Poranek był chłodny i wilgotny. Mgła spowijała Arven, unosząc się nad brukowanymi ulicami jak dym z dogasającego ogniska. Miasto powoli budziło się do życia – z gospody Pod Czerwonym Zającem słychać było odgłos otwieranych okiennic, a z oddali dobiegało bicie dzwonu na wieży ratusza.
Davrel siedział przy stole, kończąc herbatę z miodem i goździkami. Ciszę przerwało ciche pukanie do drzwi. Do izby wszedł Markus.
– Serwus, Dav – powiedział, ale w jego głosie nie było radości. – Przynoszę wieści… Podobno Darion został pojmany.
Szlachcic zastygł.
– Pojmany?
– W okolicach Whiterock. Widziano go w towarzystwie czterech najemników. Eskortują go do Brinvale. – Cieśla przełknął ślinę. – Zdaje się, że to Wesoła Kompania…
Nastąpiła długa chwila milczenia. W końcu Davrel skinął głową i odwrócił wzrok w stronę okna.
– Dziękuję. Możesz już iść.
Markus spojrzał na przyjaciela jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu odwrócił się i wyszedł.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, w domu zapadła martwa cisza. Słychać było tylko skrzypienie drewna i trzask ognia w kominku. Szlachcic oparł łokcie na stole, przesunął dłonią po twarzy i westchnął ciężko.
Po dłuższej chwili znów rozległo się pukanie. Tym razem mocniejsze, niecierpliwie. Otworzył.
W progu stała Lysia.
– Widzę, że już wiesz – powiedziała zamiast powitania. Jej twarz była blada, a oczy lśniły. – Mówią, że prowadzą go do Brinvale – dodała, całując Davrela w policzek.
Mężczyzna skinął głową.
– Musisz mu pomóc.
– Darion wybrał swoją drogę – powiedział cicho. – A ja wybrałem swoją.
– I co? Dlatego pozwolisz mu zginąć?
– Nie wiem nawet jak miałbym mu pomóc – odparł spokojnie, ale w jego głosie brzmiało coś twardego.
– Wesoła Kompania to twoi dawni towarzysze. Porozmawiaj z nimi. Proszę…
– Dlaczego?
– Dlaczego co?
– Dlaczego tak ci zależy, żebym uratował Dariona?
– Bo to twój przyjaciel! – wybuchła. – Możesz się oszukiwać, że nic już was nie łączy, ale Darion był ci jak brat. Jeśli go zostawisz, to nigdy sobie tego nie wybaczysz.
Davrel odwrócił się, jakby chciał uniknąć jej spojrzenia. Wiedział, że jego ukochana racje. Gdyby nic nie zrobił, myśl o pojmanym przyjacielu dręczyłaby go do końca życia. Lysia też o tym wiedziała.
Milczał przez chwilę, wpatrując się w dziewczynę, aż w końcu jego spojrzenie złagodniało. A w oczach pojawił cień smutku.
– Powiedz Aidanowi, żeby osidłał konia – rzekł powoli.
Droga wiodła na północ, przez doliny i wzgórza, które z każdym kilometrem stawały się coraz bardziej surowe. Trawy żółkły, drzewa rzedły, a powietrze nabierało ostrości.
Davrel jechał sam, od świtu do zmroku, z krótkimi postojami na napojenie konia. Za dnia towarzyszyło mu słońce, w nocy jesienny chłód i blask księżyca.
Jednak w miarę jak posuwał się w głąb Idris wątpliwości narastały. Zastanawiał się czy nie jest już za późno. I czy naprawdę zdoła uwolnić przyjaciela?
Zatrzymał się na wzgórzu, by dać koniowi napić się z potoku. Spojrzał na swoje odbicie w wodzie – twarz miał zmęczoną, nieogoloną, z cieniami wokół oczu. Wzdrygnął się i ruszył dalej.
W połowie drugiego dnia, gdy słońce świeciło niemal w zenicie, dostrzegł w oddali ruch – drobne sylwetki na tle równiny. Czterech jeźdźców oraz jeden pieszy. Wytężył wzrok. I wtedy zobaczył coś jeszcze. Od zachodu, na spotkanie Wesołej Kompanii jechała grupa żołnierzy. Widział srebrne błyski zbroi, po chwili dostrzegł również purpurowy sztandar ze srebrnym okiem – herbem Gara Vestingsa.
Skręcił w zarośla, aby pod ich osłoną przedostać się jak najbliżej miejsca, w którym, wedle jego obliczeń, obie grupy powinny się spotkać. Po pewnym czasie usłyszał odgłos kopyt i brzdęk metalu. A potem echo głosów. Zsiadł z konia i powoli zaczął podkradać się na skraj skarpy, z której roztaczał się widok na pobliską polanę i stojących na niej mężczyzn.
W dole zobaczył czterech jeźdźców. Poznał ich od razu. Patrick, Pio, Mikkel i Generał. Ich konie parowały od długiej drogi, a na sznurze między nimi, z rękami związanymi na plecach, szedł Darion. Szara peleryna była rozdarta, włosy miał przyklejone do czoła a w pełnym słońcu jego twarz wydawała się jeszcze bardziej wychudzona. Mimo to trzymał się prosto, z tym samym uporem, jaki Davrel pamiętał u niego od dziecka.
Z przeciwnej strony polany nadjeżdżał oddział żołnierzy – dwunastu ludzi w czarnych płaszczach i srebrnych napierśnikach z herbem namiestnika. Na ich czele jechał smukły, czarnowłosy mężczyzna o lodowatym spojrzeniu i uśmiechu człowieka, który nikogo się nie boi. Ubrany był po cywilnemu, a jego szaty błyszczały odcieniami złota i rubinu.
Zatrzymali się naprzeciwko najemników, w milczeniu. Przez chwilę słychać było tylko rżenie koni i szelest wiatru w trawie.
Patrick pierwszy zsunął się z siodła.
– Jak widać dotrzymaliśmy słowa – powiedział spokojnie, łapiąc więźnia za ramię. – Darion Hall we własnej osobie. Trochę poturbowany, ale żywy.
Lys Cartage uśmiechnął się chłodno, po czym skinął na jednego ze swoich ludzi. Ten przyniósł niewielką, obitą mosiądzem szkatułę i otworzył ją przed Patrickiem. Z wnętrza błysnęła złocista poświata.
– Tysiąc pięćset złotych monet, zgodnie z umową – rzekł Lys. – Za przysługę, której Północ nigdy wam nie zapomni.
Generał zeskoczył z konia, odebrał szkatułę, po czym wziął się za liczenie.
– A teraz więzień, proszę – do uszu Davrela doleciał fałszywie uprzejmy głos Cartage’a.
– Chwila, chwila. Jeszcze liczy – odpowiedział mu de Coteau.
– Chyba nie zamierzacie… – uśmiech zamarł Lysowi na twarzy.
– Ależ oczywiście, że zamierzamy.
– Wszystko się zgadza – mruknął po dłuższej chwili Generał, zamykając wieko. – Tysiąc pięćset jak się patrzy.
– A więc na tym kończymy – powiedział Patrick, dając znak, by Pio odwiązał Dariona. Davrel w napięciu obserwował jak przekazuje go strażnikom.
– Jak już mówiłem, wyświadczyliście dziś Północy wielką przysługę – odezwał się Lys. – Niestety, muszę prosić o jeszcze jedną.
Patrick spojrzał na niego z wyraźnym zniecierpliwieniem.
– Jak wiecie, w skutek działań rebeliantów, Idris ma obecnie pewne problemy… natury finansowej. Dlatego chciałbym was prosić, abyście zwrócili nam złoto. Ku chwale Semenii, oczywiście.
Patrick zmrużył oczy.
– Chyba kpisz – syknął, zaciskając dłoń na rękojeści miecza.
– Zrobiliśmy co trzeba. Złoto zostaje z nami – wtrącił Pio.
– No cóż – kontynuował spokojnie Cartage – jeśli taka jest wasza odpowiedź… Z rozkazu namiestnika – zabić ich!
Davrel na moment zamknął powieki a przed oczami pojawił się obraz Dariona z lat młodości – odważnego i roześmianego. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, błyskawicznie zsunął się ze skarpy i w kilku susach znalazł się między walczącymi. Stojący najbliżej żołnierz nawet nie zdążył się odwrócić. Czarne ostrze przecięło najpierw powietrze, a potem jego gardło. W ciągu kilku kolejnych sekund na polanie zapanował zamęt, a w śród tumanów kurzu słychać było jedynie wrzaski i brzdęk metalu.
Biegnąc w kierunku Dariona, Davrel kątem oka dostrzegł członków Wesołej Kompanii. Walczyli jak dobrze naoliwiona maszyna – każdy wiedział, gdzie być i co robić. Na przedzie, jak zawsze, Patrick – osłaniając się tarczą, rozcinał szyk żołnierzy ciężkimi, pewnymi uderzeniami. Za nim Pio poruszał się jak cień. Ostrza błysnęły w świetle południowego słońca. Uskoczył w bok, a rzucony przez niego nóż trafił jednego z napastników prosto w krtań. Dalej Generał, trzymając linię, wydawał krótkie, rzeczowe polecenia, a Mikkel – blady i spocony – ciskał ognistymi kulami w zdezorientowanych i przerażonych żołnierzy.
Davrel przedzierał się przez panujący chaos, z każdym krokiem czując jak powraca znajome uczucie – jego mięśnie reagowały automatycznie, oddech się wyrównał. Czarny miecz znalazł cel po raz drugi, potem trzeci. Krew rozprysła się na jego kurtce.
Zanim zdążył zrozumieć, co się dzieje, było już po wszystkim. Ciała żołnierzy Północy leżały nieruchomo w trawie, a wschodni wiatr rozwiewał echo bitwy. Na środku pozostał jedynie Lys Cartage.
Patrick, wciąż z mieczem w dłoni, podszedł do dowódcy i mocnym pociągnięciem zrzucił go z konia.
– No to teraz sobie porozmawiamy – rzucił krótko.
Rozejrzał się dookoła, jakby wypatrywał posiłków wroga. Dopiero wtedy dostrzegł stojącego na polanie Davrela.
– Na bogów, Dav! A ty co tu robisz? – zapytał zerkając na zakrwawioną czarną klingę.
– Przybyłem na pomoc.
– Ale chyba nie nam – wtrącił Generał, spoglądając na stojącego nieopodal Dariona.
– Nie musicie mi dziękować.
– I nie zamierzamy. Ale jak zawsze, dobrze cię widzieć. – Po czym zwracając się do Patricka dodał – A nie mówiłem, że Dav przynosi nam szczęście. Teraz mamy i złoto i jeńca.
– Wydaje mi się, że po tym co się dziś stało, trudno będzie wam jeszcze raz sprzedać go Północy.
– No racja… To co, ile nam za niego dasz? – odezwał się Mikkel. – Zdaje się, że już raz składałeś nam podobną propozycję. No wiesz, wtedy przy kolacji.
– Obawiam się, że tamta jest już nieaktualna – odparł Davrel. a na jego twarzy pojawił się półuśmiech. – Ale możliwe, że mam dla was inną, równie interesującą. Z tym, że to nie miejsce na takie rozmowy – dodał wskazując na porozrzucane po polanie ciała żołnierzy.
– Racja – odezwał się Patrick. – Lepiej się stąd zmywajmy.
– A co z nim? – zapytał Pio, przykładając swój krótki miecz do szyi Cartage’a. – Mam się go pozbyć?
– Zostaw go – odpowiedział Generał, uważnie przyglądając się zakładnikowi. Przez jego twarz przemknął cień. – To chyba ktoś ważny. – Po czym zwracając się do Lysa dodał – A ty pamiętaj kto dziś darował ci życie. I lepiej, żebym nie zobaczył jutro nagrody za nasze głowy. A teraz won!
– No już! – zawtórował mu Patrick.
Po białej jak kreda twarzy Lysa przemknął cień ulgi. Mężczyzna wsiadł na konia i bez ociągania się pognał na zachód.
W tym samym czasie Davrel podszedł do Dariona i rozciął mu pęta.
– Jesteś wolny – powiedział chłodno. W spojrzeniu przyjaciela dostrzegł mieszaninę wdzięczności i wstydu.
– Dziękuję – odpowiedział mu krótko.
Przez chwilę stali w milczeniu, które przerwało dopiero nadejście Patricka.
– Ten Hall to niezły gagatek – powiedział klepiąc Dariona w ramię. – Po drodze trzy razy próbował nam zwiać. Raz prawie mu się udało.
– Ten typ już tak ma – zaśmiał się szlachcic.
– Puścisz go wolno?
– Tak. Zielone Opończe go potrzebują. A poza tym… – dodał po chwili namysłu – to wciąż mój przyjaciel.
– Niech ci będzie – Patrick westchnął ciężko i przyprowadził konia. – A zatem żegnamy, panie Hall. I obyśmy się szybko nie zobaczyli.
Darion dosiadł rumaka, po czym spojrzał na Davrela.
– Przyjaźń? – zapytał niepewnie.
– Przyjaźń – odpowiedział mu szlachcic, po czym uderzył w zad zwierzęcia. – Ruszaj już i powodzenia!
– Tobie również, Dav!
– To co z tą propozycją? – zapytał Mikkel, spoglądając za odjeżdżającym mężczyzną.
– A właśnie. Chciałbym, żebyście pomogli mi z jednym szkoleniem…
†
Była połowa października. Dni robiły się coraz krótsze, a wieczory przynosiły chłód, który wdzierał się pod ubranie niosąc zapowiedź nadchodzącej zimy. Zeschłe liście wirowały na wietrze, osiadając na krawędziach głazów i wśród porośniętych mchem ruin dawnego kamieniołomu. W jego wnętrzu, tam gdzie niegdyś wydobywano szary wapień, teraz rozlegały się głosy, stukot drewna o drewno i tętent końskich kopyt.
Pod czujnym okiem Davrela i członków Wesołej Kompanii, Zielone Opończe rosły w siłę. Wśród nowych rekrutów znaleźli się miedzy innymi Markus, Thoren i Lucas Silver. Wrócił także Martin. Jedynie Aidan odmówił dołączenia.
– Pierdole ruch oporu – odpowiedział na pytanie rachmistrza. – Ale na dobrą bitkę z Północą zawsze jestem chętny. Nie każcie mi tylko zakładać żadnej pedalskiej opończy.
Davrel stał na skalnym wzniesieniu, skąd roztaczał się widok na cały plac treningowy. W dole widział ćwiczących rekrutów – jeszcze nie żołnierzy, ale już nie chłopów. Stare rampy i tarasy kamieniołomu służyły za tory przeszkód, a zwietrzałe ściany odbijały echa krótkich komend. W powietrzu unosił się kurz zmieszany z zapachem potu, dymu i smaru do broni.
Szlachcic przeszedł powoli między oddziałami, które sam starannie uformował. Patrick szkolił ciężką jazdę, której ludzie trenowali szarże na drewniane manekiny ustawione wzdłuż zbocza. Każde uderzenie tarczą lub włócznią rozbrzmiewało głuchym, pewnym rytmem.
Obok, na niższej półce kamieniołomu, Generał ćwiczył lekką kawalerię.
– Nie w pancerz, idioto! – krzyczał do jednego z chłopaków. – W gardło, w gardło! Tam nie ma blachy!
Davrel parsknął pod nosem, słysząc znajomy ton jego głosu. Generał nigdy nie był najmilszym nauczycielem – ale skutecznym, owszem.
Nieco dalej Pio, z pomocą Thorena i Martina, trenował piechotę. Ich ludzie biegali między głazami, ćwicząc uniki, przewroty i ataki z zaskoczenia. Były skrytobójca wydawał krótkie i ostre rozkazy. Martin natomiast mruczał coś pod nosem, z ironicznym grymasem.
– Zamiast myśleć nie wiadomo o czym, patrz pod nogi – rzucił do jednego z rekrutów, który potknął się przy ataku. – Ale nie, każdy chce być bohaterem.
Na samej krawędzi wyrobiska, gdzie dawniej ładowano urobek na wozy, stał Lucas Silver. Jego łucznicy ćwiczyli w ciszy. Silver naciągnął cięciwę, wypuścił strzałę – suchy świst, krótki trzask – i grot wbił się dokładnie w środek tarczy.
Davrel przystanął.
– Widzę, że forma dopisuje – rzucił z lekkim uśmiechem.
– A ty dalej tylko chodzisz w kółko – odparł Silver bez cienia emocji.
– Cóż, ktoś musi myśleć za nas wszystkich – spokojnie odpowiedział mu Davrel, po czym skinął z uznaniem. – Dobrze ich uczysz.
– Dziękuję. Choć było by łatwiej gdyby ten twój mag nie spalił nam połowy tarcz. – Wskazał palcem na trenującego celność swoich ognistych pocisków Mikkela. Ale ten tylko uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
– A tak w ogóle, czy czarodziej nie powinien mieć różdżki? – dodał Lucas na tyle głośno, by wszyscy mogli go usłyszeć.
– Nie wiem, nigdy żadnego nie spotkałem – wesoło odciął się Skald.
Chwilę później Davrel zwołał wszystkich do siebie. Stali w półkolu na skalnej półce, z bronią przewieszoną przez plecy. Za nimi widać było rozświetlony zachodem słońca obóz, pełen ruchu i hałasu.
– Od dziś Zielone Opończe działają w sześciu oddziałach – zaczął, głosem spokojnym, ale zdecydowanym. – Markus i ja dowodzimy ciężką jazdą. Corrin – lekka jazda. Thoren i Martin – lekka piechota. Lucas – łucznicy.
Dowódcy przytaknęli. W ich twarzach widać było zmęczenie, ale też rosnącą wiarę w sens tego, co robili.
Wtem spomiędzy nich wyłoniła się Lysia. Wiatr poruszał jej włosy, brązowe oczy błyszczały jasno.
– A ja? – zapytała, stając naprzeciw Davrela. – Do którego oddziału mnie przypisałeś?
Mężczyzna patrzył na nią przez dłuższą chwilę w milczeniu, zaś w jego spojrzeniu widać było zarówno dumę jak i niepokój. Jak gdyby chciał ochronić ją przed krokiem, którego nie można już będzie cofnąć.
– Lekka jazda – powiedział w końcu, po czym dodał z lekkim wahaniem: – Rezerwa.
Nie odpowiedziała, ale w jej spojrzeniu rozbłysło coś pomiędzy satysfakcją a rozczarowaniem. Uniosła podbródek i, nie spuszczając wzroku z ukochanego, wróciła do swoich zajęć .
– Dumna dziewczyna – skwitował Lucas Silver.
– I odważna – dodał Markus z podziwem.
Kilka dni później w kamieniołomie zapanowało poruszenie. Na drogę prowadzącą do obozu wtoczyły się dwa wypełnione skrzyniami wozy, każdy zaprzężony w parę ciężkich koni.
Davrel, który akurat rozmawiał z Corrinem o nowym planie ćwiczeń, zmarszczył brwi i zszedł ze skalnej półki.
– Co to ma być? – zapytał, kiedy woźnica zeskoczył na ziemię.
– Prezent od Dariona Hall – odparł mężczyzna, wycierając ręce w zielony płaszcz. – Powiedział, że to pomoże w szkoleniu.
Rebelianci zebrali się wokół wozów. Szlachcic podszedł do najbliższej skrzyni i otworzył ją nożem. W środku, zamiast spodziewanych łopat i kijów treningowych, zobaczył chłodny błysk stali.
– Miecze, włócznie… nawet kusze – mruknął, przeglądając zawartość. – Darion przeszedł samego siebie.
Lucas Silver zagwizdał przeciągle.
– Wygląda na to, że ktoś ma przyjaciół z głęboką kiesą.
Davrel wyciągnął jedną z kusz i obrócił ją w dłoniach. Broń była doskonale wyważona, a na cięciwie wciąż czuć było świeży smar.
Wtem zauważył coś jeszcze. Na bokach skrzyń widniały ślady po deszczu i błocie, ale nawet przez zaschniętą ziemię dało się dostrzec symbol czterolistnej koniczyny w barwach złamanej bieli i ciemnej zieleni.
Corrin spojrzał mu przez ramię.
– Van Bommel. – Uśmiechnął się szeroko.
– Czemu mnie to nie dziwi? – westchnął Davrel, chowając kuszę z powrotem do skrzyni. – Ten człowiek naprawdę nie przepuści żadnej okazji do interesu.
Kilku ludzi parsknęło śmiechem.
– No ale nie możemy tego tak zostawić…
Sięgnął po pędzel i garnek z brunatną farbą, stojący nieopodal.
– Zamazujcie herby – rzucił do stojących obok rekrutów. – Lepiej, żeby nikt nie wiedział, kto nam to sprzedał. Nie chcę, żeby w Brinvale zorientowali się, że van Bommel zaczął robić interesy z ruchem oporu.
Zgromadzeni wokół mężczyźni zaczęli smarować farbą znaki koniczyny, śmiejąc się przy tym półgłosem. Corrin przyglądał się temu z rozbawieniem.
– Czasem myślę, że nigdy za tobą nie nadążę, Dav – rzucił wesoło.
– Bo chronię człowieka, który sprzedaje broń buntownikom?
– Bo robisz to z uśmiechem – odparł pomocnik młynarza, klepiąc go po ramieniu.
Davrel spojrzał jeszcze raz na świeżo zamalowany herb.
– Powiedzmy, że to… inwestycja w spokój rodziny – mruknął z półuśmiechem.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy Davrel spacerem wracał z kamieniołomu. Droga prowadząca do Arven była pusta, a powietrze pachniało jesienią – wilgotne, pełne dymu z ognisk i resztek siana schnącego na ostatnich skrawkach pól. Gdzieś w oddali słychać było dzwony, a wraz z nimi echo codziennego życia miasta, które na moment wydawało się odległe niczym inny świat.
Zza zakrętu przyległem drogi wyłonił się wóz zaprzężony w dwa siwe konie. Na koźle siedział Adam de Vrij.
Gdy tylko dostrzegł Davrela, zatrzymał pojazd.
– Nieczęsto widuję cię o tej porze na drodze – powiedział spokojnie, zeskakując z kozła. – Ciągle ich ćwiczysz?
– Ktoś musi – odparł Davrel z lekkością, ale bez uśmiechu. – Choć nie wiem, czy to, co robimy, przyniesie coś dobrego.
– Prawdę mówiąc, też się nad tym zastanawiam – mruknął wójt, opierając się o bok wozu. – Zbrojenie ludzi, którzy nie mają pojęcia, czym jest wojna… to jak dać dziecku pochodnię i zamknąć je w stodole.
– Dlatego ktoś musi im pomóc. Przynajmniej mogą nauczyć się bronić, kiedy przyjdzie potrzeba.
Przez chwilę szli obok siebie w milczeniu. Na horyzoncie, w świetle zachodzącego słońca, błyszczały dachy Arven.
– Adam… – odezwał się w końcu Davrel. – Powiedz mi, co wiesz o lordzie Christopherze Blake’u.
Wójt zmarszczył brwi.
– Ciekawy człowiek, choć nie chciałbym mieć go za sąsiada. Jego rodzina wzbogaciła się na handlu marmurem, którego w okolicach Whiterock jest pod dostatkiem. – Potarł czoło. – Właściwie, to oni uczynili z Idris to, czym jest dziś – prowincją bogatą i twardą jak skała, na której stoi. Blake kontroluje kopalnie, warsztaty, a nawet szlaki handlowe. Z marmuru z Whiterock powstały pałace w Brinvale a nawet część murów Karthalion.
– Czyli to dlatego może sobie pozwolić na wspieranie ruchu oporu…
– Najwyraźniej – odparł wójt z lekkim westchnieniem. – Ale wiesz, fortuny takie jak jego rzadko rosną uczciwie. Wokół Blake’ów narosło wiele kontrowersji. Lord Christopher był jeszcze chłopcem, gdy stracił rodziców. – Zawahał się na moment. – Jego ojca zamordowano. Krótko potem matka zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Od najmłodszych lat musiał walczyć, aby utrzymać się przy władzy. A to w Idris nie jest łatwe. Udało mu się… ale mogę się tylko domyślać jakimi środkami.
Davrel spojrzał w dal.
– A więc jest nie tylko sprytny, ale i bezwzględny.
– Owszem – skinął głową Adam. – Ale też pragmatyczny. Nie podejmuje decyzji, które nie przynoszą mu korzyści. Jeśli popiera Dariona i jego ruch, to nie z przekonania, tylko dlatego, że na coś liczy.
– Zatem nie należy mu ufać?
– Moim zdaniem – nie. Z tym, że nie wolno go też lekceważyć. Jego wpływy w Idris są ogromne, a prosty lud go kocha, bo daje im pracę i chleb. Taki człowiek może być wielkim sprzymierzeńcem. Albo zaciekłym wrogiem.
– Darion uważa, że to nasz największy sojusznik.
– Darion jest idealistą. Widzi w ludziach to, co chciałby w nich widzieć. Natomiast Blake widzi w nich to, co mogą mu dać.
Zapadła cisza. Gdzieś nad nimi przeleciało stado ptaków, a słońce schowało się za wzgórzami.
– Zaczęła się niebezpieczna gra, Adam – odezwał się po chwili Davrel. – Wielu ludzi może w niej zginąć.
– Wiem – przyznał wójt. – I niezależnie od tego, czy ci się to podoba, czy nie, ktoś inny pociąga już teraz za sznurki. Dlatego zapamiętaj moją radę, chłopcze. Marmur z Whiterock jest twardy, ale pod odpowiednim naciskiem nawet on potrafi pęknąć.
Szlachcic skinął głową, bez słowa. A potem ruszył dalej, w stronę Arven.
Wójt patrzył za nim jeszcze chwilę, po czym wskoczył na wóz.
†
Pod koniec października nocne przymrozki zaczynały już ścinać trawę na polach, a z kominów Arven coraz częściej unosiły się kłęby dymu. Miasto zdawało się przygotowywać – zarówno na zimę, jak i na coś znacznie poważniejszego.
W dworze panował półmrok. Ogień w kominku dogasał, rzucając drgające cienie na ściany. Na stole leżały mapy i notatki z ostatnich ćwiczeń. Davrel, pochylony nad nimi, poprawiał coś piórem, podczas gdy Lysia i Markus dyskutowali o zakończonych już zbiorach. Wtem od strony sieni rozległo się pukanie.
W progu stanął Thoren, jeszcze w kurtce, z pyłem drogi na butach.
– Wyglądasz na zmęczonego, Dav – powiedział, zdejmując kaptur. – Ale wcale ci się nie dziwię.
Szlachcic odłożył pióro.
– Thoren, co dobrego?
– Przynoszę wieści.
– Mów zatem – gestem wskazał gościowi krzesło, podczas gdy Lysia i Markus przerwali rozmowę.
– Vestings wreszcie wyznaczył nowego zarządcę. – Thoren podszedł bliżej, oparł się o framugę. – To sir Marcus Rose. Rycerz w służbie króla Gordona. Ma przybyć na początku listopada. Wraz z trzystoma ludźmi do wzmocnienia garnizonów.
Davrel uniósł wzrok znad mapy.
– Marcus Rose… – powtórzył powoli, jakby z namysłem. – Chyba coś o nim słyszałem.
– Każdy słyszał. – Skrzywił się Markus. – Dowodził podczas walk z barbarzyńcami w Górach Działowych. Wsławił się sprytem i brutalną skutecznością.
– To oznacza, że namiestnik chce zdławić bunt, zanim na dobre się rozrośnie – zauważyła Lysia. – Kade może stać się przykładem dla innych prowincji.
Szlachcic tylko kiwnął głową.
– Darion powinien o tym wiedzieć. Wyślę posłańca do Idris – dodała po chwili.
– Wyślij, jeśli chcesz. Chociaż podejrzewam, że i tak już wie – westchnął Davrel. – Złe wieści szybko się rozchodzą.
Na zewnątrz zahuczał wiatr. Okiennice skrzypnęły złowrogo. Thoren ruszył ku drzwiom, lecz zatrzymał się w progu.
– Co teraz zrobimy?
– To samo, co zwykle. – Davrel zgasił świecę. – Będziemy obserwować rozwój wypadków.
Darion zeskoczył z konia, zrzucając kaptur z głowy. Włosy miał przetłuszczone, a twarz zmęczoną po kilkudniowej jeździe, ale oczy wciąż błyszczały mu tym samym uporem co zawsze. Davrel ruszył w jego stronę, nie do końca wierząc, że naprawdę widzi przyjaciela.
– A niech mnie, Darion! – powiedział wreszcie. – Co ty tu robisz? Myślałem, że siedzisz w Idris i szukasz sojuszników.
– Tak było – odparł hodowca winorośli, odpinając rękawice. – Ale odkąd usłyszałem o Rose’ie, nie mogłem siedzieć bezczynnie. To, co mam wam do powiedzenia, może zmienić wszystko.
Davrel skinął głową, dając mu znak, by przeszli w głąb kamieniołomu, gdzie można było mówić swobodniej. Oparli się o stół, na którym rozrzucone były mapy Kade i Idris. Markus, Corrin i Lucas Silver obserwowali ich w milczeniu.
– Zatem wiesz już, że Vestings przysyła nowego zarządcę? – zaczął szlachcic. – To kapitan w armii Północy, twardy, bezlitosny. Ma przybyć z trzystoma ludźmi.
– Wiem – przerwał mu Darion. – I właśnie dlatego tu jestem. Musimy go zatrzymać, zanim dotrze do garnizonu w Harrowden.
– Zatrzymać? Co masz na myśli?
– Jeśli Rose obsadzi miasto, dużo trudniej będzie nam go obalić. Dlatego powinniśmy zaatakować go w drodze.
– Nie mamy na to ludzi. A poza tym… – Davrel wskazał na mapę. – Spójrz. Główna droga z Idris do Kade biegnie przez Salden i potem na południe. To otwarty teren. Ani lasu, ani wzgórz. Zero osłony. Zasadzka tam to samobójstwo.
Jego przyjaciel uśmiechnął się nieznacznie, jakby z góry przewidział ten argument.
– Właśnie dlatego Rose tamtędy nie pojedzie.
– Jak to?
– Lord Blake obiecał, że zorganizuje dla nas… drobne utrudnienia. – W oczach Dariona pojawił się błysk. – Krótko mówiąc, główna droga z Idris do Kade będzie przez kilka dni nieprzejezdna.
– A więc Rose wybierze objazd… – domyślił się Davrel.
– Tak. Wschodni gościniec – potwierdził hodowca winorośli, dotykając mapy. – Wiedzie wzdłuż skraju Przeklętej Puszczy, przez dolinę Amrath. Wąski przesmyk, strome zbocza po obu stronach. Idealne miejsce na zasadzkę.
Szlachcic zmarszczył brwi, patrząc na papier i na cienką linię drogi biegnącą tuż obok ciemnego pasa lasu.
– Idealne… ale też ryzykowne. Jeśli coś pójdzie nie tak, trudno nam będzie dostać się z powrotem do Arven.
– Wiem. Ale to nasza jedyna szansa. Rose jeszcze nie zna terenu, a jego oddział będzie zmęczony po marszu. Jeśli uderzymy w dolinie, możemy ich zatrzymać, zanim dotrą do Harrowden.
Na moment w dawnym kamieniołomie zapanowało milczenie. Tylko wiatr huczał w pustych korytarzach.
Markus zaklął półgłosem, a Corrin przestąpił z nogi na nogę, niepewny, czy powinien coś powiedzieć.
Darion pochylił się nad mapą i stuknął palcem w dolinę Amrath.
– Nie mamy wyboru. Poza tym lord Blake obiecał posiłki – trzydziestu ludzi z Idris, dobrze uzbrojonych. Wystarczy, jeśli uderzymy pierwsi. Zaskoczymy ich.
Davrel spojrzał mu prosto w oczy.
– I chcesz, żebym to ja poprowadził tych ludzi?
– Nie. – Mężczyzna potrząsnął głową. – Ale chcę, żebyś był tam z nami.
Znów zapadła cisza. Wszyscy obecni z napięciem wpatrywali się w swojego dowódcę.
– Wiesz, że to szaleństwo – odparł w końcu szlachcic, przesuwając dłonią po czole. – Nie mamy nawet dwustu ludzi, poza tym większość nie jest jeszcze gotowa. A żołnierze Rose’a to weterani kampanii w Górach Działowych.
– Teraz albo nigdy, Dav – powiedział z naciskiem hodowca winorośli. – To jest ten moment. Pokażmy Północy, że Zielonych Opończy nie można zastraszyć!
– I myślisz, że jedno zwycięstwo coś zmieni?
– Nie. Ale może pokazać, że Północ nie jest niezwyciężona. A od tego wszystko się zaczyna.
Davrel spojrzał na przyjaciela. W jego oczach było coś z dawnego Dariona – młodego chłopaka sprzed lat, pełnego pasji i nieustępliwej wiary, że można zmienić świat. Tego samego, który porywał ludzi za sobą, nawet jeśli droga wiodła w przepaść.
– Dolina Amrath… – powtórzył powoli, jakby w zamyśleniu. – Wąska, trudna, ale jeśli dobrze rozstawimy ludzi, to może się udać.
– Wiedziałem, że się zgodzisz – uśmiechnął się Darion.
– Nie powiedziałem jeszcze, że się zgadzam. Markus, szykuj konie, jedziemy na zwiad – zwrócił się do stojącego obok przyjaciela. Potem ponownie spojrzał na Dariona. Obaj stali jeszcze chwilę w milczeniu, nim rozeszli się każdy w swoją stronę.
Na horyzoncie słońce chyliło się ku zachodowi, a jego ostatnie promienie odbijały się w hełmach i ostrzach rozstawionych na stojakach broni. Wiatr niósł z dołu kamieniołomu głosy ćwiczących rekrutów i zapach rozpalanych ognisk. Z góry widać było daleki horyzont, gdzie za wzgórzami kryła się Dolina Amrath – miejsce, które wkrótce mogło stać się areną pierwszej bitwy o przyszłość całego Południa.
†
Poranek był rześki, a powietrze we dworze pachniało ciepłym chlebem, masłem i zbożową kawą. Przez okna wpadały blade promienie słońca, odbijając się od srebrnych naczyń i szklanych karafek. Lysia siedziała przy stole, rozsmarowując konfiturę z tarniny na kromce chleba. Davrel, naprzeciw niej, przeglądał notatki z ostatnich ćwiczeń, mrucząc coś pod nosem i raz po raz zerkając na nią z czułością.
– Wiesz… – powiedziała dziewczyna po chwili, nie podnosząc wzroku – zaczynam wierzyć, że w Arven naprawdę może być spokojnie. Choćby przez kilka dni.
– Lepiej żebyś nie mówiła tego na głos – odparł szlachcic, odkładając pióro. – Jeszcze zapeszysz.
Uśmiechnęła się do niego łagodnie.
W tym momencie od strony sieni rozległ się gwałtowny łomot. Oboje podnieśli głowy, a Davrel spojrzał na Lysię jakby chciał powiedzieć a nie mówiłem. Drzwi otworzyły się z hukiem, a w progu stanął Martin – rozczochrany, z przekrzywionym pasem i plamą z piwa na rękawie.
– Nie chcę siać paniki – powiedział, dysząc ciężko – ale lepiej, żebyście się przygotowali. Nadchodzą kłopoty.
Szlachcic westchnął.
– Tylko nie mów, że Rose już tu jest.
– Gorzej, nadciąga Gerd.
– Karczmarz? – zapytała z niedowierzaniem Lysia.
– Tak. I jest wściekły.
Martin nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdy z korytarza dobiegły ich ciężkie kroki i gniewny pomruk. Chwilę później drzwi ponownie się otworzyły. W progu stanął Gerd – czerwony na twarzy, z gniewem tak wyraźnym, że aż powietrze wokół niego zdawało się gęstnieć. Żyły pulsowały mu na skroniach, a łysą głowę zrosił drobny pot.
– Zabiję, zabiję go jak psa! – wrzasnął, niemal wskakując do pomieszczenia. – Przysięgam, uduszę własnymi rękami!
Davrel wstał spokojnie, odkładając notatki na bok.
– Dzień dobry, Gerd. Kogo konkretnie planujesz udusić?
– Tego kundla Aidana! – ryknął karczmarz, potrząsając pięścią. – Tego twojego parobka, tego włóczęgę bez wstydu i sumienia!
– Uspokój się, proszę – powiedziała Lysia łagodnie, również wstając od stołu. – Usiądź i powiedz, o co chodzi.
– O co chodzi?! – Gerd aż się zapowietrzył. – O to, że moja Marina… moja kochana córeczka! Brzuch jej rośnie, a dziś wreszcie przyznała czyja to sprawka!
Zapadła cisza. Lysia spojrzała na ukochanego, ale ten tylko lekko uniósł brew.
– Mów dalej – rzekł spokojnie.
– To Aidan! – Gerd wymówił to imię jak przekleństwo. – Twój robotnik, ten… łajdak!
Martin, stojący wciąż przy drzwiach, uniósł ręce w obronnym geście.
– Wiedziałem, że to się źle skończy – mruknął. – Wiedziałem.
Davrel przesunął dłonią po twarzy i wziął głęboki oddech.
– W porządku – powiedział cicho. – Martin, idź po niego. Sprawdźmy, co ma do powiedzenia.
– Już idę – westchnął Martin, wychodząc w pośpiechu, jak człowiek, który doskonale wie, że zaraz zobaczy coś, czego wolałby nie widzieć.
Wrócił szybciej, niż się spodziewali. Otworzył drzwi i przepuścił Aidana, który wszedł z miną kogoś, kogo właśnie wyrwano z pięknego snu. Koszulę miał rozchełstaną, włosy w nieładzie, a w spojrzeniu kryła się lekka irytacja.
– No, i co się znowu stało? – mruknął, rozglądając się po zebranych. – Martin mówił, że to pilne.
– Pilne to mało powiedziane! – ryknął Gerd, robiąc krok w jego stronę. – Ty… ty bezwstydny draniu! Moja córka, Marina, jest w ciąży!
Aidan mrugnął, jakby nie dosłyszał.
– W ciąży? – powtórzył powoli. – W takim razie gratulacje.
– Nie udawaj głupca! – Karczmarz był cały czerwony na twarzy a żyły na szyi pulsowały mu gwałtownie. – Sama powiedziała, że to ty! Ty ją zbałamuciłeś, łotrze! Okryłeś ją hańbą!
Były skazaniec westchnął i podrapał się po karku.
– Marina… – powiedział z lekkim uśmiechem. – No dobrze, może i coś tam między nami było.
– Ty… ty łajdaku! – Gerd ruszył w jego stronę, ale Davrel podniósł rękę.
– Wystarczy, Gerd. – Jego głos był spokojny, lecz stanowczy. – Pamiętaj, że to mój dom. A obrażając jego mieszkańców, obrażasz i mnie.
Karczmarz zatrzymał się w pół kroku, z trudem łapiąc oddech.
– Ja… nie miałem zamiaru… – zaczął, po czym spuścił głowę. – Ale to moja córka, mój kwiatuszek.
– Wiem – odparł szlachcic łagodniej. – Dlatego właśnie znajdziemy rozwiązanie.
Odwrócił się do Aidana, który wciąż stał niedbale oparty o framugę.
– Czy Marina mówiła ci o tym wcześniej?
– Nie. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Nic mi nie wspomniała. Ostatnio jakby mnie… unika.
– Rozumiem. – Szlachcic zmierzył przyjaciela chłodnym spojrzeniem. – Ale skoro już wiesz, to powiedz mi, co zamierzasz z tym teraz zrobić.
Były skazaniec milczał przez chwilę, patrząc to na Martina, to na Lysię, jakby szukał pomocy. Wreszcie wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Coś trzeba będzie wymyślić…
Lysia westchnęła, a Gerd już znów zbierał się do krzyku, gdy Davrel zaproponował cicho:
– A co powiesz na to, żeby ją poślubić?
W pomieszczeniu zapadła cisza. Nawet ogień w kominku zdał się przestać trzaskać.
Aidan popatrzył na Davrela, jakby ten zaproponował mu, żeby w pojedynkę ruszył na wojnę z całą Północą.
– Żartujesz? – zapytał po chwili. Jednak widząc spojrzenie przyjaciela domyślił się, że ten mówi poważnie. Westchnął więc głęboko, przeczesał dłonią zmierzwione włosy i spojrzał na Gerda.
– A co mi tam… – powiedział w końcu. – Skoro los tak chciał, niech będzie.
– Jakoś wątpię, żeby los chciał w końcu zrobić z ciebie porządnego człowieka – mruknął Martin pod nosem.
Gerd otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale tym razem nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zamiast tego opadł ciężko na krzesło, chowając twarz w dłoniach. Lysia podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Wszystko się ułoży – powiedziała łagodnie. – Marina będzie bezpieczna.
Potem spojrzała znacząco na Davrela.
– Dopóki sobie czegoś nie znajdziecie, możecie mieszkać w domku dla gości. I tak wiem, co tam robiliście… – powiedział, a następnie odwrócił się do Martina. – Zawiadom wójta – polecił. – Niech przygotuje ślub.
Kapliczka była mała i stara, ale miała swój urok. Zbudowana z surowego kamienia, z dachem porośniętym mchem i małym, pordzewiałym dzwonkiem na wieżyczce. W środku, przeganiając chłód październikowego poranka, unosił się zapach wosku i dymu z kadzidła.
Davrel stał obok Aidana, który – w odświętnej, choć wyraźnie zbyt luźnej koszuli – wyglądał jak człowiek, który wciąż nie do końca wierzy w to, co się dzieje. Obok ołtarza Lysia poprawiała welon Mariny, uśmiechając się do niej uspokajająco. Dziewczyna była blada, a w jej oczach błyszczało coś między wstydem a nadzieją.
– Wójt gotowy? – spytał cicho Martin, zerkając w stronę drzwi.
– Gotowy – odparł Davrel. – Zaczynajmy, zanim Aidan zdąży zmienić zdanie.
– To jeszcze nie jest za późno? – mruknął tamten pod nosem.
Adam de Vrij, ubrany w prostą szatę, stanął przed ołtarzem i otworzył księgę. Spojrzał na zgromadzonych – raptem garstkę osób: młodą parę, Davrela i Lysię jako świadków, karczmarza z żoną i Martina, który wciąż próbował wyglądać poważnie, choć co chwila, z mieszaniną rozbawienia i politowania, zerkał na byłego skazańca.
– Przybyliśmy tu, by złączyć dwoje ludzi w obecności bogów – zaczął spokojnie de Vrij. – Marinę, córkę Gerda, i Aidana, syna… – Zawahał się lekko i spojrzał pytająco na pana młodego.
– …syna nikogo szczególnego – odpowiedział mężczyzna z uśmiechem. – Ale dziękuję, że zapytałeś.
Wójt westchnął tylko, po czym kontynuował:
– W takim razie – syna Arven. Niechaj wasze słowa będą szczere, a serca pełne miłości.
Ceremonia nie trwała długo. Marina mówiła cicho, niemal szeptem. Aidan – głośno, a w jego tonie dawało się wyczuć lekkie zdenerwowanie. Kiedy jednak Adam de Vrij złożył ręce młodych razem i wypowiedział błogosławieństwo, w kapliczce zapadła cisza. Krótka, lecz pełna nabożnego spokoju.
– Ogłaszam was mężem i żoną – powiedział wójt. – Niech wasze dni będą długie i radosne, a wasze czyny – rozważne i troskliwe.
Marina spuściła głowę. Aidan uśmiechnął się do niej, po czym objął ją niezgrabnie, jakby chciał rozładować napięcie.
– No, to jesteśmy małżeństwem – rzucił półgłosem. – Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa – dodał, drapiąc się po karku.
Martin parsknął śmiechem, ale Lysia szturchnęła go łokciem, próbując zachować powagę. Gerd otarł oczy rękawem i cicho wymamrotał coś o tym, że może jednak jego nowy zięć nie jest taki zły.
Davrel podszedł do młodych, spojrzał na nich z lekkim uśmiechem i powiedział:
– Gratuluję wam obojgu. A teraz zapraszam wszystkich na obiad do dworu. Nie wypada, żeby dzień ślubu kończył się w ciszy.
– Wreszcie ktoś powiedział coś mądrego – mruknął były skazaniec, a jego świeżo poślubiona żona roześmiała się cicho.
Wyszli na chłodne powietrze. Na zewnątrz słońce stało już wysoko, a wiatr niósł zapach mokrego lasu i dymu z domowych palenisk. Gerd pomógł żonie zejść ze schodków, Marina wzięła Lysię pod ramię, a Aidan – jak gdyby nigdy nic – szedł z tyłu, gwiżdżąc jakąś wesołą melodię.
Davrel spojrzał przez ramię i pokręcił głową z półuśmiechem.
– Kto by pomyślał – mruknął z niedowierzaniem.
– Cuda się zdarzają – odpowiedziała Lysia, ściskając go lekko za rękę. – Nawet w Arven.

†
Noc była zimna i bezksiężycowa. Powietrze pachniało wilgocią i metalem, a pośród omszałych głazów i niskich krzewów panowała gęsta cisza. Z wysoka, dolina Amrath przypominała ciemne koryto rzeki, w której lada chwila popłynąć miał strumień krwi.
Wzdłuż wschodniego zbocza, za skalnymi grzędami, czaiło się stu pięćdziesięciu ludzi Davrela. Chłopi, byli żołnierze, kilku rzemieślników, garść myśliwych i kilkunastu ludzi, którzy po prostu nie mieli już nic do stracenia. Każdy trzymał broń. Niektórzy miecze, inni widły, topory, a kilku tylko ciężkie drągi.
Wszyscy milczeli. Jedynym słyszalnym dźwiękiem był cichy chrzęst skóry i metalu, gdy ktoś poprawiał pas lub przesuwał dłonią po rękojeści broni. Czasem koń parsknął niespokojnie w mroku.
Davrel klęczał na krawędzi skały, tuż obok Corrina, który co chwila chrząkał nerwowo. W dole czerniła się wąska droga, wijąca się przez dno doliny niczym wąż. Po drugiej stronie, na zachodnim zboczu, czekali ludzie Dariona oraz Lucasa Silvera – drugie stu pięćdziesięciu rebeliantów. Razem mieli zatem tyle samo, ile liczył oddział sir Marcusa Rose’a. Przy tak wyrównanych liczbach, Zielone Opończe upatrywały swoich szans przede wszystkim w elemencie zaskoczenia oraz działającej na ich korzyść rzeźbie terenu. Szlachcic wiedział jednak, że jeśli wróg zdoła się przegrupować, sytuacja może szybko obrócić się na ich niekorzyść.
Wciągnął chłodne powietrze do płuc i przez chwilę nasłuchiwał w milczeniu. Potem zerknął w bok. Corrin siedział obok, oparty o kamień, z położonym na kolanach mieczem.
– Szkoda, że Patricka i reszty Wesołej Kompanii nie ma tu z nami – powiedział półgłosem pomocnik młynarza. – Czułbym się pewniej, gdybyśmy mieli ich wsparcie.
– Też chciałbym, żeby tu byli – odparł Davrel, nie odrywając wzroku od ciemności przed sobą. – Ale to nie ich walka.
Uśmiechnął się krótko przypominając sobie pożegnanie z najemnikami.
– Wykonaliśmy swoją robotę – powiedział Generał. – Czas wracać na Północ, poszukać jakichś naprawdę intratnych zleceń.
Uścisnęli jego dłoń, a potem ruszyli w drogę. Patrząc jak odjeżdają, żastanawiał się czy jeszcze kiedyś ich zobaczy.
– Albo chociaż Aidana – ponownie odezwał się Corrin.
– On akurat pewnie walczy teraz z pościelą.
Obaj parsknęli cicho.
Po chwili Davrel odsunął się nieco od krawędzi i przeszedł wzdłuż skalnej półki, gdzie czekali jego dowódcy. Markus, zbrojny w kolczugę i ciężką lancę, spoglądał w dół z kamienną twarzą. Thoren poprawiał rzemienie przy pancerzu, a kilku młodych ludzi obok niego nerwowo ściskało tarcze.
– Słuchajcie uważnie – powiedział szlachcic, przystając. – Mamy tylko jedną szansę.
Wskazał dłonią na przyciśniętą kamieniem do ziemi mapę.
– Kiedy kolumna wejdzie w dolinę, pozwólcie jej się rozciągnąć. Atakujemy dopiero na mój sygnał. – Głos miał spokojny, opanowany. – Ja zajmę pozycję na środku, Markus z prawej, a Thoren z lewej. Uderzamy jednocześnie, wchodząc klinem. Z drugiej strony Darion zrobi to samo.
– A jeśli się spóźnią? – zapytał ktoś z tyłu.
– Nie spóźnią się – odparł pewnym tonem – sygnałem jest dźwięk rogu.
Markus skinął głową. – A co, jeśli wróg okaże się silniejszy?
– Wtedy cofamy się wzdłuż zbocza, aż do rozłamu przy południowym zakolu. Tam mamy przewagę terenu. Ale mam nadzieję, że do tego dojdzie. – Spojrzał po zebranych – Niech to ludzie Rose’a zakosztują dziś naszej stali.
Mężczyźni kiwnęli głowami. W ciemności błysnęły metalowe klamry, ktoś przeżegnał się cicho.
Davrel odwrócił wzrok ku dolinie. Noc była gęsta, nieruchoma. W oddali, na skrytej we mgle drodze z Idris, mignęło pierwsze światło pochodni.
– Zaczyna się – wyszeptał cicho.
Na dnie doliny pojawiły się kolejne ogniki. Najpierw kilka, potem dziesiątki. Falujące, nieregularne, jakby sam płomień maszerował w rytmie bębnów. Odbijały się od skał, rozświetlając na moment szare głazy i wilgotną ziemię.
– Nadchodzą – powiedział w napięciu Corrin.
Szlachcic skinął głową. Wstrzymał oddech, nasłuchując.
Najpierw rozległ się cichy tętent, który z każdą chwilą narastał, jakby dolina nabierała życia. Potem dołączył do niego miarowy brzęk metalu i krótkie komendy oficerów.
W końcu ujrzeli ich wyraźnie.
Na czele oddziału powiewał sztandar z herbem sir Marcusa Rose’a – połową czerwonego jabłka na srebrnym tle. Za nim maszerowali żołnierze. Równym krokiem, po trzech w rzędzie, w dwóch kolumnach.
Zbroje połyskiwały w blasku pochodni, a tarcze nosiły ślady poprzednich bitew. To nie byli rekruci – każdy z nich poruszał się z pewnością, którą daje tylko doświadczenie.
Davrel ścisnął rękojeść miecza i skinął na Corrina.
– Licz – rozkazał cicho. – Zaatakujemy, gdy trzechsetny żołnierz minie głaz na wejściu do doliny.
– Sześciu… dwunastu… osiemnastu… – szeptał pomocnik młynarza, śledząc marsz wojska. – Trzydziestu… pięćdziesięciu czterech… sześćdziesięciu sześciu… siedemdziesięciu dwóch… osiemdziesięciu czterech…
Tętent koni i brzęk zbroi zlewały się w jednostajny rytm. Kolumna posuwała się równo, niczym ciemna rzeka światła i stali. Obserwującym ją rebeliantom zdawała się nie mieć końca.
Szlachcic patrzył uważnie.
– Sto osiemdziesięciu… – Corrin zamilkł, marszcząc czoło. – Sto dziewięćdziesięciu ośmiu.
– Co? – Davrel odwrócił się gwałtownie. – Jesteś pewien?
– Zdecydowanie. Obok jazdy konnej, liczenie to moje drugie ulubione zajęcie.
Davrel poczuł, jak coś ściska go za gardło.
– Niemożliwe. Brakuje prawie stu chłopa.
– Może poszli inną drogą? – bez przekonania zasugerował Thoren.
– Albo… – zaczął Markus, ale nie zdążył dokończyć.
Z przeciwległego zbocza, tam gdzie kryli się ludzie Dariona, rozległ się przeciągły dźwięk rogu. Ostry, głęboki, odbił się echem po całej dolinie. Po chwili ciszę rozdarły okrzyki, a z ciemności wysypały się Zielone Opończe, biegnąc w dół zbocza z pochodniami i uniesioną bronią.
– Do diabła! – warknął Davrel. – Za wcześnie!
W jednej chwili dolina ożyła.
Zaskoczeni żołnierze sir Marcusa Rose’a próbowali się przegrupować, jednak wąskie dno skutecznie im to utrudniało. Kilku upadło pod naporem pierwszej fali, inni odwracali się w panice.
Szlachcic nie miał nawet czasu pomyśleć.
– Teraz! – krzyknął, wstając gwałtownie. – Na nich!
Jego głos z mocą przebił się przez noc.
Całe wschodnie zbocze w jednej chwili jakby się ocknęło. Setki stóp i kopyt runęły w dół po kamieniach, a echo okrzyków bojowych niosło się przez dolinę. Strzały poszybowały z górnych półek, konie parsknęły, a zbroje zagrzechotały jak uderzający w blachę grad.
Davrel pędził na czele swojego oddziału, czując jak wiatr ścina mu oddech, a serce dudni w rytm kroków.
Sto dziewięćdziesięciu ośmiu – przemknęło mu przez myśl. – Gdzie, do diabła, jest reszta?
Ale teraz nie było już czasu na pytania.
†
Zbocza doliny eksplodowały wrzawą.
Krzyki, rżenie koni, szczęk metalu i tętent kopyt niosły się echem po skałach. Zielone Opończe runęły z góry niczym lawina. Ognie rozświetlały mgłę rozbłyskami płomiennego pomarańczu.
Szlachcic poprowadził swój oddział lekko na lewo, by uderzyć bliżej centrum kolumny i nie zderzyć się z rozpędzonymi ludźmi Dariona.
Pierwsza linia żołnierzy Północy nie zdążyła nawet zareagować. Pochodnie wypadały z rąk, ktoś krzyknął, ktoś inny padł stratowany końskimi kopytami. Stal błysnęła w ciemności, a w szeregach wroga na chwilę zapanowała panika. Zaskoczenie poskutkowało.
Davrel czuł przypływ adrenaliny. Przez ciało przepływał znajomy rytm bitwy: cios, unik, parowanie, cios. Nozdrza wypełnił mu metaliczny zapach krwi zmieszanej z dymem. Jego koń ślizgał się w błocie, które chlapało na wszystkie strony.
– Naprzód! – ryknął, odpychając włócznika tarczą. – Do środka! Utrzymać szyk!
Widział, jak ludzie Markusa przebijają się na jego prawej flance, zaś widoczne po drugiej stronie kolumny pochodnie informowały go, że Darion uderzył niemal równocześnie. Ostrze Davrela przecięło gardło pierwszego żołnierza. Plan działał.
Po chwili poczuł jednak, że impet ataku słabnie, a wróg zaczyna porządkować swoje szyki. Ludzie Rose’a cofali się teraz nie w panice, ale z precyzją – formując nowe linie i układając tarcze w jednolity mur. Coraz bardziej widać było, że to nie przypadkowa banda, lecz armia szkolona do walki w najróżniejszych warunkach, w tym w ciasnych dolinach.
Podciął nogi najbliżej stojącego przeciwnika, przebił bok drugiego, a trzeciego udało mu się zepchnąć z konia. Potem ostrze utkwiło w tarczy kolejnego, a siła uderzenia niemal wytrąciła go z siodła.
– Trzymają linię! – krzyknął Corrin. – Cholera, oni się nie łamią!
W powietrzu czuć było dym i pot. Widoczność spadła niemal do zera. Wokół tylko wrzaski, błysk ostrzy, błoto rozpryskujące się pod kopytami. Czasem jakiś koń zaryczał, czasem ktoś krzyknął o pomoc, ale szlachcic nie mógł nawet rozpoznać, kto zginął, a kto jeszcze walczył.
Po lewej stronie, wśród ciemnych sylwetek, błysnęła włócznia. Thoren. Walczył z zaciętością, lecz jego ludzie cofali się krok po kroku. Po prawej Markus próbował przegrupować jazdę, ale jego głos ginął w bitewnym zgiełku.
Davrel zacisnął zęby, rozcinając powietrze mieczem, jakby gniew mógł dodać mu sił. Wokół siebie czuł coraz mniej przestrzeni, a każdy kolejny cios napotykał większy opór. Zrozumiał, że zderzył się nie z ludźmi, ale z doskonale naoliwioną machiną wojenną. Każdy żołnierz Rose’a walczył tak, jakby był częścią tej samej konstrukcji – żelaznej, zdyscyplinowanej i bez emocji.
Serce mężczyzny przyspieszyło. Gdzieś w środku pojawiła się znajoma myśl – ta, którą próbował zagłuszyć od dnia, w którym zgodził się na ten plan. Nie byli gotowi.
Wtem z oddali rozległ się ryk rogu. Na tyłach kolumny, tam, gdzie walczyli ludzie Dariona, wybuchła potężna wrzawa.
W szeregach Zielonych Opończy zapanował chaos. Ktoś krzyknął, że wróg uderzył od tyłu. Davrel odruchowo spojrzał w prawo, ku dolnej części doliny, jednak słaba widoczność nie pozwała mu zorientować się, co się tam dzieje. Wydało mu się jednak, że wśród zamętu, ognia i dymu, błysnęły nowe pochodnie.
Będący bliżej tamtej strony Markus pierwszy zorientował się w sytuacji. Przebił się przez dwóch żołnierzy i przekrzykując panujący wokół hałas zawołał:
– Masz swoich brakujących stu chłopa, Dav!
Szlachcic poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Stu ludzi. Żołnierze, których Corrin nie doliczył się na wejściu w dolinę.
Pułapka.
Rose ich przechytrzył, a teraz nie mieli już czasu na nową taktykę. Mężczyzna spojrzał w dolinę, gdzie błyskały miecze, a krzyki stawały się coraz bardziej rozpaczliwe.
– Markus! – ryknął, wskazując ostrzem na centrum bitwy. – Zbierz ludzi! Przebijemy się do Dariona! Za mną!
Wśród huku i wrzawy rozbrzmiały rozkazy. Sygnałowe rogi wydały krótkie, urywane dźwięki. Zielone Opończe zaczęły się przeformowywać, waląc tarczami w stal i próbując odbić kierunek natarcia.
– Thoren, utrzymaj flankę! – zawołał przez ramię. – Zabezpiecz drogę odwrotu na wzgórze! Jeśli się nie uda, wycofuj ludzi!
– Tak jest! – ochrypłym głosem odkrzyknął mu kowal.
Davrel wbił pięty w boki konia i ruszył naprzód. Uderzył w środek wrogiej formacji, swoim czarnym mieczem rozcinając pierwszy szereg tarcz i pancerzy. Krew trysnęła na boki.
Zabijał szybko, bez namysłu. Dwóch kolejnych ludzi padło, ale po każdym ciosie szlachcic napotykał nowy opór.
Żołnierze Północy nie cofali się ani o krok. Atakowali z precyzją, a gdy jeden ginął, jego miejsce natychmiast zajmował następny.
Szlachcic instynktownie wyczuł, że nie zdołają już przebić się do Dariona. Odległość była zbyt duża, a jego ludzie coraz bardziej tracili siły. Z każdej strony napierali nowi wrogowie. Przyjaciel był teraz pozostawiony samemu sobie. Ale i oddział Davrela znalazł się w potrzasku. Widział padających wokół siebie mężczyzn w zielonych opończach. Słyszał ich krzyki. Żołnierze Rose’a otaczali ich coraz ściślejszym kordonem. Nie było na co czekać.
– Do góry! – krzyknął. – Na wzgórze, wszyscy na wzgórze!
Jego głos zlał się z harmidrem wokoło, ale rozkaz poszedł dalej – echo powtórzeń, przekazywane od jednego walczącego do drugiego. Zielone Opończe zaczęły cofać się powoli, najpierw w nieładzie, potem w coraz bardziej uporządkowanym szyku.
Davrel osłaniał odwrót, walcząc resztkami sił. Czuł, jak koń pod nim słabnie, a czarne ostrze z każdym ciosem staje się cięższe. Gdzieś z boku dostrzegł Markusa – brodząc w błocie, prowadził garstkę jazdy ku wschodniemu zboczu. Po lewej Thoren zdołał utrzymać wąskie przejście między skałami.
– Cofajcie się! – ryknął, odpychając tarczę przeciwnika. – Na szczyt, tam się przegrupujemy!
Szlachcic ostatni raz rzucił okiem na dolinę: po drugiej stronie ogień, dym, sylwetki uciekających ludzi Dariona. Zrozumiał, że bitwa była przegrana.
Kiedy wspięli się na skraj wzgórza, zauważył, że jego oddział jest już ledwie cieniem tego, czym był w nocy. Rozbity, zmęczony, przesiąknięty krwią i błotem. Z doliny dochodził ich huk walki, ale już bez rytmu, bez porządku – dudniące echo porażki.
Davrel odetchnął ciężko, zrzucił hełm i spojrzał na swoich ludzi.
– Trzymamy tę pozycję – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do innych. – Znów mamy przewagę terenu. Jeśli dobrze pójdzie, uda nam się ich odeprzeć i wyrąbać sobie drogę powrotu na południe.
Słońce powoli wstawało za ich plecami, a wiatr niósł dym, zapach krwi i mokrej ziemi. Na horyzoncie, wśród rozświetlonych pochodni, majaczyły sztandary z połówką jabłka.

†
Świt był blady i zimny. Mgła zwisała nisko nad doliną, tłumiąc odgłosy walki odbijające się echem od skalnych ścian. Ze szczytu Davrel widział, jak żołnierze Rose’a rozlewają się po stokach niczym ciemna fala, próbując wedrzeć się na wzgórze. Zielone Opończe, zmęczone i przemoczone, broniły się z determinacją ludzi, którzy nie mają już nic do stracenia. Ale nawet i ten opór w każdej chwili mógł się załamać.
– Tarcze w górę! – ryknął na całe gardło. – Utrzymać linię!
Urywany wiatrem, jego głos rozbrzmiał jedynie w pobliżu.
Strzały świsnęły w powietrzu, odbijając się od kamieni i tarcz. Kilku ludzi upadło, ale większość trwała na pozycjach. Przewaga terenu działała – z wysokości ich łucznicy trafiali celniej, a nacierający po błocie żołnierze Północy ślizgali się, potykali o ciała, tracili tempo. Mimo to, w ich marszu na szczyt nie było chaosu. Każdy, który padał, był natychmiast zastępowany. Poruszali się jak jeden organizm – w gęstym, zwartym i regularnym szyku. Żadnych okrzyków, żadnego dzikiego gniewu. Tylko stal uderzająca o stal. I cały czas parli w górę.
Powietrze gęstniało od dymu i pyłu. Kamienie zbocza rozgrzewały się od tarć i iskier. W pewnym momencie powiew wiatru rozwiał mgłę i na moment Davrel ujrzał całe pole bitwy: rozbitą kolumnę Rose’a w dole, ciała koni i ludzi, czarne plamy błota i krwi. Nie miał jednak czasu się wpatrywać. Kolejna salwa grotów uderzyła w rebeliantów a echo jęków przeszyło powietrze.
– Utrzymać pozycję! – powtórzył. – Jeszcze trochę!
W miarę upływu czasu, coraz silniej zdawał sobie jednak sprawę z beznadziei sytuacji, w której się znaleźli. Widział rosnące zmęczenie swoich ludzi – ramiona zwisały, tarcze drżały w dłoniach, oddechy stawały się krótkie i ciężkie. Wydawało się, że nawet ziemia pod ich stopami wzdycha ze zmęczenia. Pierwsze krople deszczu cicho spadły na skały.
Od strony południa na wzgórze zaczęły podchodzić nowe oddziały Rose’a. Równym krokiem, w milczeniu, niczym srebrzyste cienie. Z zachodu nadciągali kolejni. Z trzech stron wokół rebeliantów zaciskała się żelazna obręcz. Jedyną pozostałą drogę odwrotu – na wschód – blokowała Przeklęta Puszcza. Czarna, gęsta, nieprzenikniona.
Davrel oparł się na mieczu, próbując uspokoić oddech.
W nozdrzach cały czas czuł metaliczny zapach krwi zmieszany z dymem. W głowie dudniło mu jak w kuźni.
W trakcie walk udało mu się zabić zaledwie siedmiu przeciwników. Teraz, rozglądając się w około, zastanawiał się nad stratami w szeregach Zielonych Opończy.
Podniósł wzrok. Pomiędzy płomieniami widział martwych towarzyszy, których znał po imieniu. Jeden z nich jeszcze wczoraj śmiał się przy ognisku, drugi mówił o żonie w Arven. Teraz leżeli nieruchomo, a ich szmaragdowe płaszcze nasiąkały krwią i deszczem.
Z dołu doliny wciąż dobiegały stłumione odgłosy walki. Gdzieś tam – o ile jeszcze żyli – walczyli Darion i Lucas Silver. Szlachcic chciał wierzyć, że i tym razem do przyjaciela uśmiechnie się szczęście, wiedział jednak jak złudna jest to nadzieja.
– Wytrzymać… jeszcze trochę – mruknął pod nosem.
Między kłębami dymu błysnęły srebrne hełmy. Żołnierze Rose’a znów szykowali się do natarcia. Tym razem bez pośpiechu, z chłodną pewnością ludzi, którzy wiedzą, że przeciwnik nie ma już dokąd uciec. Davrel poprawił chwyt na rękojeści miecza. Wiedział, że z każdą chwilą ich szanse maleją. Ale dopóki oddychał, miał obowiązek bronić swoich towarzyszy.
Z dołu dobiegł ryk rogu, głęboki, przeciągły – jakby sam kamień jęknął pod ciężarem nadciągającej armii. Sygnał do decydującego natarcia.
Chwilę później wzgórze zatrzęsło się od uderzenia piechoty Północy.
Zielone Opończe stawiły im czoło, ale uderzenie było zbyt potężne. Tarczownicy Rose’a wbili się w ich szeregi jak klin, rozpychając ludzi Davrela i wdzierając się w górę zbocza. Rozległ się wrzask, trzask łamanych włóczni, świst strzał przecinających powietrze.
– Trzymajcie szyk! – krzyknął szlachcic, czując jak ziemia drży mu pod stopami. – Nie dajcie się zepchnąć!
Ale linia już pękała. Wśród walczących dostrzegł Corrina – wymachiwał mieczem jak opętany, rozdając razy na prawo i lewo. Nagle ktoś uderzył go tarczą w plecy. Pomocnik młynarza zachwiał się i runął w błoto. Tymczasem jego przeciwnik sposobił się już do śmiercionośnego ciosu.
Mężczyzna zadziałał instynktownie. Rzucił się naprzód, przeskakując nad ciałami. Od przyjaciela dzieliło go nie więcej niż kilka stóp, ale napastnik trzymał już miecz w górze. Czarne ostrze przecięło powietrze i w ostatniej chwili zatopiło się w szyi żołnierza z Północy. Zacharczał i upadł, podczas gdy Davrel chwycił Corrina za kołnierz, stawiając go na nogi.
– Wstawaj! – ryknął. – Nie pozwolę ci tu umrzeć!
Pomocnik młynarza dyszał ciężko, z rozbitego czoła ciekła mu krew.
– To koniec, Dav… – wychrypiał. – Za dużo ich.
Szlachcic nie odpowiedział. Wiedział, że przyjaciel ma rację. Jeszcze raz rozejrzał się w około, ale zobaczył jedynie błoto, ciała i dym. Żadnej nadziei. Jego ludzie cofali się krok po kroku, ich tarcze popękane, miecze wyszczerbione. Ryk bitwy zlewał się z ciężkimi oddechami i agonalnymi jękami.
Silny podmuch wiatru raz jeszcze rozwiał dym i wtedy Davrel zobaczył, jak od południa na ich pozycję wdziera się nowa grupa – kolejny oddział Rose’a. Pierścień się zamykał.
Spojrzał na wzgórze, potem na las po drugiej stronie. Przeklęta Puszcza – ciemna, cicha, nieruchoma. Skrywająca sekrety, których nie chciał ujawnić. Oprócz niego, każdy, kto w nią wszedł, ginął bez śladu. A jednak… była jedyną drogą.
Nad jego głową świsnęła strzała i wbiła się w skałę tuż obok. To wystarczyło.
– Wszyscy do Puszczy! – krzyknął, niemal zdzierając gardło. – Odwrót!
Na początku nikt nie zrozumiał. Rozkaz zginął w hałasie. Dopiero gdy kilkukrotnie go powtórzył, polecenie zaczęło krążyć wśród walczących.
– Do Puszczy! – krzyczano wśród wrzawy. – Do Puszczy jeśli wam życie miłe!
Zielone Opończe zaczęły cofać się w stronę lasu. W całkowitym nieładzie, z garstką dowódców osłaniających rannych, pędzili w kierunku najbliższych drzew. O walce nie było już mowy. Teraz liczyło się tylko przetrwanie.
Davrel także osłaniał odwrót, walcząc z każdym, kto próbował ich zatrzymać. Ostrze jego miecza było lepkie od krwi, dłonie drżały, ramiona ciążyły jak ołów. W pewnym momencie koń ugiął się pod nim – padł, trafiony włócznią. Mężczyzna stoczył się w błoto, uderzył barkiem o ziemię, ale natychmiast wstał. Nie czuł już bólu. Myślał jedynie o tym jak przeżyć.
– Biegiem! – wrzasnął. – W stronę lasu!
Za jego plecami wzgórze tonęło w ogniu. Żołnierze Rose’a, pewni zwycięstwa, wdarli się na szczyt, siekąc bez litości tych, którzy nie zdążyli uciec. Ale części rebeliantów udało się już wbiec między pierwsze drzewa.
Kiedy ostatni z jego towarzyszy znikali w mroku Puszczy, Davrel obejrzał się po raz ostatni. W świetle wschodzącego słońca zobaczył pobojowisko – krew spływającą po zboczu, porzucone tarcze, martwych kompanów. Odwrócił się i szybko ruszył za pozostałymi.
Las przyjął ich milczeniem.