- Opowiadanie: P.P.Elit - Dux: Orbis interior - II - Panowie Bracia

Dux: Orbis interior - II - Panowie Bracia

Oceny

Dux: Orbis interior - II - Panowie Bracia

 

Konfratrzy Aleksandra ~ jak i on sam ~ nie tylko doświadczeni byli w przydrożnych burdach i sporadycznych potyczkach na gościńcu, ale przede wszystkim w wojennym rzemiośle. Część z nich wiele w takowym już wycierpiała, gdzie to niemal dwie dekady wstecz, będąc najemnymi w szeregach Świętej Ligi, przyszło im uczestniczyć w największej i najkrwawszej z bitew morskich w dziejach, w bitwie pod greckim Lepanto. Tam to właśnie, pośród wrzasków i wszechobecnej śmierci, umknęli oni ponuremu losowi, wszak mimo sromotnej wygranej Ligi nad Osmanami, z ledwością z potyczki tej z życiem uszli, odnosząc przy tym ciężkie rany, niezbywalnie widoczne na ich mniej lub bardziej pokancerowanych ciałach ~ chociaż, przynajmniej w niektórych przypadkach, od ran fizycznych, bardziej dotkliwymi okazały się być urazów odniesionych na duszy.

Rzecz jasna, w wojennej zawierusze trudno uniknąć obu rodzajów uszczerbku, tak trawiącego ciało, jak i umysł, co zasadniczo niewiele wyróżniało ich od innych im podobnych, często nawet bardziej pokrzywdzonych wojów, których to życiową drogą było nagminne pakowanie się w zacięte bitwy czy też osobiste utarczki. Krótko mówiąc, w gromadzie tej, co na kompanie Duxa się składała, tak on sam, a i każdy jej członek, tworzyli sobą dość oryginalną, a nawet ~ by nie powiedzieć barwną ~ oportunistyczną zbieraninę, która to z niejednego już pieca chleb jadła, mając też za swymi uszami mniejsze i większe grzeszki. Zatem, począwszy od kamratów, którzy rycerzami byli, lecz we wspomnianej bitwie udziału nie brali, zacząć należy od nieco już poznanego, najstarszego z całej kawalkady i będącego też prawą ręką ~ czy jak kto woli plenipotentem ~ jej kondotiera, pięćdziesięciotrzyletniego już woja Sambora Bolesty, który, jak również powierzchownie wiadomo, był dawniej kawalerzystą husarskim oraz pasowanym z nadania rycerzem. Pomówmy jednak o jego oporządzeniu. Tak więc pod względem tym, skryty był on pod rajtarskim pancerzem płytowym, z doczepionymi doń wychodzącymi z pasa rozdzielnymi taszkami z bitej blachy, ponadto posiadał też przewieszone w poprzek ~ ot tak dla ozdoby ~ piękne, choć nieco już podniszczone, cętkowane futro egzotycznego kota, jakie to w jego dawnej chorągwi, tak właśnie zwykło się nosić. Z kolei kark oraz szyję, chronił mu żelazny i wysoki, aż po same uszy żelazny kołnierz, jego zaś posiwiałą i przerzedzoną czuprynę, skrywała gruba futrzana czapa ~ zwana kołpakiem ~ koniecznie z parką bystro sterczących na czole ptasich piórek, mocowanych solidną spiżową broszą. Również, nabite mięśniami i dość żylaste ramiona owego wiarusa, osłonięte były blachą, tak samo, jak i jego uda, jedynie piszczele miał on odkryte, ponieważ nagolenniki, które zwykł niegdyś posiadać, przegrał minionego lata w glückshaus. Poza tym, jak i Aleksander, Bolesta miał przy sobie załadowany i dobrze uszczelniony arkebuz o zamku kołowym, przy czym towarzyszył mu też ~ można powiedzieć, że od zawsze ~ często bez powodu podrywany i niemal zrośnięty z nim kilidż, nie inaczej, jak mocno ugięta tuż przed nyżkiem mamelucki sejmitar, wiecznie chętna, by upuścić komuś krwi, a która to z powodów oczywistych zwana była przezeń „Martwym Turkiem”. 

 

To jednak nie wszystko, ponieważ Sambor Bolesta, był również w posiadaniu bojowego gniadosza, którego czule zwał on „Kapitanem”, przy którym to ~ prócz tarczy ~ przytroczona była broń iście mordercza, a była nią masywna skałkowa rusznica, nie bez powodu zwaną przezeń „Okrutnicą”. Otóż był ku temu solidny powód, wszak z racji mocy tejże broni, a i usunięcia sporej części jej lufy, drastycznie wzrósł generowany przez nią odrzut, zatem jeśli nie miało się w ręku odpowiedniej krzepy, czy też wymaganego obycia, wówczas to lepiej było z nią nie folgować, gdyż owa ręczna armatka łatwo mogła pozbawić niewłaściwego użytkownika nie tylko prostego nosa, a i uzębienia ~ jeśli oczywiście takowy pechowiec wcześniej je posiadał, co przecież nie zawsze musiało mieć miejsce. Zwięźle mówiąc, nikt w kompanii poza ~ zaprawionym w licznych bojach i silnym jak tura ~ Bolestą, nie śmiał się jej tykać. Co prawda nie był on najsilniejszy spośród swych kamratów, ale na pewno był jedyny, który z powodzeniem i bez leku jej używał, chwaląc sobie morderczą skuteczność tej broni, wszak ta czasem biła kulą na masową skalę, w najlepszym razie, kładąc do trzech wrogów zarazem, co, jak na tamte czasy, było jej najlepszym wynikiem. Oczywiście, stać się tak mogło tylko wtedy, gdy wianuszek wrogów, wielce feralnie dla siebie samych, ustawi się pod lufą jeden za drugim ~ co nielicznie, ale się zdarzało, a na co też ów stary wojak przy każdym nowym boju liczył. Pomijając jednak siłę Sambora Bolesty, a i zważając na jego słuszny już wiek, jaki to plasował się w przedziale gravitas oraz na jego oczywiste życiowe doświadczenie, to miał on ~ nie licząc jednego osobnika ~ powszechny posłuch u większości kompanijnej braci, gdzie to zwykł im ojcować i prawił morały, co też nie było Aleksandrowi bez znaczenia, kiedy ten czynił go swym podhersztem. Mimo jednak wszystkich swych niezbitych walorów, z racji dość starczej prezencji ~ wyraźnie odbitej na jego umęczonej wojaczką oraz czasem twarzy ~, przy prawie o połowę młodszych odeń kamratach wypadał on dość staro, budząc pod tym względem, głównie wśród osób postronnych, a i lekkomyślnych, dość mieszane opinie. I nie bez powodu wspomniana została tu lekkomyślność, gdyż wielce błędnym było to założeniem, czego niejeden cwany chłystek o takim właśnie przekonaniu zdołał surowo pożałować ~ często i w efekcie czego ~, szukając swego uzębienia po zalanej juchą brudnej polepie przypadkowej karczmy lub zajazdu, w której podczas licznych już eskapad przychodziło im nocować.

Dodać należ, że Bolesta, będąc jeszcze w wieku swych konfratrów ~ gdy tych w większości nie było jeszcze na świecie, a może nawet i w zamiarach ~, w czasach chwilowego pokoju w Rzeczypospolitej, był też skutecznym łowcą Infamisów, czym parał się w najem u rozmaitych starostów, gdzie po większości działał na terenach Mazowsza oraz Małopolski, formalnie jednak, należąc do oddziałów wielkiego króla Rzeczpospolitej, pierwej u Stefana Batorego, później zaś pod Zygmuntem III Wazą. Z kolei najbliższy jego druhem w oddziale, był niejaki Leon Sulima vel Dżuma, który to, jak i Aleksander, człekiem był ni to specjalnie mocarnym, ni specjalnie lichym, nieco też będącym przy kości, również należącym niegdyś do potężnej braci husarskiej, skąd też blisko mu było do Sambora Bolesty, by o każdej wolnej chwili spić się z nim na umór. Co się zaś tyczy ich znajomości, to poczęła się ona w kwietniu 1577 roku, gdy to Sulima życie Boleście w boju poratował, kiedy ramie w ramie ~ pod przewodem hetmana Jana Zborowskiego, a i na rozkaz samego króla Stefana Batorego ~ przyszło im przeciw autonomii niechętnych królowi gdańszczan, występować. 

 

Ostatecznie jednak Bolesta pożegnał się ze swoją formacją, a powodem tego była nie tyle racja jego wieku, ile nadmierne problemy alkoholowe oraz zaniedbania z tym związane. W prostych słowach, został on zwolniony ze służby, jednak z zachowaniem przy tym wszelkich tytułów, których mimo powodów jego wycofania, nijak nie można było mu odmówić. Wówczas ~ w tym rozstaniu ~ przyłączył się do niego Sulima, po czy obaj wyruszyli na Inflanty, w celu pochwycenia ukrywającego się tam bliżej nieznanego renegata ~ nie inaczej, jak wspierającego Szwedów zdrajcy. Niestety dla nich, trop ten ostatecznie okazał się być chybiony, oni sami zaś, idąc jedynie w ogromne koszty, zmuszeni byli wracać do ojczyzny z niczym. Jednak tak się wówczas niesłychanie złożyło, co też szczęściem w nieszczęściu ich było, że ~ snując się po Inflantach ~ gdzieś pod tamtejszym Durben napotkali się oni z walczącym o życie Aleksandrem, na którego to zaraz po opuszczeniu wspomnianego miasta, nastała dość liczna grupa miejscowych gwałtowników, którzy to, po dość zażartej walce, zostali przez ich trójce rozbici w perzynę. Oczywiści, również i Leon Sulima pożegnał się ze swoją formacją, jednak w przeciwieństwie do Sambora Bolesty, jego przypadek był znacznie bardziej burzliwy i znacznie mniej pomyślny, gdyż z racji nadmiernego oraz regularnego upijania się, zaczął on coraz bardziej gnuśniej oraz zbytnie lubować się w hazardzie i ladacznicach, jednocześnie też sprowadzać na tę drogę resztę oddziału. Nijak nie przystawało to rycerzowi tak znamienitej formacji, a i zastępcy porucznika chorągwi w szarży namiestnika, którym to Sulima niegdyś był, a z której to szarży z początku zdegradowano go do niższego stopnia, głównie za liczne pijackie występki, jak sprzeczki i groźby wobec przełożonych. Przykrym tego rezultatem były poważne bijatyki, od których to ~ w bardzo szybkim tempie ~ poczęły narastać zbyt poważne rysy na jego własnej reputacji. Jednak szala goryczy przelała się wtedy, gdy będąc na nie małym rauszu Sulima pobił porucznika husarskiej roty, co wedle zeznań świadków i samego poszkodowanego, miało być upustem złości za pozbycie się z szeregów Sambora Bolesty. Za czyn ten, tylko cudem uniknął on długiej niewoli, głównie ze względu na swą wcześniejszą tudzież oddaną królowi służbę bez zarzutów, jednak kara być musiała, przez co pozbawiono go wszelkich tytułów i na stałe osunięto z braci husarskiej. Sulima jednak nie przejął się tym zbytnio, bowiem szybko odnalazł się w nowej sytuacji, co też bardzo ułatwiała mu pojmowanie kilku obcych języków, przykładowo perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, którego poznanie było mu o tyle łatwe, iż pochodził z Gdańska, gdzie to za młodu wychowywał się wśród niemieckich rówieśników. Ponadto władał on też językiem litewskim, co zawdzięczał pochodzącemu stamtąd ojcu, a i równie biegle znał on mowę Moskali, której nauczył się będąc jeszcze czynnym husarzem, gdzie dzięki swym poliglotycznym talentom mógł udzielać się przy nadarzonych tłumaczeniach, zwłaszcza podczas przesłuchań pojmanych wrogów bądź odczytach tajnych rozkazów ~ często skrytych w prywatnej korespondencji i raptularzach jeńców czy zabitych. To właśnie te umiejętności, pozwoliły mu płynnie przejść ~ na życiowym zakręcie ~ ze stanu żołnierskiego na status najemnika oraz wolnego łowcy głów, na co też namówił on Bolestę, argumentując to tym, że właśnie dzięki jego talentom będą oni mogli rozszerzyć swą pościgową działalność daleko poza granice Rzeczpospolitej, co też przyniesie im niezmierzone krocie.

 

Dla samego Bolesty z kolei, który jednak długo nie dawał się na to namawiać, ostatecznie, natrętny kompan okazał się być językowym pośrednikiem i ulgą na obczyźnie, co w pewnej mierze podobnie miało się w przypadku Aleksandra, który to zawsze cenił sobie Sulimę za jego ~ co by nie mówić ~ rzadko spotykaną biegłość. Mimo wszystko, zwłaszcza na tamte czasy, samemu Sulimie potrzebny był mocny towarzysz broni, może nawet bardziej, niż on sam potrzebny był jemu. Trudno to było rozsądzić. Jednak faktem jest taki, że gniotło to Sulimę, iż kompanię najemną zawiązać mógł jedynie pasowany i czynny rycerz, podczas gdy on sam w pełni pasowany nie był, a i za czyn karygodny tytuł rycerza niepasowanego postradał, zatem niezbędny był mu odpowiedni kompan, nie, kto inny jak Sambor Bolesta ~ w zasadzie to tytuł nie został mu odebrany na stałe, bo miał on jeszcze szanse na jego odzyskanie, lecz jedynie w przypadku wojny totalnej, która to zagrażałaby całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdzie, to odznaczając się znacznie miałby możność powrotu do dawnych łask króla Zygmunta. Rzecz jasna, żywienie ku temu nadziei, było pod wielkim znakiem zapytania, chociaż wszystko mogło się zdarzyć, bo i wojna przeciw Turkowi, Szwedowi, Moskalowi, Kozakowi, a nawet Tatarowi, rozgorzeć mogła w każdej chwili. Tymczasem, czterdziestoletnim Sulima, niedługo po jatce na Inflantach, zawiązał ~ wraz ze swym starszym druhem ~ kontrakt najemny pod Aleksandrem i jak działo się to w przypadku namówienia Bolesty na połów Infamisów, również i w tym przypadku, to właśnie on namówił Aleksandra na założenie kompanii najemnej, którą tak po prawdzie ten już kiedyś powołał, a i od czasu jakiegoś nosił się z zamiarem jej ponowienie, zatem świetnie im się złożyło. Tak więc Leon Sulima vel Dżuma, przynależny do gołoty szlacheckiej zaciężny, dość wesoły i przyjazny jegomość, jednak kiedy trzeba człowiek groźny i zaskakująco wprawny w zabijaniu, będąc już od kilku lat pełnoprawnym członkiem kompanii Duxa, nosił się z bliźniaczą podobnym pancerzem do tego, jaki posiadał Bolesty, bo w tym samym czasie i na podobnym wrogu pozyskanym, jedynie nie aż tak kompletnym, gdyż nie posiadał on doczepianego doń pancernego fartucha oraz kołnierza, choć element ostatni zastępował mu srebrzysty ryngraf z pięknie wygrawerowaną nań podobizną Matki Boskiej Ostrobramskiej, który to święcony był w samej Częstochowie, na tamtejszej Jasnej Górze. Pod pancerzem z oklei, zalegał mu solidny gambeson ~ również dawno temu zdobyty gdzieś na wschodzie ~, podczas gdy reszta jego kompanów, chroniona była pod pancerzami zaledwie lekkimi dubletami i zmarniałymi już kolczugami. Na głowie zaś, zamiast filcowej czapy z fikuśnym ptasim piórkiem ~ z którą to zwykł obnosić się i nigdy nie rozstawać Bolesta ~ miał on pamiątkowy, ale i dość już sfatygowany husarski szyszak, o nieco ugiętym od bitewnych zmagań nosku, formowanym w niemalże przyłbice na kształt kotwy, czy też liścia, co tworzyć miało niewielkie, lecz dobrze chroniące twarz omaskowanie. Posiadał on też przednią klacz, która to była mieszanką persa z klaczą tarpana, dość mocną i wierną mu siwkę, która to zwał on Sarę, o jaką to z racji na jej wartość bojową, ale i sentymentalną, dbał on pilnie, przez co, tak jak i jego poprzednicy, dosiadał on jej tylko w najwyższej potrzebie, głównie podczas znaczniejszych potyczek ~ starając się też, aby zbędnie nie obciążać jej tobołami, zwłaszcza podczas dłuższych przepraw, wszak prócz całej reszty, miewała ona urazy ścięgien i zapalenia pęcin, co też działo się niezmiernie rzadko, ale jednak.  

 

Sulima jako zajadły i oddany patriota, choć nie należał już do braci husarskiej, to jednak w dowód swego oddania ~ po części też z sentymentu ~ zatknął on na tylnym łęku swej kulbaki kij na ponad dwa łokcie, opatrzony przypadkowymi piórami, na które to podczas licznych już wojaży udało mu się natrafić. Taką też honorową ozdóbkę, uszykował on swemu życiowemu kamratowi, tym, jednak razem w całości uwitą z czarnych wron, jakie to fartownie udało mu się wypatrzyć, by przy pomocy swej kuszy skutecznie pozbawić żywota. I choć początkowo, Bolesta nie bardzo był co do tego daru przekonany, to jednak ostatecznie zgodził się go przyjąć i zatknięć na swym siodle. On sam nigdy tego nie mówił, ale prawda było i dało się to od razu dojrzeć, iż mimo początkowego nieprzekonania łopoczące podczas jazdy ~ zwłaszcza szybkiej ~ skrzydło, wracało mu pamięć o dawnych czasach, kiedy to w swym, niezmierzonym, bojowym szale, zwykł on pędzić na czele chorągwi, gdzie to z uśmiechem na ustach smagał wroga na prawo i lewo. A pamiętne były mu to chwilę, kiedy za ojczyznę, tak Niemca nadziakiem przez czerep trzasnął, jak i Turczyna po grzbiet szabla przeorał, albo nawet i Moskala na koncerz zatknąć. Wszystkiego tego brakowało Boleście, jak brakowało mu wroga na kopii, który to konałby na niej wystarczająco długo, by pożałować tego, na czyją ziemię się porwał ~ ponad wszelką miarę niepowtarzalne były mu to chwile.

Wróciwszy jednak do Leona Sulimy, to prócz posiadania na swym podorędziu oczywistego muszkietu, wspomagał się on też zdobyczną bliskowschodnią szablą, tak zwanym yelmanem ~ a właściwie jego klingą ~ z wręcz chałupniczo dostawioną rękojeścią po swej dawnej węgierce, nieszczęśliwie rozbitej w ostatnim boju, jaki dane było mu odbyć pod Gdańskiem. W wyniku tego wspomniany yelman, z gorzkiej pamiątki po najtrudniejszym w jego życiu pojedynku ~ dawno temu odbytym z moskiewskim oficerem, który to skóry swej tanio nie chciał oddać, zostawiając mu na odchodne idącą przez cały prawy policzek głęboką szramę, ponadto, pozbawiwszy lewego ucha oraz dwóch palców lewej dłoni, licząc od najmniejszego ~ stała się zbitkiem dwóch odmiennych szabel, choć nie aż tak różnych. Prócz broni tej, którą Sulima nazwał „Motanką”, Sulima wspomagany była uformowanym w niby szpikulec sztyletem, znanym jako rondel ~ rzecz jasna, również był on cudzy, bo zasadniczo, jak i większość tego, co niemal każdy z kompania posiadał, tak i ów rondel niegdyś wyrwany zostaw z martwych dłoni położonego wroga.

Prócz wymienionego oręża, lubował się on w będącej już znacznym przeżytkiem broni miotającej, nadmienionej już kuszy, jeśli oczywiście porównywać ją z plującymi ołowiem znacznie potężniejszymi pistoletami, muszkietem czy rusznicami. A kusza ta, z racji na powodowane po wystrzale odgłos, nosiła miano „Świstka” i była najważniejszym oczkiem w głowie swego posiadacza, o którą to dbał on, jak o kochankę, a tym samym bardziej, niż o jakąkolwiek inną część swego oporządzenia. Ta zaś, za całą wkładaną przezeń troskę, zdawała się po stokroć odwzajemniać, przede wszystkim swą słynną niezawodnością, gdyż wyjątkowo rzadko ulegała ona awarii, całą zaś potęgą swego łuczywa zdolna była ~ przynajmniej na bliższy dystansie ~ przebić solidny czerep, a przy lepszym przyłożeniu nawet i płotową zbroję. Celna też była niemożliwie, bo i bez problemu dawało się nią ustrzelić śpiącego na gałęzi wróbla, jak i zwinnie lawirującą po drzewie wiewiórkę, co dobrze się składało, bo, tak jak niemniej przestarzały już łuk Aleksandra, bardziej niż do uśmiercania wrogów, kusza ta przysłużyła się kompanii przy polowaniu ~ wszak czarny proch oraz ołów, z powodów oczywistych, był na to zbyt cenne.

 

Należy też nadmienić, że Sulima nie bez powodu posiadał na swym podorędziu kuszę, gdyż prócz miłowania się w tejże broni, posiadał on też nie lada umiejętności, potrafiąc uczynić za jej pomocą wiele bardzo skutecznych i efektownych sztuczek, jak przykładowo, trafianie z niemal nieludzką precyzją ~ w zasadzie to z większą częstotliwością niż wynosi przeciętna ~ wyrzucanej w górę czapki, butelki, talerze, a w zasadzie to wszystkiego, co tylko wpaść może w ręce. Przy dobrych wiatrach, potrafił też ustrzelić płynącą w wodzie rybę czy sunącego po niebie ptaka ~ jak, choćby kilka wron, których to piór potrzebował na husarskie skrzydło Bolesty. Ponadto ~ swego czasu ~, uczył on też samego Aleksandra wielu przydatnych umiejętności w kierunku łucznictwa, przy czym to on właśnie przekonał go do łuku, który wielokrotnie sprawdził się w niejednych bojach, gdzie zamiast ryzykować hałasem muszkietu, a i potencjalnie śmiertelną potyczkę, takową sprawę łatwiej, było rozwiązać po cichu, jedną lub dwoma celnymi strzałami.

 

Zaraz po wymienionej trójce ~ Aleksandrze, Sulimie i Boleście ~, czwartym w kompanii był dość potężny austriacki artylerzysta oraz zawodowy rusznikarz pod czterdziestkę, niejaki Karl Viktor Zass, który to jako jedyny z nich, nie miał pociętego ostrzem lica, ale niestety dla niego o wiele poważniejsze bitewne rany. Otóż cała lewa strona jego sękatej twarzy, usiana była licznymi ~ podobnie jak ma się to przy ospie ~ mniejszymi i większymi bliznami, powstałymi jednak nie od choroby, a od drobnych odłamków trafionego kulą armatnią odeskowania statku, pod którego to pokładem przyszło niegdyś Zassowi służyć. Lecz to nie wszystko, bo w wyniku tego feralnego trafienia, odniósł on jeszcze jeden, znacznie, dotkliwszy mu uszczerbek, gdyż bezpowrotnie utracił lewe oko i jedynie cud sprawił, że odzyskał wzrok w oku prawym, ziejący zaś pustką oczodół, by nie wzbudzać niepotrzebnych spojrzeń, ale też i obrzydzenia postronnych, artylerzysta ów skrzętnie ukrywał pod skórzaną przepaską. Jednak to nie jedyne, co czynił on, aby skryć swe kalectwo przed ludźmi, gdyż ~ zwłaszcza będąc w drodze ~ zasłaniał nie tylko swój brak oka, ale i całą lewą stronę porytego bruzdami oblicza, przytykając doń kawałek cienkiej utwardzonej skóry na kształt migdała, która to przywiązana rzemykami do jego głowy wszystko to, z powodu, czego wojak ten odczuwał silny dyskomfort, po większości skrywała ~ choć przecież nie on jedyny okaleczony był od bitew i wojny. Prócz wspomnianego mankamentów, Zass miał w oczach Aleksandra coś, co było mu ważniejsze od jego aparycji, a był to fach nie do przecenienia, wszak o kolubrynach, kartanach, jak i siostrzanych im oraz bratnich bombardach, falkonetach, folgierzach czy serpentynach, wiedział on dosłownie wszystko, nadto rozeznawał się też w czarnym prochu, ładunkach wybuchowych, i wszelkiej ~ jakiej tylko ~ amunicji. W prostych słowach, te siejące powszechnie śmierć i zniszczenie militarne zdobycze ludzkiej kreatywności, nie miały przed nim żadnych większych tajemnic, zupełnie tak, jak żadnych tajemnic mieć nie może karc zmienna dziewka, za najmniejszy podźwięk monet gotowa, by bez słowa się rozdziać i pokładać, czego też on sam w niejednym zajeździe był świadkiem ~ choć częściej działo się tak, jeszcze przed otrzymaniem przezeń bitewnego piętna. Jakby tego było mało, Zass rozeznawał się też, jak nikt inny z kompanii, w jeszcze dość innowacyjnej skałkowej broni palnej, przy czym znacznie więcej wiedział on o jej starszych wersjach, które to w miejscu iskrzącego krzemienia, miały nakręcany zamek kołowy lub też ~ jeszcze bardziej prymitywny ~ zamek lontowy. Podsumowując te kwestie, tak, jak był on mennicą wiedzy w sprawie artylerii, tak też o pistoletach, hakownicach, rusznicach i muszkietach, miał on pojęcie kolosalne, dlatego też to na jego barkach spoczywała konserwacja i wszelkie naprawy kompanijnej broni palnej, z czego też jako oddziałowy rusznikarz sumiennie się wywiązywał.

 

Co się zaś tyczy jego przynależności do oddziału Duxa ~ zasadniczo jej genezy ~, to Viktor Zass przyłączył się do niego na pół roku przed wyprawą na Śląsk, gdy to napotkany został przez niego w którejś z wiedeńskich tawern, gdzie też Aleksander szukał do swej najemnej zbieraniny kogoś, kto posiadałby jak największe pojęciu o broni palnej, oczywiście za możliwą do zaakceptowania zapłatę. W najgorszym zaś wypadku, Aleksander liczył na kogokolwiek, kto, choćby trochę lepiej rozeznawał się w tej właśnie materii, a kto chętny będzie przyłączy się do niego na czas nieokreślony. Jako że Zass nie miał wówczas przed sobą zbyt wielu perspektyw, wszak podzielał on łudząco podobny los do tego, który w karierze wojskowej spotkał Bolestę oraz Sulimę, gdyż został on zdegradowany w szeregach wojsk austriackich do stopnia najniższego, rzekomo za niesubordynację, a przynajmniej tak zwykł on po ludziach rozpowiadać, chociaż wszyscy w tamtejszej armii wiedzieli, że chodziło o coś znacznie poważniejszego. Otóż prawda jest taka, że powodem jego niedoli były sporadycznie przeprowadzane przezeń kradzieże własności cesarskiej, ponieważ jako główny artylerzysta w szarży drugiego oficera ~ w tym też kwatermistrz ~ miał on pełny dostęp do wojskowych składów broni i amunicji, z czego też nie wahał się korzystać dla własnych korzyści, podkradając tamtejsze zasoby, począwszy od niewielkich antałków z prochem, na skrzyniach z amunicją, a nawet drobną broń palną, kończąc. Z kolei łupy te ~ będące bardzo cennym, ale i niesłychanie gorącym towarem ~, mimo koszmarnie wielkiego ryzyka sprzedawał on mniej lub bardziej szemranym nabywcom, skłonnym wyłożyć za nie niemałe kwoty. Jego klientelą zaś, najczęściej bywali wrogowie imperium, ale też pospolici bandyci i rabusie, o czym sam Zass rzekomo miał nie mieć pojęcia, co też było jego linią obrony, gdy już złapano go za rękę. Zatem niemający przed sobą zbyt ciekawej przyszłości, artylerzysta ów, niemal natychmiast dojrzał w propozycji napotkanego kondotiera swą najprawdopodobniej jedyną szansę, przez co po niezbyt długich namowach, a i negocjacjach ~ głównie tyczących się ewentualnej stawki ~, chętnie zgodził się na wszystkie warunki, ani nawet myśląc o przedwczesnym zerwaniu kontraktu. Do tego stopnia się, w tym zapalił, że na rzecz tego i zapobiegawczo uczynił coś, co wcześniej nie mieściłoby mu się w głowie, gdyż całkowicie porzucił on swój złodziejski i paserski fach ~ przez lata praktyki doprowadzony do niemal perfekcji ~, co w dalszej jego współpracy z nowym chlebodawcą, zapewne wielce, by kolidowało, a co też sam chlebodawca w momencie zawierania umowy, dał mu jasno do zrozumienia. Jednak Zass nie był jedynie i aż mennicą wiedzy o wszelkich artylerii czy rusznikarstwa, gdyż, jak na byłego marynarza cesarskiej floty przystało, a przede wszystkim jak przystało na nad wyraz wielkiego chłopa, był on nie lada topornikiem, który to doskonale posługiwał się ~ perą w jego koronie ~ masywnym toporem abordażowym zwanym „Halbe Hering” (Pół Śledzia).

 

Nie bez powodu topór ten był tak właśnie nazywany, wszak z jednej strony miał on nieco dłuższy i szerszy od standardowego żeleziec, bardzo przypominający sobą rybi filet, z drugiej zaś zupełnie jak ma się to przy nadziaku, rozszerzający się po koniec dziób na kształt, jakby rybiego ogona, który to bez większych oporów wchodził, tak w blachy pancerzy, jak i w tarcze czy czerep. Nic też dziwnego, że broń taka była Zassowi na rękę, bo pomijając jego tężyznę fizyczną ~ która to pozwalała mu swobodnie nią władać ~, z racji słabego wzroku zmuszony był on walczyć jedynie na bliższy dystans, przez co też nie posiadał on na swym stanie dalekosiężnego muszkietu, łuku czy kuszy, a przewidziana raczej na bliski strzał, skradzioną z cesarskiej armii hakownice ~ rurę ogniową ~ oraz ciężki, bo mosiężny garłacz, który to sztuki broni zupełnie przypadkowo i na odchodne przykleił mu się do rąk. Co się zaś tyczy owego garłacza, to zupełnie nie jak jego towarzyszka, hakownica, był on rodzajem broni o tyle ceniony i uniwersalny, iż nie potrzebował ołowianej ~ co ważniejsze dedykowanej doń ~ amunicji, ponieważ w jego szeroką lufę można było lądować dosłownie wszystko, od drobnego śrutu, przez niewielki kamienie, po sztućce nawet. Wypada też wspomnieć, że obok „Halbe Heringa”, była to jego ulubiona broń, która to również miała swoje miano, a zwała się „Böse Kunegunda” (Zła Kunegunda), co też wzięło się od jego zmarłej już ~ od paru lat – na suchoty, dosyć wybuchowej małżonki.

 

Piątym i ostatnim już z owej najemnej kompanii, był ~ jak i Wiktor Zass ~ Austriak, ponadto bliski przyjaciel samego Aleksandra jeszcze z czasów ich wspólnego dzieciństwa, przynajmniej kilkukrotnie już wymieniony Markus Horst Müller. On to jako jedyny wśród swych towarzyszy nie miał nawet jednej blizny na twarzy, bo i nie brał zbyt często udziału w otwartych pojedynkach, zwykle, atakując wroga z zaskoczenia, tak sztyletem, jak i przede wszystkim na odległość, pozbawiając go ducha przy pomocy precyzyjnej w jego ręku broni palnej. Była to też jego pierwsza tak daleka wyprawa, a zarazem i pierwsza wyprawa w zaistniałym składzie, w którym to niestety, ale z racji swego toksycznego sposobu bycia ocierającego się wręcz o udrękę, przez większość kompanijnej braci nie był on zbytnio lubiany, a jedynie respektowano go ze względu na samego dowódcę oddziału oraz ich niemal rodzinne ~ choć przebrzmiałe już ~ koneksje. Zasadniczo dogadywał się on i trzymał jedynie z Zassa, który to również niespecjalnie zań przepadał, jednak z racji na wspólną narodowość, a tym samym wspólny język, siłą rzeczy zwykł on z nim rozmawiać i częściej przebywać. Jednak działo się i tak, że Markus Müller do tego stopnia był człowiekiem nieznośnym, że z czasem również i sam Aleksander zaczął go unikać i zbywać, zwłaszcza gdy ten raczył się ziarnami dereniu, wtedy to znacznie się między nimi ochłodziło, Aleksander zaś trzymał się już tylko z Bolestą i Sulimą, tymczasem nieco dalej w kompanijnej hierarchii był Viktor Zass, a dopiero gdzieś na szarym końcu ~ daleko za jucznymi końmi ~ plasowała się owa czarna owcza całej kawalkady. Jeśli zaś chodzi o kwestie wojska z nim związaną, to na swą pierwszą bitwę ~ o której będzie jeszcze mowa ~, poszedł on w ślad za Aleksandrem, który to z racji braku odezwy i niechęci władz austriackich do zadrażniania stosunków z imperium osmańskim, osobiście najął się jako zaciężny w szeregi Ligi Świętej, prowadzonej przez niejakiego Juan de Austria, co też Müller zwykł robić w każdym aspekcie swego żywota, dosłownie, stając się niemalże cieniem Aleksandra.

 

Dobitnym tego przykładem być może sytuacja, w której to rozpoczął on studia adwokackie na uniwersytecie we Wiedniu, co naturalnie małpował wiadomo, po kim, jednak wyrzucono go stamtąd już po pierwszym semestrze ~ tak też, znalazł się on w szeregach Świętej Ligi. Pod względem zaś wiekowym, Markus Müller był najmłodszy z całej kompanii, bo choć po prawdzie widział on już prawie trzydzieści i trzy wiosny, to jednak nadal był o około trzy lata młodszy od drugiego najmłodszego członka oddziału, samego jej dowódcy. Poza tym, o ile w fechtunku był raczej średni, o tyle był zwinnym niczym żmija nożownikiem, a i w materii strzelectwa skuteczny był do tego stopnia, że nawet wśród o wiele starszych i bardziej obytych, w tym wojów, trudno było mu szukać równiejszego. W drużynie z kolei, pod względem celnego oka plasował się on na poziomie Leona Sulimy, a czasem nawet go prześcigał, co, zważywszy na tegoż celność było nie lada wyczynem. Poza tym ~ co Müller czynił głównie dla własnej spokojności ~, miał on przy sobie, aż trzy muszkiety kołowe, z którymi to niemal chorobliwie nigdy się nie rozstawał, a że w całym swym doświadczeniu wiedział doskonale, iż mimo uszczelnień w postaci wodoszczelnych owijek, woskowych polew, osłonek na zamki i panewki, największą bolączką posiadanej przezeń broni był łatwo moknący proch, to też wręcz paranoicznie starał się temu zapobiegać. Tym bardziej odznaczał się on w całym tym dbaniu dokładnością, iż mechanizm zamka kołowego, który u niego przeważał, tak bardzo był złożony i zawodny, że w każdej chwili mógł zaciąć się na najmniejszym nawet ziarnku piachu, co również sprawiało, iż czyścił on swą broń znacznie pieczołowiciej i częściej, niż było to wskazane ~ do czego reszta kompanii, głównie mającą broń na mniej czułe zamki skałkowe, nie przykładała aż takiej uwagi, bo ani nie widziano, w tym najmniejszego sensu, ani też większej potrzeby. Co też ważne, pomimo niemal podobnego do Aleksandra wieku, Markus Müller był mu giermkiem na usługach, a działo się tak, gdyż będący zasłużonym, jak i w pełni pasowanym rycerzem cesarskim, za wielkimi namowami ojca Markusa ~ Bernarda Müllera ~, w ostateczności zgodził się on na to, by świadczyć jego pierworodnemu jako rycerz lub jeśli to w ogóle możliwe, jakkolwiek wyprowadzić go na ludzi, choć już wtedy nierozłączni niegdyś kamraci, znacznie się od siebie oddalili. Dosadnie mówiąc, przez wspomniane mankamenty, które to niezmiennie stały Markusowi na drodze kariery, nie było dlań widoków nazbyt owocna przyszłość, gdyż będącego pospolitym birbantem, utracjuszem, sybarytą i egoistą, właśnie z racji jego lekceważącego podejścia oraz skrajnie spaczonego charakteru, nie chciano awansować go w szeregach austriackiej armii, do której z czasem się zaciągnął ~ co gorsza, wcale też nie zanosiło się na to, by kiedykolwiek miało się to zmienić. I choć z początku próbował on wykorzystać daną mu przez przyjaciela szanse na stanie się kimś, poniekąd wmuszoną w niego przez jego własnego ojca, to jednak z czasem, mając również tendencję do częstej melancholii, defetyzmu i ogólnego ględzenia, mniej więcej w połowie ich wyprawy na Śląsk, postanowił odpuścić sobie całe starania o awanse, a i całkiem przestało mu na czymkolwiek związanym z jego przyszłością zależeć. Stał on się wówczas wielce uszczypliwy, nieznośny i rozprężony, jego zaś roszczeniowy sposób bycia zaczął być coraz bardziej kłopotliwy, tak dla całej drużyny, jak i dla samego nią dowodzącego.

 

Jak najbardziej, nie umilało nikomu drogi też to, iż Markus był osobnikiem dość bezpośrednim, opryskliwym i kompletnie nieobliczalnym, który to najpierw mówi, a dopiero później myśli ~ przy czym to ostatnie zdarzało mu się niezmiernie często, zbyt często. Jakby tego było mało, bywał on też człekiem nazbyt chutliwym, czym w każdym wręcz przydrożnym zajeździe, ściągał na siebie nader wiele niepotrzebnej uwagi, a nawet problemów w postaci niezadowolonych z jego podbojów wobec miejscowych dziewek, ciętych na niego drabów, co też odbijało się na konspiracji oraz spokoju całej kompanii. Nade wszystko, emanował on też dość dziwnym, sprośnym poczuciu humoru, wręcz warcholstwem, przez co ciągle trzymały się go kiepskie, często skrajnie żenujące i złośliwe żarty, jak i uwagi nie na miejscu, zwykle powodowane jego brakiem taktu i bezczelnością. Sprawiało to, że nierzadko stawał się on zaczepnym chamem, co też doprowadzało ~ zwłaszcza poważnego ponad miarę i ciętego nań Sambora Bolestę ~ do szewskiej pasji, przez co też i bardzo często, a i zwłaszcza podczas odludnych postojów, dochodziło między nimi do nieuniknionych utarczek, a nawet i do poważnych bijatyk, podczas których to reszta kamratów zmuszona była, by ~ wręcz już rytualnie ~ ich rozdzielać, jak rozczepia się dwa ślepe psy po nietrafionych amorach. Powiedzieć zatem, że dwójka ta już od pierwszego wejrzenia za sobą nie przepadała, to jak nic nie powiedzieć. Niezmiernie trudno było też zażegnać ich konflikt, gdyż, tak naprawdę nikt do końca nie wiedział, dlaczego pomiędzy nimi tak właśnie się działo, podejrzewając albo różnice na tle poglądu, albo krytycznie odmienną od siebie narodowość i brak wspólnego języka, jednak w tym przypadku prędzej chodzić mogło o nazbyt dużą różnicę na tle wieku, a już z pewnością o zły dobór charakterów na tak małej przestrzeni. Możliwe też, że wszystko to działo się bez większego powodu, a złośliwy z natury Markus najnormalniej w świecie lubił drażnić staruszka, zwłaszcza że ten tak łatwo dawał mu się wyprowadzać z równowagi, zapewniając znudzonemu dręczycielowi rozrywkę.

 

Jak było naprawdę, to wiedzieć mogli jedynie oni sami, jasnym, jednak było jedno, mianowicie to, iż byli oni wyjątkowo wrogim sobie i bardzo wybuchowym duetem, który nigdy nie powinien był się spotkać. Z tego też powodu, na czas ich wspólnie trwającej wyprawy, Aleksander za wszelką cenę starał się trzymać ich jak najdalej od siebie, przez co miał on Bolestę zawsze na szpicy formacji ~ bo i tam go potrzebował ~, Müllera zaś trzymał na tyłach, gdyż poza ewentualną walką do niczego więcej go nie potrzebował. Tam z kolei, wieczne baczenie mieć miał na niego Viktor Zass, który niestety często przymykał na nadany mu obowiązek oko, wychodząc ze słusznego założenia, że nie ma on w kontrakcie zapisku o przymusie niańczenia kogokolwiek, zatem tym bardziej nie będzie pilnował dorosłego chłopa, którego to za nic nie da się upilnować. Nawet sam jego wygląd zatwardziałego huncwota, mówił sam za siebie, wszak będący zadeklarowany oportunistą i lekkoduchem, przeciwnie od reszty kompanii, nosił się on ~ by nie powiedzieć, że skrajne niedorzecznie ~ dość dziwacznie. Odziany był w bordową i przestarzała już, miejscami poprutą w licznych bójek bliskowschodnią lamelkę w rybią łuskę, narzuconą na bijący po oczach krwisto czerwony gambason, aby jednak dopełnić obrazu absurdu, tkwił na jego głowie zerwany z Turka nazbyt fikuśny hełm turbanowy, o wystającej spod niego szarpanej kolczudze, luźno zapuszczonej na jego trupio kościste ramiona. Wszystko to sprawiało, że bardziej niż na groźnego i dumnego Osmana czy Saracena, wyglądał on raczej na parszywego Kozak czy Hun, który to przetoczył się po polu bitwy, łapiąc na oślep co popadnie. Mówiąc zwięźlej, swym dziwacznym, ale i zawadiackim wyglądem ni jak nie przypominając on cywilizowanego człeka, co w pełni by się zgadzało, gdyż z relacji każdego, kto miał nieprzyjemność z nim przebywać ~ choćby nawet chwilowo ~ w istocie było on co najmniej niecywilizowany.

Odchodząc jednak od niego samego, a przechodząc do kwestii reszty rynsztunku przezeń posiadanego, to prócz wymienionych już trzech arkebuzów, dodatkowo uzbrojony był on w lancknechci rugger ~ nie inaczej, jak długi na ramie nóż wojskowy ~ zwany przez niego „Hahnenschwanz”, co w jego spaczonym i lubieżny zamyśle znaczyć miało (Koguci Chujec). Ów zaś, wedle niego gadzi członek, przypominał sobą niemiecki kriegssmesser, lecz był odeń wiele lżejszy i znacznie bardziej prymitywny, ponadto nie posiadał jelca, przypominając prędzej rzeźnicki tasak, niżeli broń godną wojaka ~ co zasadniczo nie powinno dziwić, gdyż rugger był bronią dopuszczalną dla gminu, czego o messerze powiedzieć już nie można. Poza tym Müllera miał też dwa skałkowe puffery, oczywiście na podobieństwo krócic, które posiadał Aleksander, choć jego sztuki były znacznie bardziej ubogie we wszelkie fikuśne grawery i inkrustację, co rzecz jasna bardzo go uwierało, gdyż w sprawie naśladownictwa, ale i rywalizacji z nim ~ zwłaszcza w kwestii posiadania czegoś lepszego ~, od zawsze miał on niemal swego rodzaju manię.

Tym bardziej było to dotkliwe, iż ten wielce lubował się we wszelkich świecidełkach i precjozach, czym też ku swej własnej uciesze nadrabiał nad piękne pistolety Aleksandra, parką jeszcze piękniejszych quillonów, które to, jak na sztylety artyleryjskie nad wyraz były zdobione. Sama zaś historia tego, jak dostały się one w kościste ręce Müllera, jest niezwykle prozaiczna, otóż owe cenne sztylety znalezione zostały przezeń wśród ostrzy im podobnych ~ choć znacznie uboższych ~ walających się na pobojowisku, jakim to była kamienista plaża wyspy Lepanto, gdzie to aż roiło się od niezliczonych rzeszy robaczywych trupów oraz wszelkiej maści oręża, w tym też wspomnianych nożyków. To tam właśnie, po niesłychanie zażartym ostrzale ze strony Osmanów, a i za niesłychaną wręcz sprawką szczęścia ~ zaciągnąwszy się wraz z Aleksandrem ~ Markus przeżył zatonięcie ich jednostki, weneckiego galeasa „San Giovanni” kapitana Juana de Cardony, po czym, znalazłszy się na brzegu, a i wijąc się w amoku wśród poszarpanych kulami zwłok, przypadkiem natrafiły on na owe bliźniacze quillony, które to ~ jak i on sam ~ tkwiły pośród nic nieznaczących już gnijących na odległej greckiej ziemi ciał, gdzie ostatecznie legły dziesiątki tysięcy pustych i nic nie znaczących już powłok ludzkich. Te zaś, w większości należały do wojsk osmańskiego wodza Alego Paszy, koniec końców zmuszonego do uznać wyższość swego chrześcijańskiego odpowiednika Juana de Austrii. Tam to właśnie, wówczas ledwie siedemnastoletni Markus Müller, po raz pierwszy stracił w boju rozum, gdy podczas wielu nietrafionych ~ przestrzelonych nad wrogiem ~ salw, a to przez jednostki Ligii, a to okręty Osmanów, roje żelaznych, kamienny i ognistych kul, a zwłaszcza grapeshot ~ morderczych ładunków na modłę kartacza ~ zasypywały plaże i wyspę, na której ten przez dłuższy czas zalegał, naturalnie, udając przy tym nieżywego, gdzie też, kryjąc się wśród poległych, z premedytacją uchylał się od jakiejkolwiek walki. 

 

Stało się tak, gdyż całkowicie sparaliżował go i ściął wówczas z nóg, straszliwy widok trafionego armatnią kulą Turka, który niemal w mgnieniu oka i dosłownie tuż przed nim rozpryskują się w krwawą mgiełkę, pokrywając, tak jego osobę, jak i najbliższą otoczenie, lepką czerwienią i strzępami porozrzucanych kawałków mięsa oraz szmat. Wszędzie dookoła unosiły się niemożliwie śmierdzący odór zgnilizny, co rusz buchającej z rozkładających się trupich trzewia, z czym za pan brat tryskała zeń przegniła już posoka i odchody, kiedy to któreś z do granic napuchniętych zwłok lub cała ich gromada ~ zwykłych topielców, jacy to zatonęli wraz ze swymi jednostkami ~ padła celem przypadkowego ostrzału. Naturalnie zachowanie Müller, którym haniebnie odznaczył się na polu walki, nie uszło uwadze innych żołdaków, w tym również i uwadze samego Aleksandra, którego wszystko to widział doskonale, wszak łaskawe fale również i jego wyrzuciły na tej samej plaży, jak i po tej samej stronie wyspy, z powodu, czego Müller nie otrzymał ani pochwał, ani też tytułu rycerskiego, jak, choćby miało się to w przypadku samego Aleksandra, który ~ choć funkcją to jego nie było ~ dzielnie i zajadle odznaczył się wówczas w boju, a nawet w skutecznym przewodzeniu ocalałym z „San Giovanniego” kamratom, za co też dostąpił rycerskiego stanu w zasługach od samego Dona Juana de Austrii. 

 

Koniec

Komentarze

Wklejam to, co przy pierwszym fragmencie:

 

Witaj. :)

I ja gratuluję Ci tutejszego debiutu. :)

Zwróciłam uwagę, że zamieszczasz na Portalu kolejne fragmenty swojego autorstwa, tymczasem ten nadal czeka na naniesienie poprawek. :)

Szanowny P.P.Elit, ważne, żebyś zadał sobie chyba najbardziej istotne w tym momencie pytanie: PO CO publikujesz nowe fragmenty? Bo istotne jest to, aby zrozumieć, że każdy autor, w tym – również Ty, tworzy dla Czytelników. Jeśli Ich nie będzie, same dzieła oraz proces twórczy nie mają zbytnio sensu. :) Skoro jednak Czytelnicy wskazali Ci usterki, czemu nie korzystasz z Ich rad? Nie przyjmujesz tych rad do wiadomości i nie zgadzasz się z nimi? Ok – Twoja wola, po co zatem zamieszczasz kolejne teksty? 

Pamiętaj, że zawsze może być ktoś mądrzejszy od Ciebie. :) Tu wszyscy wspieramy się wzajemnie: dyskutujemy, radzimy, uczymy, prosimy o pomoc Osoby z większym doświadczeniem oraz wiedzą. I szanujemy to, że te Osoby poświęciły naszym tekstom swój cenny czas. Nie zjadłeś wszystkich rozumów, wierz mi. I ja także nie. ;) Dlatego, kiedy Czytelnicy zwracają mi uwagę na jakieś potknięcia w opku, nie kłócę się z Nimi, ale słucham Ich rad. Bo to dla Nich tworzę. Bez Nich moje pisanie nic nie wnosi ani do mojego warsztatu literackiego, ani – tym bardziej – samooceny. :) 

Więcej pokory. Jesteś tu jako Nowy Użytkownik, warto zatem z pokorą posłuchać rad mądrzejszych od siebie. :) I poprawić, co Ci wskazują. Obrażanie się i trwanie z uporem przy błędnym zapisie nic nie da, serio. ;) A – skoro tutejsza pomoc Ci nie odpowiada – nie licz na nią. W wydawnictwach z pewnością powiedzą Ci to samo. :) 

A teraz, jak każdemu Nowemu Użytkownikowi, zalecam spojrzenie do działu: PUBLICYSTYKA i zaznajomienie się z tamtejszymi PORADNIKAMI, z których wszyscy zawsze korzystamy. Tam jest świetny Poradnik Drakainy dla Nowicjuszy, wskazujący m. in. na to, jak ważne jest u nas zachowanie kultury osobistej oraz szacunek wobec Komentujących. :) Zerknij także – są tam poradniki o interpunkcji, o dialogach, zapisie myśli, stylistyce, ortografii itp. :)

Chcesz być na naszym Portalu? Uszanuj jego reguły i postępuj właściwie. :) Każdy z nas popełnia błędy, nie ma ludzi nieomylnych. Warto zatem honorowo przyznać się do nich i nanieść poprawki. :) My wszyscy nie postępujemy wcale inaczej. :) 

A, jeśli zachodzi taka konieczność, warto także przeprosić. :) Ty na razie tu tylko publikujesz, czekasz na komentarze i się kłócisz, kiedy Ci one nie odpowiadają. Nie dajesz nic od siebie. To nie jest dobra droga dla autora, naprawdę. :) Nikomu nie podobają się krytyki, każdy chciałby od razu pisać, jak Noblista, lecz – tak wygląda proces twórczy; póki będziesz ciągle nastawiony negatywnie, póty nie osiągniesz oczekiwanego sukcesu. :) Doceń Tych, którym chciało się tu zajrzeć, przeczytać i poradzić Ci, jak tekst uczynić lepszym. ;) A – jeżeli nie pojmujesz, jak cenne są takie rady – poszukaj tu u nas opowiadań np. na sto tysięcy znaków, przeczytaj je starannie, ze zrozumieniem, wskaż Autorom błędy i nanieś poprawki, proponując ulepszenie tekstów. Wtedy zrozumiesz. :) 

Szukaj tu Czytelników, a nawet – wiernych Fanów. :) I nie mów Im stale: “NIE!”. Pokornie przyjmij każdą krytykę i popraw to, co Ci wskazują. :) Możesz podyskutować, jasne, a nawet obstawać czasem przy swoim, ale – nigdy obrażać! Jeżeli uwagi się jednak powtarzają, schowaj upór, bo to dziecinne i głupie, a potem popraw, bo to dla Ciebie ważne, nie dla nas. ;) Tak zaczynają Najwięksi, odnoszący spektakularne sukcesy, których i Tobie życzę. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszej twórczości. ;) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka