- Opowiadanie: bobi_katarn - Cień dębu

Cień dębu

Cześć wszystkim! “Cień dębu” to opowiadanie, które powstało po mojej kilkuletniej przerwie od pisania. Przy okazji jest to pierwszy tekst, którym postanowiłem się pochwalić szerszemu gronu odbiorców. Moje wcześniejsze opowiadania czytali wyłącznie moi znajomi, a potem szły “do szuflady”.

Jestem otwarty na wszelką krytykę, cenne rady bądź wytknięcie błędów. Bez tego nikt nie staje się lepszym “grafomanem” :)

Zapraszam do lektury!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Cień dębu

– Ile jeszcze mamy czekać na Antola? Gdzie on się w ogóle podziewa? – spytał Athurr, jeden z czterech rycerzy siedzących przy małym ognisku, rozpalonym w środku zagajnika. – Zaraz sobie chyba dupę odmrożę.

– Faktycznie, coś długo go nie ma – skwitował Thamus, dowódca żołnierzy, drapiąc się po twarzy porośniętej gęsta brodą. 

– Myślicie, że coś mu się stało? 

Na słowa wypowiedziane przez Bendena nikt nie zareagował. Wszyscy podróżnicy byli zmęczeni wędrówką, na którą zostali wysłani z rozkazu generała armii Sotthyjskiej. 

– Przestańcie już wymyślać te czarne wizje – wtrącił Thondal, wieczny optymista i jeden z najlepszych pikinierów na Ziemiach Zdobytych. – Przecież Antol to doświadczony zwiadowca. Szybko potrafi podjąć decyzję, żeby nikt nie dobrał mu się do tyłka. Już zresztą wiele razy miał okazję to udowodnić. 

Thamus wyłącznie pokiwał głową, po czym powiedział: 

– Do Gethmundu mamy jeszcze kawał drogi. Byłoby lepiej, gdybyśmy za długo nie marudzili. 

Stale napływające raporty przekazywane przez szpiegów rozsianych po całym kontynencie wskazywały, że Phutta, kraj słynący z wysoko rozwiniętego handlu morskiego, planował zdobyć tereny położone w głębi lądu Ziem Zdobytych, aby dodatkowo pozyskać surowce rolne w celu zwiększenia swoich wpływów. 

– Myślicie, że te dupki wywołają wojnę z każdym państwem na naszym terenie? – spytał Athurr. – Przecież muszą zdawać sobie sprawę, że nie dadzą nam wszystkim rady. 

– I właśnie nasza w tym głowa, aby szybko i skutecznie ten problem rozwiązać – odrzekł Thamus. 

Po otrzymaniu informacji o możliwej agresji ze strony Phutty, król Sotthy wraz ze swoimi doradcami niezwłocznie odbyli nocną naradę, podczas której zdecydowano o wysłaniu negocjatora wraz z eskortą, aby zawrzeć przymierze przeciwko wspólnemu wrogowi. 

– Racja – wtrącił Thondal, wyciągając z plecaka kawałek suszonej wieprzowiny. – My, naprędce sklejona gromadka z głupimi gębami, temu zaradzimy. Prawda, szefie? 

– Tak, chociaż nie będzie to łatwe zadanie. Pamiętajcie, że reprezentujemy Sotthę, a w przeszłości między naszymi państwami doszło do kilku… niesnasek. 

– Niesnasek?! – wykrzyknął rozbawiony Athurr. – Przecież kilkanaście lat temu nasza armia praktycznie zrównała Gethmund z ziemią. Już nie wspominając, że kompletnie zignorowaliśmy ich próbę kapitulacji. 

– Teraz nasze relacje z sąsiadami są stabilne – odciął się Thamus. – Musimy się postarać, aby sojusz również był trwały. 

Po słowach kapitana wszyscy zamilkli, oddając się własnym myślom. 

Czwórka rycerzy, siedzących przy małym ognisku, chroniącym ich przed zimowym chłodem, czekała na Antola, który wyruszył odnaleźć bezpieczne miejsce na nocleg. 

 

– Cicho, coś słyszałem! 

Na ostrzeżenie Thondala cała czwórka zerwała się na nogi, przysypała tlące się ognisko śniegiem i sięgnęła po broń.

Oczekiwali w napięciu na pojawienie się źródła hałasu. 

– Dajcie spokój, panowie! – krzyknął Antol, cwałując na koniu. – Przywożę dobre wieści! 

 Thamus odetchnął z ulgą, po czym schował miecz do pochwy i powiedział: 

– W takim razie nie trzymaj nas w niepewności. 

– Słuchajcie, jakąś niecałą godzinę drogi stąd – odwrócił się na koniu i wskazał kierunek, z którego przybył – znajduje się wioska. Mają tam karczmę, w której moglibyśmy coś zjeść i w końcu porządnie się wyspać. 

– I dokładnie to, bracie, chciałem usłyszeć! – podsumował uradowany Thondal. 

– Nie mitrężmy tu dłużej. Zbierajcie swoje rzeczy i ruszajmy – Thamus wydał polecenie, po czym schylił się po plecak podróżny. – Przed nami jeszcze godzina drogi. Im szybciej dotrzemy do tej wioski, tym lepiej. 

– Przez tę godzinę dostanę chyba jeszcze większych odmrożeń – skwitował Athurr. 

 Po skompletowaniu swojego bagażu i oporządzeniu koni, czwórka podróżnych podążyła za Antolem, który wyprowadził ich wprost na zaśnieżoną drogę, oświetloną zachodzącym słońcem. 

– Daleko jeszcze? 

– Athurr, czy ja ci wyglądam na twoją niańkę? – zapytał Antol, po czym odwrócił się do reszty kompanów. – Czy tylko ja mam wrażenie, że on zachowuje się jak ten jeden dzieciak, który wkurza wszystkich dookoła? 

– To właśnie ten typ – powiedział Thondal. 

– Ciekawe, w jakim ty byłbyś humorze, gdyby ci mroźny wicher do dupy zaglądał, cwaniaczku – odciął się Athurr. 

– Przecież wszyscy tu jesteśmy – wtrącił się Benden, po czym poklepał się po prawym udzie. – Gdybyś ubrał odpowiednie pantalony, a nie jakieś rajtuzy, to byś inaczej śpiewał. 

– A powoli zbliżasz się do falsetu. 

Thondal sam zaśmiał się z własnego żartu. 

– Wiesz co? Pamiętaj, żebyś lepiej zamknął drzwi od swojego pokoju na noc – mówiąc to, Athurr poprawił pochwę z mieczem przy pasie. 

– Czyżbyś chciał pokazać mi swoje odmrożenia? 

– Może nawet pozwoli ci dotknąć – dodał Benden. 

– No, moi milusińscy – powiedział Antol, po czym spiął konia i wskazał im pierwsze widoczne zabudowania we wsi. – Już niedługo będziecie mieli okazję się zabawić. 

Miejscowość widoczna ze wzniesienia, na którym stała piątka rycerzy, składała się wyłącznie z kilkunastu niewysokich budynków, będącymi głównie domami mieszkańców oraz kilkoma pomieszczeniami gospodarczymi. Centralnym punktem miejscowości, będącym jednocześnie małym targiem, już nieczynnym o tak późnej porze, był masywny, wieloletni dąb. Przy drodze, od razu przy wjeździe do wioski, znajdowała się dwupiętrowa karczma, z wnętrza której dochodziły odgłosy bawiących się ludzi i zapachy rozmaitych potraw. 

– Nada się – skwitował Thamus. 

– Tak się złożyło, że miałem okazję nas zapowiedzieć – powiedział Antol, po czym spiął konia i zjechał ze wzniesienia, prosto w kierunku karczmy. 

– Coraz lepiej. I jak, trzymasz się? – pytanie Thondala skierowane było do Athurra. 

Ten jedynie rzucił kompanowi przeszywające spojrzenie, ucinające wszelkie uszczypliwe komentarze. 

Gdy wszyscy dotarli do ganka karczmy, panujące w jej wnętrzu zgiełk i wesoła atmosfera od razu poprawiły im humory. Obietnice ciepłego posiłku, trunku i wygodnych łóż całkowicie zawładnęły ich myślami. Trudy czekającej ich podróży stawały się w tym momencie wyłącznie małą niedogodnością, pozostającą w sferze bliżej nieokreślonej przyszłości. 

Antol zaoferował się, że pójdzie poszukać kogoś na tyłach karczmy, kto mógłby zająć się ich wierzchowcami. W tym czasie reszta rycerzy czekała na niego przed wejściem do gospody i spekulowała o tym, jakie dania mają do zaoferowania tutejsi kucharze. Zwiadowca zjawił się po chwili i zaprowadził swoich towarzyszy do szopy, w której żołnierze powierzyli swoje rumaki pod opiekę stajennego. Po zostawieniu koni i zabraniu ze sobą bagaży, przekroczyli próg karczmy. 

– Nieźle! 

Wszyscy przyznali rację Bendenowi. Wnętrze było wypełnione uradowanymi gośćmi aż po same brzegi. Z każdego kąta dużej sali dało się słyszeć gwarne rozmowy i stukanie się napełnionymi kuflami ale. Pomiędzy stolikami lawirowały służące, żwawo roznoszące zamówione napitki i potrawy. 

Czwórka rycerzy stała w wejściu, oniemiała panującą w oberży sielską atmosferą. Gdy tak stali i rozglądali się za jakimś wolnym miejscem, podeszła do nich jedna ze służących, niska blondynka o niebieskich oczach, trzymająca pustą tacę. 

– Panowie to zapewne ci szlachetni rycerze z Sotthy, towarzysze, jeśli mnie pamięć nie myli, Atonala? – zagaiła dziewczyna. 

– Antola – poprawił ją Thamus, po czym wskazał stojącego za nim zwiadowcę – ale tak, reszta się zgadza. 

– Bardzo przepraszam. Sami panowie widzicie ten rwetes. Uwijamy się tu jak w ukropie. Proszę za mną, zaprowadzę panów do stołu. Akurat mamy jeden wolny! 

Podróżnicy poszli w ślad za dziewczyną. Ta zaprowadziła ich do niezajętego stołu, który stał w jednym z kątów karczmy. 

– Proszę się rozgościć. Od razu mogę przyjąć od panów zamówienie, bo mniemam, że jesteście panowie spragnieni. 

– Spragnieni, głodni, wszystko naraz – podsumował Athurr, sadowiąc się delikatnie na solidnym, drewnianym krześle. 

– Prosilibyśmy o pięć kufli piwa, najlepiej jakiegoś lokalnego specjału. Sądząc po zapachu, daniem dnia jest pieczeń, prawda? – zapytał Thamus. 

Dziewczyna uśmiechnęła się do dowódcy. 

– Konkretnie dziczyzna. Zaraz do panów ze wszystkim wrócę! – rzuciła na odchodnym uśmiechnięta służąca. 

– No, kapitanie – zagaił Thondal – widzę, że z ciebie nie tylko jest wybitny negocjator, ale także całkiem wyszukany bawidamek. 

– Podrywacz ze mnie żaden. Nie jestem tu w poszukiwaniu uciech. To wyłącznie zwykła uprzejmość. 

– Jasne – podsumował Benden. – Będziemy obserwować rozwój sytuacji. 

Po kilku minutach służąca przyniosła zamówienie, jednak to okazało się tak duże, że musiała rozłożyć dostarczenie jedzenia i picia w podziale na trzy krótkie spacery. W międzyczasie Thamus zdążył załatwić u karczmarza dwie komnaty na nocleg. Dzięki umiejętnościom negocjatorskim kapitana, opłata za pokoje była niższa niż ta, której początkowo zażyczył sobie gospodarz. Jeszcze przed przystąpieniem do uczty, podróżnicy zanieśli swoje bagaże do pokoi i dopiero potem zaczęli raczyć się specjałami, dając się ponieść błogiej aurze panującej w gospodzie. 

 

Rycerze całkowicie stracili poczucie czasu. Za oknem dało się zauważyć padający śnieg, który niesiony silnym wiatrem, w krótkim czasie zmienił wioskę w fortecę białego puchu. Dzień ustąpił miejsca nocy, oświetlonej srebrzystym blaskiem ukrytego za chmurami księżyca. Klimat panujący w karczmie udzielił się wszystkim gościom, ale także obsłudze, która często zagadywała klientów i wymieniała się z nimi żartami. Mimo późnej pory nikt nie myślał, aby wrócić do domu lub pójść do swojego pokoju na górze i udać się do krainy marzeń sennych, aby zregenerować siły przed nastaniem kolejnego dnia. 

Thamusa zastanawiał fakt, że żaden z okolicznych budynków nie był oświetlony od środka. Brak kręcących się ludzi na zewnątrz można było uzasadnić późną porą oraz niekorzystnymi warunkami pogodowymi, jednak ta pustka i ciemność panująca w domostwach była co najmniej zastanawiająca. 

– Tylko barda tu brakuje! – wykrzyknął lekko podchmielony Thondal, wytrącając kapitana z ponurych myśli. 

– Może sam coś zaśpiewasz? – zasugerował Antol. 

– Litości… – podsumował propozycję kolegi Thamus, odsuwając ponure myśli na bok. Jemu samemu udzielił się sielski humor, mimo upominania pozostałych, aby zachowali dobrą formę na jutrzejszą podróż. Jednak dyskusja z lokalnym browarem często bywa z góry skazana na porażkę. 

Benden, z kawałkiem pieczeni w tłustej dłoni, podniósł się z krzesła i zgłosił chęć do wyśpiewania ballady o powracającym z wojny żołnierzu. 

 – Siadaj, błaźnie – Athurr też wstał, aby z powrotem posadzić wyrywającego się do solówki towarzysza. 

– Widzę, że panowie się dobrze bawią – powiedziała służąca, ta sama, która powitała rycerzy w gospodzie. Nie miała w rękach tacy. Była jedynie wyposażona w uśmiech, skierowany bezpośrednio do Thamusa. 

– To prawda. Bawimy się nawet za dobrze – odpowiedział dowódca. 

– Mam pewną… sprawę, którą chciałabym omówić na osobności - gdy dziewczyna to powiedziała, spuściła na moment wzrok, lekko speszona. – Zechciałby Pan wyjść ze mną na zewnątrz? 

Pozostała czwórka wymieniła się spojrzeniami. Głupie uśmieszki nie schodziły z ich twarzy. 

– Śnieżyca nie zachęca na wieczorny spacer, ale myślę, że damie nie wypada odmówić – odrzekł Thamus, wstając od stołu. 

– I że to niby on, ten hipokryta, nas upominał? – zażartował Thondal. 

Służąca, mimo panującego na zewnątrz mrozu, szła ubrana w swoim roboczym stroju po prawej stronie Thamusa. Ten, w celu ochrony przed przeszywającym wiatrem, musiał postawić kołnierz swojego futra, bowiem śnieg wciąż padał i ani myślał o tym, żeby choć na chwilę zelżeć.

Dziewczyna szła bez słowa przed siebie, wprost do centralnego punktu wioski, gdzie stał majestatyczny dąb. Thamusowi zrobiło się trochę niezręcznie przez panujące między nimi milczenie, dlatego postanowił przerwać ciszę rozmową. 

– Zawsze macie tylu gości w gospodzie? 

– Dzisiaj mamy wyjątkowo duży ruch, ale nie licząc was, wszyscy mieszkańcy wioski są obecni w środku – wskazała głową na karczmę, którą pozostawili za sobą. 

Thamusowi nie przyszło wcześniej do głowy, żeby w ogóle zapytać o nazwę miejscowości. Postanowił czym prędzej naprawić swój błąd. 

– Rozumiem, pewnie obchodzicie teraz jakieś lokalne święto lub macie powód do celebrowania. A tak w ogóle przepraszam za nietakt, ale jak nazywa się wasza wioska? 

Dziewczyna spojrzała na Thamusa zdziwiona, ale po chwili lekko przekrzywiła głowę w prawą stronę i uśmiechnęła się kącikiem ust. 

Nie odpowiedziała. 

– Przepraszam, nie chciałem być wścibski. Ale nie ukrywam, że nie słyszałem o jakiejkolwiek miejscowości, nawet małej, w tej okolicy, na tym konkretnie szlaku. 

– To nie jest ważne. Spójrz! – dziewczyna wskazała na dąb, pokryty grubą warstwą białego puchu. 

Drzewo stało na środku wioski niczym pomnik, będący symbolem siły i niezłomności, rozpościerający we wszystkie strony swe grube gałęzie. Thamus, poza oczywistymi gabarytami drzewa, nie dostrzegł w nim nic specjalnego. 

– Muszę przyznać, że robi wrażenie. Ten dąb ma dla was jakieś specjalne znaczenie? 

– Tak – powiedziała dziewczyna, po czym uśmiechnięta przysunęła się do Thamusa i wyszeptała mu do ucha – To właśnie tutaj mnie powiesili. 

W okolicy zrobiło się jeszcze bardziej lodowato. Wiatr ucichł. 

– Mówiłam, żebyś spojrzał! 

Głos dziewczyny się zmienił. Zniknęły miękkie, wesołe nuty. Pojawiła się za to głęboka chrypa, przechodząca w wysoki skrzek. 

Thamus jeszcze raz zerknął na dąb. Dostrzegł na jego konarach zakrwawione ciało dziewczyny, zwisające nogami w dół. 

Dąb okazał się masowym grobem także dla innych mieszkańców wioski. Z jego gałęzi zwisały inne zwłoki, targane w różne strony silnie zacinającym wiatrem. Krew wokół dębu zabarwiła śnieg na czerwono. 

Thamus chciał spojrzeć na dziewczynę, tę prawdziwą, stojącą obok niego, jednak nigdzie jej nie dostrzegł. Odwrócił się za siebie i zamarł. 

Cała wioska była w ruinie. Każdy dom, każdy budynek, teraz już poczerniały, został doszczętnie zniszczony przez ogień. Na ziemi leżały ciała, niektóre w głębokim stanie rozkładu. Jedne rozćwiartowane, inne spalone. Wszędzie obecne były kruki, które znalazły dla siebie odpowiednie środowisko. 

– Gdzie… byliście? 

Głos dochodził ze strony drzewa. 

– Żołnierze… mają… chronić… 

To dziewczyna, zwisająca z drzewa, kierująca mlecznobiałe oczy w stronę Thamusa, zadała pytanie. 

– Ty… z nami…. zostaniesz… 

Wszystkie ciała wiszące na gałęziach dębu zwróciły spojrzenia na kapitana. W niewyjaśniony sposób dziesiątki niewidzących oczu patrzyło na niego, jakby próbowały przeniknąć wprost do jego duszy. Fetory krwi i rozkładu były wszechobecne. 

