Mój debiut. Mam nadzieję że nie jest tak źle.
Mój debiut. Mam nadzieję że nie jest tak źle.
Inżynier Głowacki wraz z technikami kończył załadunek drewnianych skrzyń w ładowni Artemisa-3, lekkiego frachtowca, na stacji Aurora w układzie Patoz-3 w trzecim sektorze galaktyki. W doku obok kilkudziesięciu przemęczonych górników z czwartego sektora właśnie wysiadało z transportowca. Głowacki pomyślał o tym, jakim jest szczęściarzem, że mieszka w pierwszym sektorze i że nie musi codziennie ryzykować swojego życia, aby zarobić na życie.
– Ostrożnie z tym towarem! – krzyknął naukowiec do inżyniera. – Zawiera wrażliwe elementy półprzewodnikowe!
– Ach… półprzewodnikowe, tak? – zapytał z niechęcią Głowacki. – A co dokładniej?
– Ładunek plombowany. Czymkolwiek by to nie było, ma zostać dostarczone w nienaruszonym stanie.
Głowacki nie był pewien, czy chce w ogóle wiedzieć, jaki towar znajduje się na pokładzie. Ładunek był zaplombowany, co oznaczało, że miał jakieś znaczenie dla Syndykatu, a zazwyczaj oznaczało kłopoty, których wolał uniknąć.
– Wszystko gotowe – powiedział inżynier, siadając do swojego stanowiska nawigacyjnego.
– Okej, startujemy – oznajmił kapitan Wiśniewski. – Rutkowska, odpalaj silniki, Głowacki, kurs na Kal-Zo, planeta trzecia – rozkazał kapitan, zerkając na swoje notatki.
– Region wojskowy? – zdziwił się inżynier.
– Kontrakt rządowy – odparł kapitan.
Głowacki odpalił swój sprzęt, który wydał charakterystyczny, wysoki pisk, który zadzwonił w uszach. Wskazówki na panelu zaczęły wariować, a ekran kineskopowy zaczął się powoli rozświetlać. Inżynier musiał chwilę odczekać, zanim sprzęt się uspokoił, po czym od razu zaczął wytyczać trasę. Ustawił odpowiednio pokrętła i suwaki, aby wytyczyć trasę. Po ustawieniu kursu, nagrał go na kasetę autopilota, a następnie przekazał kapitanowi, który umieścił ją w czytniku. Statek wystartował, a po wyjściu z atmosfery przeszedł w lot transkwantowy.
Frachtowiec sunął w przestrzeni międzykwantowej od trzech godzin. Głowacki, siedząc w fotelu nawigatora, pilnował przyrządów, kiedy nagle na panelu nawigacyjnym zapaliła się czerwona żarówka ostrzegawcza.
– Kapitanie… mamy… mamy jakiś problem – zaalarmował niepewnie Głowacki.
– Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony kapitan.
– Zdaje mi się, że… – nawigator bacznie przyglądał się panelowi. – Tak… zbaczamy z kursu.
– Czemu?
– Najprawdopodobniej coś zakłóca system nawigacyjny – odparł Głowacki, wstając ze swojego stanowiska. – Jeżeli tego nie naprawimy, jest duże ryzyko, że zboczymy z kursu na tyle, że wpadniemy w pole grawitacyjne jakiegoś ciała niebieskiego.
– Zakrzewski, zajmij miejsce nawigatora – wydał rozkaz kapitan. – Rutkowska, idź z Głowackim sprawdzić problem.
Głowacki wyciągnął z szafki latarkę i masywny analizator widma. Idąc korytarzem, wpatrywał się w zielone linie na wypukłym ekranie, próbując znaleźć źródło zakłócenia. Niestety spełniła się jego największa obawa - sygnał pochodził z ładowni.
– Co teraz? – zapytała Rutkowska, wchodząc do ładowni.
– Zobaczymy, może te zakłócenia nie są takie złe – westchnął Głowacki. Podszedł do telefonu wiszącego przy pobliskiej ścianie i wykręcił numer do swojego stanowiska.
– Halo? Jakie mamy odchylenie kursu?
– Ponad 0.3 stopnia.
– Szlag… – przeklął głośno inżynier. – Coś wykombinuję – powiedział, odkładając słuchawkę.
– Nie można wziąć poprawki na te zakłócenia?
– Nie… są nieliniowe.
Nagle cały statek zadrżał i zgasło światło. Po chwili w ładowni rozbłysły czerwone lampy awaryjne.
– Cholera, pewnie przelecieliśmy przez pole grawitacyjne jakiejś asteroidy – zaniepokoił się Głowacki. – Miejmy nadzieję, że żaden duży obiekt nie stanie statkowi na drodze…
– Może powinniśmy ją otworzyć? – zaproponowała Rutkowska.
– Oszalałaś? – zdenerwował się inżynier. – Przecież za zerwanie plomb grozi od 10 lat ciężkich robót w sektorze czwartym.
– A jest jakieś inne wyjście?
– Nie wiem, ale wolę umrzeć niż gnić w tej…
Nagle w skrzyni rozległ się głośny huk, przez który obaj technicy zadrżeli. Po chwili niepokoju Głowacki zbliżył się ostrożnie do skrzyni. Pochylił się nad nią, kiedy nagle rozległ się drugi, głośniejszy huk, przez który skrzynia zadrżała. Głowacki gwałtownie podskoczył i odsunął się ostrożnie od skrzyni.
– Musimy ją otworzyć! – podniosła głos Rutkowska – Jak ty tego nie zrobisz, ja to zrobię!
– Mówiłem ci już, wolę umrzeć…
– Jak nie otworzymy tej skrzyni i tak najpewniej wpadniemy w jakieś pole asteroid! – krzyknęła Rutkowska, wyciągając łom z pobliskiej szafki. Zbliżyła się do skrzyni. Ze środka dobiegł trzeci, najgłośniejszy huk. Skrzynia podskoczyła, a plomby na jej wieku się zerwały. Rutkowska upuściła łom, który wydał metaliczny dźwięk stykając się z podłogą. Wieko skrzyni nagle się podniosło. Ze środka wyłoniła się ludzka sylwetka, ale nie był to człowiek. Całe ciało pokryte było metalicznym materiałem, a zamiast twarzy miał czarną, szklaną powierzchnię. W ładowni zapadła cisza.
– Co to do cholery jest? – wyszeptała przerażona Rutkowska.
Głowa urządzenia powoli obróciła się w ich stronę.
– Czego od nas chcesz? – wykrzyknął Głowacki.
– R. P. SIERRA. PAUZA. ZERO. TRZY. – wydobyły się skrzeczące słowa z maszyny. – ZLIKWIDOWAĆ. ZAGROŻENIE.
Metaliczne słowa maszyny odbiły się echem w ładowni.
– Co masz na myśli? – zapytała niepewnie Rutkowska – “Zlikwidować zagrożenie”?
– ZLIKWIDOWAĆ. ZAGROŻENIE. – odparło urządzenie
Głowacki podszedł szybko do telefonu. Wykręcił numer na mostek, ale słyszał tylko szum. Czuł, że coś jest nie tak.
– Jakie mamy opcje?
– Cholera… – wymamrotał inżynier. – Idź na mostek i powiedz kapitanowi o zajściu. Ja tego popilnuję.
Kompanka Głowackiego wyszła kilka chwil wcześniej. Inżynier bacznie, ale z odległości wpatrywał się w maszynę. Nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Urządzenie miało ręce, głowę, nogi, a do tego mówiło. Ale ta mowa nie brzmiała jak nagranie. Wydawała się być prawdziwa, ludzka, generowana w czasie rzeczywistym, ale brzmiąca ostro, nienaturalnie.
– ANALIZA. KOMPLETNA. ZAGROŻENIE. ZLOKALIZOWANE. – wybrzmiał komunikat maszyny. Urządzenie wyszło ze skrzyni i udało się w stronę wyjścia z hangaru. Głowacki bacznie podążał za obiektem, ale zachowywał dystans. Każdy krok wydawał głośne, metalowe stuknięcie. ”Cholera, gdzie ta Rutkowska…” – pomyślał zaniepokojony. Gdy urządzenie napotkało skrzyżowanie dróg, zatrzymało się na środku i jednym, mechanicznym ruchem skręciło w prawo i poszło dalej prosto. Głowacki na pamięć znał układ statku i wiedział, że ta droga prowadzi do sterowni. Maszyna podeszła do drzwi i energicznym ruchem je otworzyła. Sterownia była pełna elektronicznych maszyn, umieszczonych w metalowych szafach, każda odpowiedzialna za inną rzecz. Przy jednej z nich kapitan czemuś się przyglądał, a po usłyszeniu, że ktoś wchodzi odwrócił się.
– Głowacki, co to kurwa jest?! – zapytał drżący kapitan.
– Nie mam pojęcia. Może być niebezpieczne – odpowiedział niepewnie Głowacki.
Maszyna zmierzała w stronę kapitana, stawiając ciężkie kroki.
– ZAGROŻENIE. ODNALEZIONE. CEL: ZLIKWIDOWAĆ ZAGROŻENIE. – Rozniósł się echem głos maszyny. Z prawej ręki maszyny wysunął się rozgrzany metalowy pręt. Inżynier i kapitan zamarli. Urządzenie powoli ruszyło w stronę szafy. Kapitan próbował nieudolnie zasłonić się jej drzwiami.
– Głowacki, zrób coś do cholery! – krzyknął kapitan.
Inżynier rozglądnął się po sterowni, ale nie dostrzegł niczego, co mogłoby pomóc. Rzucił się na maszynę łapiąc ją od tyłu za szyję, ale ta ani drgnęła. Dalej szła pewnym krokiem. Głowacki zaczął szarpać ją za głowę, kiedy nagle maszyna się zatrzymała.
– NIE. PRZESZKADZAĆ. CEL: ZLIKWIDOWAĆ. ZAGROŻENIE. – poinformowało urządzenie, po czym zrobiło mocny zamach całym ciałem, co spowodowało odrzucenie inżyniera do drzwi sterowni. Głowacki próbował wstać z pleców, ale ból spowodowany upadkiem go unieruchomił. Maszyna nieubłagalnie zbliżała się do przerażonego kapitana, który zamknął oczy i był przygotowany na najgorsze. Urządzenie otworzyło lewą ręką drzwi szafy, za którymi chował się drżący kapitan. Czuł charakterystyczny zapach rozgrzanego metalu. Był na tyle blisko pręta, że mógł poczuć jego promienujące ciepło.
– NIE. PRZESZKADZAĆ. CEL: ZLIKWIDOWAĆ. ZAGROŻENIE. – powtórzyła maszyna. Zdziwiony kapitan otworzył oczy i spojrzał niepewnie na urządzenie. Maszyna przesunęła go lewą ręką, a następnie zaczęła manipulować w elektronicznym obwodzie. Głowacki otrząsnął się i podszedł do kapitana.
– Więc… damy mu skończyć? – zapytał inżynier.
– Mamy jakieś inne wyjście? Prawie wykitowałeś jak próbowałeś to zatrzymać! – odpowiedział kapitan.
Większość personelu technicznego zebrała się wokół pracującej maszyny. Technicy szeptali między sobą przypatrując się dziwnej istocie. Maszyna pewnie wykonywała swój cel. Co jakiś czas podchodziła do szafki z częściami i brała po jednej części, wymieniała ją, i wyrzucała starą do kosza. Nagle, po kilku cyklach swojej pracy, maszyna zatrzymała się. Podeszła do głównego przełącznika zasilania, wyłączyła go i włączyła z powrotem. Po chwili ciszy nagle światło główne ponownie rozbłysło.
– ZAGROŻENIE. ZLIKWIDOWANE. – wybrzmiały słowa maszyny. Ruszyła w stronę drzwi, gromadząc za sobą tłum zaciekawionych techników.
– Zakrzewski, sprawdź zmiany w tamtym układzie – rozkazał kapitan.
– Tak jest… – rozczarował się technik.
Urządzenie kroczyło korytarzem statku, stawiając pewne, wykalkulowane kroki. Po tym jak dotarło do ładowni z jego brzucha wysunęły się jakieś cztery, podłużne, bordowe, kawałki materiału, które spadły na ziemię. Maszyna położyła się w skrzyni a następnie zamknęła za sobą wieko. Głowacki podszedł do obiektów pozostawionych na ziemi i okazało się, że zostawił plomby Syndykatu. Inżynier popatrzył na kapitana, pokazując znalezisko, a ten kiwnął tylko głową w stronę skrzyni. Technicy pomogli przybić wieko z powrotem do skrzyni, a inżynier usunął pozostałości starych plomb i starannie przykleił nowe.
Trzy dni później, lot dobiegał końca. Wśród załogi wciąż krążyły plotki i niepokój na temat przewożonego ładunku. Większość trzymała się od ładowni z daleka, a niektórzy ciekawscy spoglądali tylko na tajemniczą skrzynię. Na mostku panowała napięta atmosfera. Przed przylotem do portu kapitan zarządził spotkanie najważniejszego personelu technicznego w swoim biurze. Kapitan chodził w kółko, spoglądając co jakiś czas przez okno. Głowacki zapukał i wszedł do pomieszczenia. Chwilę później przybyła Rutkowska. Kapitan westchnął.
– Głowacki, napisałeś raport z incydentu? – zapytał kapitan.
– Tak jak pan kazał, kapitanie – odparł przekazując dowódcy kartkę.
– ”W wyniku przegrzania komponentów doszło do awarii systemów autopilota” … – czytał cicho kapitan – “Jednak dzięki szybkiej reakcji porucznika inżyniera Głowackiego i chorąży Rutkowskiej udało się wykryć awarię i naprawić wadliwy system”…
– Jest pan pewny, że nie powinniśmy tego zgłosić? – zaprotestował Głowacki, marszcząc brwi.
– Absolutnie! – sprzeciwiła się głośno Rutkowska.
Kapitan wyjrzał przez okno przedłużając czas odpowiedzi.
– Marzą ci się wakacje w czwartym sektorze? – zironizował kapitan.
Głowacki odwrócił wzrok od kapitana i zamilkł. Po dokładniejszym przejrzeniu raportu kapitan odprawił swoich podwładnych. Udał się na mostek, aby przygotować się do podejścia do celu.
– Wychodzimy z międzykwantowej za 3…2…1… – odliczyła Rutkowska, po czym przez statek przeszła mocna fala uderzeniowa. Przez okno widać było orbitującą wokół planety ogromną stację z legionem myśliwców i statków wojskowych.
– Identyfikacja – rozległ się na mostku głos nadawany ze stacji.
– Artemis-3, zezwolenie 4A57O – odpowiedział oficer komunikacji.
– Możecie lądować w doku siódmym – poinformował głos ze stacji.
Po wylądowaniu kapitan okazał wojskowym zezwolenie i list przewozowy, a technicy z Głowackim na czele poszli rozładować towar.
– Czy lot przebiegł zgodnie z planem? – zapytał wojskowy oglądając dokumenty.
– Tak – skłamał kapitan.
– Czy ładunek nie został uszkodzony?
– Nie – odparł kapitan po krótkiej chwili milczenia.
– Świetnie… – Wojskowy coś zapisał. – Po rozładunku możecie odlatywać.
Kapitan udał się na mostek i po rozładunku statek wystartował.
– Doktorze, obywatele nie zgłosili zastrzeżeń dotyczących pańskiego ładunku. – zaraportował wojskowy doktorowi. – Jednak plomby na skrzyni nie są oryginalne.
– Niedobrze… – powiedział doktor spoglądając przez okno na oddalający się statek. – Ale fakt, że frachtowiec tu dotarł, świadczy o tym, że jednostka spisała się dobrze. Za dobrze. Sama wybudziła się z uśpienia. Trzeba będzie to poprawić… – wymamrotał doktor zapisując coś w notatniku.
– Doktorze, proszę nie zapominać, że projekt jest ściśle tajny.
– Doskonale o tym wiem – odparł oschle doktor. – Nie możemy zostawić żadnych świadków. Zrozumiano?
Żołnierz kiwnął twierdząco głową. Podniósł telefon, wykręcił jakiś numer i wydał rozkaz.
– Kapitanie… na radarze widać dwie jednostki zbliżające się w naszą stronę – poinformował Głowacki.
– To nie może oznaczać nic dobrego. Pełna moc na… – Nie zdążył dokończyć kapitan, kiedy oślepiająca wiązka przebiła statek na wylot, a ciała załogi zostały wessane przez próżnię.
– Cel zlikwidowany. Wracamy do bazy – poinformował przez radio jeden z pilotów.
Witam i gratuluję debiutu :]
No i cóż, jak to z debiutami bywa, nie mogę powiedzieć, żeby ów debiut mnie zachwycił.
Po pierwsze jest tu całkiem sporo błędów. Niektóre, choć z pewnością nie wszystkie, pozwoliłem sobie wypisać pod kreseczką. Spora część z nich to techniczne usterki (”-“ zamiast “–” w dialogach), mimo wszystko utrudnia to czytanie.
Fabuła też nie zmiotła mnie z planszy. Pomysł, że tajemnicza maszyna zamiast niszczyć statek, naprawia go, jest fajny, natomiast nie udało się zbudować poczucia zagrożenia potrzebnego, żeby taki twist zadziałał – żadne z zaprezentowanych zagrożeń nie jest szczególnie bezpośrednie (zbaczamy z kursu i co? Umrzemy od tego? Nie możemy skręcić albo nadać S.O.S? A jeśli faktycznie umrzemy – to kiedy? Za rok?), dodatkowo czytelnik niewiele wie o postaciach, są one tylko nazwiskami, nie ma więc szczególnej motywacji, by przejmować się ich losem.
Zakończenie jest zaskakujące, ale niestety kompletnie dla mnie niezrozumiałe – na czym miałby niby polegać ten eksperyment? Puszczamy robota naprawczego samopas i właściwie po co? Żeby zobaczyć, jak zareaguje załoga? Zabiliśmy stado ludzi, żeby sprawdzić, czy robot jest straszny?
Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej!
4 sektora
Liczebniki w beletrystyce zapisujemy zazwyczaj słownie: czwartego sektora.
W doku obok, kilkudziesięciu przemęczonych górników z 4 sektora, właśnie wysiadało z transportowca.
Oba przecinki niepotrzebne.
-Ostrożnie z tym towarem! – krzyknął naukowiec do inżyniera. – To wrażliwe elementy półprzewodnikowe!
Na początku wypowiedzi powinna być półpauza (–), a po niej spacja (prawdopodobnie zresztą nie pozmieniało Ci się w edytorze właśnie dlatego, że tych spacji nie ma). Ten błąd jest w każdej wypowiedzi zasadniczo.
rozkazał kapitan[,] zerkając na swoje notatki.
Przecinek między “rozkazał” a “zerkając”.
Idąc korytarzem[,] wpatrywał się w zielone linie na wypukłym ekranie[,] próbując znaleźć źródło zakłócenia.
Tak samo. Imiesłów przysłówkowy tworzy równoważnik zdania, więc musi być wydzielony przecinkami.
Dodatkowo ten drugi imiesłów (”próbując”) określa tu cel czynności, czego się nie powinno robić imiesłowem. Proponowałbym całe zdanie zmienić: “Szedł korytarzem i wpatrując się w zielone linie na wypukłym ekranie, próbował znaleźć źródło zakłócenia”, albo jakoś tak.
odpowiedział Głowacki[,] wzdychając
Przecinek, ponownie gdyż imiesłów. A najlepiej “westchnął Głowacki”.
Głowacki wpatrywał się w skrzynie[,] rozważając możliwe wyjścia z tej sytuacji.
powiedziała Rutkowska[,] wyciągając łom z pobliskiej szafki.
Niestety spełniła się jego największa obawa, kiedy okazało się, że sygnał pochodzi z ładowni.
To jest trochę wedle uznania, ale tu nie chodzi o konkretny moment/czas, więc zamiast “kiedy” dałbym po prostu myślnik.
Coś wykombinuje.
Literówka.
Urządzenie powoli ruszyło w stronę szafy. Kapitan próbował nieudolnie zasłonić się drzwiami szafy.
Nagle cały statek zadrżał i zgasło światło. Po chwili w ładowni zapaliło się czerwone światło.
Powtórzeń warto unikać.
asteroidy. – zaniepokoił się
Skoro małą, to bez kropki.
a zamiast twarzy, miał czarną
Nieuzasadniony przecinek.
poinformowało urządzenie[,] po czym zrobiło mocny zamach całym ciałem[,] co spowodowało odrzucenie inżyniera do drzwi sterowni
Przecinki między orzeczeniami.
Urządzenie otworzyło lewą ręką drzwi szafy, za którymi schował się drżący kapitan.
Nie jest to zasadniczo błąd, ale IMO lepiej “chował” – on się schował przed chwilą, teraz się chowa.
Po wylądowaniu kapitan okazał wojskowym zezwolenie i list przewozowy, a technicz z Głowackim na czele.
Coś tu się skićkało.
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Czołem!
Zakapior zakapiorzył już powyżej, zatem u mnie krócej.
Faktycznie popraw ten zapis dialogów na półpauzy zamiast dywizów i daj spacje przed, usuń kropki, gdzie nie potrzebne. W sekcji “Hyde Park” znajdziesz serię poradników, które są ogromnie przydatne w zakresie dialogów i innych. Polecam skorzystać.
Masz sporo powtórzeń czasowników. Warto to zmienić. Polecam czytanie na głos, łatwiej wyłapać.
Podobnie zaimki, nie wszystkie są potrzebne. Dobrze zadać sobie pytania, czy dany zaimek, zwłaszcza dzierżawczy, faktycznie coś wnosi.
Historia jest o czymś, to na plus. Równocześnie jednak nie wiemy do końca, o czym, brakuje jednoznacznego wyjaśnienia. Jakiś eksperyment, jakieś poświęcenie materiału ludzkiego. Wszystko jakieś, ale nigdzie nie wiem, co to dokładnie znaczy. Niedopowiedzenia są super, ale nie mogą być większością.
Storytelling też trochę kuleje, bo masz miejsca, gdzie zdecydowanie należałoby podbudować napięcie, zrobić krótsze zdania, wpleść mroczne szczegóły.
No i liczebniki. Zapisujemy słownie.
Gratuluję debiutu, fajnie, że przybyłeś na Portal. Czytaj, pisz i korzystaj!
Pozdrawiam!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
GalicyjskiZakapior, beeeecki – dzięki za wizyty!
Dialogi poprawiłem, przecinki powstawiałem, liczebniki pozmieniałem. Czasowniki postarałem się nieco zróżnicować, a zaimki w miarę zredukować. Zakończenie też trochę zmieniłem, bo poprzednie było niejasne. Więcej grzechów nie pamiętam, a za krytykę serdecznie dziękuję.
Zdecydowanie przyjemniej się na to patrzy. Aczkolwiek ja końcówki wciąż nie łapię na tyle, by mnie to satysfakcjonowało. Ale to może być moja wyjątkowa ułomność, bynajmniej nie wykluczam 
Dodam jeszcze, że mamy na Portalu takie coś jak “betalistę”. Polecam sobie w Hyde Parku doczytać, bo to bardzo przyjazna rzecz dla poprawy tekstów przed publikacją :)
Powodzenia!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...