymś, co nie powinno istnieć – głos jej zadrżał.
– Kiedyś… zrobiłam to… dziecku. – Gardło Mari zacisnęło się tak mocno, że ledwo mogła oddychać.
Hane puściła Mari. Cofnęła się gwałtownie wstając. Nie spuszczała z niej wzroku. Jej oczy były szeroko otwarte.
– On już nie miał nic – ciągnęła Mari, łapiąc powietrze. – A ja… nie potrafiłam zrobić nic innego. Dlatego to robię. Dlatego daję to innym. Bo to jedyne, co mogę dać.
Podniosła się i odeszła kilka kroków. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Upadła na ziemię, po czym zwinęła się w kłębek. Płakała cicho.
Hane nie odpowiedziała.
Stała przez chwilę w tej samej pozycji, jakby nie wiedziała, co zrobić z własnym ciałem. W końcu usiadła na ziemi. Podsunęła kolana do piersi, objęła je ramionami i wpatrywała się pustym wzrokiem w dal.
**
Mari szła pierwsza. Zawsze kilka kroków przed Hane. Nie chciała być obok. Hane nie przyspieszała. Nie zwalniała. Koń szedł za nimi bez ponagleń. Kaszel nachodził Mari coraz częściej. Jeszcze miała siłę, ale jadła niewiele. Miała wrażenie, że pragnienie i zmęczenie to jedyne, co jeszcze czuje.
Zobaczyły ją niemal jednocześnie. Siedziała, oparta o pień drzewa, z nogami wyciągniętymi przed siebie. Patrzyła w ziemię. Milczała. Nie odwróciła głowy w ich stronę. Mari zatrzymała się odruchowo. Hane zrobiła jeszcze krok – i też stanęła. Nikt nie pobiegł.
– Nie musicie się bać – powiedziała kobieta, zanim zdążyły cokolwiek zrobić.
Głos miała spokojny. Zbyt spokojny. Jakby nie mówił już tego człowiek.
Mari poczuła to natychmiast. Ten brak napięcia. Ten brak strachu. Podniosła wzrok na Hane. Hane nie patrzyła na nią. Mari podeszła pierwsza. Nie kucnęła od razu. Stała. Jakby bała się, że jeśli uklęknie, już nie wstanie.
– Byłaś…? – zaczęła, ale urwała.
Kobieta skinęła głową.
– Kilka razy.
Nie dodała nic więcej. Hane w końcu podeszła bliżej, ale zatrzymała się w pół kroku.
– Gdzie są kapłanki, które… – zaczęła.
– Odeszły – odpowiedziała kobieta. – Jedna płakała. Druga mówiła, że zrobiła, co mogła.
Hane zacisnęła palce na materiale szaty. Mari to widziała.
– Chcesz, żebym spróbowała… – Hane urwała zdanie.
Zapadła cisza. Ciężka. Nie do uniesienia. Mari poczuła, że piętno nie reaguje. Nie pulsuje. Nie boli. Jakby ono też nie miało już siły.
– Nie wiem, czego chcę – powiedziała kobieta w końcu. – To chyba najgorsze.
Spojrzała na Mari. Na jej opaskę. Mari nie odpowiedziała. Powoli usiadła na ziemi. Oparła plecy o kamień obok drzewa. Hane spojrzała na Mari. Nie z oskarżeniem. Z pytaniem. Mari nie była w stanie go unieść.
– Zróbcie coś. Proszę – powiedziała kobieta cicho.
Nie było w tym błagania. Tylko zmęczenie.
Mari zamknęła oczy. Przez chwilę miała wrażenie, że jeśli je otworzy, wszystko się rozsypie. Wyciągnęła dłoń w stronę kobiety. Niepewnie. Cofnęła ją w połowie i przycisnęła do piersi. Spuściła głowę. Nie zdjęła opaski. Nie zapytała.
– Przepraszam – wyszeptała.
Wstała ostrożnie, odwracając się plecami. Ledwo mogła utrzymać się na nogach. Hane nie ruszyła się. Nie sięgnęła po rytuał. Nie sięgnęła po słowa. Kobieta patrzyła na nie długo. Bez wyrazu. W ciszy.
– Możecie iść – odrzekła w końcu. – Ja… zostanę.
Zamknęła oczy.
Odeszły powoli. Bez spojrzeń. Milczenie między nimi było cięższe niż kiedykolwiek. I żadna z nich nie miała już siły go przełamać.
**
Szły traktem prowadzącym coraz dalej na północ. Wokół nich powoli, nieśmiało wyłaniały się stoki wzgórz. Nie mówiły wiele. Nawet Hane nie komentowała. Nie krytykowała. Patrzyła tylko na Mari. Nie z wyrzutem. Inaczej.
Mari szła z wyraźnym wysiłkiem. Oddychała coraz ciężej. Gdy zakaszlała krwią po raz pierwszy, Hane odwróciła wzrok. Gdy musiały zatrzymywać się coraz częściej, by Mari mogła złapać oddech, Hane po prostu stawała. Bez słowa. Nie wiedziała, co robić. Pomóc? Zostawić?
Mari za każdym razem, bez wyrzutu, szła dalej. Piętno pulsowało już jednostajnie. Wzywająco. Oznajmiająco. Trzęsła się z zimna nawet w pełnym słońcu. Myśli uciekały coraz częściej. Sama nie wiedziała dokąd. Od ostatniej osoby, która poprosiła ją o koniec, zrozumiała. Nie bała się. Strach nie paraliżował jej ruchów.
Hane jeszcze nie wiedziała dokładnie. I Mari bardzo starała się, by tak zostało.
Zatrzymała się już drugi raz w ciągu godziny. Usłyszała tylko ciche westchnienie towarzyszki za plecami. Stanęła pod grubym dębem, opierając się o niego plecami. Przykucnęła, sięgając po bukłak i pijąc wodę. Uniosła wzrok na niebo i zamknęła oczy. Hane stanęła przy niej. Nie zasłaniała jej widoku.
Nie wiedziała, kiedy zasnęła.
Obudziła się, gdy słońce powoli zachodziło. Próbowała się podnieść, ale jej ciałem targnął spazm, a potem kaszel. Mocny. Z głębi trzewi. Gdy uniosła dłoń, zobaczyła krew. Dużo. Zbladła. Nie ze strachu. Chłód rozchodził się od piętna na całe ciało. Drżały jej palce. Nie mogła wstać. Zacisnęła zęby.
– Pomożesz mi? – powiedziała cicho w kierunku Hane.
Ta, siedząc nieopodal, wstała i podeszła powoli. Grymas niechęci zniknął z jej twarzy dawno. Jeszcze zanim weszły na trakt prowadzący w stronę gór. Teraz przybierała raczej wyraz… troski.
Hane kucnęła przy Mari i, obejmując ją, pomogła jej wstać. Czuła, jaka Mari jest lekka. Jak ledwo trzyma się na nogach. Jak lodowate ma dłonie. Dlaczego?
Wiedziała, że próżno szukać pomocy na tym pustkowiu. Co robić? Umysł Hane szukał rozwiązania. Ale żadne nie przychodziło. Mari oparła się na niej mocniej. Hane przycisnęła ją do siebie. Spojrzała jeszcze na Mari i ruszyła, gdy ta skinęła głową.
Gdy słońce było już niemal za horyzontem, Mari skinęła głową w stronę rzeki biegnącej wzdłuż traktu. Hane pomyślała, że jej towarzyszka chce się napić. Ruszyły.
Siadając przy rzece, Mari opadła ciężko na ziemię. Hane nie zdążyła jej złapać. Przykucnęła przy Mari i posadziła ją w pionie. Mari czuła puls piętna. Szybszy niż bicie jej serca. Trzęsła się. Chciała, żeby ktoś…
– Przytulisz mnie? – wyszeptała do siedzącej obok Hane.
Ta uniosła brwi, ale przesunęła się bliżej. Bez słowa. Z lekkim zawahaniem. Objęła ją ramieniem, a Mari wsunęła dłoń w jej drugą rękę. Wokół słychać było tylko szum wody
i lasu. Lekki wiatr niósł ostatnie ciepło dnia.
Nie odzywały się. Nie patrzyły na siebie. Mari drżała całym ciałem. Nie miała już siły kaszleć. Nie miała już siły się podnieść. Wtuliła się tylko mocniej w Hane, która nie wiedziała, co robić. Bała się spojrzeć Mari w oczy. Bała się ją puścić. Po prostu… była.
W końcu, kiedy mrok wyłaniał się zza wzgórz, Mari odezwała się:
– Wiesz… bałam się, że będę sama. Dziękuję – szept był coraz cichszy.
Hane nie potrafiła odpowiedzieć. Czuła tylko, jak Mari opiera głowę o jej ramię. Jakby chciała się w niej schować. Oddychała już spokojnie. Ale coraz ciszej. Wolniej. Jakby zapadała w sen.
Po chwili, która zdawała się wiecznością, Hane oparła głowę o Mari. Nie myślała. Nie analizowała. Czuła, jak Mari zasypia. Powoli.
Gdy księżyc zaczął delikatnie jaśnieć na niebie, Hane poczuła słabnący uścisk. Oddech, który nie wrócił. Nie puściła.
Koniec
Fipla, chciałabym abyś wiedział, że na tym portalu opowiadania liczące ponad osiemdziesiąt tysięcy znaków, nie wchodzą do grafiku dyżurnych, więc ci nie maja obowiązku ich czytać. Tak długie opowiadania, choćby były doskonałe i świetnie napisane, nie mogą być zgłaszane do piórka.
Z pewnością przyda Ci się poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy, jestem świadomy limitu znaków, starałem się skrócić tekst do minimum, i nie byłem w stanie zrobić tego bardziej bez naruszenia struktury opowiadania. Chciałbym zostawić je w obecnej formie, może mimo wszystko ktoś zdecyduje się przeczytać :)
OK, rozumiem. Pozostańmy z nadzieją, że znajdą się chętni poznać Twoją twórczość.
Powodzenia! :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Mam parę pomysłów na skrócenie.
Ponad czterdzieści razy występuje słowo czuła.
Matki zabierały dzieci do domów, widząc jak idzie.
To bym wywaliła, bo psuje efekt ludzi w oknach.
Pomyślała.
Dałabym z małej.
Postawna kobieta spojrzała na nią podejrzliwie, po czym mruknęła coś pod nosem i pochyliła się nad blatem.
Blat był w poprzednim zdaniu. Warto unikać bliskich powtórzeń.
wysypując na drewno
Jakie drewno?
Karczmarka wskazała tył budynku. Wyszła zza blatu i poprowadziła Mari
tylnym wyjściem.
Tylne wyjście w tyle budynku jest zbędne.
Gościniec prowadzący na wschód był nierówny. Pełen dziur. Grubych kamieni wystających ponad ziemię.
To powinno być jedno zdanie. Przegadane dość mocno.
Popiła łyk wody z bukłaka.
Popija się coś, więc raczej wypiła.
Raczej jak małe serce prosto pod okiem.
To zdanie nie ma sensu. Po wtrąceniu, że nie bolało, straciło związek z pierwszym zdaniem.
Słońce nie dawało Mari ciepła. Od dawna.
Już było o tym trochę.
Jak kupiec wskazał niedrogi przybytek, skoro bohaterka idzie do niego przez cały akapit?
Kobieta uśmiechnęła się do niej ciepło i ruszyła do kuchni.
Może bez ciepło, bo przed momentem było coś ciepłego.
Rano Mari wyszła do miejskiej łaźni. Ciepły klimat królestwa sprawiał, że były popularne w tych regionach. Przynajmniej tak pamiętała. Dla pewności zapytała karczmarza. Mężczyzna spojrzał na zakurzoną opaskę na oku i powiedział, jak znaleźć najbliższą łaźnię.
Tu jest namieszane.
Wyszła, a potem jej pokazał?
Co ma klimat do mycia się?
Jak mogła pamiętać, skoro była pierwszy raz?
I przegadane.
Droga nie była daleka, ale nawet idąc przez labirynt ciasnych ulic w pełnym słońcu, marzła. Pocierała dłonie, ale nic nie pomagało.
Bardzo dużo tego marznięcia.
Bała się spojrzeć uważniej na pasemka ciemnych włosów opadających jej na oczy.
Jak jej opadały na oczy, to raczej je widziała.
Muszę przerwać, ale wrócę.
Intrygująca opowieść, choć nieco przegadana.
Mnie osobiście denerwują pojedyncze wyrazy.
delulu managment
Autorze, stwierdziłam, że przeczytam, bo sama piszę raczej dłużej niż krócej i szkoda mi, że takie opowiadania pozostają bez odzewu. Ale niestety nie jestem w stanie przebrnąć :(
Piszesz bardzo krótkimi, urywanymi zdaniami – ja łapię przy nich mentalną zadyszkę, epilepsję w pewnym sensie. Już wolę zdania na cały akapit, wielokrotnie złożone, niż takie bardzo krótkie. Nie jestem w stanie przeczytać w tej formie więcej niż dwa-trzy akapity, zresztą uznaję, że takie króciutke zdanka mają uzasadnienie w niewielu przypadkach (w scenach akcji lub wtedy, kiedy trzeba coś bardzo dosadnie przekazać).
Także niestety nie przeczytam :(
Powodzenia jednak życzę :) Myślę, że istnieją osoby, której nie mają awersji do takich “króciaków”. Ale jeśli przez dłuższy czas nikt nie pozostawi komentarza, sugerowałabym posklejanie zdań w nieco dłuższe, spokojniejsze. Jeśli pod tym katem postanowisz coś zmienić, to dawaj znaka, zajrzę wtedy :)
www.instagram.com/pisze.po.swojemu/