Nagle do uszu Thamusa dobiegły agonalne wrzaski, które nieco go ocuciły i postawiły resztę jego świadomości na baczność. 

Krzyki dobiegały z karczmy, która w tym momencie była wyłącznie ruiną. Thamus wyciągnął miecz z pochwy. Zerknął na ciała wiszące na drzewie, dalej badawczo mu się przyglądające. Ciszę przeszył kolejny wrzask. Kapitan postanowił sprawdzić źródło hałasu. 

Gdy biegł przez zaśnieżoną ścieżkę do gospody, krzyki całkowicie ucichły. Drzwi karczmy zostały wyłamane i zwisały na zewnątrz na zawiasach, wpuszczając do środka płatki śniegu i przenikliwy mróz. Thamus zatrzymał się przed wejściem i zaczął nasłuchiwać. Do jego uszu dotarły odgłosy przypominające mlaskanie i łapczywe przeżuwanie. Wznosząc się na wyżyny swojej odwagi, kapitan wychylił się i zerknął do wnętrza słabo oświetlonej karczmy. 

Trójka jego kompanów stała przy stole, na którym spoczywało rozszarpane ciało Thondala. Głowa żołnierza leżała na podłodze, zostawiając obok siebie kałużę krwi. Niemy krzyk przerażenia, który zastygł na ustach Thondala, całkowicie przeczył jego pogodzie ducha i żartobliwemu uosobieniu. 

– Mięsiwo, kapitanie! 

Niewyraźnie wypowiedziane słowa w pełni ocuciły Thamusa, który spojrzał na swoich towarzyszy. W ich przekrwionych oczach widoczne było szaleństwo. Całe człowieczeństwo zostało wyparte przez pierwotne instynkty, nakazujące zaspokajać wyłącznie podstawowe potrzeby ciała, całkowicie wyciszając przy tym bodźce wynikające z racjonalnego myślenia. 

Benden machał do Thamusa kawałkiem urwanej ręki, nawołując go do przyłączenia się do uczty. W tym samym czasie Athurr i Antol wgryzieni byli w ciało zmarłego kompana, szukając jak najsmaczniejszego kąska. 

Miecz, który Thamus trzymał w prawej ręce, zaczynał mu coraz bardziej ciążyć. Zaczął się powoli wycofywać z wejścia do gospody. Dźwięki jego kroków wzmocnione przez chrupiący pod stopami śnieg, zwróciły uwagę Athurra, który obrócił głowę w stronę zwisających drzwi. 

– Kapitan? 

„To już nie jest człowiek, którego znałeś" – nagła myśl przeszyła umysł Thamusa, który stanął i wpatrywał się w Athurra. Po chwili Antol oderwał zęby od poszarpanego ciała Bendena i utkwił wzrok w swoim niegdysiejszym dowódcy. 

Kapitan uniósł miecz, uważnie obserwując reakcje trójki żołnierzy. Nie miał najmniejszego pojęcia, co stało się w karczmie pod jego krótką nieobecność. Skąd taka nagła zmiana w zachowaniu jego kompanów? Dlaczego jemu i Thondalowi nic się nie stało? Kim byli mieszkańcy wioski i co to w ogóle za miejsce? 

– My… nie możemy… – Antol próbował wyartykułować słowa, jednak głos uwiązł mu w gardle. Splunął flegmą wymieszaną z krwią. 

– On… – Benden złapał się za głowę. 

– Zabić! 

W stronę Thamusa zaczął biec Athurr, wyciągnąwszy przed siebie ręce, na których zostały zakrwawione kawałki skóry i włosów Thondala. Przebiegając przez próg karczmy, skoczył wprost na kapitana. Thamus ciął mieczem nadbiegającego napastnika, odcinając mu prawą rękę na wysokości łokcia, jednak prędkość, z jaką biegł żołnierz, sprawiła, że obaj walczący zderzyli się do sobą i upadli na ziemię. 

– Szlag! – zaklął Thamus, zasłaniając się ramieniem przed atakiem. Drugą ręką starał się zadać cios mieczem, który by zakończył tę szamotaninę. 

W tym samym czasie z karczmy wypadli Benden i Antol. Ujrzeli dwójkę walczących na ziemi mężczyzn, po czym zaczęli ich okrążać i bacznie obserwować pojedynek 

Ataki Athurra nie ustawały. Thamusowi udało się chwycić pewnie miecz prawą dłonią i kumulując w niej całą swoją energię, zadał cios na odlew. Krzyk bólu poniósł się echem po okolicy. Miecz wbił się w bok Athurra, łamiąc mu przy tym żebra. Napastnik zsunął się z Thamusa i trzymał się kurczowo za ranę, wpatrując się w swojego oponenta wzrokiem pełnym nienawiści. Antol i Benden w tym czasie stali się niespokojni, jakby sami otrzymali obrażenia. 

Nie zwlekając ani chwili, Thamus stanął na chwiejących się nogach i uniósł miecz nad głowę. 

– Wybacz – powiedział, po czym ostrze z impetem opadło na głowę Athurra. 

W tym momencie nastała chwila ciszy, podczas której dało się usłyszeć rżenie koni, zamkniętych w stajni. Zwiadowca wraz z Bendenem wydusili z siebie warkoty i skulili się, jakby to egzekucja dokonała się na nich. Thamus obejrzał się na byłego kompana, po czym strząsnął krew z miecza. Jego wzrok spoczął na oddalone drzewo, na którym dalej wisiały zwłoki mieszkańców wioski, bacznie śledzące widowiskowo martwymi oczami. 

Nagle dwójka żołnierzy rzuciła się do ataku. Thamus, przeklinając się w duchu za moment nieuwagi, zablokował cios zbliżającego się Bendena i wbił miecz prosto w serce napastnika. Atak, choć skuteczny, okazał się błędem. Ostrze na dobre utkwiło w klatce piersiowej Bendena. Nie tracąc czasu, Thamus odepchnął barkiem wierzgającego się wroga, jednak Antol zdołał go dosięgnąć. 

Dwójka walczących zderzyła się ze sobą i przetoczyła się po ziemi. Thamus poczuł ukłucie w lewym kolanie. Nie marnując czasu, kapitan sięgnął za plecy po nóż i stanął na nogach. Antol również podniósł się z ziemi, lekko przygarbiony, z wyszczerzonymi jak szpony palcami. 

– Antol, rozumiesz mnie? – Thamus spróbował porozumieć się ze swoim towarzyszem. – Posłuchaj… Naprawdę nie chcę ci zrobić krzywdy. 

Żołnierz na chwilę się zatrzymał i przekrzywił głowę, niczym zatrważająca karykatura lalki, która zyskała świadomość i wymknęła się spod kontroli kuglarza. 

Thamus oblizał wargi. 

– W porządku. Wiesz, co tu się stało? 

Brak reakcji. 

– Antol, poznajesz mnie? To ja, Thamus. Służymy razem w armii. Król wysłał nas z misją do… 

Wypowiedź została przerwana. Antol, przed chwilą jeszcze uspokojony, wydusił się z siebie kakofoniczny wrzask, który sprawił, że oświetlona blaskiem księżycem wioska, pełna zniszczonych domów i leżących na ziemi trupów, stała się scenerią rodem z najgorszych koszmarów. 

Żołnierz zaczął biec w stronę Thamusa. Impet natarcia miał w sobie tyle siły, że przyjęcie ciosu na prawe przedramię skończyło się upuszczeniem przez kapitana broni. Antol doskoczył do oponenta i uderzył go rozczapierzoną dłonią w lewy bark. 

Thamus poczuł, jak zwiadowca podniósł go niczym dziecko i rzucił nim za siebie. Kapitan przeturlał się po ziemi i zatrzymał się nieopodal martwego już Bendena. Do kontuzji kolana dołączył ból w prawym boku. Jego przeciwnik ponownie zaszarżował. 

Thamus podniósł się mimo obrażeń i wyszarpnął miecz wbity w zwłoki Bendena. Dowódca obrócił się i dostrzegł zbliżającego się Antola, dlatego niezwłocznie zadał cios mieczem. Ostrze wbiło się głęboko w brzuch zwiadowcy, ten jednak nie dawał za wygraną. Ignorując broń wbitą w swoje ciało, starał się rozpaczliwie dosięgnąć Thamusa. 

„Skąd on czerpie tyle siły?!” – zdążył pomyśleć kapitan, siłując się z napastnikiem. 

Antolowi udało się dosięgnąć twarzy Thamusa i rozorać mu paznokciami prawy policzek. Dostrzegając szansę na zakończenie pojedynku, Thamus zaryzykował i kopnął wroga w goleń, pozbawiając go równowagi. Manewr pozwolił kapitanowi wyrwać miecz wbity w brzuch zwiadowcy i wykonać kolejny ruch. 

Pod wpływem wyszarpnięcia ostrza z ciała, zwiadowca stracił równowagę i upadł na ziemię. Próbował się podnieść, jednak Thamus natychmiastowo znalazł się przy jego boku i wbił mu miecz prosto w oko. Antol wygiął się pod wpływem spazmatycznego bólu, a z jego gardła wydobył się wrzask, świadczący o niemożliwym do wytrzymania cierpieniu. Przybity mieczem do ziemi oponent słabł z każdą sekundą. Jego krzyki i wierzganie nogami powoli traciły impet, aby po chwili ustać całkowicie, kończąc tym samym walkę. 

Gdy Antol wydał z siebie ostatnie tchnienie, kapitan puścił uchwyt miecza i upadł ciężko na ziemię, łapiąc łapczywie powietrze. Dopiero teraz, gdy adrenalina już opadła, poczuł odniesione obrażenia. Miał nadzieję, że nie złamał sobie któregoś żebra. Jednak nie miał jeszcze luksusu, aby się o to martwić. 

Thamus spojrzał w stronę drzewa, na którym wisiały trupy wieśniaków, teraz przykryte świeżą warstwą śniegu. Gdy dowódca wyciągał miecz z głowy Antola, zwłoki bacznie śledziły każdy jego ruch. Nie miał pojęcia, co tu się dokładnie wydarzyło, ale podjął jedyną decyzję, jaka wydawała mu się w tej chwili sensowna. 

Trzeba się stąd wynosić. I to czym prędzej. 

 

Wiedziony instynktem przetrwania, Thamus poszedł do zrujnowanej gospody i zabrał swój bagaż z pokoju, w którym miał nocować. Po drodze starał się nie patrzeć na pokiereszowane zwłoki Thondala. Gdy kapitan dotarł do stajni, w ciemnościach ujrzał wystraszone konie, które odrobinę uspokoiły się na jego widok. 

– Już po wszystkim – Thamus podszedł do swojego wierzchowca i poklepał go delikatnie po pysku. Miało to działanie kojące, również dla niego samego. 

W tym momencie stanął przed dylematem, co zrobić z pozostałą czwórką koni. Zdawał sobie sprawę, że w trakcie jazdy nie da rady pilnować wszystkich zwierząt jednocześnie. Postanowił nie zastanawiać się nad tym dłużej i odwiązał wszystkie wierzchowce z wyjątkiem swojego. 

Wszystkie konie od razu wybiegły ze stajni, gnając przed siebie, jak najdalej od tego przeklętego miejsca. 

– Bierzmy z nich przykład – Thamus podszedł do swojego rumaka i przygotował go do drogi. 

Rany odniesione podczas walki uniemożliwiły kapitanowi sprawne dosiądnięcie konia, jednak po chwili Thamusowi udało się wyruszyć w drogę. Gdy znalazł się poza wioską, odwrócił się tylko raz. 

Zwłoki na drzewie wciąż patrzyły w jego stronę. 

 

Jazda na koniu była uciążliwa nie tylko ze względu na fizyczne obrażenia. Kapitan przyłapał się na tym, że często przysypiał lub tracił przytomność. Sam już nie był pewien, co się z nim działo. Gdy zamykał oczy, widział powieszonych wieśniaków lub odmienionych kompanów. Chwilę po pojawianiu się koszmarów wracała mu świadomość, racząc go widokiem zaśnieżonej drogi, prowadzącej do miejsca jego destynacji. 

Thamus miał jedynie nadzieję, że kieruje się we właściwym kierunku. Zgubienie się na szlaku mogło być fatalne w skutkach. 

Tak samo jak zapadnięcie w twardy sen z wycieńczenia.

Kapitanowi powoli opadła głowa, a jego jaźń wypełniła wszechobecna ciemność. 

 

– …wyjątkowe szczęście. 

– Prawda, długo by nie pociągnął. 

Nieznane głosy wywabiły Thamusa ze snu. Mimo ciągłego zmęczenia postarał się otworzyć oczy i zobaczyć, gdzie się znalazł. Nic nie pamiętał od momentu wyjechania z wioski na koniu. 

– Spójrz, budzi się! 

– Przygotuj czarkę z wodą! 

Kapitan zdołał ujrzeć kawałek sufitu, jednak zbyt jasne oświetlenie w pomieszczeniu sprawiło, że został zmuszony zamknąć oczy. 

– Gdzie… 

– Proszę się nie przemęczać. Za chwilę wszystko panu wyjaśnimy. 

– A tak właściwie, za chwilę zjawi się tutaj sam książę. 

– Książę? – spytał Thamus. Poczuł suchość nie tylko w oczach, ale i w ustach. 

– Tak – odpowiedział jeden z mężczyzn, prawdopodobnie pielęgniarz bądź lekarz. – Niestety, ale król jest w tym momencie zajęty. Jednakże doskonale wiemy, kim pan jest, bowiem przeszukaliśmy pana bagaż. Zdajemy sobie sprawę, że nie zjawił się pan u nas bez ważnej przyczyny. Nie ukrywam, że martwi mnie jedynie stan, w jakim pan do nas dotarł, oraz fakt, iż był pan sam. 

Thamus starał się coś powiedzieć, jednak nie zdołał jeszcze w pełni dojść do siebie. Miał wrażenie, że z każdą sekundą zaczyna czuć się coraz lepiej. 

Pielęgniarz przyjął szklankę wody od drugiego mężczyzny i nachylił się nad rannym kapitanem. 

– Jak pan da radę, prosiłbym, aby delikatnie się pan uniósł. Zapewne jest pan spragniony. Pomogę panu, proszę się nie krępować. 

Thamus rozejrzał się po pomieszczeniu. Musiał znajdować się w jednym z pokoi w skrzydle szpitalnym. Po wcześniejszej wymianie zdań doszedł do wniosku, że jakimś cudem musiał znaleźć się w Gethmundzie. 

Pielęgniarz pomógł Thamusowi wygodnie ulokować się na łóżku w pozycji półleżącej, po czym przytknął kubek do spierzchniętych ust kapitana, pojąc go zimną, orzeźwiającą wodą. Każdy kolejny łyk dodawał mu wigoru i eliminował zmęczenie. 

Po sprawdzeniu ogólnego stanu zdrowia Thamusa, mężczyźni opuścili jego tymczasową kwaterę i zapewnili go, że za chwilę zjawi się u niego książę Khervan, pierworodny syn króla Gethmundu. Na pojawienie się gościa nie trzeba było długo czekać. Ten zjawił się po trzech minutach z obstawą dwóch doborowych rycerzy i jednego, jak się Thamusowi zdawało, osobistego doradcy, najpewniej uczonego. 

– Witamy w Gethmundzie – zaczął książę, podając rękę gościowi. – Nazywam się Khervan, jestem synem króla Pirvhena. Proszę się nie krępować i leżeć. Darujmy sobie zbędne formalności. 

– Thamus, kapitan armii Sotthyjskiej. Dziękuję za wyrozumiałość i przepraszam za kłopot, jaki zapewne sprawiłem, pojawiając się tu tak nagle, do tego w takim stanie – żołnierz natychmiastowo wyczuł, że Khervan będzie w przyszłości dobrym władcą. Konkretnym, ale empatycznym, nie traktującym swoich poddanych jak motłoch bądź zbędny balast. 

– Cóż, miał pan sporo szczęścia, że znalazł pana mieszkaniec okolicznej wioski – widząc, że Thamus niespecjalnie rozumie, książę dodał. – Leżał pan ranny przy rozdrożu. Musiał pan spaść z konia w trakcie jazdy. Uprzedzając pytanie, pana wierzchowiec jest w jednej z naszych stajni. Muszę przyznać, że ma pan zaprawdę wiernego rumaka. 

Khervan uśmiechnął się, rozładowując tym samym chwilowe napięcie. Przysunął sobie krzesło i poprosił kapitana o opowiedzenie jego historii. 

Słowa same wypływały z ust dowódcy. Zaczął od informacji uzyskanych od szpiegów, naradzie w armii sotthyjskiej, o zagrożeniu ze strony Phutty, celu swojej wyprawy, a potem opowiedział o napotkanej wiosce. Z początku Thamus nie był pewien, czy powinienem o tym mówić, ponieważ zdawał sobie sprawę, że będzie brzmieć to niedorzecznie. Jednakże stwierdził, że mogą pojawić się pytania o jego stan, dlatego postanowił niczego nie pomijać i być szczerym, nawet jeśli uznają go za niepoczytalnego. W trakcie relacjonowania wydarzeń z wioski, Thamus zauważył, że książę i jego doradca wymieniają się serią krótkich spojrzeń. Tak jak myślał, już zaczął tracić ich zaufanie. 

Po wysłuchaniu całości historii, Khervan wstał z krzesła i zaczął nerowowo spacerować po pokoju. 

– Muszę przyznać, że pana opowieść brzmi… niepokojąco. Jednak nie to jest w tym wszystkim najgorsze. Najbardziej martwi mnie fakt, że to wszystko może być niestety prawdą. 

Thamus jedynie otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. W tym momencie nie wiedział, co miał powiedzieć. 

– Pozwoli pan, że głos zabierze Guvan, mój osobisty doradca i członek Rady Uczonych Gethmundu. 

Starszy, łysy mężczyzna ubrany w czarne, eleganckie szaty ze zwisającym z szyi naszyjnikiem z emblematem sowy stojącej na czaszce, wysunął się do przodu i lekko się ukłonił na powitanie, wyrażając tym samym szacunek. 

– Dziękuję. Pozwolę sobie bez zbędnych wstępów zapytać, czy słyszał pan – spojrzał w oczy Thamusa – o nekromancji? 

– Nekromancji? – kapitan zmarszczył brwi. – Oczywiście, że słyszałem, ale wyłącznie w legendach. 

– Jak się okazuje, nie są to tylko legendy bądź bajki, jak niektórzy raczą je określać – powiedział poważnie uczony, trzymając ręce skrzyżowane przed sobą z dłońmi ukrytymi w szerokich rękawach swej szaty. – W Gethmundzie również posiadamy siatkę szpiegowską. Ostatnie doniesienia naszych agentów okazują się dość złowieszcze. Mogę? – pytanie było skierowane do księcia. 

Khervan jedynie kiwnął głową na znak zgody. 

– Dziękuję – Guvan przytaknął. – Phutta to niewielki kraj, jednak obrzydliwe bogaty, który zdał sobie sprawę, że nie ma szans na wygranie regularnej wojny. Dlatego ich rada zdecydowała się gonić za legendą, co poskutkowało odszukaniem magów, którzy mogliby znać bądź opanować sztukę nekromancji. 

– Magów? Przecież to niemożliwe! – Thamus prawie wstał z łóżka, powstrzymany przez ból. – Magów już nie ma. Wszyscy zginęli w trakcie wojen o Ziemie Zdobyte prawie dwieście lat temu. 

– Wszyscy tak myśleli. Jednak okazało się to nieprawdą – zaprzeczył Khervan. 

Thamus odchylił głowę do tyłu i spojrzał w sufit. Ciężko było mu w to wszystko uwierzyć. 

– Na podstawie usłyszanej historii mniemam, że wioska, w której znalazł się pan i pańscy towarzysze, była jednym z „nawróceń”, jak raczymy to wstępnie określać – wtrącił Guvan. 

– A co to niby ma znaczyć? 

– Na ten moment nasze informacje pozostają niekompletne, jednak wyjaśnię to panu najlepiej, jak tylko mogę – uczony przerwał na chwilę i chrząknął. – Dane uzyskane od naszych szpiegów mówią, iż rzekomi magowie opanowali pewną dziedzinę nekromancji, polegającą na „odtwarzaniu” czegoś z dawnych czasów. Czyli tamta wioska nie była częścią dzisiejszego świata, tylko pochodziła z przeszłości. 

Wyjaśnienia okazały się dla Thamusa niejasne. Do ciągle przypominających o sobie dolegliwościach otrzymanych podczas walki dołączył ból głowy. 

– Przepraszam za niezbyt wyszukane bądź niedyplomatyczne słownictwo, ale gówno z tego rozumiem. 

– Inaczej to panu wytłumaczę, kapitanie – to Khervan podjął się udzielenia wyjaśnień, widząc rosnącą irytację u swego doradcy. – Wioska, którą pan odwiedził, istniała naprawdę. Kiedy zniknęła bądź co się z nią stało, tego nie wiemy. Jednak przypuszczamy, że jej mieszkańcy faktycznie zostali zabici podczas jakiejś wojny bądź napaści lata temu, a pan został jakby do niej przeniesiony i widział efekty tego, co z tej miejscowości zostało – książę zerknął na uczonego, który jedynie skinął głową. 

– No dobrze – Thamus podrapał się nerwowo po czole. – W takim razie, dlaczego wszystko było w porządku, gdy tam dojechaliśmy? I przede wszystkim, co stało się z Athurrem i resztą? Dlaczego mi i Thondalowi nic się nie stało? 

– Nie wiemy. Nasza wiedza nie jest na ten moment wystarczająca, co niezwykle nas martwi. 

– Jednak liczymy, że niedługo się to zmieni – wtrącił uczony. 

Thamus był pewien, że nie lubił Guvana. Irytował go jego pretensjonalny ton, typowy dla większości ludzi parających się nauką, których dane mu było poznać. 

– Czyli mogę przypuszczać, że takich miejsc jest więcej? 

– Dopiero badamy te zjawiska. Ciężko to jednoznacznie stwierdzić – odpowiedział Guvan. 

– Jednak bardziej niepokoi nas fakt przemiany pańskich towarzyszy – wtrącił Khervan. – Zapewne jest to kolejna zagadka z zamierzchłych czasów do rozwiązania. Trzeba dodać, że efekty potrafią być dość namacalne. 

– Panie, wydaje mi się, że powinniśmy niezwłocznie udać się króla, aby przekazać mu wszystko, czego dowiedzieliśmy się od kapitana Thamusa.

– Racja, oczywiście – Khervan wyrwał się z zamyślenia. – Przepraszam, ale musimy udać się na naradę, której przewodniczy mój ojciec, żeby złożyć mu oficjalny raport. Tym samym zobowiązuję się, że będzie mógł pan osobiście przekazać całą historię ze wszelkimi detalami mojemu ojcu. 

– Dziękuję, książę. To będzie dla mnie zaszczyt. 

Khervan wskazał na jednego z gwardzistów, który stał przed drzwiami. 

– To Fennett, jeden z naszych żołnierzy. Zostanie tutaj na wszelki wypadek, gdyby Pan czegoś potrzebował. 

Thamus i żołdak skinęli sobie głowami na powitanie.

– Jeśli nam pan wybaczy… – książę wyszedł z pokoju w towarzystwie Guvana oraz drugiego żołnierza, po czym ruszyli żwawym krokiem wzdłuż ciemnego korytarza w głąb zamku. 

„Magowie, nekromanci, żywe trupy” – pomyślał Thamus, po czym ułożył się wygodnie w łóżku. Okazało się, że historie, w których zasłuchiwał się jako beztroski dzieciak, okazały się być prawdą. Ciężko było mu uwierzyć, że Phuttyjczykom jakimś cudem udało się odszukać magów, którzy zaczęli dla nich pracować. To znacznie mogło przeważyć szale w nadchodzącej wojnie na niekorzyść Ziem Zdobytych… 

Od natłoku czarnych myśli Thamusa potwornie rozbolała głowa. Dalej dochodził do siebie po ostatnich wydarzeniach, dlatego postanowił wykorzystać okazję i nieco się zdrzemnąć, aby zregenerować siły… 

Zanim kolejna myśl zdążyła zakiełkować w jego umyśle, kapitan zapadł w głęboki sen. 

 

– Tak się składa, że kojarzę kapitana Thamusa. Dzielny żołnierz – powiedział król Pirvhen, idący razem z Khervanem, Guvanem i niewielką obstawą żołnierzy. Orszak kierował się w stronę skrzydła szpitalnego. – Miałem okazję poznać go kilka lat temu, podczas jednej z oficjalnych wypraw do Sotthy. Jego władca bardzo go wówczas chwalił. Jestem ciekaw, jak zmienił się przez te kilka lat. 

Przemierzając chłodne korytarze, grupa powoli zbliżała się do pokoju, w którym leżał Thamus. Niespodziewanie ciszę zagłuszył krzyk, docierający do najciemniejszych zakamarków skrzydła szpitalnego. 

Khervan wyciągnął miecz z pochwy, a reszta rycerzy stanęła w gotowości bojowej, zamykając króla w niewielkim okręgu. 

– Czyżby te wrzaski dochodziły z pokoju… – spytał cichym, łamiącym się głosem Guvan, który przywarł plecami do ściany. 

Książę Khervan ruszył brawurowo przed siebie, tknięty nagłym, złym przeczuciem. 

Gdy dobiegł do właściwych drzwi, nie czekał na zostawionych z tyłu towarzyszy, tylko pociągnął za klamkę. 

Jego oczy dostrzegły istotę z legend. Istotę szaloną i budzącą grozę wśród dawnych mieszkańców Ziem Zdobytych. 

Thamus stał na środku pokoju z wbitymi zębami w szyję martwego już żołnierza. 

Do Khervana dołączyła reszta orszaku i zajrzała mu przez ramię, spoglądając z przerażeniem na istotę. Thamus, do tej pory całkowicie zajęty jedzeniem, przerwał posiłek i odrzucił ciało żołnierza na podłogę, aby spojrzeć na przybyłych. 

Uśmiechnął się, ukazując przy tym zakrwawione zęby. 

Koniec

Komentarze

Cześć bobi_katarn,

Moje gratulacje, opowiadanie zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Świat przedstawiony ciekawy, narracja płynna, czytało się miło, dobrze napisane zarówno sceny walki jak i dialogi. Szczególnie doceniam dwa plot twisty – przemiana wioski i przemiana Thamusa na sam koniec, których w żadnym momencie czytania nie udało mi się przewidzieć. Bardzo miło mnie zaskoczyły i fajnie balansują na pograniczu fantasy i horroru.

Z drobnych uwag, jakie mogę wypisać, to sytuacja polityczna w tym świecie nie jest dla mnie w pełni jasna, ale być może to po mojej stronie jest niedopatrzenie czy jakieś niewystarczające skupienie w kluczowych momentach. Jest też takie zdanie:

Pamiętajcie, że reprezentujemy Sotthę, a w przeszłości między naszymi państwami doszło do kilku… niesnasek

Przyznam, że wprawiło mnie w pewne zdezorientowanie i wątpliwości, czy naszych pięciu rycerzy jest z różnych państw, pomiędzy którymi doszło do niesnasek, czy też między ich wspólnym państwem a innym do tych niesnasek doszło. Ostatecznie wydaje mi się, że to drugie ;-)

 

Moją mocną stroną nie są kwestie poprawności językowej i technikalia, ale pozwolę sobie wypisać takie dwa niedociągnięcia:

Z każdego kąta dużej sali dało się słyszeć gwarne rozmowy i stukanie się napełnionymi kuflami ale.

– to “ale” chyba jest do usunięcia

– Tylko barda tu brakuje! – wykrzyknął lekko podchmielony Thondal, wytrącając kapitana z ponurych myśli

– Może sam coś zaśpiewasz? – zasugerował Antol. 

– Litości… – podsumował propozycję kolegi Thamus, odsuwając ponure myśli na bok. 

– trochę nieładne powtórzenie.

 

Podsumowując, opowiadanie czyta się naprawdę dobrze. bardzo ciekawy pomysł z nekromacją miejsca a nie konkretnej osoby i umiejętnie wplecione elementy grozy. 

Do rozważenia na przyszłość: ja bardzo doceniam jakieś ostrzeżenie w tagach albo opisie, gdy w opowiadaniu są sceny niedelikatne, a tutaj kanibalizm moim zdaniem mógłby na takie ostrzeżenie zasługiwać.

I ostatnia rzecz – pytanie czysto z ciekawości: czy opowiadanie jest częścią jakiejś większej całości? Bo bogactwo świata mam wrażenie, że zdecydowanie sugeruje, jakby to nie był koniec. A z drugiej strony historia moim zdaniem jest w pełni kompletna w tej formie, stąd ciekawość.

Pozdrawiam :-)

 

Dzięki za miłe słowa i zainteresowanie opowiadaniem – bardzo to doceniam :)

Pamiętajcie, że reprezentujemy Sotthę, a w przeszłości między naszymi państwami doszło do kilku… niesnasek

Faktycznie – to zdanie brzmi dwuznacznie. Ale tak, druga interpretacja jest prawidłowa ;)

W każdym razie nie ukrywam, że cały wątek polityczny został wymyślony bardziej jako pretekst do przedstawienia historii, aby bohaterowie mieli realny cel podróży. Spora część wyjaśnień została ostatecznie wycięta, żeby nie poświęcać zbyt dużo czasu na wątek, który nie był główną osią fabuły.

Z każdego kąta dużej sali dało się słyszeć gwarne rozmowy i stukanie się napełnionymi kuflami ale.

Akurat w tym zdaniu ale zostało zapisane kursywą, bo chodziło mi o konkretny gatunek piwa. Pamiętam, że taki zapis funkcjonował w “Pieśni Lodu i Ognia” Martina, więc postanowiłem zapożyczyć pisownię :)

 

Dziękuję za czujność z “ponurymi myślami”. Nie wyłapałem tego powtórzenia. Moja wina :)

 

Przyznam, że nie planuję pisania kontynuacji. Jest to w pełni zamknięta historia. Na ten moment mam w głowie inne pomysły, które w swoim czasie przeleję na “wirtualny papier”.

Będę pamiętał o tagach następnym razem – dzięki za zwrócenie uwagi.

 

Pozdrawiam :)

 

 

 

Pierwszy raz słyszę o tym zapisie z piwem. Miło dowiedzieć się czegoś nowego. Dzięki :-) Jak na świat wymyślony tylko pod to opowiadanie, to naprawdę robi wrażenie swoją złożonością. Dzięki też za wyjaśnienie moich wątpliwości, co do pochodzenia bohaterów ;-) Powodzenia z następnymi pomysłami

Nowa Fantastyka