- Opowiadanie: Adexx - Lumineri

Lumineri

Opowiadanie  z mojego uniwersum. 

Inne opowiadania z uniwersum:

Z pamiętnika wolnego niewolnika – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33486

Nie wątp – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34155

Nie wątp część 2 – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34457

Księga imion – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32858

Sen Wieczności – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34143

Baśnie mroku i ciszy : kamień, kwiat i książka – https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32750

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Lumineri

Nie trudno było sobie wyobrazić, co czuli członkowie ekspedycji handlowej podróżującej przez dolne warstwy mieszkalne. Czułam niemal ten sam zapach smoły i palonej soli, wulkanicznej gleby oraz bezkresnych pustyń solnych. To nie było miejsce przyjazne podróżnym.

Czemu nazwano je dolną warstwą mieszkalną? Otóż Astrum – bo tak nazywał się ten świat – składał się z koncentrycznych warstw otaczających wielką otchłań. Pomiędzy nimi rozciągał się ogromny labirynt i gęsta sieć tuneli. To właśnie przez jedną z nich wędrowała ludzka karawana handlowa. Z naciskiem na ludzką – bo tym zajęciem parali się głównie elfy.

Wokół panowała ciemność, która łapczywie sięgała po członków ekspedycji. Jedynie zielonkawy blask grzybów oddzielał nas od mroku i stworzeń nocy. Szłam za karawaną, odziana w lekkie materiały szarpane przez wiatr. Dźwigałam plecak, który wydawał się mnie przerastać – drobną, zakapturzoną postacią w ogromnym świecie.

Uparcie stawiałam krok za krokiem, podążając za rodziną. Nie mogłam się poddać. Fachu rodziców uczyłam się od dziecka, lecz po raz pierwszy zeszliśmy na tak trudny szlak. Nogi, owinięte w cienki materiał, piekły od gorąca i wszechobecnej soli. Gdy sól docierała do popękanych ran, ból rozlewał się po skórze jak żywy ogień. Od czasu do czasu mijaliśmy bulgoczące bajora smoły, wydzielające duszący zapach.

Mam na imię Ariel i piszę ten dziennik, by nie zapomnieć. By uwiecznić swoje wspomnienia i zapisać życie.

Krajobraz był dla mnie czymś zupełnie nowym. Dotychczasowe wyprawy prowadziły nas w znacznie bardziej przyjazne miejsca – piękne, zielone tereny elfickich ziem, wodospady górnej warstwy, które na przekór prawom natury płynęły ku górze. Wszystkie te krainy były magiczne i zapierały dech w piersiach.

Dolna warstwa była jednak inna. Jej piękno miało charakter surowy i niebezpieczny. Pustynie solne, pełne szlachetnych minerałów, lśniły niczym morze gwiazd, a nocne stworzenia – drapieżne i doskonale przystosowane do srogich warunków – nie przypominały niczego, co widziałam wcześniej.

Z przodu karawany dobiegły dźwięki rozmów, które szybko przerodziły się w krzyki. Ludzie w panice krzątali się między wozami. Zielone światło na czele kolumny zaczęło migotać i gasnąć. Wędrowcy gorączkowo przeszukiwali plecaki, szukając zapasowych źródeł blasku, lecz było już za późno. Rozdarł noc ryk, a chwilę później rozległ się stukot odnóży stworzeń, które skorzystały z okazji.

Na ziemię przed nami wkroczyło smukłe, opancerzone monstrum. Miało cztery potężne nogi, a z jego ciała zwisały ostrza sięgające niemal do podłoża. Dwukrotnie przewyższało wzrostem człowieka, a jego umaszczenie przypominało spękaną, wulkaniczną ziemię. Dwie pary drobnych skrzydeł drżały przy każdym ruchu, potężne żuwaczki szczękały groźnie, a czułki falowały w powietrzu – na ich końcach płonął żywy ogień.

Bestia uniosła się i jednym skokiem wpadła pomiędzy członków karawany, rozdzielając grupę. Odwróciła drapieżną głowę w moją stronę. Ostatnim, co zobaczyłam, był przerażony wzrok matki, która wraz z resztą ludzi rzuciła się do ucieczki, ratując, co tylko mogli.

Zostawiła mnie? Cóż, nie mogłam mieć jej za złe – liczyło się przeżycie, przynajmniej tak sobie tłumaczyłam.

Część karawany próbowała walczyć, lecz z oddali nadciągało coraz więcej stworzeń. Małe, migoczące punkty szybko zamieniły się w setki oczu wpatrzonych we mnie, łatwą zdobycz.

Rzuciłam się do biegu, zostawiając za sobą krzyki towarzyszy. Mijając spopielone, czarne drzewa, dostrzegłam dziuplę. Bez wahania wcisnęłam się do środka, licząc, że potwory mnie nie wywęszą. Zamknęłam oczy, skulona, i modliłam się do Gaji, próbując zagłuszyć narastający stukot zbliżających się odnóży.

Nie pamiętałam, jak długo wędrowałam po wulkanicznych terenach. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Dotąd podróżni korzystali z run nawigacyjnych wyrytych w zboczach gór otaczających wielką otchłań, lecz stąd ich nie było widać. Czasami można było odnaleźć mniejsze kamienie oznaczające szlak, ale tutaj ich brakowało. To oznaczało jedno – znalazłam się na rzadko uczęszczanym trakcie.

Nie miałam przy sobie jedzenia ani wody. Wszystko zostało w plecakach tragarzy, którzy prawdopodobnie już nie żyli. Modliłam się w duchu, by nie natknąć się na żadne stworzenie nocy. Nie miałam grzyba dającego światło; panował głęboki mrok, w którym ledwie widziałam. Gdyby nie wulkaniczne pęknięcia, z których sączyła się czerwona poświata, byłabym całkowicie ślepa. Najgorsze były chwile, gdy musiałam zasnąć. Nie wiedziałam, czy się obudzę. W głowie krążyły obrazy stworzeń nocy rozszarpujących moje ciało, gdy wciąż oddycham. Walczyłam z paniką i łzami, których nie potrafiłam powstrzymać.

Panujące warunki utrudniały oddychanie, a sól wysuszała moje ciało. Stawiałam krok za krokiem, łudząc się, że dokądkolwiek dotrę. Po kilku godzinach zaczęłam godzić się z myślą, że zginę. Opadłam na kolana i sięgnęłam po ostry odłamek skały. Chciałam zakończyć życie – lepiej odejść z własnej woli, niż dać się rozszarpać.

Gdy już miałam to zrobić, poczułam na twarzy wilgotne opary. Z pobliskiej szczeliny buchnęła gorąca para wodna. To mogło oznaczać tylko jedno – niedaleko musiało znajdować się źródło wody.

Wstałam, wypuszczając kamień, i ruszyłam wzdłuż szczeliny. Po godzinie marszu krajobraz zaczął się zmieniać. Rosło tu znacznie więcej pirytowych drzew, wijących się niczym węże. Z ich gałęzi zwisały sople soli, a korę trawił żar.

Krok za krokiem posuwałam się naprzód, z burczącym z głodu żołądkiem i popękaną skórą nóg. Zostawiałam za sobą krwawy ślad. Po godzinie marszu, gdy powieki zaczęły mi ciążyć, dostrzegłam coś, co sprawiło, że serce zabiło szybciej – wojenny totem. Ostrzeżenie z kości upolowanych stworzeń nocy. Pomiędzy nimi zawieszono muszelki nawleczone na sznurki. Nie wiedziałam, do jakiego plemienia należał znak; brakowało mi wiedzy o tej warstwie. Mimo to ruszyłam dalej, aż dotarłam do dużej jaskini, przy której wejściu ustawiono kolejne totemy.

Gdy tylko się zbliżyłam, zza skał wyszły dwa stworzenia, sięgające mi zaledwie do kolan. Miały podłużne, rybie ciała pokryte drobnymi, różowymi łuskami, miejscami znaczone czerwonymi plamami. Czworo okrągłych oczu i gadzia paszcza nie wyglądały groźnie. Po bokach głowy wyrastały długie wąsy, rozwidlające się na trzy końce i porośnięte cienkimi włoskami. Na szyi jednego z nich połyskiwał naszyjnik z pereł i muszli.

Stworzenia miały po dwie pary krótkich rąk i nóg zakończonych płetwami, a ich długie ogony zwieńczone były szeroką, okrągłą płetwą. Na pierwszy rzut oka wydawały się urocze – dopóki nie zauważyłam, że za plecami trzymają długie pałki z pirytowego drewna.

Spojrzały na mnie z ciekawością i wydały serię rytmicznych plusknięć oraz cmoknięć. Próbowałam coś powiedzieć, lecz odpowiedzią było jedynie przechylenie głów i bezruch. Gdy zaczęłam gestykulować, wybuchły rechotem, jakby moje wysiłki je rozbawiły.

Jedno pobiegło w głąb jaskini, drugie usiadło i zaczęło bawić się ogonem. Po chwili pierwsze wróciło, niosąc na głowie drewnianą miskę, w której coś się poruszało, oraz pojemnik przypominający bukłak z wodą. Zatrzymało się kilka kroków ode mnie, postawiło wszystko na ziemi i wycofało się.

W misce wiły się skorupiaki i żywe ryby, obok leżała niewielka sterta podłużnych, zielonych roślin. Stworzenie siedzące wcześniej przy ogonie znów wydało pluskające dźwięki, klaszcząc dłońmi. Podbiegło do miski, chwyciło jednego ze skorupiaków i uderzało nim o kamienie, aż pancerz pękł. Z pyska wysunął się długi język, którym sprawnie wydobywało i pożerało zawartość, nie spuszczając wzroku ze mnie.

Wstałam i niepewnie podeszłam do miski.

Miałam zjeść surową rybę – obrzydliwe, ale nie miałam alternatywy. Sięgnęłam po pierwszą, małą rybkę. Jednym ruchem wsunęłam ją do ust i połknęłam. Śliska skóra ułatwiła przełknięcie, lecz smak i zapach były tak intensywne, że prawie zwymiotowałam.

Stworzonka zaczęły skakać i klaskać. Wzięłam menzurkę z wodą, odkręciłam korek i w duchu modliłam się, by to zwyczajna, ciepła woda – i taka była.

Musiałam jeszcze coś zjeść, więc sięgnęłam po podłużne rośliny ułożone z boku miski. Były słone i gumowate, ale jadalne, co najważniejsze – nie miały intensywnego rybiego posmaku.

Przez kolejne dni nie pozwolono mi ruszyć dalej. Dwa stworzonka dotrzymywały mi towarzystwa, przynosząc od czasu do czasu miskę z rarytasami. Ku własnemu zdziwieniu, ryby smakowały coraz lepiej – chyba trzeba było się do nich przyzwyczaić.

Po kilku dniach wpuszczono mnie w głąb jaskini. Gdy tunel się skończył, przywitała mnie gromadka stworzeń wpatrzonych we mnie z ciekawością. Wnętrze było ogromne – zarówno u podłoża, jak i na sklepieniu piętrzyły się stalagmity i stalaktyty. Z ziemi tryskały gejzery, z których co jakiś czas buchała woda, oraz unoszące się pęcherze.

Ku mojemu zdziwieniu krople i strumienie wody nie opadały, lecz wznosiły się, tworząc wielkie, lewitujące bańki. Ryby wyskakiwały z gejzerów i przeskakiwały między nimi z niezwykłą lekkością. Sklepienie porastała bujna roślinność – kwiaty i zielone wici, które znałam już od strony kulinarnej. Pomiędzy liśćmi migotały świetliki, gdzieniegdzie pełzały skorupiaki.

Widok zapierał dech w piersiach. Nigdy wcześniej nie widziałam tak magicznej krainy.

Nie zostało mi nic innego, jak się dostosować albo zginąć. Walczyłam z myślami, zastanawiając się, czy postępuję właściwie, lecz ostatecznie zdecydowałam, że zrobię wszystko, by przeżyć. Przez krótką chwilę czułam panikę, ale szybko zrozumiałam, że nie ma się czego bać – przyjęto mnie, obcą, jak jedną z nich. Byłam wdzięczna.

Kolejne dni spędzałam, obserwując moich nowych towarzyszy. Okazali się istotami niezwykle inteligentnymi i uczuciowymi, choć o wybuchowym temperamencie. Nic dziwnego, że osiedlili się właśnie tutaj – jaskinia obfitowała w wodę, pożywienie i światło emitowane przez świetliki oraz rośliny.

Ulokowano mnie przy wejściu, gdzie spałam na dużym, płaskim kamieniu. Nie był niewygodny. Wkrótce zaczęły uczyć mnie zdobywania pożywienia. Polowanie w tym środowisku nie było łatwe – stworzenia poruszały się w bańkach i przeskakiwały między unoszącymi się połaciami wody, by dopaść zdobycz.

Zdziwiłam się, gdy odkryłam, że bańki mogą utrzymać moją wagę. Stan nieważkości początkowo wywoływał mdłości. Uczucie braku orientacji – gdy nie wiedziałam, gdzie jest góra, a gdzie dół – było fascynujące, lecz nieprzyjemne. Nie odważyłam się polecieć aż pod sklepienie, gdzie bańki pękały, a woda wsiąkała w skałę. Stworzonka miały przy tym mnóstwo zabawy, obserwując moje nieporadne próby.

Z czasem zaczęłam przyswajać podstawowe słowa Lumineri. Ich język opierał się na rytmicznym mlaskaniu i ruchach ciała, co bywało zaskakująco zabawne. Równie mocno fascynowały mnie ich zwyczaje. Każdy Lumineri nosił długą fajkę z pirytowego drewna, na której rzeźbił obrazy najważniejszych wydarzeń ze swojego życia.

Pewnego dnia podszedł do mnie strażnik, którego spotkałam przy pierwszym kontakcie. Trzymał fajkę, na której wyryto scenę naszego poznania. Moja postać wyszła nieco karykaturalnie, co wywołało u mnie uśmiech. Zauważyłam też, że Lumineri często zbierają się w grupy i „czytają” sobie nawzajem historie wyryte na fajkach – przynajmniej tak wnioskowałam z ich gestów i reakcji.

Z czasem nasza komunikacja stała się płynna. Dowiedziałam się, że rasa ta nazywa się Lumineri i zamieszkuje wulkaniczne jaskinie dolnej warstwy mieszkalnej. Nauka polowania szła mi coraz sprawniej, a swoboda poruszania się w powietrzu dawała poczucie niezwykłej wolności.

Któregoś dnia udało mi się wzlecieć aż pod sklepienie jaskini. Naśladując nauczycieli, chwyciłam zielone glony i zawisłam wysoko nad ziemią. Towarzyszący mi mistrz wydawał się zadowolony. Gdy sięgnęłam po czerwony kwiat, poczułam nagły ból – jedno ze stworzeń uderzyło mnie płetwą, warcząc ostrzegawczo. Chwilę później z wnętrza kwiatu wysunął się długi język, który pochwycił przechodzącego obok skorupiaka.

Dzień mijał za dniem, a ja poznawałam Lumineri coraz lepiej. Dowiedziałam się, że po drugiej stronie jaskini, za długim tunelem, żyje drugie plemię – o jaśniejszej, półprzezroczystej, niebieskiej skórze. Pierwsza jaskinia była ciepła, druga zimna i pogrążona w mroku. Nie pozwolono mi zapuszczać się w lodowate wody – było to zbyt niebezpieczne.

Od czasu do czasu oba plemiona wyruszały poza jaskinie po pirytowe drewno lub na polowania. Zastanawiało mnie, jak tak drobne istoty potrafią ścinać potężne drzewa i walczyć z bestiami. Odpowiedź poznałam szybko – władały magią wody. Strumienie pod ogromnym ciśnieniem przecinały pirytowe pnie, a same polowania były widowiskowe. Z czasem nauczyłam się panować nad tym żywiołem.

W końcu zaproponowano mi wstąpienie w szeregi plemienia. Aby zostać jedną z nich, musiałam przejść rytuał razem z młodymi Lumineri. Starsza, siedząca obok mnie, powoli mieszała glony w kamiennej miseczce. Następnie każdy, młody i stary, oddawał do naczynia krople swojej krwi. Kiedy przyszła moja kolej, zmieszałam czerwoną krew z ich szaroniebieską, tworząc jednolitą, gęstą ciecz. Każdy wypił łyk, a resztę użyto do pomalowania twarzy – znak wspólnoty i przynależności.

Potem wyruszyliśmy na polowanie. Bałam się najbardziej. Nigdy wcześniej nie stanęłam naprzeciw stworzenia nocy jako myśliwy. Do tej pory byłam tylko ofiarą. Z opowieści znałam ich naturę – owadopodobne, bezlitosne, doskonale przystosowane do mroku. Ciemność była ich sprzymierzeńcem, a polowanie doprowadzili do perfekcji. Wahałam się długo, ale jeśli miałam stać się jedną z nich, musiałam zapłacić własną odwagą.

Pierwsze zadanie polegało na wycięciu gałęzi pirytowego drzewa – poradziłam sobie bez trudu. Drugim było wspólne upolowanie stworzenia nocy wraz z młodzikami. Przeszukiwaliśmy okolice jaskini w towarzystwie starszych, którzy pełnili rolę eskorty. Jeden z nich wskazał pobliskie bajoro smoły i rzucił w nie kamieniem. Początkowo nic się nie działo, lecz po chwili smoła zaczęła bulgotać i usłyszałam ludzki głos:

– Pomocy! Jest tu ciemno… pomóżcie mi…

Z czarnej mazi wyłonił się biały, włochaty pająk, rytmicznie zgrzytając kłami i wydając dźwięki łudząco podobne do ludzkiej mowy.

Starszy wyjaśnił mi, że to jedno ze stworzeń nocy. Wabi ofiary ku smołowisku, a gdy podejdą zbyt blisko, więzi je w lepkiej mazi. Karmi je i podtrzymuje przy życiu, aż w ich ciałach złożone zostaną jaja. Ofiara pozostaje uwięziona aż do wyklucia młodych, które pożerają ją, wciąż żywą.

Stało się to, czego się obawiałam – popełniłam kilka błędów. Starsi patrzyli nieprzychylnie, lecz starałam się jak mogłam. Pot oblał mi skórę, dłonie drżały, gdy podeszłam do stworzenia. Wykonałam wydany rozkaz z opóźnieniem – tylko dlatego, że nie byłam sama, nie zginęłam. Później zabierano mnie nieufnie na kolejne polowania.

Gdy wszyscy wrócili z łupem, usłyszałam słowa, które na zawsze zapadły mi w pamięć:

„Jedna rodzina. Trzyma się razem. Nie opuszcza, nie odtrąca. Żyje i umiera zjednoczona.”

Stworzenie zostało wypatroszone, a najważniejsze organy – serce, wątroba i mózg – rozłożono w miseczkach. Każdy ustawił się w kolejce i wybierał, co zje. Początkowo napawało mnie to odrazą, ale przekonano mnie, że każdy spożyty organ daje dar.

Po długich wahaniach wybrałam niewielki kawałek mózgu. Gdy go zjadłam, poczułam przypływ energii – moja dotychczasowa wiedza o magii wydawała się niepełna. Nawet ci, którzy nie brali udziału w polowaniu, pozostali w rodzinie.

Nadszedł czas na wyrzeźbienie fajki. Pokazano mi, jak za pomocą wody i ciśnienia nadać jej kształt. Stworzonko używało symbolu wody, wprawiając go w drgania i rzeźbiąc w pirycie.

Na początku nie potrafiłam utrzymać ani kształtu, ani wibracji. Wystrzeliwałam wodne pociski w dal lub przecinałam pobliskie skały. Po kilku wypadkach Lumineri chowali się za każdym razem, gdy zaczynałam ćwiczyć.

Po długim czasie udało mi się wyrzeźbić fajkę. Zgodnie z obyczajami uwieczniłam na niej najcenniejsze wydarzenia życia. Na jednym segmencie wyrzeźbiłam postać człowieka otoczonego drobnymi płazami. Stworzenia zebrały się w gromadzie, przyglądając się z zaciekawieniem – wyglądały na niezwykle zadowolone.

Długie fajki przedstawiały życie od poczęcia aż do śmierci.

Tego dnia zostałam członkiem plemienia. Na pierwszym segmencie swojej fajki wyrzeźbiłam własny obraz – świadectwo początku mojej nowej drogi. Otrzymałam również naszyjnik z muszli – liczba muszli oznaczała zasługi oddane rodzinie.

Podjęłam decyzję – zostanę tutaj i będę badać kulturę Luminerich. Życie w tej świetlistej jaskini odpowiadało mi bardziej niż egzystencja w ciemności… czy na smoku. Miałam nową rodzinę, gotową oddać za mnie życie.

Po zdanych próbach starszyzna nadała mi nowe imię: Larr Stackcham, co w ich mowie oznaczało „odnaleziony członek rodziny”.

Wieczorem, gdy świetliki przygasały, a bańki wody powoli wznosiły się ku sklepieniu jaskini, usiadłam na swoim kamieniu i wzięłam do rąk fajkę. Wpatrywałam się w gładką powierzchnię pirytowego drewna, czując jego ciepło.

W końcu zaczęłam rzeźbić. Na pierwszym segmencie pojawiła się mała, zakapturzona postać stojąca na krawędzi pęknięcia w ziemi. Z jednej strony otaczał ją mrok dolnej warstwy, z drugiej – unoszące się bańki wody i drobne sylwetki Luminerich. Między nimi wycięłam cienką linię – ślad drogi.

Gdy skończyłam, oddałam fajkę starszej. Skinęła głową i dotknęła dłonią piersi – gest, którego nauczyłam się rozumieć. Rodzina.

Po raz pierwszy od wielu dni zasnęłam bez strachu. Stukot odnóży i krzyki z dolnej warstwy nie wracały w moich snach. Słyszałam plusk wody i cichy śmiech Luminerich.

Nie wiedziałam jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ta droga. Wiedziałam tylko, że nie jestem już sama.

Życie pośród Lumineri przypadło mi do gustu znacznie bardziej niż egzystencja na smoku. Z czasem przyzwyczaiłam się do smaku surowych ryb i skorupiaków. Podmokłe, wulkaniczne ziemie, na których osiedliły się te istoty, były zasobne w pożywienie. Większość stworzeń nocy trzymała się z dala od tych terenów, a obszar otoczony był murem ogromnych skał, co ułatwiało jego obronę.

Rośliny rosnące w tym miejscu miały specyficzną właściwość – insekty nie znosiły ich zapachu. Były kruche i rosły tylko na podmokłych terenach wulkanicznych.

Po kilku latach stało się jasne, że Lumineri są niezwykle rodzinnymi stworzeniami. Cenią więzi, których często próżno szukać u ludzi żyjących na smokach. Szanują tradycję i wspólnymi siłami dążą do lepszego jutra. Życie na tych terenach różniło się od życia na smoku – było powolne, spokojne, pełne zabaw, tańców i śpiewów. Od czasu do czasu sielankę przerywały polowania, w których Lumineri doprowadzili swoje strategie łowieckie do perfekcji.

Podczas polowań często używano trucizn pozyskiwanych ze zwierząt zamieszkujących te tereny. Nauczyłam się zasady: im bardziej kolorowe zwierzę, tym większe prawdopodobieństwo, że jest śmiertelnie trujące. Lumineri przez lata doskonalili hodowlę tych istot, organizując zawody na najbardziej jadowite. Od dzieciństwa spożywali różne trucizny, rozwijając przy tym odporność i magię związaną z toksynami. Wykorzystywali je zarówno w obrzędach, jak i w medycynie. Byłam zdumiona ich wiedzą.

Po wielu miesiącach szkolenia pozwolono mi wejść do lodowatych wód, w których żył drugi odłam rasy. Przyzwyczajenie ciała do przenikliwego zimna zajęło sporo czasu. Zaczynałam od krótkich kąpieli i stopniowo wydłużałam pobyt. Stworzonka miały ubaw, patrząc, jak drżę z zimna, a niektóre zaczęły mnie naśladować.

Nauczyłam się nowego symbolu magii – moja skóra wydzielała lepki, przezroczysty ślam, dzięki któremu nie odczuwałam zimna. Pierwsze użycie wzbudziło lekkie obrzydzenie, lecz jedno ze stworzonek podbiegło i wtuliło się we mnie.

Pozostał tylko jeden problem – jako człowiek nie potrafiłam oddychać pod wodą. Wkrótce i ten problem został rozwiązany.

W następnych dniach uczono mnie tworzenia bąbelków za pomocą fajki. Spędziłam na nauce kilka dni, otoczona dziećmi. Zadanie przyszło mi łatwo, choć najtrudniejsze było otoczenie całego ciała jednym bąbelkiem – tak silnym, by nie pękał przy ruchu.

W kolejnych dniach, z fajką w dłoniach i ciałem otoczonym ochronnym bąblem, zanurzyłam się w lodowatą wodę. Tam naukę przejęły dwa niebieskie stworzonka. Mimo chęci zobaczenia czegokolwiek pod wodą było to trudne ze względu na panujące ciemności.

Jeden z poznanych zwany Tepo, wyrzeźbił przedmiot przypominający podłużną tubę na świetliki. Okazało się, że ten odłam plemienia znacznie lepiej widzi w czeluściach wód niż na powierzchni, gdzie są niemal ślepi.

Podwodne krajobrazy nie były niczym szczególnym. Dno było kamieniste, a od czasu do czasu mogłam dostrzec połacie glonów, które często jadłam. Krajobraz na powierzchni wydawał się znacznie bardziej malowniczy i interesujący – spodziewałam się czegoś więcej. Sporadycznie przepływały obok mnie ryby o przezroczystej skórze, delikatnie świecące.

W końcu dopłynęliśmy do miejsca, które wyglądało jak wioska. Liczne kopczaste formacje skalne tworzyły domostwa. Mieszkańcy przyglądali mi się z zaciekawieniem – większość z nich nigdy wcześniej nie widziała człowieka.

Zdziwiłam się, gdy usłyszałam głos nawigatora. To, co na powierzchni brzmiało jak płaskie pomruki i mlaski, pod wodą przypominało śpiew. Wioska była zbudowana w pobliżu przepaści; co jakiś czas wojownicy spływali w jej głąb. Nie pozwolono mi do niej zajrzeć – ze względu na ciśnienie moje ciało nie wytrzymałoby takiej głębokości.

Najbliższe dni spędziłam na nauce uprawy glonów oraz oswajaniu się z językiem, który pod powierzchnią wody brzmiał zupełnie inaczej. Pewnego dnia miałam okazję uczestniczyć w pogrzebie. Stworzonka zebrały się w kręgu i wszystkie zaczęły śpiewać. Wokół nich zgromadziła się ławica świecących meduz. Z mrocznych głębin wyłoniło się ogromne, podłużne stworzenie, które pochwyciło ciało w paszczę i zniknęło w ciemności.

Zapytana o to zjawisko odpowiedzieli mi, że jest to bóstwo, które czczą – Neptun. Według ich wierzeń wszystko, co się narodziło, musi powrócić do natury.

Ku mojemu zdziwieniu dno tego zbiornika pełne było pradawnych reliktów. Badacze zakazanej wiedzy czuliby się tu jak w raju. Dla nich były to jednak jedynie śmieci – nie zwracali na nie większej uwagi.

Dowiedziałam się również, że główne miasto Lumineri znajduje się na znacznie głębszych poziomach, a miejsce, w którym obecnie przebywałam, było jedynie niewielką wioską. Nie do końca się tego spodziewałam, zwłaszcza że nie było możliwości zejścia głębiej.

Dostosowałam się do nowego życia i nie tęsknię za ludźmi, którzy mnie zostawili. Prawo jest proste – przetrwają najsilniejsi. Rodzice zrobili wszystko, by ocalić siebie. Ja zrobiłam to samo, akceptując nową rodzinę.

Owszem, miałam chwile zwątpienia i paniki, lecz aby przetrwać, człowiek potrafi znieść znacznie więcej, niż kiedykolwiek by przypuszczał.

Pisząc swój dziennik jestem już stara i pewnie umrę w towarzystwie swojej nowej prawdziwej rodziny powiem tylko jedno

 „Jedna rodzina. Trzyma się razem. Nie opuszcza, nie odtrąca. Żyje i umiera zjednoczona.”

 

Koniec
Nowa Fantastyka