- Opowiadanie: tumi1 - Onelia

Onelia

Nie­ka­no­nicz­ne. I tak już długo cze­ka­ło, niech żyje.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Onelia

 

ONE­LIA

 

Jazda polna jest to jazda lek­kie­go znaku, a woła się ją zwy­cza­jem „polni”. Polni dzie­lą się w dwój­na­sób: jedni odzia­ni wno­szą zbroyę albo pan­cerz i szy­szak i mają jeden albo dwa ban­do­le­ty i jedną długą sza­blę i ro­ha­ty­nę; dru­dzy zaś polni tylko w suk­niach sa­mych służą i rażą wroga z łuku albo strzel­by. Za przy­sło­wiem jed­nak po­wta­rza­jąc „każ­den polny sam pan wolny, zatem każdy broni używa we­dług wła­snej fan­ta­zyi, która jest da­le­ce więk­sza ani­że­li w in­nych for­ma­cy­iach wo­jen­nych. Po­ru­sza­ją się bez har­mat i ta­bo­rów, tak zwa­nym ko­mu­ni­kiem. Wal­czą głów­nie w wo­je­wódz­twach wschod­nich, przy samej gra­ni­cy Ry­te­rii i Aste­rii, skąd od tych dru­gich przy­ję­li spo­sób walki jako swój wła­sny.

~ „Rzecz o jeź­dzie po­lnej w wo­je­wódz­twach wschod­nich Kró­le­stwa Ry­te­rii”, J. Łu­kaw­ski

 

1

Było już do­brych kilka ty­go­dni po aster­skim świę­cie Zej­ścia, gdy pan Sam­bor Za­braj­ski wraz z to­wa­rzy­sza­mi po­lny­mi Pi­how­skim i Kawką za­je­chał do ziemi osta­łow­skiej, za­czy­na­ją­cej się zaraz za rzeką Ostką, a koń­czą­cej aż za sze­ro­ki­mi jak morze roz­le­wi­ska­mi Ru­słej.

Przez bród Ostki prze­pra­wi­li się póź­nym po­po­łu­dniem. Słoń­ce, które jesz­cze w ciągu dnia przy­grze­wa­ło wcale nie­zgo­rzej, wi­sia­ło teraz nisko nad ho­ry­zon­tem, do­pa­la­jąc się za po­sza­rza­łą linią ścier­nisk i prze­rze­dzo­nych je­sie­nią sadów. Jesz­cze tylko hen na za­chod­nim nie­bie skoł­tu­nio­ne chmu­ry wciąż bu­cha­ły czer­wie­nią jakby roz­pa­la­ne od we­wnątrz, pod­czas gdy wszę­dy wkoło za­czy­na­ła się noc. Wraz z jej na­dej­ściem wsta­wa­ły coraz dłuż­sze cie­nie i mroź­ne mgły. Zaraz nad sre­brzą­cym się ni­czem lu­stro je­zio­rem pło­nę­ły ogni­ska, od któ­rych jak war­ko­cze cią­gnę­ły się siwe kłę­bo­wi­ska dymów.

Nie zdzi­wi­ły ni­ko­go z to­wa­rzy­szy po­lnych psy, które zaraz za bro­dem opa­dły ich wście­kłą sforą i ob­szcze­ka­ły. Nie zdzi­wi­ło ni­ko­go też, że psy po­szły w dia­bły po pierw­szym wy­strza­le z ban­do­le­tu pusz­czo­nym bar­dziej z prze­ko­ry niż z po­trze­by.

To­wa­rzy­szy po­lnych zdzi­wi­ła na­to­miast cisza.

Wcze­śniej na szla­ku była czymś nor­mal­nym, wręcz ocze­ki­wa­nym, wszak z na­dej­ściem je­sie­ni życie wy­ga­sa­ło, gi­nę­ło, prze­pa­da­ło gdzieś w ja­rach i wy­kro­tach. Obo­jęt­nie mi­ja­li więc żer­dzie z opu­sto­sza­ły­mi bo­cia­ni­mi gniaz­da­mi czy po­rzu­co­ne le­go­wi­ska la­wi­szek, które ga­dzim zwy­cza­jem po­cho­wa­ły się przed zimą w swo­ich ni­by-kre­cich no­rach.

Teraz jed­nak cią­gnę­li głów­ną drogą, wiej­ską wpraw­dzie, ale so­lid­ną, ubitą i tak sze­ro­ką, że nie­raz mogli je­chać i jeden obok dru­gie­go. Za­zwy­czaj na ta­kich szla­kach spo­dzie­wa­no się jeśli nie wiel­kie­go ruchu, to przy­naj­mniej scho­dzą­cych z pól chło­pów, zmie­rza­ją­cych do wsi na noc­leg bar­dów i kup­ców, względ­nie zwy­kłych włó­czy­ki­jów czy dzia­dów pro­szal­nych.

– Z pa­stu­sich ognisk wciąż biją dymy, ale ludzi jakby wiatr wy­wiał – mruk­nął Sam­bor, po­pra­wia­jąc zjeż­dża­ją­cy mu z czoła koł­pak z ba­żan­cim pió­rem.

– Ciem­no wszę­dzie, głu­cho wszę­dzie i tylko szu­kać w polu licha czy in­ne­go biesa, panie Za­braj­ski. – Alek­san­der Pi­how­ski od dłuż­sze­go czasu prze­cze­sy­wał krza­cza­stą brodę. – Psia­krew, nie spo­dzie­wa­łem się, że będą nas wódką witać, ale jakoś… No, żadną miarą mi się tu nie po­do­ba.

– W Brze­gach było po­dob­nie.

– W Brze­gach sta­wi­li­śmy się dzień po we­se­lu i cham­stwo wciąż jesz­cze za­le­ga­ło jakby po­ko­tem. Taką za­ba­wę mieli, że sto­do­ły nie do­ga­si­li jesz­cze po dru­gim ko­gu­cie.

– Też praw­da.

– Poza tym Brze­gi są cał­kiem nasze i z na­szych wy­ro­sły ko­rze­ni. A tutaj? Gdzie się nie obej­rzysz, to ja­kieś aster­skie po­zo­sta­ło­ści, któ­rych nikt nie kwapi się wy­ko­rze­niać. Sam zresz­tą po­patrz: wi­dzisz ka­plicz­kę przy je­zio­rze? Gotów je­stem za­ło­żyć się o konia z rzę­dem, że prze­trwa­ła tylko przez obawę, że jej znisz­cze­nie spro­wa­dzi na nich klą­twę. Chło­py się pew­nie boją, że krowy prze­sta­ną się cie­lić, w stud­niach zaroi się od żab, a baby będą ro­dzić się z kuś­ka­mi.

– Ech, Pi­how­ski, Pi­how­ski…

– Dawno ci już mó­wi­łem, że po­wi­nie­neś zro­bić z tym po­rzą­dek. Dobra, szko­da gadać po próż­ni­cy. Po­śpiesz­my konie, bo źle to mówić o su­chym pysku, a zdaje mi się, że za je­zio­rem to już ten twój Osta­łó­wek się bieli.

– Naj­wyż­sza pora. – Sam­bor wes­tchnął cięż­ko i po­ma­so­wał mi­mo­wol­nie do­ku­cza­ją­ce mu od kilku dni bio­dro. Po raz ko­lej­ny obie­cał sobie, że tym razem po­zwo­li sobie na dłuż­szy sen. Po raz ko­lej­ny miał świa­do­mość, że nic z tego nie wyj­dzie.

Je­dy­nie Kawka nic nie mówił. Pro­wa­dził tylko konia ze znu­dzo­ną miną i dra­pał się co jakiś czas to po orlim nosie, to po za­wi­nię­tym prze­gu­bie od kilku dni na­zna­czo­nym po­kaź­ną raną. W po­wie­trzu bzy­cza­ły ko­ma­ry.

Wie­czor­ną ciszę prze­rwał wrzask.

Od szu­wa­rów ode­rwa­ła się nagle czar­na chma­ra spło­szo­ne­go ptac­twa, ktoś z po­lnych za­klął, ktoś wy­pro­sto­wał się nagle jak stru­na. Zaraz znik­nę­ła z to­wa­rzy­stwa sen­ność: bły­snę­ły w zmierz­cha­niu do­by­te nie wia­do­mo kiedy sza­ble i po­de­rwa­ne lufy ban­do­le­tów.

– Mó­wi­łem – po­wie­dział Pi­how­ski, się­gnąw­szy swoim zwy­cza­jem po na­dzia­ka. – Mó­wi­łem, psia­krew, że to podła oko­li­ca. Skąd ten…

– Ci­chaj! – Sam­bor za­marł z ban­do­le­tem go­to­wym do strza­łu.

Za­mil­kli.

Nie od razu to usły­sze­li; do­pie­ro po chwi­li, gdy wiatr ze­lżał, dało się sły­szeć znad je­zio­ra ni to łka­nie, ni za­wo­dze­nie.

– One­el­kaa!

– Ki czort? – mruk­nął Kawka, marsz­cząc czoło. – Uto­piec czy inne licho?

– Ra­czej ani jedno, ani dru­gie. – Sam­bor spiął konia. – Bywaj tu!

Pod­je­cha­li żywo do po­sza­rza­łej ścia­ny szu­wa­rów prze­pla­ta­nej trzci­na­mi i ocze­re­ta­mi. Tutaj łka­nie było sły­chać wy­raź­niej.

– Widać tam coś? – za­gad­nął Pi­how­ski, ba­wiąc się na­dzia­kiem.

Sam­bor nie od razu od­po­wie­dział. Pod­je­chał jesz­cze bli­żej za­ro­śli, gdzie grunt był już mniej pewny, ba­gni­sty. Jego koń prych­nął nie­za­do­wo­lo­ny, ale rot­mistrz zi­gno­ro­wał hu­mo­ry wierz­chow­ca. Sta­nął w strze­mio­nach i ro­zej­rzał się wśród dzi­czy jak ja­strząb za kró­li­kiem. I zaraz sam par­sk­nął.

– Masz pan, panie Pi­how­ski, swo­je­go utop­ca.

To­wa­rzysz polny zmarsz­czył czoło, nic nie ro­zu­mie­jąc. Pod­je­chał, ze­sko­czył na błot­ni­sty brzeg i zaraz wolną ręką roz­gar­nął trzci­ny.

Oczom po­lnych uka­za­ła się nie­wiel­ka ła­wi­ca rzecz­na usy­pa­na głów­nie z pia­chu i mułu, ra­czej skąpo po­ro­śnię­ta. Zie­lon­ka­wa woda plu­ska­ła cicho o brzeg, zo­sta­wia­jąc na przy­mu­li­sku opa­dłe li­ście. I oto na tej ła­wi­cy sie­dział brud­ny chłop, naj­wy­raź­niej wio­sko­wy idio­ta, bosy i za­ro­śnię­ty. Dłu­bał za­pa­mię­ta­le w nosie, spo­glą­dał gdzieś w prze­strzeń i łkał cicho, co jakiś czas tylko po­wta­rza­jąc jedno słowo.

„Onel­ka”.

– Masz szczę­ście, cha­mie, żeśmy nie po­sła­li na oślep palby w krza­ki – po­wie­dział z wy­raź­ną ulgą Sam­bor i po­pra­wił że­la­zną an­ta­bę przy ban­do­le­cie.

Chłop spoj­rzał na nich nie­zbyt roz­gar­nię­tym wzro­kiem i po­cią­gnął nosem.

– One­el­kaa! – za­wo­łał znowu w prze­strzeń.

– To chyba aster­skie imię? – Pi­how­ski spoj­rzał nie­pew­nie na Sam­bo­ra.

– Brzmi po wschod­nie­mu, więc może być. Cały jest?

– Tak się zdaje. Tylko na gło­wie uło­mek, jak zresz­tą widać. Patrz jak wier­ci w nosie, zaraz gotów do­ko­pać się do ja­kiejś rudy. Ha, kto wie, Sam­bo­rze, może wię­cej ta­kich gór­ni­ków w oko­li­cy biega?

– Wra­caj­my na szlak. – Za­braj­ski wes­tchnął cięż­ko. Jego wier­ne­mu kom­pa­no­wi wi­docz­nie wra­cał cha­rak­te­ry­stycz­ny ru­basz­ny humor, ale sam już nie wie­dział, czy to powód do ra­do­ści. – Szko­da czasu na wio­sko­we­go głup­ka. Po­śle­my kogoś ze wsi, żeby za­brał go stąd przed nocą.

Je­że­li bę­dzie kogo po­sy­łać – do­po­wie­dział w duchu.

2

Do Osta­łów­ka do­je­cha­li wkrót­ce potem.

Jak się oka­za­ło, wieś wcale nie była opusz­czo­na. Wręcz prze­ciw­nie – jesz­cze gdy je­cha­li wzdłuż usła­ne­go li­sto­wiem je­zio­ra, dało się sły­szeć nio­są­ce się po wo­dzie ja­kieś nad­zwy­czaj­ne po­ru­sze­nie. Wnet nad szum wia­tru wy­bi­ła się wrza­wa wła­ści­wa znacz­nym zgro­ma­dze­niom, która sta­wa­ła się tym in­ten­syw­niej­sza, im bar­dziej zbli­ża­li się do celu. I jakaś dziw­na nuta, zło­wro­ga i nie­przy­jem­na, dźwię­cza­ła nad tym wszyst­kim.

– Coś mi się wy­da­je, mości pa­no­wie – po­wie­dział nagle Kawka, pro­stu­jąc się w sio­dle. – Że mają tam wcale nie­zły jar­mark.

I rze­czy­wi­ście: przed wio­ską ze­bra­li się chyba wszy­scy miesz­kań­cy Osta­łów­ka. W czer­wo­nej po­świa­cie do­ga­sa­ją­ce­go słoń­ca ko­tło­wał się czar­ny mo­tłoch na­je­żo­ny wi­dła­mi i świa­tła­mi po­chod­ni. Strasz­ny wrzask wi­siał nad tym wszyst­kim.

– Uwiel­biam jar­mar­ki. – Pi­how­ski wes­tchnął cięż­ko. – A zwłasz­cza takie z wi­dła­mi i po­chod­nia­mi. O, patrz, do­brze widzę? Wóz z gno­jem wy­to­czy­li? Ha, zna­czy się sa­mo­sąd. To co, Sam­bo­rze? Po na­sze­mu?

Sam­bor nie od­po­wie­dział. Zmarsz­czył tylko czoło i gła­dził w za­my­śle­niu wąsa. W końcu zaś bez ostrze­że­nia się­gnął po ban­do­let i ru­szył w kie­run­ku tłumu. To­wa­rzy­sze nie cze­ka­li – po­szli zaraz za nim.

W pierw­szej chwi­li my­śle­li, że rot­mistrz po pro­stu wpad­nie w tłum i za­cznie tłuc mo­tłoch na oślep; tak szyb­ko pę­dził na swoim Pa­ła­szu. Stał w strze­mio­nach nisko po­chy­lo­ny, a przy tym roz­pę­dzo­ny jak wście­kły wilk w polu. Gdyby w takim tem­pie ude­rzył na wie­śnia­ków, nie­chyb­nie po­ło­żył­by kilku samą tylko mocą pędu.

Nie ude­rzył. Nie po­ło­żył.

Zaraz przed tłu­mem zwol­nił konia i wy­pa­lił w po­wie­trze z ban­do­le­tu; roz­ża­rzo­na kula jak iskra wy­pa­li­ła ku pur­pu­rze wie­czor­ne­go nieba.

Tłusz­cza za­mar­ła, a wrza­ski uci­chły jak ucię­te nożem.

– Można wie­dzieć – za­wo­łał, spo­glą­da­jąc z góry na ho­ło­tę. – Co tu się wy­pra­wia?

Szmer szep­tu prze­to­czył się przez tłum, ktoś z tyłu krzyk­nął coś nie­zro­zu­mia­le i znowu za­czął robić się har­mi­der, nikt jed­nak z tłumu nie od­wa­żył się od­po­wie­dzieć rot­mi­strzo­wi. Sam­bor po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, wy­pa­trzył wśród ludzi roz­la­tu­ją­cą się fur­man­kę z gno­jem. Na gnoju leżał czło­wiek.

Za­braj­ski za­klął pod nosem i wje­chał ko­niem mię­dzy wie­śnia­ków, roz­py­cha­jąc ich na boki bez par­do­nu. Pa­łasz za­trzy­mał się do­pie­ro przed bar­czy­stym męż­czy­zną o par­szy­wej apa­ry­cji miej­sco­we­go za­bi­ja­ki. Chłop trzy­mał dy­szel fury i naj­wy­raź­niej nie za­mie­rzał go pusz­czać.

– Jak cię zwą? – za­py­tał Sam­bor, wy­chy­la­jąc się z sio­dła.

– Rzepa… panie.

– Co tu ro­bisz, Rzepo?

– Pil­nu­ję, żeby ten, o tu, nie uciekł…

Le­żą­cy na wozie nie wy­glą­dał na ta­kie­go, który miał­by ucie­kać. Miej­sco­wi po­bi­li go tak okrut­nie, że trud­no było nawet ocze­ki­wać, że bę­dzie w sta­nie sam się pod­nieść, a co do­pie­ro bie­gać.

– A kto to jest? I czym wam w ogóle za­wi­nił, że­ście się z nim obe­szli go­rzej niż ze szlach­to­wa­ną świ­nią?

– O, panie! – Rzepa mach­nął ma­syw­ną łapą. – Że­by­ście to wie­dzie­li, jaką wy teraz świ­niom krzyw­dę czy­ni­cie, że je z tym czar­tem rów­na­cie! Świ­nie cho­ciaż żyją z po­żyt­kiem dla do­brych ludzi, a ten tutaj to naj­gor­szy po­miot, jaki żył mię­dzy nami, a knuł i w kon­szach­ty wcho­dził ze złemi…

– Mó­wi­cie o nim jak o naj­gor­szym bie­sie – rzu­cił fleg­ma­tycz­nie Kawka, który chwi­lę wcze­śniej wraz z Pi­how­skim sta­nął za rot­mi­strzem. – A dotąd jesz­cze jego imie­nia nie po­zna­li­śmy. Kto zacz?

– Ten tutaj zwie się Do­ma­goj, bo­daj­by go…

– A bo­daj­by go i dwa razy. Nuże, od­po­wiedz­cie na py­ta­nie rot­mi­strza, wszak nie za imię go tak opra­wi­li­ście?

– E, gdzie za imię! Toć cza­row­nik prze­cie i to naj­po­dlej­szy, bo po no­cach cza­ru­je…

– Cza­row­nik? – Za­braj­ski coraz bar­dziej ro­ze­źlo­ny ze­sko­czył z Pa­ła­sza i pod­szedł do fury tak szyb­ko, że Rzepa pu­ścił nagle dy­szel, który z mo­krym pla­śnię­ciem upadł w błoto. – A po czym to miar­ku­je­cie? Albo to za­klę­cia czy uroki na was rzu­cał?

– No… uroki…

Sam­bor zła­pał Do­ma­go­ja za nad­gar­stek i spoj­rzał na dłoń zmal­tre­to­wa­ne­go wie­śnia­ka. Długo tak pa­trzył i oglą­dał rękę chło­pa, to z jed­nej, to z dru­giej stro­ny, szu­ka­jąc cze­goś naj­wy­raź­niej. Potem zaś oparł się o burtę fury, spoj­rzał w zie­mię i znie­ru­cho­miał na chwi­lę.

– Alek­san­drze… – po­wie­dział w końcu gło­sem drżą­cym z tłu­mio­nej furii. – Weź­cie pro­szę z Kawką tego… Do­ma­go­ja… I za­bierz­cie czym prę­dzej do go­spo­dy. Tam go umyj­cie i opa­trz­cie.

– Panie! – za­wo­łał Rzepa. – Co wy za­mier­za­cie uczy­nić, prze­ca mówię…

Nie skoń­czył.

Sam­bor do­padł go jak żbik. Choć wie­śniak był da­le­ce wyż­szy od Za­braj­skie­go, rot­mistrz zdzie­lił go w szczę­kę i tylko tym jed­nym cio­sem po­wa­lił na zie­mię. Zanim kto­kol­wiek z tłumu zdą­żył pod­nieść wrzask, wy­szarp­nął sza­blę i rzu­cił się w kie­run­ku tłumu.

– Wie­prze nie­czy­ste! O tym wam pra­wi­łem, tego was uczy­łem?! Sami sądy sobie spra­wu­je­cie? Dawać mi tu ma­jąt­ni­ka! Ale już! Do mnie!

I po­czął mio­tać się tak z wście­kło­ścią, na­wo­łu­jąc i wy­kli­na­jąc, a do­tych­czas sko­tło­wa­na tłusz­cza co­fa­ła się za­sko­czo­na tym na­głym wy­bu­chem furii i sza­blą, która w mi­go­tli­wym świe­tle po­chod­ni bły­ska­ła jak bły­ska­wi­ca, gdy tłukł pła­zem każ­de­go, kto tylko się na­pa­to­czył.

– Skur­wy­sy­ny! – sap­nął w końcu, gdy prze­szła mu pierw­sza złość. – To ja za was karku nad­sta­wiam, pil­nu­ję, a wy tu sobie sami…

– Mó­wi­łem ci, żeś nie­po­praw­ny ide­ali­sta – rzu­cił Pi­how­ski, pod­cho­dząc do wozu. Prze­stą­pił nad le­żą­cym w bło­cie Rzepą, który trzy­mał się za roz­bi­tą głowę i za­wo­dził roz­pacz­li­wie. – Cham­stwo bę­dziesz zasad spra­wie­dli­wo­ści uczył, kiedy oni nawet wi­del­ca nie umie­ją trzy­mać…

– Za dużo ga­dasz. Łap­cie wóz i za­bierz­cie mi tego nie­szczę­śni­ka sprzed oczu. Mą­jąt­nik! Wię­cej nie będę wy­wo­ły­wać!

Dość już prze­rze­dzo­ny tłum za­fa­lo­wał i w końcu wy­stą­pił zeń łysy czło­wiek z po­kaź­nym brzu­chem i nie mniej po­kaź­nym wąsem. Twarz miał brzyd­ką, na­la­ną, co w po­łą­cze­niu z ma­ły­mi prze­stra­szo­ny­mi oczka­mi two­rzy­ło do­pra­wy ka­ry­ka­tu­ral­ny ob­ra­zek.

– Bor­kus. – Za­braj­ski przy­po­mniał sobie imię po­wo­ła­ne­go przed ro­kiem ma­jąt­ni­ka. – Mogę spy­tać, dla­cze­go w mojej wsi, którą dałem ci pod opie­kę, urzą­dza­cie sobie bur­del?

– Panie… Ja…

– Sra, nie ja. Pro­wadź do sie­bie, mamy do po­ga­da­nia.

Ma­jąt­nik ro­zej­rzał się wkoło roz­pacz­li­wie, ale po­krzy­ku­ją­cy jesz­cze przed chwi­lą tłum stop­niał już nie­mal cał­ko­wi­cie. Widły i po­chod­nie gdzieś znik­nę­ły – zo­sta­ło tylko kilku męż­czyzn, któ­rzy pod nad­zo­rem to­wa­rzy­szy po­lnych za­czę­li pchać wóz z po­wro­tem w kie­run­ku oto­czo­nej wałem wsi.

 

3

 

Dom ma­jąt­ni­ka wła­ści­wie nie róż­nił się wiele od zwy­kłe­go chłop­skie­go tro­ja­ka. W za­cie­nio­nym kącie, zaraz za ple­cio­nym płot­kiem, ko­tło­wa­ły się tłu­ste świ­nie i gęsi. Po­środ­ku izby było pa­le­ni­sko z za­wie­szo­nym nad nim garem, za pa­le­ni­skiem zaś stały ława i skrzy­nia. Sy­pial­nię od resz­ty do­mo­stwa od­dzie­lo­no cien­ką ścia­ną z ple­cion­ki, gliny i chru­stu, w któ­rej zo­sta­wio­no wąski otwór na świe­cę ło­jo­wą. Świe­ca cuch­nę­ła i kop­ci­ła okrop­nie.

– Może… Może wódki? – spy­tał ma­jąt­nik, spo­glą­da­jąc nie­pew­nie na rot­mi­strza. Prze­stą­pił z nogi na nogę. – Coby tak tu o su­chym pysku nie gadać… Bim­be­rek też mam, do­pie­ro co…

– W rzyć sobie wsadź ten bim­be­rek – wark­nął Za­braj­ski. – Sia­daj, bo ja nie usie­dzę.

Ma­jąt­nik przy­cup­nął na naj­bliż­szym zydlu. Po­cią­gnął nosem i po­czął wo­dzić ocza­mi za rot­mi­strzem, który jak po­mur­nik krą­żył po izbie.

– Ten czło­wiek na wozie… Do­ma­goj, tak? Czym wam za­wi­nił?

– O, panie! Bo to długo by mówić…

– Więc mów krót­ko i tre­ści­wie. – Sam­bor wes­tchnął cięż­ko, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc wy­buch. – Wspo­mi­na­li­ście coś o cza­rach?

– A tak, panie, wspo­mi­na­li­śmy, bo i o czary w tym wszyst­kim cho­dzi, i o gusła. O gusła! Żebym to ja wie­dział, jakie tu siły nie­czy­ste się za­lę­gną, to bym babkę i ma­tu­lę w Mo­czy­dle cho­wał albo i dalej, w Brze­gach, coby spo­kój miały, a nie jak teraz, o! Każ­dej nocy przy księ­ży­cu bojam się, czy one gdzieś tam bi­du­le na pola nie cho­dzą, nie snują się mię­dzy wierz­ba­mi, bo im spo­czy­nek coś mąci…

– Bor­kus, cho­le­ra, ty mi o Do­ma­go­ju mia­łeś mówić, a nie o bab­kach i ma­tu­lach…

– Kiedy tu o Do­ma­go­ja wła­śnie się roz­cho­dzi! Szel­ma za­wsze wy­da­wał się jakiś taki dziw­ny, jakiś inny. Do sfer­ni­cy cho­dził rzad­ko, a ostat­nio w ogóle, gwiaz­dom czci nie od­da­wał, a na zwiezd­ni­ka pa­trzył spode łba i nie­przy­chyl­nie. Baby po wsi plo­tły, że to przez to, że zwiezd­nik mu jakąś przy­krość po­wie­dział, ale kto by tam babom wie­rzył. A potem masz: pierw­szy kogut po świę­cie Zej­ścia, a tu ka­płan na samym środ­ku wsi po­szar­pa­ny go­rzej niż suk­nia w noc po­ślub­ną. Przy­kry widok, dzie­cia­ki się wy­dar­ły, baby pła­ka­ły, a my już trze­ci mie­siąc bez po­słu­gi je­ste­śmy… Zro­bi­li­śmy mu ład­niut­ką mo­gił­kę na cmen­ta­rzu za sfer­ni­cą, ale jakoś tak dziw­nie nam było, nie­przy­jem­nie, bo jak to: zwiezd­ni­ka ubić? I to tak bez­boż­nie?

Sam­bor za­marł, utkwił ba­daw­czy wzrok w ospo­wa­tej twa­rzy ma­jąt­ni­ka.

– Nikt mi nie mówił, że­ście ka­pła­na stra­ci­li… – po­wie­dział cicho.

– A bo kto miał mówić? Je­sień tuż-tuż, za­pa­sy trze­ba robić, nikt domu nie chciał zo­sta­wiać… Cho­ciaż strach było w tym domu sie­dzieć. Już wtedy zro­zu­mie­li­śmy, że to zły omen, ubi­cie ta­kie­go do­bre­go czło­wie­ka. Bo dobry był ten zwiezd­nik, choć lu­biał sobie popić i po­dob­no baby szczy­pał cza­sem, ale kto bym tam babom wie­rzył…

– Bor­kus…

– No i to był pierw­szy trup.

– Pierw­szy?

– Ano, pierw­szy, pierw­szy… – Ma­jąt­nik za­pa­trzył się po­sęp­nie w trza­ska­ją­cy w pa­le­ni­sku ogień. – Potem był Cho­łek Ko­żu­czek, też dobry chłop. Ojcu na go­spo­dar­ce po­ma­gał, pił równo, a silny był niby smok… Za tym, panie, to do­pie­ro dzie­wu­chy się oglą­da­ły! Miesz­kał zaraz na brze­gu wio­ski. Sam go zresz­tą wcale lu­bi­łem, chłop był na schwał. A teraz masz taki los: leży nie­da­le­ko zwiezd­ni­ka.

– I temu Choł­ko­wi… Co mu się stało?

– Licho wie. To samo, co ka­pła­no­wi: roz­rzu­co­ny po placu, ale opo­rzą­dzo­ny przy tym tak, żeśmy le­d­wie twarz po­zna­li­śmy… Bied­na matka rozum po­stra­da­ła, oj­ciec też za­nie­mógł, bo wiel­kie w nim na­dzie­je mieli, a tu takie nie­szczę­ście.

– Był ktoś jesz­cze?

– Jak dotąd to tyle, panie. – Ma­jąt­nik wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ale póki Do­ma­goj żyje, póty Osta­łó­wek nie bę­dzie spał spo­koj­nie.

– Bor­kus. – Sam­bor wzno­wił krą­że­nie po izbie, tym razem bar­dziej ner­wo­wo. Za­czął na­wi­jać na palec bujny wąs. – Snu­jesz opo­wie­ści o lu­dziach, któ­rych coś po­szar­pa­ło tak strasz­li­wie, że le­d­wie trupy by­li­ście w sta­nie roz­po­znać… Że jest źle we wsi i ner­wo­wo, to widzę i bez two­jej opo­wie­ści, ale skąd w tym wszyst­kim do cho­le­ry Do­ma­goj? Z tego co wi­dzia­łem, to czło­wiek li­chej po­stu­ry…

– Li­chej po­stu­ry i pod­łe­go serca.

– Niech­by był i pod­łe­go serca. Bor­kus, czy ty mnie masz za idio­tę?

– Ja… – Ma­jąt­nik po­bladł. – Jakże to? Ja… Nie śmiał­bym!

– Więc mów mi zaraz, co wam ten czło­wiek za­wi­nił? Czemu go tak urzą­dzi­li­ście? I skąd po­mysł, że to aku­rat on? Bo ka­płan krzy­wo na niego spoj­rzał? A Cho­łek co, nie zszedł mu z drogi?

– A to rzecz jasna jak słoń­ce, panie! Tu One­lia wszyst­kie­mu winna!

Sam­bor przy­sta­nął i spoj­rzał z ukosa na chło­pa.

– Co znowu za One­lia? – spy­tał. Kilka kro­ków i już stał nad ma­jąt­ni­kiem i spo­glą­dał na niego z góry świ­dru­ją­cym wzro­kiem.

– No… One­lia. – Bor­kus sku­lił się w sobie. – Była tu taka jedna…

– Była? Ko­lej­na za­mor­do­wa­na nocą przez chło­pa li­chej po­stu­ry i pod­łe­go serca?

– Ano nie. Dusza ją opu­ści­ła przed ro­kiem, na dziu­ra­wię zmar­ła. Ta One­lia to pięk­na dzie­wu­cha była, szyja jak u ła­bę­dzia, buzia ru­mia­na i za­wsze we­so­ła, ale cho­rób­sko oszpe­ci­ło ją okrut­nie i szyb­ko za­bra­ło w piach… Cho­łek strasz­nie za nią pła­kał.

– I co ma do tego Do­ma­goj?

Bor­kus za­wa­hał się, spoj­rzał nie­pew­nie na rot­mi­strza.

– Jak mó­wi­łem – ma­jąt­nik za­czął nagle mówić bar­dzo szyb­ko. – Onel­ka to była cudna dzie­wu­cha. Wszyst­kie młode chło­pa­ki za nią bie­ga­ły, bili się nie­raz, ino jeden Do­ma­goj nijak nie miał do niej cią­got. Baby mó­wi­ły, że on jest od­mie­niec i dla­te­go… ro­zu­mie­cie… Ale kto by tam babom wie­rzył!

Sam­bor przy­gryzł wargę.

– Onel­ka też to przy­uwa­ży­ła i chyba dla hecy pró­bo­wa­ła uwo­dzić Do­ma­go­ja. Wi­dzi­cie, panie, ona już taka tro­chę była: młoda i gład­ka prze­pió­recz­ka, za­wsze chęt­na do łó­żecz­ka.

Za­braj­ski skrzy­wił się, gdy twarz ma­jąt­ni­ka roz­cią­gnę­ła się w ob­le­śnym uśmie­chu od­sła­nia­ją­cym aż na­zbyt brud­ny i wy­bra­ko­wa­ny gar­ni­tur zębów.

– Ona zresz­tą w ogóle ani my­śla­ła o za­mąż­pój­ściu – pod­jął opo­wieść. – Chło­pa­ka­mi ba­wi­ła się niby ma­lo­wa­ny­mi lal­ka­mi czy ko­lo­ro­wy­mi chu­s­ta­mi, nie­je­den łeb dał sobie za nią roz­bić, a i ob­ła­pić po wódce się nie wsty­dzi­ła, taka to była dzie­wu­cha!

– Bor­kus… – upo­mniał go coraz bar­dziej znie­cier­pli­wio­ny Sam­bor. – Co było mię­dzy Do­ma­go­jem a One­lią?

– A nic w końcu. – Ma­jąt­nik wzru­szył ra­mio­na­mi. – Tak przy­naj­mniej po­wia­da­ją. Na we­se­lu u Ko­cu­chów ponoć lgnę­ła do niego w sto­do­le tak, że le­d­wie się od­pę­dził, a potem zdy­bał ich Cho­łek. No więc po­ża­li­ła się Onel­ka, że Do­ma­goj do niej się do­bie­rał, tyle że ten, nu… Nie od stro­ny piczy, za prze­pro­sze­niem pana, ino od dru­giej. Choł­ka furia strasz­na wzię­ła, nie wia­do­mo czy od zło­ści na dzi­wac­twa Do­ma­go­ja, czy z za­zdro­ści, no ale co… Po­bi­li się okrut­nie.

– I co potem było?

– Ano nic. Dziew­czy­na wkrót­ce zmar­ła, Cho­łek pił z roz­pa­czy, a teraz nie ma ani dziew­czy­ny, ani Choł­ka. A Do­ma­goj jak był, tak jest. Źle nam życzy ten czło­wiek, panie. I źle to wsi wróży, że cią­gle dycha cały i zdrów. A mści­wy, że hej! Od razu wie­dzie­li­śmy, że za­wiść go trzy­ma i za­wiść ta musi zna­leźć w końcu uj­ście. I zna­la­zła, psia mać, zna­la­zła…

W izbie za­pa­dła cisza. Ma­jąt­nik nic już nie mówił; sie­dział po pro­stu za­du­ma­ny i gapił się w pa­le­ni­sko. Ogień trza­skał cicho, rzu­ca­jąc po cha­cie dłu­gie cie­nie.

– Słu­chaj, Bor­kus, twier­dzisz, że Do­ma­goj czer­pał z Nurtu – po­wie­dział Sam­bor po dłuż­szej chwi­li. – Że uży­wał magii, guseł. Je­steś tego pe­wien? Masz ja­kieś do­wo­dy? Wi­dzia­łeś w ogóle jego dło­nie?

– A po co mia­łem mu na łapy pa­trzeć? – zdzi­wił się Bor­kus. – Albo to ja zwiezd­nik je­stem, coby lu­dziom pa­trzeć na ręce?

– Magia to nie żarty, Bor­kus. Oskar­żasz Do­ma­go­ja o nie­czy­ste prak­ty­ki, a to gar­dło­wa spra­wa. Dla­te­go pytam: czy masz do­wo­dy, że Do­ma­goj uży­wał magii?

– Toć każda baba we wsi powie…

– Kto by tam babom wie­rzył – wark­nął zi­ry­to­wa­ny Za­braj­ski. – Krę­cisz coś, Bor­kus, a ja je­stem albo za głupi, albo zbyt zmę­czo­ny, by ro­ze­znać, co kon­kret­nie. Wró­ci­my jesz­cze do tej roz­mo­wy.

Zanim chłop zdą­żył co­kol­wiek od­rzec, Sam­bor wstał i wy­szedł z cha­łu­py. Przez otwar­te drzwi wpa­dło do izby chłod­ne nocne po­wie­trze.

Chwi­lę póź­niej pło­mień świe­cy ło­jo­wej za­ko­le­bał się, za­mru­gał i zgasł.

4

Si­ny­ia już dawno wze­szła, gdy wy­szedł na opu­sto­sza­ły plac.

Oko­lo­na pier­ście­niem błę­kit­na pla­ne­ta miała wła­śnie swoją peł­nię i spra­wia­ła, że noc była ja­śniej­sza niż za­zwy­czaj. Kolos świe­cił przy tym tak mocno, że nawet roz­sy­pa­ny na noc­nym nie­bie ka­lej­do­skop gwiazd zda­wał się blak­nąć przy jego ogro­mie. Była jed­no­cze­śnie w tej bla­do­nie­bie­skiej po­świa­cie jakaś dziw­na groza, która spra­wia­ła, że oko­licz­ne cha­łu­py, po­chy­lo­ne i za­nie­dba­ne, ko­ja­rzy­ły się ra­czej z kur­ha­na­mi, ani­że­li z ludz­ki­mi sie­dli­ska­mi. Cisza, która od nich biła, zda­wa­ła się być ciszą opusz­czo­ne­go cmen­ta­rzy­ska; próż­no Sam­bor na­słu­chi­wał do­bie­ga­ją­cych z kur­nych chat roz­mów, od­gło­sów pi­ja­ty­ki czy choć­by szcze­ka­nia psów.

Dziw­na oko­li­ca – po­my­ślał Za­braj­ski, po­pra­wia­jąc mi­mo­cho­dem sza­blę. Dziw­na i nie­przy­jem­na.

Kroki skie­ro­wał pro­sto do go­spo­dy, która stała zaraz przy bra­mie wjaz­do­wej. Bu­dy­nek nie był duży, ale przy­naj­mniej jako je­dy­ny w oko­li­cy nie wy­glą­dał na ruinę, a do tego miał nawet pię­tro. W oknie głów­nej izby tliło się świa­tło. Słabe, ale za­wsze jed­nak świa­tło. Nie spo­dzie­wał się za­stać we­wnątrz wiel­kie­go tłumu, zwłasz­cza mając w pa­mię­ci opu­sto­sza­ły szlak. Z dru­giej stro­ny takie miej­sca za­wsze przy­cią­ga­ły ludzi. Zresz­tą…

– One­el­kaa!

Aż pod­sko­czył, sły­sząc z po­bli­skiej cha­łu­py przy­tłu­mio­ne za­wo­dze­nie. Spoj­rzał w tam­tym kie­run­ku, ale nie doj­rzał nic szcze­gól­ne­go; małe okien­ko wy­cho­dzą­ce na plac było puste i ciem­ne.

Zwy­kły głu­pek – po­wtó­rzył sobie, wcho­dząc do go­spo­dy. Zwy­kły, wio­sko­wy głu­pek.

Mimo to gęsia skór­ka trzy­ma­ła go jesz­cze długo.

5

W in­nych czę­ściach Ri­te­rii za­jaz­dy i go­spo­dy za­zwy­czaj pę­ka­ły w szwach; w po­wie­trzu uno­si­ły się dym i ostry za­pach al­ko­ho­lu, a izby pełne były przy­jezd­nych z naj­róż­niej­szych stron świa­ta. W ta­kich miej­scach spo­ty­ka­li się Tu­to­wie, Fel­so­wie, Lyowia­nie, a nawet nie­lu­dzie. Nie­rzad­ko by­wa­ło tak, że po­nu­ry czło­wiek z za­cho­du zno­sił to­wa­rzy­stwo aste­ra czy ru­basz­ne­go kra­sno­lu­da, nie­raz też zresz­tą koń­czy­ło się na wspól­nych pi­ja­ty­kach.

Tu jed­nak była Dzicz, da­le­kie po­gra­ni­cze na wscho­dzie Ri­te­rii. Osta­łó­wek, Brze­gi, Mo­czy­dło, a wresz­cie cała zie­mia osta­łow­ska; wszyst­ko to był na­ro­do­wo­ścio­wy mo­no­lit ludzi, za­ścia­nek. Nie lu­bio­no tu ob­cych, a miej­sco­wa go­spo­da do­wo­dzi­ła tego aż nader do­bit­nie.

W ciem­nej izbie było ra­czej pusto i nie­przy­jem­nie. Dłu­gie stoły i ławy stały bez ładu i skła­du, nie­któ­re po pro­stu le­ża­ły. Z su­fi­tu zwi­sał wpraw­dzie ży­ran­dol, ale gęsty ko­bie­rzec pa­ję­czyn i kurzu wska­zy­wał ra­czej na jego de­ko­ra­cyj­ną – jeśli można to tak na­zwać – rolę. Je­dy­nie pa­le­ni­sko da­wa­ło nieco świa­tła, jed­nak są­dząc po ilo­ści wrzu­co­ne­go doń drew­na, zbli­żał się czas za­mknię­cia i nikt nie rwał się, by do­rzu­cić szczap i oświe­tlić po­miesz­cze­nie tro­chę bar­dziej.

Gości było rap­tem kilku, przy czym wszy­scy spali po­pi­ci. Z pew­no­ścią byli miej­sco­wi; Za­braj­ski ni­g­dzie jed­nak nie wi­dział Kawki czy Pi­how­skie­go.

Prze­szedł przez salę, omi­ja­jąc z da­le­ka psa ob­gry­za­ją­ce­go ogrom­ną kość, naj­pew­niej wo­ło­wą.

– Szu­kam moich ludzi – po­wie­dział do sie­dzą­ce­go za szynk­wa­sem męż­czy­zny w cham­skiej sier­mię­dze i ka­pot­ce. – To szlach­ci­ce pod bro­nią, po­zna­li­by­ście z da­le­ka. Mieli ze sobą ran­ne­go…

– Aha. – Męż­czy­zna po­ru­szył się nie­spo­koj­nie. – Do­ma­go­ja…

– Jak ro­zu­miem, są tutaj?

– Ano są, panie, ino ka­za­łem im dyr­dać na górę, coby tu do­brym lu­dziom nie za­wa­dza­li. Sami ro­zu­mie­cie, ten Do­ma­goj to…

– Czło­wiek li­chej po­stu­ry i pod­łe­go serca, a do tego cza­row­nik. Wiem, ma­jąt­nik ra­czył coś wspo­mnieć.

– Aha.

– Przy­nieś nam piwa – rzu­cił Sam­bor, wi­dząc po męt­nym spoj­rze­niu szyn­ka­rza, że nie­wie­le się od niego dzi­siaj dowie. – I pil­nuj, żeby nikt nam nie prze­szka­dzał. Mam już dość nie­spo­dzia­nek na dzi­siaj.

Od­szedł od kon­tu­aru i skie­ro­wał się w stro­nę scho­dów, gdy męż­czy­zna jesz­cze za­wo­łał do niego:

– A, panie! Był­bym za­po­mniał! Tam z wiel­moż­ny­mi… Tam jesz­cze jakaś ko­bie­ta jest. Nie­ludź!

Sam­bor za­trzy­mał się z dło­nią na drew­nia­nej po­rę­czy. Po­ręcz była brud­na, stara i wy­ma­ga­ła pil­nej re­no­wa­cji. Le­pi­ła się.

– Po­ra­dzę sobie – rzu­cił bar­dziej do sie­bie niż do szyn­ka­rza.

 

6

– Bę­dzie żył?

– Bę­dzie – od­po­wie­dział Pi­how­ski, zer­ka­jąc na Sam­bo­ra z ukosa. – Wy­li­że się na wio­snę, a do żniw pew­nie bę­dzie mógł nawet robić kosą, cho­ciaż z dru­giej stro­ny pies jeden wie, jak długo nią po­pra­cu­je. Te kur­wie syny na­praw­dę so­lid­nie go oćwi­czy­ły… Wi­dzisz jak mu nos urzą­dzi­li? Ha, jeden wiel­ki kar­to­fel. W życiu ta­kie­go w polu nie wi­dzie­li…

– Panuj nad sobą – rzu­cił chłod­no Za­braj­ski. – Zwłasz­cza że macie w kom­pa­nii nie­wia­stę, jak widzę.

W isto­cie: w za­ska­ku­ją­co dużym al­kie­rzu poza to­wa­rzy­sza­mi po­lny­mi i Do­ma­go­jem prze­by­wa­ła także ko­bie­ta. Sam­bor od razu zro­zu­miał, co miał na myśli szyn­karz, mó­wiąc o niej „nie­ludź”. Ko­bie­ta miała z pew­no­ścią silne aster­skie ko­rze­nie, ale nie była z pew­no­ścią czy­stej krwi aster­ką; jak na ich stan­dar­dy była nieco zbyt za­okrą­glo­na i za niska. Miała cha­rak­te­ry­stycz­ne ciem­ne, mig­da­ło­we oczy i drob­ną, trój­kąt­ną twa­rzycz­kę oko­lo­ną burzą ciem­nych loków, które prze­wią­za­ła skó­rza­ną opa­ską. No­si­ła się po męsku i Sam­bor przy­znał przed sobą w duchu, że miało to pewne za­le­ty: spodnie i buty z cho­le­wa­mi nie kryły szczu­płych nóg ko­bie­ty, a i skó­rza­ny ka­ftan opi­nał jej ciało w po­bu­dza­ją­cy wy­obraź­nię spo­sób. Przy­jem­nej apa­ry­cji nie psuły nawet spi­cza­ste uszy.

– Sam­bor Za­braj­ski herbu Raróg, rot­mistrz jazdy po­lnej – przed­sta­wił się. Ścią­gnął przy tym koł­pak z pió­rem i za­miótł nim, skła­nia­jąc się nisko a grzecz­nie, jak przy­sta­ło szlach­ci­co­wi w obec­no­ści ko­bie­ty. – Także przy­ja­ciel tu obec­nych, któ­rych za­pew­ne już wać­pan­na po­zna­łaś. Ufam, że od tej lep­szej stro­ny.

– Szali – przed­sta­wi­ła się w od­po­wie­dzi ko­bie­ta, ski­nąw­szy de­li­kat­nie głową. – To­wa­rzy­sze wspo­mi­na­li o waści ma­nie­rach i widzę, że nie było w ich opo­wie­ściach prze­sa­dy.

– Pre­cy­zu­jąc – wtrą­cił się Kawka, z wła­ści­wym sobie fleg­ma­ty­zmem. – Alek­san­der opo­wia­dał coś o kiju w zadku i na­dę­tym po­czu­ciu spra­wie­dli­wo­ści. Było rów­nież o sła­bo­ści do aster­skich pi­czek i ka­pli­czek, jeśli mnie pa­mięć nie myli. W każ­dym razie jakoś li­rycz­nie cię przed­sta­wił.

– Pta­szy­sko jak za­wsze kon­fa­bu­lu­je – spod gę­stej brody Pi­how­skie­go bły­snę­ły wy­szcze­rzo­ne zęby. – Ubar­wia, choć to kawka, nie pa­pu­ga. Sam wiesz naj­le­piej, Sam­bo­rze, że nie ina­czej cię przed­sta­wiam jak w naj­pięk­niej­szych bar­wach!

– Nigdy w to nie wąt­pi­łem. Pani, jeśli mi wolno: co cię spro­wa­dza w te dzi­kie stro­ny?

– Jakby to ujął waści przy­ja­ciel… pre­cy­zu­jąc – od­po­wie­dzia­ła po chwi­li na­my­słu i z lek­kim uśmie­chem. – Py­ta­nie waści brzmi: „co ro­bisz, pani, w tej oko­li­cy sa­mot­na i bez ob­sta­wy? Wszak zima za pasem i nawet aste­ro­wie wra­ca­ją ze szla­ku, a ty je­steś sama i de­li­kat­na niby puch zi­mo­wy. To zaś nie miej­sce dla damy; tu­tej­si są kse­no­fo­ba­mi, ob­cych szczu­ją psami, a baby gwał­cą i spro­wa­dza­ją na drogę nie­rzą­du. Czemu tedy za­wi­ta­łaś w te nie­przy­ja­zne oko­li­ce?”.

Pi­how­ski, który naj­wy­raź­niej opróż­nił już parę kufli, od­chy­lił głowę i ryk­nął śmie­chem. Szali za­wtó­ro­wa­ła mu, choć z wła­ści­wym ko­bie­cie wdzię­kiem. Nawet Kawka par­sk­nął.

– Jakby mi to panna z ust wy­ję­ła. – Sam­bor z wes­tchnie­my rzu­cił koł­pak na sto­ją­cą pod ścia­ną skrzy­nię. – Widzę, że nie próż­no­wa­li­ście. Cie­szy mnie to wiel­ce, bo i ja nie po­zo­sta­łem bez­czyn­ny. Po­cią­gną­łem za język ma­jąt­ni­ka, choć to, co mi opo­wie­dział, nijak mi się nie spodo­ba­ło. I wam też się nie spodo­ba.

– O pro­szę. – Pi­how­ski wciąż jesz­cze uśmie­chał się sze­ro­ko, ale dla za­sa­dy przy­brał bar­dziej rze­czo­wy ton. – A co nie­bo­rak ze­znał?

Sam­bor ski­nię­ciem wska­zał na wciąż nie­przy­tom­ne­go Do­ma­go­ja.

– Nie wiem, czym im za­wi­nił ten nie­szczę­śnik, ale nie cie­szy się we wsi dobrą sławą.

– Tego się do­my­śli­li­śmy.

– Racja. – Za­braj­ski, po­dra­pał się po nosie. – Po­zwo­li­cie zatem, że wpierw zbio­rę myśli… I wy­słu­cham hi­sto­rii panny Szali, bo wciąż jest dla mnie za­gad­ką.

– Nie je­stem ani panną, ani za­gad­ką, Sam­bo­rze. Wy­star­czy Szali.

– W takim razie, opo­wiedz mi o sobie… Szali. Chęt­nie do­wiem się, skąd się tu wzię­łaś. Ach, po­cze­kaj, zdaje się, że to do mnie. Nuże, wejść! Ha, jest i moje piwo, dobra nasza. To teraz bądź tak miły, dobry czło­wie­ku i przy­nieś nam wszyst­kim wódki. Wszyst­kim? Szali?

– Nie od­mó­wię. Jak na pannę i za­gad­kę przy­sta­ło.

 

7

– Kto by się spo­dzie­wał, że na takim, za prze­pro­sze­niem was, za­du­piu bę­dzie taki jar­mark. – Pi­how­ski po­cią­gnął nosem, mru­żąc oczy.

Świe­ca w al­kie­rzu do­pa­la­ła się, a jej mi­go­tli­wy pło­mień tań­czył ago­nal­nie, wpra­wia­jąc cie­nie w coraz dzik­sze pląsy. W po­wie­trzu wi­sia­ła cięż­ka woń potu i al­ko­ho­lu. Nie­wiel­kie okien­ko wy­cho­dzą­ce na wiej­ski plac mróz po­krył szro­nem.

Długo roz­ma­wia­li, a pili jesz­cze dłu­żej. Szali oka­za­ła się nie tylko osobą o nie­co­dzien­nej i barw­nej hi­sto­rii, ale także nie­zwy­kle tę­giej gło­wie, jak na aster­kę przy­sta­ło. Cią­gnę­ła równo z po­lny­mi, choć w pew­nym mo­men­cie nawet jej wzrok zro­bił się jakby bar­dziej szkli­sty. To, że i jej wresz­cie al­ko­hol zmą­cił umysł, po­zna­li do­pie­ro, gdy za­czę­ła mie­szać mowę ri­ter­ską i aster­ską, two­rząc przy tym do­praw­dy prze­dziw­ny ga­li­ma­tias ję­zy­ko­wy.

Szali nie mó­wi­ła o sobie wiele, ale to, co mó­wi­ła, bu­dzi­ło za­in­te­re­so­wa­nie po­lnych. Do­wie­dzie­li się, że jest w grun­cie rze­czy par­szyw­cem, czyli owo­cem związ­ku aster­ki z czło­wie­kiem. Jak sama pod­kre­śla­ła z po­gar­dą, zwią­zek ten był ra­czej opar­ty na wza­jem­nej zwie­rzę­cej fa­scy­na­cji i chuci, a nie na god­nym bal­la­dy uczu­ciu. Aste­ro­wie rzad­ko kiedy mie­sza­li się z ludź­mi, głów­nie wzglę­du na róż­ni­ce kul­tu­ro­we.

Nie wy­po­wia­da­ła się do­brze o ro­dzi­cach, o matce mó­wiąc wręcz, że się kur­wi­ła. Szcze­gó­ły ro­dzin­nych pe­ry­pe­tii ra­czej po­mi­ja­ła, za to chęt­niej opo­wia­da­ła o swoim za­ję­ciu.

Sama okre­śla­ła sie­bie z aster­skie­go znaj­do­chą, co po ri­ter­sku ozna­cza­ło ‘tę, która zna duchy’. Pan­ni­ca za­rze­ka­ła się, a im wię­cej piła, tym za­rze­ka­ła się bar­dziej za­żar­cie, że bez czer­pa­nia z Nurtu jest w sta­nie roz­ma­wiać z tymi, któ­rzy już ode­szli. Nie ze wszyst­ki­mi oczy­wi­ście: swój ta­lent po­tra­fi­ła sto­so­wać je­dy­nie wzglę­dem tych, któ­rzy ode­szli gwał­tow­nie lub zo­sta­li za­bra­ni przez cho­ro­bę.

– Poza tym – po­wie­dzia­ła w któ­rymś mo­men­cie, rzu­ca­jąc coraz we­sel­sze­mu Pi­how­skie­mu ro­ze­źlo­ne spoj­rze­nie. – To nie jest jakiś nie­zwy­kły dar czy ta­lent. Zmar­li są wśród nas i nawet wy pew­nie kie­dyś się z nimi ze­tknę­li­ście. Wi­dzie­li­ście kie­dyś czar­ne la­taw­ce, snu­ją­ce się wokół sa­mot­nych drzew w polu? Albo kubki spa­da­ją­ce same z sie­bie ze sto­li­ka? Pew­nie i wię­cej ta­kich przy­pad­ków było, tylko je­ste­ście zbyt pro­ści, żeby to zro­zu­mieć!

To po­wie­dziaw­szy, ci­snę­ła drew­nia­nym kub­kiem w Pi­how­skie­go, któ­re­go al­ko­hol zdą­żył już roz­grzać do czer­wo­no­ści.

– Może i pro­ści – po­wie­dział po­jed­naw­czo Za­braj­ski, oparł­szy głowę o ścia­nę. Dawno już da­ro­wa­li sobie roz­mo­wę na sto­ją­co i za­le­gli na pod­ło­dze. Jedna tylko Szali usia­dła na łóżku, u stóp nie­przy­tom­ne­go Do­ma­go­ja, wy­cią­ga­jąc przy tym zgrab­ne nogi, które opar­ła wy­god­nie o skrzy­nię.

– Może i pro­ści – po­wtó­rzył, gdy ze­brał myśli. – Ale na na­szej ro­bo­cie znamy się nie go­rzej, niż ty na swo­jej, tak więc wróć­my do na­sze­go nie­bo­ra­ka. Usta­li­li­śmy już, że nie jest to cza­row­nik czy gu­ślarz…

– Nie jest – zgo­dzi­ła się. – Gdyby czer­pał z Nurtu choć­by i przy­pad­kiem, to dło­nie miał­by nie po­gru­cho­ta­ne, tylko spa­lo­ne do kości. O ile w ogóle miał­by jesz­cze kości. Czyli teo­rię, we­dług któ­rej chło­pa­czy­na wcho­dzi w kon­szach­ty z mrocz­ny­mi si­ła­mi, wzywa upa­dłych i mści się za ja­kieś krzyw­dy, mo­że­my uznać za oba­lo­ną.

– O czym ona mówi, Sam­bo­rze? – spy­tał beł­ko­tli­wym gło­sem Kawka, o któ­rym my­śle­li, że już zdą­żył za­snąć. – Co do tego mają kości?

– Psia­krew, roz­ma­wia­li­śmy już chyba kie­dyś na ten temat… Do czer­pa­nia z Nurtu, do uży­wa­nia magii w dużym skró­cie, po­trzeb­ne są spe­cjal­ne rę­ka­wi­ce ze żmi­jo­wej łuski. Tyle że żmi­jów już dawno nie ma, a rę­ka­wic na świe­cie zo­sta­ło już nie­wie­le. Część po­gi­nę­ła, część po pro­stu się zu­ży­ła… Po­zo­sta­ły te, które leżą w ga­blot­kach u spa­sio­nych mi­strzów kon­fra­ter­ni. Są na tyle rzad­kie, że hie­rar­cho­wie za­kła­da­ją je na ważne uro­czy­sto­ści ku ucie­sze ga­wie­dzi. Cho­le­ra, cza­sem za­sta­na­wiam się, czy kie­dy­kol­wiek z nich na­praw­dę ko­rzy­sta­li…

– I jak oni tego… Cza­ro­wa­li­by bez tych żmi­jo­wych szpo­nów…?

– Moc Nurtu spa­li­ła­by ich na po­piół. Dajmy temu spo­kój, nie znam się na magii, zresz­tą nie o to teraz cho­dzi. Szali, masz jakiś po­mysł?

– Tamta dziew­czy­na – po­wie­dzia­ła aster­ka po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu. – Ta cała One­lia. Ma­jąt­nik wspo­mi­nał, że zmar­ła na jakąś cho­ro­bę?

– Tak mówił.

Aster­ka przy­mknę­ła oczy. Sam­bor do­pie­ro w tym mo­men­cie zwró­cił uwagę, że de­li­kat­na uroda ko­bie­ty była nad­szarp­nię­ta przez zmę­cze­nie i sia­tecz­kę zmarsz­czek wokół oczu.

– Macie wiel­kie szczę­ście, pa­no­wie szlach­ci­ce, że za­in­te­re­so­wał mnie los wa­sze­go Do­ma­go­ja – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się lekko i ba­wiąc pu­stym już kub­kiem. – Macie też wiel­kie szczę­ście, że je­stem znaj­do­chą. Być może będę w sta­nie wam pomóc i to nie bez wła­snej sa­tys­fak­cji. Być może nie­któ­rzy tu ze­bra­ni igno­ran­ci zmie­nią swoje po­glą­dy na sferę aither, to jest du­cho­wą, i otwo­rzą oczy na spra­wy nie­wi­docz­ne szkieł­kiem i okiem.

– Miej li­tość i mów po ri­ter­sku – rzu­cił Pi­how­ski.

– Po­wiem. Jutro. Dzi­siaj oszczę­dzę wam trudu i nie będę mę­czyć żoł­nier­skich umy­słów elo­kwen­cją.

– Elo­kwent­na, też mi coś – ob­ru­szył się Kawka. – Po trzech pi­wach i bu­tel­ce wódki też je­stem, psia­krew, elo­kwent­ny. Do­brze gadam, Alek­san­drze?

– Bez wąt­pie­nia. – Aster­ka prze­cią­gnę­ła się i wsta­ła z łóżka. – Tym­cza­sem że­gnam panów. Muszę po­my­śleć nad czymś in­ten­syw­nie, a oba­wiam się, że moje ko­bie­ce prze­my­śle­nia nijak was nie za­in­te­re­su­ją. Sam­bo­rze, uży­czysz mi ra­mie­nia? Jak dotąd prze­ja­wiasz naj­więk­szą ogła­dę z two­ich kom­pa­nów, a mam obawy co do ja­ko­ści tu­tej­szej pod­ło­gi.

Za­braj­ski wstał. Podał ramię Szali, czy­niąc za­dość szla­chec­kie­mu wy­cho­wa­niu.

– Sądzę, że dziew­czy­na stała się noc­ni­cą – po­wie­dzia­ła aster­ka, gdy byli już na ko­ry­ta­rzu. Przy­lgnę­ła do jego ra­mie­nia ocho­czo, nie zdra­dza­jąc przy tym ja­kich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści wzglę­dem pod­ło­gi. – Z two­jej opo­wie­ści wy­ni­ka, że była nie­brzyd­ka, chłop­cy bie­ga­li za nią jak ko­gu­ty za ko­kosz­ką, a do tego za­bra­ła ją cho­ro­ba. Spo­tka­łeś kie­dyś noc­ni­cę?

– Raz. Nic przy­jem­ne­go.

– Śmierć rzad­ko kiedy jest przy­jem­na, a zmar­li, któ­rzy nie wró­ci­li do gwiazd, lubią uprzy­krzać życie tym, któ­rzy wciąż mogą się nim cie­szyć. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby One­lia oka­za­ła się po pro­stu ko­lej­ną wio­sko­wą… No cóż.

– Póki co, wszyst­ko na to wska­zu­je.

Przy­lgnę­ła do jego ra­mie­nia jesz­cze moc­niej i Sam­bor poza silną wonią al­ko­ho­lu po­czuł ja­śmin. Prze­szedł go dreszcz.

– To mój pokój, panie polny.

– Twój. Do­bra­noc, Szali.

Spoj­rze­li na sie­bie, a aster­ka uśmiech­nę­ła się lekko, nieco za­wa­diac­ko. I przy­su­nę­ła się bli­żej.

Przy­lgnę­li do sie­bie nagle, bez uprze­dze­nia. Do­ci­snął ją po pro­stu do ścia­ny i przy­warł usta­mi do jej ust, ona zaraz za­rzu­ci­ła mu ręce na szyję i od­da­ła po­ca­łu­nek. Miała mięk­kie i wil­got­ne wargi, któ­rych smak pod­nie­ca­ją­co mie­szał się ze sma­kiem al­ko­ho­lu. Po­czuł, jak jej cia­sno opię­te skó­rza­nym ka­fta­nem pier­si prężą się pod jego pal­ca­mi. Chwy­cił ją za po­ślad­ki i uniósł lekko, czu­jąc, jak opla­ta go nogą i do­ci­ska do sie­bie.

– Myślę… – mruk­nę­ła, mru­żąc oczy, gdy dziel­nie wal­czył z gu­zi­ka­mi jej ka­fta­na. – Myślę, że w łóżku bę­dzie wy­god­niej.

– Je­steś bar­dzo bez­po­śred­nia.

– Przy­po­mnij mi, pro­szę, co twój ku­dła­ty przy­ja­ciel mówił o tobie? Zdaje się, że nie tylko o ka­plicz­kach była mowa.

– Szali… – za­czął nagle zmie­sza­ny. – Ja…

– A ja… – od­po­wie­dzia­ła nie mniej zmie­sza­na. Po­dra­pa­ła się po nosku. – A ja chyba jed­nak tro­chę wda­łam się w matkę.

 

8

 

Na­stęp­ny po­ra­nek był zimny i wietrz­ny.

Słoń­ce, które wsta­ło już długo po pierw­szym ko­gu­cie, wy­glą­da­ło bar­dziej jak blady, ane­micz­ny i przy­sło­nię­ty szkłem krą­żek. Ptac­twa la­ta­ło po nie­bie nie­wie­le, a i ro­ślin­ność w oko­li­cy jakby za­mar­ła, przy­pró­szo­na po­ran­nym szro­nem. Cisza za­wi­sła nad oko­li­cą, chłod­na i nie­przy­jem­na.

Do kur­nej chaty, gdzie po­przed­nie­go wie­czo­ra Sam­bor sły­szał owo po­tę­pień­cze za­wo­dze­nie, po­szli chwi­lę po tym, jak za­czę­ło świ­tać. Zmro­żo­ne błoto chrzę­ści­ło pod no­ga­mi, trza­ska­ły ścię­te mro­zem ka­łu­że. Dziw­nie o po­ran­ku i na tle oko­li­cy wy­glą­da­ła ich mała grupa, gdzie szlach­ta szła w to­wa­rzy­stwie aster­ki.

– Wasza mi­łość… Za­szczyt… – star­sza ko­bie­ta, która im otwo­rzy­ła, aż po­bla­dła na widok to­wa­rzy­stwa. Miała nie­przy­jem­ny, skrze­czą­cy głos.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać. Je­steś sama?

– Ja… Mąż śpi jesz­cze, popił sobie wczo­raj… Syn też zresz­tą nie wstał, ale to nic, bo on głu­pa­wy jest, nie ro­zu­mie… Panie, mój Dub­nik nic wczo­raj z tymi wi­dła­mi nie robił, w go­spo­dzie był…

– Widły to furda – po­wie­dział oschle Sam­bor. – A twój syn może się przy­dać, nawet jeśli głu­pa­wy. Ale o tym w środ­ku, szko­da mróz wpusz­czać do cha­łu­py.

W cha­cie było cia­sno, ciem­no i cuch­nę­ło tak okrut­nie, że Szali aż stęk­nę­ła, nie mogąc po­wstrzy­mać gry­ma­su obrzy­dze­nia. W sieni ko­tło­wa­ły się świ­nie, nieco dalej zaś cho­dzi­ły sa­mo­pas kury i kacz­ki. W kącie za­le­gał sprzęt go­spo­dar­ski, tro­chę na­rzę­dzi i ster­ta po­rą­ba­ne­go drew­na. Ot, zwy­kły wiej­ski ob­ra­zek.

Nie­wie­le le­piej było w dru­giej izbie, gdzie je­dy­nym me­blem był drew­nia­ny stół. Pod ścia­na­mi le­ża­ły kępy skoł­tu­nio­ne­go siana. Tam też zresz­tą Sam­bor wy­pa­trzył wio­sko­we­go głup­ka, któ­re­go dzień wcze­śniej pra­wie ustrze­li­li nad Ostką. Męż­czy­zna, czy też chło­pak wła­ści­wie, leżał pod brud­nym kocem i mru­czał coś pod nosem.

– Jest i gór­nik – mruk­nął Pi­how­ski, roz­cie­ra­jąc ra­mio­na. W cha­łu­pie było nie­wie­le cie­plej niż na ze­wnątrz. Brak ko­mi­na dawał się we znaki.

– Twój syn? – spy­tał Sam­bor, zer­ka­jąc z ukosa na ko­bie­tę.

– Mój – od­po­wie­dzia­ła, pa­trząc w pod­ło­gę. – Na­zy­wa się Sobek. To dobry czło­wiek, tyle że nie do końca ro­zum­ny… Po­ma­ga tro­chę przy go­spo­dar­stwie.

– Pew­nie nie wię­cej niż kun­del – mruk­nął Kawka, ale umilkł, wi­dząc spoj­rze­nie Sam­bo­ra.

– Spo­tka­li­śmy go wczo­raj – pod­jął po chwi­li ciszy Za­braj­ski. – Poza wio­ską, zaraz nad rzeką. Nie, nic nie mów. Nie robił nic złego, w ni­czym nam nie za­wi­nił, ba, mało bra­ko­wa­ło a ustrze­li­li­by­śmy go jak ba­żan­ta, kiedy nas za­sko­czył.

– Chwa­ła Aste­ro­wi i gwiaz­dom jego…

– Wołał jed­nak kogoś. Nie­ja­ką One­lię.

Ko­bie­ta wes­tchnę­ła cięż­ko i spoj­rza­ła w bok. Nie umknę­ło ich uwa­dze, że broda sta­rusz­ki drgnę­ła w nie­kon­tro­lo­wa­nym spa­zmie. Sobek za­ga­dał coś przez sen cicho i nie­wy­raź­nie.

– Wiesz może…

– Jego sio­stra – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, bio­rąc głę­bo­ki od­dech. – Jego sio­stra, a moja córka. Onel­ka.

– Ma­jąt­nik mówił, że zmar­ła na dziu­ra­wię…

– Ano tak, tak było, a zaraz rok bę­dzie, jak Onel­ka oczka za­mknę­ła. – Sta­rusz­ka spoj­rza­ła na rot­mi­strza. Sam­bor po­my­ślał, że ko­bie­ta mimo wieku wciąż ma pięk­ny, szma­rag­do­wy kolor oczu. – Cho­rób­sko strasz­nie ją wy­mę­czy­ło i oszpe­ci­ło, ale aj, panie, dobry panie! Żeby wasza mi­łość wi­dział ją przed cho­ro­bą! Co to była za pe­re­łecz­ka, żad­nej tu ta­kiej dru­giej nie było! Chłop­cy ciur­kiem za nią cią­gnę­li, za tą moją gąską.

– Wszy­scy chłop­cy? – wtrą­ci­ła py­ta­nie Szali.

– Nie. – Stara po­sła­ła aster­ce po­gar­dli­we spoj­rze­nie. – Nie wszy­scy. Był ten jeden… Ten, co go rot­mistrz wczo­raj w swo­jej wspa­nia­ło­myśl­no­ści ura­to­wał. – „Wspa­nia­ło­myśl­ność” z tru­dem prze­szła ko­bie­cie przez gar­dło.– Ten cały Do­ma­goj. Od za­wsze był jakiś taki inny, dziw­ny. Do ro­bo­ty się nie gar­nął, nie­zda­ra była z niego okrut­na, a ro­dzi­ce ni po­cie­chy, ni po­mo­cy na go­spo­dar­ce z niego nie mieli.

Ko­bie­ta wes­tchnę­ła cięż­ko.

– Na po­cząt­ku tak sobie du­ma­łam, że chło­pak może głu­pa­wy jak mój Sobek, ale gdzie tam! Mój cho­ciaż mio­tłą cza­sem po­ro­bi, kacz­ki za­go­ni, a tam­ten o, zdro­wy niby na umy­śle, a na pole cho­dził, kwia­ty wą­chał, ro­zu­mie wasza mi­łość w czym rzecz. No i po­dej­rze­wa­li­śmy tak sobie z do­bry­mi ludź­mi, że on może ku­ta­śnik, cho­ciaż prze­cież jakże to! Ro­dzi­ce takie po­rząd­ne lu­dzie! A tu masz, cosik mu­sia­ło być na rze­czy, bo Onel­ka któ­re­goś dnia przy­bie­ga z pła­czem, że jej Do­ma­goj jakąś przy­krość zro­bił. Szy­dził z jej urody po­dob­no, mówił złe rze­czy, prze­kli­nał…

Ko­bie­ta prze­rwa­ła. Spoj­rza­ła na ze­wnątrz przez nie­wiel­kie okien­ko. Było ob­le­pio­ne bru­dem i prze­pusz­cza­ło nie­wie­le świa­tła.

– Wie wasza mi­łość – pod­ję­ła po chwi­li. – Tak sobie dumam, że ten Do­ma­goj za tym wszyst­kim stoi. Wszyst­ko u niego na drugą stro­nę wy­wró­co­ne. Dziew­cząt nie lubi, do ro­bo­ty się nie gar­nie, to i resz­ta u niego musi być na opak. Co nam miłe, jemu przy­kre, a co jemu miłe, to nam za­szko­dzi. Nie dzi­wo­ta, że lu­dzi­ska ga­da­ją, że w kon­szach­ty wszedł ze złemi mo­ca­mi… O zwiezd­ni­ku pew­ni­kiem wasza mi­łość już sły­szał? I o Choł­ku?

– Sły­szał.

– Wasza mi­łość! To wszyst­ko gusła, czar­na magia, splu­ga­wie­nie! Ino za­wiść i złe serce mogą spro­wa­dzić takie nie­szczę­ścia.

– Za­wiść i złe serce – po­wtó­rzył po­wo­li Sam­bor, spo­glą­da­jąc na Szali.

– Twój syn na­wo­łu­je sio­strę – za­gad­nę­ła aster­ka. – On tak za­wsze?

– Tylko kiedy Sinya ma peł­nię. Sobek jest spo­koj­ny, on ni­ko­mu by krzyw­dy nie zro­bił!

– Wie­rzy­my. A nie do­my­ślasz się, czemu on sio­strę woła?

– Toć ludz­ka rzecz za zmar­ły­mi tę­sk­nić – ko­bie­ta prych­nę­ła. – Choć pono tylko ludz­ka.

– Nie – od­po­wie­dzia­ła Szali, mru­żąc oczy. – Nie tylko ludz­ka. W inne dni chło­pak jest spo­koj­ny? Nie woła ni­ko­go, nie pła­cze?

– No mówię prze­ca…

– Dziw­ne to wszyst­ko – ode­zwał się z tyłu Kawka. Roz­siadł się wy­god­nie na sia­nie i spo­glą­dał na su­szo­ne zioła zwi­sa­ją­ce z więź­by da­cho­wej. – Dziw­ne, coraz dziw­niej­sze… Nuże ko­bie­to, po­wiedz nam wprost: wie­rzysz, że to Do­ma­goj sam jeden tak Choł­ka i zwiezd­ni­ka okrut­nie urzą­dził? Córkę ci prze­klął, za­uro­czył i do grobu wpę­dził?

– Nie tylko wie­rzę, ale i wiem! – za­wo­ła­ła sta­rusz­ka, nagle za­po­mi­na­jąc o całej ty­tu­la­tu­rze i po­zy­cji po­lnych. – To psu­brat, cza­row­nik! Zbój! Gdyby nie wy to już byśmy z nim po­rzą­dek zro­bi­li i krzyw­dy wszyst­kie po­mści­li! A jak wy mu to­po­rem ka­tow­skim nie po­świe­ci­cie, to dobre lu­dzie sami z nim po­rzą­dek zro­bią!

– Wy­star­czy – prze­rwał jej Za­braj­ski tonem tak chłod­nym, że w izbie jakby mroź­niej się zro­bi­ło. Ko­bie­ta aż się sku­li­ła, a prze­stra­szo­ny wzrok wbiła w pod­ło­gę.

– Wy­star­czy – po­wtó­rzył wcale nie cie­plej. – Widzę, że dla „do­brych ludzi” prawo to furda. „Dobre lu­dzie” naj­wy­raź­niej sądzą, że le­piej znają spra­wie­dli­wość niż ci, któ­rzy ich do walki ze zbó­ja­mi przy­ucza­ją i ziemi pil­nu­ją. „Dobre lu­dzie” sądzą, że wie­dzą le­piej i sąd po­wa­ża­ją tak długo, jak jest po ich myśli.

– Ja…

– Milcz, ko­bie­to. Żebyś ty chło­pem była, to jesz­cze teraz ka­zał­bym cię moim to­wa­rzy­szom wy­cią­gnąć przed dom i oćwi­czyć so­lid­nie. Ale stara i głu­pia je­steś, bę­dzie ci więc wy­ba­czo­ne… Tym razem. Źle na­to­miast widzę dzie­je się we wsi, sko­ro­ście już taki osąd wy­da­li na Do­ma­go­ja. Po­są­dza­cie go o magię, cho­ciaż nic nie wie­cie o mocy Nurtu. Krzyw­dę by­ście mu wy­rzą­dzi­li, pod­czas gdy wam grozi jesz­cze więk­sza. Nasza już w tym głowa, by temu za­ra­dzić. Szali, pa­no­wie bra­cia, po­zwól­cie za mną. Mamy, zdaje się, spra­wę do omó­wie­nia.

 

9

 

– Sam­bo­rze, je­steś mi jak ten brat, ale nie proś mnie o to. Wiele razem prze­szli­śmy, ale nie dla mnie taki jar­mark.

Sie­dzie­li w go­spo­dzie i jedli po­lew­kę, któ­rej je­dy­ną za­le­tą było to, że była cie­pła. Piwa nie za­ma­wia­li, wszy­scy mieli dość po mi­nio­nej nocy.

– Szali twier­dzi, że nie ma wyj­ścia – od­po­wie­dział Sam­bor, spo­glą­da­jąc na Pi­how­skie­go. – Do­pó­ki noc­ni­ca sama nie wy­ja­wi, co ją drę­czy, dalej bę­dzie po­lo­wać. Gdyby Sinya czę­ściej była w pełni, być może nie sie­dzie­li­by­śmy tutaj dzi­siaj, tylko du­ma­li­by­śmy, gdzie prze­pa­dła cała wio­ska.

– Psia­krew, Sam­bo­rze! Zmi­łuj­że się! Za­mie­rzasz igrać z nie­czy­sty­mi mo­ca­mi, bo jakaś aster­ka twier­dzi, że po­tra­fi roz­ma­wiać z umrzy­ka­mi?

„Jakaś aster­ka” prych­nę­ła.

– Aste­ro­wie mają więk­szą wraż­li­wość na Nurt niż lu­dzie – po­wie­dział Za­braj­ski, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Zresz­tą nie wiemy, czy duchy są w ja­ki­kol­wiek spo­sób zwią­za­ne z Nur­tem…

– Duchy? Duchy! – Pi­how­ski rąb­nął pię­ścią w stół. – Upio­ry, nie duchy! Sam­bo­rze, po­dzie­lam twój po­gląd, że taki z na­sze­go nie­bo­ra­ka cza­row­nik jak z rzyci Kawki ar­ma­ta, ale na­zy­waj­my rze­czy po imie­niu. Duchy co naj­wy­żej po­pła­ku­ją po zmur­sza­łych za­mczy­skach i po­brzę­ku­ją łań­cu­cha­mi. Duchy nie roz­rzu­ca­ją wnętrz­no­ści wie­śnia­ków po całym placu. Z tym to nawet to twoje szi­ren­cze ci nie po­mo­że. Ha, zga­dłem? Za­mie­rza­łeś z pa­li­ków i niedź­wie­dzich cza­szek uło­żyć krąg i za­mknąć w nim noc­ni­cę? Za­po­mnia­łeś już, jak to przy Mo­no­li­cie z cza­ro­dzie­jem po­ca­ło­wa­li­ście pra­wie w rzyć Aste­ra, bo za­ufa­li­ście gu­słom?

– Mo­no­lit zo­sta­wi­ła Stara Rasa – wtrą­ci­ła Szali. – Obe­lisk wiąże Nurt, mącąc jego dzia­ła­nie. Magia bywa tam za­wod­na, a co do­pie­ro gusła.

– Furda Mo­no­lit, furda gusła! Sam­bo­rze, nijak mi się to nie widzi!

– Nie musi ci się wi­dzieć. – Za­braj­ski wes­tchnął cięż­ko. – Pój­dzie­my tylko ja i Szali. Wy zo­sta­nie­cie tutaj z Do­ma­go­jem.

– Ej, Sam­bo­rze… – Kawka uśmiech­nął się krzy­wo. – Nie myśl, że cię pu­ści­my sa­me­go. Upio­ry to jedna spra­wa, ale zo­sta­wia­nie rot­mi­strza nie przy­stoi to­wa­rzy­szom. Albo to my z puchu je­ste­śmy, żeby się cho­wać do pie­rzy­ny? Nic z tych rze­czy, sam nie pój­dziesz.

– Pójdę. Nie po­są­dzam was o tchó­rzo­stwo, ale ktoś rze­czy­wi­ście musi pil­no­wać Do­ma­go­ja. Wciąż nie wiemy, jaką rolę ode­grał w tym spek­ta­klu, lecz czuję, że może być mu pi­sa­ny marny los – może nawet tak marny, jak Choł­ka i zwiezd­ni­ka. Le­piej zo­stań­cie przy nim tej nocy. Za­ry­gluj­cie się od środ­ka i, jeśli to moż­li­we, za­wie­ście gwiaz­dę przy wej­ściu.

– Ja… Nie, nie po­do­ba mi się to. – Pi­how­ski skrzy­żo­wał ręce na pier­si. – Tań­co­wa­nie z umrzy­ka­mi nie może skoń­czyć się do­brze. Danse ma­ca­bre jest pięk­ną ale­go­rią i bar­dzo mnie wzru­sza. Jako ale­go­ria. Jako czyn praw­dzi­wy staje się gro­te­ską, a gro­te­ska rzad­ko kiedy do­brze koń­czy.

– Ech, Pi­how­ski, aleś ty elo­kwent­ny.

– Gdzież tam – prych­nął, spo­glą­da­jąc spode łba na aster­kę. – Gdzie tam pro­sty żoł­nier­ski umysł mógł­by grze­szyć elo­kwen­cją. Nie lza.

 

10

Dziw­na była ta ko­lej­na noc w Osta­łów­ku.

Wiej­ski plac za­la­ła bla­do­nie­bie­ska po­świa­ta na­da­ją­ca oko­li­cy iście tru­pie­go po­bla­sku. Od po­chy­lo­nych chat jak smoła cią­gnę­ły się dłu­gie cie­nie, a błoto i trawy przy­pró­szył szron. Je­sien­ne noce w tej oko­li­cy dłu­ży­ły się, pełno w nich było mrozu i stra­chu.

Sam­bor z tru­dem wbił ostat­ni palik w zie­mię. Po­pra­wił niedź­wie­dzią czasz­kę, która prze­krzy­wio­na miast w zie­mię spo­glą­da­ła po­lne­mu w oczy jakby z wy­rzu­tem.

– Boisz się? – spy­ta­ła Szali, roz­cie­ra­jąc ra­mio­na.

Za­braj­ski po­pa­trzył na nią. Duże, ciem­ne oczy spo­glą­da­ły na niego ba­daw­czo.

– Tak – od­po­wie­dział po dłuż­szej chwi­li. – Boję się. Wiesz, zdra­dzę ci coś w se­kre­cie. Jak ko­chan­ce, co ty na to?

– Słu­cham. Ko­chan­ku.

– Ja w ogóle czę­sto się boję. – Uśmiech­nął się krzy­wo. – Boję się bólu, boję się po­two­rów, boję się magii, boję się o bli­skich… Długo by tak wy­mie­niać.

– To cie­ka­we – mruk­nę­ła, ob­cho­dząc szi­ren­cze. Jeśli nie li­czyć niedź­wie­dzich cze­re­pów, sześć nie­wy­so­kich pa­li­ków z po­zo­ru wy­glą­da­ło cał­kiem zwy­czaj­nie. Jed­nak gdy wszyst­kie zna­la­zły się na swoim miej­scu, coś jakby prze­zro­czy­sta kur­ty­na po­ja­wi­ło się po­mię­dzy nimi. W bla­sku Sinyi była le­d­wie wi­docz­na, zdra­dza­ło ją tylko cha­rak­te­ry­stycz­ne fa­lu­ją­ce po­wie­trze.

– Wczo­raj od­nio­słam inne wra­że­nie. Byłeś wręcz… Zde­cy­do­wa­ny.

– Bo je­stem. Co nie zmie­nia faktu, że się boję – uśmiech­nął się pod wąsem i po­pra­wił koł­pak.

– Mam na­dzie­ję, że to cię nie spo­wol­ni. Być może bę­dziesz mu­siał po­pra­co­wać sza­blą.

– Ano, pewno będę mu­siał. – To po­wie­dziaw­szy, wy­cią­gnął z jasz­czu­ra za­krzy­wio­ną sza­blę. To była pro­sta broń, ale ładna, z czar­ną rę­ko­je­ścią. Za­mach­nął się na próbę. – Szali…

– Słu­cham?

– Dla­cze­go?

– Dla­cze­go co?

– Dla­cze­go nam po­ma­gasz? – Za­braj­ski prze­krzy­wił lekko głowę. – Wcze­śniej my­śla­łem, że ro­zu­miem. Ot, ko­lej­ny po­szu­ki­wacz przy­gód ja­kich pełno w tych stro­nach Ri­te­rii. Tutaj jest Dzicz, tutaj dzi­kie stepy, pola, bałki i rzeki. Trud­no o łatwy pie­niądz, ale przy­naj­mniej czuje się, że się żyje. To wczo­raj… My­śla­łem, że ży­jesz chwi­lą, ale potem, u tam­tej sta­ru­chy… Ura­zi­ła cię, kiedy po­wie­dzia­ła, że tę­sk­no­ta to tylko ludz­kie uczu­cie.

– Do czego zmie­rzasz?

– Co tobą kie­ru­je, Szali? Co spra­wia, że po­ma­gasz obcym szlach­ci­com i ofie­rze ludz­kiej nie­na­wi­ści? Czemu uszłaś z Aste­rii, czego szu­kasz wśród ludzi?

– Dużo pytań jak na taką noc. Prze­żyj ją, to ci od­po­wiem.

Pod­szedł do niej szyb­kim kro­kiem, zła­pał za ramię. Przy­su­nął się do jej twa­rzy.

 – Szali, jakie po­wo­dy by tobą nie kie­ro­wa­ły, będę cię dzi­siaj po­trze­bo­wał. Bez znaj­do­chy może oka­zać się, że cała ta heca jest na nic.

Spo­glą­da­ła na niego przez chwi­lę w mil­cze­niu.

– Mam szcze­re in­ten­cje – po­wie­dzia­ła po chwi­li. – A ty?

Otwo­rzył usta, żeby od­po­wie­dzieć, ale w tym mo­men­cie szi­ren­cze za­dy­go­ta­ło jak osza­la­łe. Mróz strasz­ny prze­szedł Sam­bo­ra – wkradł się z wy­głod­nia­łą nie­cier­pli­wo­ścią pod ocie­pla­ny fu­trem kon­tusz, pod cie­płą ko­szu­lę i skłuł ciało ty­sią­cem igieł. Rot­mistrz za­drżał, pu­ścił ramię Szali. Spoj­rzał w kie­run­ku drew­nia­nej bramy, którą wcze­śniej ce­lo­wo zo­sta­wi­li otwar­tą.

Stała tam.

Była znacz­nie wyż­sza, niż się spo­dzie­wał, i dziw­nie nie­pro­por­cjo­nal­na. Dłu­gie nogi kon­tra­sto­wa­ły ze skró­co­nym tu­ło­wiem, a gęsta plą­ta­ni­na wło­sów opa­da­ła na twarz, kry­jąc ją na po­do­bień­stwo upior­nej kur­ty­ny.

– Szali… – za­czął Sam­bor, ale w tym mo­men­cie noc­ni­ca za­wy­ła.

Za­braj­ski nie­raz no­co­wał na ste­pie czy w lesie. Czę­sto sły­szał wycie wil­ków, nie­rzad­ko i z bar­dzo bli­ska. Za­wsze czuł wtedy pe­wien na­boż­ny lęk, była bo­wiem w tym wyciu jakaś dziw­na pier­wot­na siła, star­sza od wszyst­kie­go, co ludz­kie. Za­wo­dze­nie noc­ni­cy wy­war­ło na Za­braj­skim po­dob­ne wra­że­nie, z tym że nie było w tym nic ani zwie­rzę­ce­go, ani ludz­kie­go.

Było po pro­stu obce.

Sko­czy­ła, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie dłu­gie łapy. Nie brała roz­bie­gu, a sam ruch przy­cho­dził jej z upior­ną lek­ko­ścią. Szyb­ko po­ko­na­ła dy­stans mię­dzy bramą a szi­ren­cze. Sam­bor za­klął, za­sta­wił się sza­blą i ugiął nogi gotów wy­ko­nać unik.

Noc­ni­ca za­trzy­ma­ła się nagle tuż przed szi­ren­cze, wy­so­ka i upior­na. Zwró­ci­ła łeb w kie­run­ku po­lne­go i aster­ki. Za­braj­ski nie wi­dział jej twa­rzy i dzię­ko­wał za to gwiaz­dom.

– Stój! – za­wo­ła­ła nagle Szali ze wschod­nim za­śpie­wem. Coś dziw­ne­go za­brzmia­ło w jej gło­sie – coś, co wy­wo­ła­ło u Sam­bo­ra zimny dreszcz.

Ciem­ne oczy znaj­do­chy jak dwa ogni­ki pło­nę­ły zim­nym, zie­lo­nym świa­tłem. Ręce miała wy­cią­gnię­te przed sie­bie, a palce za­krzy­wi­ła jak szpo­ny.

– One­lio, coś u tego pa­do­łu ciem­no­ty i za­wie­ru­chy żyła z ludź­mi po­spo­łu – wy­re­cy­to­wa­ła strasz­nym gło­sem. – Lecz od ludz­kiej byłaś wol­nej skazy, żyłaś nie nam, nie świa­tu, jako te czą­bry i ślazy. One­lio w wia­nek odzia­na, jako ja­błoń na wio­sna kwie­ciem przy­bra­na! Ukaż nam się!

Noc­ni­ca za­wy­ła prze­cią­gle, szi­ren­cze za­drga­ło. Coś szczę­ka­ło okrut­nie i Sam­bor po­trze­bo­wał chwi­li, żeby zro­zu­mieć, że to on szczę­ka zę­ba­mi.

– Ukaż się! – za­wo­ła­ła raz jesz­cze Szali, a jej głos po­niósł się po ogro­dzo­nej wsi jak grzmot na wio­snę.

Upio­rzy­ca za­wy­ła znowu, po czym upa­dła na ko­la­na, by w końcu wczoł­gać się przez kur­ty­nę do szi­ren­cze na czwo­ra­kach jak dziad pro­szal­ny. Sam­bor cof­nął się o krok, ale za­ha­czył o ka­mień, prze­wró­cił się. Upadł na zmro­żo­ną zie­mię.

Gdzieś znik­nę­ła noc­ni­ca; za­miast tego ku­li­ła się przed nimi dziew­czy­na z wian­kiem na gło­wie, w bia­łej sukni i cał­kiem bosa. Była młoda, nie mogła mieć wię­cej jak sie­dem­na­ście lat. Włosy jasne jak len opa­da­ły swo­bod­nie spod kwie­ci­stej au­re­oli, oka­la­ły iście aniel­ską twa­rzycz­kę dziewczęcia. Spoj­rza­ła na niego i aż wes­tchnął; po­znał te pięk­ne szma­rag­do­we oczy.

– Nie znam was – po­wie­dzia­ła, ale głos nie dobył się z jej gar­dła. Zda­wał się do­bie­gać jakby z da­le­ka, gdzieś spoza wio­ski, nie­sio­ny wia­trem jak je­sien­ny deszcz.

– Nie znam was – po­wtó­rzy­ła, pod­no­sząc się z tru­dem. Nie była wy­so­ka, ale za to zgrab­na. – Nie znam…

– Je­stem Szali, aster­ska znaj­do­cha – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta gło­sem moc­nym jak dzwon sfer­ni­cy. – To zaś rot­mistrz polny Sam­bor Za­braj­ski, herbu Raróg, pan tej ziemi i tej wio­ski. Po­wiedz swoje imię!

– One­lia – od­rze­kła dziew­czy­na ostroż­nie, jakby nie­pew­nie. – One­lią byłam, dziew­czy­ną z tej wio­ski…

– Jak umar­łaś?

– Nie pa­mię­tam…

– Jak?! – za­wo­ła­ła Szali. Dziew­czy­na znów upa­dła, zła­pa­ła się za głowę.

– Prze­stań!

– Jak umar­łaś!

– Umar­łam dawno temu, przed wie­ka­mi…

– Jak?!

One­lia od­chy­li­ła się do tyłu i za­wy­ła.

– Dziu­ra­wia! – krzyk­nę­ła. – Za­bra­ła mnie cho­ro­ba, co drąży ciało i duszę, póki czło­wie­ko­wi oczu nie za­mknie…

– Czego szu­kasz wśród ży­wych? Za co mścisz się, czemu mor­du­jesz do­brych ludzi?

Onel­ka spoj­rza­ła na Szali i wrza­snę­ła ogłu­sza­ją­co. Sam­bor wy­pu­ścił sza­blę, ostrze z brzę­kiem upa­dło w błoto. Za­tkał uszy, ale mimo to wrzask świ­dro­wał go jak kret ry­ją­cy zie­mię. Szali wy­trzy­ma­ła, wciąż wy­cią­ga­jąc ręce przed sie­bie, choć przy­cho­dzi­ło jej to z wy­raź­nym tru­dem.

– To nie są do­brzy lu­dzie! – za­wy­ła One­lia, zry­wa­jąc się na równe nogi. – Wszy­scy są podli. Podli!

– Za­mor­do­wa­łaś zwiezd­ni­ka? Choł­ka?

– Zwiezd­nik, zwiezd­nik – prze­drzeź­ni­ła aster­kę dziew­czy­na. – Stary je­ba­ka i pier­nik! Cho­łek, cho­łek, osioł i cio­łek!

– Za­mor­do­wa­łaś?

– Roz­szar­pa­łam! – za­wy­ła One­lia. – Na strzę­py! Na ka­wał­ki!

– Czemu?

– Kim je­steś, wiedź­mo?!

– Czemu?!

Sam­bor z nie­po­ko­jem za­uwa­żył, że szi­ren­cze dy­go­cze coraz bar­dziej. Czasz­ki tań­czy­ły na pa­li­kach jak osza­la­łe.

– Zwiezd­nik wy­klął mnie, od kurew wy­zy­wał – wy­zna­ła dy­szą­ca wście­kle Onel­ka. – Po świę­cie Zej­ścia zdy­bał mnie, gdy mo­dli­łam się w sfer­ni­cy. Wiem o tobie, po­wie­dział, wiem wszyst­ko. Ob­ła­pia­nie ci miłe, a na widok chło­pa no­ga­mi ro­bisz jak­byś jakiś świerzb koło piczy miała. Dajże i mi, Onel­ko mała!

One­lia za­szlo­cha­ła.

– Nikt mi nie wie­rzył, gdy mó­wi­łam, że mnie do­ty­kał, że mi łapy pod blu­zecz­kę pchał… Więc i ja po śmier­ci ob­ła­pi­łam go lu­bież­nie. Och, a jak go dra­pa­łam! Ach, zwiezd­ni­ku! Skoro tak cię świerz­bi na dole, niech ja cię po­dra­pię!

– Ty…

– Tak! Za­bi­łam go! – za­wo­ła­ła dziew­czy­na, śmiejąc się. – A bo­la­ło go, aj bo­la­ło! Tak jak Choł­ka!

– A Cho­łek czym ci za­wi­nił? – za­py­tał Za­braj­ski, pod­no­sząc się z ziemi. – Że z Do­ma­go­jem cię zdy­bał?

Spo­dzie­wał się ko­lej­ne­go wrza­sku, ko­lej­ne­go ude­rze­nia. Ale za­miast tego dziew­czy­na znów za­śmia­ła się jak pod­lo­tek. Pod­bie­gła do Sam­bo­ra le­ciut­ko jak puch na wie­trze.

– Głu­piś ty! – po­wie­dzia­ła, pa­trząc mu z bli­ska w oczy. – Głu­piś! Do­ma­goj ni­cze­mu tu nie jest wi­nien, chyba że wła­snej na­tu­ry.

– Więc czemu Cho­łek…

– Zgwał­cił mnie! – za­wy­ła wście­kle. Aż pod­sko­czy­ła ze zło­ści. – Na­cho­dził mnie, dybał na mnie, z wódką go słali. Albo to on jeden był we wsi pięk­ny chło­piec? Mo­głam wy­bie­rać i prze­bie­rać, niby w ma­lo­wa­nych lal­kach. A on na wła­sność mnie chciał! Dla sie­bie! A ja wszyst­kich ich chcia­łam. I mo­głam, kiedy tylko chcia­łam! Ale gdzie tam, Choł­ko­wi to się nie po­do­ba­ło! On dla sie­bie! Zdy­bał mnie w sto­do­le, wstąż­kę tam zgu­bi­łam… z ja­kimś chłop­cem. A ten smok jak nie wpad­nie nagle! Pi­ja­ny okrut­nie, wzrok roz­bie­ga­ny, wście­kły. Bro­ni­łam się, ale gdzie mnie drob­nej do ta­kie­go drąga… Naj­pierw mnie zbił, a potem wołał, że jak sama mu nie dam, to on sobie weź­mie co jego… I wziął. Wziął, panie Za­braj­ski.

Szali po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie.

– I gdy Si­ny­ia znowu wze­szła, ja wze­szłam wraz z jej tru­pim bla­skiem. Od­na­la­złam Choł­ka przy go­spo­dzie, cał­kiem pi­ja­ne­go i ze­stra­cha­ne­go, że go kto o gwałt po­są­dzi… Ach, jak on pła­kał! Darł się jak jaka baba, żaden tam z niego smok!

– Czemu więc Do­ma­go­ja winią? – za­wo­łał Sam­bor. – Gdzie jego wina?

– W pod­ło­ści ludz­kiej leży jego wina, ot i wsio. Kogóż to winić za nie­szczę­ścia wio­ski, jak nie od­mień­ca? Albo to pierw­szy ko­zioł ofiar­ny w hi­sto­rii ludzi? Ilu Do­ma­go­jów wi­nio­no za plon, co z pod­łe­go wy­rósł ziar­na? Miej serce i pa­trzaj w serce, Sam­bo­rze Za­braj­ski! Bo kto wie, może i cie­bie czeka po­dob­ny los?

– Skoro zwiezd­nik i Cho­łek nie żyją – zwró­ci­ła się do dziew­czy­ny Szali – to czego tu jesz­cze szu­kasz? Czemu nie odej­dziesz do gwiazd, duszo nie­spo­koj­na? Mów!

– Bor­kus! – za­wy­ła One­lia. – Ma­jąt­nik ohyd­ny i ob­le­śny! Dziad! Za jego to wszyst­ko wie­dzą i przy­zwo­le­niem! Jak on pa­trzył na mnie! Ach, jak on pa­trzył! Wie­dzia­łam, co mu po gło­wie cho­dzi, znam ja myśli męż­czyzn ni­czym jaka wie­dzą­ca! On krył Choł­ka, on nad zwiezd­ni­kiem roz­pa­czał! I on pierw­szy okrzyk­nął Do­ma­go­ja od­mień­cem, dzi­wa­dłem! On za­siał na grunt żyzny podłe ziar­no, któ­re­go je­stem plo­nem! Ach, jak go dorwę! Do­pie­ro gdy on ducha wy­zio­nie, do­pie­ro wtedy dusza moja zazna po­ko­ju!

Sam­bor schy­lił się po sza­blę. Ostroż­nie i po­wo­li, bez na­głych ru­chów.

– One­lio – po­wie­dział ła­god­nie. – One­lio…

Spoj­rza­ła na niego i stwier­dził, że nie czuje już stra­chu. Nie po­tra­fił się bać, wi­dząc żal i bo­leść ob­le­ka­ją­ce szma­rag­do­we oczy jak pa­ję­czy­na, z któ­rej nie spo­sób wy­plą­tać się sa­me­mu.

– One­lią byłaś, dziew­czy­ną w tej wio­sce – za­wa­hał się. – Ale rze­czą du­chów nie jest mścić się, lecz udać na spo­czy­nek, a wy­mie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści oddać tym, któ­rzy trzy­ma­ją jej szale.

– A kimże ty je­steś – spy­ta­ła, marsz­cząc nosek. – Że się sę­dzią i katem mia­nu­jesz? Je­steś tylko czło­wie­kiem, a czło­wiek jest mały, słaby i po­dat­ny na na­mięt­no­ści.

Uśmiech­nę­ła się lekko, ski­nę­ła na niego. Sięgnęła do troczków lnianej sukienki, rozplątała je i pozwoliła szatce opaść powoli, ospa­le jak we śnie. Jed­nym ru­chem od­sło­ni­ła przed nim wszyst­kie swoje se­kre­ty.

– Męż­czyź­ni są tacy pro­ści – po­wie­dzia­ła, ru­sza­jąc po­wo­li w jego kie­run­ku. Miała na sobie już tylko wia­nek, przez co wy­da­wa­ła się ja­śnie­ją­cą ru­sał­ką, brze­gi­nią, nimfą wodną. – Groź­ni i silni, a przy tym tacy…

Szi­ren­cze za­drga­ło i pękło. Niedź­wie­dzie czasz­ki eks­plo­do­wa­ły, prze­zro­czy­sta kur­ty­na opa­dła.

To było jedno cię­cie. Tylko jedno. Upio­rzy­ca sko­czy­ła na niego, ale był szyb­szy: usta­wił się za­wcza­su do ciosu i ude­rzył znad ra­mie­nia, szyb­kim wrę­bem. Prze­cią­gnął ostrze aż do sa­me­go końca.

Kim je­stem, że się sę­dzią i katem ogła­szam?

Mam serce, pa­trzę w serce i ser­cem?

Czy szkieł­kiem i okiem?

Sam dzier­żę szale spra­wie­dli­wo­ści.

Nie było już mło­dej dziew­czy­ny, znik­nę­ła gdzieś ru­sał­ka. Roz­my­ła się w mo­men­cie, gdy pękł krąg i One­lia znów stała się noc­ni­cą. Teraz Sam­bor spo­glą­dał na jej nie­ru­cho­me po­kracz­ne ciel­sko.

W Osta­łów­ku znów za­pa­dła skuta lodem cisza. Zaraz jed­nak ze wszyst­kich cha­łup za­czę­ło do­bie­gać gda­ka­nie, szcze­ka­nie i po­ry­ki­wa­nie.

Wciąż z sza­blą w dłoni pod­szedł do ciała, uklęk­nął. Za­wa­hał się, wal­czył z obrzy­dze­niem. Po chwi­li jed­nak wziął stwo­ra pod głowę na tyle czule, na ile mógł. Upiór nie po­ru­szył się.

– Bywaj, Onel­ko – po­wie­dział, kła­dąc ostroż­nie noc­ni­cę na zmro­żo­nej je­sien­ną nocą ziemi. – Idź do gwiazd.

Nie­opo­dal Szali przy­kuc­nę­ła i ob­ję­ła się rę­ko­ma, by po­wstrzy­mać tar­ga­ją­ce nią dresz­cze. Prze­pa­dła gdzieś skó­rza­na opa­ska pod­trzy­mu­ją­ca włosy i ciem­na ka­ska­da fal roz­pły­nę­ła się teraz na wszyst­kie stro­ny. Delia Szali była ubło­co­na i mokra.

Nie po­wie­dział nic, nie po­trze­bo­wa­li słów. Uklęk­nął przy aster­ce i objął ją ra­mie­niem.

Trwa­li tak przez jakiś czas w tru­pim bla­sku błę­kit­nej pla­ne­ty.

 

11

Do­ma­goj po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na widok po­lne­go.

Szlach­cic rzu­cił fe­re­zję na skrzy­nię, to samo uczy­nił z koł­pa­kiem, a ban­do­let po­sta­wił w kącie al­kie­rza. Ban­do­let był ładny, ze zdo­bio­nym kur­kiem i po­zła­ca­ny­mi an­ta­ba­mi. Sza­bli szlach­cic nie od­kła­dał.

– Jak głowa? – spy­tał, sia­da­jąc na stoł­ku obok łoża Do­ma­go­ja.

– Do­brze… Panie.

– Po­zna­jesz mnie. To do­brze.

Polny był dość młody, choć gęste wąsy do­da­wa­ły mu po­wa­gi, a spoj­rze­nie – wieku. Samą po­sta­wą bu­dził w Do­ma­go­ju re­spekt.

– Jak­że­bym miał nie po­znać wa­szej mi­ło­ści! – po­wie­dział pew­nie Domagoj. Czuł, jak wraca mu go­rącz­ka. – Toć co roku wia­do­mo, że pan Za­braj­ski na roki są­do­we po wsiach jeź­dzi…

– Jeź­dzi, jeź­dzi – po­wie­dział Sam­bor, wzdy­cha­jąc cięż­ko. – Cho­ciaż ta­kich roków jak u was to jesz­cze nie mia­łem i jak Aster da, długo nie będę miał. Do­ma­go­ju, słu­chaj mnie!

– Prze­cież słu­cham… Wasza mi­łość.

– Nie mam teraz czasu, żeby wszyst­ko wy­ja­śniać, więc po­wiedz mi krót­ko: co było mię­dzy tobą a One­lią?

– Nic. Przy­jaźń.

– Jaka to była przy­jaźń? Mów, jak u zwiezd­ni­ka!

Do­ma­goj za­mru­gał, nic nie poj­mu­jąc. Twarz pana Za­braj­skie­go była jed­nak jak rzeź­bio­na w ka­mie­niu. Nie lubił cze­kać.

– Dużo chło­pa za nią bie­ga­ło – po­wie­dział w końcu nie­chęt­nie. – Uga­nia­li się za nią jak psy za kró­li­kiem, a ja… Ja jeden z nią po­tra­fi­łem po­roz­ma­wiać. Mówi wasza mi­łość, że u wa­szej mi­ło­ści jak u zwiezd­ni­ka. Nu, to ona tak u mnie mogła, o! O wszyst­kim.

Za­braj­ski po­chy­lił się w jego stro­nę, a Do­ma­goj aż się sku­lił pod cię­ża­rem jego spoj­rze­nia. Rot­mistrz cuch­nął śmier­cią.

– Po­dob­no to była ładna dziew­ka – po­wie­dział po­wo­li, mru­żąc oczy. – Nie mia­łeś cza­sem ocho­ty i ty uszczk­nąć kąska z tego tortu? Po­dob­no nie była wy­bred­na. Gdy­bym był bar­dziej do­sad­ny, po­wie­dział­bym, że się kur­wi­ła.

Do­ma­goj wes­tchnął cięż­ko. Od­wró­cił głowę, by nie pa­trzeć w te oczy ko­lo­ru zi­mo­we­go nieba.

– Ano, cosik tam ocho­tę mia­łem… Ale gdzie mnie do ta­kiej gąski…

– Łżesz, Do­ma­goj – po­wie­dział Za­braj­ski. Ku zdzi­wie­niu Do­ma­go­ja, cał­kiem bez zło­ści. – Łżesz, choć przy­naj­mniej nie w oczy. Ech, lu­dzie, co ja z wami mam. Do­ma­goj!

– Słu­cham waszą mi­łość.

– Wiem, że nijak ci się ta Onel­ka nie po­do­ba­ła. Ani ona, ani żadna we wsi. Już prę­dzej ten cały Cho­łek, czy jak mu tam…

Do­ma­goj otwo­rzył usta, chciał pro­te­sto­wać, ale Sam­bor uci­szył go ge­stem.

– Wiesz, co grozi we wsi za bycie od­mień­cem – kon­ty­nu­ował po chwi­li Za­braj­ski. – Takie jest prawo i ja tego prawa nie zmie­nię. Wię­cej nawet! Muszę go prze­strze­gać i eg­ze­kwo­wać. Ina­czej już dawno byśmy się tutaj wszy­scy wy­re­za­li, a z Osta­łów­ka, Brze­gów czy in­ne­go Mo­czy­dła nic by nie po­zo­sta­ło.

– Panie, ale co ja…

– Jesz­cze raz mi prze­rwiesz, to wy­rzu­cę cię przez okno. Jak po­wie­dzia­łem: wiesz, co grozi we wsi za bycie od­mień­cem i, co wię­cej, sam też wiesz naj­le­piej, co grozi od­mień­co­wi za po­zo­sta­nie we wsi.

– Wy­gnać… – Do­ma­goj po­czuł, jak łzy zbie­ra­ją mu się w oczach. – Wasza mi­łość… Mnie? Prze­cież ja nic…

– Za­wrzyj gębę i słu­chaj. Do­brze my­ślisz, nie po­zwo­lę ci zo­stać we wsi. Głów­nie ze wzglę­du na tych ludzi.

– To nie ja! – za­wo­łał z roz­pa­czą chło­pa­czy­na. – Zmi­łuj­że się, panie Za­braj­ski! W życiu bym nie skrzyw­dził ni­ko­go, ni­ko­mu…

Urwał, wi­dząc spoj­rze­nie szlach­ci­ca.

– Dam ci czas do wio­sny – kon­ty­nu­ował rot­mistrz. – Teraz wszę­dzie je­sień, zaraz przyj­dzie zima i psa nie wy­go­nił­bym w taki ziąb, a co do­pie­ro czło­wie­ka. Weź naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, pro­wiant i udaj się na za­chód. Naj­le­piej przez Ko­ma­rzy­ce, Wi­ter­grad, a potem – kto wie – może i Pe­re­pol. To duże mia­sta, za­wsze przy­da się ko­lej­na para rąk do pracy, a lu­dzie są bar­dziej… po­błaż­li­wi na pewne zbo­cze­nia. Tutaj nie masz już czego szu­kać. Nie patrz tak na mnie, wiesz, że mam rację. Gdyby nie ja, był­byś już tru­pem.

– Panie… Je­stem nie­win­ny.

– Wiem, psia­krew! – Szlach­cic wes­tchnął cięż­ko. – Wiem! Wie­dzia­łem od po­cząt­ku, a teraz mam pew­ność. Ech, lep­sze mia­łem zda­nie o miej­sco­wych, ale cóż, Pi­how­ski nie­raz mówił mi, że je­stem nie­po­praw­nym ide­ali­stą. Nie, Do­ma­go­ju, w ni­czym nie za­wi­ni­łeś. Był­bym głupi, gdy­bym oce­niał cię tylko po two­ich… Upodo­ba­niach.

Polny wstał. Ze­brał swoje rze­czy i się­gnął do klam­ki.

– Do wio­sny, pa­mię­taj – po­wie­dział jesz­cze w drzwiach. – Ale na twoim miej­scu sta­rał­bym się nie zwle­kać. Bywaj, Do­ma­go­ju.

– Panie, ale ja nawet nie mam pie­nię­dzy! Po­mi­łuj! Miej serce!

Za­braj­ski za­wa­hał się. My­ślał nad czymś przez chwi­lę.

– Miej serce… – po­wtó­rzył, pa­trząc gdzieś w dal. – Miej serce, pa­trzaj w serce i ser­cem.

– Panie?

– Po­słu­chaj – po­wie­dział Za­braj­ski. – Jest jesz­cze jedna spra­wa…

 

12

 

Oskar­ży­łeś nie­win­ne­go czło­wie­ka. Oszczer­stwa­mi pod­ju­dza­łeś do sa­mo­są­du, po­nad­to oskar­ży­łeś bez­pod­staw­nie o ko­rzy­sta­nie z magii, nie za­wia­da­mia­jąc o tym lo­kal­nej kon­fra­ter­ni. Wresz­cie za twoją wie­dzą i przy­zwo­le­niem życie stra­cił­by jeden z moich pod­wład­nych, któ­rym obie­ca­łem pokój i bez­pie­czeń­stwo. Bez sądu. Bez od­da­nia czci spra­wie­dli­wo­ści.

Sam­bor sta­nął na po­de­ście, ogar­nął wzro­kiem ze­bra­ny na placu tłum.

– Panie, po­mi­łu­uuj – zawył Bor­kus. Czer­wo­ny na twa­rzy, za­łza­wio­ny i z za­faj­da­ny­mi por­t­ka­mi pró­bo­wał zła­pać rów­no­wa­gę na wą­skim pień­ku. Krę­cił szyją, pró­bu­jąc po­lu­zo­wać za­wią­za­ny cia­sno sznur ko­nop­ny.

– Już tego wy­star­czy­ło­by, żeby cię po­wie­sić! – za­wo­łał Za­braj­ski takim gło­sem, że ze­bra­na na za­bło­co­nym placu tłusz­cza sku­li­ła się. – Ale nie dość tego! Kry­łeś gwał­ci­cie­li! Na żyzny grunt za­sia­łeś ziar­no ze­psu­cia! I to wszyst­ko w moim imie­niu? Ty cha­mie, ty pro­sta­ku! Wie­przu nie­czy­sty! Jak śmia­łeś! Jako mój ma­jąt­nik?! Ośmie­szy­łeś mnie i mój honor! A tego ci, psie, nie da­ru­ję!

Sam­bor ze­sko­czył z po­de­stu, pod­szedł pręd­ko do skle­co­nej na­pręd­ce szu­bie­ni­cy.

– Pa­niee! – za­wo­łał Bor­kus. – Ja nie­win­ny! Wszy­scy to po­wie­dzą, każda baba we wsi…

Nie skoń­czył. Sam­bor z roz­ma­chem kop­nął pień i Bor­kus po­le­ciał w dół. Sznur na­prę­żył się i na sku­tym mro­zem placu roz­legł się cichy trzask pę­ka­ją­ce­go krę­go­słu­pa. Ma­jąt­nik za­te­le­pał no­ga­mi i ze­sztyw­niał.

– Kto by tam babom wie­rzył – mruk­nął Sam­bor, od­wra­ca­jąc się do tłumu.

– To nie Do­ma­goj ścią­gnął na Osta­łó­wek te wszyst­kie nie­szczę­ścia – po­wie­dział po chwi­li, gdy uspo­ko­ił od­dech. – Naj­le­piej wie­cie, że był on wczo­raj bez ducha i pod stra­żą w go­spo­dzie. Są na to świad­ki. A jed­nak wszy­scy sły­sze­li­ście, że be­stia w nocy wró­ci­ła i łak­nę­ła krwi. Krwi, która miała jej przy­nieść smak ze­msty, a która dzi­siaj do­peł­ni­ła się tak, jak każe tego prawo. Nic wam już nie grozi. Be­stia wska­za­ła win­nych i nie ma ich już wśród tu ze­bra­nych, a zgni­ły plon zo­stał wy­rwa­ny. U Do­ma­go­ja jed­nak do­pa­trzy­łem się innej winy i przez to ska­za­łem go na wy­gna­nie. Zo­sta­nie tu przez zimę i wraz z na­dej­ściem wio­sny opu­ści Osta­łó­wek. Nigdy tu już nie wróci.

– Spra­wie­dli­wy pan! – za­wo­łał ktoś z tłumu. – Sława! Sława Za­braj­skie­mu! Precz z od­mień­ca­mi!

Kilka osób po­wtó­rzy­ło okrzyk, ktoś od­wa­żył się za­kla­skać. Na chwi­lę plac stał się gro­te­sko­wą wi­dow­nią wiej­skie­go te­atrzy­ku, w któ­rym wła­śnie do­bie­gła końca ma­ka­brycz­na sztu­ka.

– To nie ko­niec – za­wo­łał Sam­bor, prze­krzy­ku­jąc tłum. Har­mi­der przy­cichł.

– Do­ma­goj ma stąd odejść cały i zdro­wy. Nie­tknię­ty. Jeśli do­wiem się, że spo­tka­ła go jakaś krzyw­da, jeśli do­wiem się, że spa­dła mu, na przy­kład, gałąź na głowę albo po pi­ja­ku uto­pił się… Albo jeśli znowu bę­dzie tu miał miej­sce sa­mo­sąd… To bę­dzie ozna­ka dla mnie, że nie po­wa­ża­cie mo­je­go prawa i ho­no­ru. Wtedy zaś wrócę tu z całym od­dzia­łem po­lnych. Ko­bie­ty sprze­dam na kurwy, dzie­ci wyślę do Aste­rii, męż­czyzn po pro­stu wy­rżnę do nogi, a Osta­łó­wek spalę do gołej ziemi. Nie będę utrzy­my­wać wio­sek, gdzie lę­gnie się ho­ło­ta. Hańba wam za to, co­ście chcie­li uczy­nić! Inne wsie są jak for­te­ce na gra­ni­cy, są­siad są­sia­do­wi jest jak brat, bo ży­je­my w trud­nych cza­sach. A wy? Gar­dzę dzi­siaj wami i le­piej, że­by­ście wró­ci­li do moich łask, bo ina­czej nic do­bre­go już tej wsi nie spo­tka.

Tłum mil­czał, zdję­ty nagle grozą. Spo­glą­da­li na Za­braj­skie­go, a on tylko cze­kał. Po­ło­żył dłoń na gło­wi­cy sza­bli i szu­kał har­dych, go­to­wych wy­stą­pić z tłumu.

Pi­how­ski po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu, uniósł na­dziak w górę i za­wo­łał:

– Sława Za­braj­skie­mu! Sława!

I jak rzecz­ny lód na wio­snę pękła groza i ko­tłu­ją­ca się nie­na­wiść; be­stia prze­pa­dła, nie­chcia­ne­go wy­gna­no. Tłum w końcu uległ i po­wtó­rzył za­wo­ła­nie.

– Sława Za­braj­skie­mu!

 

13

– I nic nie po­wie­dzia­ła?

– A czego się spo­dzie­wa­łeś. – Kawka uśmiech­nął się krzy­wo. – Po­że­gna­nia rodem z bal­lad i ro­man­sów? Daj spo­kój, Sam­bo­rze, gzi­li­ście się po wódce. U aste­rów to rzecz naj­zwy­klej­sza pod słoń­cem, tylko my zro­bi­li­śmy z tego nie­mal­że ob­rzą­dek. Nuże, nie patrz tak na mnie. Praw­dę mówię. Pew­nie jest już po dru­giej stro­nie Ru­słej i inny ją wy­dup­czy. Albo ona jego, psia­krew, ty je­steś spe­cja­li­stą od aster­skich ko­biet; one są cza­sem bar­dziej mę­skie od męż­czyzn. Swoją drogą nie wiem, co cię tak po­cią­ga w tych usza­stych ko­bie­tach. Ejże, ostroż­nie! Chcesz żebym z konia spadł?

– Tak jakby. Alek­san­drze?

– Aha?

– I tobie też nic…

– Sam­bo­rze. – Pi­how­ski wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ro­zu­miem, że każdą ko­bie­tę, która po­świę­ci ci wię­cej niż krót­ką roz­mo­wę, da­rzysz szcze­gól­nym uczu­ciem. Po raz wtóry przy­po­mi­nam ci, a czy­nię to z to­wa­rzy­skie­go obo­wiąz­ku, że je­steś nie­po­praw­nie ho­no­ro­wy i ko­chli­wy. Nie­ste­ty, jeśli były mię­dzy wami ja­kieś nie­do­po­wie­dze­nia, to zo­sta­ną one bez roz­wią­za­nia. Taki los. Uwa­żaj, gałąź.

– Dzię­ku­ję.

– Swoją drogą – Alek­san­der spoj­rzał z ukosa na Za­braj­skie­go. – Ostro żeś za­grał z tym Do­ma­go­jem. Jak nie ty. Pod pu­bli­kę? Ku po­krze­pie­niu serc i po­czu­ciu wiej­skiej spra­wie­dli­wo­ści? Czy coś było na rze­czy…

– Nie­ste­ty. – Sam­bor uśmiech­nął się lekko. Bio­dro znowu za­czy­na­ło mu do­ku­czać. – Nie­ste­ty, zo­sta­ły pewne nie­do­po­wie­dze­nia, które zo­sta­ną bez roz­wią­za­nia. Taki los.

– Ech, ty prze­che­ro, a ja ci z do­bre­go serca rzyć ra­to­wa­łem…

Polna droga skoń­czy­ła się. Ury­wa­ła się zaraz za ostat­nim z po­sza­rza­łych ścier­nisk, gdzie w prze­krzy­wio­nej wiej­skiej ka­plicz­ce po­brzę­ki­wa­ły cicho mie­dzia­ne gwiazd­ki. Dalej były już tylko kol­cza­ste koł­tu­ny jeżyn, coraz rzad­sze za­gaj­ni­ki, aż wresz­cie hen w od­da­li, w pro­mie­niach do­pa­la­ją­ce­go się na za­cho­dzie słoń­ca, sre­brzy­ły się roz­le­wi­ska Ru­słej.

Kawka od­chrząk­nął, za­gwiz­dał na próbę. A potem wszy­scy trzej dla za­bi­cia czasu za­śpie­wa­li:

Roz­przę­gaj­cie konie, pany,

Wnet już wie­czór – pój­dziem w tany!

A gdy wsta­nie świt czer­wo­ny,

Znów ru­szy­my w stepu prze­stwór nie­zmie­rzo­ny!

Wkrót­ce po tym jak wy­je­cha­li z ziemi osta­łow­skiej, mróz skuł oko­li­cę i pełna ocze­ki­wa­nia cisza za­le­gła wśród pól. Ptac­two gdzieś prze­pa­dło, a i zwierz rza­dziej wy­cho­dził na ścier­ni­ska.

Nie­dłu­go potem spa­dły pierw­sze tego roku śnie­gi.

Na­de­szła zima.

 

14

 

Było coś przej­mu­ją­ce­go w wi­do­ku cią­gną­cych się dłu­gim sze­re­giem wierzb gło­wia­stych. Szare i bez­list­ne sta­no­wił jakby ikonę na­pi­sa­ną prze­mi­ja­ją­cej je­sie­ni, zwia­sto­wa­ły nad­cho­dzą­cą zimę i po­chy­la­ły się nad za­bło­co­ną polną drogą niby płacz­ki nad bez­i­mien­ną mo­gi­łą, stro­sząc witki ku za­chmu­rzo­ne­mu niebu.

Do­ma­goj szedł, uty­ka­jąc na jedną nogę. Kij dzia­dow­ski nie­wie­le mu przy tym po­ma­gał, a za­wie­szo­ny na ple­cach wór z naj­po­trzeb­niej­szy­mi rze­cza­mi cią­żył coraz bar­dziej. Nie przy­sta­wał jed­nak: je­sień miała się ku koń­co­wi, noce były mroź­ne, a do Wi­ter­gra­du wciąż miał jesz­cze wiele dni drogi.

Za­trzy­mał się do­pie­ro przy ostat­niej z wierzb. Zrzu­cił to­bo­łek u jej stóp, wyjął ma­nier­kę i po­cią­gnął so­lid­ny łyk. Potem uklęk­nął po­wo­li, jakby nie­pew­nie. Za­wa­hał się i za­czął roz­gar­niać za­le­ga­ją­ce wokół wierz­by zgni­łe li­ście, ga­łę­zie i inne dro­bia­zgi przy­nie­sio­ne przez wiatr.

Przez chwi­lę na za­ro­śnię­tej gębie mie­sza­ły się nie­pew­ność i na­dzie­ja. Po­ja­wi­ło się zwąt­pie­nie.

Tylko na chwi­lę.

Tuż przy sę­ka­tym ko­na­rze zie­mia była wy­raź­nie prze­ko­pa­na, czar­niej­sza. Rzu­cił się jak złak­nio­ny w to miej­sce, za­czął roz­grze­by­wać ściół­kę. A za chwi­lę usiadł, krztu­sząc się wzru­sze­niem.

Oto w ziemi spo­czy­wa­ła brud­na, sta­ran­nie za­wią­za­na sa­kiew­ka. Cięż­ka, pę­ka­ta, po­brzę­ku­ją­ca w nie­zna­ny dotąd – bo i skąd miał znać ten dźwięk? – spo­sób.

– Sława – za­wo­łał ochry­ple ku kłę­bo­wi­sku sza­ro­ści w górze. – Sława Za­braj­skie­mu!

Z po­bli­skie­go pola po­de­rwa­ło się stado kru­ków i wron, które po­cią­gnę­ły czar­ną chma­rą w dal. Wiatr zmarsz­czył po­wierzch­nie kałuż, prze­cze­sał po­sza­rza­ły prze­stwór traw. Spadł deszcz, jeden z ostat­nich tego roku.

W od­da­li, hen na samym ho­ry­zon­cie, za­pa­li­ła się łuna, gdy słoń­ce na chwi­lę przedar­ło się przez bu­rzo­we ob­ło­ki.

 

Pi­sa­ne w Ka­niach, pióra Tomka Krzy­wi­ka

Luty – Ma­rzec 2020 r.

 

Koniec

Komentarze

Sama nie wierzę, ale długaśna stylizacja staropolska siadła mi gładko.

Kiedy zobaczyła towarzyszy westchnęłam, ale jak się okazało niesłusznie.

Udało Ci się zainteresować mnie i utrzymać uwagę do końca. 

Po drodze zabrakło mi raz, czy dwa spacji, ale generalnie czytało się znakomicie. 

delulu managment

No przyznaję również, że i mi siadła niesamowicie, bo widzę, że nie tylko ja tutaj podejmuje się , trudnej, acz bardzo pięknej sztuce stylizacji :) Gratuluję również świetnego debiutu :)

 

Widzę, że trochę tą stylizacją kolega zrobił mi małą konkurencję, ale ogółem dobrze sie czytało, aczkolwiek brakowało mi trochę więcej humoru i i ironii, ale być może wynikało to z własnej, nie przymuszonej woli przeczytania czegoś równie dobrego u mnie, bo przyznać należy, że tekst na wysokim poziomie stoi :)

 

Dodam fakt, że fajnie stworzyłeś świat który wydaje się być quasi-nowożytnym RON-em, jeśli dobrze wyczytałem historię. Bardzo oryginalny zabieg.

 

Biegnę kliknąć :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Hej, początkowo trochę mnie przestraszyła długość tego opowiadania, zwłaszcza, że to debiut… i jeszcze ta stylizacja…

No, ale wyszło Ci! I to bardzo profesjonalnie! Nie zdziwiło by mnie, gdybym przeczytała ten tekst w NF. Dialogi brzmią naturalnie, postaci są charakterstyczne. Połączenie “Rzeczpospolitej szlacheckiej” z elfią zaklinaczką upiorów, stworem i brudną wsią, zdecydowanie zagrało i mnie wciągnęło. 

 

Życzę dużo weny przy pisaniu kolejnych tekstów i serdecznie pozdrawiam. :) 

Podążaj za białym królikiem.

Drodzy, gwoli ścisłości – nie jestem debiutantem, choć „Onelia” została przeze mnie napisana niedługo po pierwszej samodzielnej publikacji („Zacisze”) i obok „Ceny obowiązku” (NF 04/2023) była jednym z dwóch pierwszych opowiadań osadzonych w inspirowanej RON Riterii.

Przyznam szczerze, że trochę przerósł mnie czas oczekiwania na publikacje w NF. „Cena…” napisana i zaakceptowana w 2019 roku została opublikowana w roku 2023. „Onelia” początkowo też miała pozytywny odbiór, ale z różnych względów opowiadanie chyba utknęło, a ja sam przez 6 lat znacznie zmieniłem niektóre założenia (stąd opowiadanie oznaczyłem jako niekanoniczne). W lipcu 2025 roku wysłałem do NF  kolejne opowiadanie z Samborem Zabrajskim i obecnie czekam na opinię Aleksandry Klęczar. Na forum Nowej Fantastyki też już kiedyś publikowałem („Szabraj”), ale straciłem dane do oryginalnego konta.

Uznałem, że skoro realnie „Onelia” nie ma szans na ukazanie się na papierze to chociaż pokażę ją w miejscu, gdzie może komuś trafi do gustu :)  Cieszę się, że opowiadanie dobrze się przyjęło. Mam duży sentyment do tego świata i na pewno kiedyś napisze coś dłuższego, choć póki co z dwójką małych dzieci i rozwijaniem własnej kancelarii wydaje się to być perspektywą na inne życie.

 

Pozdrawiam serdecznie 

Tomasz Krzywik

Hej!

 

Znam ten ból :) Sam prowadzę biznes i jednocześnie pracuje w IT. Wiem ile to wyrzeczeń trzeba, przy dzieciach :) Nie mniej pióro masz wspaniałe i żal by było to tak zostawiać :) Naprawdę kapitalny pomysł.

 

Co konta i debiutu – tak, zauważylem potem i nie chciało mi się już zmieniać komentarza. Mimo wszystko gratulacje mimo wszystko super opowiadania, a nie debiutu :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Myślicie, że ktoś to jeszcze przeczyta…?

Aaaa! To w takim razie trzymam kciuki, żeby przerodziło się to w jakąś dłuższą formę i doczekało się ukazania na papierze. Na pewno warto w ten pomysł zainwestować. :) 

 

Myślicie, że ktoś to jeszcze przeczyta…?

Uzbroj się w cierpliwość. :) To dość długie opowiadanie, a takie generalnie cieszą się mniejszą popularnością. Jeśli jednak zajrzysz do tekstów innych użytkowników, pozostawisz po sobie jakiś ślad, na pewno zajrzą i do Ciebie. Finkla napisała o tym poradnik: Dekalog Łowcy Komentarzy

Podążaj za białym królikiem.

Dobrze się czytało opowieść o osobliwych wydarzeniach w Ostałówce, próbie samosądu i dalszych wypadkach, będących następstwem pojawienia się Zabrajskiego wraz z towarzyszami. Opisałeś całą rzecz zajmująco, wiarygodnie kreśląc postaci i zajścia będące ich udziałem.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

panie Za­braj­ski.– Alek­san­der Pi­how­ski… → Brak spacji po kropce.

 

Po raz ko­lej­ny obie­cał sobie, że tym razem po­zwo­li sobie na dłuż­szy sen. → Czy to celowe powtórzenie?

 

to po za­wi­nię­tym prze­gu­bie od kilku dni na­zna­czo­nym po­kaź­ną szra­mą. → Pewnie miało być: …to po za­wi­nię­tym prze­gu­bie od kilku dni na­zna­czo­nym po­kaź­ną raną.

Skoro przegub był zawinięty, to pod opatrunkiem była pokaźna rana, albowiem szrama to ślad po zagojeniu się rany.

 

– Ci­chaj!- Sam­bor za­marł… → Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Mą­jąt­nik! Wię­cej nie będę wy­wo­ły­wać! → Literówka.

 

jakby miał się zaraz za­paść, a do tego miał nawet pię­tro. → Czy to celowe powtórzenie?

 

Słabe, ane­micz­ne, ale za­wsze jed­nak świa­tło. → Słabeanemiczne to synonimy. Znaczą to samo.

 

Ha, jeden wiel­ki kar­to­fel. → Skąd w czasach tej opowieści wiedziano o kartoflach?

 

– Szali… – za­czał nagle zmie­sza­ny. → Literówka.

 

Podrapała się po nosku.– A ja chyba… → Brak spacji po kropce.

 

sły­szał owe po­tę­pień­cze za­wo­dze­nie… → …sły­szał owo po­tę­pień­cze za­wo­dze­nie

 

– Nie musi ci się wi­dzieć.– Za­braj­ski… → Brak spacji po kropce.

 

oka­la­ły iście aniel­ską twa­rzycz­kę na­sto­lat­ki. → To słowo nie racji bytu w opowiadaniu, albowiem powstało w połowie XX wieku.

Proponuje: …oka­la­ły iście aniel­ską twa­rzycz­kę dziewczątka/ dziewczęcia/ dzieweczki.

 

za­wo­ła­ła dziew­czy­na i wy­bu­chła nagle per­li­stym śmie­chem. ->…za­wo­ła­ła dziew­czy­na i wy­bu­chnęła nagle per­li­stym śmie­chem.

http://okiem-filolozki.blogspot.com/2013/06/zniko-czy-znikneo-wybucho-czy-wybuchneo.html

 

Się­gnę­ła do wę­złów lnia­nej su­kien­ki, roz­plą­ta­ła je i po­zwo­li­ła ma­te­ria­ło­wi opaść po­wo­li… → A może: Się­gnę­ła do troczków lnia­nej su­kien­ki, roz­plą­ta­ła je i po­zwo­li­ła szatce opaść po­wo­li

 

po­wie­dział pew­nie Domagoj.Czuł, jak wraca… → Brak spacji po kropce.

 

Bio­dro znowu za­czy­na­ło mu do­ku­czać.– Nie­ste­ty… → Jak wyżej.

 

stro­sząc wici ku za­chmu­rzo­ne­mu niebu. → Czy wierzby na pewno stroszyły wici?

A może miało być: …stro­sząc witki ku za­chmu­rzo­ne­mu niebu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, dziękuję za uwagi. Poprawiłem chyba wszystko :) 

Hej, dziękuję za uwagi. Poprawiłem chyba wszystko :) 

OK, Tumi, w takim razie idę do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To chyba do biblioteki brakuje mi jednej szabli, zgadza się…? Muszę poszukać chętnych, obawiam się, że długi tekst może zniechęcać.

Owszem, Tumi. Potrzebny jest jeszcze jeden głos zadowolonego czytelnika. 

Długi tekst rzeczywiście nie zachęca, ale też nie przekreśla szans. Sugeruję, abyś zaczął czytać i komentować opowiadania innych – ktoś z nich z pewnością zechce odwdzięczyć się lekturą Twojego opowiadania. 

Powodzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć,

 

To chyba do biblioteki brakuje mi jednej szabli, zgadza się…? Muszę poszukać chętnych, obawiam się, że długi tekst może zniechęcać.

 

problemem niekoniecznie jest długi tekst, bardziej fakt, że forum to trochę barter – Ty coś pokomentujesz, to i inni chętniej pokomentują u Ciebie. Zresztą Marszawa już o tym Ci wspomniała, więcc może warto pójść za tą radą ;)

smiley

Hejka. Fachowe pióro, bez dwóch zdań. Choć nie moja tematyka…

Podobało się, ale:

Sambor i poprawił żelazną antabę przy bandolecie.

Na pewno dał radę? Żelazna antaba przy bandolecie to był solidnie zamocowany

hak, służący do wieszania bandoletu na skórzanej bandolierze, na plecach.

 

wypalił w powietrze z bandoletu; rozżarzona kula jak iskra wypaliła ku purpurze wieczornego nieba.

Kule były ołowiane. Ołów się nie żarzy w temperaturze jaką miałby w lufie …

Ale to drobiazgi. Pozdrawiam.

 

EDIT

Gdyby ktoś skojarzył bandolet z rodzajem pistoletu – robi błąd. To był rodzaj krótkiego

karabinka, coś pomiędzy pistoletem a muszkietem.

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

Tekst ładnie dopracowany, nie umiem do końca ocenić stylizacji języka, ale nic mi nie zgrzytnęło. Jakby się nad tym zastanowić, to historia nie jest bardzo oryginalna – zmierzenie się ze zjawą, ale tło i żywi bohaterowie to rekompensują. Szczególnie podobały mi się ostatnie rozdziały, gdzie wszystko się fabularnie dopięło i mnie usatysfakcjonowało. Może dałoby się trochę skrócić pierwszą część, jest też kilka fragmentów, gdzie rozwijasz geografię świata, choć jest to niepotrzebne czytelnikowi, który sięga tylko po ten tekst (choć rozumiem pokusę, gdy tworzy się więcej tekstów w swoim świecie).

Hej, dziękuję za komentarze.

 

Przyznaję, że miejscami tekst “podkoloryzowałem”, choć może niepotrzebnie (tak np. z rozżarzoną kulą). Co do bandoletu – wiem, że to rodzaj czegoś pomiędzy. Nie pamiętam natomiast, czemu pisałem o poluzowaniu antaby, jednak parę lat już minęło ;)

 

Co do oryginalności historii to cóż, wszystkie opowiedziano już dawno temu :) “Onelia” faktycznie jest trochę oparta na wiedźmińskim schemacie (śledztwo, kto zabił?, walka na końcu), ale bardziej zależało mi na stworzeniu klimatycznego opowiadania, które dobrze się czyta. Czy się udało – zostawiam to do oceny każdemu z osobna. 

 

Widzę, że chyba jednak trafiłem do biblioteki :) Dziękuję, to zawsze cieszy.

Nowa Fantastyka