- Opowiadanie: P.P.Elit - Dux: Orbis interior - I - Bursztynowym Szlakiem

Dux: Orbis interior - I - Bursztynowym Szlakiem

Oceny

Dux: Orbis interior - I - Bursztynowym Szlakiem

 

 

Niecałą dobę przed wspomnianym sposobieniem się rabusiów do napaści, co też miały swe miejsce w strzegomskich ostępach, po drugiej stronie księstwa Bolken, gdzieś w okolicy Friedberg (Wałbrzycha), na wpół ściętym porannym przymrozkiem gościńcem, jaki to ciągnął się z Leuban (Lubania) do Hirschberg (Jeleniej Góry) górzystymi połaciami oschłych sosen oraz ponurych wiatrołomów, parła na swych umęczonych koniach, nie duża, bo pięcioosobowa czereda najemna.

Na pierwszy rzut oka ~ co jakiś czas mijanych przez nich chłopów oraz kupców ~ krewką się mieniła, a nawet jak tylko bardziej im się przyjrzeć, to i budzącą dość spory lęk. Rzecz jasna, nikt z postronnych prosto w oczy im nie spoglądał, a już na pewno nie śmiał im tego powiedzieć, bo kto ich na gościńcu dojrzał, ten płocho na pobocze umykał, ryzykując tym, choćby zsunięcie się z nadarzonego akurat zbocza lub nawet ześlizgniecie się do wypełnionego po brzegi ~ niemal tygodniową już ulewą ~ dość wartkiego rowu, który to ciągnął się wzdłuż gościńca, jakim przyszło im się akurat przemieszczać. Jakby jednak nie było, to najwyraźniej, a i z całą pewnością, w oczach bogu ducha winnych podróżnych, niewarta zaczepki była to świta ani nawet zwady przypadkowej, wszak z perspektywy zwykłego człeka, tak chłopa, jak i mieszczanina, całkiem bezspornie, warta była ona unikania na sposoby wszelkie.

Na czele tej przesiąkniętej marznącą słotą kawalkady pod kondotierem, dowodzonej przez ~ wówczas jeszcze trzydziestosześcioletniego ~ rycerza austriackiego, jaki to w licznych krwawych bitwach był zasłużony, nadto najemnik zaciekły oraz samozwańczy herszt, dla ~ w zaszłej sytuacji ~ dość posępnej zbieraniny wojów. Hersztem tym był Aleksander Huber Miarski, który to z racji na funkcję wśród swych kamratów, zwany był Duxem. Był on mężczyzną budowy przeciętnej, a i wzrostu średniego, przez co też pod tym względem nie wyróżniał się szczególnym od ogółu, jednak mimo tej pozornej pospolitości, bardzo szybko budził spory respekt, jak i posłuch. Było tak nie tylko z racji jego rycerskiego tytułu czy twardego i nieustępliwego charakteru, ale przede wszystkim, z racji niemałych umiejętności szermierczych, które to, jak większość jemu podobnych, odebrał on w pełni już we wczesnym dzieciństwie ~ czego o jego wykształceniu powiedzieć nie można, gdyż z początkiem trzeciego roku nauk prawniczych na Uniwersytecie w Wiedniu, porzucił on owe sposobienia dla dalszych przygód i najemnej wojaczki. Jeśli zaś mowa o jego bliższym wyglądzie, to twarz jego była wręcz upiornie blada ~ z racji mroźnego wiatru nieco sina na policzkach ~, co więcej, oznaczona kilkoma bitewnymi kryzami, jakie zresztą widniały u niemal wszystkich jego towarzyszy, co też nie był niczym nadzwyczajnym, zwłaszcza wśród osób parających się przemocą. Pierwsza z jego blizn ~ ta najokazalsza ~, ciągnęła mu się od zawiasu żuchwy w dół szyi, aż po obojczyk, kolejne zaś dwie ~ tym razem mniejsze ~, widniały w okolicy jego lewej brwi i na prawym policzku, jawiąc się niemal nic nieznaczącymi zadrapaniem. 

 

Ale nic to, gdyż Aleksander, zwykle będąc osobnikiem poważny i względnie surowym, nad to często zamyślonym, ze wspomnianymi rysami na licu, wszystkim tym doskonale współgrał, jawiąc się jeszcze surowszym i bardziej złowieszczym, niż kiedykolwiek chciałby lub mógłby być. Nie był on jednak skończonym ponurakiem, jak ma się to w przypadku przepełnionych czarną żółcią melancholików ani też pełnym żółcią właściwej cholerykiem, jak można by się spodziewać po zatwardziałym awanturniku oraz zatroskanym herszcie zbrojnego oddziału, próbującym ów oddział utrzymać i odpowiednio nagradzać ~ co nie zawsze malowało się w najlepszych barwach. Prawda jest taka, że było w nim wszystkich humorów po trosze, od krwi, przez flegmę, po obie z żółci, przez co bywał i duszą towarzystwa, niestroniącą, tak od ludzi, jak i od satyry, choć zwykle działo się to jedynie w określonych okolicznościach, do których obecne niespecjalnie należały, wtedy zaś lepiej było do niego nie podchodzić. 

Zatem, podczas żmudnego parcia naprzód, tak, jak i reszta drużyny, pozostawał on nad wyraz chłodny, a przede wszystkim potencjalnie groźny człekiem. Jego zaś bystre, a i tajemniczo dzikie spojrzenie, wpadłych w lodowaty lazur oczu, które to już na odległość zdawały się być dwoma bryłkami lodu, niemal zawsze robiło niemałe wrażenie na osobach postronnych ~ zwłaszcza tych bardziej lękliwych. Wszystko to sprawiało, że Aleksander szybko jawił się kimś, z kim nie należało zadzierać. Na zadatek, wrażenie to ~ jak najbardziej prawdziwe ~, potęgowały krążące o jego osobie pogłoski, jakoby był on pospolitym płatnym mordercą, który to dla pieniędzy gotów jest uczynić wszystko to, za co zostanie mu odpowiednio zapłacone, z jakiej to opinii i plecenia on sam nic sobie nie robił. Naturalnie, jak każdy szanujący się, w zasługi pasowany rycerz, na większe dystanse, zwykł poruszać się na grzbiecie ~ niemającego większej wartości ~ konia podróżnego, tymczasem na tyłach formacji, tuż za dryją jucznych mułów oraz tuzem końmi bojowych ~ należących do dwójki innych członków kompanii ~, kroczył dumnie jego waleczny i bezcenny karosz. Zwierzę to było niesłychanie potężne, wytrzymałe, prędkie i zadziorne w boju, na swym zadzie, karku i łbie, solidnie było okryte blachą i grubą skórą, z racji zaś na wszystkie swe walory, trafnie, noszące się pod mianem „Blitz”. 

Wracając jednak do samego Aleksandra czy też Duxa, to z racji na niedogodności aury, zdominowanej uporczywą słotą, tak on, jak i kamraci jego, odziany był w gruby i dodający posępności ~ czarny jak bezgwiezdna noc ~ płaszcz z szerokim kapturem. On sam jednak, w przeciwieństwie do reszty swych kompanów, którzy to pod wełnianymi kapokami grzani byli zwykłymi tanimi kożuchami, cieszył się większym luksusem, gdyż pod płaszczem z cielęcej skórki, otulony był on czarą futrzaną podbitką z puchatej nutrii, przekładanej szarą łaską. Jednak klasa danego stroju, nie przesądzała o jego skuteczności, wszak wszystkie z nich spełniały swą role jak należy, gdyż, pomijając mankiety oraz obręb zarzuconych kapturów, nie dało się dostrzec ani rodzaju tego, co miałoby zapewniać ich właścicielom względną ochronę przed zimnem, ani też tego, co zapewnić im mogło ochronę przed żelazem, co w wojackiej profesji oznaczało nic innego, jak pancerz i oręż. Te zaś, jak to w formacjach najemnych ~ w zależności od możliwości, jak i gustu ~ bywały różne, często nawet godne uwagi. 

 

Przede wszystkim pamiętać należy, że uposażenie najemnika miewało różne pochodzenie, od kupionego, przez ojcowskie, aż po ~ co najczęściej miało miejsce ~ zdobyczne, zatem najnormalniej w świecie zdarte z martwego ciała, pozbawionych ducha wrogów. Aleksander na ten przykład, na tle wbitych w pordzewiałe blachy i ciężkich kolczugi kamratów, stawiał bardziej na większą mobilność i wygodę, zatem odziany był w znacznie lżejszy typ pancerza, w kirasjerską półzbroje, a właściwie sam jej napierśnik z dosztukowanymi elementami innych zestawów, od zachodzącej na uda folgowanej szorcy z blachy, po proste naramiennikami i karwasze z utwardzanej ~ solidnie nabijanej ćwiekami ~ skóry.

Zbroja ta, tak, jak i pancerze reszty jego kompanijnej braci, od razu zdradzała sobą niejeden trud potyczki, bardziej jawiąc się strapioną i pokancerowaną skorupą, niżeli okuciem, godnym tytułowanego cesarskiego rycerza oraz będącej pod nim świty. Mimo to, na piersi jego widniał dumnie dość szeroki i skrupulatnie wypolerowany ryngraf, na środku którego osadzony był ~ zwykle widoczny z daleka ~ prostym krucyfiks ze spiżu, mniej więcej na ćwierć. Pod tymże przerośniętym do rozmiarów tarczy kaplerzu, dawał o sobie znać jeszcze inny symbol, nieco większy od solidnej męskiej dłoni, a było nim dość już przetarte żółtawe godło, o złowrogo czarnym i dwugłowym ptaszysku z wywalonym na wierzch jęzorem, którego to wizerunek na ziemiach śląskich, znany był aż za dobrze ~ tak dobrze, że wręcz owiany był złą sławą.

Prócz tego, na miejscu serca jego, umieszczony był ~ o połowę mniejszy od poprzedniego ~ niebieski herb rodowy w kształcie trójkątnej tarczy z czerwoną obwódką, zwieńczony trzema żółtymi gwiazdkami i czarnym kruczym piórem, jakie to być miało symbolem rodowym jego dziada, Ludwiku Hubera, który z racji na swe wiecznie kruczoczarne włosy, posiadane aż do późnej starości, z wiadomych powodów symbol ów w rodzinnym herbie umieścił. Gwiazdki z kolei, symbolizowały tak Ludwika, jak i jego syna Henryka oraz wnuka ~ jak już wiadomo ~ Aleksandra, który to zaraz po swym pasowaniu, dostawił na owym herbie trzecią z gwiazdek. Niestety, wraz z tytułem szlacheckim po swym przodku, wiecznie czarnych włosów już on po nim nie odziedziczył, a raczej ciemny kasztan, w dodatku po przebytej niedawnej wszawicy ~ jaką to uraczyła go dziewka, z którą ten zdążył spotkać się przed wyruszeniem na Śląsk ~ włosy jego orżnięte były on ledwie palec, nad to też, mimo względnie młodego jeszcze wieku ich posiadacz, nie były one już tak żywe, gdyż zwłaszcza na skroniach, poczęły rzucać mu się nieubłaganą siwizną. Nie często jednak można było to dostrzec, wszak zwykle, przykrywał on ów mankament na wpół otwarty basinet, o zwisłej przy policzkach kolczej ochronce i ~ w zależności od potrzeb ~ dostawianej przyłbicy. Tak to właśnie prezentował się Aleksander vel Dux, za którym krok w krok podążała jego w większości wierni drużyna. Prąc ospale błotnistym gościńcem, chwiali się oni z boku na bok w swych kulbakach, do reszty przesiąkniętych potem i fetorem ich samych oraz ich sfatygowanych już koni, szczelnie skrytych pod zarzuconymi im na grzbiety szarymi i czarnymi kropierzami, na tle których jedynie rumak dowodzącego kompania, ozdobiony był kropierzem w grube i idące skosem żółto-czarne pasu, nie inaczej jak imperialne barwy habsburskie.

 

Śmiertelnie znużona całą tą monotonią wędrówki kompanijna brać, ponuro niby widmowy orszak, postępując naprzód, co jakiś czas zerkała spode łba na do mdłości już im spowszedniałe, na przemiennie mijane, a to ponure lasy ~ choć częściej były to nagminne wyręby i wiatrołomy ~, a to dzikie przysiółki czy zastane ugorem pola oraz śpiące łąki, zbyt często przechodzące w mgliste, zdziczałe i wielce posępne wrzosowiska jak okiem sięgnąć, zwykle będące grząskimi i zgubnymi dla wędrowców sadzawami. Kamienne krzyże zaś ~ najczęściej pokutne ~, jakie to poutykane były przy zarówno ważniejszych, jak i nic nie znaczących gościńcach lub ~ jak i święte kapliczki ~ na rozdrożach, świadczyły jasno o ludzkiej niegodziwości i występku względem bliźniego. Jednak nie tylko one, bo świadczyły o tym też inne przydrożne oznaki wymiaru sprawiedliwości, równie częste co krzyże i kapliczki, choć bardziej drastyczne i znacznie częstsze przy większych miastach, a były nimi gnijące trupy wisielców, zwykle wieszanych na co solidniejszych gałęziach drzew, choć czasem ciała niegodziwców obwieszano na słupach, najczęściej zbitych w kształt symbolicznej szubienicy. Jeśli jednak mowa o samych gościńcach, to wśród podróżnych, pozostawiały one wiele do życzenia, wszak w pobliży większych siedzib ludzkich, zwykle utwardzane były one gruzem lub też łupkiem, jednak poza nimi ~ zwłaszcza o dość psiej pogodzie czy podczas roztopów ~ szybko zamieniały się one w jedno wielkie bagno, którym to niestety, chciał czy nie chciał trzeba było się przeprawić.

Aleksandrowi jednak nie atrakcje i wygody były w głowie, wszak, czując odpowiedzialność za resztę swych towarzyszy broni oraz za powierzoną mu z samej góry misję, a co za tym idzie również dobro swych ~ uzależnionych od jej powodzenia ~ bliskich, mimo oczywistego zmęczenia zdawał się być w niezmiennej gotowości na wszystko, co przynieść może ślepy los. Ciągle zachowywał on baczenie, zwłaszcza na otaczające ich lasy, choć spod wszech okrywającego go odzienia, jak i kolczej kurtyny przysłaniającej większą część jego oblicza, trudno było wszystko to dojrzeć. Trudno było też postronnym zobaczyć, co też miał on na swym podorędziu, ponieważ długi płaszcz skutecznie przysłaniał i to, pozostawiając wyobraźni ciekawskich jedynie niejasne kształty, pociągłe zarysy czy choćby kanciaste wypukłości, zapewne malujące w ich głowach Bóg jeden wie co. Tymczasem, miał on przy swym pasie dość masywny niemiecki grossmesser ~ czy też kriegsmesserem ~ o lekko zgiętej w łuk klindze, na jej tylcu zaś rozciągała się zadziorna piła, której to ząbkowanie poczynało się tuż za dość prostym krzyżowym jelcem, kończyło się zaś przed nyżkiem o szablo podobnym sztychu. Oręż ten dostał się Aleksandrowi po jego ojcu Henryku, który to wiele dekad wstecz otrzymał go po własnym ojcu ~ wspomnianym już Ludwiku ~, ten zaś przejął go po własnym ojcu, Gerhardzie, ten zaś po swoim, o którym to dokładna pamięć zaginęła gdzieś w pomrokach dziejów. Zatem broń ta, była swemu ostatniemu posiadaczowi niezwykle cenna, wszak i o długiej historii rodowej, ale nie tylko, bo też o długiej historii wypraw krzyżowych jego jeszcze dalszych przodków, tak do Ziemi Świętej, jak i do miejscami pogańskich jeszcze ziemie nadbałtyckie, Nadto miecz ten miał swój udział w wojnach husyckich, gdy to ojciec Gerharda, Konrad, jak i on sam ~ choć był jeszcze smarkatym młokosem ~, walczył na terenie Łużyc Górnych pod Görlitz, Bautzen oraz Zitta, gdzie to rajzy husyckich hord bezlitośnie łupiły miasta i wsie, wszystko też niszcząc, a i mordując każdego, kto tylko się nawinął. 

 

Krótko mówiąc, broń ta miała niejedno winne i niewinne życie na sumieniu. Tak więc, by podtrzymać rodzinną tradycję, Aleksander nie zmienił nadanego owemu orężu ~ przez swego dziadka ~ mienia, przez co nadal zwany był „Ludwigs Zahn” (Kieł Ludwika), choć wcześniej, za starego Gerharda, messer ten nosił się pod mianem „Feuersturm” (Burza Ognia). Niestety, co do tegoż przydomku, można się jedynie domyślać jego prawdziwej genezy, jednak geneza drugiego była w rodzinie Huberów dobrze znana, otóż ima się ona faktu takiego, iż w okładzinie jego dębowej rękojmi ~ niby święta relikwia ~ tkwił, osadzony tam ząb samego Ludwika Hubera, podobno utracony pod Ostrizt, podczas jednej z bitew przeciwko wspomnianym Husytom. Zatem miał się Aleksander, czym bronić, jednak omawiany messer nie wisiał u jego pasa samotnie, bo tuż obok niego, dyndał znacznie piękniej zdobiony w mosiądzu ~ zdobyty, w którymś z boju ~ turecki puginał, na którego to iglastą smukłości, ale i ostrość wielką, aż bolało od samego tylko patrzenia. Naturalnie puginał ów nie był tam przypadkiem, wszak ten rodzaj spiczastego sztyletu perfekcyjnie dopełniał sobą masywne mieczysko, nadając się wręcz idealnie do przeciskania między szczelinami pancerzy, jak i pomiędzy ciasnymi oczkami kolczug, a zwłaszcza do prześlizgiwania się przez najmniejsze nawet otwory hełmów, skrytych za żelazną barierą ich przyłbic wrogów. Gdyby jednak sprawy miały się poważniej, a przeciwnika trzeba by przetrzebić przed samym zwarciem, miał Aleksander na okazję takową i wypadek wszelki, upchane w przewieszonym przez siodło bandolecie, dwa gotowe do wypalenia i bogato grawerowane w srebrzyste kwiecie skałkowe puffery. Przy jego jukach z kolei, wyrastał nie mniej gotowy do boju ~ szczelnie skryty w skórzanym pokrowcu ~ skałkowy muszkiet, który, jak i messer, nie tkwił tam w samopas, a w towarzystwie bliskowschodniego łuku, o kilku przytroczonych doń strzałach. Ogółem mówią, wśród grup najemnych, nie tylko, takich jak niewielka kompania Duxa, ale i zbieranin o wiele znaczniejszych, niż, choćby Lancknechci, Trabanci, Hajducy czy Biała Kompania, a nawet nieco późniejsi Lisowczycy czy też Brać Pancerna, panował stan rzeczy, w którym to dowolność ubioru, oporządzenia oraz obyczajów, w istocie było niemalże normą, gdyż owe zbrojne grupy nie były regularnym wojskiem i nie musieli trzymać się okrojonej armijnej sztampy.

 

Tak więc, zależnie od własnego widzenia, a przede wszystkim od stanu majątkowego, najemni nosili się tak, jak chcieli, a i zachowywali się wedle własnej natury, jeśli oczywiście natura ta ~ ale i moda ~ zbytnio nie kolidowała z ogólnie przyjętym prawem danego miejsca oraz obyczajem samej grupy. Z kolei kondotierzy, choćby tacy jak Aleksander, którzy to z racji rycerskiego statusu dowodzili swą najemną brygadą awanturników, w zasadzie mogli płatnie najmować się gdzie tylko chcieli, czy to u osób prywatnych, jak choćby bogatsi kupcy, ewentualnie chcący odbyć dalszą podróż szlachcice i magnaci, czy dla urzędów pokroju starostów i większych lub mniejszych władców ziemskich, a nawet dla własnego i obcego wojsko ~ jeśli oczywiście takowe podobnych ludzi akurat do czegoś potrzebowało. Można zatem śmiało stwierdzić, że kompanie najemne były jednostkami swego rodzaju lądowych korsarzy, muszących jedynie uważać, aby przypadkowo nie porwać się na przysłowiową jednostkę sojusznika.

 

W przypadku oddziały Aleksandra oznaczało to dość szeroki wachlarz możliwości by popaść w niełaskę, wszak mowa tu o jednostkach polskich, włoskich, niemieckich, szwabskich, czeskich, a przede wszystkim austriackich, których to pod żadnym pozorem nie można było mu atakować, najbezpieczniej było zatem mu bić wszelkiego pokroju rzezimieszków, jak przydrożni rabusie, rekieterzy czy przykładowo dezerterzy i renegaci. 

 

• • •

 

„Jeśli zaś chodzi o bliższy opis podległych Aleksandrowi kamratów, to z racji na rozmiar tegoż opisu, pozwoliłem sobie oddzielić go osobnym rozdziałem, rozdziałem II, przeznaczonym dla osób chętnych. Choć, by lepiej poznać resztę tej barwnej, a i mającej za uszami, kompanii, nie tylko w kwestii ich uzbrojenia, ale też ich historii, motywacji i ogólnego zarysu, gorąco zalecam zaznajomienie się również i z tym etapem”.

 

• • •

 

Wróćmy do dalszej przeprawy naszych bohaterów. Ci zaś zgnębieni i przewrażliwieni zbyt długim już, bo blisko dwutygodniowym przebywaniem ze sobą ~ do tego prześladowani ciągłą niepogodą, zimnem i dokuczliwym wiatrem ~, na dokładkę też męczeni wiecznym narzekaniem na wszystko i wszystkich, w wykonaniu niejakiego Markusa Müllera, ciągle też nastającego na będącego drugim w kompanijnej hierarchii Sambora Bolestą, przez co też, co było w niesmak samemu Aleksandrowi, kompania zmuszana była do zbyt częstych postojów, a to w napotkanych zajazdach, a to z braku laku gdzieś w dziczy, przez co też ich parcie naprzód trwało tyle, ile trwało ~ dłużąc się niemalże w nieskończoność.

Jednak mimo wszystkich tych trudów i niesnasek, jak i im przewodzący, niezmiennie, byli oni gotowi do walki i nagłego nawet zrywu na ewentualnego wroga, co niemal bardziej, niż prawdopodobnie, mogło im się przydarzyć, zwłaszcza podczas tak dalekiej drogi, która to poza wspomnianymi mankamentami, miała jeszcze dwa inne, sprawiające, że wędrówka ich stawała się znacznie bardziej niebezpieczna, a i dłużyła się jeszcze dotkliwiej. Otóż pierwszy z minusów był taki, iż przed wyruszeniem z Austrii do względnie nieodległego Dolnego Śląska (z niemiecka zwanego Niederschlesien) ich trasa została nieoczekiwanie zmieniona. Przyczyną tego był nałożony na nich cesarski zakaz przejazdu przez Królestwo Czech, przez które rzecz jasna wędrówka ich byłaby znacznie krótsza, jednak, po obraniu przez Habsburgów władzy nad Czechami, a i po przeniesieniu swej siedzimy przez cesarza Rudolfa II z Wiednia do Pragi, jak i napoczęciu ogólnego terroru i wyzysku, ichnia szlachta, a i sama czeska ludność ~ w skromnych wręcz słowach ~ nie do końca przekonana była co do obcych władz austriackich, zatem wedle słusznego zamysłu cesarza, mogłoby to niepotrzebnie zagrażać jego prywacie. Tak więc, by tego uniknąć, wytyczona została Aleksandrowi całkiem inna droga, która to ciągnęła się dosłownie wzdłuż zachodniej granicy czeskiej, na niekorzyść samego kondotiera oraz jego towarzyszy, stając się ich udręką. Nadto, do tych niezapowiedzianych zmian dokooptowano do ich misji, zadanie dodatkowe, otóż po przebyciu Bawarii oraz części Szwabii, wkroczywszy już na ziemie niemieckie, na sam pierw zmuszeni byli konwojować cesarskiego brata Maksymiliana III Deutschmeistra traktem Via Imperia (Drogą Imperialną) aż do Nürnberg (Norymbergi). 

 

Dopiero stamtąd, w celu pełnienia powierzonej im przez cesarza powinności, udać się mieli do Leipzig (Lipska) gdzie to wspomniana nic Via Imperia krzyżuje się z nicią Via Regia (Drogą Królewską), by gościńcem tym podążyć na wschód przez Dresden (Drezno) i tamtejszą rzekę Elba (Łabe), jak i niezliczoną liczbę pomniejszysz rzeczułek aż do Görlitz (Zgorzelca), który to był i jest odwiecznym punktem granicznym między Niemcami a Śląskiem ~ by jednak być dokładnym, to między Niemcami a Śląskiem Dolnym. Przekroczywszy ową grań, przeć im było dalej traktem na Frideberg (Wałbrzych) skąd zboczyć mieli na wschód, w kierunku głównego ich celu, jakim to było Bolken (Bolków) oraz tamtejsza twierdza Bolkoburg. Drugim z kolei minusem, który miał nastręczać Aleksandrowi problemów i obaw podczas przeprawy, było wzmagające się bezhołowie i ogólna przestępczość na ówczesnych traktach, a nawet dość powszechne ataki dzikich zwierząt, jak choćby wilcze watahy, które to zwykły atakować ludzi właśnie zimową porą. Jednak, pomijając sporadycznie podchodzące pod ich obozowiska ciekawskie sarny i dziki, aż do samych ziem śląskich, niemal pewnie wróżony im napad, czy to ze strony dzikiej fauny, czy ze strony zbójców, ani razu nawet nie nastąpił. Co też, na niemal obleganych przez łupieżcze zastępy drogach i bezdrożach, w istocie jawiło się istnym cudem, a tym bardziej takowym się zdawało, wszak w tamtym czasie na ziemiach całego Śląska od wszelkiej maści grasantów i pospolitych morderców roiło się jak od psów, a zwłaszcza problem ten występował przy rzecznych przeprawach i w odludnych lasach ~ tak więc na gościńcu, po którym przyszło im się poruszali, należało mieć się na baczności znacznie bardziej, niż na ziemiach niemieckich czy austriackich, bo i skupiały się tam najważniejsze trakty kupieckim z całej Europy. Między innymi, wspomniany już trakt Via Regia ciągnący się od samego Paryża aż po Moskwę i Kijów, który to łączył się pod Breslaw (Wrocławiem) z traktem równie potężnym, niejakim Via Amber (słowiańskim Bursztynowym Szlakiem), który z kolei wiódł z dalekiego Rzymu przez Królestwo Czech po Śląsk i dalej na Rzeczpospolitą aż do wybrzeża Bałtyku, aby stamtąd wić się za odległy Petersburg, daleko na wiecznie skutą lodem północ. Szlak ten zaś, zaraz po Via Sericaria (bliskowschodnim Szlaku Jedwabnym) był największą handlową arterią ówczesnej Europy. Nie dziwi zatem fakt tego, że gościniec przezeń uczęszczany ~ nie mniej kluczowy od wrocławskiego ~ obstawiony był przez wszelkiej liczbę gwałtowników, co to na cudze dobra byli cięci, a które to dobra z kraju do kraju bądź z miasta do miasta ~ zwłaszcza kupieckie tabory ~ ciągle i systematycznie przewoziły. 

Naturalnie, kupcy ci doskonale zdawali sobie sprawę z zagrożenia, to też, o ile tylko któregoś stać było na aż tak wielki luksus, starali się zabezpieczać swe dobra tak jak tylko mógł, głównie, najmując do ich ochrony odpowiednich ludzi, dosłownie takich, jakimi to byli członkowie kompanii Duxa. On sam zaś, choć zapewne chętnie pod takową ochronę, by się najął, wszak lukratywne było to zajęcie, to jednak najwyższym rozkazem cesarza był on zobowiązany, za obietnicą uchylenia ciążących na nim oraz na ojcu jego zarzutów, poniekąd też za kwotę niemałą, co miało być jedynie przykrywką, tak zwanym oficjalnym powodem jego przystąpienia do tejże misji, której to szczegóły pod groźbą śmierci znać mogli jedynie nieliczni. Jakby jednak nie było, to kompania Duxa, od momentu wyruszenia aż po zbliżający się koniec ich eskapady, również na ziemiach śląskich nie napotkała na swej drodze najmniejszych nawet problemów ~ z tych już wymienionych. 

 

Możliwe zatem, że w oczach zwykłych rabusiów, kawalkada ich mienić się mogła zbyt dużym ryzykiem, które to koniec końców mogłoby okazać się dlań nazbyt nieopłacalnym interesem, jeśli nie tragiczną wręcz pomyłką, zakładając oczywiście, że głupia i jakże pewna śmierć na grząskiej, zafajdanej końskim łajnem drodze, jakkolwiek i komukolwiek mogłaby wyjść na dobre. Prawdopodobnie, to właśnie dlatego ich doborowy odział, snując się po południowo-zachodnich ziemiach Dolnego Śląska, niejednokrotnie też gubiąc drogę, mógł poruszać się po niej nie niepokojony już przez prawie dwie doby, gdzie wśród wszystkich tych niebezpieczeństw ~ wprawdzie wolno, bo wolno ~ postępowali do przodu. Przy czym, mimo wszelkich przestróg, jakimi to zarzucono ich na początku podróży, co bitniejsi z nich szałapuci, tudzież prawdziwe gorączki, jak choćby austriacki kanonier Wiktor Zass lub ~ napomknięty już ~ strzelec wyborowy Markus Müller, a i były kawalerzysta husarski Sambor Bolesta, chęci ku walce mieli gorące, niemniej gorące były też ich liczenia na spore łupy.

Tak też, mimo odmiennego widzenia ich kondotiera, ci pełni byli nadziej na to, że któryś z kryjących się w gąszczu huncwotów, zapewne plebejskich zbiegów z pańszczyzny lub pospolitych dezerterów, a może nawet zbuntowanych szlachciców na infamii, pokusi się ~ naturalnie wraz ze swą czeredą ~, by zaryzykować własną skórę i przypuścić nań choćby jeden nawet atak. Niestety, ku ich niezadowoleniu, dosłownie, jakby za sprawą rzuconego na nich ochronnego czaru, czy klątwy nawet, nic takiego dziać się nie chciało, chociaż w oddali zbyt często rozchodziły się dobiegające ich uszu odgłosy łamanych gałęzi, które to ~, zwłaszcza nocami ~ wokół ich naprędce rozbijanych obozowisk, wyraźnie bywały słyszalne. Doskonale zdawał sobie sprawę z obecności skrytego wroga każdy w kompanii, a i z tego, że odkąd tylko przestąpili oni grań Niemiec ze Śląskiem, najprawdopodobniej już od wtedy byli przez kogoś bacznie obserwowani. Nie wiadomo im było tylko przez kogo dokładnie i czy działo się to w ramach chęci napaści na nich, czy może jedynie z przymusu obserwacji dla samej obserwacji? 

 

Koniec
Nowa Fantastyka