Roku pańskiego 1588, miesiąca 27 lutego, na ogarniętym zarówno słotą, jak i dogorywającą zimą, Dolnym Śląsku, w pokrytym zmrożonym całunem strzegomskim lesie, wraz z powoli chylącym się słońcem, jak i tym, co zwykle dźwięczy po dziczy, rozbrzmiało, znacznie głośniej niż powinno, czyjeś solenne narzekanie:
– Siedzimy tu od rana… i żywej duszy! – po długim przełamywaniu się, wysyczał do swego herszta, jeden z trzech będących pod nim rabusiów, skrytych w niedalekich od gościńca, resztkach przejmowanej przez matkę naturę, dawno już opuszczonej chałupy. – Powinniśmy wrócić pod Dobromierz. Tam zawsze coś wpadnie… Na pewno częściej, niż na tym wypizdowiu…
– Nie ty o tym decydujesz! Ja też nie! Dobrze wiesz, kto…! Zostaniemy tu do skutku i stul ten pysk! – wycharczał krępy herszt owej plebejskiej bandy, nieustannie i bacznie przyglądający się nieodległej drodze, przez wyszczerbiony otwór w ścianie ruiny ~ posępnie tkwiącej, w pokrytym śniegiem borze.
– Stopa…! – zwrócił się do herszta, jeszcze jeden z ich bandy. – Może Broda ma rację? Niedługo ciemnica i… i robi się zimno, a my dalej bez niczego. Może idźmy gdzie indziej, bracie? – ośmielony wypowiedzią towarzysza mizerny młodzik, zamiast pilnować swego nosa ~ to jest, skrytego w rogu chaty skromnego ogniska ~ nazbyt się zapędził.
– Zamknij się, Kijek! – warknął groźnie, herszt. – Wolę jak coś żresz, przynajmniej nie kłapiesz dziobem… Już mówiłem! Golgota kazał czaić się tutaj i tu się czaimy. Jak masz z tym problem, to z nim gadaj…
Suchy jak szczapa młodzik o nader zniewieściałej aparycji, przeląkłszy się, rozwarł szeroko swe płoche, piwne oczy, zaraz też głośno westchnął, po czym na powrót siadł, na powoli przejmowanej przez naturę polepie, gdzie począł dłubać weń swym smukłym kozikiem, w trakcie czego mrukliwie odburknął:
– Nie, nie chce… Ale nic nie poradzę, że mi zimno. Cholernych palców nie czuje…
– Stul pysk, kurwa jego mać! Najlepiej obaj się zamknijcie! – wybuchł ponownie krzepki herszt, głośnym, bo głośnym, nadal jednak szeptem.
Mówiąc to ani na trochę nie spuszczał z oka gościńca, którego obraz względnie prześwitywał przez przerzedzone zimą i oblepione białym puchem zarośla, jednak na tyle przenikliwe, by to on widział ofiarę, jednocześnie pozostając przez nią niezauważonymi. Podczas nerwowego oczekiwania, rozchodził się wśród nich świst hulającego po zdezelowanej chałupie wiatru, zaś ponad ich pozbawionymi strzechy głowami, co rusz skrzypiały i trzaskały rozhuśtane wichrem sosny. Gdzieś w oddali dudnił spracowany swym dziełem dzięcioł, a jeszcze gdzieś indziej, dość złowieszczo warkotało stadko zadziornych wron ~ zapewne płoszących podchodami zbyt zuchwałego względem nich drapieżcy.
Jednak rytmicznego dudnienia końskich kopyt czy kojącego pisku ~ najlepiej ~ kół obładowanego krociami kupieckiego taboru, czy wreszcie upragnionego odgłosu rozmów podążających leśnym duktem wędrowców, nie było ani widu, ani słychu.
Na to, głos zabrał kolejny z rzezimieszków, wiekowo najstarszy, bo chylący się już ku półwieczu, ale i poważnie szczerbaty, który to wśród wszystkich tam zebranych złoczyńców, miał największy posłuch u im przewodzącego:
– Mają raczje! Na tym zadupiu gówno tlafimy. Co najwyzej palobka albo jakiego innego łajse. Mało to ich łasi? – Zerknął na obserwowane przez herszta miejsce i dorzucił.– Jak kto miał jechać, to by jechał…
– Już mówiłem, tu mamy gnić aż coś nam wpadnie. I tak będzie! Chyba że, któryś z was położy za to głowę? Bo ja nie zamierzam. – Wyrwał się Stopa, by szybko i pewnie pod to dodać, ucinając temat. – O Dobromierzu zapomnij. Tamci pewno już pod Bolków poszli albo Jawor, albo… chuj wie gdzie. – Poprawił, uwierający go, zwisający z żaby, sfatygowany już nagi pałasz, dźwięczący jak sopel lodu o ~ równie nago wiszący ~ obuch, zgrabnego toporka.
Zaciągnął w płuca rześkie powietrze, po czym jeszcze bardziej wytrzeszczył wzrok w poszukiwaniu przemykającej w oddali sylwetki, mając nadzieję dojrzeć w końcu ~ kojącego jego nerwy ~ nieświadomego wędrowca, przy czym krótko wyznał:
– Inaczej bym to rozplanował, ale rozkaz to rozkaz. Już ty, Rubik, dobrze wiesz, że z Golgotą nie ma dyskusji.
W istocie, niemal całkowity ubytek w uzębieniu owego rabusia, sprawiony przez wspomnianego Golgotę, świadczył o tym doskonale.
– Dziw bieze… Ten bydlak sponiewielał i zbalamucił ci bratka, a ty mu slużysz? Ja bym go zabil… – szczerze wyseplenił, uniesiony zbójca.
Herszt nawet na to nie drgnął, jedynie, tak zimno i nieczule jak tylko potrafił, dorzucił, co o tym wszystkim sądzi:
– On łazi i robi jak baba, w dodatku ma niewyparzony ryj. Sam jest sobie winien. Nie mam zamiaru dawać za to gardła. A ty, Rubik, lepiej uważaj przeciw komu gadasz, bo możesz dostać więcej, jak byś chciał.
Zapadła między nimi grobowa cisza, od czasu do czasu urozmaicana suchym pokasływaniem czy jadowitym splunięciem, jak i sykiem sporadycznie opróżnianych z nadmiaru gilów nozdrzy. W końcu chylące się nad drzewa lutowe słońce, poczęło wydawać z siebie blado purpurowy, mieszany z cynabrem, ale i zmącony stalowym błękitem, promień, wyraźnie bijący w oczy ~ spomiędzy gęstego igliwia, poutykanych wśród strzelistych sosen, puchatych jodeł i listowia sporadycznych kęp brzezin ~, tym wyraźniejsze stawały się jego snopy, kiedy poczęły wcinać się niby rozgrzany nóż, w z wolno unosząca się z ziemi mroźną mgiełkę.
Wraz z tym, jak i z coraz bardziej dającym o sobie znać zmierzchem ~ a tym samym i zimnem ~, poczęły nawarstwiać się nerwowe szepty samych rabusiów, od początku nie bardzo przekonanych co do ich pobytu w tym jałowym w zdobycze miejscu, co też nie uszło uwadze ich poirytowanego, zaaferowanego czymś herszta.
– Cisza, kundle! – warknął Stopa, w skupieniu wpatrzony w gęstwinę. – Coś, żem słyszał. Jakby…? – Poniosło wtedy od strony gościńca wyraźnym psim szczeknięciem, po tym zaś karcącym go człowiekiem. – Szybko, gaście ogień, za skały… – bez ogródek zostało im rozporządzone.
Niby ciemne zjawy, rabusie ukradkiem przemknęli nieco bliżej linii drzew ~ a i bliżej samego gościńca ~, kryjąc się za będącą tam parką strzelających z ziemi głazów. Będąc w pełnej gotowości do z dawna wyczekiwanej napaści i obłowienia się czyimiś dobrami, a przede wszystkim, do wykazania się przed swym zwierzchnikiem, okrutnym Golgotą, hersztem ponad miejscowe herszty, który to począł tracić cierpliwość do ich ostatnio mało efektywnej ~ pomijając będącego niegdyś zaciężnym, Stopę ~ złożonej z pospolitego chamstwa szajki. Po niedługim zaś czasie padł na nich czarny cień jeźdźca, o uwieszonym przy boku potężnym mieczysku i niemniej potężnej halabardzie, wbitego w nie byle blachy, bo przedni i bogato zdobiony srebrzonymi inleyami kirys mediolański, naturalnie do pary z lekkimi bigwantami oraz równie nietuzinkowy dzwoniastym burgonetm ~ hełmem z wydatnym stalowym grzebieniem i bufiastym piórem. Jeździec ów, po dokładniejszym okazaniu się, bił po oczach dumnym rycerzem, niesionym na zdobnej wojskowej kulbace, przez obitego w żelazo i grubą skórę, mocarnego konia wojennego ~ destriera. Już na pierwszy rzut oka, dało się dojrzeć i pojąć, że żaden z czających się w cieniu zbójów, ani nawet wszyscy razem, nie mieliby z takowym wojem najmniejszych szans, a co tu dopiero mówić o odsieczy reszty jego towarzyszy, ospale ciągnących za nim sznurem. Tak też kolejny z jeźdźców, również wyglądający na wprawnego rycerza, choć o wiele uboższego, bo osłoniętego jedynie skórzaną brygantynę i prostym kapalinem, to jednak miał on przy sobie wyraźnie pobłyskujący i długi na ponad ramię rapier oraz potężną, nabitą już kuszę. Wszystko to błyszczało w oczach rabusiów niby ~ podświetlane w różowiejącym świetle zachodzącego właśnie słońca ~ klejnoty, wielkie bogactwa sobą zapowiadając. Nagle, opasły Broda wyrwał się do rabowania, szybko jednak został zawrócony przez czujnego herszta, po czym trzaśnięty w pysk i usadzony tam, gdzie jego miejsce.
– Jeszcze raz, chujcu, a cię wypatroszę – zasyczał spomiędzy zaszłych czernią zębów, ledwie miarkujący się Stopa.
– Siedź i czekaj, durniu – dorzucił, chyba najbardziej rozgarnięty z nich wszystkich, a i nieco już kulawy ~ bo niewolny od podagry ~ Rubik.
Tymczasem, niewiele dalej, tuż za dwójką owych rycerzy, snuł się trzeci z podróżnych, nieposiadający na sobie jakiegokolwiek pancerza, a jedynie dworską houppelande z brązowej skórki i czarny chaperon w koguci grzebień.
Mimo to nie był on kompletnie bezbronny, gdyż wyraźnie widniał, przewieszony przez jego plecy arkebuz, z kolei przy siodle, tak jak u jego poprzednika, dyndała gotowa do strzału poręczna kusza i skałkowa krócica, niewielki zaś morgenstern, najnormalniej w świecie wciśniętym był za jego pas ~ a właściwie za satynową, soczyście zieloną szarfę. Nad to przed wytrzeszczonymi ślepiami, skrytych w cieniu niegodziwców, śmignęło nagle ~ najwyraźniej prące na sam przodek kolumny ~ ogromne, zdające się być jedną ciemną masą, rozbuchane psisko, równie, co przodujący rycerze, obite w zbroje, a dokładnie w nabijany żelaznymi ćwiekami segmentowy pancerz z utwardzanej skóry, ciągnący się po jego potężnym grzbiecie, od samego zadu, aż po opasane w kolczastą obręcz, solidne karczycho. Wszystko to całkowicie zmogło nadzieje dybiących na cudze bogactwa, zaległych w zaroślach rabusiów, wszak ich marzenia o krociach ~ jakich to, tym razem mogliby się nachapać i długo nie martwić się o swój dalszy los ~, prysnęły bezpowrotnie i definitywnie, dokładnie tak, jak pryska mydlana bańka. I gdy już przemknęły przed nimi, ciągnięte na ostatku dwa konie juczne z większością dobytku ~ za nimi zaś trzy zapasowe wierzchowce ~, wówczas, mimo iż wymarzony dobrobyt był dosłownie na wyciągnięcie ich złodziejskich rąk, przewodzący grupie, zapewne, idąc po rozum do głowy, nie wydawał żadnych, nawet najmniejszych oznak do ataku. Zasadniczo tkwił on za skałą w całkowitym bezruchu, dosłownie tak, jakby za jakimś czarem sam w takową się przepoczwarzył.
Na co, najciszej jak to możliwe, rzucił celnym pytaniem jego brat:
– Stopa… co teraz?
Ten jednak, po chwili odrętwienia, chyżo się uśmiechnął i równie chyżo wycedził, najwyraźniej, doszedłszy właśnie do jakiegoś ~ we własnym mniemaniu ~ zuchwałego planu:
– Tera? Tera, to upieczemy dwa świniaki na jednym ogniu. Chodźta!
I ruszyli w tylko sobie znanym kierunku, tylko sobie znaną ścieżką…
• • •
„O tym zaś, co też działo się dalej, a działo się niemało, dowiecie się już niebawem. Ręczę za to słowem! Oczywiście prócz wspomnianego bezhołowia na gościńcach, w czasach tych wieku XV i XVI działy się sprawy znacznie donośniejsze, nieporównywalnie wręcz ważniejsze, często odciskając swe gorejące piętno na całe nawet królestwa i narody. Przykładowo w styczniu Jan Zamoyski wyruszył z Krakowa ku starciu z arcyksięciem Maksymilianem Habsburgiem, gdzie to wojska polskie w bitwie pod Byczyną wygrały, wspierając wybór Zygmunt III Wazy na króla Polski. A i dalej w Europie działo się niemało, gdyż to papież Sykstus V powołał Congregatio pro Sacri Ritibus (Świętą Kongregację Obrzędów), uściślając sprawy beatyfikacyjne i kanonizacyjne, ale też kwestie wszelkich świąt, odpustów, obrzędów i świętych relikwii. Również i w Hiszpanii się zakotłowało, gdy to Wielka Armada króla Filipa II porwała się na Anglię, by w bitwie pod francuskim Gravelines zostać doszczętnie zniszczoną przez flotę królowej Elżbiety I ~ w czym też lwią część swych zasług miał dziejący się podczas starcia sztorm.
Wróciwszy jednak do sfery bardziej przyziemne, o znacznie mniejszym wpływ na dzieje europejskich królestw czy światowych imperiów, a bardziej rzutującej na sprawy niewielkiego w obliczy powyższych księstewka, czas zacząć historie Duxa i jego nieustraszonej kompanii”.