panicz_konrad_cyrulik_dwanadwa_2026
#019/019
Siedzieli w cudzym przybytku, mając na horyzoncie swój zamek. Obaj byli przywdziani we franciszkańskie habity. Nie wiedzieli skąd ta nazwa i co właściwie oznacza. Tak się po prostu mówiło.
Byli przy stole szachistycznym, podobnym do tego z zamku i z Zamku.
W Zamku to chodziło o dziewczynkę, do tej pory uważam. – Gusław.
Opowiem Ci bajkę. – Cyrulik.
Dawej.
Czarne zaczynają, konfiturko.
Pionków na szachownicy, jak się przyjrzeć, było 77. Dziwna gra. Wiedzieli temu, że to nie czas się certolić. Mimo to postanowili zgodnie pomedytować nad swoimi dziejami.
Co to za figury?
Piruety.
Zaczynaj.
Zaczął. Uniósł głos, który pobiegł echem wnet po zacienionej, ogromnej komnacie. Łudząco podobna do tej z zamku, wszystkie budynki konstruowane były na bazie tych samych elementów. Echo wybrzmiało od drugiego „AWIENC!” i rzekł baśniowo tak:
Miałem sen, okropny sen, koszmar. Dręczyło mnie potworne utrapienie w środku nocy. Wspomnienia, garści wspomnień przesypywały mi się przez ręce jak piasek. Czas? No to dobra, konkretnie. Zaniemówiłem będąc w pewnym ośrodku, bym powiedział, przybytku, w którym, do którego …zaprosił mnie kelner. Szwendałem się po mieście, zaczepił mnie jegomość, że coś niefrasobliwie dziś wyglądam i zaproponował wypoczynek. Co on jemu znaczył? Się dowiedziałem zaraz. Weszliśmy do izdebki poprzedzonej niezrozumiale krętymi korytarzami i bums. Kwadratowa sala, styl gotyk oczywiście. Tam… nostalgia! Byliśmy na niewielkim balkoniku, a pod nami rozgrywały się, czuwasz, moje sny. Pamiętasz wyprawę do… pamiętasz. Fraktale, fiździpóły, piździły, cuda nie widy. Przesłuchanko było. Zmęczony? Co? Już? Przecież jeszcze nie opowiedziałem. No dobra, miałem się streszczać, i będzie krótko, zwięźle i na temat. W tych snach, otóż, moje serce było czarne jak noc. Jakbym na powrót przemienił się w typowego Nekromantę, książkowego, podręcznikowego. Patrzałem na siebie z boku, milcz, białe myszki byś chciał… Zadałem sobie pytanie. Egzystencjalne, medytacyjne, dygresyjne, frywolne i kontemplacyjne „CO JEST KURWA!?”. Co jest z moim życiem, a to jeszcze przed Wami trupami było, co jest z moim życiem, że taki psi smutas ze mnie. No to zacząłem drążyć, podejmować, że a może zalegalizować nekromancję i stać się Cyrulikiem? Stałem się. I do tej pory sądzę, i od tej pory sądzę, że był to dobry wybór. A przede mną? Rozważałem nawet nająć się, zostać najemnym paladynem, okrągłego, kwadratowego, trójkątnego, a może nawet krzyżakowego stołu. Skończyło się na figurce archanioła, protekcyjnie, profilaktycznie. Powinna być na zamku, nie pamiętam gdzie ją ciepnąłem.
Oby nie na Zamku.
Raczej jest na zamku. Dalej, …a dalej był zastój. Długo nic nie szło tak jak powinno, aż chwyciło mnie zapomnienie. Po prostu, jak w eŚ-Wu, postanowiłem wyłożyć na to wszystko tłustą po przekątnej. Wtem, pośród dni i nocy, na chacie, miałem mistyczne objawienie, takie klasyk z halucynacjami, fraktalami, bieganiem skakaniem po wymiarach i tak dalej. Co zobaczyłem, to się nie odzobaczy, ale nie o to chodzi. Same efekty specjalne, wizualne, słuchowe, nic, w porównaniu z sensem objawienia. Uniosłem intuicyjnie prawą rękę w górę i zobaczyłem na niej jakby znikąd pojawiające się światło. To pewne, że przywędrowało z innego wymiaru, spoza trzech na pewno. Pętliło się to światło jak i te halucynacje, a ja stałem i trwałem tak w bezruchu, nie wiem ile. Nie wiem ile czasu zeszło mi na to, żeby się ocknąć. Od tamtej pory dzienniki nie piszę pionowo tylko kaligrafią, to się zmieniło na lepsze. Człowiek lepiej się potem rozczyta, jest taka biznesowa metoda kaligraficzna, dzięki której możesz kursywą bardzo szybko notować, a potem i tak to, choćby nie wiem co, rozczytasz. Doskonałe, nawet jak świeca zgaszona, śpisz albo jesteś na wychodku. Po prostu, na kolanie, każdą bzdurę znotujesz, nawet najważniejszą. Przydatne, jak człowiek se chce jakoś życie zorganizować. Niedługo później zacząłem nawet szyć własne dzienniki, wróciła mi chęć do igły i nitki. Smarowałem to jeszcze klejem, smarem takim, ale cuchnęło na całej chacie, tfu, w całym zamku. Sąsiedzi by byli wściekli, gdybym wtedy jakichś lokatorów miał. Załóżmy, że nie miałem, nie wiem jak liczyć duchy, są niematerialne, przełażą przez ściany. Cały ten moment jednak, wracając, był po prostu epicki. Ten objawienia na zamku. Ja i ręka unosząca się swobodnie, jak piórko, jak bez wagi, ku górze, świetliście. Fajnie, nie? Też byś tak chciał. No. I tyle tego było, wspomnienie do końca życia, którego nie zapomnę do końca życia. Albo i dłużej, jak nekromancja da. Niby przemianę w Licza odpuściłem, ale jakaś konserwacja by się przydała, a alkohol niekoniecznie jest dla mnie metodą. Niekoniecznie. No, Gusław, Tobie nie wypominam, ty swoje przeżyłeś, zwłaszcza po śmierci. Wrócę jeszcze raz, do mistycznego objawienia na zamku, to było epickie, jak karzeł z kompleksem niższości, się powtórzę. Taki to właśnie pod koniec rozwiązuje wszystkie problemy, a w sumie nawet i nie on, tylko jego pomagierzy, co rozsądniejsi, jak się zlecą. Rozumiesz o czym mówię? Że dzieło przypadku, lub też jakieś inne siły srogo nadprzyrodzone wzięły udział w moim życiu. Tak po prostu, bez zapowiedzi, bez powrotu, ale nie bez sensu. Sens jest, wyczuwam go, nawet teraz. Płonie żywym ogniem i, nie nie takim na zgubę, świętym ogniem płonie sens i moje, tedy też wasze, a dalej Twoje, uczestnictwo w nim. Sens. Moje życie nabrało sensu i każdemu tego życzę, każdemu to polecam. Sensowność. Wiem, że toniemy, tonęliśmy i pewnie trochę jeszcze będziemy tonąć w bezsensowności. Ale, mimo wszystko, unosimy się. Co ma wisieć, nie utonie, co więcej my się nawet aż tak na wisielców nie kwalifikujemy. Nawet nie. O czym ja to? A, no, właśnie. W pamięci mej, mojej, utkwiło to wspomnienie już na wieki, już na zawsze. Co z tego mam? Ciebie, Gusiu? To nie jest tak, że jestem niewdzięczny za takiego niewdzięcznika jak ty. Ty. Mam pewien wgląd w cały ten panoptykon, który nas otacza, który nas osaczał. Teraz już tylko otacza. Dowiedziałem się, widzisz, zaglądając do tych innych wymiarów, że nie muszę od razu stawać się nie wiadomo jakim paladynem. Wystarczy, że moje życie będzie lepsze. Nie całe, nie od razu, wszystko w swoim tempie. W panoptykonie, wiesz, jesteśmy, ale, tam w innym wymiarze, dostrzegłem coś, co nazywało się chyba ofanimy. Takie lewitujące pierścienie, oblepione oczami, cyrkulujące, widzące wszystko, jeśli nie sporo. Sporo. Tak jak przepatrywacze obserwują nas, czasem pomagając z rozbójnikami i rabusiami, tak przepatrywacze są obserwowane przez ofanimy. Nie mają co prawda kręgosłupa fizycznego, jak my, ale moralny mają …no sztos. Rześko i trzeźwo wszystko ogarniają, bez y mrugnięcia, ani nawet zająknięcia, ale to akurat bo nie mogą chyba, nie mają w klasycznym rozumieniu gąb. Co nam pozostaje? Iść naprzód. Prosto naprzód, hen przed siebie, i ogólnie ahoj przygodo. Przed nami królestwa do zdobycia, odkupienie do uzyskania i inne rzeczy, które pewnie po prostu nam się przydadzą, tego typu, taka sytuacja. Przeturlaliśmy bądź przeturlamy się kawałek, byle do miasta i tam przeogarnąć.
Podczaszy? No, ale zaczynam się zastanawiać, czy już nie zapętliliśmy się w czasie jakoś.
I wtedy, zaraz po objawieniu, zaczęła padać ulewa, słyszałem za oknem, za oknami, dudnioło i usłyszałem głos. Głos w mojej głowie, jak by mnie co pogrzało, ano i pogrzało, bo to te sny na jawie zmaterializowane nie były. I ten głos mówił, uważasz? „GRAD STRZAŁ NAD TWOJĄ GŁOWĄ, JEŚLI COŚ NIE ZMIENI SIĘ NA LEPSZE!”. Kto to gadał? Nie weryfikowałem, ale pewnie ktoś ważny, z mojej głowy, tudzież tejże głowy tymczasowy lokator, dość dowolnego formatu i potrzeb. Postanowiłem jednak nie lekceważyć zrządzenia losu, czy jak zwał. Nie chcę ani ulewy, ani strzał, ani ulewy strzał, tym bardziej. Na co to komu? Człowiek się zmęczy od spieprzania. I wtedy, przebiegł gdzieś po niebie grom. No ja myślę sobie, proszę proszę, jak mrocznie jak hucznie. Wrogo, prawie że. Ale tego nie wiedziałem i teraz też nie wiem. Nie zmęcz się Gusław.
I widzisz, byliśmy w tej Sali Snów, bo tak to mogę nazwać, ciemno wokół, wszędzie dookoła, tylko te sny świeciły, no jak, świetliście. Czasem trochę wyglądały jak rząd dusz czyśćcowych. My też? Powiedzmy.
Zmierzam do tego, że po wszystkim byle do miasta, a potem to już pójdzie. Przetniemy się z kimś, załatwimy coś, i się będzie kręcił, biznes naszego życia, pasja naszego życia. Kategoryczne? Może. Dalej.
Turlaliśmy się, bądź, będziemy się turlać, jak barany spotulniałe, siedź Gusław, ale dotarliśmy lub dotrzemy. Dotrzemy, jak patrzeć typowo chronologicznie. Chronomancja mi weszła, a to zawsze niebezpieczne. Skończyłem.
*
Gusław spojrzał na niego, znad poronionej szachownicy, westchnął, i rzekł:
Czyli mam wnioskować, że jestem idiotą marzącym o geniuszu?
Jak do tego doszedłeś?
Na skróty gościu, na skróty. Myk myk i już.
Nie rozumiem.
To tłumaczę, społeczeństwo to karzeł, odważny, i oferuje karłowate opcje, a współpracować trzeba, tam, w mieście. Wśród ludzi. Niezależnie, czy czujemy się martwi, nieżywi… i tak dalej, rozumiesz. Na ramionach gigantów, golemów, nawet jeśli.
Ooo-hm. Słyszę pieśni mego ludu, do mnie gadasz, mów mi więcej. Jakie? No sam mi odpowiedz.
Absurd. Żadnego przełożenia na melodie, melodyjność, nie planowałem. Po prostu tak wyszło. Wyszło? Wyszło, powiedzmy, że wyszło.
No to sam Ci powiem. Jest sobie teoria strun, że wszystko i wszędzie to są te, gumowe recepturki. Taki wszechświat. Tak się mówiło? Wszechświat? Wszechrzecz? Wszechistnienie? Nie ważne.
Zdrapywanie strupów.
Ciasteczka i amunicja.
Miasto masa maszyna? Awangarda.
Zamek.
…zamek! Przez małe zet, ale nasz. Swój i swojski. Nie tam jakieś mroczne, ale cudze. Cudzesy to ja od Ciebie, a Ty ode mnie.
Pamiętasz pamięć snów z naszego zamku? Jak przeszliśmy samych siebie oglądać, a z innego rejestru czasowego, czy tam innego wymiaru? Wersje duch każdego z nas, was?
Trochę jak na obchody, a trochę niebezpiecznie było. Zaglądanie we własny tyłek z innego wymiaru to nie moja preferencja.
I to było zapisane w dzienniku.
To… co z tym karłem społecznym? Ty mi opowiedz.
Nic, zamek, posiedzenie, a potem rozmach. Nudne jest to życie społeczne, zwłaszcza konwersacje, wiesz, rozmowy trwają, powtórz dwa razy. Wszyscy tacy tajemniczo nieznani, z początku przynajmniej. Potem, piona, browar, byle bez szlu, bo na postojach problem.
Wszystko? Obgadaliśmy już każdą jedną pierdołę? Ogóły i szczegóły?
Tak, chociaż wydaje mi się to społeczeństwo informacyjne przereklamowane. Mnóstwo informacji bezużytecznej, trefnej, chybionej.
Karaluchy kontra książki, jak ten autor, Michał Kuchwa.
Bluźnisz.
Autor.
Dobra, ślęczymy tu z godzinę i czterdzieści dwie minuty. Klepanie biurka, przesuwanie niewdzięcznych pionków hipotetyczne, to protekcjonalne nazbyt…
Twoja PORNo STARa!
Musiałeś?
Co?
Nie znudziło Ci się jeszcze?
Jeszcze trochę. Wytrzyma-my.
Nie lubię tych wstawek znikąd, są sprzeczne z naszym postępem duchowym.
A rosiec to jeleń?
Tak se będziemy gadać?
Jak do tej pory.
Odtąd, panie, postanawiam, wypromujemy się za pomocą machin. Z automatu.
Chcesz narkotyk? Szumidło, mam w kielni.
Kiermanie. Nie.
Idziesz do nieba, psie!
Ja? Gdzie?
Nastąpiła tutaj rotacja źrenic obu panów, fraktalnie, rzecz jasna.
Ja tak jeszcze powiem, chłopy są przewidywalne, babeczki nigdy nie wiadomo którą część chwycą.
Tekstu?
Życia.
Rzyci.
Nie.
Cisza.
Chyba najgorsze, co można powiedzieć, o babie, to że „rura”.
Tyś jest słuchowiec.
Ale co, pruje się kto 20 lat z rzędu…
…dużo materiału.
Do przerobienia.
AZATĘ?
Głowa mnie boli od tej technologii już teraz.
Moje pytanie, kto do kogo, z nas, mówi? – jeden przez drugiego.
Cisza, jak najbardziej ponowna.
Wszystko. Ale nie, serio, wszystko. Wracamy?
Myślami, czy autentycznie do domu?
Ja jedno i drugie. Tak.
Okej, finał. Zapomnieliśmy grać w szachy.
Tak.
No też potwierdzam no, moment, podsumujmy. Pionków w społeczeństwie dużo, ale choćby byli takowymi, to są primo ludźmi, więc nie traktujmy ich jak jakichś durnych pionków. Ludzie to ludzie, żywi czy martwi.
No wznosisz się na wyżyny empatii, super, podoba mnie się to.
Ja wiem, że czasem to wygląda jak-byśmy, jakbyśmy, do niczego nie zmierzali, ale, sporo już ugadane, nie?
No.
Tak.
I tak to jest.
W rzeczy samej.
A ten… czyli co, wznieśliśmy się na wyżyny metafizyczne, żeby co, żeby po prostu symbolicznie i dosłownie dotrzeć do miasta, gdzie czeka nas skarłowaciała rozróba, miasta, mas i maszyn? I… ludzie?
Ludzie. Ni mniej, ni więcej. Całe te zawijanie z demonami i aniołami, cały ten cyrk, to przecież tylko metafizyczna ekstrapolacja naszych ludzkich ciągot. Do wzniosłości i do badziewia. Wyjdziemy do ludzi, to odżyjemy co nieco.
*
I poszli. W myślach, a potem długo po wydarzeniach, w związku z Podczaszym, również, a autentycznie. Do …tarli, się. A w mieście cyrk, pełno, wszędzie, wszystkiego. Szybki kurs wszystkiego. Witamy w centrum. Takim no, nie za dużym, ale zawsze. Są tu, jak widzą panowie Cyrulik i Gusław, biblioteki, które niby wypożyczają, ale jednocześnie chcą od Ciebie egzemplarze do wypożyczenia. Paradoks daru. Jest jakaś filmoteka. Spłonęła. Słusznie. Gusiu i Wskrzesiu człapią głównym traktem, w kierunku fontanny przed ratuszem, och wszędzie architektura tak samo, i podsumowują.
Udało nam się. Dorośliśmy. Ciężko to opowiedzieć, ale taka to puszeczka, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.
Dotarli do pomników nobliwych pisarzy. Jeden od przyszłości, jeden od narkotyków, jeden od smagania absurdem i nonsensem, po bebechach, i jeden ten od Zamku. Dużo, dość. Idą, „jak” trupy, przez świat fantazji zrealizowanej, to jest przez miasto, w którym pomysły stały się rzeczywistością, ich rzeczywistością. Kiedyś stwierdzili lub stwierdzą, że jednak nie, że porzucą drążenie annałów swoich nieświadomości.
Tymczasem ich zamek, zameczek, zrobił się popularny. Usługi rozchodziły się wizytówkami i gołębiami, i pantoflami. Płci i bez. Zaczęła iść sprzedaż, jak kiedyś, kiedyś-kiedyś zrobili przed zamkiem ognisko, spalili testową edycję Knyfów Szachistycznych, wtedy zaczęła iść sprzedaż. Miastowi ich znaleźli i poszło, coś tam. Nie że jakoś dużo, jedna trzecia dóbr na rzecz bibliotek, jedna trzecia dla klientów, a jedna trzecia kisi się nadal w lochach. Pewnie też spłonie, pójdzie na opał. Chcieli, to zrobili, i już. Ich linią obrony był głównie rodowód Gusława. Szkoleni, aktywni, piromani obaj. Drastyczne postępy (postępy, tak, tylko i wyłącznie) przed nimi. Nie obstawiali nigdy koni na wyścigach, nie wierzą w magię zwaną statystyką. Nie ma sensu już dalej streszczać. Zrobili postęp, a wszystko wyglądało jakby poszli wstecz. Bywa. Pamiętają przyszłość, przyzywanie trupów na zamku, przez las(?), do miasta i nazad. Bo zamek ważny, ważniejszy od Zamku. Ważniejszy?
Koniec, tej naszej prozy życia, dialogowej?
Jeszcze jedna, miniaturowa dygresja. Opowiem Ci inną sytuację. Słuchaj uważnie, ostatnia prosta.
***
– Zdróweńka! – paedzioł, w totalnych ciemnościach. A była to jesień, gdy kończyli przeglądać kilo stron Wszystkiego, co mieli na wagę. Taka sztuka, na sztuki. – Okropna! …gorąco polecam. – nepotyczne i kolesiowsko-kumoterskie wtórowanie. Dziwne sobie miejsce znaleźli. Ostatnia gazlampa wznowiła tlonko. Okolice ratusza z biblioteką, a tu masz, dodekahedrony dla pospólstwa poturlikiwują c ego pospołu. * Tak, sterczeli przy ratuszu. Cały rok, na duchowym autopilocie w ten sposób. Dookoła rojalne, królewskie ogrody; głównie raflesja, mięsojad i żyworódka. Przy ratuszu kawiarenka, przy kawiarence stoliki, chwilę później siorbią czarną herbatkę. Kto? Tych dwóch co to zawsze. Do niniejszego zajęcia lepiej by się nadały, nieporównywalnie bardziej, cokolwiek ogładniejsze damy, ale i to wykpili. Kpina ich żywot, tfu, żywioł! Żeby jednak nie urągać swoimi osobami temu zacnemu lokalowi, postanowili z własnej inicjatywy podlać kwiatki dookoła. Spojrzeli na jaśniejszą stronę życia i przestali się zamartwiać. Jakby było po nich widać cokolwiek.
***
Na marginesie, czemu mi to opowiedziałeś?
Słuchaj, bo zacząłem o bibliotekach a…
…no?
To idzie tak, adres IP tej rozmowy to 127.50.37.
Boję się.
Nie bój się, to adres przybliżony, mówię hipotetycznie.
Do rzeczy.
Już, (wdech). Na tej naszej agorze dnia i nocy wypatruj albatrosów od pana Jana Pokory. To genialne kreacje, czasem trochę burda, ale niezłe dla takich czarnych owiec jak my.
To nie zwykłe, olej to ale, bądźmy partnerami w filii, wiedzeni impulsem i feerią fraktali, ukrywaj kulturalnie gniew, wejdź w las książek, a nasza księgarnia to będzie nowa era, a my będziemy operować otwarcie, jak na poligrafię przystało.
Kino płonie. Lisy chichoczą. Publikujemy nasze wizytówki, mówią „re:”, mówią „…bis!”, taką mamy z nimi relację scholastyczną. Skrzaty jedne w tym świecie książki uniwersyteckim, witalne przynajmniej.
Wasza pozycja, czyja, jest taka że wiedza i praktyka, mmm, są pozieleniałe jak sowy.
Jeździmy świeżo, produkujemy sny fabrycznie, przepraszam, wielka literaturo, gramy na lirze i znaki zostawiamy jak sigile. Super nowina to, gdy na niebie wybucha w oddali supernowa. Bezpieczna odległość. Na znak tego co na horyzoncie, pewien mag miał muzę, która smoka na szarą godzinę po czwartej stronie alegorycznie wzmocniła graficznie, z czego powstały fantazyjne automaty. Victoria oficyna!
Czarno na białym widać, że „re:” a marginesy to jest cyranka, cyraneczka, kaczuszka, format agrafka. Obok papierowy księżyc spisku pisarskiego w starej szkole ma oficynkę (oficynę? Też?) warstwowaną w otchłani również.
Arkady zainicjowane prasą numer dziewięć, w formie osi wszechświata, groźnej jak jaguar. Papier zwrócisz, mistrzu gry, smoki idź umorzyć, jak sam się wydać chcesz, pulpa z tego wyjdzie i Biblioteka Babel.
Na planecie czytelnika nie powiem, potrzebujemy cię, wydaje nam się, akurat miętę w pasażu purpurowiejąc czujemy. Czujemy słowa, obrazy i ogólnie na wszystkich tych terytoriach sława sztuki ksiąg umuzykalnionych. Pingwinami z siedmioma rogami dowodzi replika spauzowana, zaczytanych w bukowym, książkowym, lesie. Ty i ja, gaj, alpaka, tor. E. Wszystko.
Wszystko. Wszystko?
Wszystko.
Wszystko!
Chórem rzekli ostatkiem sił „WSZYSTKOŚĆ!”.
Podsumowując, obok zamku była komnata szachistyczna, a w mieście pokój snów. Objawienie mistyczne pojawiło się w zamku, a potem i wcześniej działy się różne rzeczy. Spoiled?
K O N I E C
Panicz Konrad