- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0005. Dzień piąty.

Cuiavia. Vicus. 0005. Dzień piąty.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0005. Dzień piąty.

Poranny rytuał odprawili w pośpiechu. Kąpiel, zupa, złoty deszcz.

Pobiegli do spichlerza. Z trudem wywlekli radło na pole. Toporną, drewnianą konstrukcję wieńczył żelazny, zardzewiały rylec.

Ustawili je na ugorze, głowiąc się, jak zaprząc krowę.

– No dobra, inżynierze. To twoja działka – odezwała się radośnie.

Stał i analizował konstrukcję.

– To nie może być trudne. Głowa w kratę.

Wsunął głowę w otwór. Oparł konstrukcję na ramionach.

– Musimy rozłożyć siłę ciągnącą na jak największą powierzchnię ciała, by nie pokaleczyć skóry. Próbował się wyprostować; nogi drżały, gdy trzymał belkę na ramionach. – O rany! Czuję się jakbym wyciskał ciężary.

Z wysiłkiem ustawiła za nim narzędzie. Napinane powrozy zatrzeszczały.

– Wio! – krzyknęła, śmiejąc się głośno. Radło nie drgnęło. – Wio! – powtórzyła głośniej. – Chciałeś, bym to ja ciągnęła, więc pokaż, jak to się robi.

Rylec wbił się w ziemię i… nie przesunął się nawet o kawałek.

– Ciężko? – zapytała rozbawiona.

– Chwaliłaś się, że wyciskałaś ponad tonę. No to proszę! Panie przodem. – Szerokim gestem wskazał radło. – Oto okazja, byś mogła się popisać.

– Chętnie – odparła, patrząc mu prosto w oczy. – Tylko najpierw zmień warunki środowiskowe. Spojrzała wymownie na niebo, gdzie majaczył blady sierp Księżyca.

Gdy przyprowadził krowę, wspólnie nałożyli jej jarzmo. Zirytowane zwierzę cofało się i kręciło łbem, mucząc rozpaczliwie.

Z trudem doprowadzili ją do ugoru.

– Zrobimy to tak. Ty – zwrócił się do żony – poprowadzisz ją prosto. Ja prowadzę radło i ryję ziemię. Gniewko ruszy za mną, by siać peluszkę w bruzdy i je zadeptywać.

– Zmieniamy plan – wtrąciła się. – Gniewko, trzymaj ziarno w małym worku. Wkładaj je do bruzdy. Zachowując odstępy na szerokość palca. Potem je zasypuj. Wyryjemy bruzdę do połowy pola, a w drodze powrotnej nacinamy kolejną. Zobaczymy, na ile wystarczy ziaren.

Ruszyli. Konopne powrozy napięły się gwałtownie, wydając suchy, niepokojący trzask naprężanych włókien. Drewniana konstrukcja zajęczała i skrzypnęła. Ciągnęła krowę za powróz uwiązany do rogów. Zwierzę stawiało ciężkie kroki, racice z głośnym chrzęstem kruszyły twarde grudy wyschniętej ziemi, zmieniając je w pył.

Walczył o utrzymanie radła w linii prostej, rylec podskakiwał na kamieniach z głuchym stukotem. Kolejna próba. Krowa w bok. Radło w górę. Ostrze zamiast ciąć ziemię, kłuje powietrze, by po chwili zaryć się głęboko w darń.

– Nie, nie, nie! – krzyknął, szarpiąc się z wibrującym drewnem. – Idź prosto! Trzymaj ją za pysk! – wrzasnął, próbując poprawić zsuwający się rylec.

– Ona się dusi! Dlatego tak się szarpie. Pomóż!

– Brakuje mi rąk! Trzymam radło! – Szarpał za uchwyty, zwierzę dyktowało kierunek.

Kolejna próba. Krowa ruszyła, ale na bok. Radło, zamiast ciąć ziemię, zaczęło skakać i ciąć powietrze, a potem wbiło się w darń pod niefortunnym kątem.

– Stop! Zatrzymaj ją! – krzyknął.

– Jak?! Ona się nie słucha!

Po wyczerpującej szarpaninie słaniali się z wycieńczenia.

Dźwignął się z ziemi, wypluwając kurz. Wściekłość mieszała się z poczuciem absurdu.

– Dobra, stop. Co robimy źle? Plan zawodzi czy ciągnik? Jeszcze raz od początku.

– Za krótki sznur. Wektor siły podrywa przód radła przy każdym szarpnięciu; stąd te wyskoki rylca.

Podszedł i zmienił wiązania.

– Nazad! Krasula! Nastąp się! – krzyknął.

Pochwyciła pewnie powróz. – Idziemy!

Krowa ruszyła za szybko. Radło wyrwało mu się z rąk, a rylec zatańczył po ziemi, ryjąc powietrze, a nie bruzdę.

– Zbyt szybko! Idź wolniej, utrzymuj stałe napięcie liny i kierunek. Przestanę się siłować z uchwytami i dociążę konstrukcję. Zmieniamy kąt natarcia na bardziej ostry.

Szli wolniej, z każdym krokiem kreślili coraz bardziej prostą bruzdę. Skupiony wyłącznie na zadaniu, stawiał miarowe kroki.

– Stop! – krzyknęła. – Koniec. Zawracamy. Druga bruzda blisko pierwszej na odległość stopy.

Zaczekali, aż Gniewko dokończył siew. Pobiegł do worka uzupełnić swój podręczny zapas. Wykonywał znaną mu pracę; cieszył się z udziału we wspólnym dziele. Jego oczy lśniły.

Usłyszeli gwar. Odwrócili głowy.

Obserwowała ich grupka mieszkańców. Przybrali ostentacyjnie luźne pozy, szczerząc zęby w drwiących uśmiechach. Grad głosów tłukł w przybyszów.

– O, patrzcie, patrzcie! – zawołał ktoś potężnym basem – Oni Krowę do orki zaprzęgli! – Krowa i baba do cielaków i mleka, a nie do orki! – krzyknął ktoś z tłumu.

– Głupie, głupie obcy! – odpowiedział ostry, kobiecy głos. – Wołu od krowy nie odróżniają! Wołem się orze! Krowę się doi! – fala drwin nie ustawała.

Zacisnął szczęki. Najlepiej byłoby milczeć, ale krew pulsowała mu w skroniach z wściekłości.

– Gdzie chłop baby słucha, tam bies ogonem macha!

– A ten ugór! – krzyknął ktoś inny. – Mokosza ma odpoczywać! Ziemia musi spać! Ziemia śpi drugi rok, a ci ją budzą! To im chorobę ześle, a nie plony!

– Mówię wam! – Oni pstro w głowach noszą! – zaśmiał się ten sam, tubalny głos. – Tylko się męczą. Nawet prostej bruzdy nie potrafią poprowadzić!

– Patrzcie na tego sierotę! – zawołała jedna z kobiet. – Czego go uczą! Żaden ojciec nie kazałby synowi tak siać! Za rzadko! Za gęsto! Gdzie ty widziałeś, żeby chłop mierzył palcami ziarno! Zmarnują to, co mu ojciec zostawił!

Gniewko skulił się nieznacznie. Spojrzał przed siebie; w jego oczach wezbrał wstyd. Słowa mieszkańców brzmiały boleśnie prawdziwie. Orka ugoru podlegała zakazowi. Krowa nie służyła do orki. Nikt nie siał w trawę ani nie układał ziarna w bruździe. Oni robili wszystko źle.

– Żaden z niego gospodarz! – podsumował ktoś inny.

– Kto krową orze, temu pustki w komorze!

– Mój Dobrogost planował opiekę nad bratankiem, czekał na koniec zarazy, by nie sprowadzić nieszczęścia do chaty – mówiła inna, wystarczająco głośno, by każde słowo dotarło do pracujących.

Opiekunka spojrzała na Gniewka. Słowa wbijały się w niego niczym małe kolce. Podeszła do chłopca i objęła go ramieniem. – Nie ten gospodarz, co językiem miele, ale ten, co na ugorze chleb znajduje!

– No krasula, idziemy. Robimy bruzdę idealną. Jeśli chcą się śmiać, niech robią to teraz. A potem zapłaczą z zazdrości na widok naszych plonów. Zaczynaj!

Ruszyli z nową determinacją, pędzeni już nie siłą, a czystym uporem. Agnieszka prowadziła krowę, Robert parł na radło z pełną siłą, a Gniewko siał ziarno co palec.

Tłum znów zareagował śmiechem, lecz każda kolejna bruzda wychodziła im lepiej. Jedyną przeszkodę stanowiły białe, kruche kamienie wyorywane przez radło.

Angażował całą masę ciała, by utrzymać ostrze; mimo narastającego bólu w kręgosłupie parł nieustępliwie naprzód.

Nagle krasula stanęła. – Nie, nie, nie! Idziemy do końca! – ponaglała ją.

Krowa spojrzała jej prosto w twarz z wyraźnym wyrzutem. Następnie beztrosko oddała potężny, spieniony strumień moczu w świeżo wyoraną ziemię.

Robert ledwo zdążył odskoczyć. – To jej… złoty deszcz – zachichotał chłopiec.

Krok za krokiem. Bruzda za bruzdą. Mały fragment ugoru zamieniał się w pole. Za nim podążał malec, sypiąc w bruzdę cenny groch.

– Koniec! – krzyknął chłopiec. – Ziarno się skończyło!

Stanęli.

Wykończeni wyprostowali plecy; w nagłym wybuchu śmiechu uchodziło z nich całe nagromadzone napięcie.

Krzywy zagon, ich pierwsze wspólne dzieło, stanowił obietnicę przyszłości.

Uwolnili krowę, klepiąc ją i chwaląc jej wkład w pracę. Opadli na ugór, ciężko chwytając powietrze.

– Daliśmy radę. – Spojrzał z dumą na żonę i chłopca. – I uwinęliśmy się przed wieczorem. Poszłoby nam sprawniej, gdyby nie te kamienie.

Chwycił jeden z odłamków i zacisnął na nim palce. Gruda nie stawiała oporu; pękła z głuchym chrupnięciem, krusząc się na mniejsze, wilgotne kawałki.

Pod palcami poczuł gładką, tłustą, niemal mydlaną fakturę; lepki, jasnoszary osad został na skórze.

– Aga – mruknął, podrzucając kolejną bryłę. – Zobacz to. Przypomina kamień, a zachowuje się jak stwardniała plastelina. Pełno tego wyłazi z ziemi.

Wiem, że to nie twoja działka, bo ty jesteś bardziej od bio, może rozpoznasz to znalezisko?

Przejęła bryłę. Oczy zwęziły się w analitycznym skupieniu. Nie ścisnęła kamienia. Zrobiła coś dziwnego – przejechała po nim językiem, a potem splunęła z grymasem.

– Cierpkie? – zapytał.

– Zasadowe – poprawiła go. Rozłupała bryłę paznokciem, odsłaniając jaśniejsze wnętrze. – Mamy do czynienia ze skałą biogenną, więc to moje kompetencje – powiedziała zadowolona.

– Wapień. Margiel albo kreda. Nasze pole to cmentarz, a te kamienie to kości niezliczonych istot, które kiedyś tutaj żyły.

Robert podniósł kolejną grudkę, przełamał ją i polizał z ciekawości.

Gniewko wrzasnął – krótko i przeraźliwie, niczym smagnięty batem. Zerwał się gwałtownie, cofając w panice; poślizgnął się w świeżo wyoranej ziemi i runął w bruzdę. Nie próbował nawet wstać. Wiercił piętami w glebie, odpychając się, a potem rzucił się do ucieczki na czworakach.

– Nie! Zostawcie! – krzyczał, dławiąc się ziemią i śliną.

Rył palcami w pulchnej glebie, ślizgał się, podnosił i znów upadał. Przypominał zaszczute zwierzę.

Po kilku metrach chaotycznej szamotaniny zdołał się podnieść; potykając się i wymachując bezładnie rękami, histerycznie szlochając popędził w stronę chaty.

Wymienili osłupiałe spojrzenia. – Co mu się… – zaczął, ale ona już biegła. Znalazła go w ciemnym kącie; wciskał się w wilgotną ścianę, dygocząc z przerażenia. Podeszła, wyciągnęła dłoń; skulił się jeszcze bardziej.

– Co się stało? – zapytała.

– Nie zrobicie ze mnie Wąpierza! – wrzasnął, dławiąc się płaczem. – Was nie zabiłem! Wy nie ludzie! Wy… wy przeklęte Wąpierze! – zanosił się histerycznym szlochem.

Kucała przy dziecku; jego oczy płonęły obłędem.

– Nie rozumiem, kochanie, co do mnie mówisz – powiedziała łamiącym się głosem, a po policzkach ciekły jej gęste łzy. – Cóż to za stwór, ten Wąpierz? Dlaczego nas tak nazywasz?

– Wykopujecie trupy! Zjadacie je! – krzyczał.

– Kto tobie to powiedział?

– Sama tak mówiłaś! Słyszałem każde słowo! Mówiłaś, że pole oznacza cmentarz, a kamienie to kości! Jadłaś kości! On też jadł! Zjedzcie mnie! Zjedzcie mnie, żebym już nikogo nie zabił!

– Przepraszam, kochanie, tak strasznie cię przepraszam… – szlochała. – Wybacz mi, głupia jestem! To nie cmentarz dla ludzi. Te kamienie to maleńkie muszelki, cmentarz ślimaków. Przepraszam, że cię przestraszyłam.

Wysunęła dłoń; wzdrygnął się, wciąż wciskając plecy w zimną ścianę. Pierś falowała mu w urywanym rytmie, a oczy biegały między jej twarzą a ręką, szukając podstępu. Wąpierze nie płaczą, nie proszą o wybaczenie; ten obraz kłócił się z każdą usłyszaną opowieścią.

– Ślimaki? – wycharczał niepewnie, gotowy do obrony. Głos mu się łamał. – W ziemi?

– Tak – szepnęła. Trwała w bezruchu, pozwalając mu ocenić sytuację. Uśmiechnęła się przez łzy – smutno i łagodnie. – Bardzo stare ślimaki. Chcesz zobaczyć? Spróbujemy znaleźć ich muszle w tych kamieniach. Ale tylko jeśli zechcesz wyjść.

Zapadła cisza, którą mąciło jedynie pociąganie nosem. Powoli rozluźnił zaciśnięte pięści. Jej dłoń wisiała w powietrzu. Czekała. W końcu ostrożnie chwycił jej palce, niczym rozżarzony węgiel.

– Pokaż – szepnął niepewny.

Stanęli przed Robertem zapłakani i umorusani, lecz spokojniejsi. Dała mu znak głową, by o nic nie pytał. Wzięła biały kamień i zaczęła go rozłupywać na warstwy. Wewnątrz czwartego odłamka dostrzegli odcisk spiralnej muszli.

– Widzisz? Patrzysz na zwykłe muszle. Niektóre maleńkie, pokruszone, ale to tylko muszle.

– Muszle, nie kości. – Odetchnął głęboko; ulga zalała mu płuca.

– Musimy bardziej uważać na to, co przy nim mówimy – szepnęła mężowi do ucha.

Chodziła po polu, schylając się co chwilę. Wróciła z naręczem zielska.

– Spójrz na to zielsko. Szczaw. Skrzyp. Wiesz, co kochają?

– Nie wiem. Co?

– Kwas. Wybierają miejsca o kwaśnym odczynie. Dlatego nasze żyto wygląda tak mizernie. Roślina dusi się w tym środowisku, tracąc zdolność pobierania składników odżywczych. Podrzuciła biały kamień w dłoni. – A to? Czyste wapno. Lekarstwo leży tuż pod naszymi stopami.

– No dobrze, pani biochemik. Ale dlaczego teraz rośliny nie korzystają z tego lekarstwa?

Zmarszczyła brwi. – Pozostaje niedostępne w tej formie.

– …ziemia nie ma zębów. Nie ugryzie kamienia – powiedział Gniewko.

– Właśnie! Dlatego musimy zamienić te kamienie w mleko, mrugnęła do niego.

– Czarami?

– Nie – roześmiała się – musimy te kamienie jakoś rozdrobnić…

Mężczyzna uniósł odłamek, obracając go w palcach i badając jego strukturę. – Fizyka czy chemia – mruknął. – Siła mechaniczna czy…

– Kalcynacja – rzuciła. Wyprażymy to a potem zalejemy wodą. Rozsypie się na mąkę samo. I wtedy…

– …wtedy Mokosza wypije to mleko z deszczem – dokończył, uśmiechając się szeroko.

– Dokładnie.

– Sprawdzimy to eksperymentalnie. Wrzucimy odłamki w ognisko. Przetrzymamy je w żarze cały dzień, a rano…

– … a rano zrobimy im pobudkę wodą – zaśmiała się.

– Zamiast je kruszyć to ogień i woda wykonają robotę za nas – powiedział zadowolony.

Kim oni są? Gniewko patrzył z podziwem. Żerca prosi bogów o łaskę; składa ofiary, błaga. A oni? Oni chcą wziąć największych bogów za kark, wsadzić w jedno ognisko i kazać im kruszyć kamienie niczym zwykłym porobom. Dlaczego mieliby się zgodzić?

Analizował usłyszane słowa. Albo szaleństwo sprowadzi na wszystkich ogień, albo… to przecież normalne: synowie opiekują się starą matką. Swaróg i Weles ramię w ramię nakarmią Mokoszę.

Spojrzał na nich zadowolony.

W drodze powrotnej zabrali kilka małych kamieni dla Mokoszy. Wystawił na próg kolejny worek z ziarnem i przeciągnął się, aż strzeliło mu w kręgosłupie.

– Wy tu sobie usiądźcie, a ja idę walczyć z darnią pod twój ogródek.

Usiedli przed chatą. Słońce grzało przyjemnie, ale między nimi wisiało napięcie. Nad głowami wciąż krążył cień Wąpierza. Chłopiec trwał w nienaturalnym skupieniu. Powietrze gęstniało od niewypowiedzianych słów.

Obserwowała go spod rzęs. Musiała to przerwać.

– Gniewko – powiedziała nagle. – Twoje oczy i ręce są szybsze od moich?

Chłopiec podniósł wzrok. Był czujny, nieufny. – Szybsze? W czymże to?

Wyciągnęła przed siebie zaciśniętą pięść. – Patrz uważnie. Oto Kamień, a to Szmata, pokazała wyprostowaną dłoń. Szybkim ruchem objęła pięść dłonią. – Widzisz? Szmata łapie Kamień. Kamień nie może się ruszyć. Szmata wygrywa.

Wystawiła dwa palce. – Ciach-ciach. – A to Nożyce. Nożyce tną Szmatę.

– Ale… – uderzyła dwoma palcami w zaciśniętą pięść drugiej ręki. – Jeśli Nożyce trafią na Kamień, to się łamią. Kamień niszczy Nożyce.

Spojrzała mu w oczy z łobuzerskim uśmiechem, by przegonić cienie z jego twarzy. – Gramy. Schowała rękę za plecami. Chłopiec, widząc stawkę, zrobił to samo.

– Liczę! – zawołała. – Trzy, dwa, jeden… Pokaż!

Wyciągnęli dłonie jednocześnie. Pokazała nożyce. On z zaciśniętą z przejęcia buzią, wystawił płaską dłoń.

Kłapnęła palcami. – Ciach, ciach! Pocięłam twoją szmatę! Wygrałam!

Parsknął śmiechem. Ten dźwięk przypominał pękanie lodu na rzece. Znów schowali ręce. – Trzy, dwa, jeden!

Tym razem, myśląc strategicznie, wystawił zaciśniętą pięść. Ale ona wystawiła płaską dłoń. Objęła jego pięść.

– I znowu! – jęknął chłopiec, w jego głosie brzmiała już tylko czysta, dziecięca frustracja.

– Szmata cię złapała!

– Jak to czynisz?! Jesteś Wiedząca od gier?!

– Siedzi przed tobą Starsza od Szmaty i Kamienia! – zaśmiała się na widok rumieńców wracających na jego policzki.

Przygryzł wargę, analizując ruchy przeciwnika z powagą wodza na polu bitwy. Cień demona zniknął, przegoniony przez dwa palce i skrawek wyobrażonej szmaty.

* * *

W oddali, Robert wbijał szpadel w twardą darń, poszerzając granice przyszłego ogrodu warzywnego.

Otarł pot z czoła wierzchem dłoni i oparł się o trzonek, łapiąc oddech. Koszulka lepiła się do pleców, mięśnie piekły od wysiłku, ale ten znój przynosił satysfakcję. Budował coś.

Wzrok powędrował w stronę żony. Siedziała w słońcu z nogami podciągniętymi pod brodę. Spodnie opinały uda i biodra; w gardle nagle mu zaschło.

Śmiała się, odrzucając głowę do tyłu. Promienie słońca tańczyły na jej szyi. Jeszcze przed chwilą widział w niej bezlitosną pogromczynię demonów.

A teraz? Teraz droczyła się z chłopcem niczym starsza siostra, promieniując ciepłem i swobodą.

Nagły, gorący impuls nie wynikał z temperatury powietrza. Przeżyli kolejny dzień. Budowali rodzinę. Zasiany groch spał w ziemi.

Wyobraźnia podsunęła obraz przyszłych miesięcy: żona pochyla się nad grządkami, zbiera rzepę i kapustę. Ciało napina się przy pracy, brudna dłoń zostawia na czole smugę ziemi… Ziemia, jedzenie, kobieta. Przetrwanie.

Wbił łopatę w ziemię z nową, gwałtowną energią. – Spokojnie. Najpierw ogródek. Potem… potem zobaczymy.

Nie potrafił oderwać wzroku. W tym dzikim, brudnym świecie, bez prysznica i perfum, lśniła piękniejsza niż kiedykolwiek. Pozostawała jego jedyną towarzyszką w tej szalonej walce o przetrwanie.

Odwróciła głowę, wyczuwając spojrzenie. Ich oczy spotkały się; uśmiechnęła się do niego – inaczej niż do chłopca.

Koniec
Nowa Fantastyka