- Opowiadanie: Rafał Kwaśniak - Zgubiony klucz

Zgubiony klucz

Cześć.

Bywa że z przyjaciółmi piszemy opowiadania na czas.

Postanowiłem kilka z nich wypuścić z szuflady.

Ostatni temat: „Zgubiony klucz”.

Czy talent można ukraść?

Jaka jest cena?

Historia o artyście, który wybrał drogę bez powrotu. Prezentuję dwa alternatywne zakończenia. Ciekaw jestem, które podoba się bardziej?

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Bardjaskier

Oceny

Zgubiony klucz

 

Maestro van Doniker spojrzał na fortepian i pospiesznie odwrócił wzrok.

Od lat nie skomponował niczego wartego uwagi. A jego ostatnie dzieło… nie było jego.

Kiedy usłyszał motyw – ten cudowny motyw napisany przez ucznia – ogarnęła go zazdrość i żądza, jakiej dotąd nie znał.

I ukradł.

Ukradł mu melodię. Ukradł przyszłość.

Dobry Boże, gdyby tylko to.

Student złożył skargę do dziekanatu, a wtedy maestro wszystkiemu zaprzeczył. Chłopaka wyrzucono z akademii. Jedną decyzją złamał jego karierę i – być może – ducha.

Chrapliwie westchnął.

Wszedł do łazienki i stanął przed lustrem jak przed niemym sędzią. Mógłby przysiąc, że odbicie patrzy z pogardą. Przełknął ślinę. Musiał to zostawić, iść dalej. Jutro będzie boleć mniej.

Przyłożył do skóry chłodne ostrze brzytwy. Przez chwilę bał się, że jakiś demon lub inna personifikacja jego ukrytych lęków, pociągnie za nadgarstek i ostrze rozetnie tchawicę. Coś głęboko w nim naprawdę tego chciało. Dłoń jednak nie drgnęła.

Gdy się ogolił, marsylskie mydło i brzytwę o rękojeści ze słoniowej kości odłożył na odpowiednią półkę, w idealnych odstępach od grzebienia i pędzla.

Nie znosił nieładu.

Wszedł do wanny. Głowę oparł o zwiniętą szmatkę, by nie zamoczyć bokobrodów. Przymknął powieki. Gorąca woda rozpuściła napięcie.

Na granicy jawy i snu pojawiły się obrazy… i dźwięki.

Ujrzał małe, wesołe serafinki na chmurach wiszących ponad nim. Aniołki machały nóżkami, brzdąkając na lirach. Luźne dźwięki, zaczątek czegoś większego.

Nagle niebiańska orkiestra przemówiła całą mocą. Trąby potężne niczym oddech burzy, dzwoneczki delikatne jak miłosne wyznanie skowronka.

Maestro drgnął. Ocknął się w wannie.

Nucąc pod nosem, stukał palcami w rant, by nie zgubić rytmu. Czegoś tak pięknego nie słyszał nigdy i wiedział, że już nie usłyszy. Nie miał pojęcia, dlaczego dostąpił tak ogromnej łaski, ale był pewien, że to jego bilet do grona największych – Mozarta, Beethovena, Liszta.

Wyskoczył z wanny, odziany jedynie w pianę. Nagi rzucił się biegiem do pracowni. Bose stopy klapały na kaflach korytarza. Służba odwracała wzrok.

Wpadł do pomieszczenia i zakluczył drzwi. Chwycił partyturę i gęsie pióro. Zamarł.

Pociągnął kilka zawijasów w powietrzu.

I odkrył, że nie pamięta, jak rysuje się klucz wiolinowy.

– Jak mogłem zapomnieć… – warknął, bijąc dłonią w czoło.

Przez chwilę kusiło go, by go pominąć i zapisać nuty. Ale nie mógł.

Nie znosił nieładu.

Niebiańska melodia zaczęła się deformować. Zacisnął powieki, próbując odtworzyć symbol, lecz ujrzał tylko wijące się, czerwonookie węże.

Zawył przerażony.

Ktoś zapukał do gabinetu.

– Panie, czy wszystko w porządku? – niski głos lokaja dźwięczał niepokojem jak rozstrojony kontrabas.

– Daj mi spokój, do diabła!

Na moment utracił skupienie. Melodia wymknęła się z pamięci. Gdy znów ją pochwycił, była już czymś innym.

– Jak to brzmiało?! – zawył, drapiąc twarz.

Wracały tylko strzępy. Karykaturalne. Wynaturzone jak upadły anioł – boskość pozbawiona skrzydeł.

– Nie… nie odbieraj mi tego…

Gorycz wypełniała serce.

Wściekłym machnięciem strącił kartki z biurka. Uleciały jak spłoszone gołębie.

Spadła też batuta, którą dostał od… od… jak on miał na imię?

Schylił się po nią. W skroni szaleńczo łomotało serce.

Spocony, dysząc ciężko, opadł na fotel. Próbował rozpiąć kołnierz koszuli, lecz palce nie odnalazły guzików. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie ma na sobie ubrania.

Sługa coś krzyczał na korytarzu, ale słowa traciły krawędzie, jakby maestro zgubił gdzieś połowę alfabetu.

Poczuł, że się osuwa z siedziska.

Próbował chwycić oparcie, ale dłoń posłuchała z opóźnieniem, jak cudza.

Padł na dywan z głuchym łoskotem.

 

Rok później sługa podszedł do maestro i chusteczką zebrał ślinę ściekającą z opadłego kącika ust. Następnie popchnął wózek, tak by jego pan mógł patrzeć przez okno.

Wiatr chłostał deszczem nagie gałęzie.

Maestro czuł się, jakby utonął w morzu szarości. Zgrzytnął zębami. Jesienią zazwyczaj odwiedzał Katalonię. Wylew odebrał mu nawet to.

– Paskudna pogoda – podsumował sługa.

Nagle radośnie wystrzelił palcem ku sufitowi.

– Byłbym zapomniał. Mam coś, co z pewnością poprawi panu humor.

Sięgnął po karton i pokazał maestro okładkę.

– To młody kompozytor. Istny geniusz. Podobno zrobił prawdziwą furorę w Wiedniu.

Powieka maestro zaczęła drżeć, gdy ujrzał nazwisko swojego byłego ucznia.

Swojej ofiary.

Sługa ułożył płytę na talerzu patefonu i korbą nakręcił mechanizm.

Niebiańska muzyka – ta sama, którą rok temu usłyszał w swej wizji – wypełniła pomieszczenie, lecz tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.

– Cudowna melodia, czyż nie? – zagadnął sługa. Uśmiechnął się widząc łzy spływające po twarzy maestro.

Lecz nie były to łzy wzruszenia.

 

 

A gdyby kara przyszła inaczej…

(…)Spocony, dysząc ciężko, opadł na fotel. Próbował rozpiąć kołnierz koszuli, lecz palce nie odnalazły guzików. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie ma na sobie ubrania.

Sługa coś krzyczał na korytarzu, ale słowa traciły krawędzie, jakby maestro zgubił gdzieś połowę alfabetu.

Poczuł, że się osuwa z siedziska.

Próbował chwycić oparcie, ale dłoń posłuchała z opóźnieniem, jak cudza.

Padł na dywan z głuchym łoskotem.

Poderwał się i usiadł.

– Co to było, u diaska? – wyszeptał i sięgnął biurkowego blatu, aby się podciągnąć.

Dłoń przemknęła przez drewno, jak przez dym.

Spojrzał na nią. Półprzejrzysta.

Powoli opuścił wzrok.

Na dywanie leżały jego zwłoki. Siedział w nich do połowy. Nogi jeszcze pokrywały się z ciałem, lecz tułów rozszczepiał się na duszę i bezwładną materię. Szara, napięta twarz z wytrzeszczonymi oczami jak porzucona na dywanie maska.

Odsunął się gwałtownie od trupa.

Wtedy zrozumiał, że zerwał ostatnią nić.

Spadł na niego słup porażającego światła, przeszywając każdą myśl, każdy uczynek. Znów usłyszał niebiański śpiew. Pragnął w nim zniknąć.

Jak dziecko wyciągnął ręce ku górze.

I wtedy poczuł szarpnięcie przy kostce.

Lina uwiązana do stopy. A na jej końcu dyndał wisielec.

Nie musiał widzieć twarzy, wiedział kim jest.

– Nie…nie…nie… – wybełkotał.

Nagle przypomniał sobie kształt klucza.

Dokładnie. Każdy szczegół.

Za późno.

Nie było już drzwi, które mógłby otworzyć.

Potężna siła szarpnęła w dół, porywając go w paszczę wirujących kłębów.

 

Koniec

Komentarze

Rafale, tekst liczący niespełna sześć tysięcy trzysta znaków to jeszcze nie opowiadanie. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na SZORT.

Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, zmienione.

Rafał Kwaśniak

Witaj. :)

Gratuluję tutejszego debiutu i zapraszam do działu Publicystyka, gdzie znajdują się pomocne nam wszystkim PORADNIKI, w tym: Drakainy dla Nowicjuszy (tam m. in. jest wyjaśnienie różnic między szortami a opowiadaniami), językowe, dialogowe, myślowe, interpunkcyjne itp. :)

Podczas czytania zatrzymały mnie następujące fragmenty:

Coś głęboko w nim na prawdę tego chciało. – ort. – razem?

– Co to było (przecinek?) u diaska? – wyszeptał i sięgnął biurkowego blatu, aby się podciągnąć.

 

Świetnie ukazany motyw słusznej kary za wyrządzoną komuś krzywdę. Myślę, że mało kto żałuje w tym momencie maestro. :)

Klikam do Biblioteki, pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w dalszej twórczości. :) 

Pecunia non olet

Cześć Bruce. Poprawione. Dzięki! :)

Rafał Kwaśniak

I ja dziękuję, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Hej! Podoba mi się ten szort! Ma swoją dynamikę i czytałem ciekawy konkluzji. W obu zakończeniach zły uczynek zostaje ukarany (choć chyba nieproporcjonalnie do czynu). W pierwszym przypadku podwójnie, bo nie dość że mistrz dostaje wylewu, to jeszcze uczeń staje się sławny. Drugie zakończenie osadzone bardziej w świecie fantastycznym i może przez to bardziej intrygujące. Jednak chyba bardziej podoba mi się pierwsze. Klik do biblioteki.

 

Lecz nie były to łzy wzruszenia.

Według mnie to dopowiedzenie jest niepotrzebne, bo fragment wcześniej już to mówi: “tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.” 

 

Nagle przypomniał sobie kształt klucza.

Dokładnie. Każdy szczegół.

Za późno.

Nie było już drzwi, które mógłby otworzyć.

Potężna siła szarpnęła w dół, porywając go w paszczę wirujących kłębów.

To akurat nie do końca jest dla mnie jasne. Chodzi o klucz wiolinowy? Jednocześnie taki, który otworzyłby mu drzwi do kariery? Znaczy, jeszcze większej kariery, bo był już mistrzem. Jeżeli tak, to ciekawa gra ze znaczeniem słowa.

Czym są wirujące kłęby? Ostatecznie wpadł do piekła? Wisielec przywiązany za kostkę spadł razem z nim? 

 

Gratuluję debiutu i udarego szorta. Osobiście podobało mi się pierwsze zakończenie.

Cześć kronos.maximus. Dziękuję za cenne uwagi i spieszę, aby przybliżyć, czym się kierowałem.

W obu zakończeniach zły uczynek zostaje ukarany (choć chyba nieproporcjonalnie do czynu).

Odbierałem to tak:

W wersji pierwszej kara miała być półmistyczna, półpsychologiczna. Czyli niebiosa zsyłają wizję, lecz to reakcja maestro na stratę (jego gniew i zacietrzewienie) doprowadza go do wylewu, więc w pewnym sensie zrobił to sobie sam. Być może jest to za słabo zaakcentowane.

W wersji drugiej chciałem przekazać, że odradzony chłopak popełnia samobójstwo, a maestro staje się współwinnym, za co grozi odsiadka w piekle – wisielec ściąga go w dół.

„Lecz nie były to łzy wzruszenia. Według mnie to dopowiedzenie jest niepotrzebne”. Zgadzam się. Chciałem zagrać na tym, że lokaj inaczej odbiera rzeczywistość, nie widzi „piekła za życia”, w którym wylądował jego pan. Myślałem, że to będzie dobre domknięcie. Muszę to jeszcze przemyśleć.

Chodzi o klucz wiolinowy? Jednocześnie taki, który otworzyłby mu drzwi do kariery? – tak, chodziło o dołączenie do grona największych: Mozart itd.

Czym są wirujące kłęby? – tak, chodziło o piekło. Jakoś tak wyobraziłem sobie przeciwieństwo światła. :) I tak, ten wisielec miał być tym odrzuconym chłopakiem. Jak wiadomo, samobójstwo jest wg Kościoła grzechem, który prowadzi tylko w jedno miejsce.

Rafał Kwaśniak

Cześć CZARNA2. Dzięki. Pierwsze zakończenie dopisałem później. Ale też osobiście bardziej mi się podoba.

Rafał Kwaśniak

Hej 

 

fajny szort. Nie mam pewności czy kara spotyka każdego łotra, ale powinna :). Klikam i przesyłam uwagi do przemyślenia :) 

 

„A jego ostatnie dzieło… nie było jego.

 

„Kiedy usłyszał motyw – ten cudowny motyw napisany przez ucznia – ogarnęła go zazdrość i żądza, jakiej dotąd nie znał.

 

„I ukradł.

„Ukradł mu melodię. Ukradł przyszłość.

 

Może bez powtórzeń: Ukradł mu nie tylko melodię ale też przyszłość

 

Dobry Boże, gdyby tylko to.

Ukradł mu przyszłość więc wszystko, a więc te zdanie jest zbędne :)

 

 

„Chrapliwie westchnął.

„Wszedł do łazienki i stanął przed lustrem jak przed niemym sędzią.

 

Wszedł do łazienki i stanął przed lustrem jak przed niemym sędzią. Chrapliwie westchnął.

Ja bym to przeniósł bo teraz nie wiadomo po co te chrapliwe odgłosy ????

 

 

„Przez chwilę bał się, że jakiś demon lub inna personifikacja jego ukrytych lęków, pociągnie za nadgarstek i ostrze rozetnie tchawicę.

 

„Gdy się ogolił, marsylskie mydło i brzytwę o rękojeści ze słoniowej kości odłożył na odpowiednią półkę, w idealnych odstępach od grzebienia i pędzla.

 

Po goleniu odłożył mrsylskie mydło i brzytwę o rękojeści ze słoniowej kości. Ustawił przybory w idealnych odstępach.

Jest krócej, a nadal podkreślasz pedantyzm bohatera – grzebień i pędzel chyba już są zbędne

 

„Nie znosił nieładu.

 

Zbędne już to pokazałeś ????

 

„Gorąca woda rozpuściła napięcie.

 

Nie wiem czy rozpuściła. Może: W gorącej wodzie zeszło całe napięcie?

 

„Ujrzał małe, wesołe serafinki na chmurach wiszących ponad nim.

 

Ujrzał chmury, a na nich wesołe serafinki

 

Jak serafinki – to chyba małe ????

 

„Trąby potężne niczym oddech burzy, dzwoneczki delikatne jak miłosne wyznanie skowronka.

 

Może: Trąby potężne niczym grzmot, dzwoneczki delikatne jak miłosne wyznanie skowronka.

 

Oddech jakoś mi nie pasuje ????

 

„Maestro drgnął. Ocknął się w wannie.

„Nucąc pod nosem, stukał palcami w rant, by nie zgubić rytmu.

 

Może

 

Maestro drgnął. Ocknął się. Nucąc pod nosem, stukał palcami w rant wanny, by nie zgubić rytmu.

 

Wiemy, że ocknął się w wannie ale za to nie wiemy w rant czego stukał ????

 

„Nie miał pojęcia, dlaczego dostąpił tak ogromnej łaski, ale był pewien, że to jego bilet do grona największych – Mozarta, Beethovena, Liszta.

 

„Przez chwilę kusiło go, by go pominąć i zapisać nuty. Ale nie mógł.

 

Przez chwilę chciał go pominąć i zapisać nuty. Ale nie mógł.

 

„Niebiańska melodia zaczęła się deformować. Zacisnął powieki, próbując odtworzyć symbol, lecz ujrzał tylko wijące się, czerwonookie węże.

 

Niebiańska melodia zaczęła się deformować. Zacisnął powieki, próbując odtworzyć symbol, lecz ujrzał tylko fosfeny.

 

Unikasz lekkiej „siękozy”

 

„Następnie popchnął wózek, tak by jego pan mógł patrzeć przez okno.

 

„Powieka maestro zaczęła drżeć, gdy ujrzał nazwisko swojego byłego ucznia.

„Swojej ofiary.

 

Powieka maestro zaczęła drżeć, gdy ujrzał nazwisko byłego ucznia i

 ofiary.

 

 

„Niebiańska muzyka – ta sama, którą rok temu usłyszał w swej wizji – wypełniła pomieszczenie, lecz tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.

 

Niebiańska muzyka – ta sama, którą maeostro usłyszał rok temu – wypełniła pomieszczenie, lecz tym razem nie przyniosła ulgi, jedynie wspomnienie utraconego raju.

 

Wiemy gdzie ją słyszał ????Ale brakowało mi kto ????

 

„– Cudowna melodia, czyż nie? – zagadnął sługa. Uśmiechnął się widząc łzy spływające po twarzy maestro.

Lecz nie były to łzy wzruszenia.

 

Osłabiasz efekt tłumacząc ????

 

„– Co to było, u diaska? – wyszeptał i sięgnął biurkowego blatu, aby się podciągnąć.

Dłoń przemknęła przez drewno, jak przez dym.

 

 

„Na dywanie leżały jego zwłoki. Siedział w nich do połowy. Nogi jeszcze pokrywały się z ciałem, lecz tułów rozszczepiał się na duszę i bezwładną materię.

 

Ostanie zdanie jest przekombinowane. Drugie właściwie wszystko nam mówi… Hmmm

Może coś takiego : Eteryczne nogi jeszcze tkwiły w ciele, lecz tułów rozszczepiał się na duszę i bezwładną materię.

 

Uważaj na „się” bo nadużywasz

 

„Szara, napięta twarz z wytrzeszczonymi oczami jak porzucona na dywanie maska.

 

Tu czegoś brakuje. Może: Spojrzał na twarz – szarą, napiętą z wytrzeszczonymi oczami. Przypominała maskę, porzuconą na dywanie.

 

„Spadł na niego słup porażającego światła, przeszywając każdą myśl, każdy uczynek.

 

Spadł na niego słup porażającego światła, przeszywając każdą myśl i uczynek.

 

Powtórzenia nie są złe ale raczej staraj się unikać ????

 

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka