Tym razem fantastyka jest dość subtelna, ale jest – w historii alternatywnej i w jednej z postaci.
Obraz “Pod kopułami” Pani Anny Słoncz stanowił inspirację.
Zapraszam do lektury.
Tym razem fantastyka jest dość subtelna, ale jest – w historii alternatywnej i w jednej z postaci.
Obraz “Pod kopułami” Pani Anny Słoncz stanowił inspirację.
Zapraszam do lektury.
1. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje
Weszliśmy z batiuszką Mykołą do cerkwi, by odprawić pierwszą liturgię po jutrzni. Serce ścisnęło mi się z żalu – w nawie nie zobaczyłem ani jednego prawosławnego chrześcijanina. Co za upadek! Dopiero w babińcu, za ażurową ścianką dostrzegłem dwie niewyraźne sylwetki. Po zielonej chuście w kwiaty rozpoznałem starą Jekaterinę. Drugiej kobiety chyba dotychczas nie spotkałem.
Westchnąłem smętnie, widząc tę pustą cerkiew. Spojrzeliśmy z batiuszką po sobie i przystąpiliśmy do liturgii. Ciężkie czasy nastały. Wiernych ubywało z tygodnia na tydzień, ale tak źle jeszcze nigdy nie było.
Pokłoniliśmy się trzykrotnie. Wypowiedziałem słowa w świętej mowie cerkiewnosłowiańskiej:
– Pobłogosław, władyko.
Batiuszka odrzekł:
– Błogosławiony Bóg nasz, w każdym czasie, teraz i zawsze, na wieki wieków.
Wspólnie wygłosiliśmy:
– Władyko, pobłogosław naszemu carowi, Aleksemu Mikołajewiczowi, drugiemu tego imienia.
2. Bo z pracy rąk swoich będziesz pożywał
Mijały miesiące. Powoli pustka w cerkwi podczas nabożeństwa stawała się normą, a nie wyjątkiem. Wreszcie nadszedł dzień, który okazał się dla mnie czarniejszy od smoły w kotłach piekielnych.
Dawno temu, kiedy jeszcze uczęszczałem do pierwszej szkoły i uczyłem się azbuki, ówczesny metropolita układał się z carem, który poprzysiągł ochronę najświętszej cerkwi. A teraz złe języki podszepnęły naszemu umiłowanemu imperatorowi, że puste świątynie nie potrzebują aż tylu kapłanów, że to zbyt wiele kosztuje, a pieniądz niezbędny na pilniejsze potrzeby…
Biskup wezwał mnie na rozmowę. Długie godziny siedziałem na twardej ławce w wagonie, wśród tłumu ludzi przygniecionych codziennymi troskami. I oni nie szanowali sutanny. Oj, wcale nie.
A po tej podróży biskup, wygłosiwszy zwyczajowe formuły i pozdrowienia, oznajmił:
– Ojcze Dymitrze Siergiejewiczu, możecie albo wyjechać na misję do Etiopii, albo porzucić posługę w cerkwi.
Poprosiłem o czas do namysłu, ale w głębi serca doskonale wiedziałem, co powie Nastka.
I nie pomyliłem się – Nastka, moja pokorna i spokojna żona, wykrzyczała, że ani myśli jechać gdzieś do czarnej Afryki. A już na pewno nie zabierze tam, do kraju malarii i śpiączki, naszego Paszeńki, który dopiero co skończył roczek.
Przyszło mi więc rozstać się z cerkwią. Na szczęście prezbiter pozwolił nam zachować pokój na plebanii, póki nie znajdę nowej pracy. Dusza człowiek z naszego Mykoły Iwanowicza.
3. Kto nie chce pracować, niech też nie je
A znalezienie stałej pracy okazało się niezwykle trudne. Od czasu do czasu trafiała się dorywcza robota – na dzień, góra dwa. Przeważnie fizyczna – noszenie jakichś kufrów, skrzyń czy pudeł. Nie miałem nic przeciwko takiej pracy – niestary byłem, wciąż jeszcze silny… Ale płacili marnie. Dzień mordęgi ledwie wystarczał na wyżywienie naszej trójki przez tenże dzień. A co robić, kiedy nie udało mi się znaleźć nawet takiego zajęcia?
Za prace wymagające umiejętności pisania lub czytania płacono o wiele lepiej. Razu pewnego umówiłem się na zastępowanie chorego pisarza sądowego. Przez cztery dni zarobiłem na utrzymanie rodziny przez półtora tygodnia. Ale potem pisarz wyzdrowiał i wrócił na stanowisko. A co przez ten czas nasłuchałem się o krzywdach ludzkich, naoglądałem łez, tego jeszcze przed miesiącem ani sobie nie wyobrażałem. Oj, twarde jest nasze prawo dla prostego człowieka.
Kochana Nastka też rozglądała się za rozmaitymi pracami, żeby jakoś łatać dziury w naszym budżecie. A to coś wyhaftowała, a to podreperowała znoszoną odzież. Nie mogła pójść na służbę, bo kto nająłby babę z rocznym Paszeńką przy piersi?
4. W każdej pracy jest zysk, a puste gadanie prowadzi tylko do niedostatku
Tego dnia jak zwykle raniutko udałem się na rynek, żeby szukać jakiegoś zajęcia. Podszedł do mnie pewien człowiek. Od razu znać było kogoś ważnego: ciemnoszary surdut, kamizelka w czarno-czerwone wzorki, a tak misterne, że oczy bolały patrzeć, cylinder, safjanowe rękawiczki, złota dywizka, w dłoni laseczka z główką z kości słoniowej… Lekko utykał na prawą nogę.
– Dymitr Siergiejewicz?
Przytaknąłem.
– Chodźmy do szynku – ukazał laseczką na pobliską kamieniczkę, pod którą kłębił się tłumek spragnionych mieszczan i chłopów z okolicznych wiosek – porozmawiamy przy gorzałce jak mężczyzna z mężczyzną.
– Wódka odbiera rozum – zaprotestowałem nieśmiało.
– Chciałem zaproponować wam robotę, omówić szczegóły przy kieliszeczku. Ale jeśli nie chcecie…
– Jeden kieliszeczek na rozgrzewkę nie zawadzi – odparłem pośpiesznie.
Poszliśmy więc do szynku. Tam nieznajomy przedstawił się jako Leonid Martinowicz Swietłyj. Zamówił dwa kieliszki gorzałki i talerz wędlin. Trunek palił w gardle, aż się zakrztusiłem, chociaż był zimny, a kieliszek pokrył się rosą.
– Zagryźcie chlebem albo szynką, Dymitrze Siergiejewiczu.
Kiedy odzyskałem oddech, Leonid Martinowicz przeszedł do rzeczy:
– Potrzebuję pomocnika, aby uporządkować bibliotekę. Chodzą słuchy, że nadajecie się do tego jak mało kto. Płacę pięć rubli dziennie.
Pięć rubli wystarczyłoby mi do wyżywienia rodziny przez okrągły tydzień, zgodziłem się więc bez wahania.
Praca u Leonida Martinowicza okazała się bardzo przyjemna. Biblioteka wielkością niemal dorównywała całej plebanii batiuszki Mykoły Iwanowicza. Od sufitu do podłogi ciągnęły się półki wypełnione książkami. Samych Pism Świętych naliczyłem ponad dziesięć. Różne wydania, wszystkie bogato zdobione. A do tego żywoty świętych i inne dzieła teologiczne. Na marginesach hagiografii ujrzałem mnóstwo dopisków ołówkiem. Nie podobało mi się bazgranie po książkach, a po tych tyczących się naszej świętej cerkwi, to już w ogóle rzecz granicząca z herezją. Ale nie mogłem nie podziwiać gospodarza, który zgromadził tak bogaty księgozbiór.
Moim zadaniem było sporządzenie spisu tych dóbr. Najpierw dla każdej księgi przygotowywałem oddzielną fiszkę, a po przerobieniu wszystkich półek z danej tematyki robiłem spis alfabetyczny. Podług autorów, a jeśli ich nie było – podług tytułów.
Leonid Martinowicz nie wymagał pośpiechu. Wprost przeciwnie – jeśli zaszczycał domostwo swoją obecnością, dwa razy dziennie zapraszał mnie na herbatę. Siadaliśmy przy pękatym mosiężnym samowarze z Tuły. Gospodarz nalewał do filiżanek esencji pachnącej szerokim światem, ja dodawałem wrzątku. Służąca Leonida – dziewuszka o egzotycznej, południowej urodzie i nerwowych ruchach – przynosiła przepyszne ciasteczka i rozmaite konfitury. Nie tylko zwyczajne, z malin lub wiśni, ale także z pigwy, płatków róży czy winogron. Potrafiliśmy i godzinę spędzić przy tych smakołykach.
A wieczorem, pod koniec roboczego dnia, gospodarz przychodził do biblioteki z karafką nalewki i dwoma kieliszkami. Początkowo wzbraniałem się przed piciem alkoholu (a nalewki Leonida Martinowicza były o niebo mocniejsze od każdej gorzałki, której kiedykolwiek próbowałem), ale przemówił do mnie argument, że to dla zdrowotności. Siadaliśmy więc na skórzanych fotelach i malutkimi łyczkami sączyliśmy trunek. Jeśli dzień był chłodny, w kominku wesoło trzaskał ogień, napełniając nas przyjemnym poczuciem bezpieczeństwa. My popijaliśmy i gawędziliśmy, a minuty płynęły leniwie jedna za drugą. Nalewki musiały doskonale działać, bo choroby w ogóle się mnie nie imały.
5. Nie bądź wśród pijących wino ani wśród obżerających się mięsem
Zarobiłem u Leonida tyle rubli, że późną wiosną wreszcie wyprowadziliśmy się z plebanii prezbitera Mykoły i wynajęliśmy przytulny pokoik u Olgi Pawłowny, wdowy, która nie potrzebowała już tyle izb, co dawniej, a za to uważnie oglądała każdą kopiejkę.
Zanim praca nad wielotysięcznym księgozbiorem dobiegła końca, nastała fala upałów, a ja zdążyłem się serdecznie zaprzyjaźnić z Leonidem.
Kiedy wypisałem ostatnią fiszkę, odstawiłem na miejsce ostatnią księgę i sporządziłem listę dla ostatniej półki, pracodawca oświadczył, że jest bardzo zadowolony z tempa pracy i jakości moich usług, więc dla uczczenia finału dzieła nazajutrz zaprasza mnie do najlepszej restauracji w okolicy.
Musieliśmy w tym celu pojechać do miasta gubernialnego M. Uprzedziłem więc Nastkę, że wrócę do domu dopiero następnego dnia, wsiedliśmy do luksusowego powozu Leonida Martinowicza i pojechaliśmy.
Pojazd wygodny, konie silne i wypoczęte, wiorsty mijały niepostrzeżenie jak oddechy. Po trzech godzinach zajechaliśmy do miasta. Dopiero tu przypomniałem sobie, że właśnie mamy dwudziestą rocznicę koronacji naszego umiłowanego cara. Kiedyś, gdy jako diakon musiałem pilnować roku liturgicznego i pamiętać o wszystkich świętach, coś takiego nie mogłoby się wydarzyć. Oj, brak uczciwej pracy niszczy człowieka!
Po przekroczeniu bramy miasta musieliśmy zwolnić ze względu na tłumy ludzi w odświętnych strojach. Wszyscy zebrali się dla uczczenia rocznicy naszego drogiego Aleksego Mikołajewicza. W końcu dotarliśmy pod odpowiednią kamienicę. Restauracja była piękna, a Leonida musieli tu dobrze znać i poważać, bo ktoś w purpurowej liberii bogato szamerowanej złotem – ani chybi właściciel – wyszedł, kłaniając się w pas, aż na ulicę, przytrzymał drzwi, pomógł nam przy wysiadaniu. Uroczyście posadzono nas przy stoliku już nakrytym dla dwóch osób. A co tam nakładli kryształowych kielichów i porcelany pomalowanej na więcej kolorów niż ikonostas, co srebrnych sztućców w rozmaitych rodzajach! Aż nie wiedziałem, jak tego wszelakiego dobra używać, ale umyśliłem sobie, że będę podpatrywać Leonida Martinowicza.
Podano przystawki – gęsie łapki faszerowane mieloną wołowiną i smażone we frytorze – a do nich czerwone wino. W ogóle nie było słodkie, więc niezbyt przypadło mi do gustu, ale nie wypadało odmawiać, toteż wypiłem do dna. Ledwo uporałem się z tym daniem, kelnerzy przytoczyli stoliczek na kółkach, na którym czekały dwie wazki z zupą. Jak mi powiedziano – rakową. Napełniono nam talerze. Smakowała trochę morską rybą, a trochę masłem. Pachniała głównie esencjonalnym rosołem i koperkiem, ale w aromacie wyczuwałem i inne nuty. Do tego znowu wino, tym razem białe i nieco słodsze, więc wypiłem z przyjemnością. Leonid, śmiejąc się, nalał mi kolejny kieliszek.
Dalsza część uczty zlała się w mej pamięci w ciąg potraw, o których wcześniej nigdy nie słyszałem. Jedna pyszniejsza od drugiej, a wszystkie bardzo wykwintne. Straciłem rachubę dań, trunków i spełnianych toastów. Na pewno wypiłem do dna za kolejne lata szczęśliwego panowania jego wysokości imperatora i za zdrowie przewielebnego metropolity. Wychyliliśmy także po kielichu za interesy Leonida Martinowicza i powodzenie mojej rodziny, reszty biesiady nie pomnę…
Wiem tylko, że objadłem się, jak nigdy w życiu. A kiedyśmy wychodzili z restauracji, rozpętała się okrutna burza i musieliśmy szukać schronienia w jakimś innym przybytku.
Obudziłem się z bólem głowy w obcym łóżku. Za oknem dopiero świtało, więc uznałem, że mogę jeszcze trochę pospać – latem słońce wcześnie wstaje. Obróciłem się leniwie na drugi bok, a wtedy trafiłem dłonią prosto w dziwnie gładkie włosy niewieście. Jednocześnie poczułem, że wcale nie pachną rumiankiem, jak u mojej Nastki. Ponownie otworzyłem oczy i ujrzałem w niepewnym świetle poranka śpiącą u mego boku nieznajomą brunetkę. Co gorsza, nie miała na sobie koszuli! Wyskoczyłem z łoża jak oparzony, by przekonać się, że i ja nie mam żadnego odzienia.
Szukając w panice choćby portek, przewróciłem krzesło, które narobiło okropnego łoskotu. Niewiasta zamruczała coś i usiadła, bezwstydnie odsłaniając nagie piersi. Jednocześnie do izby wkroczył Leonid Martinowicz w bonżurce.
– Widzę, żeście się już obydwoje obudzili! – powiedział wesoło.
Wymacałem w półmroku jakiś strój i zakryłem nim przyrodzenie.
– Panie, skoro już znalazłeś moją koszulę, zechcesz mi ją podać. – Kobieta zachichotała i władczo wyciągnęła rękę, a ja ze wstydem odkryłem, że przyciskam do męskości nie własną rubachę, a damskie, bogato haftowane, giezło z cieniutkiego płótna.
Całkiem już nie wiedziałem, co mam począć. Sytuację uratował Leonid, który znalazł moje ubranie, wcisnął mi je w ręce, odbierając strój niewieści, po czym podał go nieznajomej. Przy tym przez cały czas ustawiał się tak, aby osłaniać mnie przed jej wzrokiem, nawet swoją chorą nogę wykorzystywał, aby grać na zwłokę. Uradowany z okazji, pośpiesznie naciągnąłem na siebie chociaż koszulę i spodnie.
Kobieta wyszła, nie czekając na śniadanie. Dopiero kiedy Leonid wcisnął jej kilka rubli do ręki, zrozumiałem, kim była i jak ohydnie zbrukałem święty sakrament małżeński.
– Jak ja to wytłumaczę Nastii? – jęczałem, wpatrując się w filiżankę herbaty. Na śniadanie jakoś nie miałem ochoty.
– A musisz jej cokolwiek tłumaczyć? – zainteresował się Leonid.
– A jakże inaczej? Miałbym okłamywać żonę?
– Nie okłamywać, tylko nie mówić rzeczy, które sprawią jej niepotrzebny ból. Powiedziałeś, że nie wrócisz na noc? Powiedziałeś. Odwiozę cię do domu wczesnym popołudniem, więc żony nie zaskoczysz. A jeśli spyta, mów zgodnie z prawdą, że nie pamiętasz, co robiłeś w nocy. Bo zdaje mi się, drogi Dymitrze, że nie pamiętasz nic a nic?
– Prawda, niemal nic nie pamiętam – odparłem z ulgą. – Żeśmy się gdzieś schronili przed burzą, a później mgła.
6. Błogosławieni wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże
Jeszcze przez kilka miesięcy nie miałem problemu ze znalezieniem dorywczej roboty. A to pomogłem komu przy żniwach czy sianokosach, a to kupiec najął mnie do rozładunku towaru… Ale z nadejściem jesiennych deszczów ruch w interesie zamarł, a tu potrzebowaliśmy z Nastią nie tylko nakarmić trzy gęby, ale i opłacić pokoik. Oszczędności topniały przerażająco szybko. Spotykałem się z Leonidem przy każdej okazji – im więcej nażłopałem się herbaty i nażarłem frykasów u niego, tym mniej jedzenia potrzebowałem w domu.
Ja miałem mnóstwo wolnego czasu z oczywistych powodów, on zawsze potrafił wygospodarować dla mnie godzinkę czy dwie. Prawdziwy przyjaciel. Często wynajdywał różne okazje, by pójść ze mną do restauracji. Już nie jeździliśmy do gubernialnego M., ale i w naszym rodzinnym miasteczku nie brakowało lokali. Nawet zaproponował, żebym wynosił dla żony i synka to, czego nie daliśmy rady zjeść. Majętny człowiek, a rozumiał mnie jak mało kto.
Kiedy pierwsze mrozy zaczęły nocami skuwać ziemię, Leonid rzekł do mnie:
– Znalazłem dla ciebie, Dimo, robotę. Stałą i pewną, na długie lata.
– Jaką, szanowny Leonidzie?
– Możesz zostać protokolantem w Ochranie.
– Ale jakże to?! W tajnej policji, która prześladuje naród?
– Płacą dziesięć rubli tygodniowo. Praca lekka; tylko piórem po papierze wodzisz, w cieple siedzisz, a nie łamiesz grzbiet pod wielopudowymi kupieckimi kuframi, czy to słota, czy to skwar.
– Wybaczcie, Leonidzie, nie mogę przyłożyć do tego ręki. Ochrana słynie z wszelkich podłości… – Rozejrzałem się poniewczasie, czy kto nie słyszał tych nazbyt szczerych słów, ale w salonie oprócz nas nie było nikogo.
W domu zastałem szlochającą Nastię.
– Co się stało?! – krzyknąłem.
– Paszeńka ma straszną gorączkę! Okłady nie pomagają! Nic nie pomaga! Potrzebujemy trzech rubli na lekarza! A nam zostały niecałe dwa… – Żona zalała się kolejną falą łez.
W te pędy pobiegłem z powrotem do Leonida. Wziąłem tę przeklętą robotę i pożyczyłem od niego pięć rubli, aby jakoś dotrwać do pierwszej wypłaty.
7. Patrząc, nie widzieli i słuchając, nie słyszeli
W nowej pracy było i tak dobrze, jak obiecywał Leonid, i tak źle, jak sam się obawiałem. Owszem, robota nie wymagała wysiłku, siedziałem wygodnie w cieple. Ale co ja się naoglądałem cierpień przy spisywaniu zeznań, co nasłuchałem wrzasków bólu! Ochrana kultywowała niechlubne tradycje opriczniny, a do listy tortur stosowanych przez nich dodała jeszcze kilka wykorzystujących nowoczesną technikę. Na przykład zabierali przesłuchiwanego na bocznicę i przywiązywali tak, żeby nie mógł się ruszyć, a jego stopy leżały na torze, i zaczynali przetaczać pociąg. Albo kładli na szynach jego żonę lub dziecko. Moja Nastia miała szczęście, że nie groził jej taki los. Przynajmniej, dopóki nie zrobiłem nic głupiego.
Na szczęście nie musiałem brać udziału w indagacjach prowadzonych na zewnątrz, co najwyżej niekiedy schodziłem do chłodnego i wilgotnego lochu. Tylko słuchałem szeptanych opowieści o torowiskach czy żywych soplach. Wierzyłem w nie wszystkie – szybko zdążyłem się przekonać, że niektórzy śledczy uwielbiają swoją robotę i torturują ludzi nawet po tym, jak nieodwracalnie odbiorą im zdolność mówienia. A i w normalnej piwnicy, przy użyciu zwyczajnych narzędzi kowala czy cyrulika, można było sprawić człowiekowi niewysłowiony ból.
Cieszyłem się, że jako diakon nie mogłem udzielać sakramentu spowiedzi. Po pierwsze, widziałem, że zawzięty śledczy potrafi wykorzystać nawet najdrobniejsze potknięcia – okłamanie kogoś bliskiego, zaniedbania, zmazy nocne i brudne myśli… A ja nie znałem i tych drobiazgów, więc nie mogłem wskazać żadnego słabego ogniwa w społeczności. Po drugie, brakowało mi wprawy w wyciąganiu skrytych myśli z opornego grzesznika, rozpoznawania wątpliwości po sposobie odwracania oczu, po wyrazie twarzy… Dobrze się stało.
Nie mogłem opowiadać Nastii o tym, co dzieje się w pracy. A już na pewno nie przy Paszce wiecznie kręcącym się w pobliżu w naszej jedynej izdebce. Na szczęście Lionia zawsze chętnie mnie słuchał. Wieczorami siadywaliśmy u niego w salonie, zazwyczaj z kieliszkami koniaku, czasem innego trunku. Nieśpiesznie sączyliśmy napoje, a ja opowiadałem o wrażeniach z minionego dnia. Gospodarz nadstawiał uszu. Niekiedy miałem wrażenie, że przy opisach co straszniejszych tortur oczy zaczynają mu połyskiwać na czerwono. Ale to musiał być tylko odblask ognia z kominka albo odbicie rozżarzonych węgielków.
8. Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono
Mijały miesiące, stopniowo dostawałem coraz więcej różnorodnych zadań. Już nie tylko spisywałem protokoły. A to podawałem śledczemu narzędzia, których nazwy w międzyczasie zdążyłem opanować w stopniu doskonałym, a to wyciągałem przesłuchiwanego z celi lub odprowadzałem go z powrotem. Na szczęście, w ślad za nowymi obowiązkami poszedł awans i podwyższenie zarobków. Teraz już dostawałem piętnaście rubli tygodniowo, a i Masza pracująca w naszej kantynie chętnie odkładała dla mnie rozmaite frykasy. Czasami nie szło tego przejeść, więc wynosiłem paczuszkę do domu.
Dzięki temu mogłem wynająć większe mieszkanie – piękne, trzypokojowe, w pobliżu głównej ulicy. Duże okna wpuszczały wiele światła. Drugie piętro dawało pewne oddalenie od smrodu rynsztoka i świeże powietrze latem. Piece kaflowe w każdej izbie – przytulne ciepło zimą.
Niestety, Anastazja nie potrafiła docenić luksusów, które zapewniałem rodzinie. Ciągle robiła mi wymówki, że kiedyś to żyło nam się lepiej, weselej, bardziej po bożemu… Głupia baba! Raz czy dwa szturchnąłem ją pięścią. Popłakała sobie w kącie, a potem przez jakiś czas bardziej szanowała swojego małżonka. Krótko to trwało, raptem kilka tygodni, ale zawsze to jakaś korzyść.
Tym chętniej gawędziłem z Lionią albo i z Maszą. Jedni ludzie potrafią zawsze witać znajomych uśmiechem i rozumieć ich w pół słowa, inni nie.
9. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu
Odwiedzałem Leonida Martinowicza niemal codziennie. Któregoś razu zostawił mnie samego na kilkanaście minut, co zdarzało się wcale często – człowiek interesów musi wszak poświęcać trochę czasu rzeczonym interesom. W oczekiwaniu na gospodarza sięgnąłem po album ze zdjęciami – rzecz rzadko spotykaną, ale ciekawą, przydatną w pracy śledczej – i zacząłem go kartkować.
Ohohoho! Lionia obracał się w jeszcze wyższych kręgach niż mi się wcześniej wydawało. Co i rusz napotykałem twarz znaną mi dotychczas jedynie z gazet. Ludzie z dworu imperatorskiego, arcybiskupi, najbogatsi w kraju kupcy…
Podpis po jednym zdjęciem przykuł moją uwagę: „Obchody dwudziestej rocznicy koronacji Jego Wysokości Imperatora Aleksego II”. A na fotografii Leonid w przepięknym ogrodzie w otoczeniu dam dworu w jasnych sukniach i mężczyzn w mundurach galowych. Panie skrzyły się od klejnotów, panowie – od medali. Daleko, na horyzoncie fotokamera uchwyciła nadciągającą chmurę burzową. Pamiętałem ten dzień! Przynajmniej częściowo. I byłem pewien, że Lionia spędził go ze mną, ucztując w mieście gubernialnym M., z dala od stolicy. A burza zmusiła nas do salwowania się ucieczką przed deszczem i szukania schronienia w kolejnym lokalu.
Zacząłem uważniej patrzeć na zdjęcia. Lionia z metropolitą, tuż obok Lionia wśród ludzi otaczających cara, w wielkiej, kapiącej od złota komnacie pałacowej. Ach, jakie przepiękne posadzki! W żadnej cerkwi takich nie widziałem. Podpis: „Negocjacje sojuszu między Dworem a Świętą Cerkwią”. I data – dziewiętnaście lat temu. Car młodziutki, można tę szczupłą figurkę wziąć za chłopca. Metropolita – nie obecny, lecz poprzedni – zmarł, zanim ukończyłem seminarium. A Lionia w ogóle się nie zmienił, wygląda kropka w kropkę jak ten Leonid, który wyszedł z salonu przed kwadransem. Strój inny, bo i moda natenczas panowała odmienna, ale twarz – identyczna.
Kim jest ten człowiek?
10. Oddajcie cesarzowi, co cesarskie
Naszą komórkę w Ochranie przeniesiono do opuszczonej cerkwi w gubernialnym mieście M. Najpierw wydawało mi się, że to fatalny pomysł, graniczący ze świętokradztwem. Ale po kilku tygodniach uznałem, że dobrze się tu pracuje. Latem w środku panuje przyjemny chłód. Jeszcze nie wiem, jak będzie zimą, ale w razie potrzeby wstawi się kozę.
Święci Pańscy nie patrzą, co my tu robimy, bo ikonostas został rozmontowany. Pozostałe ikony też zniknęły. Podziemne krypty doskonale nadają się do więzienia przesłuchiwanych. Nawet rozważałem, czy by ich nie trzymać w trumnach zamiast w karcerze. Efekt psychologiczny osiągnąłbym niesamowity, ale drogo by to kosztowało – taką trumnę stosunkowo łatwo zniszczyć od środka. Muszę porozmawiać o tym pomyśle z policmajstrem. Szkoda, że nie zostały żadne kamienne sarkofagi.
A fakt, że zajęliśmy cerkiew, nikomu nie wadzi. I tak wierni już praktycznie nie odwiedzają świątyń. Policja przynajmniej ochroni ten szacowny budynek przed zniszczeniem. Bez gospodarza szybko obróciłby się w ruinę.
11. Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek
Któregoś dnia wróciłem z roboty wściekły. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie nie tak, jak powinno. Na domiar złego Maszka się rozchorowała, a Liońka wyjechał gdzieś w interesach. Znikąd wsparcia! Przyszedłem więc do domu wyjątkowo wcześnie. Anastazja podała obiad, usiedliśmy we trójkę do stołu.
Owszem, zupa się żonie nie udała, ale kiedy Pasza zaczął marudzić, że nie będzie jadł, trzepnąłem go w tył głowy, aż wylądował twarzą w talerzu. Anastazja zaczęła płakać, mój mazgajowaty syn też. Ma już pięć lat, mógłby zachowywać się jak mężczyzna, a nie jak płaksiwa baba. To na pewno wpływ tej jego durnej matki.
Ze złości poszedłem przekąsić coś w szynku, a przy okazji popić. Gdy wróciłem późną nocą do domu, moja rodzina już spała. Następnego wieczoru zastałem opustoszałe mieszkanie – Anastazja zabrała część rzeczy swoich oraz Paszy i dokądś się wyniosła. Pewnie z powrotem do naszego maleńkiego miasteczka, gdzie ma jakąś kuzynkę i przyjaciółki. No i dobrze. Cisza, spokój, nikt nie marudzi. Jeśli będę potrzebował jakiejś kobiety, żeby ugotowała i zadbała o mieszkanie, poproszę Maszkę o pomoc. Dziewczyna z pewnością chętnie jej udzieli, w innych sprawach wspiera mnie już od dawna.
12. Jeśli zaś kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, zaparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego
Kolejny więzień zmarł podczas przesłuchania. Moi ludzie popisali się zbyt wielkim entuzjazmem. Niepowetowana strata, bo więcej świadków zamachu na burmistrza nie mieliśmy. Ot, ten trop się urywa, będziemy musieli szukać gdzie indziej. W końcu coś znajdziemy, ale ile czasu na to pójdzie i wysiłków…
Szkoda, że nigdy nie spowiadałem wiernych. Brakuje mi znajomości charakterów ludzkich, umiejętności otwierania zamkniętego umysłu. Być może byłbym lepszym śledczym, gdybym mógł wcześniej rozwinąć te talenty.
Wyszedłem na zewnątrz, na papierosa. Nawet nie spostrzegłem, kiedy zaczęło się ściemniać. A to przecież już październik, zmierzch wcześnie zapada. Znad rzeki wstaje delikatna mgła.

„Pod kopułami” – Pani Anna Słoncz
W licznych cerkwiach płoną światła. O ile pamiętam, o tej porze nie odprawia się żadnej liturgii. To wszystko muszą być policjanci i inni urzędnicy pracujący do późna. Papieros smakuje wspaniale, ale szybko się kończy. Jak wszystko, co dobrze smakuje…
Brakuje mi kontaktu z synem. Za żoną nigdy nie tęskniłem, Masza zastąpiła ją we wszystkich istotnych sprawach, ale za Paszą cni mi się niemal codziennie. Mógłbym pociągnąć za kilka dźwigni i skłonić aparat państwa do szukania chłopaka. Na pewno byśmy go znaleźli, ale wątpię, czy wyszłoby to dziecku na dobre. Ciekawe, jak teraz wygląda. Na pewno urósł, ma już ponad dziesięć lat. Jak się chowa bez ojca?
Czy pod moim okiem wyrósłby na lepszego człowieka? Niewątpliwie. Ale nie okazałem się dobrym opiekunem. Gdzie popełniłem błąd? Sięgam pamięcią wstecz i nie widzę takiego momentu. Za każdym razem podejmowałem decyzję, którą musiałem podjąć, i ten ciąg doprowadził mnie do miejsca, w którym nigdy nie chciałem się znaleźć. Widocznie to nie ja pobłądziłem, tylko świat, okoliczności.
Świateł pod niegdyś cerkiewnymi kopułami przybywa…
Ten obraz to był mój pierwszy wybór, ale się spóźniłem. :\
Nie, no moim zdaniem fantastyka ewidentna, historii alternatywnej co prawda nie wyłapałem (chyba że z tym zamykaniem cerkwi, bo wydaje mi się, że coś takiego się nie zdarzyło… Rosja nie leży w orbicie moich zainteresowań), ale kulawego L. Świetłego rozgryzłem od razu (nie wiem tylko, czemu Martinowicz; Martin, Martin… z niczym mi się nie kojarzy).
Ogólnie bardzo ,,rosyjski” tekst (przynajmniej dla mnie – patrz wyżej), tzn. jest wschodni klimat, religia i bezsens istnienia. Tylko nie do końca rozumiem, po co kolejny raz opowiadać tę samą historię moralnego upadku, która pojawiła się już w dziesiątkach filmów, książek i tak dalej. Inni czytelnicy pewnie będą zadowoleni, ale mi tym razem nie siadło.
Lonia obracał się…
Literówka? Wszędzie jest ,,Lionia”.
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Dzięki, Sndwlkr-ze. :-)
Ty się spóźniłeś, a mój współwyborca gdzieś przepadł i dawno się na portalu nie pojawia…
A miałeś jakiś pomysł na fabułę do tego obrazu?
nie wiem tylko, czemu Martinowicz; Martin, Martin… z niczym mi się nie kojarzy
Przeglądałam listę rosyjskich imion męskich i szukałam takich, które nie mają związku z szeroko pojętym chrześcijaństwem, a najlepiej mają jakieś mroczno-agresywne korzenie. Leonid pochodzi od lwa, a Martin – od Marsa.
Bo na przykład taki Michaił jest, IMO, od archanioła Michaela, z pańską cząstką “el” na końcu i nijak się nie nadaje. A Wołodymir jest słowiańskie, więc też słabo pasuje. I tak dalej.
Cieszę się, że tekst wyszedł bardzo rosyjski – tak chciałam i tak celowałam.
Tylko nie do końca rozumiem, po co kolejny raz opowiadać tę samą historię moralnego upadku, która pojawiła się już w dziesiątkach filmów, książek i tak dalej.
Bo rosyjski klimat wynikał z obrazu. A poza tym poza moralnym upadkiem chciałam pokazać coś jeszcze, ale o tym nie chcę mówić na głos. Niech czytelnicy sami szukają.
Tak, literówka, zaraz poprawię. Raczej starałam się trzymać jednego zdrobnienia, ale widać z ujednolicaniem coś nie pykło do końca.
Babska logika rządzi!
A miałeś jakiś pomysł na fabułę do tego obrazu?
Chciałem wreszcie zrobić coś z Bułgarią, ale to był raczej mglisty zarys niż pomysł. Co prawda oni mają te kościółki trochę inne (nie takie cebulaste kopuły, tylko bardziej jak Hagia Sofia), więc trzeba by było odpowiednio zmrużyć oczka. Ale cóż, jak już mówiłem, w między czasie wyleciałem myślami na orbitę i porzuciłem zamiar pisania na konkurs.
Przeglądałam listę rosyjskich imion męskich i szukałam takich, które nie mają związku z szeroko pojętym chrześcijaństwem, a najlepiej mają jakieś mroczno-agresywne korzenie.
Aaa, dobra, to ma sens.
A poza tym poza moralnym upadkiem chciałam pokazać coś jeszcze, ale o tym nie chcę mówić na głos. Niech czytelnicy sami szukają.
Ech, coś mi te interpretacje słabo idą ostatnio. :\
Tak swoją drogą, czy podział na dwanaście rozdziałów miał nawiązywać do dwunastu przykazań Daniły Filipowicza (założyciela sekty chłystów)? Na dosłownym poziomie nie widzę niczego, co miałoby z nimi związek, ale to było moje pierwsze skojarzenie.
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Bułgarii w ogóle nie znam. Nie twierdzę, że znam Rosję, ale przynajmniej przeczytałam paru ich klasyków, coś tam z historii kojarzę…
Ech, coś mi te interpretacje słabo idą ostatnio. :\
Chyba nie powinieneś brać tej winy na siebie. Wydaje mi się, że to moje przesłanie nie rzuca się w oczy. Zobaczymy, czy ktokolwiek zauważy.
Dwanaście rozdziałów. Nie, to absolutny przypadek. Napisałam, co chciałam napisać, a rozdziały ponumerowałam dopiero tuż przed publikacją. I dopiero wtedy dowiedziałam się, ile ich wyszło.
Babska logika rządzi!
Bułgarii w ogóle nie znam.
Szkoda, piękny i ciekawy kraj, u nas niesłusznie traktowany z lekceważeniem. :)
Nie, to absolutny przypadek.
Raczej szczęśliwy zbieg okoliczności. Widzisz, ja byłem pewien, że to coś znaczy – taka fajna liczba. ;)
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Co zrobić, nie znam wielu ciekawych krajów, książek i Bóg wie czego jeszcze…
Lubię dwunastkę. Jeśli już, to kojarzyłabym ją z liczbą apostołów. I po prostu jest podzielna przez wiele liczb. Gdyby nie pięć palców u ręki, pewnie używalibyśmy układu dwunastkowego.
Babska logika rządzi!
Hej, Finklo!
Dziękuję za podzielenie się opowiadaniem, wymiernie mi uprzyjemniłaś wieczór. Narracja przemyślana i pewnie poprowadzona, tytuły rozdziałów smakowite, klimat odzwierciedla to, co pewnie oboje znamy z rosyjskiej literatury. Język ładny, bez jakichś fajerwerków czy nachalnych popisów, po prostu precyzyjnie wyraża myśli i nie odwraca uwagi od zdarzeń.
Fantastyki niewiele, bo nie zmieniłoby to istotnie fabuły, gdyby pan Swietłyj był tylko znanym podróżnikiem czy przemysłowcem – osadzenie opowieści w czasach “Aleksego II” ma jednak większe znaczenie, skoro przedstawiasz stosunki społeczne, które w realnej carskiej Rosji nie wystąpiły, ale w kolejnych dekadach mogłoby do tego dojść.
Szkoda, że ujęcie upadku bohatera wydało mi się skrótowe. Owszem, szkicujesz w kilku zdaniach ten mechanizm, że nie może rozmawiać z żoną o pracy, a potrzebuje się wygadać, więc coraz częściej wymyka się wieczorami z domu i oddala od niej emocjonalnie, śródtytuły też trochę dopowiadają – ale mam wrażenie, że “Mijały miesiące” na początku rozdziału 8 zasłoniło coś bardzo ważnego, co pomogłoby czytelnikowi lepiej pojąć sedno tej ewolucji i w razie potrzeby dostrzegać podobne objawy we własnym otoczeniu.
Wątpię, czy niebogata gospodyni domowa we wczesnym XX wieku spanikowałaby i chciała wzywać lekarza z powodu zwykłej infekcji u dziecka. Gdyby na przykład Paszka dostał drgawek gorączkowych, pewnie łatwiej bym w to uwierzył.
Wyłowione z tekstu (to nie jest przypadkowy wybór, lecz faktycznie jedyne drobiazgi, które spostrzegłem przy w miarę uważnej lekturze):
Tym chętniej gawędziło mi się z Lionią albo i z Maszą.
Tym chętniej gawędziłem (tym lepiej, gładziej gawędziło mi się).
Na pewno byśmy go znaleźli, ale wątpię, że wyszłoby to dziecku na dobre.
Chyba naturalniej “wątpię, czy”.
A poza tym poza moralnym upadkiem chciałam pokazać coś jeszcze, ale o tym nie chcę mówić na głos. Niech czytelnicy sami szukają.
Chodzi o długofalowo niekorzystny wpływ zbliżania się kościoła do władzy na jego interesy i poważanie wśród wiernych, dobrze sobie myślę? Świadczyłoby to o Twoim warsztacie: koronkowa robótka, tak wszyć główne przesłanie opowiadania, żeby naturalnie wypływało z obrazu świata przedstawionego i nawet czujny czytelnik myślał, że sam wyciągnął wniosek. Z drugiej strony specyfika Rosji i prawosławia może sprawić, że w typowym odbiorze ten wniosek nie będzie ekstrapolowany na inne związki wyznaniowe.
Pozdrawiam i polecam do Biblioteki,
Ślimak
Dzięki, Ślimaku. :-)
Język ładny, bez jakichś fajerwerków czy nachalnych popisów, po prostu precyzyjnie wyraża myśli i nie odwraca uwagi od zdarzeń.
Miło mi, że tak uważasz, bo do tego chyba zawsze dążyłam. A co do fajerwerków – zależy od definicji. Lubię używać słów, które może i nie są szalenie popularne, ale dobrze oddają, co chcę przekazać. Na przykład wykorzystanie “Opriczniny”, to już może być mały popisik.
Szkoda, że ujęcie upadku bohatera wydało mi się skrótowe. Owszem, szkicujesz w kilku zdaniach ten mechanizm, że nie może rozmawiać z żoną o pracy, a potrzebuje się wygadać,
Ten upadek zaczął się o wiele wcześniej – od pójścia do szynku z Leonidem. Dymitr z początku protestował, ale potrzebował tej roboty, więc uległ.
mam wrażenie, że “Mijały miesiące” na początku rozdziału 8 zasłoniło coś bardzo ważnego,
Hmmm. Ja mam wrażenie, że to tylko stopniowe obojętnienie na ból torturowanych ludzi i coraz większe zaangażowanie w tę robotę. Żadnego przełomowego kroku w tym czasie mój bohater nie zrobił.
Wątpię, czy niebogata gospodyni domowa we wczesnym XX wieku spanikowałaby i chciała wzywać lekarza z powodu zwykłej infekcji u dziecka.
OK, dopiszę, że to była bardzo wysoka gorączka. W moim zamyśle Nastia wierzyła, że walczy o życie dziecka i sama nie da rady.
Dzięki za wskazanie potknięć, za moment zmienię.
Chodzi o długofalowo niekorzystny wpływ zbliżania się kościoła do władzy na jego interesy i poważanie wśród wiernych, dobrze sobie myślę?
Trafiony, zatopiony.
Uważam, że bratanie się z tronem jest dla każdego kościoła niebezpieczne, a jeśli państwo jest opresyjne, to już samobójstwo, na którym cierpią wszystkie strony, a najbardziej zwykły człowiek.
Babska logika rządzi!
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet
Witam Jurorkę Bruce. :-)
Babska logika rządzi!

Pecunia non olet
:-*
Babska logika rządzi!
Cześć,
Finkla teraz chyba pisze tylko konkursowo, więc trzeba się tym cieszyć. No i się cieszyłam, bo to zajmująca lektura. Człowiek może zdradzić swoje wartości, nawet nie zauważając kiedy to się stało. Motyw niby znany, ale ładnie ograny. Mam też pewną słabość do klimatów rosyjskich, co w obecnych czasach zakrawa na herezję w niektórych kręgach, ale taka stylizacja to dla mnie dodatkowy smaczek.
Szkoda trochę, że przez drugą część pędzimy – to, gdzie zachodzą największe zmiany w bohaterze jest dość skrótowo przedstawione.
To mnie na chwilę zatrzymało:
W oczekiwaniu na gospodarza sięgnąłem po album ze zdjęciami – rzecz nowomodna
Podpis: „Negocjacje sojuszu między Dworem a Świętą Cerkwią”. I data – dziewiętnaście lat temu
Album musiał mieć z 19 lat, więc rzecz nie taka nowomodna. Jasne, dla głównego bohatera pewnie tak, dla kręgów arystokrackich już mniej, ale powstaje drobny dysonans. Dziewiętnaście lat to już wystarczająco długo, aby nowinka zdążyła spowszednieć.
Dzięki, OldGuard. :-)
Miło Cię znowu widzieć. :-)
No, może nie tylko konkursowo, ale głównie. Ale zdarza się popełnić coś poza konkursem. Od pisania jednego takiego opka właśnie konkurs mnie oderwał.
Ja mam bardziej słabość do klimatów ukraińskich, ale czasami to trudno rozgraniczyć. Zwłaszcza przy grzebaniu w historii.
Szkoda trochę, że przez drugą część pędzimy – to, gdzie zachodzą największe zmiany w bohaterze jest dość skrótowo przedstawione.
Hmmm. To już druga uwaga na ten temat, więc zapewne macie ze Ślimakiem rację. Mnie się wydawało, że kluczowe są pierwsze, małe kroczki w stronę przepaści, wprawienie w ruch, a potem to już tylko bezwładność. Najwidoczniej się mylę.
Nad nowomodnością albumu jeszcze się zastanowię.
Babska logika rządzi!
Miło Cię znowu widzieć. :-)
Miło tu przede wszystkim wrócić 
Hmmm. To już druga uwaga na ten temat, więc zapewne macie ze Ślimakiem rację. Mnie się wydawało, że kluczowe są pierwsze, małe kroczki w stronę przepaści, wprawienie w ruch, a potem to już tylko bezwładność. Najwidoczniej się mylę.
Może kwestia tego, że tekst czytało mi się dobrze, więc i tę nieopowiedzianą część historii chętnie bym przeczytała.
Być tu przez cały czas też jest miło. :-)
No, mi się wydaje, że tam nic ciekawego nie ma – robi się coraz bardziej agresywny i niemiły, puszczają hamulce, awansuje w Ochranie…
Babska logika rządzi!
Bardzo fajne opowiadanie, dobrze się czyta. Napisane przejrzystym, eleganckim językiem, bez przesady z ozdobnikami.
Historia też ciekawa. Początkowo kibicowałem Dymitrowi i cieszyłem się, że trafiła mu się dobra praca, odpowiednia do jego kwalifikacji u wyrozumiałego pracodawcy i że los wreszcie się do niego uśmiechnął. Dopiero z czasem zacząłem łapać, że on się gotuje jak ta żaba w wodzie – powoli, niby niewinnie, krok po kroczku, aż w pewnym momencie stał się rozgotowanym kąskiem w zupie.
Trochę w stylu opowiadań Czechowa, które bardzo lubię.
Naszłem dwie oszibki: 
4. W każdej pracy jest zysk, a gadanie na próżno do niedostatku
Nie brakuje jakiegoś czasownika po przecinku? Albo "a w gadaniu na próżno – niedostatek"?
Pracu u Leonida Martinowicza okazała się bardzo przyjemna.
literówka
No tośmy sobie, ..., polatali!
Dziękuję, Berigu. :-)
Witam nowego Czytelnika. :-)
Miło mi, że widzisz tyle zalet.
Porównanie do Czechowa bardzo pochlebne. I cieszy mnie, bo chciałam osiągnąć rosyjski klimat. Znaczit – powiezło. ;-)
Metaforę z gotowaniem żaby też przyjmuję z zadowoleniem – właśnie tak to wyszło.
Podtytuły brałam z Biblii. Ale ten czwarty faktycznie jakiś niewydarzony. Zmienię na inne wydanie.
Literówkę zaraz poprawię.
Babska logika rządzi!
Hej @Finkla!
Jedna rzecz, która od razu bardzo mi się spodobała – patrząc na obraz Anny Słoncz, też miałem na myśli wschód. Widząc te wieże, to ewidentnie wschodni sznyt i architektura (wypisz wymaluj cerkwie). Bardzo trafna interpretacja obrazu.
Sama historia to kawał solidnej opowieści, a takie powolne budowanie fabuły cenię sobie najbardziej. Bardzo fajnie zagrało to jego ciągłe wewnętrzne wybielanie się i naiwne zwalanie winy na „okoliczności”. No i Leonid – czysty Mefistofeles pachnący herbatą z Tuły ;)
Trochę zapachniało to lekko klimatami Dostojowskiego :)
Klikam – za warsztat i przede wszystkim interesującą inspirację. Kawał dobrej roboty.
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)
O, robi się wysyp nowych Czytelników. :-) Powitać, powitać.
Dziękuję, Melendurze88. :-)
Tak, ten obraz wygląda wschodnio i od razu skojarzył mi się cerkiewnie. Już sama nazwa – “Pod kopułami” – o czymś świadczy.
Wydaje mi się, że ludzie mają skłonności do takiego wybielania. Jeśli ktoś nakabluje szefowi na kolegę, to czyste świństwo. Ale jeśli ja nakabluję, to robię dla wyższych celów – bo jego nieodpowiedzialne zachowanie może prowadzić do wypadku, bo swoją głupotą może zniszczyć pracę całego zespołu, bo to, bo tamto… Milion ważnych powodów potrafimy wymyślić. A im bardziej ktoś jest skorumpowany moralnie, tym lepiej mu idzie wyszukiwanie usprawiedliwień. Czyż nie?
Tak, Leonid miał pozostawiać po sobie zapaszek siarki. Mniej lub bardziej uchwytny.
Był już Czechow, teraz Dostojewski… Fiu, fiu… Nie wiem, czy powinnam czekać z zapartym tchem na Tołstoja. ;-)
Babska logika rządzi!
Pozdrawiam wieczorową porą!
Często brakuje mi kontaktu z synem.
Mam wrażenie, że można wyrzucić “często”, skoro w kolejnym zdaniu jest to opisane – miałem wrażenie powtórzenia podobnej treści. Szczególnie, że brak kontaktu nie jest opisany jako chwilowy, ale ogólny – więc jest cały czas.
Drugie powtórzenie w tym stylu dotyczy “przyjaciółki” głównego bohatera, dwa razy piszesz, że spełnia jego potrzeby i już za pierwszym razem czytelnik może domyślać się, jakie. Moim zdaniem lepiej byłoby “pokaż” zamiast “opisz” przy tym drugim razie. Ponieważ konkurs trwa, pewnie trudno byłoby to ruszyć… więc chyba będę musiał polubić zamiast wytykać :)
Podobał mi się język. Jest dopracowany i pasuje do całej historii, buduje nastrój, a przy całej tej stylizacji całość dobrze się czyta.
Opis stopniowego upadku trochę przypomniał mi Twoje opowiadanie z konkursu o roślinach – tam również historia dąży w wybranym kierunku, nie zwiedza bocznych ścieżek, jest opisana “jak po sznurku”. Z jednej strony jest to klarowne i bardzo dobrze się czyta, nie sposób się zgubić. Z drugiej brakowało mi nieco emocjonalnego “trzepnięcia”. Bo historia ma szansę uderzać mocno czytelnika.
Po namyśle stwierdziłem, że nie jest to wada. Schodzimy wraz z bohaterem schodek po schodku do piekła, a na każdym tak przyzwyczajamy się do zła, że przestajemy go zauważać, a rzeczy, które na początku opowiadania by nas uderzyły i przeraziły, po prostu czytamy jako kolejny opis dnia powszedniego bohatera. Widziane w ten sposób ma to złowieszczy urok, a przede wszystkim sens i jest zamierzonym efektem (jest, prawda? :) ).
Za językowy i stylistyczny efekt wow klik błyskawiczny!
Dzięki, Marzanie. :-)
Masz rację, “często” do wyrzucenia.
Pokazanie, co dokładnie Dima robi z Maszą. Raczej nie, bez względu na regulamin konkursu. To jest narracja w pierwszej osobie, facet coraz bardziej próbuje się wybielać. Nie pasowałoby mi tu napisanie wprost “zdradziłem żonę z bufetową”, tylko jakoś ogródkami, standardowe gadki niewiernych mężów “bo żona mnie nie rozumie”, “mężczyzna ma swoje potrzeby”… Mam nadzieję, że pomogłam w polubieniu. ;-)
Skojarzenia z atakiem na las, powiadasz? Hmmm, może coś w tym być. Chyba ogólnie wierzę w nieznaczne początki wielkich procesów. Tak, to staczanie się po równi pochyłej było zamierzone.
Niektórzy twierdzą, że trzecia wojna światowa już trwa. Kiedy się zaczęła?
Umiem używać języka, nie umiem w trzepanie emocjami.
Babska logika rządzi!
Dodam, że podobał mi się opis samego kuszenia. Często w opowiadaniach diabeł uderza mocno i w pierwszej chwili, kiedy bohater go spotyka. Tutaj smycz jest dużo dłuższa, bohater może wybierać, oddalić się, ale i tak sam wraca. Rozwój historii opiera się na jego wyborach i podatności na kuszenie. Zadajesz ważne pytanie, czy zło jest w człowieku i zewnętrzne wydarzenia je wyzwalają, czy człowiek jest dobry, ale świat zewnętrzny go łamie. Przynajmniej tak to odczytałem.
Tak, nie było klasycznego cyrografu podpisywanego krwią. Tylko kieliszeczek gorzałki. A potem drugi…
Nie myślałam o zadaniu takiego pytania, ale skoro je wyczytałeś…
Sądzę, że w niektórych momentach człowiek jest bardziej podatny na pokusy. Gdyby cerkiew nie wykopała Dimy, nic z tego by się nie wydarzyło. Kiedyś tam zostałby samodzielnym prezbitrem we własnej parafii z dwójką albo trójką dzieci i tyle. Prowadziłby skromne, ale uczciwe życie.
W sumie, to w żadnym momencie Dima nie powiedział sobie “a teraz postąpię źle”.
Babska logika rządzi!
Był już Czechow, teraz Dostojewski… Fiu, fiu… Nie wiem, czy powinnam czekać z zapartym tchem na Tołstoja. ;-)
Wystarczą dwie krótkie linijki: 
13. Twoja nieprawość spadnie na twoją głowę
Masza spakowała walizki i udała się na dworzec…
No tośmy sobie, ..., polatali!
No, grubo pojechałeś. :-)
Babska logika rządzi!
Tym razem fantastyka jest dość subtelna
Najlepiej.
Bardzo mi się tu proza podobała. Fajnie wystylizowana, tak że czuć tego bohatera, ten klimat, a nie za mocno, żeby się czytelnik nie męczył. Płynie się przez ten tekst.
Ujawnienie się szejtana zaskakuje, ale ma pełen sens, czyli tak, jak powinno być.
Bardzo ładna klamra, gdy ochrana przenosi się do cerkwi. Taka wymowna a naturalna.
Ogółem mi się bardzo.
Chorobę Paszeńki bym sugerował jakoś inaczej rozegrać, bo teraz tak spada z nieba i wygląda na bardzo “wygodną” dla Autorki. No akurat wtedy zachorzał i akurat oszczędności się skończyły. Później można inaczej na tę scenę spojrzeć, ale nie jest wcale oczywiste, że element fantastyczny maczał w tym palce. Po za tym pierwsze wrażenie robi się raz.
Pokazanie, co dokładnie Dima robi z Maszą. Raczej nie, bez względu na regulamin konkursu.
Eeee w regulaminie chyba nic nie było? Nawet wprost było, że może być erotyka.
Pozdrawiam!
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Dzięki, Zakapiorze. :-)
Miło mi, że Ci się podobało i dostrzegasz mnóstwo zalet.
Choroba Paszki. Może i nie jest naturalna, ale na pewno nie spada z nieba. Tylko jak to zasugerować wcześniej? Najlepiej bez wskazywania palcem, kim jest Leonid, bo to jeszcze może nie być widoczne… Tak akademicko pytam, bo konkurs się skończył, więc na razie nic nie będę zmieniać.
Figle z Maszą i regulamin. Same figle teoretycznie można by pokazać, ale to już by była za duża zmiana w stosunku do pierwotnego tekstu, IMO. A zresztą i tak nie chcę, żeby narrator otwartym tekstem wyrąbał, co i jak wyczyniał z dziewczyną.
Babska logika rządzi!
Same figle teoretycznie można by pokazać, ale to już by była za duża zmiana w stosunku do pierwotnego tekstu, IMO. A zresztą i tak nie chcę, żeby narrator otwartym tekstem wyrąbał, co i jak wyczyniał z dziewczyną.
A nieee, ja nie sugerowałem, żeby to faktycznie robić, zdziwiłem się tylko że może coś nie doczytałem w regulaminie i czy zaraz mnie Michael nie zdyskwalifikuje. Ale faktycznie, reguła, żeby za bardzo nie zmieniać, była.
Tak akademicko pytam, bo konkurs się skończył, więc na razie nic nie będę zmieniać.
Akademicko odpowiem, że mógłby np. być chory cały czas, a po rozmowie z elementem fantastycznym mogło mu się nagle nasilić.
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Nie, chodziło o wprowadzanie zmian, a nie o nieobyczajne treści. ;-)
No, niby tak. Mógłby Dima wcześniej wspomnieć, że dzieciak kaszle… Leonid i bez tego wie takie rzeczy. No, nie wiem.
Babska logika rządzi!
Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)
Dzięki, Misiu. :-)
Ale powiedziałbyś, co sądzisz o tekście.
Bo Jury kiedyś wstawi porządne komentarze…
Babska logika rządzi!

Podążaj za białym królikiem.
Hmmm. Nie widzę obrazka, ale zakładam, że to Judgmental cat.
Kici, kici, koteczku. Masz tu rybkę:
<*)XOXo<
Babska logika rządzi!
Finklo, dopóki konkurs trwa, nie ułatwiam/utrudniam jurkom opracowanie werdyktu. ;)
Eeee, Jury nie przecież nie sugeruje się komentarzami innych.
I czy wrócisz z merytorycznym komentarzem po ogłoszeniu wyników?
Babska logika rządzi!
Nie umiem pisać merytorycznych komentarzy. :(
Wystarczy napisać, co Ci się podobało, a co nie. To już jakaś wartościowa informacja.
Babska logika rządzi!
Czytało się przyjemnie. Wciągająca historia w dobrze oddanym rosyjskim/wschodnim klimacie.
Dość późno wyłapałem tożsamość Leonida, więc albo mój mózg działał na mniejszych obrotach, albo dobrze ukryłaś diaboła ;>
Dzięki, Stormie. :-)
Cieszę się, że lektura przyjemna i wciągnęła.
Z Leonidem starałam się odkrywać karty stopniowo. Zaczyna się całkiem ludzko i niewinnie.
Babska logika rządzi!
Hmmm. Nie widzę obrazka, ale zakładam, że to Judgmental cat.
Już naprawiłam kotmentarz!
Kici, kici, koteczku. Masz tu rybkę:
<*)XOXo<
Judgmental cat jest niepodatny na wszelkie formy przekupstwa! :D
Podążaj za białym królikiem.
O, kotełek się pojawił.
Eeee, nie znam kota, który potrafi się oprzeć rybce. ;-)
A może raki z tej zupy rakowej, co przywiodła Dimę do zguby? ;-)
Babska logika rządzi!
świetny tekst, jak z Tołstoja!
Dbałość o język i świat epoki.
Czuć ten upadek po równi pochyłej.
Wyliczanka 3 ruble na lekarza, 5 rubli dniówki, 15 rubli tygodniowo przypomniała mi Braci Karamazow (i chyba ciągle aktualne we współczesnej Rosji) jałmużna dla 2 polskich szlachciców 2 ruble na tydzień by nie zmarli z głodu, 200 rubli urzędnika, które pozwala zmienić miasto i rozpocząć nowe życie i 1500 rubli przepuszczone w jedną noc przez jednego z braci.
Dziękuję, TheGuru. :-)
Witam nowego Czytelnika moich tekstów.
No to doczekałam się i Tołstoja, po Czechowie i Dostojewskim.
Tak, temat wyliczania, ile rubli i kopiejek na co, często pojawia się na kartach rosyjskiej literatury. To i ja sobie nie żałowałam.
Fajnie, że widać stopniowy upadek.
Babska logika rządzi!
Hej!
Fajny pomysł z tytułami rozdzialików, które można odczytywać jako nieco ironicznie potraktowane motta duchownego. W pewnym momencie domyśliłem się mniej więcej do czego tekst zmierza, ale czytałem nadal z ciekawością. Każdy kroczek bohatera, niby niewielki i niewinny, niby postawiony z konieczności, przesuwał go bliżej mrocznej strony. Pytanie, czy było to podświadome dążenie duchownego do zła (słabość charakteru), konieczność wyborów narzucona przez okoliczności, czy może ukryty plan wciągnięcia go w sidła na zasadzie powolnego gotowania żaby (przez Leonida, regulującego temperaturę). Ostatni akapit z refleksjami wskazuje na fatalizm, albo jakiś rodzaj postracjonalizacji – tak musiało być, nie miał wyboru.
Zgadzam się z poprzednio komentującymi, że pod koniec następuje za duże przyspieszenie.
Jeszcze jedna rzecz – pasował mi obraz do klimatu opowiadania. Te kopuły rzeczywiście jakby prawosławne.
Podsumowując: wciągająca historia, płynnie napisana, z przyjemnością przeczytałem.
Dzięki, Kronosie.maximusie. :-)
Fajnie, że pomysł fajny a kopuły pasują.
Tytuły rozdziałów. Po prostu szukałam cytatów z Biblii pasujących do tematu omawianego w rozdziale.
Pytanie, czy było to podświadome dążenie duchownego do zła (słabość charakteru), konieczność wyborów narzucona przez okoliczności, czy może ukryty plan wciągnięcia go w sidła na zasadzie powolnego gotowania żaby
Mam swoją odpowiedź na to pytanie, ale nie chcę jej nikomu narzucać. Sam sobie wybierz coś pasującego. :-)
Co do ostatniego akapitu – wiesz, to narracja pierwszoosobowa, bohater próbuje się wybielać. Jaki złol przyzna się do błędu, jeśli może zrzucić odpowiedzialność na cokolwiek innego?
No, jeśli wszyscy tak twierdzą, to pewnie macie rację, a ja źle wycyrklowałam. Trudno.
Babska logika rządzi!
Hej!
Czytając opowiadanie, miałem wrażenie, że obserwuję wydarzenia jakby z lotu ptaka. Często nie ma szczegółowych opisów wydarzeń, tylko “mijały miesiące” i miesiące mijają ;) Do tego bohater bardzo szybko akceptuje każdą nową sytuację. Czasem, jak na przykład w przypadku bicia żony, akceptuje ją jeszcze zanim nastąpi i nie prezentuje towarzyszących mu emocji w żaden wyraźny sposób.
Normalnie wiele z tych rzeczy zaliczyłbym jako wadę, ale tu czytało mi się bardzo przyjemnie. Prawdopodobnie dlatego, że pod spodem przemiany charakteru były bardzo spójne i logicznie ułożone, a a wydarzenia szły wartko do przodu, więc podczas lektury miałem frajdę z odtwarzania tego, co dzieje się w głowie bohatera na podstawie częściowych informacji.
Ugryzło mnie to tylko na końcu. Niby Dymitr nagle robi się wylewny, ale ta wylewność też jest taka trochę oddalona, info dumpowa i pewnie bardziej przemówiłoby do mnie pokazanie żalu za synem w jakiejś mniej oczywistej scence.
Bardzo podobało mi się użycie obrazu. Nie jest wrzucony na początku/na końcu tylko jako inspiracja, ale przynajmniej mi przesunął obraz świata w stronę trochę bardziej zurbanizowaną, pod ściślejszą kontrolą. Bardziej w stronę historii alternatywnej.
(Chwila, czy to kolejny raz, kiedy Finkla jako jedyna przeczytała regulamin i zobaczyła, że są punkty za wykorzystanie obrazu)?
Od razu znać było kogoś ważnego: ciemnoszary surdut, kamizelka w czarno-czerwone wzorki, a tak misterne, że oczy bolały patrzeć, cylinder, safjanowe rękawiczki, złota dywizka, w dłoni laseczka z główką z kości słoniowej…
Jak to przeczytałem, to pomyślałem, że brzmi to trochę jak opis diabła, ale potem był taki miły, że jednak zwątpiłem ;)
Serce ścisnęło mi się z żalu – w nawie nie zobaczyłem ani jednego prawosławnego chrześcijanina.
To za to brzmi mi trochę, jakby w nawie był jakiś rzymski katolik albo muzułmanin :P
Pozdrawiam :)
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
Dzięki, Ostamie. :-)
No dobra, to chyba już ustalone, że w końcówce za bardzo przyspieszyłam i streściłam. Trudno. Acz do bicia żony przygotowałam podkład – najpierw uznał, że powinna być mu wdzięczna za to, że nie musi leżeć na torach i za wyższe zarobki. Do tego doszedł brak porządnych rozmów.
Użycie obrazu. Ooo, w tekstach konkurencji obraz bywa użyty sprytniej i mocniej związany z tekstem – odgrywa istotną rolę w fabule. U mnie stanowi tylko ilustrację – to widzi bohater podczas jarania szluga w ostatniej scenie. Ale owszem – czytanie regulaminu na ogół nie szkodzi. ;-)
Jak to przeczytałem, to pomyślałem, że brzmi to trochę jak opis diabła, ale potem był taki miły, że jednak zwątpiłem ;)
No i dobrze pomyślałeś, czasami warto zaufać swojej intuicji. ;-) Widać ten diabeł wolał spokojne, długofalowe omotywanie, a nie szybki cyrograf i do następnego projektu.
To za to brzmi mi trochę, jakby w nawie był jakiś rzymski katolik albo muzułmanin :P
Hmmm. Może i tak. Mnie chodziło bardziej o to, że prawosławni powinni w tej cerkwi być, a ich nie ma.
Babska logika rządzi!
Acz do bicia żony przygotowałam podkład – najpierw uznał, że powinna być mu wdzięczna za to, że nie musi leżeć na torach i za wyższe zarobki. Do tego doszedł brak porządnych rozmów.
No właśnie. Był podkład, więc wszystko się spinało i emocje dało się wyobrazić, mimo braku wylewności :)
Ooo, w tekstach konkurencji obraz bywa użyty sprytniej i mocniej związany z tekstem – odgrywa istotną rolę w fabule.
Nie czytałem za dużo tekstów konkursowych, ale do tej pory nawet jeśli obraz fizycznie znajdował się w opowiadaniu i odgrywał tam istotną rolę, to gdyby samą grafikę z opowiadania usunąć, aż tyle treści by nie ubyło, bo zawartość obrazu i tak była dobrze opisana (nie że to koniecznie źle). Tutaj jednak obraz dodaje coś, co bezpośrednio opisane nie jest.
Widać ten diabeł wolał spokojne, długofalowe omotywanie, a nie szybki cyrograf i do następnego projektu.
Teraz myślę o wszystkich miłych ludziach w moim życiu, czy przypadkiem na starcie nie przypominali diabła. Niektórzy może i tak, ale przynajmniej żaden nie pojawił się z laseczką z główką z kości słoniowej ;)
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
No to z żoną w końcu Cię dobrze zrozumiałam.
W jednym z pierwszych tekstów obraz odgrywa naprawdę ważną rolę. I to chyba nie był jedyny taki przypadek.
Niektórzy może i tak, ale przynajmniej żaden nie pojawił się z laseczką z główką z kości słoniowej ;)
Moda się zmieniła. ;-)
Babska logika rządzi!
Czyli sprawcą tego, że ludzie co kilka lat wymieniają całą garderobę, jest sam diabeł? Podejrzewałem, że coś jest na rzeczy, ale nie aż tak ;)
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
Nie potrafię prześledzić toku Twojego rozumowania, ale coś w tym jest – w końcu anioły ciągle latają w białych koszulach nocnych, a diabłom się zmienia. ;-)
Babska logika rządzi!
Ktoś na tych zmianach mody musi zyskiwać, a tu mamy niezłego kandydata. Anioły za to mogłyby nosić odblaski albo wysyłać sygnały dymne, bo trochę trudno je znaleźć.
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
Cały przemysł tekstylny na tym bazuje. Plus żerujące na tym pijawki; transport, reklama, influencerzy itd. :-)
Anioł w ubranku odblaskowym… Wygląda jak niezły początek tekstu. :-)
Babska logika rządzi!
Pewnie zdziwisz się odrobinę, ale ja nie widzę w historii bohatera / narratora upadku. Dostosowywał się, jak to robią niemal wszyscy.
Nie wiem, dlaczego, bo to zupełnie odmienne bajki, ale ten ,,niezmienny w czasie’’ i zdolny do bilokacji facet skojarzył mi się z naczelnym dyrektorem INBADCZAM-u.
Ale taka doza fantastyki wystarczy, dodaje smaczku.
Pozdrawiam jak zwykle niezwykle serdecznie.
Dzięki, Adamie. :-)
Ale jak to, nie widzisz upadku? Na początku ksiądz, żenaty, dzieciaty, kochający rodzinę, nie tykający alkoholu. Na końcu samotny, zgorzkniały facet torturujący więźniów. Doszedł do tego drobnymi kroczkami, ale doszedł.
W zamierzeniu nie lokowałam Leonida w żadnym Instytucie, ale co Ci będę bronić własnej interpretacji.
I ja pozdrawiam. :-)
Babska logika rządzi!
Kolejne opowiadanie z obrazem.
Na początku dowiadujemy się, że jest ono związane z religią prawosławną, jej rytuałami i zwyczajami.
Prawosławie powstało, jak wiadomo, z rozpadu Chrześcijaństwa. Jest to religia panująca mi. w Rosji, ale cerkwie są też w naszym kraju. Można je zwiedzać.
Obecnie rządzi car Aleksy II.
Do cerkwi przychodzi coraz mniej wiernych. Nie chcą brać udziału w nabożeństwach. Tytułowym bohaterem jest duchowny prawosławny, Dymitr, dla którego nastały gorsze czasy. Jego przełożony chce go wysłać do Etiopii w Afryce, by krzewił wiarę wśród pogańskich ludów Czarnego Lądu.
Duchowny prawosławny może mieć żonę – jest nią Nastka, czyli Anastazja. Pop i jego żona mają dziecko, rocznego Paszkę.
Po przymusowym odejściu od kościoła prawosławnego niedoszły pop musi zajmować się pracami fizycznymi, za którymi nie przepada.
Mimo to małżonkowie usiłują wiązać koniec z końcem.
Nastka próbuje zajmować się krawiectwem.
Przyjaciel proponuje Dymitrowi, by zajął się biblioteką za pięć rubli dziennie. Jest to lżejsze zajęcie.
Praca wśród mnóstwa książek okazuje się dość interesująca. Dymitr może zapoznać się z bogatym księgozbiorem. Znajdują się w nim pięknie oprawione święte księgi, ale nie tylko.
Potem bohater opowiadania trafia na duże przyjęcie w mieście na cześć cara.
Sporo miejsca poświęcasz tematom kulinarnym. Nie każdego to interesuje.
Oprzytomniawszy po uczcie Dymitr trafia niespodziewanie prosto do łoża jakiejś atrakcyjnej kobiety. Zbrukał święty sakrament małżeństwa i skrzywdził uczucia swojej wiernej małżonki.
Po zakończeniu żmudnej pracy w bibliotece (szybko się z tym uporał) Dymitr musi szukać dla siebie nowego zajęcia. Akurat zaczynają się żniwa na wsi. Gorzej jest zimą, gdy prace polowe ustają a pola pokrywają śniegi. Mieszkańcy wsi grzeją się przy piecach.
W końcu znajomy proponuje mu posadę protokolanta, czyli urzędnika państwowego. Musi się tym zająć z powodu choroby dziecka.
Asystuje przy nieuczciwych procesach karnych. Tajna policja stosuje tortury i inne środki przymusu.
Dymitr musi asystować przy torturowaniu więźniów. Jednak to poprawia jego sytuację materialną.
Swoją frustrację zaczyna wyładowywać na żonie i dziecku. Żona ma tego dosyć i opuszcza go wraz z dzieckiem.
Bohater uświadamia sobie jak daleko odszedł od swojej wiary i zastanawia się jak do tego doszło.
Uważam, że Twoje opowiadanie jest za surowe dla mężczyzn. Przedstawiasz ich w złym świetle.
Nie dostrzegam wątku fantastycznego. Powinnaś rozwinąć wątki historyczne, jeśli ma to być historia alternatywna i dodać coś niezwykłego np. jakiś cud religijny. Znasz “Lód” Jacka Dukaja? Wiem, że to bardzo obszerna książka.
Obraz dołączony do opowiadania przedstawia kopuły, ale bez charakterystycznego krzyża prawosławnego. Jego tonacja jest ciemna. Trochę żółtego światła w dużych oknach. Zamglone kontury budowli.
Ja osobiście wolę jaśniejsze barwy, bardziej różnorodne i weselsze, dzieła impresjonistów: np. A. Renoira i C. Moneta.
Religia prawosławna kojarzy mi się z ikonami, które lubię podziwiać. Próbowałem też wykonać ikonę pod kierunkiem artystki, która się tym zajmowała zawodowo.
Dziękuję, Grześku12. :-)
Witam nowego Czytelnika. :-)
Cieszę się, że zajrzałeś i podzieliłeś się opinią.
Sporo miejsca poświęcasz tematom kulinarnym. Nie każdego to interesuje.
Tak, nie każdego. Ale potrzebowałam tego jedzenia (a zwłaszcza picia), żeby pokazać, jak Leonid stopniowo spycha Dimę na złą stronę mocy. Kieliszek wina przy przystawkach, dwa przy zupie i można się tak ululać, że film się urywa, a w łóżku ląduje obca baba. Codzienne długa przerwa na smakowanie herbaty z ciasteczkami i powoli przestajesz być dobrym pracownikiem.
Uważam, że Twoje opowiadanie jest za surowe dla mężczyzn. Przedstawiasz ich w złym świetle.
Nie było to moim celem. Jak padło wyżej w komentarzach, chciałam pokazać negatywne skutki sojuszu tronu i kościoła. W cerkwi kobieta nie może przyjąć święceń kapłańskich, więc nie miałam specjalnie wyboru. Na rosyjskim tronie też dziewczyny rzadko siadają. To nie wszyscy mężczyźni są źli, tylko ten jeden przykładowy, do tego omotany przez diabła. Na początku to był przykładny ojciec rodziny, który w ogóle nie pił wódki i kochał swoją żonę.
Nie dostrzegam wątku fantastycznego. Powinnaś rozwinąć wątki historyczne, jeśli ma to być historia alternatywna i dodać coś niezwykłego np. jakiś cud religijny.
Car Aleksy II nigdy nie rządził Rosją. Miałby szansę, gdyby nie został rozstrzelany wraz z rodziną przez rewolucjonistów. A coś niezwykłego dodałam – to Leonid, któremu oczy niekiedy świecą na czerwono, i który potrafi przebywać w dwóch odległych miejscach jednocześnie, a przy tym w ogóle się nie starzeje. Cud religijny by nijak nie pasował, bo chciałam pokazać upadek cerkwi knującej z carem, a nie jej wzlot.
Znasz “Lód” Jacka Dukaja? Wiem, że to bardzo obszerna książka.
Znam. W ogóle uwielbiam Dukaja i czytałam wszystko, co wydał, oprócz najnowszej książki, która na razie czeka w kolejce.
Też lubię jasne obrazy impresjonistów i zabawne trompe l’oeil, ale w konkursie trzeba było wybrać coś z dostępnej puli. Zdecydowałam się na obraz, który zainspirował mnie do stworzenia tej opowieści. Jak napisałeś – kopuły bez krzyżów, ale ze światłami poniżej, więc użytkowane przez kogoś.
Babska logika rządzi!
Hejka!
Czytało się płynnie, język prosty, ale bardzo trafny, nie rozprasza i wciąga w historię. Klimat Rosji świetnie oddany, a drobne szczegóły codziennego życia bohaterów sprawiają, że wszystko wydaje się bardzo realne. Przemiana głównego bohatera jest ciekawa, widać, jak powoli oddala się od żony i od samego siebie. Chociaż momentami wydawało mi się, że ten proces mógłby być nieco bardziej pokazany. Podobało mi się.
Pozdrawiam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Dziękuję, Betweenthelines. :-)
Miło mi, że znalazłaś tyle zalet.
Tak, oddawanie wschodniego klimatu na ogół idzie mi nieźle.
Nie Ty jedna uznałaś, że za bardzo skróciłam. Ludzkość twierdzi, że w końcówce jest za duży przeskok.
Babska logika rządzi!
Kopuły i wieże na obrazie przywodzą na myśl wschodnie klimaty, więc nie zaskoczyły mnie ani czas, ani miejsce opowiadania.
Znakomicie i szalenie wiarygodnie opisałaś stopniową przemianę duchownego w oprawcę, więc lektura opowiadania okazała się czystą przyjemnością. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dzięki, Reg. :-)
Cieszę się, że dostarczyłam przyjemnej lektury.
No, kopuły kojarzą się ze wschodem. Hagia Sophia, te klimaty i nie chce być inaczej.
Babska logika rządzi!
Czołem Finklo!
Widzę śródtytuły mają się u Ciebie bardzo dobrze, jak Dymitr w bezpiece :). Czy to już element rozpoznawczy? Tutaj mają jeszcze dodatkowy, biblijny klimat i wypadają świetnie.
Nie czuję efektu skrócenia. Końcówka to narastająca kaskada scenek, ale tu jesteśmy w momencie, gdy ta lawina już poszła i kamienie się sypią. Wcześniej było powoli, każdy wybór był opisywany. Ma to sporo sensu.
Tutaj tylko:
– Wybaczcie, Leonidzie, nie mogę przyłożyć do tego ręki. Ochrana słynie z wszelkich podłości… – Rozejrzałem się poniewczasie, czy kto nie słyszał tych nazbyt szczerych słów, ale w salonie oprócz nas nie było nikogo.
W domu zastałem szlochającą Nastię.
– Co się stało?! – krzyknąłem.
– Paszeńka ma straszną gorączkę! Okłady nie pomagają! Nic nie pomaga! Potrzebujemy trzech rubli na lekarza! A nam zostały niecałe dwa… – Żona zalała się kolejną falą łez.
W te pędy pobiegłem z powrotem do Leonida. Wziąłem tę przeklętą robotę i pożyczyłem od niego pięć rubli, aby jakoś dotrwać do pierwszej wypłaty.
Troszeczkę mi zgrzyta ta nagłość fabularna. W paru linijkach Dymitr odrzuca ofertę pracy i nagle dostaje oczywistą potrzebę rozważenia tej decyzji. Takie to troszkę na siłę. Chyba Zakapior o tym już napisał, mam podobne wrażenie.
Ale poza tym nie widzę problemu. Na początku, gdy pojawia się Leonid, to widać, że coś będzie nie tak. Że to zbyt ładne, by było prawdziwe. I klimatycznie ściągasz Dymitra na ciemną stronę, niby klasyczna droga, ale fajnie wypadła, jeszcze w takich ponurawych okolicznościach gnijącego dalej caratu.
A diabeł to w Rosji zawsze się jakoś dobrze urządzi…
Bardzo dobra lektura, dzięki!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Tak, Finklo, kojarzyły się kiedyś, kojarzą się teraz i chyba zawsze będą się kojarzyć. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dzięki, Beeeecki. :-)
Fajnie, że uznałeś lekturę za dobrą.
Śródtytułów nie uważam za obowiązkowe. Jeśli piszę coś dłuższego niż dwuscenkowy szorcik i mam jakiś pomysł na tytuły rozdziałów, to czemu nie. Ale jeśli te warunki nie są spełnione, to bez żalu daję gwiazdki między scenami i tyle.
O! Fajnie, że wreszcie ktoś się ze mną zgodził co do szybkiego tempa w końcówce. Podoba mi się porównanie do lawiny. Najważniejszy jest pierwszy kamyk, ten całkiem malutki. A pod koniec to już leci tona za toną.
Scenki z przyjęciem roboty w Ochranie będę bronić. Leonid być może wpływał na chorobę Paszki. A już na pewno wiedział, kiedy zadać swoje pytanie, żeby uzyskać pożądaną odpowiedź.
Podejrzewam, że diabeł w Rosji po prostu ma swój dom. To i postarał się go urządzić wedle gustu…
Babska logika rządzi!
Reg, “zawsze” to strasznie długo. ;-)
Babska logika rządzi!
Owszem, wręcz nieskończenie długo. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Ano. Może się w międzyczasie zdarzyć, że Słońce pochłonie wszystkie budynki Wschodu razem z kopułami. Albo że ten region wyląduje gdzieś na dnie młynka przerobiony na magmę… Że o wyginięciu naszego gatunku nie wspomnę.
Babska logika rządzi!
To na Wschodzie. Zachód pozostanie?
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Na Zachodzie, jak sądzę, będzie bez zmian. ;-) Trzeba wierzyć klasykom.
Babska logika rządzi!
I tego się trzymajmy. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Brzmi jak plan. :-)
Babska logika rządzi!
.gif)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Powitać smoczo-ognisto-piekielną Jurorkę. :-)
Dzięki za wizytę.
Babska logika rządzi!
Hej, ostrożnie ruszył ten pociąg. Najpierw mozolnie, a następnie szybciej. A jak już się rozpędził to turkotał i turkotał, aż dojechał do stacji – przemyślenia bohatera. I wszystko fajnie, nieśpiesznie i dość wciągająco. Ale bez pazura. Historia jest dobra, przemiana bohatera przedstawiona wiarygodnie, ale bez fantastyki – co dziwne w Twoim wykonaniu. Ksiądz, czy co tam oni mają, dobrze się nadaje na postać, która z normalnego człowieka staje się katem i to nie wiadomo kiedy… No właśnie, a może wiadomo? Bo przeskok od protokolanta do szefa oprawców jest dość pośpieszny. Może o scenę z prostytutką? Nie wiem, ale wiem, że lepiej by wyszło gdyby więcej czasu poświęcić przemianie. Nie ma już co klikać, więc pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Dzięki, Bardzie. :-)
Jak żółw ociężale. Wyżej było porównanie do lawiny.
Zgadzam się, że bez pazura.
Nie zgadzam się, że nie ma fantastyki – jest Leonid i są rządy Aleksego II.
Ksiądz jako kat. Nie wiem, ale co do zasady nie ufam instytucjom, które wymagają ślepego posłuszeństwa. Różne kościoły się łapią. A potem “tylko wykonywałem rozkazy”.
Szybki awans. Owszem, szybko wlazł na górkę. Ale umiał pisać i czytać, a to w Rosji carskiej nie było tak często spotykane.
A co w scenie z prostytutką jest nie tak?
Babska logika rządzi!
Kurcze ja tej fantastyki, jakiś nie czuję ale biorę to jako moje niedopatrzenie:). A o prostytutkę, że można ją wyciąć, a zastąpić szybszym wejściem w pracę w katowni. I rozbudować o zaoszczędzone znaki :). Ta scena niby już coś nam mówi o moralności bohatera, ale niewiele.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
IMO, fantastyka jest jak na mnie dość delikatna, ale jest.
Prostytutka to kolejny etap staczania się – zdradził żonę i to tak bez sensu, bo się uchlał.
A znaków nie musiałam oszczędzać, chyba prawie drugie tyle mi zostało.
Babska logika rządzi!
Nie pamiętał więc jest usprawiedliwiony :P. Ok, to można by te znaki wykorzystać. Ja mam tak, że historię zamykam w jakieś określonej liczbie znaków – i to jest moja historia. Jeśli coś nie gra to nie dopisuję tylko zamieniam, i dlatego taka propozycja :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Ale jak zaczynał pić, to pamiętał. :-) W Biblii Cham nie jest postacią szalenie pozytywną, więc diakon powinien wiedzieć. ;-p
A ja opowiadam historię. Ile zajmie, tyle zajmie. Znakami odruchowo gospodaruję oszczędnie, więc rzadko się zdarza, żebym musiała ciąć z powodu wymogów konkursowych. Różne podejścia do pisania mamy.
Babska logika rządzi!
Scenki z przyjęciem roboty w Ochranie będę bronić. Leonid być może wpływał na chorobę Paszki. A już na pewno wiedział, kiedy zadać swoje pytanie, żeby uzyskać pożądaną odpowiedź.
To niezłe wytłumaczenie, że diabeł ma swoje ścieżki. Celne!
A fajnie, że bard miał podobne skojarzenie lawinowo-pociągowe 
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Swoje ścieżki i swoje sposoby. Nie tylko cyrografem może coś ugrać.
A fajnie, że bard miał podobne skojarzenie lawinowo-pociągowe
No, tak to już jest w fizyce: stała siła nadaje stałe przyspieszenie, a w efekcie prędkość robi się coraz większa.
Babska logika rządzi!

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,
tekst poznałem rzetelnie, na nowo.
Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,
nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.
You cannot petition the Lord with prayer!
Powitać Jurora z ptaszkiem na obrazku. ;-)
No i teraz będę się zastanawiać, co oznacza zestawienie granatowego piórka ze złotym… Ukraina? Poniekąd. ;-) Może jeszcze analiza znaków wodnych w tle? ;-)
Babska logika rządzi!
No i teraz będę się zastanawiać, co oznacza zestawienie granatowego piórka ze złotym… Ukraina?
Haha, a to ciekawa analiza!
Zresztą nad czym się tu zastanawiać, przecież Wy z beeeeckim wszystko już wiecie! Hejterzy! XD
You cannot petition the Lord with prayer!
Ukraina ma przerąbane – wszystko się zgadza. ;-)
Zaraz sprawdzę, jakie kolory dostał Beeeecki.
Babska logika rządzi!
Ukraina ma przerąbane – wszystko się zgadza. ;-)
O, no i widzisz!
Zaraz sprawdzę, jakie kolory dostał Beeeecki.
Ups, mała wtopa dla mnie, proszę mnie nie kontrolować! :D
You cannot petition the Lord with prayer!
Nie ma tak. Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy na Ciebie. ;-)
Babska logika rządzi!
Hej, Finkla!
Jak miło przeczytać coś takiego!
Przypominają się czasy, gdy literatura była piękna, sama z siebie, nie potrzebowała fajerwerków i ozdobników!
Bardzo dobrze się czytało! Odkrywanie kolejnych etapów przemiany bohatera, połączone z powolnym odsłanianiem natury Leonida było bardzo przyjemne. Dla mnie fantastyki w sam raz.
Trochę czepiania, choć przecież zrobisz, jak uważasz! :)
Serce ścisnęło mi się z żalu – w nawie nie zobaczyłem ani jednego prawosławnego chrześcijanina.
Trochę brzmi jakby byli tam inni, nie prawosławni. Może po prostu ani jednego wiernego?
Długie godziny siedziałem na twardej ławce w wagonie, wśród tłumu ludzi przygniecionych codziennymi troskami.
Dobre zdanie. Bardzo mi się podoba. Takie… nieprzegadane a pokazuje co trzeba!
– Chodźmy do szynku – ukazał laseczką na pobliską kamieniczkę, pod którą kłębił się tłumek spragnionych mieszczan i chłopów z okolicznych wiosek – porozmawiamy przy gorzałce jak mężczyzna z mężczyzną.
Kropka po „wiosek” i dużą literą „Porozmawiajmy”. Tak myślę…
Na hagiografiach ujrzałem mnóstwo dopisków ołówkiem na marginesach.
Szyk mi nie leży. „Na hagiografiach, na marginesach, ujrzałem mnóstwo dopisków ołówkiem.” Albo jakoś inaczej… na marginesach hagiografii…
Pojazd wygodny, konie silne i wypoczęte, wiorsty mijały niepostrzeżenie jak oddechy.
Wspaniale piszesz!
niechlubne tradycji opriczniny,
tak miało być, czy „tradycje”?
Finklo, przypadło mi do gustu Twoje opowiadanie bardzo. Sama się zastanawiam dlaczego, bo lubię być w opkach zaskakiwana, lubię wartką akcję, lubię dużo absurdu, a tu nic z tego nie ma. Myślę, że czasem trzeba takiego wyciszenia w czytaniu, jakie dostałam u Ciebie, niespiesznej fabuły, zmierzającej do końca z nieubłaganym, przewidywalnym zakończeniem. Uważam, że tekst się broni na wielu poziomach i dzisiaj mnie po prostu przekonał.
Dziękuję za lekturę i gratuluję tekstu! :)
Dzięki, Jolko. :-)
Uch, komentarz trafił na chwilę, kiedy jestem zanietrzeźwiona. No trudno, spróbuję odpisać mimo drobnopromilowych przeszkód.
Przypominają się czasy, gdy literatura była piękna, sama z siebie, nie potrzebowała fajerwerków i ozdobników!
Ładne zdanie. Nie zgadzam się z nim, bo zawsze wolałam żywszą fabułę, ale ładne.
Zmiany będę wprowadzać po ogłoszeniu wyników. Teraz uważam, że nie wypada – odłożyliśmy długopisy i czekamy na oddanie kartkówek.
Kropka po „wiosek” i dużą literą „Porozmawiajmy”. Tak myślę…
To zależy, czy to wtrącenie do zdania głównego (tak planowałam), czy chcemy zakończyć jedno, a zacząć drugie.
Cieszę się, że opko przypadło Ci do gustu i że przekonałam.
Babska logika rządzi!
Hej, mam nadzieję, że drobnopromile już sobie poszły i jest lepiej! :)
A kto mówił, że było źle? Wróciłam do domu na całkiem przyjemnym rauszu. :-)
W moim wieku już wypada umieć pić. Tylko nie spodziewałam się, że trzeba będzie nagle zmobilizować siły i pisać coś z sensem, a bez błędów.
Czy czujesz się niedopieszczona odpowiedzią i powinnam coś, już na trzeźwo, rozwinąć?
Babska logika rządzi!
Tylko nie spodziewałam się, że trzeba będzie nagle zmobilizować siły i pisać coś z sensem, a bez błędów.
Tragiczne skutki uzależnienia od Nowej Fantastyki ;)
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
Oj tam, oj tam. Od razu tragiczne… Jakoś dałam radę.
Babska logika rządzi!
No, nikt nie mówił, że było źle! Tylko, że teraz jest lepiej… :D Zaczęłam się głęboko zastanawiać, gdy spytałaś o pieszczoty… odpowiedź, która pieści, hmmm, rozmarzyłam się… nie rozwijaj na trzeźwo, bo to już nie będzie to samo… dałaś radę za pierwszym razem! :)
Uff! Staję na wysokości zadania i na trzeźwo, i w stanie wskazującym.
A, bo czytam “Księgę miliona” i jakieś takie mam skojarzenia. Jak ta baba u lekarza…
Babska logika rządzi!
Też czytam i zdumiewam się, a już skojarzenia mam wszędzie i ze wszystkim… :D
To teraz trzeba jeszcze zrobić tak, żebyśmy były jak księżniczka Erozja – żeby opowieści fantastyczne dodawały nam +5 do zdrowia/samopoczucia i takich tam. ;-)
Babska logika rządzi!
Witaj, Finklo. :)
Dziękuję za udział w Konkursie. :)
Komentarz napisany tuż po przeczytaniu.
Sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
– Władyko, pobłogosław naszemu carowi, Aleksemu Mikołajewiczowi, drugiemu tego imienia. – Długo szukałam w internetowym wykazie carów, bo nie mogłam skojarzyć, o jakiego „cara Aleksego II Mikołajewicza, drugiego tego imienia” chodziło, gdyż carewicz Aleksy Mikołajewicz Romanow zmarł, nie objąwszy tronu po ojcu, Mikołaju. W XVII wieku Rosją rządził wprawdzie „Aleksy II”, lecz był jedynie współrządzącym, a jego ojcem był Aleksy I, więc „Mikołajewicz” tu nie pasowało… :)
Nie wiem zatem, czy się nie mylę, ale – jak rozumiem – chodzi tu o cara Aleksandra II Mikołajewicza. :)
Tag: „historia alternatywna” pozwala jednak na jeszcze inne spojrzenie na tę wątpliwość, które dopisuję po długich przemyśleniach – wspominany parokrotnie w opowiadaniu car tak naprawdę nie istniał i jest wymyślony na potrzeby fabuły. :)
– Dymitr Sergiejewicz?
Przytaknąłem. – literówka, powodująca błąd rzeczowy?
Pracu u Leonida Martinowicza okazała się bardzo przyjemna. – literówka?
Restauracja była piękna, a Leonida musieli tu dobrze znać i poważać, bo ktoś w purpurowej liberii (przecinek?) bogato szamerowanej złotem – ani chybi właściciel – wyszedł, kłaniając się w pas, aż na ulicę, przytrzymał drzwi, pomógł nam przy wysiadaniu.
Powiedziałeś, że nie wrócisz na noc do domu? Powiedziałeś. Odwiozę cię do domu wczesnym popołudniem, więc żony nie zaskoczysz. – powtórzenie?
Praca lekka; tylko piórem po papierze wodzisz, w cieple siedzisz, a nie łamiesz grzbiet pod wielopudowymi kupieckimi kuframi, czy to słota, czy to skwar. – znów nie znalazłam w necie tego wyrazu – chodzi o wagę lub gabaryty?
Ochrana kultywowała niechlubne tradycji opriczniny, a do listy tortur stosowanych przez nich dodała jeszcze kilka wykorzystujących nowoczesną technikę. – literówka?
Na szczęście Lionia zawsze chętnie mnie słuchał. Wieczorami siadywaliśmy u niego w salonie, zawsze z kieliszkami koniaku lub innego trunku. – powtórzenie?
Dzięki temu mogłem wynająć większe mieszkanie – piękne, trzypokojowe, w pobliżu głównej ulicy. Duże okna wpuszczały wiele światła. Drugie piętro dawało pewnie oddalenie od smrodu rynsztoka i świeże powietrze latem. Piece kaflowe w każdej izbie – przytulne ciepło zimą. – tu dopytam: czy nie ma tam literówki i nie miało być: „pewne”?
Co i rusz napotykałem na twarz znaną mi dotychczas jedynie z prasy. – jak rozumiem, taka forma przy potocznej mowie?
Smakowicie oddany klimat tamtych lat i tamtych mentalności; zmieniające się zachowanie bohatera pokazałaś wręcz mistrzowsko! W jego tle – fantastyka, zaprezentowana subtelnie, ale jednak. Czytelnik śledzi fabułę i mimowolnie wyczuwa, jaki wpływ na tytułowego bohatera ma jego nowy, tajemniczy i nie do końca „odgadniony” przyjaciel. :) Bardzo duże brawa za ułożenie tytułów rozdziałów, dodających smaczku całości. :)
Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Edycja – zauważyłam, że później, w toku dyskusji, pojawił się Twój komentarz, odpowiadający na podjęte w komentarzach zagadnienie kwestii historycznych i dzięki temu teraz wiem, że wspominany często w opowiadaniu „car Aleksy II Mikołajewicz” tak naprawdę nigdy nie był carem, zatem chodzi o rozstrzelanego w 1918 roku przez bolszewików, śmiertelnie chorego carewicza Aleksego Romanowa, bo „cara Aleksego II Mikołajewicza” nigdy nie było. :)
Pecunia non olet
Dziękuję, Jurorko Bruce. :-)
Tak, to historia alternatywna, w której nie doszło do rewolucji październikowej, carewicz Aleksy przeżył, a i tak w Rosji zapanował zamordyzm. Jako i teraz panuje, bez komunistów i bez caratu.
Sporo literówek znalazłaś, dzięki. :-) Niektóre pewnie już poprawiłam, resztę zaraz załatwię. Bo rozumiem, że już po wynikach, więc można.
chodzi o wagę lub gabaryty?
Tak. Pud to dawna rosyjska miara wagi – kilkanaście kilogramów. Znasz powiedzenie “nudy na pudy”?
No, wygląda na to, że klimat mi wyszedł. Jednak warto było czytać ruskich klasyków. ;-)
Tytuły rozdziałów wzięłam z Biblii. Tam można sporo rzeczy znaleźć. ;-)
I ja Tobie życzę wymarzonych świąt, przyjemnych i mokrych, gdzie potrzeba.
Babska logika rządzi!
No hej, Finlo!
Co tu napisać? No zawiodłaś mnie. Zawiodłaś tak bardzo, że aż nie potrafię ukryć tego zawodu. Miałaś być na ostatnim miejscu za swoje niecne występki, a tu proszę – musiałaś na złość napisać coś bardzo dobrego.
A tak na poważnie – naprawdę porządny tekst, zdecydowanie jeden z najlepszych w konkursie. Przede wszystkim – klimat. Świetnie oddana rzeczywistość Rosji z tamtych lat.
Rozdziały – znasz moją słabość do Biblii, bardzo mi się podobał ten zabieg, szczególnie, że został zaprezentowany naprawdę świetnie, nie na siłę.
Językowo, jak zwykle – super. Potrafisz znaleźć ten balans, którego mi często brakuje. Nie ma tu niepotrzebnych kombinacji, a jest napisane poprawnie i ładnie. Więc można zachwycać się warsztatem, a nikt nie napisze Ci, że przesadziłaś w którąś stronę. Zazdroszczę.
Sama w sobie historia ciekawa, chociaż będąc lekko uszczypliwym, chciałbym zaznaczyć, że podobno nie lubisz obyczajówek, a mimo że tego tekstu pełną obyczajówką nazwać nie można, to jednak ma jej wyraźne cechy. No ale mi obyczajówki nie przeszkadzają, czytałem szczerze zainteresowany losami bohatera, a wspomniany juz klimat tym bardziej wciagął mnie w historie jeszcze bardziej.
Dwa minusy:
– Nawiązanie do obrazu mnie nie zaskoczyło. Oczywiście mi również skojarzył się z Rosją, cerkwiami itd., ale jednak myślę, że mozna było wycisnąć z tego więcej w historii.
– I nie wierzę, że to napiszę, bo to chyba pierwszy raz odkąd jestem na forum – za mało dla mnie fantastyki :O
Podsumowując jest to naprawdę świetny tekst i jedna z perełek konkursu, za Twój udział gorąco Ci dziękuję.
Niezmiennie pełen podziwu za umiejętność wciągania ludzi w dyskusje (już ponad sto komentarzy) serdecznie Cię pozdrawiam!
You cannot petition the Lord with prayer!
Dziękuję, Finklo. 
Jasne, jasne, na spokojnie nanoś poprawki, to godna pochwały, bardzo uczciwa postawa. ![]()

A klimat wyszedł wzorcowo. :)
Serdeczności. 
Pecunia non olet
Dzięki, Jurorze Michaelu. :-)
Zawsze możesz na mnie liczyć, zwłaszcza kiedy trzeba czupurnie zrobić komuś na złość. ;-p
No, z klimatem mi się udało. Pewnie w dużej mierze dzięki obrazowi.
Tytuły rozdziałów. Ten temat aż się o to prosił.
Więc można zachwycać się warsztatem, a nikt nie napisze Ci, że przesadziłaś w którąś stronę. Zazdroszczę.
Oj tam, oj tam. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. Wiesz, dla jednego optimum wypada w pobliżu 5 i będzie narzekał, że 6 to za dużo, a dla innego przy 7 i ten będzie marudził, że dostał za mało tego dobrego. Nie da się zadowolić wszystkich.
podobno nie lubisz obyczajówek, a mimo że tego tekstu pełną obyczajówką nazwać nie można, to jednak ma jej wyraźne cechy.
Prawda, nie lubię. I prawda, że to opowiadanie nie bardzo można tak nazwać. Acz i z cechami się zgadzam.
– Nawiązanie do obrazu mnie nie zaskoczyło.
No, opisałam, co zobaczyłam na obrazie. Później niektóre konkursowe teksty mnie zaskakiwały podejściem do tematu. Szkoda, że mój współobrazca się nie wyrobił, nie mogłam zerknąć na alternatywne podejście.
za mało dla mnie fantastyki :O
Moja krew! Mnie też czasami tak się wydawało i od razu w przedmowie się asekurowałam.
Niezmiennie pełen podziwu za umiejętność wciągania ludzi w dyskusje (już ponad sto komentarzy)
I ciągle rośnie! Patrz i się ucz. Gdzieś tam w odmętach forum jest mój poradnik na temat zbierania komentarzy.
I ja pozdrawiam. :-)
Bruce, poprawki już naniesione. Jeszcze przed kolacją.
Babska logika rządzi!
Jeśli rozumiem to opowiadanie, to znajduję drogę od autorytaryzmu do totalitaryzmu i chyba to jest element fantastyczny, bo o ile dobrze pamiętam – do tej pory bywało odwrotnie.
Oczywiście tło rodzinne – bardzo cenne i dodaje dynamiki. A chciałem się na początku przyczepić, że nie wyjaśniono, dlaczego cerkwie stają się coraz bardziej puste, niesłusznie :-)
Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny
Dziękuję, Radku. :-)
Czy to autorytaryzm, czy totalitaryzm, to nie wiem – raczej pokazywałam zmiany w życiu Dimy niż w kraju. Podejrzewam, że to jak z pojedynczymi ludźmi – jak już wejdzie się na tę równię pochyłą, to leci coraz szybciej. Ale nie znam się na tym.
IMO, elementami fantastycznymi miały być alternatywna historia Rosji i Leonid.
Pustoszejące cerkwie. U nas w latach osiemdziesiątych też w kościołach było o wiele więcej ludzi niż teraz…
Babska logika rządzi!