Na scenę wbiega kilku muzyków. Torsy mają nagie i umięśnione, włosy długie, a na nogach obcisłe jeansy. Witają się z publicznością, która szaleje na ich widok. Po chwili zaczynają grać. Rozbrzmiewają ciężkie rockandrollowe dźwięki. Nie lubię takiej muzyki, ale nie przestaję słuchać.
Po kilku minutach następuje stopklatka. Widać wszystkich członków zespołu stojących obok siebie i pozdrawiających fanów.
Na ekranie pojawia się tytuł „Baloon Party Massacre”.
Film ten rzekomo oparto na prawdziwych wydarzeniach. Składa się on przede wszystkim z relacji uczestników ostatniego koncertu zespołu, którego członkowie zniknęli w niejasnych okolicznościach. Wielu z tych, którzy przebywali wtedy pod sceną, wspominało o tym, jak muzycy unieśli się ku niebu i poszybowali w stronę chmur. Więcej już ich nie widziano. Dokument został nagrany kilka lat po tym wydarzeniu. Do dnia dzisiejszego ostało się niewiele kopii. W posiadanie jednej z nich udało mi się przypadkowo wejść, ale o szczegółach transakcji wolę nie wspominać.
Po zniknięciu napisów tytułowych pojawia się Brasco, jeden z członków zespołu. Towarzyszy mu niewidoczny dziennikarz. Słychać jedynie jego chrapliwy głos.
– Jak to się stało, że pan jako jedyny z całego zespołu ocalał? – pyta. – Wiem, że wielokrotnie pan o tym opowiadał, ale proszę powtórzyć jeszcze raz.
– To się nagrywa?
– Tak.
– Wolałbym…
– Proszę mówić.
Brasco chwilę się waha, w końcu zaczyna mówić. Wiem dobrze, co powie, gdyż czytałem praktycznie wszystkie artykuły poświęcone tej sprawie, mimo to słucham z uwagą. Relacja bezpośrednia jest najbardziej wiarygodna, nie to co zapiski z drugiej ręki.
– No cóż, kilka dni wcześniej rozłożyło mnie choróbsko, tuż przed tym koncertem, w trakcie którego… no wiecie. Nie było sensu się pokazywać, skoro nie miałem nawet siły, żeby ustać na nogach, a co dopiero pełną parą pląsać po scenie. Ale co wtedy się stało? Nie mam pojęcia. Wszyscy na początku myśleli, że ta cała lewitacja to element widowiska i że muzycy są przyczepieni do jakiegoś niewidocznego z dołu helikoptera i dlatego unoszą się w powietrze. Koncert odbywał się nocą, dlatego oślepieni światłami bijącymi ze sceny nie widzieli, co znajduje się ponad nimi. Mogę wam na sto procent zagwarantować, że niczego takiego nie zaplanowaliśmy. Naprawdę nie wiem, co się wtedy wydarzyło i dlatego to jest tak cholernie dziwne.
– Może oni panu po prostu nie wspomnieli o swoim nietypowym pomyśle?
– I co z nimi niby się stało? Gdzie teraz są? Myśli pan, że nie wróciliby do domów, do rodziny? Że nie daliby znaku życia? I jakim cudem nikt nie usłyszałby tego rzekomego helikoptera? Kurwa mać, co pan pierdoli?
Wywiad z Brasco zostaje przerwany, pewnie z uwagi na niecenzuralność wypowiedzi. Na ekranie pojawia się młoda kobieta, żona Brocka, tego, który zniknął.
– Byłam tam i widziałam, co się stało. Chciałam nawet wbiec na scenę i złapać męża, ale nie dałam rady przecisnąć się przez tłum. Tak dużo ludzi wtedy przybyło na ten koncert. Moglibyście przebierać w świadkach, ale większości z nich zapewne nie uda się wam nigdy odnaleźć, choć mam wrażenie, że każdy podałby nieco inną wersję tego wydarzenia.
– A pani co wtedy zaobserwowała?
– To był prawie wieczór, w zasadzie późne popołudnie. W pewnym momencie coś zaczęło huczeć. W pierwszej kolejności pomyślałam, że popsuło się nagłośnienie, ale w końcu zrozumiałam, że to dochodzi z góry. A potem oni zaczęli jeden po drugim ulatywać ku niebu. Pamiętam, że Gory, najlepszy kumpel mojego męża wciąż grał, choć wisiał już kilka metrów nad ziemią. Dopiero po chwili zorientował się, że coś jest nie tak. To byłoby nawet zabawne, gdyby nie cała sytuacja. Pozostali jakby zapadli w trans, tylko ten jeden biedak, Gory, tak śmiesznie wymachiwał nogami, jak skazańcy na szubienicy. Przepraszam, nie powinnam tak mówić.
Kobieta zaczyna szlochać, a może chichotać. Trudno powiedzieć, bo zaraz następuje kolejny przeskok.
Tym razem rodzice Gory’ego udzielają wywiadu. Starsze małżeństwo, które jednak zamiast skupić się na tamtym wydarzeniu, ciągle wraca do tematu ich gospodarstwa, zwięrząt hodowlanych i roślin uprawnym. Dziennikarz próbuje naprowadzić ich na odpowiedni tor, ale oni unikają przejścia do sedna sprawy i wspominają o zeszłorocznej suszy i drogiej paszy. Całość kwitują jednym zdaniem, iż nigdy nie popierali zamiłowania syna do muzyki. Koniec rozmowy.
Wychodzę na moment do toalety, a kiedy wracam, przewijam film w poszukiwaniu momentu, w którym przerwałem. Cofam sporo, ale nie udaje mi się natrafić na wywiad z rodzicami Gory’ego, czy żoną Brocka, za to pojawia się coraz więcej scen, których wcześniej nie widziałem.
Na przykład fragment z Gorym, który opowiada o rzekomym wniebowstąpieniu, tak jakby to on, a nie Brasco tego dnia przebywał w domu. Czyżby wtedy obaj nie uczestniczyli w koncercie? Nie zachowały się żadne bezpośrednie nagrania, ale na pewno ktoś wcześniej wspominał, jakoby Gory występował na scenie.
Cofam dalej, aż docieram do początku. Leci fragment koncertu, ale tym razem przed znacznie mniejszą publicznością, jakby z czasów ich pierwszych występów. Wtedy była ich jeszcze czwórka, Gory, Brasco, Danny i Brock.
I znów stopklatka, a po niej tytuł.
Baloon Party Massacre. BPM. To ich nazwa zespołu. Grali w czasach, gdy nie było jeszcze smartfonów. Nikt nie nagrał momentu zniknięcia muzyków. Pozostała po nich jedynie pusta scena.
Potem jednak nie następuje wywiad z Brasco, tak jak to zapamiętałem, ale z najlepszym kolegą muzyków, Wave Kidem.
– Nie wiem, kto nagadał wam tych głupot – mówi. – To był dzień, słońce świeciło tak jasno jak teraz. I nie było tam żadnego cholernego helikoptera. Oni unosili się w powietrze, jakby przyciągał ich jakiś magnes. Dosłownie tak to wyglądało. I cały czas grali, nawet jak znikali w chmurach, wciąż słyszałem ich muzykę.
– Myślisz, że uprowadzili ich kosmici?
– Nie mam zielonego pojęcia, ale każdy, kogo zapytacie poda wam zapewne inne wytłumaczenie.
Tego fragmentu na pewno wcześniej nie widziałem. Tak samo jak kolejnego. Wydaje się on wyciągnięty z zupełnie innego filmu. Parada słoni, ludzie w kolorowych strojach, jacyś Hindusi, buddyści, kto ich tam wie. Ale co to ma wspólnego z głównym tematem?
Trwa to kilkanaście minut, po czym znów pojawia się scena, a na niej grupa muzyków, ale tym razem ubrani są we fraki i grają zupełnie inną muzykę, klasyczną. Na początku słychać tylko jeden instrument, potem dołącza drugi, następnie trzeci i czwarty. W pewnym momencie unoszą się w powietrze, a potem kołują jak ptaki nad głowami zadziwionej publiczności. Wreszcie pikują i rozbijają się o ziemię.
Cofam jeszcze raz do początku. Tym razem scena otwierająca jest zupełnie inna. Jakieś azjatyckie miasto, tłum przebierańców, którzy szaleją i oddają cześć bóstwom o głowach zwierząt. Nagle słychać strzały, ludzie uciekają w popłochu, widać kilku napastników, którzy ich atakują. Potem stopklatka i tytuł. Baloon Party Massacre.
Za każdym razem, gdy odtwarzam całość od początku, sceny się zmieniają, nie jestem w stanie odnaleźć ponownie tych, które widziałem wcześniej.
W końcu wyjmuję płytę z napędu, żeby sprawdzić, czy na pewno nikt jej nie podmienił, kiedy byłem w toalecie. Nie, to na pewno ta sama. Problem w tym, że film wciąż jest odtwarzany, choć płyty nie ma już w środku. Co więcej dopiero teraz orientuję się, że urządzenie nawet nie jest podpięte do telewizora.
Kabel niknie gdzieś pod stołem. Znajduje się tam jakieś czarne pudełko. Wyciągam je i przyglądam się uważnie. Nigdy nie kupowałem czegoś takiego. Skąd to się w ogóle wzięło w moim domu? Wygląda na to, że to ono transmituje obraz na ekran telewizora. Jakim cudem wcześniej tego nie zauważyłem? Kto i kiedy je podpiął? Czyżby faktycznie to zdarzyło się wtedy, gdy byłem przez chwilę nieobecny w pokoju?
Oglądam pudełko z każdej strony, ale nigdzie nie ma żadnego wyłącznika, ani nawet logo producenta. Na obudowie znajduje się jedynie numer telefonu. Niewiele myśląc wybijam go w moim smartfonie i dzwonię.
– Tu Ted z Teddy Bear Company – rozlega się głos po drugiej stronie. – W czym mogę pomóc?
To niemożliwe. Firma, w której pracuję to właśnie Teddy Bear Company. Produkujemy i sprzedajemy pluszaki. Wszyscy zatrudnieni mają na imię Ted. Ja także. To ścisły wymóg wobec kandydatów. Nazywasz się inaczej, to szukaj swojego miejsca gdzie indziej. Nie rozumiem zupełnie tego podejścia, ale przecież nie ja jestem szefem i nie ja decyduję o tak błahych sprawach jak kwestie kadrowe.
Mówię, że także pracuję w Teddy Bear Company. Okazuje się, że to Ted z Bedberky. Zawsze wita wszystkich serdecznym uściskiem, prawie czuję jak napiera na mnie przez telefon. Nie wdaję się jednak w pogadanki o głupotach, lecz od razu wspominam o dziwnym urządzeniu, na którym widnieje numer telefonu do naszej centrali.
– Aaa, no tak, wszyscy pracownicy dostali te maszynki – mówi Ted z Bedberky. – Ja swojej nawet jeszcze nie testowałem. Nie jarają mnie takie rzeczy. Leży gdzieś w kącie i czeka na odpowiedni czas. Ty wziąłeś nawet dwie.
– Aż dwie?
– Tak, dobrze pamiętam, chciałeś trzy, ale w ostatniej chwili ci wyrwałem jedną dla siebie. Teda z Bingsa nie było akurat w pracy, więc podebrałeś jego egzemplarz.
– Ale po co mi aż dwa?
– Mnie pytasz?
– Siebie.
– Czyli co, zostawić was samych? Ciebie i ciebie.
– Nie żartuj, to poważna sprawa. Lepiej od razu pozbądź się tego czegoś i nawet nie uruchamiaj.
– Dlaczego?
– To urządzenie jest niebezpieczne.
– Skoro tak mówisz, to na pewno uruchomię, jak tylko wrócę do domu. Albo powiem żonie, żeby przetestowała. Teraz zżera mnie ciekawość. Wybacz, muszę kończyć. To nie czas na prywatne pogaduszki.
Rozłącza się, a ja spoglądam z niedowierzaniem na ekran telewizora. Teraz widać na nim mnie podczas przyjęcia w ogrodzie, które odbyło się, gdy miałem jakieś dziesięć lat. Kamera obraca się powoli dookoła, ukazując członków mojej rodziny. Dobrze pamiętam, co stanie się potem.
Szybko odpinam kabel, ale obraz nie znika.
I wtedy przypominam sobie, jak Ted wspominał, że wziąłem dwa urządzenia.
Cześć
To powiek tak:
Praca przy ścince drzew dzisiaj przy -11 i tak wspaniały tekst, aż ogrzał mi serce, dając nadzieję, że kiedyś dostąpię wniebowzlecenia prosto ze sceny, i nikt nie będzie mi zawracał gitary, że ceny zboża były tak strasznie niskie, zbiory ziemniaka tak małe… boshe, jak tu żyć, i jeszcze ta żona, która chce złapać mnie za nogę, gdy wzbijam się ku przestworzom.
Bardzo dobry szort. Dziękuję, pozdrawiam, dobranoc.
Klik
Zakręcone i na swój sposób mroczne. I ma coś z muzycznej fugi. Lubię te Twoje małe wielkie dzieła. :)