- Opowiadanie: TheSilentLibrarian - Dubernai

Dubernai

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy II

Oceny

Dubernai

Helmud Lube miał tego dnia powód do świętowania. Zadowolony z jego usług klient był niezwykle hojnym gentlemanem, co go absolutnie nie dziwiło. Ludzie zazwyczaj są hojni dla tych, którzy czynią ich bogatymi, a Lube uczynił go dzisiaj bardzo, bardzo bogatym.

Po tym, jak wytłukł prawie do nogi kartel o jakiejś pretensjonalnej, złowieszczej nazwie, zadowolony klient będzie mógł zająć niezagospodarowaną przez rynek lukę, co z pewnością czynił właśnie w tej chwili, ponieważ się spóźniał.

Lube wydął usta, bawiąc się nalanym do kieliszka winem. Żal mu było go wypijać. Kosztowało więcej niż jego miesięczne utrzymanie, no ale zadowolony klient sam mówił, żeby zamówił, co chce, a on zapłaci. Sam zaprosił go na kolację. A teraz się spóźniał. Niegrzecznie.

Westchnął, przypominając sobie, że w sumie nie dostał jeszcze zapłaty, a ta marsjańska restauracja miała bardzo duże okna.

Wlatujący przez szybę pocisk rozwalił stojącą na stole butelkę, siejąc wśród gości prawdziwe spustoszenie. Lube tylko uśmiechnął się pobłażliwie.

– Ktoś tu musi popracować nad celnością – pomyślał, biorąc łyk czerwonego Bordeaux. Kieliszek też ktoś przestrzelił.

Lube zmarszczył brwi i otarł ubrudzony winem kołnierzyk.

– Lepiej, łachmyto – mruknął, wyciągając pistolet z kabury.

Strzały rozlegały się rytmicznie, trochę od niechcenia. Pewnie chcieli, żeby sam do nich przyszedł. Idioci. Zawsze to samo. Był zły, bo mógł się tego spodziewać, a tak wszelkie nadzieje na miły wieczór prysły.

Zazwyczaj, gdy ktoś wymordowuje liczącą ze stu ludzi organizację, to zawsze się jakieś żądne zemsty kutasy uchowają. A to odwiedzają w tym czasie chorą babcię, opalają się na Merkurym lub okradają jakichś smarkaczy z kieszonkowego. Potem przychodzą i widzą, że nikogo nie ma w robocie poza niesprzątniętymi flakami kolegów.

Lube tak bardzo zanurzył się w rozmyślaniach, że nawet nie zauważył, jak jego ciało odruchowo przeskoczyło przez rozbite okno i spadło na maskę różowego areovolta. Uśmiechnął się do kierowcy. Była to wyjątkowo miło wyglądająca staruszka. Nie chciał jej sprawiać problemów, więc ześlizgnął się na jeszcze niższy pas. Tym razem kierowca wyglądał na zakapiora. Lube rozbił szybę sygnetem i z akrobatyczną zwinnością wpakował się do środka. Usadowiwszy się na fotelu pasażera, zerknął na przeznaczony do rozbiórki budynek po drugiej stronie.

– Mógłbyś mnie tam wysadzić? – wskazał palcem na lądowisko, a zaraz potem rozległy się kolejne wystrzały.

Kierowca, nie wiedząc, czy powinien wpaść w furię, czy być potulny jak owieczka, skupił się na słowie „wysadzić", które oznaczało, że gapowicz sam się wyniesie w diabły, gdy tylko odstawi go tam, gdzie chciał.

Lube uśmiechnął się, wsłuchany w muzykę karabinów i wyrzutni rakiet. Zazwyczaj czuł się jak wirtuoz, tańcząc w tym chaotycznym zgiełku aż do utraty tchu. Teraz jednak nieoczekiwanie zauważył, że jest… smutny, a na dodatek… zmęczony.

Zamrugał i spojrzał w przerażone oczy swojego nowego szofera. Ten scenariusz przerabiał więcej razy, niż mógł zliczyć, odkąd żył, a żył już cholernie długo, z czego także zdał sobie sprawę. Gdy wysiadł z areovolta, nawet się nie obejrzał za odjeżdżającym pojazdem. Wszedł w zamyśleniu do budynku, gdzie czekali na niego zabójcy kartelu. Jak zwykle…

Spojrzał na swój przestarzały pistolet i stwierdził, że jego samego także można by nazwać przestarzałym. Wycelował w spoczywające w bezruchu cienie. Sprzątanie zajęło mu chwilę. Zazwyczaj nie zostawiał tylu niedobitków. Trajektorię obliczał jak zwykle idealnie, niczym architekt rysujący w głowie linie prowadzące prosto do celu, ale zdarzały mu się potknięcia. Ostatnio coraz częstsze. Zaczynał myśleć, że być może, odrobinkę, troszeczkę… mógł się postarzeć.

Dotarł na szczyt budynku naburmuszony jak przedszkolak, który się dowiedział, że nie może iść się pobawić, dopóki nie doje obiadu. Na dachu czekał na niego łysy dres z cybernetycznym okiem, który ustawił się do niego plecami. Majestatycznie wypinał pierś ku marsjańskim wiatrom.

– A więc dotarłeś aż tutaj. Nie doceniłem cię…

Lube podszedł do wypolerowanej blachy i zaczął się przeglądać. Gęste pasemka siwizny nie kłamały, ale był przecież nadal młody duchem.

– … i to, jak potraktowałeś naszego szefa. Jakim cudem upchnąłeś jego zwłoki do klozetu? – Pokręcił głową. – Tego nie wiem. Nawet go nie rozczłonko…

– Wyglądam naprawdę aż tak staro? – odwrócił się w jego stronę, okazując podbródek pod kątem, z którego słabiej było widać zmarszczki.

Było to może niegrzeczne, tak przerywać czyjś monolog, ale nie mógł dłużej wytrzymać. Dres wpatrywał się w niego, nie rozumiejąc pytania, a skoro nie zrozumiał pytania, to może nie miał go zrozumieć, czyli mogła być to jedynie podła drwina. W takim momencie! W takich cudownie filmowych okolicznościach. Zagryzł zęby i wycelował w jego stronę rękę. Koniuszki palców rozwarły się, odsłaniając gotowe do strzału lufy.

– Zdychaj, ty stary…

Dres padł na ziemię z nicością pomiędzy oczami.

– Miał forsę na takie bajery, a nie na wzmocnienie płatu czołowego? – zdziwił się.

Rozejrzał się po dachu, ale nie usłyszał już nikogo. Nic, pustka. Schował pistolet do kabury. Słońce właśnie zachodziło, a on musiał pomyśleć. Usiadł na gzymsie i objął wzrokiem kosmiczną aglomerację. Gdzieś w niej czekał na niego jego klient z jego pieniędzmi, które zamierzał odebrać. A co potem? Pierwszy raz brak planu zaczął go uwierać.

Powietrze zaświszczało, zsunął się, ledwo łapiąc się palcami krawędzi. Któryś z tych drani musiał zostać. Być może feralny snajper. Zaklął w duchu. Mało brakowało. Wręcz poczuł uderzenie powietrza o policzek.

– Pewnie myśli, że spadłem – uśmiechnął się z morderczym wyrazem twarzy.

Palce miał jak z tytanu. Gdy słońce zdradziło nadchodzącego, sprężył się i skoczył wprost na strzelca. Spodziewał się jakiegoś kolejnego masywnego draba, ale szybko zdał sobie sprawę, że przygwożdżona do ziemi postać ma może z dziesięć lat… i jest dziewczynką.

– Złaź ze mnie, ty stary kutasie.

Wyjątkowo wulgarną dziewczynką – dodał w myślach. Westchnął, skrzywił się i odebrał jej karabin. W sekundę opuściła go cała adrenalina.

– Coś za jedna? – spytał, pozwalając jej się oswobodzić.

Dziewczynka spojrzała na niego jak na publiczną toaletę.

– Kami.

– Ładnie – skłamał. Wszystkie kobiety noszące to imię były strasznymi sukami. – Mogłabyś mi powiedzieć, co tu właściwie robisz?

– Zabiłeś mi ojca – odparła, poprawiając ubrudzone ubranie.

– Niezmiernie mi przykro z tego powodu, mała.

– Wcale nie – wzruszyła ramionami. – Mi w sumie też, był strasznym draniem.

Podrapał się po policzku i dokładnie jej się przyjrzał. Kompletnie nie wyczuwał od niej złych zamiarów. Może była androidem, ale to by raczej zauważył.

– W takim razie czemu próbowałaś mnie zabić?

Rozłożyła bezradnie ręce.

– Jesteś złym człowiekiem – przyjrzała mu się badawczo. – Tak wszyscy mówili. Poza tym, jak ktoś ci zabije ojca, to trzeba się zemścić, nie?

Lube kiwnął głową w zrozumieniu.

– Poczucie obowiązku, co? Szanuję to, ale muszę spytać… czy nadal masz zamiar mnie ukatrupić?

– Jak najbardziej.

Westchnął boleśnie.

– Nie zabijam dzieci.

– To sporo ułatwia – uśmiechnęła się.

Tego było za wiele. Złapał ją za rękę i zawiesił nad przepaścią. Dziewczynka nawet nie mrugnęła. Może była jednak androidem?

– Nie jestem miłym facetem.

– Nie – powiedziała. – Jesteś starym…

Jego twarz nabrała barw dorodnego pomidora.

– Starym… mówisz? Czy ty nie rozumiesz logicznej konsekwencji, że puszczenie cię skończy się twoją śmiercią?

– Podobno nie zabijasz dzieci.

– Mogę zmienić zdanie. Każdy ma jakieś granice.

Dziewczynka nadal była jak z kamienia. Łypała na niego może nie złowrogo, ale pogardliwie.

Zaczęła mu drętwieć ręka, więc wciągnął ją z powrotem i postawił na ziemi.

– Czego ty w ogóle chcesz?

– Żebyś zdechł – znowu wzruszyła ramionami. Zaczynało go to już wkurzać.

– Wcale nie. Wiem, kiedy ktoś chce mnie zakatrupić. Mam w tym wprawę – przykucnął, marszcząc brwi. – Co mam zrobić, żebyś się odczepiła, a ja nie musiał cię zrzucić z tego budynku?

Kami spuściła oczy jak dzieciak, który nie nauczył się na odpytkę.

– Zabijasz ludzi – stwierdziła. – Za pieniądze. Zabijanie jest złe, więc przestań.

Lube ledwo powstrzymał się przed parsknięciem.

– Dobrze, a więc mamy umowę: ty łaskawie mnie oszczędzisz, a ja – uśmiechnął się. Sam nie wierzył, że to mówi – przejdę na emeryturę.

Wydawało się, jakby oczy dziewczynki rozszerzyły się na chwilę. Zdziwił ją.

– I już nigdy nikogo nie zabijesz?

Wydął usta w zadumie, ale uporczywe spojrzenie małej wwiercało mu się w duszę. Górował nad nią posturą, był szybszy, bardziej doświadczony, a jednak ta czarnowłosa damulka miała coś takiego w sobie, że czuł się jak dzieciak przyłapany na podkradaniu ciastek.

– Zgoda – powiedział, choć już myślał, że nie przejdzie mu to przez gardło.

– W takim razie poniecham cię – powiedziała i ponownie się uśmiechnęła.

Lube skinął głową na znak, że są dogadani, i skierował się ku drzwiom.

– Emerytura, co? – pomyślał, schodząc na lądowisko.

Ku własnemu zdumieniu zauważył, że nie był to taki zły pomysł. Wszystko zaczyna się z czasem nużyć. Nawet życie najemnika. Potrzebował jakiejś zmiany, a jako że zmiany bywają kosztowne, jak najprędzej złoży wizytę zadowolonemu klientowi, który na pewno wyczekiwał go z walizką pełną pieniędzy.

***

Nos ochroniarza pękł jak skorupka jajka. Lube przestąpił nad nieprzytomnym i położył obie ręce na biurku z marsjańskiej stali.

– Chyba się przesłyszałem – zdobył się na lekki uśmiech – ale czy ty nie powiedziałeś przypadkiem: „nie mam pieniędzy"?

Szczęka mężczyzny naprzeciwko drżała. Oczami błagał o pomoc opatrzność, bo z trzech drabów, którzy rzucili się na Lubego, tylko ona mu pozostała.

– Zapłacę – uniósł ręce ku górze.

– Oczywiście, że zapłacisz – poklepał go po ramieniu.

– Ale… – przełknął ślinę – nie teraz.

– Tutaj się nie zgodzę – złapał go za palec, gotowy złamać go jak wykałaczkę.

– Sto tysięcy uniksów!!!

Lube zrobił zdziwioną minę. Po chwili namysłu puścił palce gospodarza.

– Ciekawe, jak ktoś spłukany może zaoferować taką forsę – uśmiechnął się złośliwie.

Forsy starczyłoby, by mógł żyć dostatnio w jakimś luksusowym kurorcie do końca swoich dni. Wątpił oczywiście w zdolność kredytową siedzącego przed nim człowieka, a co do jego uczciwości był pewny, że takiej nie posiada. Wiedział jednak też, że jest rozsądny i narażanie się komuś takiemu jak on skończy się bardzo, bardzo źle.

– Zwołałem na Marsa głowy największych karteli w Układzie Słonecznym – odetchnął i otarł czoło chusteczką. – To tylko problemy z płynnością finansową. Nic więcej.

– Miło mi to słyszeć.

– Przydałaby mi się twoja pomoc.

Skrzywił się, na co gospodarz uniósł uspokajająco ręce.

– Chodzi mi tylko o ochronę na czas gali. Jeśli zobaczą, że ochrania mnie słynny Dubernai, potraktują mnie poważnie. Ostatnia robota i forsa jest twoja. Sto patyków. Jesteś tego wart.

Lube podszedł do okna i objął wzrokiem panoramę metropolii. Znając tego małego knypka, domyślał się, że niedługo miasto zamieni się w fabrykę księżycowego piasku. Gliniarze zostaną sowicie opłaceni, nic nie zrobią. Przestępczość wzrośnie, na ulicach paradować będą zombie z wypranymi przez narkotyk mózgami…

– Dlaczego ja? – zerknął na leżących. – Te pierdoły ci nie wystarczą?

Kupiec uśmiechnął się.

– Jak sam stwierdziłeś, to pierdoły, ale ty – wstał z krzesła z nabożnym wyrazem twarzy – ty jesteś jednym z Dubernai. Wystarczy sama twoja obecność, żeby się zesrali.

– Dziwnie brzmią te słowa z ust kogoś, kto nie chce zapłacić za robotę.

– Nie pożałujesz. Pomyśl tylko. Pomyśl, jak mało was zostało. Być może jesteś jednym z ostatnich ze swojego rodu. Nikt z was nie dożył tak sędziwego wieku, by odejść spokojnie w swoim łóżku. Ty możesz być pierwszy.

***

Ktoś zapukał do drzwi jego mieszkania. Lube odłożył ostrożnie czyszczony pistolet i sięgnął po rewolwer. Nie mówił nikomu, gdzie mieszka. Nie miewał też przyjaciół, którzy wpadliby niezapowiedzianie na herbatę. Udał, że otwiera drzwi. Napastnik wparował do środka, siekąc meble w karabinowym szale – a raczej zrobiłby tak, gdyby Lube nie zabrał mu broni.

– Naprawdę powinnaś używać zabawek stosowniejszych do twojego wieku – mruknął.

Kami stała niewzruszona, jakby spodziewała się takiego rezultatu.

– Miałeś przejść na emeryturę – rzuciła mu oskarżycielskie spojrzenie.

– Ta, pracuję nad tym. Rozumiem, że przyszłaś załatwić mnie na dobre.

Przytaknęła, ale następne słowa przerwało jej głośne burczenie w brzuchu.

– Jestem głodna.

– W którym miejscu jest to niby mój problem?

Brzuch ponownie zaburczał. Lube westchnął i podszedł do szafki. Miał jakiś makaron, parę przegniłych warzyw, batony kaloryczne i karmę dla psa. Nawet nie miał psa.

Chwilę później kontynuował czyszczenie broni, gdy Kami przyglądała mu się, siorbiąc makaron instant.

– To ostatnia robota – mówił, sprawdzając, jak chodzi spust. – Po niej będę miał wystarczająco dużo forsy, żeby przejść na tę całą… emeryturę.

Słowo to nadal przechodziło mu przez gardło jak tłuczone szkło, ale na co miał czekać? Aż zginie śmiercią bohatera? Za dużo miał na sobie krwi, żeby móc go tak nazwać. Poza tym przez wiele lat w tym fachu nauczył się, że bohaterowie istnieją tylko w opowieściach. On zaś był za stary na opowieści.

– Jak ty się w ogóle o tym dowiedziałaś?

– Wszyscy o tym mówią – zdziwiła się. – Słynny najemnik w służbie konglomeratu narkotykowego. Przyszłam wymierzyć sprawiedliwość.

– Mhm, nici z tego. Sprawiedliwość nie jest ostatnio zbyt chodliwym towarem. Większość, którzy nią handlują, szybko traci wiarę.

– A reszta?

– Reszta… – zakręcił korbą. Metaliczne kliknięcie oznajmiło, że rewolwer jest gotowy, by robić to, do czego został stworzony. – Reszta dostaje kulkę.

Kami skończyła jeść zupę. Otarła ręką buzię i posłała mu swoje karcące spojrzenie.

– Już tłumaczyłem. Muszę mieć forsę.

– Dlaczego?

– Żeby przejść na emeryturę.

– Dlaczego?

Uderzył pięścią w stół. Wziął głęboki oddech. Właściwie dlaczego nie odejdzie teraz? Powie swojemu klientowi, żeby znalazł kogoś innego, i wyjedzie. Ma jakieś oszczędności. Mógłby otworzyć mały sklepik albo… Parsknął śmiechem. On. Dubernai. Człowiek, który przez całe życie zabijał ludzi za pieniądze, miałby się nagle nawrócić. To było idiotyczne, ale…

– Muszę coś zmienić, mała…

– To zacznij od siebie – przerwała mu.

Jej oczy były stanowcze. Zupełnie jakby naprawdę wierzyła, że może się zmienić. To było dziwne, ale on także pomyślał, że może być inaczej.

***

Złowrogie spojrzenia spadały na niego jak sztylety. Było ich dużo. Praktycznie każdy z gości miał swojego osobistego goryla albo dwóch. Nie robiło to co prawda żadnej różnicy. Wystarczyło tylko, by przymilnie się do nich uśmiechnął, a odwracali wzrok. Mieszało im to w głowie. Gdy spodziewasz się, że krwawy zakapior będzie agresywny, jesteś w stanie mentalnie się przygotować. Wiesz, że zachowa się jak każdy normalny człowiek i na agresję odpowie agresją, ale gdy się do ciebie uśmiechnie, wtedy dopiero odczuwasz prawdziwy strach. Bo już nie jesteś pewny, co takiemu może siedzieć w głowie.

 

– Widzę, że masz wyrobioną niezłą renomę, Lube – mruknął zadowolony klient. – Ludzie cię widzą i już srają w gacie. Wiedziałem, że wynajęcie ciebie będzie dobrym pomysłem.

Dubernai wzruszył ramionami i ziewnął. Bankiet zaczynał go już nudzić. Słaby alkohol, żarcie też słabe… i za małe porcje.

Krążyli po sali, dobijając targów, zawierając sojusze, łamiąc je parę minut później, a wszystko sprowadzało się do pieniędzy, władzy i narkotyków. Jerlah, jego zadowolony klient, miał do tego smykałkę, będąc z charakteru śliski jak wąż.

Gdy posypały się ostatnie przemówienia i stuknęły ostatnie kieliszki, zostali zaproszeni do mniejszego pokoju, gdzie mówić miały już tylko grube ryby.

Poznawał niektóre twarze, za których sprzątnięcie Galactic Officia sowicie by zapłaciły. Nie mieli jednak nigdy zostać złapani z bardzo prostego powodu. Oni płacili więcej.

– Witajcie, przyjaciele – rozłożył ręce Jerlah, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

Odpowiedziały mu złowrogie mruknięcia.

– Nie „przyjaciele"? Dobrze, a więc witajcie, drodzy „sojusznicy".

To już zabrzmiało lepiej. Zebrani odpowiedzieli mu znaczącym skinieniem. Słowo „sojusznicy" brzmiało dobrze, honorowo, a jednocześnie kompletnie niezobowiązująco, bo sojusze zmieniały się częściej niż marsjańskie wiatry.

– Rozumiemy, że zebrałeś nas tutaj z powodu wybicia klanu Gort – zabrał głos siwowłosy mężczyzna. – I jako nowy w branży zachciało ci się zostać członkiem Rady.

Powietrze wypełniło się pogardliwymi prychnięciami. Jerlah pozostawał jednak spokojny. Ani na chwilę nie zadrgała mu powieka.

– Nie przychodzę z pustymi rękami – skłonił się i pstryknął palcami.

Do sali weszły androidy w kolorowych szatach na modłę galaktycznych arbitrów. Każdy stanął naprzeciw jednego z gangsterów i powoli uchylił wieko. Jasna poświata wbiła się w źrenice i wymusiła uśmiechy. Księżycowa platyna, droższa niż złoto, srebro czy diamenty. Już wiedział, dlaczego Jerlahowi zabrakło „płynności finansowej".

Lube nic nie powiedział, ale obiecał sobie, że po spotkaniu urządzi sobie ze swoim klientem pogawędkę. Długą pogawędkę.

Siwowłosy rozejrzał się po uśmiechniętych twarzach i westchnął.

– Witamy w Radzie.

Jerlah skinął uprzejmie i zasiadł w fotelu przy stole.

– A więc – klasnął w dłonie – kontynuując temat, należy omówić granice, strefy wpływów, procenty od…

– Pozostała jeszcze jedna, ważniejsza kwestia – starzec się skrzywił.

Wszystkie spojrzenia skupiły się na nim, a atmosfera zgęstniała.

– Klan Gort – kontynuował – zasiadał w Radzie od ponad trzystu lat. Byli niemal jak rodzina królewska i nadal posiadają pewne poważanie. W dniach świetności robili też dużo dobrego dla mieszkańców. Zajęcie ich miejsca może być… problematyczne.

– Przecież wszyscy nie żyją! – wrzasnął klient.

Lube ledwo powściągnął mimikę twarzy. Wiedział doskonale, o kim mówią.

– Nasze źródła donoszą, że z masakry uszła córka przywódcy klanu. Dziewczynka o imieniu Kami Gort.

Kupiec spojrzał na Helmuda z wyrzutem. Na jego twarzy widać było niewypowiedzianą boleść.

– To się jej pozbądźcie – mruknął, opierając policzek na dłoni. – Mi jakaś tam smarkula nie robi różnicy.

– Niestety jest to kwestia kluczowa – odezwał się tym razem inny. – Dopóki problem nie zostanie rozwiązany, twoje członkostwo w Radzie będzie zawieszone.

Mierzyli się spojrzeniami. W końcu jednak Jerlah westchnął i machnął ręką.

– Dobra, zajmę się tym – powiedział i nachylił się do Helmuda. – Zajmij się tym.

Lube zmarszczył brwi.

– Nie tak się umawialiśmy.

– Nie, ale jeśli taka legenda jak ty chce odejść z branży, to musi to zrobić z dużą ilością pieniędzy – warknął. – Więc rób, co mówię, i zajmij się tym. Nie byłoby problemu, gdybyś wyrżnął ich wszystkich. Przez ciebie wszystko się przeciągnie.

– Nie zabijam dzieci.

– To nie mój problem.

Jeden z goryli zbliżył się do siwowłosego i wyświetlił przed nim hologram. Starzec uśmiechnął się paskudnie.

– Fortuna ci sprzyja, Jerlah. Mała sama postanowiła się do nas pofatygować.

Trójwymiarowy obraz wyświetlił się na stole, ukazując dziewczynkę przeciskającą się z workiem ładunków wybuchowych przewieszonym przez ramię. Jego ładunków, choć nie wiedział, jak dobrała się do sejfu, w którym je trzymał.

Rozmasował czoło, a następnie spojrzał na kaburę. Dwa razy próbowała go zabić. Trzeciego razu nie będzie. Jego oczy stały się zimne, niemal stalowe, a wyraz twarzy tak bezlitosny, że wszyscy w pokoju wstrzymali oddech.

– Jesteś Dubernai – uśmiechnął się kupiec. – Rób to, co zawsze robisz.

Wyszedł. Mała przemieszczała się wentylacją. Jeśli chciała się go pozbyć, musiała wiedzieć, gdzie jest. Możliwe, że tatulek zabierał małą na tajne spotkania, by się uczyła. Wszedł do magazynu, sięgnął po miotłę i zaczekał chwilę. Mała zachowywała się cicho, ale metalowe blachy nie ułatwiały jej zadania. Gdy znalazła się nad nim, uderzył w łączniki. Stara konstrukcja rozczepiła się, a dziewczynka uderzyła o ziemię. Wykorzystał moment, w którym była otępiała, i zabrał jej worek z ładunkami.

– Idiotyzmem jest drażnić lwa i liczyć, że cię nie zje – powiedział zimno, przygważdżając ją stopą do ziemi. – A robienie tego trzeci raz jest szczytem głupoty. Naprawdę nie wiesz, z kim masz do czynienia? Tak bardzo chcesz mnie zabić?

– Nie tym razem – szepnęła, zaciskając pięści.

– Więc co tu do cholery robisz?! – wrzasnął, ale usunął nogę.

Mała leżała chwilę na podłodze, zaciskając ze wściekłości zęby. Wstała powoli, oparła się o ścianę i spuściła wzrok.

– Rada. Muszę się ich pozbyć.

Uniósł brew. Zastanawiał się, czy wie, że też chcą jej śmierci.

– Niby czemu? Czy sama nie mówiłaś mi, że zabijanie jest złe?

Nic mu nie odpowiedziała.

– Jesteś taka sama jak tamci – prychnął pogardliwie.

Zacisnęła pięści jeszcze mocniej, a potem znieruchomiała. Jakby pogodziła się już z losem i czekała na koniec. Bo koniec musiał nastać, prawda? Była dzieckiem, ale stanęła na drodze jednemu z Dubernai. Musiała umrzeć.

– Masz rację, jestem taka jak oni.

– Dlaczego nie odeszłaś?

– Bo nie chcę taka być! – wrzasnęła i skuliła się w sobie. – Mama, zanim umarła, powiedziała mi, że czyniąc zło, musimy odpłacić podobną ilością dobra, by Księżycowa Matka nas całkiem nie potępiła. Tak robił dziadek i pradziadek. Byli honorowi, nie wchodzili w brudne interesy, starali się dbać o mieszkańców – pociągnęła nosem. – Tato i inni nie przejmowali się jednak zasadami. Odrzucili ścieżki, którymi kierowała się kiedyś Rada – podniosła wzrok. W oczach miała łzy. – Chcę to naprawić. Odkupić winy mojego klanu. Jeśli mój klan tak upadł, to zasługiwał na potępienie, ale nie tylko oni. Wiem, co Rada zamierza zrobić z tym miastem. Jeśli wprowadzą swoje plany w życie, ludzie będą cierpieć. Zwykli ludzie.

– A ty zamierzasz odkupić grzechy ojca, pozbywając się ich. Dobrze zrozumiałem? Naprawdę myślisz, że wysadzenie się w powietrze razem z tymi bandziorami odkupi twoją duszę?

Spuściła głowę.

– Jesteś młoda i głupia. Za młoda, żeby nosić cudze grzechy – wyciągnął pistolet.

Kami z klanu Gort zamknęła oczy. Na ustach miała modlitwę do Księżycowej Matki. Długo jej nie słyszał. Mówiła o odkupieniu duszy. Wolne żarty. Jakby on lub ktokolwiek w tym budynku jakąś posiadał.

***

Poprawił kołnierzyk i wszedł do pokoju. O ile wcześniej atmosfera była gęsta, to teraz można było ją kroić nożem.

– Stało się – powiedział, nie patrząc nikomu w oczy.

Starzec skrzywił się i podrapał po skroni.

– A ciało?

– Sprzątanie w cenie – odparł przez ściśnięte gardło.

Zebrani popatrzyli na niego z przestrachem. Jedynie Jerlah zaczął zanosić się śmiechem.

– Mówiłem, że Lube to prawdziwy profesjonalista.

Dubernai nachylił się ku swojemu klientowi i położył mu rękę na ramieniu.

– Muszę się przewietrzyć – szepnął.

– Teraz? – posłał mu zdziwione spojrzenie, ale gdy przyjrzał się jego umęczonej twarzy, lekko się skrzywił. – Dobra, idź zapalić, ale wracaj jak najprędzej i weź się w garść. Wyraźnie się ciebie boją, a dzięki temu boją się i mnie.

Skinął głową i wyszedł, co zebrani przyjęli z lekką ulgą.

Przeszedł jedną przecznicę i wstąpił do małej kawiarni. Z wyraźnym stęknięciem opadł na fotel i zerknął w menu. Szczególnie jego uwagę przykuł truskawkowy grzmot, choć przez taką ilość cukru chyba by się przekręcił.

– I jak? – spytała siedząca naprzeciw niego Kami.

– Chyba zostanę przy samej kawie.

– Nie o tym mówię – naburmuszyła się.

Potężny grzmot wstrząsnął ulicą jak przy trzęsieniu ziemi. Bywalcy kawiarni wybiegli na zewnątrz, a Lube przywołał w tym czasie zszokowaną kelnerkę.

– Wezmę czarną, bez cukru. Dla małej truskawkowy grzmot.

Kobieta patrzyła na niego jak na wariata, ale zapisała zamówienie.

Kami też mu się przyglądała, ale ze znacznie bardziej nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Będą na ciebie polować.

Wzruszył ramionami.

– Nie pierwszy raz.

– Co teraz zrobisz?

Ponownie wzruszył ramionami.

– Emerytura może być trochę przereklamowana. Nie jestem znowu aż tak stary.

– Jeśli wrócisz do zabijania, to nie oszczędzę cię. Możesz być tego pewien – oznajmiła, zaplatając ręce na piersi.

Lube uśmiechnął się i zerknął na wznoszące się na ulicy tumany pyłu.

– Możesz mieć trochę racji – westchnął i sięgnął po gazetę. Jego oczy spoczęły na rubryce z ogłoszeniami o pracę. – Może nadszedł czas, żeby się… przebranżowić?

 

 

Koniec

Komentarze

Zakładam, że powtarzanie słowa bogaty, było zabiegiem celowym. Mi się to nie podoba.

 

Po tym, jak wytłukł prawie do nogi kartel o jakiejś pretensjonalnej, złowieszczej nazwie, zadowolony klient będzie mógł zająć niezagospodarowaną przez rynek lukę, co z pewnością czynił właśnie w tej chwili, ponieważ się spóźniał.

Masz w tym zdaniu czas przeszłym teraźniejszy i przyszły, to utrudnia połapanie się o co chodzi.

Za to kartel o pretensjonalnej nazwie fajny;)

 

 

– Ktoś tu musi popracować nad celnością – pomyślał, biorąc łyk czerwonego Bordeaux. Kieliszek też ktoś przestrzelił.

Skoro pomyślał, to nie zapisuj jako dialog. 

 

Był zły, bo mógł się tego spodziewać, a tak wszelkie nadzieje na miły wieczór prysły.

Trochę nielogiczne. 

 

Zazwyczaj, gdy ktoś wymordowuje liczącą ze stu ludzi organizację, to zawsze się jakieś żądne zemsty kutasy uchowają.

 

Po co ze?

 

 

Lube tak bardzo zanurzył się w rozmyślaniach, że nawet nie zauważył, jak jego ciało odruchowo przeskoczyło przez rozbite okno i spadło na maskę różowego areovolta.

Kiedy jego ciało. Bo jeśli było by jak, należałoby napisać gibko, elegancko…

 

– Mógłbyś mnie tam wysadzić? – wskazał palcem na lądowisko, a zaraz potem rozległy się kolejne wystrzały.

Wskazał z dużej.

 

Ten scenariusz przerabiał więcej razy, niż mógł zliczyć, odkąd żył, a żył już cholernie długo, z czego także zdał sobie sprawę.

 

Troszkę nie logiczne to niż mógł zliczyć, odkąd żył. Niż mógł zliczyć jest ogólne, co wnosi to odkąd żył?

 

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Rzuć okiem, bo błędnie zapisujesz dialogi.

 

Gdzieś w niej czekał na niego jego klient z jego pieniędzmi, które zamierzał odebrać.

Jegoza wyszła.

 

Historia fajna i zabawna, ale technicznie głośno prosi o betę.

 

 

delulu managment

Witaj. :)

Gratuluję debiutu i zachęcam do spojrzenia w dział Publicystyka, w którym zamieszczone są, pomocne nam wszystkim, PORADNIKI, w tym – Drakainy dla Nowicjuszy, a także: dialogowe, językowe, interpunkcyjne, myślowe, ortograficzne itp. :)

 

Przykładowe kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Na pewno do poprawy (wedle wskazanego poradnika) jest tu zapis myśli, bo na razie niczym nie różni się od zapisu dialogowego, np.:

– Ktoś tu musi popracować nad celnością – pomyślał, biorąc łyk czerwonego Bordeaux. Kieliszek też ktoś przestrzelił.

Lube zmarszczył brwi i otarł ubrudzony winem kołnierzyk.

– Lepiej, łachmyto – mruknął, wyciągając pistolet z kabury.

 

– Zgoda – powiedział, choć już myślał, że nie przejdzie mu to przez gardło.

– W takim razie poniecham cię – powiedziała i ponownie się uśmiechnęła.

Lube skinął głową na znak, że są dogadani, i skierował się ku drzwiom.

– Emerytura, co? – pomyślał, schodząc na lądowisko.

 

 

Do poprawy są również dialogi, np.:

– Mógłbyś mnie tam wysadzić? – wskazał palcem na lądowisko, a zaraz potem rozległy się kolejne wystrzały.

– Wyglądam naprawdę aż tak staro? – odwrócił się w jego stronę, okazując podbródek pod kątem, z którego słabiej było widać zmarszczki.

– Wcale nie – wzruszyła ramionami. – Mi w sumie też, był strasznym draniem.

– Jesteś złym człowiekiem – przyjrzała mu się badawczo. – Tak wszyscy mówili. Poza tym, jak ktoś ci zabije ojca, to trzeba się zemścić, nie?

– Żebyś zdechł – znowu wzruszyła ramionami. Zaczynało go to już wkurzać.

– Wcale nie. Wiem, kiedy ktoś chce mnie zakatrupić. Mam w tym wprawę – przykucnął, marszcząc brwi. – Co mam zrobić, żebyś się odczepiła, a ja nie musiał cię zrzucić z tego budynku?

– Zapłacę – uniósł ręce ku górze.

– Oczywiście, że zapłacisz – poklepał go po ramieniu.

– Dlaczego ja? – zerknął na leżących. – Te pierdoły ci nie wystarczą?

 

 

 

 

Ogólnie w tekście jest nadmiar umieszczonych niedaleko siebie, rozmaitych form czasowników: „być”oraz „móc”, a także zaimków, co mnoży niepotrzebne powtórzenia, np.:

Żal mu było go wypijać. Kosztowało więcej niż jego miesięczne utrzymanie, no ale zadowolony klient sam mówił, żeby zamówił, co chce, a on zapłaci. Sam zaprosił go na kolację.

– Wyglądam naprawdę aż tak staro? – odwrócił się w jego stronę, okazując podbródek pod kątem, z którego słabiej było widać zmarszczki.

Było to może niegrzeczne, tak przerywać czyjś monolog, ale nie mógł dłużej wytrzymać. Dres wpatrywał się w niego, nie rozumiejąc pytania, a skoro nie zrozumiał pytania, to może nie miał go zrozumieć, czyli mogła być to jedynie podła drwina.

Gdzieś w niej czekał na niego jego klient z jego pieniędzmi, które zamierzał odebrać. A co potem? Pierwszy raz brak planu zaczął go uwierać.

– Tutaj się nie zgodzę – złapał go za palec, gotowy złamać go jak wykałaczkę.

– Ciekawe, jak ktoś spłukany może zaoferować taką forsę – uśmiechnął się złośliwie.

Forsy starczyłoby, by mógł żyć dostatnio w jakimś luksusowym kurorcie do końca swoich dni.

Jej oczy były stanowcze. Zupełnie jakby naprawdę wierzyła, że może się zmienić. To było dziwne, ale on także pomyślał, że może być inaczej.

 

 

 

Warto też poprawić interpunkcję, np.:

– W takim razie czemu próbowałaś mnie zabić?

– Nie, ale jeśli taka legenda jak ty chce odejść z branży, to musi to zrobić z dużą ilością pieniędzy – warknął.

 

Czy te przykładowe aliteracje są celowe:

– I już nigdy nikogo nie zabijesz?

Byli niemal jak rodzina królewska i nadal posiadają pewne poważanie.

W dniach świetności robili też dużo dobrego dla mieszkańców.

 

 

Są i inne powtórzenia, np.:

– Zgoda – powiedział, choć już myślał, że nie przejdzie mu to przez gardło.

– W takim razie poniecham cię – powiedziała i ponownie się uśmiechnęła.

– Chodzi mi tylko o ochronę na czas gali. Jeśli zobaczą, że ochrania mnie słynny Dubernai, potraktują mnie poważnie. – przy okazji – tu po raz pierwszy wprowadzasz nowe pojęcie, będące też tytułem, ale go niestety nie wyjaśniasz, a warto. :)

Słowo to nadal przechodziło mu przez gardło jak tłuczone szkło, ale na co miał czekać? Aż zginie śmiercią bohatera? Za dużo miał na sobie krwi, żeby móc go tak nazwać.

Lube nic nie powiedział, ale obiecał sobie, że po spotkaniu urządzi sobie ze swoim klientem pogawędkę.

– Nie, ale jeśli taka legenda jak ty chce odejść z branży, to musi to zrobić z dużą ilością pieniędzy – warknął.

– Nie, ale jeśli taka legenda jak ty chce odejść z branży, to musi to zrobić z dużą ilością pieniędzy – warknął. – Więc rób, co mówię, i zajmij się tym.

Nie byłoby problemu, gdybyś wyrżnął ich wszystkich. Przez ciebie wszystko się przeciągnie.

 

 

 

Zdarzają się usterki składniowe, np.:

I jako nowy w branży zachciało ci się zostać członkiem Rady.

Stara konstrukcja rozczepiła się, a dziewczynka uderzyła o ziemię.

 

Miło, że dałeś happy end. ;) Nawet taki zabójca ma zasady. :) Postać głównego bohatera świetna, zachęcam do rozwinięcia/kontynuacji tego tekstu w większą powieść. ;)

Klik do Biblioteki, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka