- Opowiadanie: beeeecki - Ostatni zjazd

Ostatni zjazd

Kró­ciut­ki szort na za­koń­cze­nie ferii zi­mo­wych. Być może cier­pi na brak wy­ra­zi­stej fan­ta­sty­ki.

 

Nar­cia­rzy i snow­bo­ar­dzi­stów po­zdra­wiam ser­decz­nie!

(in­nych my­śli­cie­li życia co­dzien­ne­go rów­nież!)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Ambush, Użytkownicy, Bardjaskier, maciekzolnowski

Oceny

Ostatni zjazd

Ostat­ni raz wy­je­cha­łem na szczyt. Wokół roz­po­ście­ra się mroź­ny, al­pej­ski kra­jo­braz ośnie­żo­nych gór. W do­li­nie ma­ja­czą domki i kręte drogi.

Na mo­ment nie na­le­żę do tego świa­ta. Mój jest tutaj, wy­so­ko.

Dziś wy­ga­sa ty­go­dnio­wy kar­net. Ostat­ni zjazd, ko­niec se­zo­nu.

Zmro­żo­ny stok mi­go­cze w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu, po­go­da jest ide­al­na – lekko po­szar­pa­ne chmur­ki otu­la­ją szczy­ty. Wokół mnie tylko góry, to ich świat, do któ­re­go wy­ku­pi­łem cza­so­wy wstęp. Teraz da mi on ostat­nią, uko­cha­ną emo­cję.

Ru­szam po­wo­li, de­lek­tu­jąc się pierw­szym skrę­tem. Może nawet za­cho­waw­czo. Nie­po­trzeb­na mi kon­tu­zja na sam ko­niec se­zo­nu. Stok nie jest już ide­al­ny, a moje nogi są zmę­czo­ne. Mimo to wy­ma­gam od sie­bie ja­ko­ści.

Zbity śnieg skrzy­pi i zgrzy­ta pod nar­ta­mi, gdy kra­wę­dzie szorst­ko trą o zbitą po­wierzch­nię.

Na­stęp­ny skręt. Za­czy­nam czuć wol­ność, którą daje pręd­kość. Nie muszę się od­wra­cać, je­stem sam.

Stok staje się bar­dziej stro­my, ale ja mknę coraz szyb­ciej, mniej kra­wę­dziu­ję. Kątem oka, przez gogle, do­strze­gam nie­bie­ską kurt­kę. Przy­wo­dzi na myśl tatę, który wszyst­kie­go mnie na­uczył. Jego cier­pli­wość, wie­dza i po­świę­co­ny czas zbie­ra­ją teraz plon w po­sta­ci ele­ganc­kie­go zjaz­du. Dawno za­sia­ne ziar­no pasji wy­kieł­ko­wa­ło, choć tata ob­ser­wu­je to gdzieś z per­spek­ty­wy in­ne­go świa­ta.

W gło­wie gra mi Nick Cave, któ­re­go tak lubił.

Nie­bie­ska kurt­ka zo­sta­je za mną.

Do­jeż­dżam do pła­skiej półki. Nie mam za­mia­ru się za­trzy­mać, ale kil­ku­oso­bo­wa grupa stoi w po­przek – blo­ku­je czy­sty prze­jazd. Nie przed każ­dym świat się roz­stę­pu­je. Muszę przy­ha­mo­wać i ich omi­nąć. W końcu na jed­ne­go Moj­że­sza z suk­ce­sem przy­pa­da­ją ty­sią­ce ta­kich z po­raż­ką.

Znie­sma­cze­nie zo­sta­wiam za sobą, pró­bu­ję znów cie­szyć się jazdą.

Przede mną miga fio­le­to­wa kurt­ka z ró­żo­wym ka­skiem. Po­dob­ne no­si­ła moja pierw­sza dziew­czy­na, którą uczy­łem jeź­dzić. Od­wra­cam się – ko­bie­ta jest na­praw­dę po­dob­na. Ale prze­cież to nie­moż­li­we. Zresz­tą, cóż by to miało zmie­nić?

Sunę dalej.

Zimne po­wie­trze wy­ci­ska z oczu łzy i zmra­ża pod­bró­dek. Pręd­kość po­zwa­la zo­sta­wić za sobą wszyst­ko, a uczu­cie ide­al­nie wzię­te­go za­krę­tu rodzi sa­tys­fak­cję, któ­rej tak na co dzień mi bra­ku­je. Już jutro przyj­dzie znowu sza­rość, wiecz­ne nie­do­się­ga­nie do ide­ału. Fru­stra­cja. Smu­tek. Roz­go­ry­cze­nie.

Przy­śpie­szam, by myśli nie zmą­ci­ły mi tej chwi­li, ale w gło­wie na­ra­sta chaos. Jadę coraz bar­dziej nie­dba­le.

Znów nie­bie­ska kurt­ka. Oraz czar­ny kask z żół­ta­wy­mi go­gla­mi. Wszyst­ko tak, jak u taty.

Wzdy­cham, choć to trud­ne przy tak dużej pręd­ko­ści.

Przy­ha­mo­wu­ję nieco. Zje­cha­łem już dość nisko, śnieg jest tu gor­szy, po­wsta­ły muldy. Mam jed­nak dość tech­ni­ki, by sobie po­ra­dzić. Nu­co­ne w gło­wie me­lo­die po­zo­sta­ją spo­koj­ne.

Znów po­zor­nie zna­jo­me kurt­ki. Jak babci i dziad­ka, któ­rzy tyle razy za­bie­ra­li nas na pła­skie be­skidz­kie stoki. Tylko z nich byli w sta­nie zje­chać, w prze­ci­wień­stwie do wnu­ków, nie­mal wy­cho­wa­nych we Wło­szech i Au­strii. A jed­nak tak do­brze to wspo­mi­nam. Stare or­czy­ki, roz­grzew­ki, ba­to­ny je­dzo­ne przy sa­mo­cho­dach i pio­sen­ki śpie­wa­ne w tra­sie.

Dla­cze­go teraz tak bra­ku­je tej pro­stej ra­do­ści?

Ktoś za­jeż­dża mi drogę, wy­bi­ja z me­lo­dii pły­ną­cej w gło­wie. Zręcz­nie go omi­jam, nie raczę nawet spoj­rze­niem. Mu­siał po­znać swój błąd po moim na­głym ha­mo­wa­niu kra­wę­dzią.

Sły­szę głos. Jakby ktoś się śmiał. Od­wra­cam na se­kun­dę głowę. Mu­sia­łem się prze­sły­szeć, choć obu­dzi­ło to wspo­mnie­nie żar­tów i zabaw pod­czas wspól­nych wy­jaz­dów z przy­ja­cie­lem. Mę­skie wy­pa­dy, szyb­kie zjaz­dy i praw­dzi­we, ma­ją­ce zna­cze­nie roz­mo­wy na wy­cią­gach. Coś, czego już dzi­siaj nie mam.

To koń­ców­ka. Koń­ców­ka koń­ców­ki. Na­stęp­ne­go zjaz­du nie bę­dzie.

Po­ja­wia­ją się myśli. Wrócę za rok? A może po­ja­dę w inne miej­sce? Może ostat­ni raz w życiu zjeż­dżam aku­rat do tej sta­cji? Po raz ostat­ni po­ja­dę aku­rat tym ski­bu­sem do fe­rien­woh­nun­gu? Dreszcz osta­tecz­no­ści prze­bie­ga po ple­cach. Nawet jeśli wrócę do­kład­nie tu, to za rok będę inny. Wła­śnie coś bez­pow­rot­nie tracę i choć­bym zro­bił wszyst­ko, nie mogę tego po­wstrzy­mać. Metr za me­trem, coś prze­mi­ja.

Wy­bi­ja mnie na mul­dzie, tracę ele­ganc­ki rytm zjaz­du.

Tyle może ulec zmia­nie przez rok. Chwi­la obec­na może już nigdy nie wró­cić. Każdy błąd może być osta­tecz­nym.

Gubię się po­mię­dzy bez­li­to­sną po­trze­bą do­ce­nie­nia trwa­ją­ce­go mo­men­tu a próbą nada­nia tej chwi­li ja­kiejś więk­szej, me­ta­fi­zycz­nej war­to­ści. Jak pod­czas uciecz­ki w kosz­ma­rze noc­nym, gdy zdaję sobie spra­wę, że choć bie­gnę naj­szyb­ciej, to opraw­ca wciąż się przy­bli­ża.

Pręd­kość traci smak. Ogar­nia mnie bez­rad­ność.

Ciało pod­świa­do­mie wy­ko­nu­je wy­uczo­ne ruchy, prze­zwy­cię­ża muldy, choć z każ­dym me­trem tracę kon­tro­lę nad jazdą. Myśli się gubią. Me­lo­dia w gło­wie jest rwana, nagła, znane mi ka­wał­ki mie­sza­ją się w okrut­ną ka­ko­fo­nię.

Czuję, że zaraz mogę upaść, choć nic nie je­stem w sta­nie z tym zro­bić.

Znów miga nie­bie­ska kurt­ka. Stara, wy­słu­żo­na. Białe narty do niej nie pa­su­ją. Ale w takim stro­ju tata wy­jeź­dzi­ł trasy w całej Eu­ro­pie. Za­wsze z cier­pli­wo­ścią, sza­cun­kiem dla nawet naj­mniej­szej góry.

Nagłe po­czu­cie pew­no­ści. Łapię kon­takt z cia­łem, ha­mu­ję ostrzej kra­wę­dzią. Szyb­kość ga­śnie, a wraz z nią uczu­cie bez­rad­no­ści. Chaos dźwię­ków cich­nie.

Od­dy­cham.

Za­trzy­ma­łem czas, nie muszę już roz­pacz­li­wie nada­wać tej chwi­li szcze­gól­nej war­to­ści. Czuję zwy­czaj­ną ra­dość.

Uśmie­cham się do czło­wie­ka w nie­bie­skiej kurt­ce. Od­wza­jem­nia uśmiech i macha do mnie.

Wy­star­czy­ło mru­gnię­cie, by już go w tam­tym miej­scu nie było.

Roz­glą­dam się po stoku – jest pusty. Nie ma grupy ludzi, dziew­czy­ny, przy­ja­cie­la, dziad­ków. Taty. To mój stok i mój zjazd.

Czuję spo­kój. Nie boję się.

Jadę dalej.

By do­koń­czyć ostat­ni zjazd.

A w gło­wie gra mi Into My Arms Nicka Cave’a.

Koniec

Komentarze

Obecność nieobecnych, jak dla mnie, spełnia wymogi fantastyczne.

Przez moment myślałam, że całość zakończy się wypadkiem i to będzie ten ostatni zjazd.

Moje dzieci marudzą, że nie byłyśmy w tym roku na nartach, chyba dam im to do przeczytania, niech mają swój sezon!;)

 

Ostatni raz wyjechałem na szczyt. Wokół mnie rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych szczytów.

Zatrzymały mnie powtórzone szczyty. Wiem, że w górach jest dużo, ale na otwarciu warto by coś pomyśleć.

delulu managment

Witaj. :)

Sprawy językowe i miejsca, które mnie zatrzymały (tylko – do przemyślenia):

Musiałem się przesłyszeć, choć obudziło to wspomnienie żartów i zabaw, podczas wspólnych wyjazdów z przyjacielem. – zbędny ostatni przecinek?

Gubię się pomiędzy bezlitosną potrzebą docenienia trwającego momentu, a próbą nadania tej chwili jakiejś większej, metafizycznej wartości. – tu nie jestem pewna, czy powinien być przed „a” (?)

Ale w takim stroju tata wyjeździły trasy w całej Europie. – tu posypała się składnia (”taty”, albo “wyjeździł”?)?

 

Szort wywołał u mnie potężną lawinę wspomnień i mimowolny płacz; bardzo mocno mnie wzruszył. :) Trafił prosto w serce, za co dziękuję. :) Nie wiem, o czym piszesz (w sensie dosłownym oczywiście, nie – metaforycznym), bo – z uwagi na poważną kontuzję w dzieciństwie – ja akurat nigdy nie trenowałam narciarstwa, tym bardziej zatem wyobrażam sobie, jak możesz poruszyć serca prawdziwych pasjonatów tego sportu. :) Odczytuję to jednak jako ogólny rozrachunek z dotychczasowym życiem bohatera. :) W wyjątkowo piękny, wręcz poetycko-nostalgiczny sposób opisałeś niby zwyczajny zjazd po stoku. Dodatkowe brawa za masę fachowych określeń. :) Jestem pod ogromnym wrażeniem. :)

 

Powinnam zachichotać teraz niekulturalnie, wręcz złośliwie, bo u nas ferie dopiero się zaczęły, lecz tego nie zrobię. :)))

 

Podwójny kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Hej

 

Wokół mnie rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych szczytów. W dolinie majaczą domki i wijące się drogi.

W tekście jest trochę za dużo “się” i “mi” postaram się to wyłapać :) 

 

To na moment nie jest mój świat. Mój jest tutaj, wysoko.

Dziś wygasa mój tygodniowy karnet.

Może pierwsze zdanie da się inaczej ubrać w słowa, jeśli nie to na pewno można wyciąć trzecie “moje” 

 

Wokół mnie tylko góry, to ich świat, do którego wykupiłem sobie czasowy wstęp. Teraz da mi on ostatnią, ukochaną emocję.

 

Niepotrzebna mi kontuzja na finiszu. Stok nie jest już idealny, a moje nogi są zmęczone.

Nie wiem czy na finiszu jak skończy zjazd, czy chodzi o to, że to finisz jego zjazdów dzisiaj. To “na finiszu” bym usunął.

 

Zbity śnieg skrzypi i zgrzyta pod nartami, gdy krawędzie szorstko trą o jego powierzchnię.

 Zrobiłbym coś z tym “jego”. Śnieg zgrzyta pod nartami, gdy krawędzie trą o zbitą powierzchnię.

 

Stok staje się bardziej stromy, ale ja mknę coraz szybciej. Mniej krawędziuję, rozpędzam się.

Stok jest coraz bardziej stromy ale nie zwalniam. – Wiemy, że stok jest stromy więc będzie szybko zjeżdżał ale dorzucasz, że mknie ( co już podkreśla prędkość), za chwilę, że szybciej. W drugim zdaniu, że nie używa krawędzi do hamowania ale i tak jeszcze dowalasz, że się rozpędza :D. Wiem już. Można to uprościć.

 

Kątem oka, przez gogle, dostrzegam z boku niebieską kurtkę

Zastawiłbym albo “kątem oka” albo “przez gogle” i jeśli kątem oka to chyba z boku już jest niepotrzebne. 

 

Przywodzi na myśl tatę, który wszystkiego mnie nauczył. Jego cierpliwość, wiedza i poświęcony czas zbierają teraz plon w postaci mojego eleganckiego zjazdu.

W głowie gra mi Nick Cave, którego tak lubił.

A też lubię :) Into My Arms Nicka Cave’a. Musiałem sobie odświeżyć ale za to odkopałem Loverman, o mamo jaki ten kawałek jest dobry :). I pewnie już wiesz, że w Nicku cenię sobie te bardziej mroczne kawałki, choć Into My Arms nic nie brakuje :) 

 

Nie mam zamiaru się zatrzymać, ale kilkuosobowa grupa stoi w poprzek, blokując czysty przejazd. Sunę w ich kierunku, licząc, że się przesuną.

 

Może -Nie mam zamiaru zwalniać, ale kilkuosobowa grupa stoi w poprzek – blokuje czysty przejazd. 

 

Nie przed każdym jednak świat się rozstępuje.

Fajne porównanie ale może – Nie przed każdym świat ustępuje. 

 

Zniesmaczenie zostawiam za sobą, staram się cieszyć.

Coś bym tu zmienił. “ Próbuję znów cieszyć się jazdą” 

 

Zimne powietrze wyciska mi z oczu łzy i zmraża podbródek

Już jutro przyjdzie znowu szarość, wieczne niedosięganie do ideału. Frustracja. Smutek. Rozgoryczenie.

Jutro znów przyjdzie szarość, wieczne niedosięganie do ideału – frustracja, smutek, rozgoryczenie.

 

Wzdycham, choć to trudne wobec prędkości.

Wzdycham, choć to trudne w czasie zjazdu? przy tak dużej prędkości? 

 

 Pozna swój błąd po moim nagłym hamowaniu krawędzią.

Nie wiem czy warto psuć obraz bohatera taką wredną zagrywką. No i “swój”. Ja bym usunął to zdanie. Albo Odwdzięczę się nagłym hamowaniem/ zajeżdżając drogę. Zdecydowanie bym usunął :P 

 

 To końcówka. Końcówka końcówki. Następnego zjazdu nie będzie.

To koniec – następnego zjazdu nie będzie. – chyba brzmi mocniej bez powtórzeń. 

 

Gubię się pomiędzy bezlitosną potrzebą docenienia trwającego momentu, a próbą nadania tej chwili jakiejś większej, metafizycznej wartości.

A to jest bardzo fajne :)

 

Ciało podświadomie wykonuje wyuczone ruchy, przezwycięża muldy, sunie na dół, choć tracę nad nim kontrolę. Melodia w głowie jest rwana, nagła, znane mi kawałki mieszają się w okrutną kakofonię.

Czuję, że zaraz upadnę, choć nic nie jestem w stanie z tym zrobić.

Tu mam problem. Najpierw ciał wykonuje wyuczone ruchy i przezwycięża muldy ale za chwilę traci kontrolę. Następnie wchodzi zamieszanie w głowie – ale porównanie do muzyki jest zbyt nagłe, wcześniej nic o tym nie było. I na koniec czuje, że upadnie i nie może nic z tym zrobić ale co z podświadomie wyuczonymi ruchami, już nie działają. Ja bym to uprościł. 

 

Ciało wykonuje, podświadomie, wyuczone ruchy – przezwyciężam muldy. Sunę w dół, a myśli w głowie się mieszają, czuję, że zaraz upadnę. 

 

 

Rozglądam się po stoku. Nie ma na nim nikogo. Grupy, dziewczyny, przyjaciela, dziadków. Taty. To mój stok i mój zjazd.

 

Rozglądam się po stoku – jest pusty. Nie ma grupy ludzi na półce, dziewczyny, przyjaciela. Taty. Ten stok i zjazd – są moje. 

 

Wymieniasz od najmniej ważnych – i prawidłowo dziewczyna jest niżej niż przyjaciel ;D 

 

By dokończyć ostatni zjazd.

ostatnią trasę? 

 

Bardzo fajny pomysł na przedstawienie, życia w postaci zjazdu na nartach. Nie tylko poznajemy bohatera ale szort ma mocny metafizyczny sznyt :). Podoba mi się – chyba zostałeś natchnięty “Utopię waszą utopię” czuć tu podobny klimat :). 

 

Klikam i pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Przyznam, ze zaczynałem czytać ze spora dozą sceptycyzmu za deklarowany brak fantastyki, ale opowiadanie było po prostu świetne.

Dziękuję.

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Ambush

Przez moment myślałam, że całość zakończy się wypadkiem i to będzie ten ostatni zjazd.

Myślałem o tym, ale mogłoby lekko skierować w stronę komizmu, a tego chciałem uniknąć.

Moje dzieci marudzą, że nie byłyśmy w tym roku na nartach, chyba dam im to do przeczytania, niech mają swój sezon!;)

Hahah, z jednej strony byłbym zaszczycony, z drugiej, nie wiem, czy chcę się stać takim narzędziem rodzicielskiej represji :). Choć wbrew tekstowi sezon jeszcze nie skończony, pisane raczej dlatego, że karnet skończył mi się przedwczoraj laugh

Dzięki śliczne za wizytę!

 

 

bruce

jest mi ogromnie miło, że tekst tak do Ciebie przemówił, tym bardziej, jeśli nie masz doświadczenia narciarskiego. Choć pod narty zapewne można podstawić dowolną aktywność, która daje poczucie wyzwolenia z codzienności. Tutaj akurat to miałem na bieżąco, pisząc na świeżo po powrocie z wyjazdu.

Zresztą to chyba pierwszy mój tekst bardziej od strony emocjonalnej niż wyobraźni fantastycznej jako takiej.

Powinnam zachichotać teraz niekulturalnie, wręcz złośliwie, bo u nas ferie dopiero się zaczęły, lecz tego nie zrobię. :)))

No cóż, jakoś to przeżyję laugh. Wasze ferie zanoszą się zatem mroźne, ale za to prawdziwie zimowe. Jako ciekawostkę dodam, że w Austrii śniegu było mało, a temperatury zdecydowanie wyższe niż u nas.

Podwójny kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :) 

Yay! To chyba moje pierwsze w historii zgłoszenie nominacyjne! Szczerze, to zupełnie się tego nie spodziewałem, ale cieszy :)

 

Poprawki oczywiście naniosłem.

 

Bardzo Ci dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

 

bardzie

cieszę się, że wpadłeś i bardzo dziękuję, że tak szczegółowo pochyliłeś się nad, w sumie skromnym, opkiem. Nie do wszystkie odnoszę się poniżej wprost, ale to w większości dlatego, że po prostu przyjąłem Twoją sugestię.

 

W tekście jest trochę za dużo “się” i “mi” postaram się to wyłapać :) 

Nie wrzuciłem w zaimkomierz i tak to się kończy :)

Nie wiem czy na finiszu jak skończy zjazd, czy chodzi o to, że to finisz jego zjazdów dzisiaj. To “na finiszu” bym usunął.

Tutaj zmieniłem – chodzi o to, że, po ludzku, głupio jest złamać nogę na ostatnich skrętach wyjazdu narciarskiego :)

Stok jest coraz bardziej stromy ale nie zwalniam. – Wiemy, że stok jest stromy więc będzie szybko zjeżdżał ale dorzucasz, że mknie ( co już podkreśla prędkość), za chwilę, że szybciej. W drugim zdaniu, że nie używa krawędzi do hamowania ale i tak jeszcze dowalasz, że się rozpędza :D. Wiem już. Można to uprościć.

Zgoda.

I Am Speed GIFs | Tenor

 

Acz aliteracja wyszła fajno moim zdaniem.

Zastawiłbym albo “kątem oka” albo “przez gogle” i jeśli kątem oka to chyba z boku już jest niepotrzebne. 

Zostawiam kątem oka i przez gogle, bo oba podkreślają ulotność i ułomność takiego spojrzenia, ale usuwam “z boku”.

Przywodzi na myśl tatę, który wszystkiego mnie nauczył. Jego cierpliwość, wiedza i poświęcony czas zbierają teraz plon w postaci mojego eleganckiego zjazdu.

Długo się wahałem, czy będzie jasne, że chodzi o ten zjazd tu i teraz. Ale w sumie napisałem “teraz”, więc mnie przekonałeś.

A też lubię :) Into My Arms Nicka Cave’a. Musiałem sobie odświeżyć ale za to odkopałem Loverman, o mamo jaki ten kawałek jest dobry :). I pewnie już wiesz, że w Nicku cenię sobie te bardziej mroczne kawałki, choć Into My Arms nic nie brakuje :) 

Właśnie dzięki tym mrocznym, te bardziej spokojne wchodzą jeszcze lepiej! Gość zresztą ma niezwykły głos: raz potrafi być ultrademoniczny, a w innym kawałku kojący.

Może -Nie mam zamiaru zwalniać, ale kilkuosobowa grupa stoi w poprzek – blokuje czysty przejazd. 

I słuszne to.

Nie przed każdym jednak świat się rozstępuje.

Fajne porównanie ale może – Nie przed każdym świat ustępuje

Wiem, że się uparłem na tę metaforę z Mojżeszem, ale jak ją wymyśliłem, to nie mogłem odpuścić. A dla pełnej mojżeszowości chciałbym zostawić “rozstępuje”.

Zniesmaczenie zostawiam za sobą, staram się cieszyć.

Coś bym tu zmienił. “ Próbuję znów cieszyć się jazdą” 

A widzisz, miałem tak pierwotnie, potem zmieniłem. Masz rację, wraca taka wersja.

Już jutro przyjdzie znowu szarość, wieczne niedosięganie do ideału. Frustracja. Smutek. Rozgoryczenie.

Jutro znów przyjdzie szarość, wieczne niedosięganie do ideału – frustracja, smutek, rozgoryczenie.

A taki zapis coś zmienia? Bo szczerze podoba mi się z równoważnikami, gdzie kropka daje większą pauzę niż dywiz.

 Pozna swój błąd po moim nagłym hamowaniu krawędzią.

Nie wiem czy warto psuć obraz bohatera taką wredną zagrywką. No i “swój”. Ja bym usunął to zdanie. Albo Odwdzięczę się nagłym hamowaniem/ zajeżdżając drogę. Zdecydowanie bym usunął :P 

Bardziej chodziło mi o oddanie tego uczucia. Bo właściwie ta komunikacja przebiega niewerbalnie, słyszysz czyjeś hamowanie już po zajechaniu drogi. Więc nie chodzi o rewanżyzm, ale o świadomość, która przychodzi z opóźnieniem. Delikatnie zmieniłem, może teraz jest jaśniej.

To końcówka. Końcówka końcówki. Następnego zjazdu nie będzie.

To koniec – następnego zjazdu nie będzie. – chyba brzmi mocniej bez powtórzeń. 

A widzisz, dla mnie odwrotnie. Pozwolę sobie w tym jednym miejscu zostawić powtórzenie jako zabieg “artystyczny”. Dodatkowo podkreśla, że zbliżamy się do “końca końca”, tak po churchillowsku to ujmując :)

Gubię się pomiędzy bezlitosną potrzebą docenienia trwającego momentu, a próbą nadania tej chwili jakiejś większej, metafizycznej wartości.

A to jest bardzo fajne :)

Trafiłeś, bo chyba z tego zdania jestem najbardziej zadowolony.

Tu mam problem. Najpierw ciał wykonuje wyuczone ruchy i przezwycięża muldy ale za chwilę traci kontrolę. Następnie wchodzi zamieszanie w głowie – ale porównanie do muzyki jest zbyt nagłe, wcześniej nic o tym nie było. I na koniec czuje, że upadnie i nie może nic z tym zrobić ale co z podświadomie wyuczonymi ruchami, już nie działają. Ja bym to uprościł. 

Prawda, troszeczkę zmieniłem, ale inaczej. Wątek melodii by wcześniej przy Cave’ie, ale dodałem też jedno zdanko. Do pewnego stopnia chciałbym to zostawić w takiej formie, bo odpowiada mojemu własnemu uczuciu, gdy nagle, brzydko mówiąc, w trakcie jazdy wszystko zaczyna się pieprzyć i na raz gra mi kilka utworów w głowie :)

Rozglądam się po stoku. Nie ma na nim nikogo. Grupy, dziewczyny, przyjaciela, dziadków. Taty. To mój stok i mój zjazd.

Rozglądam się po stoku – jest pusty. Nie ma grupy ludzi na półce, dziewczyny, przyjaciela. Taty. Ten stok i zjazd – są moje. 

Jw. w zakresie pauz i powtórzeń. Generalnie zgadzam się, żeby ich nie było, ale tutaj też chciałbym zostawić.

Wymieniasz od najmniej ważnych – i prawidłowo dziewczyna jest niżej niż przyjaciel ;D 

Pierwsza dziewczyna! Zresztą takowej nigdy nie uczyłem jeździć :). Obecna jest oczywiście najważniejsza (tym bardziej, że jej to będę podlinkowywał, więc niech wie, że jest najważniejsza! laugh).

By dokończyć ostatni zjazd.

ostatnią trasę? 

Zostawiam “zjazd”, bo jestem ciężko uzależniony od klamr kompozycyjnych, więc chciałbym zachować harmonię z tytułem i początkiem.

 

Noiśmy dobrnęli, chyba wszystko. Bardzo dziękuję, doceniam, że tak się w to wgryzłeś!

Bardzo fajny pomysł na przedstawienie, życia w postaci zjazdu na nartach. Nie tylko poznajemy bohatera ale szort ma mocny metafizyczny sznyt :)

Cieszę się :)

Podoba mi się – chyba zostałeś natchnięty “Utopię waszą utopię” czuć tu podobny klimat :). 

A może podświadomie trochę, zwłaszcza, że Utopię betowałem i nawet któryś komentarz przy niej pisałem wyjeżdżając gondolką :)

 

Dalekopatrzacy

bardzo mnie ucieszyła Twoja opinia, “świetne” to już bardzo mocne słowo :). To ja dziękuję za odwiedziny!

 

Serdecznie pozdrawiam Was wszystkich!

Pozdrawiam, trzymam kciuki, baaardzo dziękuję za tyle wzruszeń. heart

Pecunia non olet

A taki zapis coś zmienia? Bo szczerze podoba mi się z równoważnikami, gdzie kropka daje większą pauzę niż dywiz.

Jak przeczytasz na głos to zmienia :). Ale ok, tak też jest dobrze, choć ja bym to inaczej zapisał ;) 

 

Właśnie dzięki tym mrocznym, te bardziej spokojne wchodzą jeszcze lepiej! Gość zresztą ma niezwykły głos: raz potrafi być ultrademoniczny, a w innym kawałku kojący.

On ma coś takiego, że każdy kawałek jest bardzo emocjonalny – podchodzi na serio do tego co robi :) 

 

A widzisz, dla mnie odwrotnie. Pozwolę sobie w tym jednym miejscu zostawić powtórzenie jako zabieg “artystyczny”. Dodatkowo podkreśla, że zbliżamy się do “końca końca”, tak po churchillowsku to ujmując :)

Jasne, to tylko mój punkt widzenia i propozycje :). 

 

Noiśmy dobrnęli, chyba wszystko. Bardzo dziękuję, doceniam, że tak się w to wgryzłeś!

Ostatnio poprawiam swoje stare opowiadania, może znowu je wrzucę na portal, i poprawianie czyiś opowiadań bardzo mi pomaga w krytycznym spojrzeniu na własne teksty – więc też mam w tym interes ;),a przy okazji mogę coś tam pomóc :). Ale miło mi, że doceniasz :)

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Beeeecki, nie mam pojęcia o jeździe na nartach, ale „Ostatni zjazd” dał mi pewne pojęcie o sprawie. Nie przypuszczałam, że podczas jazdy można dostrzec taki szmat przeszłości i tak fajnie o wszystkim opowiedzieć. Wypada pójść do klikarni. :)

 

Ostat­ni raz wy­je­cha­łem na szczyt. Wokół mnie roz­po­ście­ra się mroź­ny, al­pej­ski kra­jo­braz ośnie­żo­nych gór. → Czy zaimek jest konieczny? Skoro wiemy, kto wjechał na szczyt, to wiadomo, wokół kogo rozpościera się krajobraz.

 

W do­li­nie ma­ja­czą domki i za­krę­co­ne drogi. → A może: W do­li­nie ma­ja­czą domki i kręte drogi.

 

Na krót­ki mo­ment nie na­le­żę do tego świa­ta. → Czy dookreślenie jest konieczne? Moment jest krótki z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pankovski dał Ci “6”, to ocena zasłużona, może fantastyki nie ma zbyt wiele, ale jest to coś, to po prostu świetne opowiadanie, z duszą, pozdrawiam. :)

Bardzo plastyczny opis.

Mój wyjazd na narty jeszcze przede mną, więc dziękuję za cudną zajawkę – już teraz poczułem klimat ośnieżonych stoków. 

Świetnie się czyta do Nick’a Cave’a – robi się z tego płynny zjazd, niemal jak w transie.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Czemu tak mało fantasy?:) Przyzwyczaiłeś mnie do fajnego high-fantasy a mimo to, przeczytałem i…

Nie zawiodłem się :) Trochę nostalgicznie, chociaż przyznaję, że osobiście mam bardzo duży problem z pisaniem opek/historii z 1-osoby. Ogólny ton nostalgiczny naprawdę jest w porządku lecz… no te fantasy. Liczyłem, że będzie jakiś mocny twist i szkoda :) 

Kliknę, bo mimo wszystko – fajnie pokazałeś nostalgię w tym krótkim tekście, a rzadko się zdarza mi że mi tak się to spodoba :) Nostalgia pisania przez przedstawicieli płci męskiej też potrafią być ciekawe, bo się uczuć domyśla z wydźwięku zdań , a nie dostajemy ich na tacy i to jest ok :]

Melendur88

Ojejku, ale Was tu przybyło. Super laugh

 

bruce heart

 

bardzie

Ostatnio poprawiam swoje stare opowiadania, może znowu je wrzucę na portal, i poprawianie czyiś opowiadań bardzo mi pomaga w krytycznym spojrzeniu na własne teksty – więc też mam w tym interes ;)

Ooo fajnie! To będzie ciekawe. Interesujące podejście, choć ja to chyba zawsze najwięcej uczę się z komentarzy Reg pod moimi tekstami laugh

 

Dzięki wielkie!

 

No i płynnie przechodząc,

Reg

Ostatni raz wyjechałem na szczyt. Wokół mnie rozpościera się mroźny, alpejski krajobraz ośnieżonych gór. → Czy zaimek jest konieczny? Skoro wiemy, kto wjechał na szczyt, to wiadomo, wokół kogo rozpościera się krajobraz.

Prawda to. Bard będzie szczęśliwy, wypadło kolejne “mnie” :)

 

Wszystko racja, poprawiłem.

Beeeecki, nie mam pojęcia o jeździe na nartach, ale „Ostatni zjazd” dał mi pewne pojęcie o sprawie. Nie przypuszczałam, że podczas jazdy można dostrzec taki szmat przeszłości i tak fajnie o wszystkim opowiedzieć.

Tak jak napisałem do bruce, myślę, że każdy ma kilka takich czynności, które przeżywa w sposób wyjątkowy, przy których głębsza refleksja przychodzi jakby naturalnie. Czasami tylko nie myślimy, żeby to opisać. Tutaj wszystko naprawdę powstało podczas zjazdów (choć nie tylko ostatniego – tę dramaturgię dodałem laugh).

 

Dziękuję za odwiedziny!

 

Maćku

taki trochę faktycznie tekst w Twoim stylu mi wyszedł, tym fajniej, że wpadłeś :). I tym bardziej mnie cieszy Twoja opinia, bo na takim pisaniu znasz się znakomicie. Dzięki!

 

Berigu

cieszę się, że tak to odebrałeś. I tym lepiej, skoro jesteś jeszcze przed, zazdroszczę! Chyba każdemu w głowie coś przygrywa podczas zjeżdżania laugh. Dzięki za odwiedziny! (i miłego wyjazdu, gdy on nastąpi!)

 

melendurze

hehe właściwie Twoje oczekiwania są pochwałą dla moich innych tekstów, więc dziękuję. To oczywiście bardziej pojedynczy wyskok w stronę takich nostalgicznych rozważań, fantasy jest domniemane i podstawowe, proszę się nie martwić!

Cóż, czasem człowiek po prostu się zamyśli, z dala od wszystkich elfów, orków, wiedźminów i tak dalej… Rzadko, ale bywa :)

Nostalgia pisania przez przedstawicieli płci męskiej też potrafią być ciekawe, bo się uczuć domyśla z wydźwięku zdań , a nie dostajemy ich na tacy i to jest ok :]

A i to ciekawe spostrzeżenie. Męska nostalgia wiadomo specyficzna, faktycznie wprost nie wypada wszystkiego mówić, a przecież też się zastanawiamy, rozważamy, wspominamy. Ale potrzebujemy jakiejś metafory, by to przedstawić. Interesujące :)

 

Dzięki za wizytę i klika!

 

Wszystkim Wam bardzo dziękuję! Humor przed powrotem do roboty poprawiony laugh

I przepraszam za zbiorczego tasiemca powyżej, ale każdy sobie wyodrębni bez problemu angel

Wokół mnie tylko góry, to ich świat, do którego wykupiłem czasowy wstęp.

To żaden błąd, ale zastanowiło mnie. W końcu nie płacimy górze, żeby móc z niej zjechać, tylko ludziom, którzy sobie roszczą do niej prawa. Podumałem chwileczkę.

Nie przed każdym świat się rozstępuje. Muszę przyhamować i ich ominąć. W końcu na jednego Mojżesza z sukcesem przypadają tysiące takich z porażką.

Fajne! Metaforyczne.

 

Bardzo mi się podobało. Wiem, że brak fantastyki to poważny zarzut tutaj, ale ja lubię czasem przeczytać coś bez niej. 

Metaforyczny tekst, dobrze napisany. Troszkę jakby oniryczny. Emocjonalny. Trafiłeś w moje gusta idealnie, można się zatrzymać i chwilkę podumać.

Gratuluję tekstu.

Z radością doklikuję do biblioteki.

Pozdrawiam!

 

EDIT: Chyba klików masz już wystarczająco, nie spojrzałem dokładnie, ale cóż – co szkodzi jeden dodatkowy laugh

You cannot petition the Lord with prayer!

Tak jak napisałem do bruce, myślę, że każdy ma kilka takich czynności, które przeżywa w sposób wyjątkowy, przy których głębsza refleksja przychodzi jakby naturalnie. Czasami tylko nie myślimy, żeby to opisać. Tutaj wszystko naprawdę powstało podczas zjazdów (choć nie tylko ostatniego – tę dramaturgię dodałem laugh).

Szanowny Autorze – efekt jest genialny! yes

Pecunia non olet

Bard będzie szczęśliwy, wypadło kolejne “mnie” :)

Beeeecki, jak zwykle miło mi, że mogłam się przydać, a przy okazji ucieszyć Barda.

 

…myślę, że każdy ma kilka takich czynności, które przeżywa w sposób wyjątkowy, przy których głębsza refleksja przychodzi jakby naturalnie.

Pewnie tak, tyle że ja byłam zdumiona, że pokazałeś wiele migawek z życia, a przecież taki zjazd nie trwa zbyt długo. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka