Króciutki szort na zakończenie ferii zimowych. Być może cierpi na brak wyrazistej fantastyki.
Narciarzy i snowboardzistów pozdrawiam serdecznie!
(innych myślicieli życia codziennego również!)
Króciutki szort na zakończenie ferii zimowych. Być może cierpi na brak wyrazistej fantastyki.
Narciarzy i snowboardzistów pozdrawiam serdecznie!
(innych myślicieli życia codziennego również!)
Ostatni raz wyjechałem na szczyt. Wokół rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych gór. W dolinie majaczą domki i kręte drogi.
Na moment nie należę do tego świata. Mój jest tutaj, wysoko.
Dziś wygasa tygodniowy karnet. Ostatni zjazd, koniec sezonu.
Zmrożony stok migocze w popołudniowym słońcu, pogoda jest idealna – lekko poszarpane chmurki otulają szczyty. Wokół mnie tylko góry, to ich świat, do którego wykupiłem czasowy wstęp. Teraz da mi on ostatnią, ukochaną emocję.
Ruszam powoli, delektując się pierwszym skrętem. Może nawet zachowawczo. Niepotrzebna mi kontuzja na sam koniec sezonu. Stok nie jest już idealny, a moje nogi są zmęczone. Mimo to wymagam od siebie jakości.
Zbity śnieg skrzypi i zgrzyta pod nartami, gdy krawędzie szorstko trą o zbitą powierzchnię.
Następny skręt. Zaczynam czuć wolność, którą daje prędkość. Nie muszę się odwracać, jestem sam.
Stok staje się bardziej stromy, ale ja mknę coraz szybciej, mniej krawędziuję. Kątem oka, przez gogle, dostrzegam niebieską kurtkę. Przywodzi na myśl tatę, który wszystkiego mnie nauczył. Jego cierpliwość, wiedza i poświęcony czas zbierają teraz plon w postaci eleganckiego zjazdu. Dawno zasiane ziarno pasji wykiełkowało, choć tata obserwuje to gdzieś z perspektywy innego świata.
W głowie gra mi Nick Cave, którego tak lubił.
Niebieska kurtka zostaje za mną.
Dojeżdżam do płaskiej półki. Nie mam zamiaru się zatrzymać, ale kilkuosobowa grupa stoi w poprzek – blokuje czysty przejazd. Nie przed każdym świat się rozstępuje. Muszę przyhamować i ich ominąć. W końcu na jednego Mojżesza z sukcesem przypadają tysiące takich z porażką.
Zniesmaczenie zostawiam za sobą, próbuję znów cieszyć się jazdą.
Przede mną miga fioletowa kurtka z różowym kaskiem. Podobne nosiła moja pierwsza dziewczyna, którą uczyłem jeździć. Odwracam się – kobieta jest naprawdę podobna. Ale przecież to niemożliwe. Zresztą, cóż by to miało zmienić?
Sunę dalej.
Zimne powietrze wyciska z oczu łzy i zmraża podbródek. Prędkość pozwala zostawić za sobą wszystko, a uczucie idealnie wziętego zakrętu rodzi satysfakcję, której tak na co dzień mi brakuje. Już jutro przyjdzie znowu szarość, wieczne niedosięganie do ideału. Frustracja. Smutek. Rozgoryczenie.
Przyśpieszam, by myśli nie zmąciły mi tej chwili, ale w głowie narasta chaos. Jadę coraz bardziej niedbale.
Znów niebieska kurtka. Oraz czarny kask z żółtawymi goglami. Wszystko tak, jak u taty.
Wzdycham, choć to trudne przy tak dużej prędkości.
Przyhamowuję nieco. Zjechałem już dość nisko, śnieg jest tu gorszy, powstały muldy. Mam jednak dość techniki, by sobie poradzić. Nucone w głowie melodie pozostają spokojne.
Znów pozornie znajome kurtki. Jak babci i dziadka, którzy tyle razy zabierali nas na płaskie beskidzkie stoki. Tylko z nich byli w stanie zjechać, w przeciwieństwie do wnuków, niemal wychowanych we Włoszech i Austrii. A jednak tak dobrze to wspominam. Stare orczyki, rozgrzewki, batony jedzone przy samochodach i piosenki śpiewane w trasie.
Dlaczego teraz tak brakuje tej prostej radości?
Ktoś zajeżdża mi drogę, wybija z melodii płynącej w głowie. Zręcznie go omijam, nie raczę nawet spojrzeniem. Musiał poznać swój błąd po moim nagłym hamowaniu krawędzią.
Słyszę głos. Jakby ktoś się śmiał. Odwracam na sekundę głowę. Musiałem się przesłyszeć, choć obudziło to wspomnienie żartów i zabaw podczas wspólnych wyjazdów z przyjacielem. Męskie wypady, szybkie zjazdy i prawdziwe, mające znaczenie rozmowy na wyciągach. Coś, czego już dzisiaj nie mam.
To końcówka. Końcówka końcówki. Następnego zjazdu nie będzie.
Pojawiają się myśli. Wrócę za rok? A może pojadę w inne miejsce? Może ostatni raz w życiu zjeżdżam akurat do tej stacji? Po raz ostatni pojadę akurat tym skibusem do ferienwohnungu? Dreszcz ostateczności przebiega po plecach. Nawet jeśli wrócę dokładnie tu, to za rok będę inny. Właśnie coś bezpowrotnie tracę i choćbym zrobił wszystko, nie mogę tego powstrzymać. Metr za metrem, coś przemija.
Wybija mnie na muldzie, tracę elegancki rytm zjazdu.
Tyle może ulec zmianie przez rok. Chwila obecna może już nigdy nie wrócić. Każdy błąd może być ostatecznym.
Gubię się pomiędzy bezlitosną potrzebą docenienia trwającego momentu a próbą nadania tej chwili jakiejś większej, metafizycznej wartości. Jak podczas ucieczki w koszmarze nocnym, gdy zdaję sobie sprawę, że choć biegnę najszybciej, to oprawca wciąż się przybliża.
Prędkość traci smak. Ogarnia mnie bezradność.
Ciało podświadomie wykonuje wyuczone ruchy, przezwycięża muldy, choć z każdym metrem tracę kontrolę nad jazdą. Myśli się gubią. Melodia w głowie jest rwana, nagła, znane mi kawałki mieszają się w okrutną kakofonię.
Czuję, że zaraz mogę upaść, choć nic nie jestem w stanie z tym zrobić.
Znów miga niebieska kurtka. Stara, wysłużona. Białe narty do niej nie pasują. Ale w takim stroju tata wyjeździł trasy w całej Europie. Zawsze z cierpliwością, szacunkiem dla nawet najmniejszej góry.
Nagłe poczucie pewności. Łapię kontakt z ciałem, hamuję ostrzej krawędzią. Szybkość gaśnie, a wraz z nią uczucie bezradności. Chaos dźwięków cichnie.
Oddycham.
Zatrzymałem czas, nie muszę już rozpaczliwie nadawać tej chwili szczególnej wartości. Czuję zwyczajną radość.
Uśmiecham się do człowieka w niebieskiej kurtce. Odwzajemnia uśmiech i macha do mnie.
Wystarczyło mrugnięcie, by już go w tamtym miejscu nie było.
Rozglądam się po stoku – jest pusty. Nie ma grupy ludzi, dziewczyny, przyjaciela, dziadków. Taty. To mój stok i mój zjazd.
Czuję spokój. Nie boję się.
Jadę dalej.
By dokończyć ostatni zjazd.
A w głowie gra mi Into My Arms Nicka Cave’a.
Obecność nieobecnych, jak dla mnie, spełnia wymogi fantastyczne.
Przez moment myślałam, że całość zakończy się wypadkiem i to będzie ten ostatni zjazd.
Moje dzieci marudzą, że nie byłyśmy w tym roku na nartach, chyba dam im to do przeczytania, niech mają swój sezon!;)
Ostatni raz wyjechałem na szczyt. Wokół mnie rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych szczytów.
Zatrzymały mnie powtórzone szczyty. Wiem, że w górach jest dużo, ale na otwarciu warto by coś pomyśleć.
delulu managment
Witaj. :)
Sprawy językowe i miejsca, które mnie zatrzymały (tylko – do przemyślenia):
Musiałem się przesłyszeć, choć obudziło to wspomnienie żartów i zabaw, podczas wspólnych wyjazdów z przyjacielem. – zbędny ostatni przecinek?
Gubię się pomiędzy bezlitosną potrzebą docenienia trwającego momentu, a próbą nadania tej chwili jakiejś większej, metafizycznej wartości. – tu nie jestem pewna, czy powinien być przed „a” (?)
Ale w takim stroju tata wyjeździły trasy w całej Europie. – tu posypała się składnia (”taty”, albo “wyjeździł”?)?
Szort wywołał u mnie potężną lawinę wspomnień i mimowolny płacz; bardzo mocno mnie wzruszył. :) Trafił prosto w serce, za co dziękuję. :) Nie wiem, o czym piszesz (w sensie dosłownym oczywiście, nie – metaforycznym), bo – z uwagi na poważną kontuzję w dzieciństwie – ja akurat nigdy nie trenowałam narciarstwa, tym bardziej zatem wyobrażam sobie, jak możesz poruszyć serca prawdziwych pasjonatów tego sportu. :) Odczytuję to jednak jako ogólny rozrachunek z dotychczasowym życiem bohatera. :) W wyjątkowo piękny, wręcz poetycko-nostalgiczny sposób opisałeś niby zwyczajny zjazd po stoku. Dodatkowe brawa za masę fachowych określeń. :) Jestem pod ogromnym wrażeniem. :)
Powinnam zachichotać teraz niekulturalnie, wręcz złośliwie, bo u nas ferie dopiero się zaczęły, lecz tego nie zrobię. :)))
Podwójny kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Hej
Wokół mnie rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych szczytów. W dolinie majaczą domki
i wijące się drogi.
W tekście jest trochę za dużo “się” i “mi” postaram się to wyłapać :)
To na moment nie jest mój świat. Mój jest tutaj, wysoko.
Dziś wygasa
mójtygodniowy karnet.
Może pierwsze zdanie da się inaczej ubrać w słowa, jeśli nie to na pewno można wyciąć trzecie “moje”
Wokół mnie tylko góry, to ich świat, do którego wykupiłem
sobieczasowy wstęp. Teraz da mi on ostatnią, ukochaną emocję.
Niepotrzebna mi kontuzja
na finiszu. Stok nie jest już idealny, a moje nogi są zmęczone.
Nie wiem czy na finiszu jak skończy zjazd, czy chodzi o to, że to finisz jego zjazdów dzisiaj. To “na finiszu” bym usunął.
Zbity śnieg skrzypi i zgrzyta pod nartami, gdy krawędzie szorstko trą o jego powierzchnię.
Zrobiłbym coś z tym “jego”. Śnieg zgrzyta pod nartami, gdy krawędzie trą o zbitą powierzchnię.
Stok staje się bardziej stromy, ale ja mknę coraz szybciej. Mniej krawędziuję, rozpędzam się.
Stok jest coraz bardziej stromy ale nie zwalniam. – Wiemy, że stok jest stromy więc będzie szybko zjeżdżał ale dorzucasz, że mknie ( co już podkreśla prędkość), za chwilę, że szybciej. W drugim zdaniu, że nie używa krawędzi do hamowania ale i tak jeszcze dowalasz, że się rozpędza :D. Wiem już. Można to uprościć.
Kątem oka, przez gogle, dostrzegam z boku niebieską kurtkę
Zastawiłbym albo “kątem oka” albo “przez gogle” i jeśli kątem oka to chyba z boku już jest niepotrzebne.
Przywodzi na myśl tatę, który wszystkiego mnie nauczył. Jego cierpliwość, wiedza i poświęcony czas zbierają teraz plon w postaci
mojegoeleganckiego zjazdu.
W głowie gra mi Nick Cave, którego tak lubił.
A też lubię :) Into My Arms Nicka Cave’a. Musiałem sobie odświeżyć ale za to odkopałem Loverman, o mamo jaki ten kawałek jest dobry :). I pewnie już wiesz, że w Nicku cenię sobie te bardziej mroczne kawałki, choć Into My Arms nic nie brakuje :)
Nie mam zamiaru się zatrzymać, ale kilkuosobowa grupa stoi w poprzek, blokując czysty przejazd. Sunę w ich kierunku, licząc, że się przesuną.
Może -Nie mam zamiaru zwalniać, ale kilkuosobowa grupa stoi w poprzek – blokuje czysty przejazd.
Nie przed każdym jednak świat się rozstępuje.
Fajne porównanie ale może – Nie przed każdym świat ustępuje.
Zniesmaczenie zostawiam za sobą, staram się cieszyć.
Coś bym tu zmienił. “ Próbuję znów cieszyć się jazdą”
Zimne powietrze wyciska
miz oczu łzy i zmraża podbródek
Już jutro przyjdzie znowu szarość, wieczne niedosięganie do ideału. Frustracja. Smutek. Rozgoryczenie.
Jutro znów przyjdzie szarość, wieczne niedosięganie do ideału – frustracja, smutek, rozgoryczenie.
Wzdycham, choć to trudne wobec prędkości.
Wzdycham, choć to trudne w czasie zjazdu? przy tak dużej prędkości?
Pozna swój błąd po moim nagłym hamowaniu krawędzią.
Nie wiem czy warto psuć obraz bohatera taką wredną zagrywką. No i “swój”. Ja bym usunął to zdanie. Albo Odwdzięczę się nagłym hamowaniem/ zajeżdżając drogę. Zdecydowanie bym usunął :P
To końcówka. Końcówka końcówki. Następnego zjazdu nie będzie.
To koniec – następnego zjazdu nie będzie. – chyba brzmi mocniej bez powtórzeń.
Gubię się pomiędzy bezlitosną potrzebą docenienia trwającego momentu, a próbą nadania tej chwili jakiejś większej, metafizycznej wartości.
A to jest bardzo fajne :)
Ciało podświadomie wykonuje wyuczone ruchy, przezwycięża muldy, sunie na dół, choć tracę nad nim kontrolę. Melodia w głowie jest rwana, nagła, znane mi kawałki mieszają się w okrutną kakofonię.
Czuję, że zaraz upadnę, choć nic nie jestem w stanie z tym zrobić.
Tu mam problem. Najpierw ciał wykonuje wyuczone ruchy i przezwycięża muldy ale za chwilę traci kontrolę. Następnie wchodzi zamieszanie w głowie – ale porównanie do muzyki jest zbyt nagłe, wcześniej nic o tym nie było. I na koniec czuje, że upadnie i nie może nic z tym zrobić ale co z podświadomie wyuczonymi ruchami, już nie działają. Ja bym to uprościł.
Ciało wykonuje, podświadomie, wyuczone ruchy – przezwyciężam muldy. Sunę w dół, a myśli w głowie się mieszają, czuję, że zaraz upadnę.
Rozglądam się po stoku. Nie ma na nim nikogo. Grupy, dziewczyny, przyjaciela, dziadków. Taty. To mój stok i mój zjazd.
Rozglądam się po stoku – jest pusty. Nie ma grupy ludzi na półce, dziewczyny, przyjaciela. Taty. Ten stok i zjazd – są moje.
Wymieniasz od najmniej ważnych – i prawidłowo dziewczyna jest niżej niż przyjaciel ;D
By dokończyć ostatni zjazd.
ostatnią trasę?
Bardzo fajny pomysł na przedstawienie, życia w postaci zjazdu na nartach. Nie tylko poznajemy bohatera ale szort ma mocny metafizyczny sznyt :). Podoba mi się – chyba zostałeś natchnięty “Utopię waszą utopię” czuć tu podobny klimat :).
Klikam i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Przyznam, ze zaczynałem czytać ze spora dozą sceptycyzmu za deklarowany brak fantastyki, ale opowiadanie było po prostu świetne.
Dziękuję.
Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze
Ambush
Przez moment myślałam, że całość zakończy się wypadkiem i to będzie ten ostatni zjazd.
Myślałem o tym, ale mogłoby lekko skierować w stronę komizmu, a tego chciałem uniknąć.
Moje dzieci marudzą, że nie byłyśmy w tym roku na nartach, chyba dam im to do przeczytania, niech mają swój sezon!;)
Hahah, z jednej strony byłbym zaszczycony, z drugiej, nie wiem, czy chcę się stać takim narzędziem rodzicielskiej represji :). Choć wbrew tekstowi sezon jeszcze nie skończony, pisane raczej dlatego, że karnet skończył mi się przedwczoraj 
Dzięki śliczne za wizytę!
bruce
jest mi ogromnie miło, że tekst tak do Ciebie przemówił, tym bardziej, jeśli nie masz doświadczenia narciarskiego. Choć pod narty zapewne można podstawić dowolną aktywność, która daje poczucie wyzwolenia z codzienności. Tutaj akurat to miałem na bieżąco, pisząc na świeżo po powrocie z wyjazdu.
Zresztą to chyba pierwszy mój tekst bardziej od strony emocjonalnej niż wyobraźni fantastycznej jako takiej.
Powinnam zachichotać teraz niekulturalnie, wręcz złośliwie, bo u nas ferie dopiero się zaczęły, lecz tego nie zrobię. :)))
No cóż, jakoś to przeżyję
. Wasze ferie zanoszą się zatem mroźne, ale za to prawdziwie zimowe. Jako ciekawostkę dodam, że w Austrii śniegu było mało, a temperatury zdecydowanie wyższe niż u nas.
Podwójny kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)
Yay! To chyba moje pierwsze w historii zgłoszenie nominacyjne! Szczerze, to zupełnie się tego nie spodziewałem, ale cieszy :)
Poprawki oczywiście naniosłem.
Bardzo Ci dziękuję i pozdrawiam serdecznie!
bardzie
cieszę się, że wpadłeś i bardzo dziękuję, że tak szczegółowo pochyliłeś się nad, w sumie skromnym, opkiem. Nie do wszystkie odnoszę się poniżej wprost, ale to w większości dlatego, że po prostu przyjąłem Twoją sugestię.
W tekście jest trochę za dużo “się” i “mi” postaram się to wyłapać :)
Nie wrzuciłem w zaimkomierz i tak to się kończy :)
Nie wiem czy na finiszu jak skończy zjazd, czy chodzi o to, że to finisz jego zjazdów dzisiaj. To “na finiszu” bym usunął.
Tutaj zmieniłem – chodzi o to, że, po ludzku, głupio jest złamać nogę na ostatnich skrętach wyjazdu narciarskiego :)
Stok jest coraz bardziej stromy ale nie zwalniam. – Wiemy, że stok jest stromy więc będzie szybko zjeżdżał ale dorzucasz, że mknie ( co już podkreśla prędkość), za chwilę, że szybciej. W drugim zdaniu, że nie używa krawędzi do hamowania ale i tak jeszcze dowalasz, że się rozpędza :D. Wiem już. Można to uprościć.
Zgoda.

Acz aliteracja wyszła fajno moim zdaniem.
Zastawiłbym albo “kątem oka” albo “przez gogle” i jeśli kątem oka to chyba z boku już jest niepotrzebne.
Zostawiam kątem oka i przez gogle, bo oba podkreślają ulotność i ułomność takiego spojrzenia, ale usuwam “z boku”.
Przywodzi na myśl tatę, który wszystkiego mnie nauczył. Jego cierpliwość, wiedza i poświęcony czas zbierają teraz plon w postaci
mojegoeleganckiego zjazdu.
Długo się wahałem, czy będzie jasne, że chodzi o ten zjazd tu i teraz. Ale w sumie napisałem “teraz”, więc mnie przekonałeś.
A też lubię :) Into My Arms Nicka Cave’a. Musiałem sobie odświeżyć ale za to odkopałem Loverman, o mamo jaki ten kawałek jest dobry :). I pewnie już wiesz, że w Nicku cenię sobie te bardziej mroczne kawałki, choć Into My Arms nic nie brakuje :)
Właśnie dzięki tym mrocznym, te bardziej spokojne wchodzą jeszcze lepiej! Gość zresztą ma niezwykły głos: raz potrafi być ultrademoniczny, a w innym kawałku kojący.
Może -Nie mam zamiaru zwalniać, ale kilkuosobowa grupa stoi w poprzek – blokuje czysty przejazd.
I słuszne to.
Nie przed każdym jednak świat się rozstępuje.
Fajne porównanie ale może – Nie przed każdym świat ustępuje
Wiem, że się uparłem na tę metaforę z Mojżeszem, ale jak ją wymyśliłem, to nie mogłem odpuścić. A dla pełnej mojżeszowości chciałbym zostawić “rozstępuje”.
Zniesmaczenie zostawiam za sobą, staram się cieszyć.
Coś bym tu zmienił. “ Próbuję znów cieszyć się jazdą”
A widzisz, miałem tak pierwotnie, potem zmieniłem. Masz rację, wraca taka wersja.
Już jutro przyjdzie znowu szarość, wieczne niedosięganie do ideału. Frustracja. Smutek. Rozgoryczenie.
Jutro znów przyjdzie szarość, wieczne niedosięganie do ideału – frustracja, smutek, rozgoryczenie.
A taki zapis coś zmienia? Bo szczerze podoba mi się z równoważnikami, gdzie kropka daje większą pauzę niż dywiz.
Pozna swój błąd po moim nagłym hamowaniu krawędzią.
Nie wiem czy warto psuć obraz bohatera taką wredną zagrywką. No i “swój”. Ja bym usunął to zdanie. Albo Odwdzięczę się nagłym hamowaniem/ zajeżdżając drogę. Zdecydowanie bym usunął :P
Bardziej chodziło mi o oddanie tego uczucia. Bo właściwie ta komunikacja przebiega niewerbalnie, słyszysz czyjeś hamowanie już po zajechaniu drogi. Więc nie chodzi o rewanżyzm, ale o świadomość, która przychodzi z opóźnieniem. Delikatnie zmieniłem, może teraz jest jaśniej.
To końcówka. Końcówka końcówki. Następnego zjazdu nie będzie.
To koniec – następnego zjazdu nie będzie. – chyba brzmi mocniej bez powtórzeń.
A widzisz, dla mnie odwrotnie. Pozwolę sobie w tym jednym miejscu zostawić powtórzenie jako zabieg “artystyczny”. Dodatkowo podkreśla, że zbliżamy się do “końca końca”, tak po churchillowsku to ujmując :)
Gubię się pomiędzy bezlitosną potrzebą docenienia trwającego momentu, a próbą nadania tej chwili jakiejś większej, metafizycznej wartości.
A to jest bardzo fajne :)
Trafiłeś, bo chyba z tego zdania jestem najbardziej zadowolony.
Tu mam problem. Najpierw ciał wykonuje wyuczone ruchy i przezwycięża muldy ale za chwilę traci kontrolę. Następnie wchodzi zamieszanie w głowie – ale porównanie do muzyki jest zbyt nagłe, wcześniej nic o tym nie było. I na koniec czuje, że upadnie i nie może nic z tym zrobić ale co z podświadomie wyuczonymi ruchami, już nie działają. Ja bym to uprościł.
Prawda, troszeczkę zmieniłem, ale inaczej. Wątek melodii by wcześniej przy Cave’ie, ale dodałem też jedno zdanko. Do pewnego stopnia chciałbym to zostawić w takiej formie, bo odpowiada mojemu własnemu uczuciu, gdy nagle, brzydko mówiąc, w trakcie jazdy wszystko zaczyna się pieprzyć i na raz gra mi kilka utworów w głowie :)
Rozglądam się po stoku. Nie ma na nim nikogo. Grupy, dziewczyny, przyjaciela, dziadków. Taty. To mój stok i mój zjazd.
Rozglądam się po stoku – jest pusty. Nie ma grupy ludzi na półce, dziewczyny, przyjaciela. Taty. Ten stok i zjazd – są moje.
Jw. w zakresie pauz i powtórzeń. Generalnie zgadzam się, żeby ich nie było, ale tutaj też chciałbym zostawić.
Wymieniasz od najmniej ważnych – i prawidłowo dziewczyna jest niżej niż przyjaciel ;D
Pierwsza dziewczyna! Zresztą takowej nigdy nie uczyłem jeździć :). Obecna jest oczywiście najważniejsza (tym bardziej, że jej to będę podlinkowywał, więc niech wie, że jest najważniejsza!
).
By dokończyć ostatni zjazd.
ostatnią trasę?
Zostawiam “zjazd”, bo jestem ciężko uzależniony od klamr kompozycyjnych, więc chciałbym zachować harmonię z tytułem i początkiem.
Noiśmy dobrnęli, chyba wszystko. Bardzo dziękuję, doceniam, że tak się w to wgryzłeś!
Bardzo fajny pomysł na przedstawienie, życia w postaci zjazdu na nartach. Nie tylko poznajemy bohatera ale szort ma mocny metafizyczny sznyt :)
Cieszę się :)
Podoba mi się – chyba zostałeś natchnięty “Utopię waszą utopię” czuć tu podobny klimat :).
A może podświadomie trochę, zwłaszcza, że Utopię betowałem i nawet któryś komentarz przy niej pisałem wyjeżdżając gondolką :)
Dalekopatrzacy
bardzo mnie ucieszyła Twoja opinia, “świetne” to już bardzo mocne słowo :). To ja dziękuję za odwiedziny!
Serdecznie pozdrawiam Was wszystkich!
Pozdrawiam, trzymam kciuki, baaardzo dziękuję za tyle wzruszeń. 
Pecunia non olet
A taki zapis coś zmienia? Bo szczerze podoba mi się z równoważnikami, gdzie kropka daje większą pauzę niż dywiz.
Jak przeczytasz na głos to zmienia :). Ale ok, tak też jest dobrze, choć ja bym to inaczej zapisał ;)
Właśnie dzięki tym mrocznym, te bardziej spokojne wchodzą jeszcze lepiej! Gość zresztą ma niezwykły głos: raz potrafi być ultrademoniczny, a w innym kawałku kojący.
On ma coś takiego, że każdy kawałek jest bardzo emocjonalny – podchodzi na serio do tego co robi :)
A widzisz, dla mnie odwrotnie. Pozwolę sobie w tym jednym miejscu zostawić powtórzenie jako zabieg “artystyczny”. Dodatkowo podkreśla, że zbliżamy się do “końca końca”, tak po churchillowsku to ujmując :)
Jasne, to tylko mój punkt widzenia i propozycje :).
Noiśmy dobrnęli, chyba wszystko. Bardzo dziękuję, doceniam, że tak się w to wgryzłeś!
Ostatnio poprawiam swoje stare opowiadania, może znowu je wrzucę na portal, i poprawianie czyiś opowiadań bardzo mi pomaga w krytycznym spojrzeniu na własne teksty – więc też mam w tym interes ;),a przy okazji mogę coś tam pomóc :). Ale miło mi, że doceniasz :)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Beeeecki, nie mam pojęcia o jeździe na nartach, ale „Ostatni zjazd” dał mi pewne pojęcie o sprawie. Nie przypuszczałam, że podczas jazdy można dostrzec taki szmat przeszłości i tak fajnie o wszystkim opowiedzieć. Wypada pójść do klikarni. :)
Ostatni raz wyjechałem na szczyt. Wokół mnie rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych gór. → Czy zaimek jest konieczny? Skoro wiemy, kto wjechał na szczyt, to wiadomo, wokół kogo rozpościera się krajobraz.
W dolinie majaczą domki i zakręcone drogi. → A może: W dolinie majaczą domki i kręte drogi.
Na krótki moment nie należę do tego świata. → Czy dookreślenie jest konieczne? Moment jest krótki z definicji.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Pankovski dał Ci “6”, to ocena zasłużona, może fantastyki nie ma zbyt wiele, ale jest to coś, to po prostu świetne opowiadanie, z duszą, pozdrawiam. :)
Bardzo plastyczny opis.
Mój wyjazd na narty jeszcze przede mną, więc dziękuję za cudną zajawkę – już teraz poczułem klimat ośnieżonych stoków.
Świetnie się czyta do Nick’a Cave’a – robi się z tego płynny zjazd, niemal jak w transie.
No tośmy sobie, ..., polatali!
Czemu tak mało fantasy?:) Przyzwyczaiłeś mnie do fajnego high-fantasy a mimo to, przeczytałem i…
Nie zawiodłem się :) Trochę nostalgicznie, chociaż przyznaję, że osobiście mam bardzo duży problem z pisaniem opek/historii z 1-osoby. Ogólny ton nostalgiczny naprawdę jest w porządku lecz… no te fantasy. Liczyłem, że będzie jakiś mocny twist i szkoda :)
Kliknę, bo mimo wszystko – fajnie pokazałeś nostalgię w tym krótkim tekście, a rzadko się zdarza mi że mi tak się to spodoba :) Nostalgia pisania przez przedstawicieli płci męskiej też potrafią być ciekawe, bo się uczuć domyśla z wydźwięku zdań , a nie dostajemy ich na tacy i to jest ok :]
Melendur88
Ojejku, ale Was tu przybyło. Super 
bruce 
bardzie
Ostatnio poprawiam swoje stare opowiadania, może znowu je wrzucę na portal, i poprawianie czyiś opowiadań bardzo mi pomaga w krytycznym spojrzeniu na własne teksty – więc też mam w tym interes ;)
Ooo fajnie! To będzie ciekawe. Interesujące podejście, choć ja to chyba zawsze najwięcej uczę się z komentarzy Reg pod moimi tekstami 
Dzięki wielkie!
No i płynnie przechodząc,
Reg
Ostatni raz wyjechałem na szczyt. Wokół mnie rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych gór. → Czy zaimek jest konieczny? Skoro wiemy, kto wjechał na szczyt, to wiadomo, wokół kogo rozpościera się krajobraz.
Prawda to. Bard będzie szczęśliwy, wypadło kolejne “mnie” :)
Wszystko racja, poprawiłem.
Beeeecki, nie mam pojęcia o jeździe na nartach, ale „Ostatni zjazd” dał mi pewne pojęcie o sprawie. Nie przypuszczałam, że podczas jazdy można dostrzec taki szmat przeszłości i tak fajnie o wszystkim opowiedzieć.
Tak jak napisałem do bruce, myślę, że każdy ma kilka takich czynności, które przeżywa w sposób wyjątkowy, przy których głębsza refleksja przychodzi jakby naturalnie. Czasami tylko nie myślimy, żeby to opisać. Tutaj wszystko naprawdę powstało podczas zjazdów (choć nie tylko ostatniego – tę dramaturgię dodałem
).
Dziękuję za odwiedziny!
Maćku
taki trochę faktycznie tekst w Twoim stylu mi wyszedł, tym fajniej, że wpadłeś :). I tym bardziej mnie cieszy Twoja opinia, bo na takim pisaniu znasz się znakomicie. Dzięki!
Berigu
cieszę się, że tak to odebrałeś. I tym lepiej, skoro jesteś jeszcze przed, zazdroszczę! Chyba każdemu w głowie coś przygrywa podczas zjeżdżania
. Dzięki za odwiedziny! (i miłego wyjazdu, gdy on nastąpi!)
melendurze
hehe właściwie Twoje oczekiwania są pochwałą dla moich innych tekstów, więc dziękuję. To oczywiście bardziej pojedynczy wyskok w stronę takich nostalgicznych rozważań, fantasy jest domniemane i podstawowe, proszę się nie martwić!
Cóż, czasem człowiek po prostu się zamyśli, z dala od wszystkich elfów, orków, wiedźminów i tak dalej… Rzadko, ale bywa :)
Nostalgia pisania przez przedstawicieli płci męskiej też potrafią być ciekawe, bo się uczuć domyśla z wydźwięku zdań , a nie dostajemy ich na tacy i to jest ok :]
A i to ciekawe spostrzeżenie. Męska nostalgia wiadomo specyficzna, faktycznie wprost nie wypada wszystkiego mówić, a przecież też się zastanawiamy, rozważamy, wspominamy. Ale potrzebujemy jakiejś metafory, by to przedstawić. Interesujące :)
Dzięki za wizytę i klika!
Wszystkim Wam bardzo dziękuję! Humor przed powrotem do roboty poprawiony 
I przepraszam za zbiorczego tasiemca powyżej, ale każdy sobie wyodrębni bez problemu 
Wokół mnie tylko góry, to ich świat, do którego wykupiłem czasowy wstęp.
To żaden błąd, ale zastanowiło mnie. W końcu nie płacimy górze, żeby móc z niej zjechać, tylko ludziom, którzy sobie roszczą do niej prawa. Podumałem chwileczkę.
Nie przed każdym świat się rozstępuje. Muszę przyhamować i ich ominąć. W końcu na jednego Mojżesza z sukcesem przypadają tysiące takich z porażką.
Fajne! Metaforyczne.
Bardzo mi się podobało. Wiem, że brak fantastyki to poważny zarzut tutaj, ale ja lubię czasem przeczytać coś bez niej.
Metaforyczny tekst, dobrze napisany. Troszkę jakby oniryczny. Emocjonalny. Trafiłeś w moje gusta idealnie, można się zatrzymać i chwilkę podumać.
Gratuluję tekstu.
Z radością doklikuję do biblioteki.
Pozdrawiam!
EDIT: Chyba klików masz już wystarczająco, nie spojrzałem dokładnie, ale cóż – co szkodzi jeden dodatkowy 
You cannot petition the Lord with prayer!
Tak jak napisałem do bruce, myślę, że każdy ma kilka takich czynności, które przeżywa w sposób wyjątkowy, przy których głębsza refleksja przychodzi jakby naturalnie. Czasami tylko nie myślimy, żeby to opisać. Tutaj wszystko naprawdę powstało podczas zjazdów (choć nie tylko ostatniego – tę dramaturgię dodałem
).
Szanowny Autorze – efekt jest genialny! ![]()
Pecunia non olet
Bard będzie szczęśliwy, wypadło kolejne “mnie” :)
Beeeecki, jak zwykle miło mi, że mogłam się przydać, a przy okazji ucieszyć Barda.
…myślę, że każdy ma kilka takich czynności, które przeżywa w sposób wyjątkowy, przy których głębsza refleksja przychodzi jakby naturalnie.
Pewnie tak, tyle że ja byłam zdumiona, że pokazałeś wiele migawek z życia, a przecież taki zjazd nie trwa zbyt długo. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.