Niekanoniczne. I tak już długo czekało, niech żyje.
Niekanoniczne. I tak już długo czekało, niech żyje.
ONELIA
Jazda polna jest to jazda lekkiego znaku, a woła się ją zwyczajem „polni”. Polni dzielą się w dwójnasób: jedni odziani wnoszą zbroyę albo pancerz i szyszak i mają jeden albo dwa bandolety i jedną długą szablę i rohatynę; drudzy zaś polni tylko w sukniach samych służą i rażą wroga z łuku albo strzelby. Za przysłowiem jednak powtarzając „każden polny sam pan wolny, zatem każdy broni używa według własnej fantazyi, która jest dalece większa aniżeli w innych formacyiach wojennych. Poruszają się bez harmat i taborów, tak zwanym komunikiem. Walczą głównie w województwach wschodnich, przy samej granicy Ryterii i Asterii, skąd od tych drugich przyjęli sposób walki jako swój własny.
~ „Rzecz o jeździe polnej w województwach wschodnich Królestwa Ryterii”, J. Łukawski
1
Było już dobrych kilka tygodni po asterskim święcie Zejścia, gdy pan Sambor Zabrajski wraz z towarzyszami polnymi Pihowskim i Kawką zajechał do ziemi ostałowskiej, zaczynającej się zaraz za rzeką Ostką, a kończącej aż za szerokimi jak morze rozlewiskami Rusłej.
Przez bród Ostki przeprawili się późnym popołudniem. Słońce, które jeszcze w ciągu dnia przygrzewało wcale niezgorzej, wisiało teraz nisko nad horyzontem, dopalając się za poszarzałą linią ściernisk i przerzedzonych jesienią sadów. Jeszcze tylko hen na zachodnim niebie skołtunione chmury wciąż buchały czerwienią jakby rozpalane od wewnątrz, podczas gdy wszędy wkoło zaczynała się noc. Wraz z jej nadejściem wstawały coraz dłuższe cienie i mroźne mgły. Zaraz nad srebrzącym się niczem lustro jeziorem płonęły ogniska, od których jak warkocze ciągnęły się siwe kłębowiska dymów.
Nie zdziwiły nikogo z towarzyszy polnych psy, które zaraz za brodem opadły ich wściekłą sforą i obszczekały. Nie zdziwiło nikogo też, że psy poszły w diabły po pierwszym wystrzale z bandoletu puszczonym bardziej z przekory niż z potrzeby.
Towarzyszy polnych zdziwiła natomiast cisza.
Wcześniej na szlaku była czymś normalnym, wręcz oczekiwanym, wszak z nadejściem jesieni życie wygasało, ginęło, przepadało gdzieś w jarach i wykrotach. Obojętnie mijali więc żerdzie z opustoszałymi bocianimi gniazdami czy porzucone legowiska lawiszek, które gadzim zwyczajem pochowały się przed zimą w swoich niby-krecich norach.
Teraz jednak ciągnęli główną drogą, wiejską wprawdzie, ale solidną, ubitą i tak szeroką, że nieraz mogli jechać i jeden obok drugiego. Zazwyczaj na takich szlakach spodziewano się jeśli nie wielkiego ruchu, to przynajmniej schodzących z pól chłopów, zmierzających do wsi na nocleg bardów i kupców, względnie zwykłych włóczykijów czy dziadów proszalnych.
– Z pastusich ognisk wciąż biją dymy, ale ludzi jakby wiatr wywiał – mruknął Sambor, poprawiając zjeżdżający mu z czoła kołpak z bażancim piórem.
– Ciemno wszędzie, głucho wszędzie i tylko szukać w polu licha czy innego biesa, panie Zabrajski.– Aleksander Pihowski od dłuższego czasu przeczesywał krzaczastą brodę. – Psiakrew, nie spodziewałem się, że będą nas wódką witać, ale jakoś… No, żadną miarą mi się tu nie podoba.
– W Brzegach było podobnie.
– W Brzegach stawiliśmy się dzień po weselu i chamstwo wciąż jeszcze zalegało jakby pokotem. Taką zabawę mieli, że stodoły nie dogasili jeszcze po drugim kogucie.
– Też prawda.
– Poza tym Brzegi są całkiem nasze i z naszych wyrosły korzeni. A tutaj? Gdzie się nie obejrzysz, to jakieś asterskie pozostałości, których nikt nie kwapi się wykorzeniać. Sam zresztą popatrz: widzisz kapliczkę przy jeziorze? Gotów jestem założyć się o konia z rzędem, że przetrwała tylko przez obawę, że jej zniszczenie sprowadzi na nich klątwę. Chłopy się pewnie boją, że krowy przestaną się cielić, w studniach zaroi się od żab, a baby będą rodzić się z kuśkami.
– Ech, Pihowski, Pihowski…
– Dawno ci już mówiłem, że powinieneś zrobić z tym porządek. Dobra, szkoda gadać po próżnicy. Pośpieszmy konie, bo źle to mówić o suchym pysku, a zdaje mi się, że za jeziorem to już ten twój Ostałówek się bieli.
– Najwyższa pora. – Sambor westchnął ciężko i pomasował mimowolnie dokuczające mu od dłuższego czasu biodro. Po raz kolejny obiecał sobie, że tym razem pozwoli sobie na dłuższy sen. Po raz kolejny miał świadomość, że nic z tego nie wyjdzie.
Jedynie Kawka nic nie mówił. Prowadził tylko konia ze znudzoną miną i drapał się co jakiś czas to po orlim nosie, to po zawiniętym przegubie od kilku dni naznaczonym pokaźną szramą. W powietrzu bzyczały komary.
Wieczorną ciszę przerwał wrzask.
Od szuwarów oderwała się nagle czarna chmara spłoszonego ptactwa, ktoś z polnych zaklął, ktoś wyprostował się nagle jak struna. Zaraz zniknęła z towarzystwa senność: błysnęły w zmierzchaniu dobyte nie wiadomo kiedy szable i poderwane lufy bandoletów.
– Mówiłem – powiedział Pihowski, sięgnąwszy swoim zwyczajem po nadziaka. – Mówiłem, psiakrew, że to podła okolica. Skąd ten…
– Cichaj!- Sambor zamarł z bandoletem gotowym do strzału.
Zamilkli.
Nie od razu to usłyszeli; dopiero po chwili, gdy wiatr zelżał, dało się słyszeć znad jeziora ni to łkanie, ni zawodzenie.
– Oneelkaa!
– Ki czort? – mruknął Kawka, marszcząc czoło. – Utopiec czy inne licho?
– Raczej ani jedno, ani drugie. – Sambor spiął konia. – Bywaj tu!
Podjechali żywo do poszarzałej ściany szuwarów przeplatanej trzcinami i oczeretami. Tutaj łkanie było słychać wyraźniej.
– Widać tam coś? – zagadnął Pihowski, bawiąc się nadziakiem.
Sambor nie od razu odpowiedział. Podjechał jeszcze bliżej zarośli, gdzie grunt był już mniej pewny, bagnisty. Jego koń prychnął niezadowolony, ale rotmistrz zignorował humory wierzchowca. Stanął w strzemionach i rozejrzał się wśród dziczy jak jastrząb za królikiem. I zaraz sam parsknął.
– Masz pan, panie Pihowski, swojego utopca.
Towarzysz polny zmarszczył czoło, nic nie rozumiejąc. Podjechał, zeskoczył na błotnisty brzeg i zaraz wolną ręką rozgarnął trzciny.
Oczom polnych ukazała się niewielka ławica rzeczna usypana głównie z piachu i mułu, raczej skąpo porośnięta. Zielonkawa woda pluskała cicho o brzeg, zostawiając na przymulisku opadłe liście. I oto na tej ławicy siedział brudny chłop, najwyraźniej wioskowy idiota, bosy i zarośnięty. Dłubał zapamiętale w nosie, spoglądał gdzieś w przestrzeń i łkał cicho, co jakiś czas tylko powtarzając jedno słowo.
„Onelka”.
– Masz szczęście, chamie, żeśmy nie posłali na oślep palby w krzaki – powiedział z wyraźną ulgą Sambor i poprawił żelazną antabę przy bandolecie.
Chłop spojrzał na nich niezbyt rozgarniętym wzrokiem i pociągnął nosem.
– Oneelkaa! – zawołał znowu w przestrzeń.
– To chyba asterskie imię? – Pihowski spojrzał niepewnie na Sambora.
– Brzmi po wschodniemu, więc może być. Cały jest?
– Tak się zdaje. Tylko na głowie ułomek, jak zresztą widać. Patrz jak wierci w nosie, zaraz gotów dokopać się do jakiejś rudy. Ha, kto wie, Samborze, może więcej takich górników w okolicy biega?
– Wracajmy na szlak. – Zabrajski westchnął ciężko. Jego wiernemu kompanowi widocznie wracał charakterystyczny rubaszny humor, ale sam już nie wiedział, czy to powód do radości. – Szkoda czasu na wioskowego głupka. Poślemy kogoś ze wsi, żeby zabrał go stąd przed nocą.
Jeżeli będzie kogo posyłać – dopowiedział w duchu.
2
Do Ostałówka dojechali wkrótce potem.
Jak się okazało, wieś wcale nie była opuszczona. Wręcz przeciwnie – jeszcze gdy jechali wzdłuż usłanego listowiem jeziora, dało się słyszeć niosące się po wodzie jakieś nadzwyczajne poruszenie. Wnet nad szum wiatru wybiła się wrzawa właściwa znacznym zgromadzeniom, która stawała się tym intensywniejsza, im bardziej zbliżali się do celu. I jakaś dziwna nuta, złowroga i nieprzyjemna, dźwięczała nad tym wszystkim.
– Coś mi się wydaje, mości panowie – powiedział nagle Kawka, prostując się w siodle. – Że mają tam wcale niezły jarmark.
I rzeczywiście: przed wioską zebrali się chyba wszyscy mieszkańcy Ostałówka. W czerwonej poświacie dogasającego słońca kotłował się czarny motłoch najeżony widłami i światłami pochodni. Straszny wrzask wisiał nad tym wszystkim.
– Uwielbiam jarmarki. – Pihowski westchnął ciężko. – A zwłaszcza takie z widłami i pochodniami. O, patrz, dobrze widzę? Wóz z gnojem wytoczyli? Ha, znaczy się samosąd. To co, Samborze? Po naszemu?
Sambor nie odpowiedział. Zmarszczył tylko czoło i gładził w zamyśleniu wąsa. W końcu zaś bez ostrzeżenia sięgnął po bandolet i ruszył w kierunku tłumu. Towarzysze nie czekali – poszli zaraz za nim.
W pierwszej chwili myśleli, że rotmistrz po prostu wpadnie w tłum i zacznie tłuc motłoch na oślep; tak szybko pędził na swoim Pałaszu. Stał w strzemionach nisko pochylony, a przy tym rozpędzony jak wściekły wilk w polu. Gdyby w takim tempie uderzył na wieśniaków, niechybnie położyłby kilku samą tylko mocą pędu.
Nie uderzył. Nie położył.
Zaraz przed tłumem zwolnił konia i wypalił w powietrze z bandoletu; rozżarzona kula jak iskra wypaliła ku purpurze wieczornego nieba.
Tłuszcza zamarła, a wrzaski ucichły jak ucięte nożem.
– Można wiedzieć – zawołał, spoglądając z góry na hołotę. – Co tu się wyprawia?
Szmer szeptu przetoczył się przez tłum, ktoś z tyłu krzyknął coś niezrozumiale i znowu zaczął robić się harmider, nikt jednak z tłumu nie odważył się odpowiedzieć rotmistrzowi. Sambor poruszył się niespokojnie, wypatrzył wśród ludzi rozlatującą się furmankę z gnojem. Na gnoju leżał człowiek.
Zabrajski zaklął pod nosem i wjechał koniem między wieśniaków, rozpychając ich na boki bez pardonu. Pałasz zatrzymał się dopiero przed barczystym mężczyzną o parszywej aparycji miejscowego zabijaki. Chłop trzymał dyszel fury i najwyraźniej nie zamierzał go puszczać.
– Jak cię zwą? – zapytał Sambor, wychylając się z siodła.
– Rzepa… panie.
– Co tu robisz, Rzepo?
– Pilnuję, żeby ten, o tu, nie uciekł…
Leżący na wozie nie wyglądał na takiego, który miałby uciekać. Miejscowi pobili go tak okrutnie, że trudno było nawet oczekiwać, że będzie w stanie sam się podnieść, a co dopiero biegać.
– A kto to jest? I czym wam w ogóle zawinił, żeście się z nim obeszli gorzej niż ze szlachtowaną świnią?
– O, panie! – Rzepa machnął masywną łapą. – Żebyście to wiedzieli, jaką wy teraz świniom krzywdę czynicie, że je z tym czartem równacie! Świnie chociaż żyją z pożytkiem dla dobrych ludzi, a ten tutaj to najgorszy pomiot, jaki żył między nami, a knuł i w konszachty wchodził ze złemi…
– Mówicie o nim jak o najgorszym biesie – rzucił flegmatycznie Kawka, który chwilę wcześniej wraz z Pihowskim stanął za rotmistrzem. – A dotąd jeszcze jego imienia nie poznaliśmy. Kto zacz?
– Ten tutaj zwie się Domagoj, bodajby go…
– A bodajby go i dwa razy. Nuże, odpowiedzcie na pytanie rotmistrza, wszak nie za imię go tak oprawiliście?
– E, gdzie za imię! Toć czarownik przecie i to najpodlejszy, bo po nocach czaruje…
– Czarownik? – Zabrajski coraz bardziej rozeźlony zeskoczył z Pałasza i podszedł do fury tak szybko, że Rzepa puścił nagle dyszel, który z mokrym plaśnięciem upadł w błoto. – A po czym to miarkujecie? Albo to zaklęcia czy uroki na was rzucał?
– No… uroki…
Sambor złapał Domagoja za nadgarstek i spojrzał na dłoń zmaltretowanego wieśniaka. Długo tak patrzył i oglądał rękę chłopa, to z jednej, to z drugiej strony, szukając czegoś najwyraźniej. Potem zaś oparł się o burtę fury, spojrzał w ziemię i znieruchomiał na chwilę.
– Aleksandrze… – powiedział w końcu głosem drżącym z tłumionej furii. – Weźcie proszę z Kawką tego… Domagoja… I zabierzcie czym prędzej do gospody. Tam go umyjcie i opatrzcie.
– Panie! – zawołał Rzepa. – Co wy zamierzacie uczynić, przeca mówię…
Nie skończył.
Sambor dopadł go jak żbik. Choć wieśniak był dalece wyższy od Zabrajskiego, rotmistrz zdzielił go w szczękę i tylko tym jednym ciosem powalił na ziemię. Zanim ktokolwiek z tłumu zdążył podnieść wrzask, wyszarpnął szablę i rzucił się w kierunku tłumu.
– Wieprze nieczyste! O tym wam prawiłem, tego was uczyłem?! Sami sądy sobie sprawujecie? Dawać mi tu majątnika! Ale już! Do mnie!
I począł miotać się tak z wściekłością, nawołując i wyklinając, a dotychczas skotłowana tłuszcza cofała się zaskoczona tym nagłym wybuchem furii i szablą, która w migotliwym świetle pochodni błyskała jak błyskawica, gdy tłukł płazem każdego, kto tylko się napatoczył.
– Skurwysyny! – sapnął w końcu, gdy przeszła mu pierwsza złość. – To ja za was karku nadstawiam, pilnuję, a wy tu sobie sami…
– Mówiłem ci, żeś niepoprawny idealista – rzucił Pihowski, podchodząc do wozu. Przestąpił nad leżącym w błocie Rzepą, który trzymał się za rozbitą głowę i zawodził rozpaczliwie. – Chamstwo będziesz zasad sprawiedliwości uczył, kiedy oni nawet widelca nie umieją trzymać…
– Za dużo gadasz. Łapcie wóz i zabierzcie mi tego nieszczęśnika sprzed oczu. Mąjątnik! Więcej nie będę wywoływać!
Dość już przerzedzony tłum zafalował i w końcu wystąpił zeń łysy człowiek z pokaźnym brzuchem i nie mniej pokaźnym wąsem. Twarz miał brzydką, nalaną, co w połączeniu z małymi przestraszonymi oczkami tworzyło doprawy karykaturalny obrazek.
– Borkus. – Zabrajski przypomniał sobie imię powołanego przed rokiem majątnika. – Mogę spytać, dlaczego w mojej wsi, którą dałem ci pod opiekę, urządzacie sobie burdel?
– Panie… Ja…
– Sra, nie ja. Prowadź do siebie, mamy do pogadania.
Majątnik rozejrzał się wkoło rozpaczliwie, ale pokrzykujący jeszcze przed chwilą tłum stopniał już niemal całkowicie. Widły i pochodnie gdzieś zniknęły – zostało tylko kilku mężczyzn, którzy pod nadzorem towarzyszy polnych zaczęli pchać wóz z powrotem w kierunku otoczonej wałem wsi.
3
Dom majątnika właściwie nie różnił się wiele od zwykłego chłopskiego trojaka. W zacienionym kącie, zaraz za plecionym płotkiem, kotłowały się tłuste świnie i gęsi. Pośrodku izby było palenisko z zawieszonym nad nim garem, za paleniskiem zaś stały ława i skrzynia. Sypialnię od reszty domostwa oddzielono cienką ścianą z plecionki, gliny i chrustu, w której zostawiono wąski otwór na świecę łojową. Świeca cuchnęła i kopciła okropnie.
– Może… Może wódki? – spytał majątnik, spoglądając niepewnie na rotmistrza. Przestąpił z nogi na nogę. – Coby tak tu o suchym pysku nie gadać… Bimberek też mam, dopiero co…
– W rzyć sobie wsadź ten bimberek – warknął Zabrajski. – Siadaj, bo ja nie usiedzę.
Majątnik przycupnął na najbliższym zydlu. Pociągnął nosem i począł wodzić oczami za rotmistrzem, który jak pomurnik krążył po izbie.
– Ten człowiek na wozie… Domagoj, tak? Czym wam zawinił?
– O, panie! Bo to długo by mówić…
– Więc mów krótko i treściwie. – Sambor westchnął ciężko, z trudem powstrzymując wybuch. – Wspominaliście coś o czarach?
– A tak, panie, wspominaliśmy, bo i o czary w tym wszystkim chodzi, i o gusła. O gusła! Żebym to ja wiedział, jakie tu siły nieczyste się zalęgną, to bym babkę i matulę w Moczydle chował albo i dalej, w Brzegach, coby spokój miały, a nie jak teraz, o! Każdej nocy przy księżycu bojam się, czy one gdzieś tam bidule na pola nie chodzą, nie snują się między wierzbami, bo im spoczynek coś mąci…
– Borkus, cholera, ty mi o Domagoju miałeś mówić, a nie o babkach i matulach…
– Kiedy tu o Domagoja właśnie się rozchodzi! Szelma zawsze wydawał się jakiś taki dziwny, jakiś inny. Do sfernicy chodził rzadko, a ostatnio w ogóle, gwiazdom czci nie oddawał, a na zwiezdnika patrzył spode łba i nieprzychylnie. Baby po wsi plotły, że to przez to, że zwiezdnik mu jakąś przykrość powiedział, ale kto by tam babom wierzył. A potem masz: pierwszy kogut po święcie Zejścia, a tu kapłan na samym środku wsi poszarpany gorzej niż suknia w noc poślubną. Przykry widok, dzieciaki się wydarły, baby płakały, a my już trzeci miesiąc bez posługi jesteśmy… Zrobiliśmy mu ładniutką mogiłkę na cmentarzu za sfernicą, ale jakoś tak dziwnie nam było, nieprzyjemnie, bo jak to: zwiezdnika ubić? I to tak bezbożnie?
Sambor zamarł, utkwił badawczy wzrok w ospowatej twarzy majątnika.
– Nikt mi nie mówił, żeście kapłana stracili… – powiedział cicho.
– A bo kto miał mówić? Jesień tuż-tuż, zapasy trzeba robić, nikt domu nie chciał zostawiać… Chociaż strach było w tym domu siedzieć. Już wtedy zrozumieliśmy, że to zły omen, ubicie takiego dobrego człowieka. Bo dobry był ten zwiezdnik, choć lubiał sobie popić i podobno baby szczypał czasem, ale kto bym tam babom wierzył…
– Borkus…
– No i to był pierwszy trup.
– Pierwszy?
– Ano, pierwszy, pierwszy… – Majątnik zapatrzył się posępnie w trzaskający w palenisku ogień. – Potem był Chołek Kożuczek, też dobry chłop. Ojcu na gospodarce pomagał, pił równo, a silny był niby smok… Za tym, panie, to dopiero dziewuchy się oglądały! Mieszkał zaraz na brzegu wioski. Sam go zresztą wcale lubiłem, chłop był na schwał. A teraz masz taki los: leży niedaleko zwiezdnika.
– I temu Chołkowi… Co mu się stało?
– Licho wie. To samo, co kapłanowi: rozrzucony po placu, ale oporządzony przy tym tak, żeśmy ledwie twarz poznaliśmy… Biedna matka rozum postradała, ojciec też zaniemógł, bo wielkie w nim nadzieje mieli, a tu takie nieszczęście.
– Był ktoś jeszcze?
– Jak dotąd to tyle, panie. – Majątnik wzruszył ramionami. – Ale póki Domagoj żyje, póty Ostałówek nie będzie spał spokojnie.
– Borkus. – Sambor wznowił krążenie po izbie, tym razem bardziej nerwowo. Zaczął nawijać na palec bujny wąs. – Snujesz opowieści o ludziach, których coś poszarpało tak straszliwie, że ledwie trupy byliście w stanie rozpoznać… Że jest źle we wsi i nerwowo, to widzę i bez twojej opowieści, ale skąd w tym wszystkim do cholery Domagoj? Z tego co widziałem, to człowiek lichej postury…
– Lichej postury i podłego serca.
– Niechby był i podłego serca. Borkus, czy ty mnie masz za idiotę?
– Ja… – Majątnik pobladł. – Jakże to? Ja… Nie śmiałbym!
– Więc mów mi zaraz, co wam ten człowiek zawinił? Czemu go tak urządziliście? I skąd pomysł, że to akurat on? Bo kapłan krzywo na niego spojrzał? A Chołek co, nie zszedł mu z drogi?
– A to rzecz jasna jak słońce, panie! Tu Onelia wszystkiemu winna!
Sambor przystanął i spojrzał z ukosa na chłopa.
– Co znowu za Onelia? – spytał. Kilka kroków i już stał nad majątnikiem i spoglądał na niego z góry świdrującym wzrokiem.
– No… Onelia. – Borkus skulił się w sobie. – Była tu taka jedna…
– Była? Kolejna zamordowana nocą przez chłopa lichej postury i podłego serca?
– Ano nie. Dusza ją opuściła przed rokiem, na dziurawię zmarła. Ta Onelia to piękna dziewucha była, szyja jak u łabędzia, buzia rumiana i zawsze wesoła, ale choróbsko oszpeciło ją okrutnie i szybko zabrało w piach… Chołek strasznie za nią płakał.
– I co ma do tego Domagoj?
Borkus zawahał się, spojrzał niepewnie na rotmistrza.
– Jak mówiłem – majątnik zaczął nagle mówić bardzo szybko. – Onelka to była cudna dziewucha. Wszystkie młode chłopaki za nią biegały, bili się nieraz, ino jeden Domagoj nijak nie miał do niej ciągot. Baby mówiły, że on jest odmieniec i dlatego… rozumiecie… Ale kto by tam babom wierzył!
Sambor przygryzł wargę.
– Onelka też to przyuważyła i chyba dla hecy próbowała uwodzić Domagoja. Widzicie, panie, ona już taka trochę była: młoda i gładka przepióreczka, zawsze chętna do łóżeczka.
Zabrajski skrzywił się, gdy twarz majątnika rozciągnęła się w obleśnym uśmiechu odsłaniającym aż nazbyt brudny i wybrakowany garnitur zębów.
– Ona zresztą w ogóle ani myślała o zamążpójściu – podjął opowieść. – Chłopakami bawiła się niby malowanymi lalkami czy kolorowymi chustami, niejeden łeb dał sobie za nią rozbić, a i obłapić po wódce się nie wstydziła, taka to była dziewucha!
– Borkus… – upomniał go coraz bardziej zniecierpliwiony Sambor. – Co było między Domagojem a Onelią?
– A nic w końcu. – Majątnik wzruszył ramionami. – Tak przynajmniej powiadają. Na weselu u Kocuchów ponoć lgnęła do niego w stodole tak, że ledwie się odpędził, a potem zdybał ich Chołek. No więc pożaliła się Onelka, że Domagoj do niej się dobierał, tyle że ten, nu… Nie od strony piczy, za przeproszeniem pana, ino od drugiej. Chołka furia straszna wzięła, nie wiadomo czy od złości na dziwactwa Domagoja, czy z zazdrości, no ale co… Pobili się okrutnie.
– I co potem było?
– Ano nic. Dziewczyna wkrótce zmarła, Chołek pił z rozpaczy, a teraz nie ma ani dziewczyny, ani Chołka. A Domagoj jak był, tak jest. Źle nam życzy ten człowiek, panie. I źle to wsi wróży, że ciągle dycha cały i zdrów. A mściwy, że hej! Od razu wiedzieliśmy, że zawiść go trzyma i zawiść ta musi znaleźć w końcu ujście. I znalazła, psia mać, znalazła…
W izbie zapadła cisza. Majątnik nic już nie mówił; siedział po prostu zadumany i gapił się w palenisko. Ogień trzaskał cicho, rzucając po chacie długie cienie.
– Słuchaj, Borkus, twierdzisz, że Domagoj czerpał z Nurtu – powiedział Sambor po dłuższej chwili. – Że używał magii, guseł. Jesteś tego pewien? Masz jakieś dowody? Widziałeś w ogóle jego dłonie?
– A po co miałem mu na łapy patrzeć? – zdziwił się Borkus. – Albo to ja zwiezdnik jestem, coby ludziom patrzeć na ręce?
– Magia to nie żarty, Borkus. Oskarżasz Domagoja o nieczyste praktyki, a to gardłowa sprawa. Dlatego pytam: czy masz dowody, że Domagoj używał magii?
– Toć każda baba we wsi powie…
– Kto by tam babom wierzył – warknął zirytowany Zabrajski. – Kręcisz coś, Borkus, a ja jestem albo za głupi, albo zbyt zmęczony, by rozeznać, co konkretnie. Wrócimy jeszcze do tej rozmowy.
Zanim chłop zdążył cokolwiek odrzec, Sambor wstał i wyszedł z chałupy. Przez otwarte drzwi wpadło do izby chłodne nocne powietrze.
Chwilę później płomień świecy łojowej zakolebał się, zamrugał i zgasł.
4
Sinyia już dawno wzeszła, gdy wyszedł na opustoszały plac.
Okolona pierścieniem błękitna planeta miała właśnie swoją pełnię i sprawiała, że noc była jaśniejsza niż zazwyczaj. Kolos świecił przy tym tak mocno, że nawet rozsypany na nocnym niebie kalejdoskop gwiazd zdawał się blaknąć przy jego ogromie. Była jednocześnie w tej bladoniebieskiej poświacie jakaś dziwna groza, która sprawiała, że okoliczne chałupy, pochylone i zaniedbane, kojarzyły się raczej z kurhanami, aniżeli z ludzkimi siedliskami. Cisza, która od nich biła, zdawała się być ciszą opuszczonego cmentarzyska; próżno Sambor nasłuchiwał dobiegających z kurnych chat rozmów, odgłosów pijatyki czy choćby szczekania psów.
Dziwna okolica – pomyślał Zabrajski, poprawiając mimochodem szablę. Dziwna i nieprzyjemna.
Kroki skierował prosto do gospody, która stała zaraz przy bramie wjazdowej. Budynek nie był duży, ale przynajmniej jako jedyny w okolicy nie wyglądał, jakby miał się zaraz zapaść, a do tego miał nawet piętro. W oknie głównej izby tliło się światło. Słabe, anemiczne, ale zawsze jednak światło. Nie spodziewał się zastać wewnątrz wielkiego tłumu, zwłaszcza mając w pamięci opustoszały szlak. Z drugiej strony takie miejsca zawsze przyciągały ludzi. Zresztą…
– Oneelkaa!
Aż podskoczył, słysząc z pobliskiej chałupy przytłumione zawodzenie. Spojrzał w tamtym kierunku, ale nie dojrzał nic szczególnego; małe okienko wychodzące na plac było puste i ciemne.
Zwykły głupek – powtórzył sobie, wchodząc do gospody. Zwykły, wioskowy głupek.
Mimo to gęsia skórka trzymała go jeszcze długo.
5
W innych częściach Riterii zajazdy i gospody zazwyczaj pękały w szwach; w powietrzu unosiły się dym i ostry zapach alkoholu, a izby pełne były przyjezdnych z najróżniejszych stron świata. W takich miejscach spotykali się Tutowie, Felsowie, Lyowianie, a nawet nieludzie. Nierzadko bywało tak, że ponury człowiek z zachodu znosił towarzystwo astera czy rubasznego krasnoluda, nieraz też zresztą kończyło się na wspólnych pijatykach.
Tu jednak była Dzicz, dalekie pogranicze na wschodzie Riterii. Ostałówek, Brzegi, Moczydło, a wreszcie cała ziemia ostałowska; wszystko to był narodowościowy monolit ludzi, zaścianek. Nie lubiono tu obcych, a miejscowa gospoda dowodziła tego aż nader dobitnie.
W ciemnej izbie było raczej pusto i nieprzyjemnie. Długie stoły i ławy stały bez ładu i składu, niektóre po prostu leżały. Z sufitu zwisał wprawdzie żyrandol, ale gęsty kobierzec pajęczyn i kurzu wskazywał raczej na jego dekoracyjną – jeśli można to tak nazwać – rolę. Jedynie palenisko dawało nieco światła, jednak sądząc po ilości wrzuconego doń drewna, zbliżał się czas zamknięcia i nikt nie rwał się, by dorzucić szczap i oświetlić pomieszczenie trochę bardziej.
Gości było raptem kilku, przy czym wszyscy spali popici. Z pewnością byli miejscowi; Zabrajski nigdzie jednak nie widział Kawki czy Pihowskiego.
Przeszedł przez salę, omijając z daleka psa obgryzającego ogromną kość, najpewniej wołową.
– Szukam moich ludzi – powiedział do siedzącego za szynkwasem mężczyzny w chamskiej siermiędze i kapotce. – To szlachcice pod bronią, poznalibyście z daleka. Mieli ze sobą rannego…
– Aha. – Mężczyzna poruszył się niespokojnie. – Domagoja…
– Jak rozumiem, są tutaj?
– Ano są, panie, ino kazałem im dyrdać na górę, coby tu dobrym ludziom nie zawadzali. Sami rozumiecie, ten Domagoj to…
– Człowiek lichej postury i podłego serca, a do tego czarownik. Wiem, majątnik raczył coś wspomnieć.
– Aha.
– Przynieś nam piwa – rzucił Sambor, widząc po mętnym spojrzeniu szynkarza, że niewiele się od niego dzisiaj dowie. – I pilnuj, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Mam już dość niespodzianek na dzisiaj.
Odszedł od kontuaru i skierował się w stronę schodów, gdy mężczyzna jeszcze zawołał do niego:
– A, panie! Byłbym zapomniał! Tam z wielmożnymi… Tam jeszcze jakaś kobieta jest. Nieludź!
Sambor zatrzymał się z dłonią na drewnianej poręczy. Poręcz była brudna, stara i wymagała pilnej renowacji. Lepiła się.
– Poradzę sobie – rzucił bardziej do siebie niż do szynkarza.
6
– Będzie żył?
– Będzie – odpowiedział Pihowski, zerkając na Sambora z ukosa. – Wyliże się na wiosnę, a do żniw pewnie będzie mógł nawet robić kosą, chociaż z drugiej strony pies jeden wie, jak długo nią popracuje. Te kurwie syny naprawdę solidnie go oćwiczyły… Widzisz jak mu nos urządzili? Ha, jeden wielki kartofel. W życiu takiego w polu nie widzieli…
– Panuj nad sobą – rzucił chłodno Zabrajski. – Zwłaszcza że macie w kompanii niewiastę, jak widzę.
W istocie: w zaskakująco dużym alkierzu poza towarzyszami polnymi i Domagojem przebywała także kobieta. Sambor od razu zrozumiał, co miał na myśli szynkarz, mówiąc o niej „nieludź”. Kobieta miała z pewnością silne asterskie korzenie, ale nie była z pewnością czystej krwi asterką; jak na ich standardy była nieco zbyt zaokrąglona i za niska. Miała charakterystyczne ciemne, migdałowe oczy i drobną, trójkątną twarzyczkę okoloną burzą ciemnych loków, które przewiązała skórzaną opaską. Nosiła się po męsku i Sambor przyznał przed sobą w duchu, że miało to pewne zalety: spodnie i buty z cholewami nie kryły szczupłych nóg kobiety, a i skórzany kaftan opinał jej ciało w pobudzający wyobraźnię sposób. Przyjemnej aparycji nie psuły nawet spiczaste uszy.
– Sambor Zabrajski herbu Raróg, rotmistrz jazdy polnej – przedstawił się. Ściągnął przy tym kołpak z piórem i zamiótł nim, skłaniając się nisko a grzecznie, jak przystało szlachcicowi w obecności kobiety. – Także przyjaciel tu obecnych, których zapewne już waćpanna poznałaś. Ufam, że od tej lepszej strony.
– Szali – przedstawiła się w odpowiedzi kobieta, skinąwszy delikatnie głową. – Towarzysze wspominali o waści manierach i widzę, że nie było w ich opowieściach przesady.
– Precyzując – wtrącił się Kawka, z właściwym sobie flegmatyzmem. – Aleksander opowiadał coś o kiju w zadku i nadętym poczuciu sprawiedliwości. Było również o słabości do asterskich piczek i kapliczek, jeśli mnie pamięć nie myli. W każdym razie jakoś lirycznie cię przedstawił.
– Ptaszysko jak zawsze konfabuluje – spod gęstej brody Pihowskiego błysnęły wyszczerzone zęby. – Ubarwia, choć to kawka, nie papuga. Sam wiesz najlepiej, Samborze, że nie inaczej cię przedstawiam jak w najpiękniejszych barwach!
– Nigdy w to nie wątpiłem. Pani, jeśli mi wolno: co cię sprowadza w te dzikie strony?
– Jakby to ujął waści przyjaciel… precyzując – odpowiedziała po chwili namysłu i z lekkim uśmiechem. – Pytanie waści brzmi: „co robisz, pani, w tej okolicy samotna i bez obstawy? Wszak zima za pasem i nawet asterowie wracają ze szlaku, a ty jesteś sama i delikatna niby puch zimowy. To zaś nie miejsce dla damy; tutejsi są ksenofobami, obcych szczują psami, a baby gwałcą i sprowadzają na drogę nierządu. Czemu tedy zawitałaś w te nieprzyjazne okolice?”.
Pihowski, który najwyraźniej opróżnił już parę kufli, odchylił głowę i ryknął śmiechem. Szali zawtórowała mu, choć z właściwym kobiecie wdziękiem. Nawet Kawka parsknął.
– Jakby mi to panna z ust wyjęła. – Sambor z westchniemy rzucił kołpak na stojącą pod ścianą skrzynię. – Widzę, że nie próżnowaliście. Cieszy mnie to wielce, bo i ja nie pozostałem bezczynny. Pociągnąłem za język majątnika, choć to, co mi opowiedział, nijak mi się nie spodobało. I wam też się nie spodoba.
– O proszę. – Pihowski wciąż jeszcze uśmiechał się szeroko, ale dla zasady przybrał bardziej rzeczowy ton. – A co nieborak zeznał?
Sambor skinięciem wskazał na wciąż nieprzytomnego Domagoja.
– Nie wiem, czym im zawinił ten nieszczęśnik, ale nie cieszy się we wsi dobrą sławą.
– Tego się domyśliliśmy.
– Racja. – Zabrajski, podrapał się po nosie. – Pozwolicie zatem, że wpierw zbiorę myśli… I wysłucham historii panny Szali, bo wciąż jest dla mnie zagadką.
– Nie jestem ani panną, ani zagadką, Samborze. Wystarczy Szali.
– W takim razie, opowiedz mi o sobie… Szali. Chętnie dowiem się, skąd się tu wzięłaś. Ach, poczekaj, zdaje się, że to do mnie. Nuże, wejść! Ha, jest i moje piwo, dobra nasza. To teraz bądź tak miły, dobry człowieku i przynieś nam wszystkim wódki. Wszystkim? Szali?
– Nie odmówię. Jak na pannę i zagadkę przystało.
7
– Kto by się spodziewał, że na takim, za przeproszeniem was, zadupiu będzie taki jarmark. – Pihowski pociągnął nosem, mrużąc oczy.
Świeca w alkierzu dopalała się, a jej migotliwy płomień tańczył agonalnie, wprawiając cienie w coraz dziksze pląsy. W powietrzu wisiała ciężka woń potu i alkoholu. Niewielkie okienko wychodzące na wiejski plac mróz pokrył szronem.
Długo rozmawiali, a pili jeszcze dłużej. Szali okazała się nie tylko osobą o niecodziennej i barwnej historii, ale także niezwykle tęgiej głowie, jak na asterkę przystało. Ciągnęła równo z polnymi, choć w pewnym momencie nawet jej wzrok zrobił się jakby bardziej szklisty. To, że i jej wreszcie alkohol zmącił umysł, poznali dopiero, gdy zaczęła mieszać mowę riterską i asterską, tworząc przy tym doprawdy przedziwny galimatias językowy.
Szali nie mówiła o sobie wiele, ale to, co mówiła, budziło zainteresowanie polnych. Dowiedzieli się, że jest w gruncie rzeczy parszywcem, czyli owocem związku asterki z człowiekiem. Jak sama podkreślała z pogardą, związek ten był raczej oparty na wzajemnej zwierzęcej fascynacji i chuci, a nie na godnym ballady uczuciu. Asterowie rzadko kiedy mieszali się z ludźmi, głównie względu na różnice kulturowe.
Nie wypowiadała się dobrze o rodzicach, o matce mówiąc wręcz, że się kurwiła. Szczegóły rodzinnych perypetii raczej pomijała, za to chętniej opowiadała o swoim zajęciu.
Sama określała siebie z asterskiego znajdochą, co po ritersku oznaczało ‘tę, która zna duchy’. Pannica zarzekała się, a im więcej piła, tym zarzekała się bardziej zażarcie, że bez czerpania z Nurtu jest w stanie rozmawiać z tymi, którzy już odeszli. Nie ze wszystkimi oczywiście: swój talent potrafiła stosować jedynie względem tych, którzy odeszli gwałtownie lub zostali zabrani przez chorobę.
– Poza tym – powiedziała w którymś momencie, rzucając coraz weselszemu Pihowskiemu rozeźlone spojrzenie. – To nie jest jakiś niezwykły dar czy talent. Zmarli są wśród nas i nawet wy pewnie kiedyś się z nimi zetknęliście. Widzieliście kiedyś czarne latawce, snujące się wokół samotnych drzew w polu? Albo kubki spadające same z siebie ze stolika? Pewnie i więcej takich przypadków było, tylko jesteście zbyt prości, żeby to zrozumieć!
To powiedziawszy, cisnęła drewnianym kubkiem w Pihowskiego, którego alkohol zdążył już rozgrzać do czerwoności.
– Może i prości – powiedział pojednawczo Zabrajski, oparłszy głowę o ścianę. Dawno już darowali sobie rozmowę na stojąco i zalegli na podłodze. Jedna tylko Szali usiadła na łóżku, u stóp nieprzytomnego Domagoja, wyciągając przy tym zgrabne nogi, które oparła wygodnie o skrzynię.
– Może i prości – powtórzył, gdy zebrał myśli. – Ale na naszej robocie znamy się nie gorzej, niż ty na swojej, tak więc wróćmy do naszego nieboraka. Ustaliliśmy już, że nie jest to czarownik czy guślarz…
– Nie jest – zgodziła się. – Gdyby czerpał z Nurtu choćby i przypadkiem, to dłonie miałby nie pogruchotane, tylko spalone do kości. O ile w ogóle miałby jeszcze kości. Czyli teorię, według której chłopaczyna wchodzi w konszachty z mrocznymi siłami, wzywa upadłych i mści się za jakieś krzywdy, możemy uznać za obaloną.
– O czym ona mówi, Samborze? – spytał bełkotliwym głosem Kawka, o którym myśleli, że już zdążył zasnąć. – Co do tego mają kości?
– Psiakrew, rozmawialiśmy już chyba kiedyś na ten temat… Do czerpania z Nurtu, do używania magii w dużym skrócie, potrzebne są specjalne rękawice ze żmijowej łuski. Tyle że żmijów już dawno nie ma, a rękawic na świecie zostało już niewiele. Część poginęła, część po prostu się zużyła… Pozostały te, które leżą w gablotkach u spasionych mistrzów konfraterni. Są na tyle rzadkie, że hierarchowie zakładają je na ważne uroczystości ku uciesze gawiedzi. Cholera, czasem zastanawiam się, czy kiedykolwiek z nich naprawdę korzystali…
– I jak oni tego… Czarowaliby bez tych żmijowych szponów…?
– Moc Nurtu spaliłaby ich na popiół. Dajmy temu spokój, nie znam się na magii, zresztą nie o to teraz chodzi. Szali, masz jakiś pomysł?
– Tamta dziewczyna – powiedziała asterka po dłuższym zastanowieniu. – Ta cała Onelia. Majątnik wspominał, że zmarła na jakąś chorobę?
– Tak mówił.
Asterka przymknęła oczy. Sambor dopiero w tym momencie zwrócił uwagę, że delikatna uroda kobiety była nadszarpnięta przez zmęczenie i siateczkę zmarszczek wokół oczu.
– Macie wielkie szczęście, panowie szlachcice, że zainteresował mnie los waszego Domagoja – powiedziała, uśmiechając się lekko i bawiąc pustym już kubkiem. – Macie też wielkie szczęście, że jestem znajdochą. Być może będę w stanie wam pomóc i to nie bez własnej satysfakcji. Być może niektórzy tu zebrani ignoranci zmienią swoje poglądy na sferę aither, to jest duchową, i otworzą oczy na sprawy niewidoczne szkiełkiem i okiem.
– Miej litość i mów po ritersku – rzucił Pihowski.
– Powiem. Jutro. Dzisiaj oszczędzę wam trudu i nie będę męczyć żołnierskich umysłów elokwencją.
– Elokwentna, też mi coś – obruszył się Kawka. – Po trzech piwach i butelce wódki też jestem, psiakrew, elokwentny. Dobrze gadam, Aleksandrze?
– Bez wątpienia. – Asterka przeciągnęła się i wstała z łóżka. – Tymczasem żegnam panów. Muszę pomyśleć nad czymś intensywnie, a obawiam się, że moje kobiece przemyślenia nijak was nie zainteresują. Samborze, użyczysz mi ramienia? Jak dotąd przejawiasz największą ogładę z twoich kompanów, a mam obawy co do jakości tutejszej podłogi.
Zabrajski wstał. Podał ramię Szali, czyniąc zadość szlacheckiemu wychowaniu.
– Sądzę, że dziewczyna stała się nocnicą – powiedziała asterka, gdy byli już na korytarzu. Przylgnęła do jego ramienia ochoczo, nie zdradzając przy tym jakichkolwiek wątpliwości względem podłogi. – Z twojej opowieści wynika, że była niebrzydka, chłopcy biegali za nią jak koguty za kokoszką, a do tego zabrała ją choroba. Spotkałeś kiedyś nocnicę?
– Raz. Nic przyjemnego.
– Śmierć rzadko kiedy jest przyjemna, a zmarli, którzy nie wrócili do gwiazd, lubią uprzykrzać życie tym, którzy wciąż mogą się nim cieszyć. Nie zdziwiłabym się, gdyby Onelia okazała się po prostu kolejną wioskową… No cóż.
– Póki co, wszystko na to wskazuje.
Przylgnęła do jego ramienia jeszcze mocniej i Sambor poza silną wonią alkoholu poczuł jaśmin. Przeszedł go dreszcz.
– To mój pokój, panie polny.
– Twój. Dobranoc, Szali.
Spojrzeli na siebie, a asterka uśmiechnęła się lekko, nieco zawadiacko. I przysunęła się bliżej.
Przylgnęli do siebie nagle, bez uprzedzenia. Docisnął ją po prostu do ściany i przywarł ustami do jej ust, ona zaraz zarzuciła mu ręce na szyję i oddała pocałunek. Miała miękkie i wilgotne wargi, których smak podniecająco mieszał się ze smakiem alkoholu. Poczuł, jak jej ciasno opięte skórzanym kaftanem piersi prężą się pod jego palcami. Chwycił ją za pośladki i uniósł lekko, czując, jak oplata go nogą i dociska do siebie.
– Myślę… – mruknęła, mrużąc oczy, gdy dzielnie walczył z guzikami jej kaftana. – Myślę, że w łóżku będzie wygodniej.
– Jesteś bardzo bezpośrednia.
– Przypomnij mi, proszę, co twój kudłaty przyjaciel mówił o tobie? Zdaje się, że nie tylko o kapliczkach była mowa.
– Szali… – zaczał nagle zmieszany. – Ja…
– A ja… – odpowiedziała nie mniej zmieszana. Podrapała się po nosku.– A ja chyba jednak trochę wdałam się w matkę.
8
Następny poranek był zimny i wietrzny.
Słońce, które wstało już długo po pierwszym kogucie, wyglądało bardziej jak blady, anemiczny i przysłonięty szkłem krążek. Ptactwa latało po niebie niewiele, a i roślinność w okolicy jakby zamarła, przyprószona porannym szronem. Cisza zawisła nad okolicą, chłodna i nieprzyjemna.
Do kurnej chaty, gdzie poprzedniego wieczora Sambor słyszał owe potępieńcze zawodzenie, poszli chwilę po tym, jak zaczęło świtać. Zmrożone błoto chrzęściło pod nogami, trzaskały ścięte mrozem kałuże. Dziwnie o poranku i na tle okolicy wyglądała ich mała grupa, gdzie szlachta szła w towarzystwie asterki.
– Wasza miłość… Zaszczyt… – starsza kobieta, która im otworzyła, aż pobladła na widok towarzystwa. Miała nieprzyjemny, skrzeczący głos.
– Musimy porozmawiać. Jesteś sama?
– Ja… Mąż śpi jeszcze, popił sobie wczoraj… Syn też zresztą nie wstał, ale to nic, bo on głupawy jest, nie rozumie… Panie, mój Dubnik nic wczoraj z tymi widłami nie robił, w gospodzie był…
– Widły to furda – powiedział oschle Sambor. – A twój syn może się przydać, nawet jeśli głupawy. Ale o tym w środku, szkoda mróz wpuszczać do chałupy.
W chacie było ciasno, ciemno i cuchnęło tak okrutnie, że Szali aż stęknęła, nie mogąc powstrzymać grymasu obrzydzenia. W sieni kotłowały się świnie, nieco dalej zaś chodziły samopas kury i kaczki. W kącie zalegał sprzęt gospodarski, trochę narzędzi i sterta porąbanego drewna. Ot, zwykły wiejski obrazek.
Niewiele lepiej było w drugiej izbie, gdzie jedynym meblem był drewniany stół. Pod ścianami leżały kępy skołtunionego siana. Tam też zresztą Sambor wypatrzył wioskowego głupka, którego dzień wcześniej prawie ustrzelili nad Ostką. Mężczyzna, czy też chłopak właściwie, leżał pod brudnym kocem i mruczał coś pod nosem.
– Jest i górnik – mruknął Pihowski, rozcierając ramiona. W chałupie było niewiele cieplej niż na zewnątrz. Brak komina dawał się we znaki.
– Twój syn? – spytał Sambor, zerkając z ukosa na kobietę.
– Mój – odpowiedziała, patrząc w podłogę. – Nazywa się Sobek. To dobry człowiek, tyle że nie do końca rozumny… Pomaga trochę przy gospodarstwie.
– Pewnie nie więcej niż kundel – mruknął Kawka, ale umilkł, widząc spojrzenie Sambora.
– Spotkaliśmy go wczoraj – podjął po chwili ciszy Zabrajski. – Poza wioską, zaraz nad rzeką. Nie, nic nie mów. Nie robił nic złego, w niczym nam nie zawinił, ba, mało brakowało a ustrzelilibyśmy go jak bażanta, kiedy nas zaskoczył.
– Chwała Asterowi i gwiazdom jego…
– Wołał jednak kogoś. Niejaką Onelię.
Kobieta westchnęła ciężko i spojrzała w bok. Nie umknęło ich uwadze, że broda staruszki drgnęła w niekontrolowanym spazmie. Sobek zagadał coś przez sen cicho i niewyraźnie.
– Wiesz może…
– Jego siostra – powiedziała kobieta, biorąc głęboki oddech. – Jego siostra, a moja córka. Onelka.
– Majątnik mówił, że zmarła na dziurawię…
– Ano tak, tak było, a zaraz rok będzie, jak Onelka oczka zamknęła. – Staruszka spojrzała na rotmistrza. Sambor pomyślał, że kobieta mimo wieku wciąż ma piękny, szmaragdowy kolor oczu. – Choróbsko strasznie ją wymęczyło i oszpeciło, ale aj, panie, dobry panie! Żeby wasza miłość widział ją przed chorobą! Co to była za perełeczka, żadnej tu takiej drugiej nie było! Chłopcy ciurkiem za nią ciągnęli, za tą moją gąską.
– Wszyscy chłopcy? – wtrąciła pytanie Szali.
– Nie. – Stara posłała asterce pogardliwe spojrzenie. – Nie wszyscy. Był ten jeden… Ten, co go rotmistrz wczoraj w swojej wspaniałomyślności uratował. – „Wspaniałomyślność” z trudem przeszła kobiecie przez gardło.– Ten cały Domagoj. Od zawsze był jakiś taki inny, dziwny. Do roboty się nie garnął, niezdara była z niego okrutna, a rodzice ni pociechy, ni pomocy na gospodarce z niego nie mieli.
Kobieta westchnęła ciężko.
– Na początku tak sobie dumałam, że chłopak może głupawy jak mój Sobek, ale gdzie tam! Mój chociaż miotłą czasem porobi, kaczki zagoni, a tamten o, zdrowy niby na umyśle, a na pole chodził, kwiaty wąchał, rozumie wasza miłość w czym rzecz. No i podejrzewaliśmy tak sobie z dobrymi ludźmi, że on może kutaśnik, chociaż przecież jakże to! Rodzice takie porządne ludzie! A tu masz, cosik musiało być na rzeczy, bo Onelka któregoś dnia przybiega z płaczem, że jej Domagoj jakąś przykrość zrobił. Szydził z jej urody podobno, mówił złe rzeczy, przeklinał…
Kobieta przerwała. Spojrzała na zewnątrz przez niewielkie okienko. Było oblepione brudem i przepuszczało niewiele światła.
– Wie wasza miłość – podjęła po chwili. – Tak sobie dumam, że ten Domagoj za tym wszystkim stoi. Wszystko u niego na drugą stronę wywrócone. Dziewcząt nie lubi, do roboty się nie garnie, to i reszta u niego musi być na opak. Co nam miłe, jemu przykre, a co jemu miłe, to nam zaszkodzi. Nie dziwota, że ludziska gadają, że w konszachty wszedł ze złemi mocami… O zwiezdniku pewnikiem wasza miłość już słyszał? I o Chołku?
– Słyszał.
– Wasza miłość! To wszystko gusła, czarna magia, splugawienie! Ino zawiść i złe serce mogą sprowadzić takie nieszczęścia.
– Zawiść i złe serce – powtórzył powoli Sambor, spoglądając na Szali.
– Twój syn nawołuje siostrę – zagadnęła asterka. – On tak zawsze?
– Tylko kiedy Sinya ma pełnię. Sobek jest spokojny, on nikomu by krzywdy nie zrobił!
– Wierzymy. A nie domyślasz się, czemu on siostrę woła?
– Toć ludzka rzecz za zmarłymi tęsknić – kobieta prychnęła. – Choć pono tylko ludzka.
– Nie – odpowiedziała Szali, mrużąc oczy. – Nie tylko ludzka. W inne dni chłopak jest spokojny? Nie woła nikogo, nie płacze?
– No mówię przeca…
– Dziwne to wszystko – odezwał się z tyłu Kawka. Rozsiadł się wygodnie na sianie i spoglądał na suszone zioła zwisające z więźby dachowej. – Dziwne, coraz dziwniejsze… Nuże kobieto, powiedz nam wprost: wierzysz, że to Domagoj sam jeden tak Chołka i zwiezdnika okrutnie urządził? Córkę ci przeklął, zauroczył i do grobu wpędził?
– Nie tylko wierzę, ale i wiem! – zawołała staruszka, nagle zapominając o całej tytulaturze i pozycji polnych. – To psubrat, czarownik! Zbój! Gdyby nie wy to już byśmy z nim porządek zrobili i krzywdy wszystkie pomścili! A jak wy mu toporem katowskim nie poświecicie, to dobre ludzie sami z nim porządek zrobią!
– Wystarczy – przerwał jej Zabrajski tonem tak chłodnym, że w izbie jakby mroźniej się zrobiło. Kobieta aż się skuliła, a przestraszony wzrok wbiła w podłogę.
– Wystarczy – powtórzył wcale nie cieplej. – Widzę, że dla „dobrych ludzi” prawo to furda. „Dobre ludzie” najwyraźniej sądzą, że lepiej znają sprawiedliwość niż ci, którzy ich do walki ze zbójami przyuczają i ziemi pilnują. „Dobre ludzie” sądzą, że wiedzą lepiej i sąd poważają tak długo, jak jest po ich myśli.
– Ja…
– Milcz, kobieto. Żebyś ty chłopem była, to jeszcze teraz kazałbym cię moim towarzyszom wyciągnąć przed dom i oćwiczyć solidnie. Ale stara i głupia jesteś, będzie ci więc wybaczone… Tym razem. Źle natomiast widzę dzieje się we wsi, skoroście już taki osąd wydali na Domagoja. Posądzacie go o magię, chociaż nic nie wiecie o mocy Nurtu. Krzywdę byście mu wyrządzili, podczas gdy wam grozi jeszcze większa. Nasza już w tym głowa, by temu zaradzić. Szali, panowie bracia, pozwólcie za mną. Mamy, zdaje się, sprawę do omówienia.
9
– Samborze, jesteś mi jak ten brat, ale nie proś mnie o to. Wiele razem przeszliśmy, ale nie dla mnie taki jarmark.
Siedzieli w gospodzie i jedli polewkę, której jedyną zaletą było to, że była ciepła. Piwa nie zamawiali, wszyscy mieli dość po minionej nocy.
– Szali twierdzi, że nie ma wyjścia – odpowiedział Sambor, spoglądając na Pihowskiego. – Dopóki nocnica sama nie wyjawi, co ją dręczy, dalej będzie polować. Gdyby Sinya częściej była w pełni, być może nie siedzielibyśmy tutaj dzisiaj, tylko dumalibyśmy, gdzie przepadła cała wioska.
– Psiakrew, Samborze! Zmiłujże się! Zamierzasz igrać z nieczystymi mocami, bo jakaś asterka twierdzi, że potrafi rozmawiać z umrzykami?
„Jakaś asterka” prychnęła.
– Asterowie mają większą wrażliwość na Nurt niż ludzie – powiedział Zabrajski, wzruszając ramionami. – Zresztą nie wiemy, czy duchy są w jakikolwiek sposób związane z Nurtem…
– Duchy? Duchy! – Pihowski rąbnął pięścią w stół. – Upiory, nie duchy! Samborze, podzielam twój pogląd, że taki z naszego nieboraka czarownik jak z rzyci Kawki armata, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Duchy co najwyżej popłakują po zmurszałych zamczyskach i pobrzękują łańcuchami. Duchy nie rozrzucają wnętrzności wieśniaków po całym placu. Z tym to nawet to twoje szirencze ci nie pomoże. Ha, zgadłem? Zamierzałeś z palików i niedźwiedzich czaszek ułożyć krąg i zamknąć w nim nocnicę? Zapomniałeś już, jak to przy Monolicie z czarodziejem pocałowaliście prawie w rzyć Astera, bo zaufaliście gusłom?
– Monolit zostawiła Stara Rasa – wtrąciła Szali. – Obelisk wiąże Nurt, mącąc jego działanie. Magia bywa tam zawodna, a co dopiero gusła.
– Furda Monolit, furda gusła! Samborze, nijak mi się to nie widzi!
– Nie musi ci się widzieć.– Zabrajski westchnął ciężko. – Pójdziemy tylko ja i Szali. Wy zostaniecie tutaj z Domagojem.
– Ej, Samborze… – Kawka uśmiechnął się krzywo. – Nie myśl, że cię puścimy samego. Upiory to jedna sprawa, ale zostawianie rotmistrza nie przystoi towarzyszom. Albo to my z puchu jesteśmy, żeby się chować do pierzyny? Nic z tych rzeczy, sam nie pójdziesz.
– Pójdę. Nie posądzam was o tchórzostwo, ale ktoś rzeczywiście musi pilnować Domagoja. Wciąż nie wiemy, jaką rolę odegrał w tym spektaklu, lecz czuję, że może być mu pisany marny los – może nawet tak marny, jak Chołka i zwiezdnika. Lepiej zostańcie przy nim tej nocy. Zaryglujcie się od środka i, jeśli to możliwe, zawieście gwiazdę przy wejściu.
– Ja… Nie, nie podoba mi się to. – Pihowski skrzyżował ręce na piersi. – Tańcowanie z umrzykami nie może skończyć się dobrze. Danse macabre jest piękną alegorią i bardzo mnie wzrusza. Jako alegoria. Jako czyn prawdziwy staje się groteską, a groteska rzadko kiedy dobrze kończy.
– Ech, Pihowski, aleś ty elokwentny.
– Gdzież tam – prychnął, spoglądając spode łba na asterkę. – Gdzie tam prosty żołnierski umysł mógłby grzeszyć elokwencją. Nie lza.
10
Dziwna była ta kolejna noc w Ostałówku.
Wiejski plac zalała bladoniebieska poświata nadająca okolicy iście trupiego poblasku. Od pochylonych chat jak smoła ciągnęły się długie cienie, a błoto i trawy przyprószył szron. Jesienne noce w tej okolicy dłużyły się, pełno w nich było mrozu i strachu.
Sambor z trudem wbił ostatni palik w ziemię. Poprawił niedźwiedzią czaszkę, która przekrzywiona miast w ziemię spoglądała polnemu w oczy jakby z wyrzutem.
– Boisz się? – spytała Szali, rozcierając ramiona.
Zabrajski popatrzył na nią. Duże, ciemne oczy spoglądały na niego badawczo.
– Tak – odpowiedział po dłuższej chwili. – Boję się. Wiesz, zdradzę ci coś w sekrecie. Jak kochance, co ty na to?
– Słucham. Kochanku.
– Ja w ogóle często się boję. – Uśmiechnął się krzywo. – Boję się bólu, boję się potworów, boję się magii, boję się o bliskich… Długo by tak wymieniać.
– To ciekawe – mruknęła, obchodząc szirencze. Jeśli nie liczyć niedźwiedzich czerepów, sześć niewysokich palików z pozoru wyglądało całkiem zwyczajnie. Jednak gdy wszystkie znalazły się na swoim miejscu, coś jakby przezroczysta kurtyna pojawiło się pomiędzy nimi. W blasku Sinyi była ledwie widoczna, zdradzało ją tylko charakterystyczne falujące powietrze.
– Wczoraj odniosłam inne wrażenie. Byłeś wręcz… Zdecydowany.
– Bo jestem. Co nie zmienia faktu, że się boję – uśmiechnął się pod wąsem i poprawił kołpak.
– Mam nadzieję, że to cię nie spowolni. Być może będziesz musiał popracować szablą.
– Ano, pewno będę musiał. – To powiedziawszy, wyciągnął z jaszczura zakrzywioną szablę. To była prosta broń, ale ładna, z czarną rękojeścią. Zamachnął się na próbę. – Szali…
– Słucham?
– Dlaczego?
– Dlaczego co?
– Dlaczego nam pomagasz? – Zabrajski przekrzywił lekko głowę. – Wcześniej myślałem, że rozumiem. Ot, kolejny poszukiwacz przygód jakich pełno w tych stronach Riterii. Tutaj jest Dzicz, tutaj dzikie stepy, pola, bałki i rzeki. Trudno o łatwy pieniądz, ale przynajmniej czuje się, że się żyje. To wczoraj… Myślałem, że żyjesz chwilą, ale potem, u tamtej staruchy… Uraziła cię, kiedy powiedziała, że tęsknota to tylko ludzkie uczucie.
– Do czego zmierzasz?
– Co tobą kieruje, Szali? Co sprawia, że pomagasz obcym szlachcicom i ofierze ludzkiej nienawiści? Czemu uszłaś z Asterii, czego szukasz wśród ludzi?
– Dużo pytań jak na taką noc. Przeżyj ją, to ci odpowiem.
Podszedł do niej szybkim krokiem, złapał za ramię. Przysunął się do jej twarzy.
– Szali, jakie powody by tobą nie kierowały, będę cię dzisiaj potrzebował. Bez znajdochy może okazać się, że cała ta heca jest na nic.
Spoglądała na niego przez chwilę w milczeniu.
– Mam szczere intencje – powiedziała po chwili. – A ty?
Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale w tym momencie szirencze zadygotało jak oszalałe. Mróz straszny przeszedł Sambora – wkradł się z wygłodniałą niecierpliwością pod ocieplany futrem kontusz, pod ciepłą koszulę i skłuł ciało tysiącem igieł. Rotmistrz zadrżał, puścił ramię Szali. Spojrzał w kierunku drewnianej bramy, którą wcześniej celowo zostawili otwartą.
Stała tam.
Była znacznie wyższa, niż się spodziewał, i dziwnie nieproporcjonalna. Długie nogi kontrastowały ze skróconym tułowiem, a gęsta plątanina włosów opadała na twarz, kryjąc ją na podobieństwo upiornej kurtyny.
– Szali… – zaczął Sambor, ale w tym momencie nocnica zawyła.
Zabrajski nieraz nocował na stepie czy w lesie. Często słyszał wycie wilków, nierzadko i z bardzo bliska. Zawsze czuł wtedy pewien nabożny lęk, była bowiem w tym wyciu jakaś dziwna pierwotna siła, starsza od wszystkiego, co ludzkie. Zawodzenie nocnicy wywarło na Zabrajskim podobne wrażenie, z tym że nie było w tym nic ani zwierzęcego, ani ludzkiego.
Było po prostu obce.
Skoczyła, wyciągając przed siebie długie łapy. Nie brała rozbiegu, a sam ruch przychodził jej z upiorną lekkością. Szybko pokonała dystans między bramą a szirencze. Sambor zaklął, zastawił się szablą i ugiął nogi gotów wykonać unik.
Nocnica zatrzymała się nagle tuż przed szirencze, wysoka i upiorna. Zwróciła łeb w kierunku polnego i asterki. Zabrajski nie widział jej twarzy i dziękował za to gwiazdom.
– Stój! – zawołała nagle Szali ze wschodnim zaśpiewem. Coś dziwnego zabrzmiało w jej głosie – coś, co wywołało u Sambora zimny dreszcz.
Ciemne oczy znajdochy jak dwa ogniki płonęły zimnym, zielonym światłem. Ręce miała wyciągnięte przed siebie, a palce zakrzywiła jak szpony.
– Onelio, coś u tego padołu ciemnoty i zawieruchy żyła z ludźmi pospołu – wyrecytowała strasznym głosem. – Lecz od ludzkiej byłaś wolnej skazy, żyłaś nie nam, nie światu, jako te cząbry i ślazy. Onelio w wianek odziana, jako jabłoń na wiosna kwieciem przybrana! Ukaż nam się!
Nocnica zawyła przeciągle, szirencze zadrgało. Coś szczękało okrutnie i Sambor potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że to on szczęka zębami.
– Ukaż się! – zawołała raz jeszcze Szali, a jej głos poniósł się po ogrodzonej wsi jak grzmot na wiosnę.
Upiorzyca zawyła znowu, po czym upadła na kolana, by w końcu wczołgać się przez kurtynę do szirencze na czworakach jak dziad proszalny. Sambor cofnął się o krok, ale zahaczył o kamień, przewrócił się. Upadł na zmrożoną ziemię.
Gdzieś zniknęła nocnica; zamiast tego kuliła się przed nimi dziewczyna z wiankiem na głowie, w białej sukni i całkiem bosa. Była młoda, nie mogła mieć więcej jak siedemnaście lat. Włosy jasne jak len opadały swobodnie spod kwiecistej aureoli, okalały iście anielską twarzyczkę nastolatki. Spojrzała na niego i aż westchnął; poznał te piękne szmaragdowe oczy.
– Nie znam was – powiedziała, ale głos nie dobył się z jej gardła. Zdawał się dobiegać jakby z daleka, gdzieś spoza wioski, niesiony wiatrem jak jesienny deszcz.
– Nie znam was – powtórzyła, podnosząc się z trudem. Nie była wysoka, ale za to zgrabna. – Nie znam…
– Jestem Szali, asterska znajdocha – powiedziała kobieta głosem mocnym jak dzwon sfernicy. – To zaś rotmistrz polny Sambor Zabrajski, herbu Raróg, pan tej ziemi i tej wioski. Powiedz swoje imię!
– Onelia – odrzekła dziewczyna ostrożnie, jakby niepewnie. – Onelią byłam, dziewczyną z tej wioski…
– Jak umarłaś?
– Nie pamiętam…
– Jak?! – zawołała Szali. Dziewczyna znów upadła, złapała się za głowę.
– Przestań!
– Jak umarłaś!
– Umarłam dawno temu, przed wiekami…
– Jak?!
Onelia odchyliła się do tyłu i zawyła.
– Dziurawia! – krzyknęła. – Zabrała mnie choroba, co drąży ciało i duszę, póki człowiekowi oczu nie zamknie…
– Czego szukasz wśród żywych? Za co mścisz się, czemu mordujesz dobrych ludzi?
Onelka spojrzała na Szali i wrzasnęła ogłuszająco. Sambor wypuścił szablę, ostrze z brzękiem upadło w błoto. Zatkał uszy, ale mimo to wrzask świdrował go jak kret ryjący ziemię. Szali wytrzymała, wciąż wyciągając ręce przed siebie, choć przychodziło jej to z wyraźnym trudem.
– To nie są dobrzy ludzie! – zawyła Onelia, zrywając się na równe nogi. – Wszyscy są podli. Podli!
– Zamordowałaś zwiezdnika? Chołka?
– Zwiezdnik, zwiezdnik – przedrzeźniła asterkę dziewczyna. – Stary jebaka i piernik! Chołek, chołek, osioł i ciołek!
– Zamordowałaś?
– Rozszarpałam! – zawyła Onelia. – Na strzępy! Na kawałki!
– Czemu?
– Kim jesteś, wiedźmo?!
– Czemu?!
Sambor z niepokojem zauważył, że szirencze dygocze coraz bardziej. Czaszki tańczyły na palikach jak oszalałe.
– Zwiezdnik wyklął mnie, od kurew wyzywał – wyznała dysząca wściekle Onelka. – Po święcie Zejścia zdybał mnie, gdy modliłam się w sfernicy. Wiem o tobie, powiedział, wiem wszystko. Obłapianie ci miłe, a na widok chłopa nogami robisz jakbyś jakiś świerzb koło piczy miała. Dajże i mi, Onelko mała!
Onelia zaszlochała.
– Nikt mi nie wierzył, gdy mówiłam, że mnie dotykał, że mi łapy pod bluzeczkę pchał… Więc i ja po śmierci obłapiłam go lubieżnie. Och, a jak go drapałam! Ach, zwiezdniku! Skoro tak cię świerzbi na dole, niech ja cię podrapię!
– Ty…
– Tak! Zabiłam go! – zawołała dziewczyna i wybuchła nagle perlistym śmiechem. – A bolało go, aj bolało! Tak jak Chołka!
– A Chołek czym ci zawinił? – zapytał Zabrajski, podnosząc się z ziemi. – Że z Domagojem cię zdybał?
Spodziewał się kolejnego wrzasku, kolejnego uderzenia. Ale zamiast tego dziewczyna znów zaśmiała się jak podlotek. Podbiegła do Sambora leciutko jak puch na wietrze.
– Głupiś ty! – powiedziała, patrząc mu z bliska w oczy. – Głupiś! Domagoj niczemu tu nie jest winien, chyba że własnej natury.
– Więc czemu Chołek…
– Zgwałcił mnie! – zawyła wściekle. Aż podskoczyła ze złości. – Nachodził mnie, dybał na mnie, z wódką go słali. Albo to on jeden był we wsi piękny chłopiec? Mogłam wybierać i przebierać, niby w malowanych lalkach. A on na własność mnie chciał! Dla siebie! A ja wszystkich ich chciałam. I mogłam, kiedy tylko chciałam! Ale gdzie tam, Chołkowi to się nie podobało! On dla siebie! Zdybał mnie w stodole, wstążkę tam zgubiłam… z jakimś chłopcem. A ten smok jak nie wpadnie nagle! Pijany okrutnie, wzrok rozbiegany, wściekły. Broniłam się, ale gdzie mnie drobnej do takiego drąga… Najpierw mnie zbił, a potem wołał, że jak sama mu nie dam, to on sobie weźmie co jego… I wziął. Wziął, panie Zabrajski.
Szali poruszyła się niespokojnie.
– I gdy Sinyia znowu wzeszła, ja wzeszłam wraz z jej trupim blaskiem. Odnalazłam Chołka przy gospodzie, całkiem pijanego i zestrachanego, że go kto o gwałt posądzi… Ach, jak on płakał! Darł się jak jaka baba, żaden tam z niego smok!
– Czemu więc Domagoja winią? – zawołał Sambor. – Gdzie jego wina?
– W podłości ludzkiej leży jego wina, ot i wsio. Kogóż to winić za nieszczęścia wioski, jak nie odmieńca? Albo to pierwszy kozioł ofiarny w historii ludzi? Ilu Domagojów winiono za plon, co z podłego wyrósł ziarna? Miej serce i patrzaj w serce, Samborze Zabrajski! Bo kto wie, może i ciebie czeka podobny los?
– Skoro zwiezdnik i Chołek nie żyją – zwróciła się do dziewczyny Szali – to czego tu jeszcze szukasz? Czemu nie odejdziesz do gwiazd, duszo niespokojna? Mów!
– Borkus! – zawyła Onelia. – Majątnik ohydny i obleśny! Dziad! Za jego to wszystko wiedzą i przyzwoleniem! Jak on patrzył na mnie! Ach, jak on patrzył! Wiedziałam, co mu po głowie chodzi, znam ja myśli mężczyzn niczym jaka wiedząca! On krył Chołka, on nad zwiezdnikiem rozpaczał! I on pierwszy okrzyknął Domagoja odmieńcem, dziwadłem! On zasiał na grunt żyzny podłe ziarno, którego jestem plonem! Ach, jak go dorwę! Dopiero gdy on ducha wyzionie, dopiero wtedy dusza moja zazna pokoju!
Sambor schylił się po szablę. Ostrożnie i powoli, bez nagłych ruchów.
– Onelio – powiedział łagodnie. – Onelio…
Spojrzała na niego i stwierdził, że nie czuje już strachu. Nie potrafił się bać, widząc żal i boleść oblekające szmaragdowe oczy jak pajęczyna, z której nie sposób wyplątać się samemu.
– Onelią byłaś, dziewczyną w tej wiosce – zawahał się. – Ale rzeczą duchów nie jest mścić się, lecz udać na spoczynek, a wymierzanie sprawiedliwości oddać tym, którzy trzymają jej szale.
– A kimże ty jesteś – spytała, marszcząc nosek. – Że się sędzią i katem mianujesz? Jesteś tylko człowiekiem, a człowiek jest mały, słaby i podatny na namiętności.
Uśmiechnęła się lekko, skinęła na niego. Sięgnęła do węzłów lnianej sukienki, rozplątała je i pozwoliła materiałowi opaść powoli, ospale jak we śnie. Jednym ruchem odsłoniła przed nim wszystkie swoje sekrety.
– Mężczyźni są tacy prości – powiedziała, ruszając powoli w jego kierunku. Miała na sobie już tylko wianek, przez co wydawała się jaśniejącą rusałką, brzeginią, nimfą wodną. – Groźni i silni, a przy tym tacy…
Szirencze zadrgało i pękło. Niedźwiedzie czaszki eksplodowały, przezroczysta kurtyna opadła.
To było jedno cięcie. Tylko jedno. Upiorzyca skoczyła na niego, ale był szybszy: ustawił się zawczasu do ciosu i uderzył znad ramienia, szybkim wrębem. Przeciągnął ostrze aż do samego końca.
Kim jestem, że się sędzią i katem ogłaszam?
Mam serce, patrzę w serce i sercem?
Czy szkiełkiem i okiem?
Sam dzierżę szale sprawiedliwości.
Nie było już młodej dziewczyny, zniknęła gdzieś rusałka. Rozmyła się w momencie, gdy pękł krąg i Onelia znów stała się nocnicą. Teraz Sambor spoglądał na jej nieruchome pokraczne cielsko.
W Ostałówku znów zapadła skuta lodem cisza. Zaraz jednak ze wszystkich chałup zaczęło dobiegać gdakanie, szczekanie i porykiwanie.
Wciąż z szablą w dłoni podszedł do ciała, uklęknął. Zawahał się, walczył z obrzydzeniem. Po chwili jednak wziął stwora pod głowę na tyle czule, na ile mógł. Upiór nie poruszył się.
– Bywaj, Onelko – powiedział, kładąc ostrożnie nocnicę na zmrożonej jesienną nocą ziemi. – Idź do gwiazd.
Nieopodal Szali przykucnęła i objęła się rękoma, by powstrzymać targające nią dreszcze. Przepadła gdzieś skórzana opaska podtrzymująca włosy i ciemna kaskada fal rozpłynęła się teraz na wszystkie strony. Delia Szali była ubłocona i mokra.
Nie powiedział nic, nie potrzebowali słów. Uklęknął przy asterce i objął ją ramieniem.
Trwali tak przez jakiś czas w trupim blasku błękitnej planety.
11
Domagoj poruszył się niespokojnie na widok polnego.
Szlachcic rzucił ferezję na skrzynię, to samo uczynił z kołpakiem, a bandolet postawił w kącie alkierza. Bandolet był ładny, ze zdobionym kurkiem i pozłacanymi antabami. Szabli szlachcic nie odkładał.
– Jak głowa? – spytał, siadając na stołku obok łoża Domagoja.
– Dobrze… Panie.
– Poznajesz mnie. To dobrze.
Polny był dość młody, choć gęste wąsy dodawały mu powagi, a spojrzenie – wieku. Samą postawą budził w Domagoju respekt.
– Jakżebym miał nie poznać waszej miłości! – powiedział pewnie Domagoj.Czuł, jak wraca mu gorączka. – Toć co roku wiadomo, że pan Zabrajski na roki sądowe po wsiach jeździ…
– Jeździ, jeździ – powiedział Sambor, wzdychając ciężko. – Chociaż takich roków jak u was to jeszcze nie miałem i jak Aster da, długo nie będę miał. Domagoju, słuchaj mnie!
– Przecież słucham… Wasza miłość.
– Nie mam teraz czasu, żeby wszystko wyjaśniać, więc powiedz mi krótko: co było między tobą a Onelią?
– Nic. Przyjaźń.
– Jaka to była przyjaźń? Mów, jak u zwiezdnika!
Domagoj zamrugał, nic nie pojmując. Twarz pana Zabrajskiego była jednak jak rzeźbiona w kamieniu. Nie lubił czekać.
– Dużo chłopa za nią biegało – powiedział w końcu niechętnie. – Uganiali się za nią jak psy za królikiem, a ja… Ja jeden z nią potrafiłem porozmawiać. Mówi wasza miłość, że u waszej miłości jak u zwiezdnika. Nu, to ona tak u mnie mogła, o! O wszystkim.
Zabrajski pochylił się w jego stronę, a Domagoj aż się skulił pod ciężarem jego spojrzenia. Rotmistrz cuchnął śmiercią.
– Podobno to była ładna dziewka – powiedział powoli, mrużąc oczy. – Nie miałeś czasem ochoty i ty uszczknąć kąska z tego tortu? Podobno nie była wybredna. Gdybym był bardziej dosadny, powiedziałbym, że się kurwiła.
Domagoj westchnął ciężko. Odwrócił głowę, by nie patrzeć w te oczy koloru zimowego nieba.
– Ano, cosik tam ochotę miałem… Ale gdzie mnie do takiej gąski…
– Łżesz, Domagoj – powiedział Zabrajski. Ku zdziwieniu Domagoja, całkiem bez złości. – Łżesz, choć przynajmniej nie w oczy. Ech, ludzie, co ja z wami mam. Domagoj!
– Słucham waszą miłość.
– Wiem, że nijak ci się ta Onelka nie podobała. Ani ona, ani żadna we wsi. Już prędzej ten cały Chołek, czy jak mu tam…
Domagoj otworzył usta, chciał protestować, ale Sambor uciszył go gestem.
– Wiesz, co grozi we wsi za bycie odmieńcem – kontynuował po chwili Zabrajski. – Takie jest prawo i ja tego prawa nie zmienię. Więcej nawet! Muszę go przestrzegać i egzekwować. Inaczej już dawno byśmy się tutaj wszyscy wyrezali, a z Ostałówka, Brzegów czy innego Moczydła nic by nie pozostało.
– Panie, ale co ja…
– Jeszcze raz mi przerwiesz, to wyrzucę cię przez okno. Jak powiedziałem: wiesz, co grozi we wsi za bycie odmieńcem i, co więcej, sam też wiesz najlepiej, co grozi odmieńcowi za pozostanie we wsi.
– Wygnać… – Domagoj poczuł, jak łzy zbierają mu się w oczach. – Wasza miłość… Mnie? Przecież ja nic…
– Zawrzyj gębę i słuchaj. Dobrze myślisz, nie pozwolę ci zostać we wsi. Głównie ze względu na tych ludzi.
– To nie ja! – zawołał z rozpaczą chłopaczyna. – Zmiłujże się, panie Zabrajski! W życiu bym nie skrzywdził nikogo, nikomu…
Urwał, widząc spojrzenie szlachcica.
– Dam ci czas do wiosny – kontynuował rotmistrz. – Teraz wszędzie jesień, zaraz przyjdzie zima i psa nie wygoniłbym w taki ziąb, a co dopiero człowieka. Weź najpotrzebniejsze rzeczy, prowiant i udaj się na zachód. Najlepiej przez Komarzyce, Witergrad, a potem – kto wie – może i Perepol. To duże miasta, zawsze przyda się kolejna para rąk do pracy, a ludzie są bardziej… pobłażliwi na pewne zboczenia. Tutaj nie masz już czego szukać. Nie patrz tak na mnie, wiesz, że mam rację. Gdyby nie ja, byłbyś już trupem.
– Panie… Jestem niewinny.
– Wiem, psiakrew! – Szlachcic westchnął ciężko. – Wiem! Wiedziałem od początku, a teraz mam pewność. Ech, lepsze miałem zdanie o miejscowych, ale cóż, Pihowski nieraz mówił mi, że jestem niepoprawnym idealistą. Nie, Domagoju, w niczym nie zawiniłeś. Byłbym głupi, gdybym oceniał cię tylko po twoich… Upodobaniach.
Polny wstał. Zebrał swoje rzeczy i sięgnął do klamki.
– Do wiosny, pamiętaj – powiedział jeszcze w drzwiach. – Ale na twoim miejscu starałbym się nie zwlekać. Bywaj, Domagoju.
– Panie, ale ja nawet nie mam pieniędzy! Pomiłuj! Miej serce!
Zabrajski zawahał się. Myślał nad czymś przez chwilę.
– Miej serce… – powtórzył, patrząc gdzieś w dal. – Miej serce, patrzaj w serce i sercem.
– Panie?
– Posłuchaj – powiedział Zabrajski. – Jest jeszcze jedna sprawa…
12
– Oskarżyłeś niewinnego człowieka. Oszczerstwami podjudzałeś do samosądu, ponadto oskarżyłeś bezpodstawnie o korzystanie z magii, nie zawiadamiając o tym lokalnej konfraterni. Wreszcie za twoją wiedzą i przyzwoleniem życie straciłby jeden z moich podwładnych, którym obiecałem pokój i bezpieczeństwo. Bez sądu. Bez oddania czci sprawiedliwości.
Sambor stanął na podeście, ogarnął wzrokiem zebrany na placu tłum.
– Panie, pomiłuuuj – zawył Borkus. Czerwony na twarzy, załzawiony i z zafajdanymi portkami próbował złapać równowagę na wąskim pieńku. Kręcił szyją, próbując poluzować zawiązany ciasno sznur konopny.
– Już tego wystarczyłoby, żeby cię powiesić! – zawołał Zabrajski takim głosem, że zebrana na zabłoconym placu tłuszcza skuliła się. – Ale nie dość tego! Kryłeś gwałcicieli! Na żyzny grunt zasiałeś ziarno zepsucia! I to wszystko w moim imieniu? Ty chamie, ty prostaku! Wieprzu nieczysty! Jak śmiałeś! Jako mój majątnik?! Ośmieszyłeś mnie i mój honor! A tego ci, psie, nie daruję!
Sambor zeskoczył z podestu, podszedł prędko do skleconej naprędce szubienicy.
– Paniee! – zawołał Borkus. – Ja niewinny! Wszyscy to powiedzą, każda baba we wsi…
Nie skończył. Sambor z rozmachem kopnął pień i Borkus poleciał w dół. Sznur naprężył się i na skutym mrozem placu rozległ się cichy trzask pękającego kręgosłupa. Majątnik zatelepał nogami i zesztywniał.
– Kto by tam babom wierzył – mruknął Sambor, odwracając się do tłumu.
– To nie Domagoj ściągnął na Ostałówek te wszystkie nieszczęścia – powiedział po chwili, gdy uspokoił oddech. – Najlepiej wiecie, że był on wczoraj bez ducha i pod strażą w gospodzie. Są na to świadki. A jednak wszyscy słyszeliście, że bestia w nocy wróciła i łaknęła krwi. Krwi, która miała jej przynieść smak zemsty, a która dzisiaj dopełniła się tak, jak każe tego prawo. Nic wam już nie grozi. Bestia wskazała winnych i nie ma ich już wśród tu zebranych, a zgniły plon został wyrwany. U Domagoja jednak dopatrzyłem się innej winy i przez to skazałem go na wygnanie. Zostanie tu przez zimę i wraz z nadejściem wiosny opuści Ostałówek. Nigdy tu już nie wróci.
– Sprawiedliwy pan! – zawołał ktoś z tłumu. – Sława! Sława Zabrajskiemu! Precz z odmieńcami!
Kilka osób powtórzyło okrzyk, ktoś odważył się zaklaskać. Na chwilę plac stał się groteskową widownią wiejskiego teatrzyku, w którym właśnie dobiegła końca makabryczna sztuka.
– To nie koniec – zawołał Sambor, przekrzykując tłum. Harmider przycichł.
– Domagoj ma stąd odejść cały i zdrowy. Nietknięty. Jeśli dowiem się, że spotkała go jakaś krzywda, jeśli dowiem się, że spadła mu, na przykład, gałąź na głowę albo po pijaku utopił się… Albo jeśli znowu będzie tu miał miejsce samosąd… To będzie oznaka dla mnie, że nie poważacie mojego prawa i honoru. Wtedy zaś wrócę tu z całym oddziałem polnych. Kobiety sprzedam na kurwy, dzieci wyślę do Asterii, mężczyzn po prostu wyrżnę do nogi, a Ostałówek spalę do gołej ziemi. Nie będę utrzymywać wiosek, gdzie lęgnie się hołota. Hańba wam za to, coście chcieli uczynić! Inne wsie są jak fortece na granicy, sąsiad sąsiadowi jest jak brat, bo żyjemy w trudnych czasach. A wy? Gardzę dzisiaj wami i lepiej, żebyście wrócili do moich łask, bo inaczej nic dobrego już tej wsi nie spotka.
Tłum milczał, zdjęty nagle grozą. Spoglądali na Zabrajskiego, a on tylko czekał. Położył dłoń na głowicy szabli i szukał hardych, gotowych wystąpić z tłumu.
Pihowski położył mu dłoń na ramieniu, uniósł nadziak w górę i zawołał:
– Sława Zabrajskiemu! Sława!
I jak rzeczny lód na wiosnę pękła groza i kotłująca się nienawiść; bestia przepadła, niechcianego wygnano. Tłum w końcu uległ i powtórzył zawołanie.
– Sława Zabrajskiemu!
13
– I nic nie powiedziała?
– A czego się spodziewałeś. – Kawka uśmiechnął się krzywo. – Pożegnania rodem z ballad i romansów? Daj spokój, Samborze, gziliście się po wódce. U asterów to rzecz najzwyklejsza pod słońcem, tylko my zrobiliśmy z tego niemalże obrządek. Nuże, nie patrz tak na mnie. Prawdę mówię. Pewnie jest już po drugiej stronie Rusłej i inny ją wydupczy. Albo ona jego, psiakrew, ty jesteś specjalistą od asterskich kobiet; one są czasem bardziej męskie od mężczyzn. Swoją drogą nie wiem, co cię tak pociąga w tych uszastych kobietach. Ejże, ostrożnie! Chcesz żebym z konia spadł?
– Tak jakby. Aleksandrze?
– Aha?
– I tobie też nic…
– Samborze. – Pihowski wzruszył ramionami. – Rozumiem, że każdą kobietę, która poświęci ci więcej niż krótką rozmowę, darzysz szczególnym uczuciem. Po raz wtóry przypominam ci, a czynię to z towarzyskiego obowiązku, że jesteś niepoprawnie honorowy i kochliwy. Niestety, jeśli były między wami jakieś niedopowiedzenia, to zostaną one bez rozwiązania. Taki los. Uważaj, gałąź.
– Dziękuję.
– Swoją drogą – Aleksander spojrzał z ukosa na Zabrajskiego. – Ostro żeś zagrał z tym Domagojem. Jak nie ty. Pod publikę? Ku pokrzepieniu serc i poczuciu wiejskiej sprawiedliwości? Czy coś było na rzeczy…
– Niestety. – Sambor uśmiechnął się lekko. Biodro znowu zaczynało mu dokuczać.– Niestety, zostały pewne niedopowiedzenia, które zostaną bez rozwiązania. Taki los.
– Ech, ty przechero, a ja ci z dobrego serca rzyć ratowałem…
Polna droga skończyła się. Urywała się zaraz za ostatnim z poszarzałych ściernisk, gdzie w przekrzywionej wiejskiej kapliczce pobrzękiwały cicho miedziane gwiazdki. Dalej były już tylko kolczaste kołtuny jeżyn, coraz rzadsze zagajniki, aż wreszcie hen w oddali, w promieniach dopalającego się na zachodzie słońca, srebrzyły się rozlewiska Rusłej.
Kawka odchrząknął, zagwizdał na próbę. A potem wszyscy trzej dla zabicia czasu zaśpiewali:
Rozprzęgajcie konie, pany,
Wnet już wieczór – pójdziem w tany!
A gdy wstanie świt czerwony,
Znów ruszymy w stepu przestwór niezmierzony!
Wkrótce po tym jak wyjechali z ziemi ostałowskiej, mróz skuł okolicę i pełna oczekiwania cisza zaległa wśród pól. Ptactwo gdzieś przepadło, a i zwierz rzadziej wychodził na ścierniska.
Niedługo potem spadły pierwsze tego roku śniegi.
Nadeszła zima.
14
Było coś przejmującego w widoku ciągnących się długim szeregiem wierzb głowiastych. Szare i bezlistne stanowił jakby ikonę napisaną przemijającej jesieni, zwiastowały nadchodzącą zimę i pochylały się nad zabłoconą polną drogą niby płaczki nad bezimienną mogiłą, strosząc wici ku zachmurzonemu niebu.
Domagoj szedł, utykając na jedną nogę. Kij dziadowski niewiele mu przy tym pomagał, a zawieszony na plecach wór z najpotrzebniejszymi rzeczami ciążył coraz bardziej. Nie przystawał jednak: jesień miała się ku końcowi, noce były mroźne, a do Witergradu wciąż miał jeszcze wiele dni drogi.
Zatrzymał się dopiero przy ostatniej z wierzb. Zrzucił tobołek u jej stóp, wyjął manierkę i pociągnął solidny łyk. Potem uklęknął powoli, jakby niepewnie. Zawahał się i zaczął rozgarniać zalegające wokół wierzby zgniłe liście, gałęzie i inne drobiazgi przyniesione przez wiatr.
Przez chwilę na zarośniętej gębie mieszały się niepewność i nadzieja. Pojawiło się zwątpienie.
Tylko na chwilę.
Tuż przy sękatym konarze ziemia była wyraźnie przekopana, czarniejsza. Rzucił się jak złakniony w to miejsce, zaczął rozgrzebywać ściółkę. A za chwilę usiadł, krztusząc się wzruszeniem.
Oto w ziemi spoczywała brudna, starannie zawiązana sakiewka. Ciężka, pękata, pobrzękująca w nieznany dotąd – bo i skąd miał znać ten dźwięk? – sposób.
– Sława – zawołał ochryple ku kłębowisku szarości w górze. – Sława Zabrajskiemu!
Z pobliskiego pola poderwało się stado kruków i wron, które pociągnęły czarną chmarą w dal. Wiatr zmarszczył powierzchnie kałuż, przeczesał poszarzały przestwór traw. Spadł deszcz, jeden z ostatnich tego roku.
W oddali, hen na samym horyzoncie, zapaliła się łuna, gdy słońce na chwilę przedarło się przez burzowe obłoki.
Pisane w Kaniach, pióra Tomka Krzywika
Luty – Marzec 2020 r.
Sama nie wierzę, ale długaśna stylizacja staropolska siadła mi gładko.
Kiedy zobaczyła towarzyszy westchnęłam, ale jak się okazało niesłusznie.
Udało Ci się zainteresować mnie i utrzymać uwagę do końca.
Po drodze zabrakło mi raz, czy dwa spacji, ale generalnie czytało się znakomicie.
delulu managment
No przyznaję również, że i mi siadła niesamowicie, bo widzę, że nie tylko ja tutaj podejmuje się , trudnej, acz bardzo pięknej sztuce stylizacji :) Gratuluję również świetnego debiutu :)
Widzę, że trochę tą stylizacją kolega zrobił mi małą konkurencję, ale ogółem dobrze sie czytało, aczkolwiek brakowało mi trochę więcej humoru i i ironii, ale być może wynikało to z własnej, nie przymuszonej woli przeczytania czegoś równie dobrego u mnie, bo przyznać należy, że tekst na wysokim poziomie stoi :)
Dodam fakt, że fajnie stworzyłeś świat który wydaje się być quasi-nowożytnym RON-em, jeśli dobrze wyczytałem historię. Bardzo oryginalny zabieg.
Biegnę kliknąć :)
Melendur88
Hej, początkowo trochę mnie przestraszyła długość tego opowiadania, zwłaszcza, że to debiut… i jeszcze ta stylizacja…
No, ale wyszło Ci! I to bardzo profesjonalnie! Nie zdziwiło by mnie, gdybym przeczytała ten tekst w NF. Dialogi brzmią naturalnie, postaci są charakterstyczne. Połączenie “Rzeczpospolitej szlacheckiej” z elfią zaklinaczką upiorów, stworem i brudną wsią, zdecydowanie zagrało i mnie wciągnęło.
Życzę dużo weny przy pisaniu kolejnych tekstów i serdecznie pozdrawiam. :)
Podążaj za białym królikiem.
Drodzy, gwoli ścisłości – nie jestem debiutantem, choć „Onelia” została przeze mnie napisana niedługo po pierwszej samodzielnej publikacji („Zacisze”) i obok „Ceny obowiązku” (NF 04/2023) była jednym z dwóch pierwszych opowiadań osadzonych w inspirowanej RON Riterii.
Przyznam szczerze, że trochę przerósł mnie czas oczekiwania na publikacje w NF. „Cena…” napisana i zaakceptowana w 2019 roku została opublikowana w roku 2023. „Onelia” początkowo też miała pozytywny odbiór, ale z różnych względów opowiadanie chyba utknęło, a ja sam przez 6 lat znacznie zmieniłem niektóre założenia (stąd opowiadanie oznaczyłem jako niekanoniczne). W lipcu 2025 roku wysłałem do NF kolejne opowiadanie z Samborem Zabrajskim i obecnie czekam na opinię Aleksandry Klęczar. Na forum Nowej Fantastyki też już kiedyś publikowałem („Szabraj”), ale straciłem dane do oryginalnego konta.
Uznałem, że skoro realnie „Onelia” nie ma szans na ukazanie się na papierze to chociaż pokażę ją w miejscu, gdzie może komuś trafi do gustu :) Cieszę się, że opowiadanie dobrze się przyjęło. Mam duży sentyment do tego świata i na pewno kiedyś napisze coś dłuższego, choć póki co z dwójką małych dzieci i rozwijaniem własnej kancelarii wydaje się to być perspektywą na inne życie.
Pozdrawiam serdecznie
Tomasz Krzywik
Hej!
Znam ten ból :) Sam prowadzę biznes i jednocześnie pracuje w IT. Wiem ile to wyrzeczeń trzeba, przy dzieciach :) Nie mniej pióro masz wspaniałe i żal by było to tak zostawiać :) Naprawdę kapitalny pomysł.
Co konta i debiutu – tak, zauważylem potem i nie chciało mi się już zmieniać komentarza. Mimo wszystko gratulacje mimo wszystko super opowiadania, a nie debiutu :)
Melendur88