- Opowiadanie: tomaszg - W imię zasad… moje syny

W imię zasad… moje syny

Jeżeli ktoś przeczytać notatkę o tym, co jest w tekście –––> na końcu jest sekcja „od autora” (w miarę możliwości uprzejmie proszę nie sugerować jej przeniesienia do przedmowy)

Jak ktoś chce mieć czysty umysł przed i po lekturze –––> zapraszam do czytania

Za konkurs dziękuję –––> szczególnie za pomysł i zasady napisane w jasnym i zrozumiałym języku polskim (np. przygotowałem kilka linków do niezwiązanych ze mną wideo na youtube, ale ich nie umieszczam ze względu na punkt „konkurs nie jest miejscem na promocję czegokolwiek”)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

W imię zasad… moje syny

Mazury lato 1999

Samotny namiot nad jednym z jezior

Północ

– Ona cierpliwa jest. Łaskawa jest. I nie zazdrości. Nie szuka poklasku. I nie unosi się pychą. Ona widzi wszystko i wszystkich. I nie dopuszcza się wstydu. Przychodzi, gdy nie ma nadziei. Otacza płaszczem swojej opieki. I chroni dzieci swe. Nie pozostawia nic przypadkowi. I nie ustaje. Bo jest z nami na wieki wieków. Amen. – Mój kolega zaczął uderzać ręką w długą, metalową latarkę, która akurat zgasła. – Ej no. Tylko nie teraz.

– Nie wygłupiaj się. – Zrobiło mi się nieswojo, tym bardziej, że niezbyt lubiłem ciemności. – To nie jest śmieszne.

– Ale to nie ja. Nie mogę jej włączyć. Naprawdę. – Jego głos stał się niemal płaczliwy, a on sam zaczął coś tam majstrować, tymczasem wiatr wzmagał się, mimo to słyszeliśmy wyraźne trzaski, zupełnie jakby ktoś wokół nas chodził i łamał gałązki obok namiotu. – Może wyjrzyj na zewnątrz?

– Sam se wyjrzyj, jak jesteś taki mądry. – Moje serce podskoczyło do gardła i wyobraźnia zaczęła płatać mi figle, pokazując małe i duże zwierzęta, wiewiórki i bobry, sarny, jelenie i wściekłe bezpańskie psy, które miały się do nas skradać. – No weź no, przestań się wygłupiać i włącz ją wreszcie.

– Ale nie działa. To pewnie baterie.

– Ta. Jasne – rzuciłem obrażony. – Zrobiłeś coś i teraz nie chcesz się przyznać.

I wtedy oprócz wiatru dotarło do nas coś jeszcze, jakby huk i trzask złamanego drzewa, a my odruchowo podskoczyliśmy i zaczęliśmy krzyczeć, ile sił w płucach.

 

Dobrych kilka lat później

Zima

– Mat-ka, która wszystko rozumie. Ser-cem ogarnia każdego z nas. Mat-ka, zobaczyć dobro w nas umie. Ooooo-na jest z nami w każ-dy czas… – z dużego pokoju w naszym małym mieszkanku zaczął unosić się dźwięk głośnych modłów, zapewne z Jasnej Góry, natomiast ja, siedząc u siebie, odruchowo nałożyłem słuchawki i zacząłem oglądać kolejny film od mojego ulubionego youtubera.

– Dobry, dobry dzionek… – młody mężczyzna w lenonkach tym razem eksplorował duży jednopiętrowy dworek, a ja pożerałem wzrokiem mury z czerwonej cegły i zrujnowane podłogi i stropy.

Coś mi mówiło, że muszę się tam natychmiast udać. To był znajomy impuls, pierwotny zew, który często nie dawał mi spokoju i doprowadzał mnie do szaleństwa.

Odpaliłem Windowsa i Neostradę i poszukałem wskazówek, gdzie mogło znajdować się miejsce z ekranu, potem przygotowałem plecak ze wszystkimi rzeczami i położyłem się spać.

Następnego dnia wstałem o ósmej rano. Większość drogi przejechałem pekaesem, kultowym H10, który wysadził mnie kilka kilometrów od celu. Tego dnia na szczęście nie padało i nie było zbyt dużo śniegu. Zacząłem przedzierać się przez wysoki las liściasty, aż w końcu dotarłem do zniszczonego ogrodzenia.

I wtedy zatrzymałem się, podziwiając piękno całej okolicy i tego miejsca. Kiedyś była tu kuta brama i szeroka droga ze szpalerem drzew, po których pozostało tylko smutne wspomnienie w postaci grubych pni i kilku wypalonych kikutów. Gdzieniegdzie straszyły fontanny i resztki aniołków ze strzałami Kupidyna, na pewno będących świadkami niejednego miłosnego uniesienia. Do tego dochodził ogród, mała stróżówka czy miejsce dla służby i zrujnowany jednopiętrowy budynek, cel mojej podróży.

Wszystko wskazywało na to, że nie byłem tu piątym, dziesiątym ani nawet dwudziestym odwiedzającym. Liczne graffiti, butelki i potłuczone szkło, i oczyszczone ścieżki, którymi poruszali się ludzie, jak również różne inne ślady jasno mówiły, że zdarzały się tu imprezy wszelkiego rodzaju.

Powoli zbliżałem się do dworku, uważnie nasłuchując, czy nic mi nie grozi. Całość zdecydowanie nie przypominała Lallybroch, tylko bardziej River Run, oczywiście dostosowane do naszych polskich realiów, ewentualnie posiadłość Mastalerza ze „Zmienników”.

Wszedłem do środka, uważając na głowę i nogi, i niemal od razu stanąłem widząc duże pomieszczenie z resztkami boazerii i kominka. Gołe mury ktoś pokrył bohomazami i hulał tu nieprzyjemny wiatr. Po drewnianych oknach nie było ani śladu, a w stropie z grubymi belkami straszyły liczne dziury.

To wszystko zupełnie mi nie przeszkadzało. Stałem na zimnie, mój oddech parował, a mimo to czułem gorąco. To chyba z ekscytacji i podniecenia. Wiedziałem, że kiedyś musiało tu być bardzo pięknie i mogło to być na przykład pomieszczenie na posiłki dla dużej rodziny, ewentualnie mała sala balowa.

Nagle zobaczyłem to samo miejsce w zupełnie innym świetle, z białymi ścianami, drewnianymi oknami i klepką w jodełkę, żyrandolem i rozpalonym kominkiem, z którego przyjemne buchało ciepło. Do środka wpadało światło księżyca. Jedynym meblem był tu bujany fotel, na którym siedziała młoda kobieta, trzymająca w ręku małe zawiniątko. Jej wychudzona twarz zdradzała ślady straszliwego niedożywienia, a ja wiedziałem, że nie ma pokarmu dla dziecka ani co włożyć do garnka.

Zamarło mi serce i włosy stanęły dęba, gdy spojrzała na mnie i przyłożyła palec do ust, wyraźnie prosząc o ciszę. Smutne oczy wyrażały teraz prawdziwą rozpacz, a ona sama zaczęła śpiewać ledwo słyszalnym głosem:

– Lulajże Jezuniu, moja perełko… lulaj ulu-bioone me pieeeeścidełko…

Maleństwo już spało, gdy dało się słyszeć tłumiony odgłos kopyt i rżenie zbliżających się koni. Gdzieś z boku otworzyły się ze skrzypieniem drzwi. Ktoś zamknął je z hukiem, a potem szybko wszedł do pokoju. Zobaczyłem mężczyznę w kożuchu, który zaczął energicznie otrzepywać się ze śniegu.

– Pani, zrobiliśmy co mogliśmy, ale obawiam się… – głos zamarł mu w gardle, gdy zobaczył, że jej głowa opadła, a pierś przestała się unosić.

Mężczyzna dobiegł do niej, złapał ją za ramiona i zaczął nią mocno potrząsać, głośno krzycząc:

– Medyka! Jezusie święty!

Po chwili byłem w tym samym pokoju, ale już w dzień. Dziecko spało w kołysce przy ścianie, tymczasem na środku stała trumna, w której leżały zwłoki tej samej kobiety, tym razem w ciemno-niebieskiej sukni. W jej ręce włożono prosty różaniec, a ona sama miała niezwykle spokojną twarz.

– …oooo mój Je-zu, a nasz pa-nieeee, dajjjj jejjjjj wiecz-ne zmiło-waaaa-nie. – Wokół niej modliły się żarliwie wiejskie babcie. – Tajemnica trzecia bolesna. Modlitwa pana Jezusa w ogrójcu. Kłaniamy ci się, panie Jezu Chryste, i błogosławimy ciebie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył. Dla jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego…

Trwało to kilka minut. I zobaczyłem jeszcze inny widok. Ściany tym razem pomalowano na seledynowo, środek pokoju oświetlało słońce, a gdzieś z zewnątrz słychać było pianie koguta, gęganie gęsi i mruczenie krów. Na sofie siedziała piękna dziewczyna w ogromnej, rozkloszowanej niebieskiej spódnicy i białej opiętej bluzce, z niewielką błyskotką na szyi. Przed nią na jednym kolanie klęczał młodzieniec, ubrany w coś, co od biedy przypominało eleganckie spodnie i koszulę z żabotami. Pierś dziewczyny unosiła się gwałtownie, zupełnie jakby przeżywała jakieś emocje, mężczyzna wkładał na jej palec niewielki pierścionek, a ja wiedziałem, że mamy coś około tysiąc osiemset osiemdziesiątego.

Wiejski poranek jak u Mickiewicza, za to scena, wypisz wymaluj, jak z obrazu Kossaka czy innego polskiego mistrza.

Wpatrywałem się w to długo i nagle włosy stanęły mi dęba. Na ścianie było coś jeszcze, mały obrazek przedstawiający kobietę, którą widziałem na samym początku. Dawna dziedziczka i właścicielka dworu przesunęła wzrok i zaczęła mnie świdrować swoimi ciemno-zielonymi oczami. Serce mi niemal stanęło i… znalazłem się w tym samym miejscu, ale w dwa tysiące piętnastym.

Wiedziałem już, że nie mam co tu szukać. Nie należałem do ludzi strachliwych i wielokrotnie chodziłem po różnych podejrzanych miejscach, ale tym razem to było za dużo nawet jak dla mnie. Zrobiłem krótkie, żołnierskie w tył zwrot i dokonałem odwrotu na upatrzone pozycje, cały czas żegnając się i odmawiając w myślach zdrowaśki i modlitwę za zmarłych.

Niemal biegłem przez las, tak długo, aż w końcu dotarłem do najbliższego miasteczka obok dworu.

I wtedy stało się coś niespodziewanego. Nie wiem, jak to możliwe, ale przebiegałem przez jezdnię i zderzyłem się ze starą kobietą, która na mój widok gwałtownie splunęła i szybko się przeżegnała.

– Nic pani nie jest? Przepraszam. Naprawdę nie wiem, jak to się stało.

– Synku, a kto cię tak przestraszył? – Babcia ożywiła się, patrząc na mnie przenikliwie.

– Nieważne. – Na moment zapomniałem języka w gębie, a potem byłem w stanie wydukać tylko jedno słowo.

– W kiepskim stanie ten ośrodek. – Znów spojrzała na mnie świdrującym wzrokiem i zaśmiała się nieprzyjemnie, zupełnie jak jakaś stara ropucha. – Impreza integracyjna czy coś?

– Nie rozumiem.

– Kobieta w dworku pokazuje się tylko niektórym.

Nie słuchałem jej dalej, tylko ruszyłem przed siebie, zupełnie jakby gonił mnie sam czart. Wiedziałem, że staruszka może coś wiedzieć, ale równocześnie czułem przymus, żeby się od niej oddalić.

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.

Na szczęście zdążyłem na autobus.

Przez całą drogę dużo o tym myślałem, a w domu zacząłem googlować, aż w końcu natrafiłem na coś konkretnego.

„Maria Kownacka-Bohaterowiczówna żyła w latach 1821-1864. Matka trójki dzieci, żona bohatera Powstania Styczniowego, który zapłacił najwyższą cenę ratując trzech Polaków. Patriotka, która nie mogła żyć bez męża. Zmarła na zawał serca, słysząc o jego śmierci.

Na jej pogrzebie była cała okolica. Według miejscowych zawsze wykazywała się dobrocią, prowadząc ochronkę i działalność dobroczynną, i przygarniając wszystkich potrzebujących, przez co problemem w jej rodzinie było płacenie coraz wyższych podatków i utrzymanie rodzinnej posiadłości w rękach polskich”

Nigdzie nie widziałem zdjęcia kobiety, ale wiedziałem, a nawet miałem pewność, że niedługo gdzieś się pojawi. Przyszło mi jeszcze do głowy, żeby sprawdzić Go Pro, ale to cholerstwo jak na złość nic nie zarejestrowało, to znaczy było chyba zepsute, bo przez około osiemnaście godzin na nagraniu pokazywał się tylko biały szum.

Choć to może dziwne, zacząłem się wtedy regularnie modlić za obcą mi kobietę. Miałem nadzieję, że to pomoże, a do tego mimowolnie wracałem myślami do tego, co przeczytałem o czasach zaborów.

– …przed twe ołtarze zanosim błaganie! Ojczyznę wolną racz przywrócić panie! – Często śpiewałem w naszym lokalnym kościółku, rozmyślając o tym, jak nasze matki i dziadkowe mieszkali w obcym kraju sto dwadzieścia trzy lata, ale w końcu sobie poradzili, i jak dziwnie się plotło, że krzewicielami polskości byli teraz ludzie o obco brzmiących nazwiskach.

 

Teraźniejszość

– Bardzo mi przykro, ale wszystko wskazuje, że pana nasienie nie ma wystarczającej jakości. – Lekarka w jednym z prywatnych gabinetów spojrzała na mnie jakby ze współczuciem, a potem dodała coś, czego nigdy nie brałem pod uwagę. – Możemy oczywiście zrobić in-vitro.

Spuściłem głowę, wiedząc, że Marta, moja kochana żona, na pewno by się nie zgodziła. Próbowaliśmy od dłuższego czasu, a ja się teraz poczułem jak niepełnowartościowa kopia człowieka, oszust, który okłamał swoją ukochaną zapewniając, że podaruje jej to, co w życiu najważniejsze.

W pracy nie mogłem się oczywiście skupić, a szef i koledzy dali mi spokój, widząc, że coś jest mocno na rzeczy. Podobnie było w tramwaju, w drodze do domu. Bezmyślnie scrollowałem jakiś content ze słuchawkami na uszach, w ogóle nie patrząc, co dzieje się wokół.

– Zasady na mojej nocowance (…) Na początku się myjemy na golasa (…) Jeżeli spodziewacie się wspólnej sauny nago, to czytajcie opisy.

Ruch palcem, bo nie chciało mi się komentować dwóch wykluczających się wideo, które nie wyglądały na AI.

– Jakie środki chce pani zaproponować na wypadek braku energii elektrycznej? Czym obywatele mają wtedy opalać? Jak się ogrzewać?

– A widział pan kiedyś przerwę w dostawie prądu? Niech używają pomp ciepła i pieców na pellet.

No tak, ktoś ją tam wrzucił, promuje i trzyma. I wykorzystuje przeciwko normalnym ludziom. Idiokracja na pełnej petardzie.

– Co może pani polecić komuś, kogo nie stać na zmianę samochodu?

– Mamy program dopłat do samochodów elektrycznych.

Jak ktoś nie ma dziesięć tysięcy, to znajdzie sto czy dwieście.

Ruch palcem.

– System kaucyjny jest dobry. Pozwala zwiększać zyski producentom, którzy będą teraz chętnie płacić za recycling.

Jasne. Powszechnie wiadomo, że firmy prowadzą działalność charytatywną.

– Biologiczny, powtarzam biologiczny mężczyzna może urodzić dziecko. Mężczyzna z macicą jest w stanie to zrobić. Były już takie przypadki.

Jak mawiał klasyk, milczenie w przypadku tej pani jest złotem.

– Dojedziemy was i tak!

Grożenie Amerykanom na ich portalu to bardzo dobry pomysł.

– Zamknęliście państwo kilkanaście porodówek w jeden miesiąc.

– Za czasów PIS robiono to samo.

– Ale u nich zamknięto tyle przez osiem lat, a wy przez jeden miesiąc.

– Ale PIS…

Boże, widzisz, a nie grzmisz.

– Statystyki w Europie jasno mówią, że przyjezdni popełniają mniej przestępstw niż ludzie lokalni.

Trzeba to jeszcze powiedzieć tym zadźganym nożem. Na pewno zrozumieją i docenią, że mogli umrzeć na ołtarzu postępu.

Ta cała grażynkokracja i głupota doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Nie wiedziałem co komu zrobiłem w tym czy poprzednim wcieleniu, ale algorytm proponował mi głównie takie gówno. Baby z wściekiem macicy manipulowały i przeżywały trzecią fazę feminizmu, w końcu stając się facetami, a ja za grosz nie rozumiałem tej logiki i nie chciałem się jej domyślać. Zbyt często przypominał mi się mem „gdyby Bóg chciał, żebyśmy były mądrzejsze, to by nas takimi stworzył”, tym bardziej, że ironią całej sytuacji było to, że feminizm stworzyły brzydkie kobiety takie jak Betty Friedan, a za nimi poszły te piękne, stając się w końcu tak samo złe, zirytowane i mocno sfrustrowane.

Obecnie w całej Europie działy się rzeczy naprawdę straszne i widzieli to wszyscy, którzy chociaż trochę wyściubili nos poza Pipidówek Dolny. Nie można było polegać na tak zwanych sojusznikach. Każdy myślał tylko o sobie i naiwnością było sądzić, że wszystko rozejdzie się po kościach. Zło podnosiło wysoko głowę i miało w nosie machanie flagami i słowa oburzenia i krytyki. Wojna się tliła i mocno przypominało to trzydziesty siódmy z walkami w Hiszpanii, a na dodatek idioci z lewicy tu i tam mówili o zastąpieniu populacji nowymi, wdzięcznymi wyborcami. Widzieli to wszyscy, ale każdy miał nadzieję, że implementacja tego samego zakończy się w Polsce inaczej, ewentualnie łudził się, że ktoś inny zrobi z tym wreszcie jakiś porządek.

I tak to się powoli kręciło, kroczek po kroczku niszcząc to, na co tak ciężko pracowali nasi dziadkowie. Nawiasem mówiąc oni bardzo chcieli wierzyć, że Hitler zakończy na Austrii czy Czechach, tymczasem Niemcy na koniec rozbili bank, niszcząc nie tylko siebie, ale trzymając w szachu cały kontynent i nie wchodząc w drogę tym, o których niedobra mówić.

W szkołach powinni chyba uczyć, co znajdowało się w manifeście z Ventotene albo do czego nawoływał niejaki Schneerson, i nie były to tylko teorie spiskowe, jak próbowano nam wmawiać, tylko bardzo konkretne, historyczne fakty.

Najbardziej bolało jedno. Po histerii z COVID-em i Polskim Ładem, szarpaniu polskich żołnierzy, ograniczeniu wolności w Warszawie i Krakowie, wpychaniu Merkosuru i komuchów był jeszcze system kaucyjny, SAFE, KSEP, szczepionki na HPV i inne zamachy na naszą suwerenność. Zrobiono z nas śmieciarzy, oddano za bezcen faktury, zmuszono do kłucia i upodlano na każdym kroku, mimo to nie kwapił się nikt, żeby zaprotestować czy wyjść na ulice, zupełnie inaczej niż w Bułgarii, gdzie ceny poszły w górę po wprowadzeniu Euro.

Coście skurwysyny uczynili z tą krainą”

Rzygać mi się chciało, tym bardziej, że w innych systemach kobiety chodziły jak w zegarku i były trzymane na krótkiej smyczy, co widać w memach, gdzie nawoływały do zrobienia tego samego co w krajach, z których właśnie uciekły. I pomyśleć, że tam dzieci waliły drzwiami i oknami, a my, nawet jak bardzo chcieliśmy, to nie mogliśmy się ich doczekać. Bo alimenty, polityczna poprawność, kariera, praca, ta ta ta, nia nia nia.

Po prostu kibel.

Tym bardziej, że władza podobno należała do całego narodu.

W tym kontekście bardzo cieszyło wbijanie kolejnych leveli z Miszalskim w Krakowie.

 

Kilka dni później

Szedłem jakimiś schodami w górę, słysząc płacz dziecka. Znalazłem się na piętrze i zobaczyłem przed sobą krótki korytarz. Dwa pokoje z lewej i dwa z prawej. Zaglądałem do nich, ale niczego tam nie było, to znaczy było, ale nic nie widziałem, bo kinkiety na korytarzu nie mogły oświetlić wnętrz, w których kłębiła się bezdenna ciemność.

Doszedłem do końca korytarza i nagle znalazłem się w piątym pokoju. Stał tam kominek z radośnie trzaskającym ogniem, a obok niego znajomy fotel, na którym siedziała kobieta trzymająca płaczące dziecko. Maria próbowała je uspokoić i uśpić, a słysząc moje kroki odwróciła głowę. Przez chwilę widziałem jej zatroskaną twarz…

…i otworzyłem gwałtownie oczy i usiadłem na łóżku.

– Co się stało, kochanie? – Marta jak zawsze miała lekki sen, a ja spojrzałem na nią z ogromną miłością:

– Nic, to znowu ten koszmar. Śpij. Jesteś bezpieczna.

– Aha – odpowiedziała niby przytomnie, ale wiedziałem, że tak pewnie działa jej podświadomość.

Powoli wstałem z łóżka i wyjrzałem przez okno na wieżowce w Śródmieściu. Stałem tak przez chwilę, a potem przeszedłem do kuchni, gdzie mój wzrok padł na kartkę z kalendarza. Siódmy marca, dzień przez świętem kobiet, deadline na oddanie pracy na najważniejszy konkurs w moim życiu.

Odpaliłem laptopa i mimowolnie zacząłem szukać pań, które zapisały się złotymi zgłoskami w historii Polski. Ada Borek, Ewa Błachnio, Bona Sforza, Joanna Kołaczkowska, Maria Curie, Lamia Reno, Dorota Pomykała i wiele innych. Długo patrzyłem na piękne, pełne inteligencji twarze, często potraktowane jak przedmiot, a potem wysłałem swój skromny tekst i położyłem się spać, głęboko pogrążony w rozmyślaniach.

Zmęczony dość szybko zasnąłem, zaś moja kobieta obudziła mnie w najmilszy możliwy sposób, pocałunkiem w czoło i przyjemnie pachnącą kawą:

– Wstawaj śpiochu, już dziewiąta.

– Nieludzka pora, i to jeszcze w sobotę – jęknąłem, powoli się przeciągając.

– Ciesz się, że nie zamawiałeś budzenia na siódmą. Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje.

– Pracuj, pracuj, to się garba dorobisz. – Przytuliłem ją.

– A pamiętasz, co mi ostatnio obiecałeś?

– To dzisiaj?

– A niby kiedy? – Marta wyrwała się z mojego objęcia i ruszyła, żeby zrobić się na bóstwo.

Z domu wyruszyliśmy piechotą. Nie planowaliśmy niczego konkretnego i w sumie poszliśmy na żywioł, rozumiejąc się bez słów. Przeszliśmy trzymając się za rękę, zupełnie jak za starych, dobrych studenckich czasów.

Do Zachęty nie mieliśmy znów tak daleko, a do tego woleliśmy to miejsce od betonowego klocka pod Pałacem Kultury. Tym razem tam była tylko jedna wystawa, ale o wielce wymownym, choć długim tytule „Gdybym góry przenosił, a kobiety bym nie miał, byłbym zupełnie niczym”.

Prawdę mówiąc przeżyłem lekki szok, odkrywając na nowo tajemnice kobiecości i piękno damskiego ciała, zamknięte w lekkości białych, alabastrowych rzeźb i obrazach dawnych mistrzów i twórców. Pokazano tam nie tylko cud macierzyństwa, ale również męczennice na krzyżu, Joannę d’Arc, niewinną Ligię i kobiety, które patrzyły błędnym wzrokiem, zmuszone do najstarszego zawodu świata, bo nie miały na jedzenie dla siebie i swoich dzieci, albo takie, które wolały się zabić niż splamić honor i oddać za bezcen.

Śmierć za kromkę chleba.

Jak bardzo różniło się to od tego, co działo się u Epsteina, w Dubaju i na niebieskiej platformie, tej od wiatraków.

Zachęta przeszła samą siebie, dodając nawet kilka fotografii z różnych okresów rozwoju prawdziwej Ameryki. Czarno-białe ulice San Francisco i Nowego Yorku. Damy z wyższych sfer, otulone długimi sukniami i kołnierzami z lisów czy innych zwierząt. Pinup girls z lat czterdziestych i pracownice z fabryk uzbrojenia. I Marylin, jak również postacie z czasów, gdy w Ameryce zaczęły królować gangi.

Nie widać było współczesnych plastikowego upadku finansowanego przez Sorosa i spółkę. Na szczęście pominięto grubasy na wózkach. Nie dało się zauważyć politycznej poprawności, nie wrzucono na siłę Murzynek i różnych innych udziwnień.

Chyba tylko jako wisienka na torcie czekało mnie jeszcze jedno zaskoczenie.

Po reprodukcji „Damy z gronostajem” i „Kobiety z perłą” natrafiłem na obraz, który miał dla mnie bardzo osobiste znaczenie. Stanąłem przed nim i zacząłem drżeć, czując lodowate zimno.

 

(„Ta, która widzi”, autorka Anna Słoncz)

 

To była ona, Maria z moich wizji i snów. Nie mogłem się od niej oderwać. Jej mądre oczy patrzyły na mnie, a usta chciały jakby coś powiedzieć. Obraz nie był może jakiś mocno realistyczny, ale miał w sobie ukryte przesłanie i wewnętrzny magnetyzm i wysysał ze mnie całą złą energię, zamieniając ją i tchnąc czymś pozytywnym i dobrym, czymś, czego od dawna nie czułem.

– Znalazłeś coś ciekawego? – Nie wiedziałem, ile spędziłem tam czasu, ale do rzeczywistości przywróciła mnie Marta.

– Tak.

– Ta, która widzi. – Przeczytała moja ukochana. – Idziemy?

– Jak sobie chcesz. – Wzruszyłem ramionami, czując się wewnętrznie rozbity.

I tak było aż do późnego wieczora, a ja pomagałem sobie oglądając „Niekończącą się opowieść”, „Powrót do przyszłości” i kilka innych znanych i kochanych produkcji.

– To co teraz? Może „Strange Things” albo „Black mirror”? – Moja kobieta odpaliła się koło dziesiątej, po wszystkich zabiegach renowacyjno-konserwacyjnych i nałożeniu wszystkich tapet, żeli i kremów i przeglądach podwozia, nadwozia i innych ważnych elementów i części.

– Na początku były OK. Teraz nie zniosę tego gówna.

– „Starfleet academy”?

– Tfu, tfu. Od razu śpisz na wycieraczce.

– No to zobaczmy „Wiedźmina”.

– Nie no, bez jaj. Za bardzo różni się od oryginału.

– Może „Fundacja”?

– To samo.

– No to nie wiem. Weź coś zrób.

Nie odpowiedziałem, tylko wyszukałem „Event Horizon”.

– A nie lepiej „Kulę” ? – Marta nie była przekonana. – Czy starych, dobrych „Żołnierzy kosmosu”?

– Może jutro.

– OK, niech będzie. – Moja kobieta łaskawie zgodziła się i wtuliła się we mnie, a mnie przyszło na myśl, że akcja tego niedocenianego horroru musiała się dziać co najmniej w dwóch różnych uniwersum, bo doktorek nosił takie samo nazwisko jak Elizabeth Weir ze „Stargate Atlantis”.

Oglądałem i mimowolnie wracałem do tego, że panie to jednak musiały mieć bardzo ciężkie życie. Obsesyjnie myślące o pięknie, sterowane hormonami i tak często nie mające pojęcia, w którą stronę pójść. Piękne i niebezpieczne, pragnące czegoś konkretnego… tylko zupełnie innego. Męczące się regularnie co miesiąc. Marzące, żeby nosić pasożyta pod sercem, ale nie akceptujące świata i czekające na gwiazdkę z nieba, najlepiej w postaci milionera, który zatrzyma ich na środku ulicy i zrobi wszystko od początku do końca. A tak w ogóle to ich komórki jajowe były ogromne w przeciwieństwie do małych, ruchliwych pływaków, a logika w doborze partnera tak żelazna, że aż sam zacząłem się dziwić, że ludzkość jeszcze przetrwała.

– Chcesz coś do picia? – Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos Marty, która się nie ruszyła, najwyraźniej składając mi propozycję nie do odrzucenia.

– Idę już idę. Cola czy Redbull?

– No co ty? Oszalałeś? To ja robię konkursy.

– Taaaa. Ty i ta twoja mamuśka. Z liścia albo torebki. Tak jak ostatnio.

– Ty to się odczep od Lucynki. – Marta zrobiła urażoną minę.

– Tak, i jeszcze nazywa się jak z „Twardowskiego”.

– Nie marudź, tylko nalej mi wina.

Nie skomentowałem wiedząc, że mężczyzna, który to robi, zbyt często śpi na kanapie. Zrobiłem pauzę, poszedłem w pewne ustronne miejsce, a potem udałem się do kuchni, gdzie przygotowałem drinka. Stałem tam jeszcze, gdy nagle zrobiło się głucho i ciemno, w środku i na zewnątrz.

– Najwyraźniej zgasło światło w całej okolicy. – Ruszyłem do pokoju jak rycerz na białym koniu, pamiętając, że Marta jest jednak trochę strachliwa, i podałem jej kieliszek. – Pewnie dwudziesty stopień zasilania. Masz kochanie. Na zdrowie.

– A może byśmy coś zrobili? – Moja ukochana wypiła łyka i postawiła wino na szafce, a jej palce zaczęły niebezpiecznie zmierzać w moim kierunku.

– Kocham cię. – Pocałowałem ją i przytuliłem, potem podniosłem i zaniosłem do sypialni.

To były naprawdę niezapomniane chwile. Po wszystkim zasnęliśmy wtuleni w siebie, mając pewność, że należymy do siebie, i niezależnie od tego, czy będą dzieci czy nie, pozostaniemy ze sobą do końca życia, a nawet jeden dzień dłużej.

W nocy stało się coś jeszcze, ale to przypomniałem sobie budząc się rano i patrząc na moją ukochaną żonę.

Miałem sen. Oglądałem pewną kobietę, która, choć zdeptana i zniszczona, uciekła do skansenu wsi radomskiej, gdzie walczyła w bardzo przyjemny dla oka sposób.

A potem zobaczyłem ją jeszcze raz, dalej w tym samym śnie. Stała na progu naszego mieszkania, w srebrnej powłóczystej sukni z długimi rękawami. Tym razem miała twarz Marii, a ja nagle zrozumiałem, że zawsze widziałem ją, gdy patrzyłem na wszystkie kobiety prawdziwie mające w sercu Polskę. Przyłożyła palec do ust i przytuliła się, a mnie zrobiło się gorąco. Nie wiem, ile to trwało, ale jej ręce zaczęły powoli krążyć po moim ciele. Byłem coraz bardziej pobudzony i rozmarzony. I wtedy nagle, niespodziewanie, złapała mnie z ogromną siłą i wsadziła na miotłę, która zmaterializowała się tuż obok.

– Haaaaah! – Wylecieliśmy razem przez wybite okno i znaleźliśmy się nad miastem.

Pomyślałem, że to trochę jak u klasyka, brakuje tylko, żeby była naga, a obok pojawił się kot.

Maria nic nie mówiła, a ja wiedziałem, jaki rodzaj rozrywki był najbardziej popularny tej nocy. Nie zawiodłem się, szczególnie, że wydarzył się mały cud. Dziewięć miesięcy po tej nocy porodówki przeżyły prawdziwe oblężenie, a ilość noworodków płci męskiej budziła prawdziwe zdumienie.

Chłopaki rosły, a my mieliśmy znacznie więcej nawróceń niż za czasów JP II, objawień fatimskich czy „Pasji” Mela Gibsona. Wiedziałem, że ta, która widzi, znów przyszła. Przypominało to mocno, co stało się w stanie wojennym.

Czuć było optymizm. W końcu poczuliśmy chęć na wyjście z Unii i budowę własnego, silnego, mocnego państwa polskiego. Nadchodziły wspaniałe czasy, w których mogliśmy być wreszcie na swoim, a ja doznałem niezwykłej łaski i w snach mogłem podziwiać Warszawę, Kraków i inne polskie miasta w niedalekiej przyszłości. Polska przetrwała, jeszcze silniejsza i piękniejsza. Spełniły się proroctwa ojca Klimuszko i innych mówiące, że to nasz kraj będzie gwiazdą Europy, perłą i ostoją cywilizacji w świecie zalanym przez hordy inżynierów i barbarzyńców.

Z ogromnym zainteresowaniem patrzyłem na ogromne pojazdy zbudowane w kooperacji z Nowymi Chinami, startujące i lądujące sznurkiem na Okęciu. I wieżowce na sto pięter, każdy z ogromnym, rajskim ogrodem. Albo auta na sprężone powietrze, z klimatyzacją na dwutlenek węgla, i setki dzieci, mających w kieszeniach karty pamięci z zapisaną całą wiedzą szkolną, książkami i encyklopediami, których nie można było wymazać i zmienić, stosownie do doraźnych potrzeb rządu. Maluchy uczono nie tylko przydatnych rzeczy, ale przede wszystkim wyrabiano w nich zdrowe odruchy, takie jak sprawdzanie certyfikatów, dbanie o wspólną własność czy działanie zgodnie z elementarnymi zasadami ekonomii.

Zrozumiałem, że na tej ziemi zło już przegrało. Tym światem nie rządzili karierowicze, pedofile ani dewianci, wmawiający nam, że jesteśmy tylko chorobą, odpadem i zagrożeniem dla całej planety. I nie było już więcej miernot, poganiaczy i pastuchów, o których mówiło się w teoriach spiskowych.

Nie musieliśmy więcej prosić się o pozwolenie na zbudowanie czegokolwiek na własnym terytorium czy ograniczać produkcji tego, co akurat było nam potrzebne.

Poszanowano tu rodzinę i ludzi starszych, a fałszywe oskarżenia, również o gwałt, czy wykroczenia przeciwko zdrowiu i życiu ludzkiemu karano z całą surowością, nie przez więzienie, tylko przez pracę na rzecz całego społeczeństwa.

A do tego dochodziła odpowiedzialność urzędników za wszystkie decyzje czy elektroniczne pieniądze, oparte na osobistych terminalach, bezpieczne, ale bez możliwości śledzenia czy ustawiania ważności. I nie jechano już więcej na długu, przy okazji robiąc z Polski raj podatkowy. Zlikwidowano PCC, CIT, VAT i podatki od podatków, przez lata niszczące kreatywność i samodzielność, ustalając jasne, stałe stawki, nie liczone od kwoty i zysku, ewentualnie głosowane w referendum narodowym.

Zachowano równość kobiety i mężczyzny w najlepszym tego słowa znaczeniu i podstawowe aspekty niepodległości takie jak własna gotówka, a mnie przypominał się stary tekst z internetu „Polacy są najbardziej inteligentnym narodem ze wszystkich, z którymi spotkali się Niemcy podczas tej wojny w Europie. Polacy według mojej opinii, oraz na podstawie obserwacji i meldunków z Generalnej Guberni, są jedynym narodem w Europie, który łączy w sobie wysoką inteligencję z niesłychanym sprytem. Jest to najzdolniejszy naród w Europie, ponieważ żyjąc ciągle w niesłychanie trudnych warunkach politycznych, wyrobił w sobie wielki rozsądek życiowy, nigdzie niespotykany”

A ona tylko patrzyła, jak zareaguję na taką przyszłość. I uśmiechała się tajemniczo, od czasu do czasu mnie odwiedzając, zupełnie jak matka swoje ukochane dziecko. Mnie zaś najbardziej spodobało się to, jak mój syn bawił się z nią żołnierzykami. Widziałem ich w snach, jak razem planowali różne przyszłe kampanie.

Teraz Polska!

 

Od autora

Ten portal powinien być odskocznią od rzeczywistości, czasami jednak nie można od niej uciec. Tekst powstał ku pokrzepieniu serc i nie ma na celu obrażanie nikogo ani niczego. Chodzi wyłącznie o napiętnowanie patologii i przypomnienie, że tylko całkowita współpraca kobiet i mężczyzn i równowaga między nimi może zakończyć się dobrą jakością ich wspólnego życia. Jest polityka. Seksu moim zdaniem nie stwierdzono. Wulgaryzmy w ilości homeopatycznej, np. w znanych cytatach, które idealnie oddają całą sytuację.

Może obecnie umiem pisać, a może nie. Podobało się, proszę o łapkę w górę. Nie podobało, łapkę w dół (tak wiem, że nie ma tu łapek, zawsze można jednak napisać komentarz).

PS. Polska może przeżywać kolejny boom i mieć znacznie lepszą przyszłość niż wegetacja zapewniana przez obecny duopol władzy i „elyty”. Jeżeli ktoś uważa, że to tylko utopia, to jego problem i sprawa.

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Hej. 

Muszę przyznać, że zupełnie do mnie nie trafiło. Początek był dość ciekawy, ale im dalej w tekst tym bardziej gubiłam wątek.  Całe opowiadanie rozpada się pod ciężarem publicystyki, osobistych frustracji i bardzo dosłownych komentarzy polityczno-społecznych. Mam wrażenie, że zamiast czytać historię, mam do czynienia z wygłaszanym manifestem, który powoduje, że tekst przestaje być literaturą, a staje się długim strumieniem pretensji do współczesności. To zabija cały klimat, który budowałeś.

Pozdrawiam. 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Nowa Fantastyka