- Opowiadanie: khomaniac - Alkaloid

Alkaloid

Mój to­tal­ny de­biut. Krót­kie opo­wia­da­nie, które oso­bi­ście pra­gnął­bym za­szu­flad­ko­wać jako phar­ma­co­lo­gy-fic­tion :)

 

Bar­dzo ser­decz­nie dzię­ku­ję Mi­cha­el­Bul­l­finch za po­moc­ne uwagi do tek­stu.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

MichaelBullfinch, Marszawa

Oceny

Alkaloid

Skoń­czył sprzą­tać po małym wy­pad­ku w la­bo­ra­to­rium. Zga­sił świa­tło i za­trza­snął drzwi.

To był dobry dzień – po­my­ślał. Szedł nie­spiesz­nie pu­sty­mi ko­ry­ta­rza­mi in­sty­tu­tu. De­li­kat­nie krę­ci­ło mu się w gło­wie. Dźwięk kro­ków od­bi­jał się od ścian.

– Znowu się panu prze­cią­gnę­ło – wy­krzyk­nął por­tier, za­uwa­ża­jąc zbli­ża­ją­ce­go się na­ukow­ca. – Żona nie bę­dzie za­do­wo­lo­na – za­śmiał się.

– Panie Kaziu, miej­my na­dzie­ję, że smacz­nie śpi! – Od­po­wie­dział we­so­ło.

Do­cho­dzi­ła druga w nocy. Na pewno śpi.

– Do wi­dze­nia, panie dok­to­rze! Do jutra.

– Jutro za­czy­nam urlop. Do­brej nocki. – Po­ma­chał jesz­cze ręką na od­chod­ne.

– No to uda­ne­go wy­po­czyn­ku! – Por­tier wró­cił do oglą­da­nia meczu.

Wy­szedł przez głów­ne wyj­ście i tra­fił na par­king. Była przy­jem­na let­nia noc. Świersz­cze cy­ka­ły w nie­sko­szo­nym traw­ni­ku obok par­kin­gu. Wy­jąt­ko­wo gło­śno. Księ­życ świe­cił mocno, gwiaz­dy od­waż­nie mi­go­ta­ły, nie­zra­żo­ne bla­skiem licz­nych la­tar­ni.

Otwo­rzył sa­mo­chód i wrzu­cił torbę na przed­nie sie­dze­nie. Było w niej wszyst­ko, nad czym pra­co­wał przez ostat­nie ty­go­dnie.

Udało się! – po­my­ślał, od­pa­la­jąc sil­nik.

Pro­jekt oka­zał się bar­dziej wy­ma­ga­ją­cy niż przy­pusz­czał. Bez prze­rwy sie­dział w la­bo­ra­to­rium na syn­te­zach, eks­trak­cjach i kry­sta­li­za­cjach. Kiedy żona za­py­ta­ła, czy ma ko­chan­kę, od­po­wie­dział twier­dzą­co: „ko­lum­nę chro­ma­to­gra­ficz­ną”. Ale w końcu trud opła­cił się. Otrzy­mał pięt­na­ście no­wych związ­ków do badań. Bar­dzo obie­cu­ją­cych związ­ków.

Jego za­in­te­re­so­wa­nia ba­daw­cze kon­cen­tro­wa­ły się na al­ka­lo­idzie, wy­izo­lo­wa­nym z cebul ro­śli­ny z ro­dza­ju Bo­opho­ne, wy­stę­pu­ją­cej w Afry­ce Rów­ni­ko­wej. Tu­byl­cy uży­wa­ją na­pa­rów z ro­śli­ny pod­czas ta­jem­ni­czych ry­tu­ałów ini­cja­cyj­nych wo­jow­ni­ków. Napój za­bu­rza per­cep­cję i wpro­wa­dza w trans, po­zwa­la­jąc – jak wie­rzą – na­wią­zać kon­takt z nie­na­zwa­ny­mi bo­ga­mi. Z ciem­no­ści za­bo­bo­nu ro­śli­nę wy­rwa­ła eks­pe­dy­cja wło­skich et­no­far­ma­ko­lo­gów. Ce­bu­le ze­bra­no, prób­ki pod­da­no ana­li­zie che­micz­nej. Z ro­śli­ny wy­izo­lo­wa­no nie­zna­ny do­tych­czas zwią­zek che­micz­ny.

Al­ka­lo­id – bo­fa­ni­nę.

Prze­zna­czo­no go na ba­da­nia far­ma­ko­lo­gicz­ne.

Wy­ni­ki były osłu­pia­ją­ce. Dok­tor szyb­ko wpadł na po­mysł che­micz­nej mo­dy­fi­ka­cji bo­fa­ni­ny, by otrzy­mać po­chod­ne o ko­rzyst­niej­szym pro­fi­lu bez­pie­czeń­stwa, sku­tecz­niej­sze i le­piej wchła­nia­ne z prze­wo­du po­kar­mo­we­go. Póź­niej były ba­da­nia wstęp­ne i grant, a teraz w tor­bie obok niego spo­czy­wa­ła pierw­sza seria zmo­dy­fi­ko­wa­nych ana­lo­gów bo­fa­ni­ny. Po te­stach in vitro i sy­mu­la­cjach kom­pu­te­ro­wych ocze­ki­wa­nia były duże.

Pruł przez mia­sto. O tej porze było mu wy­jąt­ko­wo przy­chyl­ne – nie sta­wia­ło oporu. Dwa­dzie­ścia minut i był pod domem. Otwo­rzył bramę, wje­chał do ga­ra­żu. Torbę wziął ze sobą. Gdy prze­kro­czył próg, po­czuł, jak jest okrut­nie zmę­czo­ny. Oczy mocno łza­wi­ły. Ra­mio­na pa­li­ły od po­chy­la­nia się pod dy­ge­sto­rium, nogi drę­twia­ły od sta­nia przy stole la­bo­ra­to­ryj­nym. Nie­ocze­ki­wa­ny skurcz wy­krzy­wił mu twarz. Nie prze­jął się. Ru­szył w stro­nę lo­dów­ki. Tak jak przy­pusz­czał, żona i córka spały już dawno, przy­zwy­cza­jo­ne, że ostat­nio czę­sto wraca późno. Żona nie ro­zu­mia­ła, gro­zi­ła roz­wo­dem. Spo­koj­nie – teraz urlop, uspo­koi się, bę­dzie le­piej. Choć i tak nie zro­zu­mie.

Nie spał za to pies, który zaraz zja­wił się przy­wi­tać pana.

– Sza­rik – z werwą po­gła­skał psa po gło­wie – pie­sku, ty za­wsze cze­kasz.  

Wil­czur ma­chał ogo­nem i lizał mu dłoń. Do­pa­dli do lo­dów­ki i po­czę­sto­wa­li się ka­ba­no­sa­mi. Sma­ko­wa­ły dziw­nie. Gorz­ko. Sza­rik nie na­rze­kał.

– Ty za­wsze cze­kasz. – Po­dra­pał jesz­cze psa za uchem. 

Wie­dząc, że pach­nie jak szafa z od­czyn­ni­ka­mi, po­szedł do ła­zien­ki wziąć prysz­nic. Go­rą­ca woda i orzeź­wia­ją­cy płyn spły­nę­ły po ciele i wło­sach, przy­no­sząc roz­luź­nie­nie i cho­ciaż czę­ścio­wo wy­my­wa­jąc che­micz­ny swąd. Jesz­cze tylko jutro rano pod­rzu­cić związ­ki Jan­ko­wi do Cen­trum Badań Far­ma­ko­lo­gicz­nych i cze­kać na wy­ni­ki. No i za­cząć urlop.

Były opóź­nie­nia w pro­jek­cie i wszyst­ko mogło się wy­sy­pać. Szczu­ry w la­bo­ra­to­rium już od ty­go­dnia cze­ka­ją i rosną, z każ­dym dniem wy­ma­ga­jąc więk­szych dawek. Ze zgro­zą my­ślał też o zbli­ża­ją­cym się se­zo­nie urlo­po­wym. Na szczę­ście – za­da­nie wy­ko­na­ne.

Szyb­ki prysz­nic do­brze mu zro­bił. Wy­tarł ciało ręcz­ni­kiem, który wy­da­wał mu się bar­dziej zdzie­rać skórę, niż zbie­rać wodę, umył zęby i wło­żył szla­frok.

Och, jak do­brze – po­wta­rzał w my­ślach.

Wcho­dził już po scho­dach, kie­ru­jąc się do sy­pial­ni, gdy za­trzy­mał go dźwięk.

Obcy.

Me­ta­licz­ny.

Nie pa­so­wał do domu o tej porze.

Do­cho­dził z sa­lo­nu.

W ko­ry­ta­rzu za­uwa­żył brak torby, którą wcze­śniej rzu­cił tu na pod­ło­gę.

Przy­spie­szył. Za­pa­lił świa­tło.

– Sza­rik, kurwa! – wrza­snął.

Pies sie­dział po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia z py­skiem wsa­dzo­nym do torby. Po po­ko­ju roz­sy­pa­ne były fe­nok­sy­me­ty­lo­we po­chod­ne bo­fa­ni­ny. A Sza­rik spo­koj­nie do­ko­ny­wał de­gu­sta­cji.

Ru­szył bro­nić po­zo­sta­łej za­war­to­ści torby. Za szyb­ko.

Nie udało mu się omi­nąć po­chod­nej numer trzy­na­ście o cha­rak­te­ry­stycz­nej żół­ta­wej bar­wie i kłacz­ko­wa­tych agre­ga­tach kry­sta­licz­nych. Na­dep­nię­ta roz­py­li­ła się po po­miesz­cze­niu.

Trój­ka le­ża­ła pod fo­te­lem. W fiol­ce. Za­mknię­ta. Do­brze. Osią­gnę­ła naj­niż­sze IC50.

Śmier­dzia­ło tu czymś nie­ludz­kim, nie­zwie­rzę­cym, nie­syn­te­tycz­nym. Czymś cał­ko­wi­cie obcym.

Dłu­gim susem prze­sko­czył wsią­ka­ją­cy w dywan nie­wy­kry­sta­li­zo­wa­ny ana­log numer sześć. Był już bli­sko.

– Prze­sa­dzi­łeś! O cho­le­ra! Wy­le­cisz do psiar­ni!

Tylko co to za dźwięk?

Za­stygł.

– Sza­rik?

Pies nagle od­wró­cił się. Wy­da­wał się nie­na­tu­ral­nie szyb­ki.

Na­stro­szo­na sierść. Przy­wie­ra­ła luźno do ciała. Wy­krzy­wio­ny pysk. Oczy. Za­mknię­te? Drga­ją­ce mię­śnie. Ślina wy­le­wa­ją­ca się na pod­ło­gę.

Z otwar­tej pasz­czy wy­do­by­wał się su­ro­wy, mro­żą­cy krew w ży­łach dźwięk – da­le­ki od szcze­ka­nia.

Szu­ra­nie dru­cia­ną szczot­ką po me­ta­lu? Cię­cie drew­na tępą piłą? Roz­ruch sil­ni­ka na mro­zie?

Ob­la­ny zim­nym potem stał osłu­pia­ły i wpa­try­wał się w psa. 

Świet­na far­ma­ko­ki­ne­ty­ka. Związ­ki szyb­ko wchła­nia­ją się z prze­wo­du po­kar­mo­we­go. Dzia­ła­nie wi­docz­ne już po około pięt­na­stu mi­nu­tach. Wy­raź­na kom­po­nen­ta cho­li­ner­gicz­na – do zre­du­ko­wa­nia – no­to­wał w gło­wie.

Stwór roz­warł pasz­czę sze­rzej, da­le­ko ponad ana­to­micz­ne moż­li­wo­ści.

Zgrzy­tli­wy ryk roz­darł nocną ciszę.

Skok.

Pro­jekt nie wy­szedł poza etap badań wstęp­nych.

Koniec

Komentarze

Nie, nie, nie zrozumieliśmy się. Może źle napisałem. Albo kursywa, albo cudzysłów. Nie dwa jednocześnie. Musisz się zdecydować na jedno.

Poza tym powtórzę z bety; nie jest to moja bajka, nie znam się na zagadnieniach, które dodajesz do tekstu, ale mimo to szort mnie zainteresował. Fajny plot twist na końcu. Całkiem ciekawa historyjka. 

Moim zdaniem warta klika do biblioteki. 

Pozdrawiam i trzymam kciuki za kolejne teksty! 

You cannot petition the Lord with prayer!

Ok, zmieniłem na kursywe :) Dziękuję bardzo i pozdrawiam!

Hej!

Rozumiem, że pies zamienił się w potwora i skoczył na nieostrożnego naukowca? Od momentu kiedy Szarik włożył pysk w torbę z fiolkami spodziewałem się mniej więcej końcówki, sądziłem jednak, że piesek ostatecznie będzie na haju i z tego wyniknie jakiś zabawny twist. Miałem też w pewnym momencie myśl, że naukowiec wchłonął związek z powietrza i ma halucynacje – widzi psa przeobrażającego się w wilkołaka. Ale fakt, że projekt nie wyszedł poza etap badań wstepych wskazuje na tragiczny koniec historii.

Tekst przeczytałem z ciekawością, klikam.

 

– Szarik – z werwą pogłaskał psa po głowie – piesku, ty zawsze czekasz.  (…)

Ty zawsze czekasz. – Podrapał jeszcze psa za uchem. 

Potrzebne dwa razy?

Hej, dzięki za przeczytanie :) 

Tak, fizyczna transformacja psa i zabicie naukowca to najbardziej oczywiste zakończenie historii. Starałem się wrzucić jednak pewne poszlaki, że może to nie do końca tak wyglądało. Ale to już trochę samodzielnie trzeba nadbudować.

 

"Ty zawsze czekasz." – to wrzuciłem już po becie, z różnych względów. Powtórzeniem chciałem podkreślić uczucie osamotnienia i izolacji od rodziny.

 

Tekst przeczytałem z ciekawością, klikam.

 

Dzięki!

Moral opowiadania – nie zabieraj roboty do domu. Podobało mi się. smiley

Ruszył w stronę lodówki. Tak jak przypuszczał, żona i córka spały już dawno, przyzwyczajone, że ostatnio często wraca późno.

Trochę to brzmi tak, jakby żona z córką spały w lodówce. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

– Panie Kaziu, miejmy nadzieję, że smacznie śpi! – Odpowiedział wesoło.

odpowiedział 

 

– No to udanego wypoczynku! – Portier wrócił do oglądania meczu.

Wyszedł przez główne wyjście i trafił na parking.

Ten zapis sugeruje, że to portier opuścił posterunek i sobie poszedł na parking. :) 

 

Otworzył samochód

Chyba lepiej: Otworzył drzwi samochodu

 

Bez przerwy siedział w laboratorium na syntezach, ekstrakcjach i krystalizacjach.

Musiało mu być bardzo niewygodnie. :D

Tu bardziej pasuje “siedzenie nad czymś” .

 

Kiedy żona zapytała, czy ma kochankę, odpowiedział twierdząco: „kolumnę chromatograficzną”.

Bardzo fajne!

 

Pruł przez miasto. O tej porze było mu wyjątkowo przychylne – nie stawiało oporu.

Hm… miasto nie stawiało mu oporu? 

 

Tak jak przypuszczał, żona i córka spały już dawno

Proponuję spały już od dawna lub już dawno spały

 

Były opóźnienia w projekcie i wszystko mogło się wysypać. Szczury w laboratorium już od tygodnia czekają i rosną, z każdym dniem wymagając większych dawek. Ze zgrozą myślał też o zbliżającym się sezonie urlopowym. Na szczęście – zadanie wykonane.

Hm… tutaj pierwsza część przeczy drugiej. Na początku piszesz, że są opóźnienia i jeszcze wszystko mogło się wysypać, a potem, że zadanie zostało wykonane. Jeśli chodzi tylko o etap, który opracowywał główny bohater to warto to zaznaczyć. Na przykład: ” Na szczęście ja swoje zadanie wykonałem, więc mogę im co najwyżej wysłać pocztowkę z wakacji w Budapeszcie.”

 

A Szarik spokojnie dokonywał degustacji.

Ruszył bronić pozostałej zawartości torby. Za szybko.

Ten zapis sugeruje, że to Szarik ruszył. 

 

 

Hej! Na górze wypisałam Ci kilka drobnostek, które rzuciły mi się w oko. Ogółem fajna historyjka, ale od momentu, gdy walizka z tajemniczą bofaniną znalazła się w samochodzie głównego bohatera, wiedziałam, że coś tu zaraz wybuchnie. Zastanawiałam się tylko kiedy. Przykułeś moją uwagę i z ciekawością doczytałam do końca. Bardzo spodobał mi się fragment, gdy naukowiec, widząc zmutowanego psa, zamiast uciekać, analizuje efekty swojej pracy. :D 

 

Klikam, pozdrawiam i gratuluję debiutu na forum!

Rozgość się, pisz, komentuj. Amen.

 

Podążaj za białym królikiem.

Nowa Fantastyka