- Opowiadanie: fanthomas - Fuga

Fuga

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Fuga

Na scenę wbie­ga kilku mu­zy­ków. Torsy mają nagie i umię­śnio­ne, włosy dłu­gie, a na no­gach ob­ci­słe je­an­sy. Wi­ta­ją się z pu­blicz­no­ścią, która sza­le­je na ich widok. Po chwi­li za­czy­na­ją grać. Roz­brzmie­wa­ją cięż­kie roc­kan­drol­lo­we dźwię­ki. Nie lubię ta­kiej mu­zy­ki, ale nie prze­sta­ję słu­chać.

Po paru mi­nu­tach na­stę­pu­je stop­klat­ka. Widać wszyst­kich człon­ków ze­spo­łu sto­ją­cych obok sie­bie i po­zdra­wia­ją­cych fanów.

Na ekra­nie po­ja­wia się tytuł „Ba­lo­on Party Mas­sa­cre”.

Film rze­ko­mo opar­to na praw­dzi­wych wy­da­rze­niach. Skła­da się on przede wszyst­kim z re­la­cji uczest­ni­ków ostat­nie­go kon­cer­tu ze­spo­łu, któ­re­go człon­ko­wie znik­nę­li w nie­ja­snych oko­licz­no­ściach. Wielu z tych, któ­rzy prze­by­wa­li wtedy pod sceną, wspo­mi­na­ło, jak mu­zy­cy unie­śli się ku niebu i po­szy­bo­wa­li w stro­nę chmur.  Wię­cej już ich nie wi­dzia­no. Do­ku­ment zo­stał na­gra­ny kilka lat po tym wy­da­rze­niu, a do dziś osta­ło się nie­wie­le kopii. W po­sia­da­nie jed­nej z nich udało mi się przy­pad­ko­wo wejść, ale o szcze­gó­łach trans­ak­cji wolę nie wspo­mi­nać.

Po znik­nię­ciu na­pi­sów ty­tu­ło­wych po­ja­wia się Bra­sco, jeden z człon­ków ze­spo­łu. To­wa­rzy­szy mu nie­wi­docz­ny dzien­ni­karz. Sły­chać je­dy­nie jego chra­pli­wy głos.

– Jak to się stało, że pan jako je­dy­ny z ca­łe­go ze­spo­łu oca­lał? – pyta. – Wiem, że wie­lo­krot­nie pan o tym opo­wia­dał, ale pro­szę po­wtó­rzyć jesz­cze raz.

– To się na­gry­wa?

– Tak.

– Wo­lał­bym…

– Pro­szę mówić.

Bra­sco chwi­lę się waha, w końcu za­czy­na mówić. Wiem do­brze, co powie, gdyż czy­ta­łem prak­tycz­nie wszyst­kie ar­ty­ku­ły po­świę­co­ne tej spra­wie, mimo to słu­cham z uwagą. Re­la­cja bez­po­śred­nia jest naj­bar­dziej wia­ry­god­na, nie to co za­pi­ski z dru­giej ręki.

– No cóż, kilka dni wcze­śniej roz­ło­ży­ło mnie cho­rób­sko, tuż przed tym kon­cer­tem, w trak­cie któ­re­go… no wie­cie. Nie było sensu się po­ka­zy­wać, skoro nie mia­łem nawet siły, żeby ustać na no­gach, a co do­pie­ro pełną parą plą­sać po sce­nie. Ale co wtedy się stało? Nie mam po­ję­cia. Wszy­scy na po­cząt­ku my­śle­li, że ta cała le­wi­ta­cja to ele­ment wi­do­wi­ska i że moi kumple są przy­cze­pie­ni do ja­kie­goś nie­wi­docz­ne­go z dołu he­li­kop­te­ra i dla­te­go uno­szą się w po­wie­trze. Kon­cert od­by­wał się nocą, dla­te­go ośle­pie­ni świa­tła­mi bi­ją­cy­mi ze sceny nie wi­dzie­li, co znaj­du­je się ponad nimi. Mogę wam na sto pro­cent za­gwa­ran­to­wać, że ni­cze­go ta­kie­go nie za­pla­no­wa­li­śmy. Na­praw­dę nie wiem, co się wtedy wy­da­rzy­ło i dla­te­go to jest tak cho­ler­nie dziw­ne.

– Może oni panu po pro­stu nie wspo­mnie­li o swoim nie­ty­po­wym po­my­śle?

– I co z nimi niby się stało? Gdzie teraz są? Myśli pan, że nie wró­ci­li­by do domów, do ro­dzi­ny? Że nie da­li­by znaku życia? I jakim cudem nikt nie usły­szał­by tego rze­ko­me­go he­li­kop­te­ra? Kurwa mać, co pan pier­do­li?

Wy­wiad z Bra­sco zo­sta­je prze­rwa­ny, pew­nie z uwagi na nie­cen­zu­ral­ność wy­po­wie­dzi. Na ekra­nie po­ja­wia się młoda ko­bie­ta, żona Broc­ka, tego, który znik­nął.

– Byłam tam i wi­dzia­łam, co się stało. Chcia­łam nawet wbiec na scenę i zła­pać męża, ale nie dałam rady prze­ci­snąć się przez tłum. Tak dużo ludzi wtedy przy­by­ło na ten kon­cert. Mo­gli­by­ście prze­bie­rać w świad­kach, ale więk­szo­ści z nich za­pew­ne nie uda się wam nigdy od­na­leźć, choć mam wra­że­nie, że każdy po­dał­by nieco inną wer­sję tego wy­da­rze­nia.

– A pani co wtedy za­ob­ser­wo­wa­ła?

– To był pra­wie wie­czór, w za­sa­dzie późne po­po­łu­dnie. W pew­nym mo­men­cie coś za­czę­ło hu­czeć. W pierw­szej ko­lej­no­ści po­my­śla­łam, że po­psu­ło się na­gło­śnie­nie, ale w końcu zro­zu­mia­łam, że to do­cho­dzi z góry. A potem oni za­czę­li jeden po dru­gim ula­ty­wać ku niebu. Pa­mię­tam, że Gory, naj­lep­szy kum­pel mo­je­go męża wciąż grał, choć wi­siał już kilka me­trów nad zie­mią. Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wał się, że coś jest nie tak. To by­ło­by nawet za­baw­ne, gdyby nie cała sy­tu­acja. Po­zo­sta­li jakby za­pa­dli w trans, tylko ten jeden bie­dak, Gory, śmiesz­nie wy­ma­chi­wał no­ga­mi, jak ska­zań­cy na szu­bie­ni­cy. Prze­pra­szam, nie po­win­nam tak mówić.

Ko­bie­ta za­czy­na szlo­chać, a może chi­cho­tać. Trud­no po­wie­dzieć, bo zaraz na­stę­pu­je ko­lej­ny prze­skok.

Tym razem ro­dzi­ce Gory’ego udzie­la­ją wy­wia­du. Star­sze mał­żeń­stwo, które jed­nak za­miast sku­pić się na tam­tym wy­da­rze­niu, cią­gle wraca do te­ma­tu ich go­spo­dar­stwa, zwierząt ho­dow­la­nych i ro­ślin upraw­nych. Dzien­ni­karz pró­bu­je na­pro­wa­dzić ich na od­po­wied­ni tor, ale oni uni­ka­ją przej­ścia do sedna spra­wy i wspo­mi­na­ją o ze­szło­rocz­nej suszy i dro­giej paszy. Ca­łość kwi­tu­ją jed­nym zda­niem, iż nigdy nie po­pie­ra­li za­mi­ło­wa­nia syna do mu­zy­ki. Ko­niec roz­mo­wy.

Wy­cho­dzę na mo­ment do to­a­le­ty, a kiedy wra­cam, prze­wi­jam film w po­szu­ki­wa­niu mo­men­tu, w któ­rym prze­rwa­łem. Cofam sporo, ale nie udaje mi się na­tra­fić na wy­wiad z ro­dzi­ca­mi Gory’ego, czy żoną Broc­ka, za to po­ja­wia się coraz wię­cej scen, któ­rych wcze­śniej nie wi­dzia­łem.

Na przy­kład frag­ment z Gorym, który opo­wia­da o rze­ko­mym wnie­bo­wstą­pie­niu, tak jakby to on, a nie Bra­sco tego dnia prze­by­wał w domu. Czyż­by wtedy obaj nie uczest­ni­czy­li w kon­cer­cie? Nie za­cho­wa­ły się żadne bez­po­śred­nie na­gra­nia, ale na pewno ktoś wcze­śniej wspo­mi­nał, ja­ko­by Gory wy­stę­po­wał na sce­nie.

Cofam dalej, aż do­cie­ram do po­cząt­ku. Leci frag­ment kon­cer­tu, ale tym razem przed znacz­nie mniej­szą pu­blicz­no­ścią, jakby z cza­sów ich pierw­szych wy­stę­pów. Wtedy była ich jesz­cze czwór­ka, Gory, Bra­sco, Danny i Brock.

I znów stop­klat­ka, a po niej tytuł.

Ba­lo­on Party Mas­sa­cre. BPM. To ich nazwa ze­spo­łu. Grali w cza­sach, gdy nie było jesz­cze smart­fo­nów. Nikt nie na­grał mo­men­tu znik­nię­cia mu­zy­ków. Po­zo­sta­ła po nich je­dy­nie pusta scena.

Potem jed­nak nie na­stę­pu­je wy­wiad z Bra­sco, tak jak to za­pa­mię­ta­łem, ale z naj­lep­szym ko­le­gą mu­zy­ków, Wave Kidem.

– Nie wiem, kto na­ga­dał wam tych głu­pot – mówi. – To był dzień, słoń­ce świe­ci­ło tak jasno jak teraz. I nie było tam żad­ne­go cho­ler­ne­go he­li­kop­te­ra. Oni uno­si­li się w po­wie­trze, jakby przy­cią­gał ich jakiś ma­gnes. Do­słow­nie tak to wy­glą­da­ło. I cały czas grali, nawet jak zni­ka­li w chmu­rach, wciąż sły­sza­łem ich mu­zy­kę.

– My­ślisz, że upro­wa­dzi­li ich ko­smi­ci?

– Nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia, ale każdy, kogo za­py­ta­cie poda wam za­pew­ne inne wy­tłu­ma­cze­nie.

Tego frag­men­tu na pewno wcze­śniej nie wi­dzia­łem. Tak samo jak ko­lej­ne­go. Wy­da­je się on wy­cią­gnię­ty z zu­peł­nie in­ne­go filmu. Pa­ra­da słoni, lu­dzie w ko­lo­ro­wych stro­jach, jacyś Hin­du­si, bud­dy­ści, kto ich tam wie. Ale co to ma wspól­ne­go z głów­nym te­ma­tem?

Trwa to kil­ka­na­ście minut, po czym znów po­ja­wia się scena, a na niej grupa mu­zy­ków, ale tym razem ubra­ni są we fraki i grają zu­peł­nie inną mu­zy­kę, kla­sycz­ną. Na po­cząt­ku sły­chać tylko jeden in­stru­ment, potem do­łą­cza drugi, na­stęp­nie trze­ci i czwar­ty. W pew­nym mo­men­cie uno­szą się w po­wie­trze, a potem ko­łu­ją jak ptaki nad gło­wa­mi za­dzi­wio­nej pu­blicz­no­ści. Wresz­cie pi­ku­ją i roz­bi­ja­ją się o zie­mię.

Cofam jesz­cze raz do po­cząt­ku. Tym razem scena otwie­ra­ją­ca jest zu­peł­nie inna. Ja­kieś azja­tyc­kie mia­sto, tłum prze­bie­rań­ców, któ­rzy sza­le­ją i od­da­ją cześć bó­stwom o gło­wach zwie­rząt. Nagle sły­chać strza­ły, lu­dzie ucie­ka­ją w po­pło­chu, widać kilku na­past­ni­ków, któ­rzy ich ata­ku­ją. Potem stop­klat­ka i tytuł. Ba­lo­on Party Mas­sa­cre.

Za każ­dym razem, gdy od­twa­rzam ca­łość od po­cząt­ku, sceny się zmie­nia­ją, nie je­stem w sta­nie od­na­leźć po­now­nie tych, które wi­dzia­łem wcze­śniej.

W końcu wyj­mu­ję płytę z na­pę­du, żeby spraw­dzić, czy na pewno nikt jej nie pod­mie­nił, kiedy byłem w to­a­le­cie. Nie, to na pewno ta sama. Pro­blem w tym, że film wciąż jest od­twa­rza­ny, choć płyty nie ma już w środ­ku. Co wię­cej do­pie­ro teraz orien­tu­ję się, że urzą­dze­nie nawet nie jest pod­pię­te do te­le­wi­zo­ra.

Kabel nik­nie gdzieś pod sto­łem. Znaj­du­je się tam ja­kieś czar­ne pu­deł­ko. Wy­cią­gam je i przy­glą­dam się uważ­nie. Nigdy nie ku­po­wa­łem cze­goś ta­kie­go. Skąd to się w ogóle wzię­ło w moim domu? Wy­glą­da na to, że to ono trans­mi­tu­je obraz na ekran te­le­wi­zo­ra. Jakim cudem wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­łem? Kto i kiedy je pod­piął? Czyż­by fak­tycz­nie to zda­rzy­ło się wtedy, gdy byłem przez chwi­lę nie­obec­ny w po­ko­ju?

Oglą­dam pu­deł­ko z każ­dej stro­ny, ale ni­g­dzie nie ma żad­ne­go wy­łącz­ni­ka, ani nawet logo pro­du­cen­ta. Na obu­do­wie znaj­du­je się je­dy­nie numer te­le­fo­nu. Nie­wie­le my­śląc wy­bi­jam go w moim smart­fo­nie i dzwo­nię.

– Tu Ted z Teddy Bear Com­pa­ny – roz­le­ga się głos po dru­giej stro­nie. – W czym mogę pomóc?

To nie­moż­li­we. Firma, w któ­rej pra­cu­ję to wła­śnie Teddy Bear Com­pa­ny. Pro­du­ku­je­my i sprze­da­je­my plu­sza­ki. Wszy­scy za­trud­nie­ni mają na imię Ted. Ja także. To ści­sły wymóg wobec kan­dy­da­tów. Na­zy­wasz się ina­czej, to szu­kaj miej­sca gdzie in­dziej. Nie ro­zu­miem zu­peł­nie tego po­dej­ścia, ale prze­cież nie ja je­stem sze­fem i nie ja de­cy­du­ję o tak bła­hych spra­wach jak kwe­stie ka­dro­we.

Mówię, że także pra­cu­ję w Teddy Bear Com­pa­ny. Oka­zu­je się, że to Ted z Bed­ber­ky. Za­wsze wita wszyst­kich ser­decz­nym uści­skiem, pra­wie czuję jak na­pie­ra na mnie przez te­le­fon. Nie wdaję się jed­nak w po­ga­dan­ki  o głu­po­tach, lecz od razu wspo­mi­nam o dziw­nym urzą­dze­niu, na któ­rym wid­nie­je numer te­le­fo­nu do na­szej cen­tra­li.

– Aaa, no tak, wszy­scy pra­cow­ni­cy do­sta­li te ma­szyn­ki – mówi Ted z Bed­ber­ky. – Ja swo­jej nawet jesz­cze nie te­sto­wa­łem. Nie ja­ra­ją mnie takie rze­czy. Leży gdzieś w kącie i czeka na od­po­wied­ni czas. Ty wzią­łeś nawet dwie.

– Aż dwie?

– Tak, do­brze pa­mię­tam, chcia­łeś trzy, ale w ostat­niej chwi­li ci wy­rwa­łem jedną dla sie­bie. Teda z Bing­sa nie było aku­rat w pracy, więc po­de­bra­łeś jego eg­zem­plarz.

– Ale po co mi aż dwa?

– Mnie py­tasz?

– Sie­bie.

– Czyli co, zo­sta­wić was sa­mych? Cie­bie i cie­bie.

– Nie żar­tuj, to po­waż­na spra­wa. Le­piej od razu po­zbądź się tego cze­goś i nawet nie uru­cha­miaj.

– Dla­cze­go?

– To urzą­dze­nie jest nie­bez­piecz­ne.

– Skoro tak mó­wisz, to na pewno uru­cho­mię, jak tylko wrócę do domu. Albo po­wiem żonie, żeby prze­te­sto­wa­ła. Teraz zżera mnie cie­ka­wość. Wy­bacz, muszę koń­czyć. To nie czas na pry­wat­ne po­ga­dusz­ki.

Roz­łą­cza się, a ja spo­glą­dam z nie­do­wie­rza­niem na ekran te­le­wi­zo­ra. Teraz widać na nim mnie pod­czas przy­ję­cia w ogro­dzie, które od­by­ło się, gdy mia­łem ja­kieś dzie­sięć lat. Ka­me­ra ob­ra­ca się po­wo­li do­oko­ła, uka­zu­jąc człon­ków mojej ro­dzi­ny. Do­brze pa­mię­tam, co sta­nie się potem.

Szyb­ko od­pi­nam kabel, ale obraz nie znika.

I wtedy przy­po­mi­nam sobie, jak Ted wspo­mi­nał, że wzią­łem dwa urzą­dze­nia.

Koniec

Komentarze

Cześć

To powiek tak: 

Praca przy ścince drzew dzisiaj przy -11 i tak wspaniały tekst, aż ogrzał mi serce, dając nadzieję, że kiedyś dostąpię wniebowzlecenia prosto ze sceny, i nikt nie będzie mi zawracał gitary, że ceny zboża były tak strasznie niskie, zbiory ziemniaka tak małe… boshe, jak tu żyć, i jeszcze ta żona, która chce złapać mnie za nogę, gdy wzbijam się ku przestworzom. 

Bardzo dobry szort. Dziękuję, pozdrawiam, dobranoc.

Klik

Zakręcone i na swój sposób mroczne. I ma coś z muzycznej fugi. Lubię te Twoje małe wielkie dzieła. :)

Witaj. :)

Zapętlenie i to na całego! Świetny horror, przypominał mi nieco klimat filmu “Ring” – niewyjaśniony, mroczny, zły sam w sobie, kryjący potworną tajemnicę. :)

(…) roślin uprawnym. – tu masz literówkę

Klik, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Cześć,

 

na początek kilka czepialstw :)

 

Film ten rzekomo oparto na prawdziwych wydarzeniach

Wielu z tych, którzy przebywali wtedy pod sceną, wspominało o tym, jak muzycy unieśli się ku niebu i poszybowali w stronę chmur.

Ogólnie lekka zaimkoza i chociaż nie jestem jej całkowitą przeciwniczką, to tutaj jest ich dość sporo na centymetr kwadratowy opowiadania

 

Do dnia dzisiejszego ostało się niewiele kopii.

pleonazm

 

W posiadanie jednej z nich udało mi się przypadkowo wejść, ale o szczegółach transakcji wolę nie wspominać.

W sumie szkoda

 

Towarzyszy mu niewidoczny dziennikarz

Wiadomo o co chodzi, ale odrobinę niezręczne

 

a co dopiero pełną parą pląsać po scenie

aliteracja

 

muzycy są przyczepieni do jakiegoś niewidocznego z dołu helikoptera i dlatego unoszą się w powietrze

Brasco to ich kumpel, mówiąc “muzycy” brzmi to trochę bezosobowo w stosunku do znajomych

 

To był prawie wieczór, w zasadzie późne popołudnie. W pewnym momencie coś zaczęło huczeć

Więc w sumie mógł to być helikopter

 

Pozostali jakby zapadli w trans, tylko ten jeden biedak, Gory, tak śmiesznie wymachiwał nogami, jak skazańcy na szubienicy. Przepraszam, nie powinnam tak mówić.

 roślin uprawnym

uprawnych

 

Wychodzę na moment do toalety, a kiedy wracam, przewijam film w poszukiwaniu momentu, w którym przerwałem.

Czemu po prostu nie zatrzymał, idąc do kibelka? ;) Ok, rozumiem, że to kwestia fabularna, bo tamte sceny znikają, ale mnie zatrzymała logika.

 

Wtedy była ich jeszcze czwórka, Gory, Brasco, Danny i Brock.

Tego przedstawienia zabrakło mi na początku, bo nie dostajemy imion, dopiero później one wyskakują.

 

Baloon Party Massacre. BPM.

To wiemy z początku

 

Na początku słychać tylko jeden instrument, potem dołącza drugi, następnie trzeci i czwarty.

Liczebniki fajnie byłoby zastąpić konkretnymi instrumentami (skrzypce, wiolonczela itd)

 

Trwa to kilkanaście minut, po czym znów pojawia się scena, a na niej grupa muzyków, ale tym razem ubrani są we fraki i grają zupełnie inną muzykę, klasyczną. Na początku słychać tylko jeden instrument, potem dołącza drugi, następnie trzeci i czwarty. W pewnym momencie unoszą się w powietrze, a potem kołują jak ptaki nad głowami zadziwionej publiczności. Wreszcie pikują i rozbijają się o ziemię.

W ogóle cały ten fragment mnie zatrzymał, bo następuje on po nowym początku, gdy dowiadujemy się, że nie było wtedy smartfonów i nikt nie nagrywał, a jednak jest wideo.

 

Za każdym razem, gdy odtwarzam całość od początku, sceny się zmieniają, nie jestem w stanie odnaleźć ponownie tych, które widziałem wcześniej.

To w sumie niepotrzebne, bo jasno wynika z wcześniejszej treści

 

Nazywasz się inaczej, to szukaj swojego miejsca gdzie indziej.

 

No i nie poznałam na koniec rozwiązania tej zagadki. Niemniej tekst bardzo intrygujący z ciekawym pomysłem. Czytało się więc dobrze :)

Ciekawy pomysł. Czytelnik zostaje z zagadką bez rozwiązania i sugestią, że racjonalnego wytłumaczenia nie znajdzie. Dobre. Klik. :)

Dzięki za komentarze!

O matko, z córką i teściową, ile błędów, ile niedociągnięć. Jednak niedobrze mieć tak długą przerwę w pisaniu, trzeba nauczyć się regularności.

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

rockandrollowe – tu mi coś zazgrzytało.

Firma, w której pracuję to właśnie Teddy Bear Company – przecinek przed to?

 

Nie ma tagu wulgaryzmy.

 

Pomysł ciekawy. Wykonanie calkiem.

Ciekawe, przyjemnie zakręcone i niepokojące na końcu. Bo i po co mu dwie sztuki…

Babska logika rządzi!

Nie wiem, jakie cypideusze były rozdawane w fabryce pluszowych miśków, ale szort wyszedł mocno absurdalny i szalenie tajemniczy. I bardzo dobrze.

Idę do klikarni, aby doklikać. :)

 

na no­gach ob­ci­słe je­an­sy. → Czy istniała możliwość, by dżinsy mieli w innym miejscu, nie na nogach. Używamy pisowni spolszczonej: dżinsy.

 

Skła­da się on przede wszyst­kim… → Zbędny zaimek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem, ale nic nie zrozumiałem.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Lubię Twoje absurdy, po czasie nawet doceniam ten dziwny sposób kończenia tekstów. Udany szort.

Fantomowy klik, pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka