- Opowiadanie: khomaniac - Alkaloid

Alkaloid

Mój to­tal­ny de­biut. Krót­kie opo­wia­da­nie, które oso­bi­ście pra­gnął­bym za­szu­flad­ko­wać jako phar­ma­co­lo­gy-fic­tion :)

 

Bar­dzo ser­decz­nie dzię­ku­ję Mi­cha­el­Bul­l­finch za po­moc­ne uwagi do tek­stu.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

MichaelBullfinch, Marszawa, Użytkownicy II, zygfryd89

Oceny

Alkaloid

Skoń­czył sprzą­tać po małym wy­pad­ku w la­bo­ra­to­rium. Zga­sił świa­tło i za­trza­snął drzwi.

To był dobry dzień – po­my­ślał. Szedł nie­spiesz­nie pu­sty­mi ko­ry­ta­rza­mi in­sty­tu­tu. De­li­kat­nie krę­ci­ło mu się w gło­wie. Dźwięk kro­ków od­bi­jał się od ścian.

– Znowu się panu prze­cią­gnę­ło – wy­krzyk­nął por­tier, za­uwa­ża­jąc zbli­ża­ją­ce­go się na­ukow­ca. – Żona nie bę­dzie za­do­wo­lo­na – za­śmiał się.

– Panie Kaziu, miej­my na­dzie­ję, że smacz­nie śpi! – od­po­wie­dział we­so­ło.

Do­cho­dzi­ła druga w nocy. Na pewno śpi.

– Do wi­dze­nia, panie dok­to­rze! Do jutra.

– Jutro za­czy­nam urlop. Do­brej nocki. – Po­ma­chał jesz­cze ręką na od­chod­ne.

– No to uda­ne­go wy­po­czyn­ku! – Por­tier wró­cił do oglą­da­nia meczu.

Na­uko­wiec wy­szedł przez głów­ne wyj­ście. Była przy­jem­na let­nia noc. Świersz­cze cy­ka­ły w nie­sko­szo­nym traw­ni­ku obok par­kin­gu. Wy­jąt­ko­wo gło­śno. Księ­życ świe­cił mocno, gwiaz­dy od­waż­nie mi­go­ta­ły, nie­zra­żo­ne bla­skiem licz­nych la­tar­ni.

Wsiadł do sa­mo­chodu i wrzu­cił torbę na przed­nie sie­dze­nie. Było w niej wszyst­ko, nad czym pra­co­wał przez ostat­nie ty­go­dnie.

Udało się! – po­my­ślał, od­pa­la­jąc sil­nik.

Pro­jekt oka­zał się bar­dziej wy­ma­ga­ją­cy niż przy­pusz­czał. Bez prze­rwy sie­dział w la­bo­ra­to­rium przy syn­te­zach, eks­trak­cjach i kry­sta­li­za­cjach. Kiedy żona za­py­ta­ła, czy ma ko­chan­kę, od­po­wie­dział twier­dzą­co: „ko­lum­nę chro­ma­to­gra­ficz­ną”. Ale w końcu trud opła­cił się. Otrzy­mał pięt­na­ście no­wych związ­ków do badań. Bar­dzo obie­cu­ją­cych związ­ków.

Jego za­in­te­re­so­wa­nia ba­daw­cze kon­cen­tro­wa­ły się na al­ka­lo­idzie, wy­izo­lo­wa­nym z cebul ro­śli­ny z ro­dza­ju Bo­opho­ne, wy­stę­pu­ją­cej w Afry­ce Rów­ni­ko­wej. Tu­byl­cy uży­wa­ją na­pa­rów z ro­śli­ny pod­czas ta­jem­ni­czych ry­tu­ałów ini­cja­cyj­nych wo­jow­ni­ków. Napój za­bu­rza per­cep­cję i wpro­wa­dza w trans, po­zwa­la­jąc – jak wie­rzą – na­wią­zać kon­takt z nie­na­zwa­ny­mi bo­ga­mi. Z ciem­no­ści za­bo­bo­nu ro­śli­nę wy­rwa­ła eks­pe­dy­cja wło­skich et­no­far­ma­ko­lo­gów. Ce­bu­le ze­bra­no, prób­ki pod­da­no ana­li­zie che­micz­nej. Z ro­śli­ny wy­izo­lo­wa­no nie­zna­ny do­tych­czas zwią­zek che­micz­ny.

Al­ka­lo­id – bo­fa­ni­nę.

Prze­zna­czo­no go na ba­da­nia far­ma­ko­lo­gicz­ne.

Wy­ni­ki były osłu­pia­ją­ce. Dok­tor szyb­ko wpadł na po­mysł che­micz­nej mo­dy­fi­ka­cji bo­fa­ni­ny, by otrzy­mać po­chod­ne o ko­rzyst­niej­szym pro­fi­lu bez­pie­czeń­stwa, sku­tecz­niej­sze i le­piej wchła­nia­ne z prze­wo­du po­kar­mo­we­go. Póź­niej były ba­da­nia wstęp­ne i grant, a teraz w tor­bie obok niego spo­czy­wa­ła pierw­sza seria zmo­dy­fi­ko­wa­nych ana­lo­gów bo­fa­ni­ny. Po te­stach in vitro i sy­mu­la­cjach kom­pu­te­ro­wych ocze­ki­wa­nia były duże.

Pruł przez mia­sto. O tej porze było mu wy­jąt­ko­wo przy­chyl­ne – nie sta­wia­ło oporu. Dwa­dzie­ścia minut i był pod domem. Otwo­rzył bramę, wje­chał do ga­ra­żu. Torbę wziął ze sobą. Gdy prze­kro­czył próg, po­czuł, jak jest okrut­nie zmę­czo­ny. Oczy mocno łza­wi­ły. Ra­mio­na pa­li­ły od po­chy­la­nia się pod dy­ge­sto­rium, nogi drę­twia­ły od sta­nia przy stole la­bo­ra­to­ryj­nym. Nie­ocze­ki­wa­ny skurcz wy­krzy­wił mu twarz. Nie prze­jął się. Tak jak przy­pusz­czał, żona i córka już dawno spały, przy­zwy­cza­jo­ne, że ostat­nio czę­sto wraca późno. Żona nie ro­zu­mia­ła, gro­zi­ła roz­wo­dem. Spo­koj­nie – teraz urlop, wy­ci­szy się, bę­dzie le­piej. Choć i tak nie zro­zu­mie. Ru­szył w stro­nę lo­dów­ki. 

Nie spał za to pies, który zaraz zja­wił się przy­wi­tać pana.

– Sza­rik. – Z werwą po­gła­skał psa po gło­wie. – Pie­sku, ty za­wsze cze­kasz.  

Wil­czur ma­chał ogo­nem i lizał mu dłoń. Do­pa­dli do lo­dów­ki i po­czę­sto­wa­li się ka­ba­no­sa­mi. Sma­ko­wa­ły dziw­nie. Gorz­ko. Sza­rik nie na­rze­kał.

– Ty za­wsze cze­kasz. – Po­dra­pał jesz­cze psa za uchem. 

Wie­dząc, że pach­nie jak szafa z od­czyn­ni­ka­mi, po­szedł do ła­zien­ki wziąć prysz­nic. Go­rą­ca woda i orzeź­wia­ją­cy płyn spły­nę­ły po ciele i wło­sach, przy­no­sząc roz­luź­nie­nie i cho­ciaż czę­ścio­wo wy­my­wa­jąc che­micz­ną woń. Jesz­cze tylko jutro rano pod­rzu­cić związ­ki Jan­ko­wi do Cen­trum Badań Far­ma­ko­lo­gicz­nych i cze­kać na wy­ni­ki. No i za­cząć urlop.

Miał opóź­nie­nia w pro­jek­cie i wszyst­ko mogło się wy­sy­pać. Szczu­ry w la­bo­ra­to­rium już od ty­go­dnia cze­ka­ją i rosną, z każ­dym dniem wy­ma­ga­jąc więk­szych dawek. Ze zgro­zą my­ślał też o zbli­ża­ją­cym się se­zo­nie urlo­po­wym. Na szczę­ście – za­da­nie wy­ko­na­ne.

Szyb­ki prysz­nic do­brze mu zro­bił. Wy­tarł ciało ręcz­ni­kiem, który wy­da­wał się bar­dziej zdzie­rać skórę, niż zbie­rać wodę, umył zęby i wło­żył szla­frok.

Och, jak do­brze – po­wta­rzał w my­ślach.

Wcho­dził już po scho­dach, kie­ru­jąc się do sy­pial­ni, gdy za­trzy­mał go dźwięk.

Obcy.

Me­ta­licz­ny.

Nie pa­so­wał do domu o tej porze.

Do­cho­dził z sa­lo­nu.

W ko­ry­ta­rzu za­uwa­żył brak torby, którą wcze­śniej rzu­cił tu na pod­ło­gę.

Przy­spie­szył. Za­pa­lił świa­tło.

– Sza­rik, kurwa! – wrza­snął.

Pies sie­dział po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia z py­skiem wsa­dzo­nym do torby. Po po­ko­ju roz­sy­pa­ne były fe­nok­sy­me­ty­lo­we po­chod­ne bo­fa­ni­ny. A Sza­rik spo­koj­nie do­ko­ny­wał de­gu­sta­cji.

Ręce trzę­sły mu się, gdy ru­szył ra­to­wać to, co zo­sta­ło. Za szyb­ko.

Nie udało mu się omi­nąć po­chod­nej numer trzy­na­ście o cha­rak­te­ry­stycz­nej żół­ta­wej bar­wie i kłacz­ko­wa­tych agre­ga­tach kry­sta­licz­nych. Na­dep­nię­ta roz­py­li­ła się po po­miesz­cze­niu.

Trój­ka le­ża­ła pod fo­te­lem. W fiol­ce. Za­mknię­ta. Do­brze. Osią­gnę­ła naj­niż­sze IC50.

Śmier­dzia­ło tu czymś nie­ludz­kim, nie­zwie­rzę­cym, nie­syn­te­tycz­nym. Czymś cał­ko­wi­cie obcym.

Dłu­gim susem prze­sko­czył wsią­ka­ją­cy w dywan nie­wy­kry­sta­li­zo­wa­ny ana­log numer sześć. Był już bli­sko.

– Prze­sa­dzi­łeś! O cho­le­ra! Wy­le­cisz do psiar­ni!

Tylko co to za dźwięk?

Za­stygł.

– Sza­rik?

Pies nagle od­wró­cił się. Wy­da­wał się nie­na­tu­ral­nie szyb­ki.

Na­stro­szo­na sierść. Przy­wie­ra­ła luźno do ciała. Wy­krzy­wio­ny pysk. Oczy. Za­mknię­te? Drga­ją­ce mię­śnie. Ślina wy­le­wa­ją­ca się na pod­ło­gę.

Z otwar­tej pasz­czy wy­do­by­wał się su­ro­wy, mro­żą­cy krew w ży­łach dźwięk – da­le­ki od szcze­ka­nia.

Szu­ra­nie dru­cia­ną szczot­ką po me­ta­lu? Cię­cie drew­na tępą piłą? Roz­ruch sil­ni­ka na mro­zie?

Ob­la­ny zim­nym potem stał osłu­pia­ły i wpa­try­wał się w psa. 

Świet­na far­ma­ko­ki­ne­ty­ka. Związ­ki szyb­ko wchła­nia­ją się z prze­wo­du po­kar­mo­we­go. Dzia­ła­nie wi­docz­ne już po około pięt­na­stu mi­nu­tach. Wy­raź­na kom­po­nen­ta cho­li­ner­gicz­na – do zre­du­ko­wa­nia – no­to­wał w gło­wie.

Stwór roz­warł pasz­czę sze­rzej, da­le­ko ponad ana­to­micz­ne moż­li­wo­ści.

Zgrzy­tli­wy ryk roz­darł nocną ciszę.

Skok.

Pro­jekt nie wy­szedł poza etap badań wstęp­nych.

Koniec

Komentarze

Nie, nie, nie zrozumieliśmy się. Może źle napisałem. Albo kursywa, albo cudzysłów. Nie dwa jednocześnie. Musisz się zdecydować na jedno.

Poza tym powtórzę z bety; nie jest to moja bajka, nie znam się na zagadnieniach, które dodajesz do tekstu, ale mimo to szort mnie zainteresował. Fajny plot twist na końcu. Całkiem ciekawa historyjka. 

Moim zdaniem warta klika do biblioteki. 

Pozdrawiam i trzymam kciuki za kolejne teksty! 

You cannot petition the Lord with prayer!

Ok, zmieniłem na kursywe :) Dziękuję bardzo i pozdrawiam!

Hej!

Rozumiem, że pies zamienił się w potwora i skoczył na nieostrożnego naukowca? Od momentu kiedy Szarik włożył pysk w torbę z fiolkami spodziewałem się mniej więcej końcówki, sądziłem jednak, że piesek ostatecznie będzie na haju i z tego wyniknie jakiś zabawny twist. Miałem też w pewnym momencie myśl, że naukowiec wchłonął związek z powietrza i ma halucynacje – widzi psa przeobrażającego się w wilkołaka. Ale fakt, że projekt nie wyszedł poza etap badań wstepych wskazuje na tragiczny koniec historii.

Tekst przeczytałem z ciekawością, klikam.

 

– Szarik – z werwą pogłaskał psa po głowie – piesku, ty zawsze czekasz.  (…)

Ty zawsze czekasz. – Podrapał jeszcze psa za uchem. 

Potrzebne dwa razy?

Hej, dzięki za przeczytanie :) 

Tak, fizyczna transformacja psa i zabicie naukowca to najbardziej oczywiste zakończenie historii. Starałem się wrzucić jednak pewne poszlaki, że może to nie do końca tak wyglądało. Ale to już trochę samodzielnie trzeba nadbudować.

 

"Ty zawsze czekasz." – to wrzuciłem już po becie, z różnych względów. Powtórzeniem chciałem podkreślić uczucie osamotnienia i izolacji od rodziny.

 

Tekst przeczytałem z ciekawością, klikam.

 

Dzięki!

Moral opowiadania – nie zabieraj roboty do domu. Podobało mi się. smiley

Ruszył w stronę lodówki. Tak jak przypuszczał, żona i córka spały już dawno, przyzwyczajone, że ostatnio często wraca późno.

Trochę to brzmi tak, jakby żona z córką spały w lodówce. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

– Panie Kaziu, miejmy nadzieję, że smacznie śpi! – Odpowiedział wesoło.

odpowiedział 

 

– No to udanego wypoczynku! – Portier wrócił do oglądania meczu.

Wyszedł przez główne wyjście i trafił na parking.

Ten zapis sugeruje, że to portier opuścił posterunek i sobie poszedł na parking. :) 

 

Otworzył samochód

Chyba lepiej: Otworzył drzwi samochodu

 

Bez przerwy siedział w laboratorium na syntezach, ekstrakcjach i krystalizacjach.

Musiało mu być bardzo niewygodnie. :D

Tu bardziej pasuje “siedzenie nad czymś” .

 

Kiedy żona zapytała, czy ma kochankę, odpowiedział twierdząco: „kolumnę chromatograficzną”.

Bardzo fajne!

 

Pruł przez miasto. O tej porze było mu wyjątkowo przychylne – nie stawiało oporu.

Hm… miasto nie stawiało mu oporu? 

 

Tak jak przypuszczał, żona i córka spały już dawno

Proponuję spały już od dawna lub już dawno spały

 

Były opóźnienia w projekcie i wszystko mogło się wysypać. Szczury w laboratorium już od tygodnia czekają i rosną, z każdym dniem wymagając większych dawek. Ze zgrozą myślał też o zbliżającym się sezonie urlopowym. Na szczęście – zadanie wykonane.

Hm… tutaj pierwsza część przeczy drugiej. Na początku piszesz, że są opóźnienia i jeszcze wszystko mogło się wysypać, a potem, że zadanie zostało wykonane. Jeśli chodzi tylko o etap, który opracowywał główny bohater to warto to zaznaczyć. Na przykład: ” Na szczęście ja swoje zadanie wykonałem, więc mogę im co najwyżej wysłać pocztowkę z wakacji w Budapeszcie.”

 

A Szarik spokojnie dokonywał degustacji.

Ruszył bronić pozostałej zawartości torby. Za szybko.

Ten zapis sugeruje, że to Szarik ruszył. 

 

 

Hej! Na górze wypisałam Ci kilka drobnostek, które rzuciły mi się w oko. Ogółem fajna historyjka, ale od momentu, gdy walizka z tajemniczą bofaniną znalazła się w samochodzie głównego bohatera, wiedziałam, że coś tu zaraz wybuchnie. Zastanawiałam się tylko kiedy. Przykułeś moją uwagę i z ciekawością doczytałam do końca. Bardzo spodobał mi się fragment, gdy naukowiec, widząc zmutowanego psa, zamiast uciekać, analizuje efekty swojej pracy. :D 

 

Klikam, pozdrawiam i gratuluję debiutu na forum!

Rozgość się, pisz, komentuj. Amen.

 

Podążaj za białym królikiem.

Dziekuję bardzo, poprawiłem zgodnie z sugestiami :)

Pozdrawiam!

Witam!

Bardzo ciekawie się czytało taki mocno naukowy tekst. Co prawda naukowcem w tej dziedzinie nie jestem, ale ten bio-technologiczny sposób komunikowania się nie wybijał mnie z opowiadania (chociaż nie byłam w stanie zrozumieć niektórych odniesień – brak specjalistycznego wykształcenia). Końcówka przypadła mi do gustu. Mam nadzieję, że projekt jednak nie tylko nie wyszedł poza etap badań wstępnych, ale i nie wyszedł poza dom po tragedii… Creepy…

Kilka uwag do ewentualnego przemyślenia:

 

Naukowiec wyszedł przez główne wyjście i trafił na parking. Była przyjemna letnia noc. Świerszcze cykały w nieskoszonym trawniku obok parkingu.

Powtórka słowa “parking” ;)

 

Spokojnie – teraz urlop, uspokoi się, będzie lepiej.

Powtórka: spokojnie, uspokoi się ;)

 

Trochę się ta bofanina powtarza – ale rozumiem, że ciężko użyć tu jakiegoś synonimu, oprócz słowa “alkaloid”?

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

 

 

Cześć, bardzo dziękuję za przeczytanie ;)

 

Masz słuszność co do powtórzeń – poprawiłem.

 

Tak, zawarłem dosyć dużo specjalistycznych rzeczy w shorcie, ale to są raczej ozdobniki. Ich znajomość nie jest konieczna do zrozumienia sensu :)

Jeśli dobrze zrozumiałam, doktor, wykąpany i odsmrodzony, zszedł nieoczekiwanie nie doprowadziwszy eksperymentu do oczekiwanego końca, no i, niestety, urlopu też już nie będzie. :)

 

– Sza­rik – z werwą po­gła­skał psa po gło­wie – pie­sku, ty za­wsze cze­kasz. → – Sza­rik.Z werwą po­gła­skał psa po gło­wie.Pie­sku, ty za­wsze cze­kasz. Lub: – Sza­rik – z werwą po­gła­skał psa po gło­wie – pie­sku, ty za­wsze cze­kasz.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

cho­ciaż czę­ścio­wo wy­my­wa­jąc che­micz­ny swąd. → …cho­ciaż czę­ścio­wo wy­my­wa­jąc chemiczną woń.

Za SJP PWN: swąd «zapach spalenizny»

 

Wy­tarł ciało ręcz­ni­kiem, który wy­da­wał mu się bar­dziej zdzie­rać skórę… → Zbędny zaimek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szanuję ukłon, czy raczej dygnięcie, w stronę hard-sf, ale nie kupuję zawiązania fabuły. Doktor prowadzi badania nad nową, nieznaną substancją. Załóżmy nawet, że może zabrać ją do domu z laboratorium (bardzo w to wątpię, ale załóżmy). Dlaczego miałby ją zabierać do domu? Wątpię, żeby jakikolwiek profesjonalista zrobił to bez powodu, bo to zbędne ryzyko (oczywiście, rezerwuję sobie prawo do wycofania tej opinii i przeproszenia za gadanie głupot, gdyby ktoś uświadomił mi, że to powszechna praktyka).

Ta dziura logiczna byłaby jeszcze do przeskoczenia, gdyby wynagradzała ją jakaś dobra puenta. Transformacja w potwora po spożyciu substancji, choć przyzwoita i zawsze w modzie, jest wałkowana w fantastyce od 150 lat.

@regulatorzy

Dzięki! Raczej nie urlop, chyba że taki wieczysty. Ewentualnie renta. Kto to wie ;)

Przy komputerze poprawie, zgodnie z sugestiami ;)

@jerry_gainer

Dzięki za komentarz! Powiedzmy, że opowiadanie pisane przez insidera w temacie. Komu się nie zdarza brać pracy do domu ;) W tym przypadku, wziął związki, bo zaczynał urlop, a musiał je dostarczyć z rana jeszcze Jankowi do Centrum Badań Farmakologicznych! Czytałeś to w ogóle? ;)

Tak – transformacja oklepana, zgoda. Jest tutaj jeszcze drugie dno, że może to nie pies się nażarł związków, tylko naukowiec jest zatruty, po "małym wypadku", ale to tylko dla wnikliwych czytelników :> 

 

 

@khomaniac

Przepraszam i z pokorą uznaję wyższość twojej ekspertyzy w temacie. Tyle, że wciąż nie kupuję fabuły, jako coś poza pretekstem dla oklepanego finału. Wytłumaczenie, że musiał wziąć związki do domu, bo zaczynał urlop wydaje się naciągane. Nikt inny w instytucie nie pracuje? Nie ma kurierów? Nie da się poświęcić dodatkowej godziny na zabranie związków z instytutu, skoro i tak trzeba poświęcić początek urlopu na ich dostarczanie? I dla ścisłości, nie twierdzę, że zabieranie pracy do domu bo ktoś idzie na urlop nie jest możliwe, tylko że dobrze by było je czytelniej umotywować, bo na tym wisi wiarygodność świata przedstawionego.

A co drugiego dna, to dobrze, że jest, tylko że “może to tylko narkotyczna wizja” też nie grzeszy oryginalnością ;)

Masz pewne racje w kwestii oklepanej formuły. Rozumiem, że w korzystanie ze znanych motywów, może się nie podobać. Ale znane motywy, są znane nie z tego, że im się tak udało, a z tego, że dotykają dogłębnie jakiś pierwotnych warstw psychiki, odnoszą się do naturalnych człowiekowi (w tym przypadku) lęków. Oczywiście, odnalezienie nowego motywu, jest zapewne możliwe, ale niniejszy tekst po prostu nie ma takich ambicji :P

 

Kwestia logistyki nadal nie wydaje mi się, aż tak abstrakcyjna i naciągana, jak opisujesz. Skończy pracę o drugiej w nocy (w punkcie A), a związki były potrzebne rano (w punkcie B), widać opłacało się je wziąć do domu (punktu C). Ale na przyszłości zapamiętam, może za bardzo skrótowo jest to w tekście potraktowanie.

Dzięki i pozdrawiam!

Ale całe opowiadanie zasadza się na tym, że właśnie nie opłacało się zabierać związków do domu :P Czepiam się oczywiście, ale nie złośliwie. Mnie takie rzeczy naprawdę przeszkadzają. Oczywiście, to tylko i wyłącznie mój problem.

To solidny debiut. Na ambicje, mam nadzieję, przyjdzie jeszcze czas ;) Pozdrawiam!

Bardzo udany szort. Pan doktor niby taki mądry, a jednak nie za bardzo, skoro pozwolił sobie na takie niedopatrzenie. Ładnie oddane spojrzenie bohatera.

Bardzo dziękuję za pozytywną opinię!

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka