Mam sześćdziesiąt dziewięć lat, bardzo wygodny fotel i subskrypcję na siedem gazet, z których pięć donosi o mojej śmierci w różnych okolicznościach, jedna donosi, że żyję i jest finansowana przez gnomy, których nie lubię, a jedna jest lokalną gazetą w języku, którego jeszcze nie znam, i wydaje się zajmować wyłącznie problemem parkowania w centrum miasta. Tę ostatnią lubię najbardziej. Jest uczciwa co do swoich ambicji.
Powinienem w tym miejscu wyjaśnić czym zajmowałem się przed domniemaną śmiercią, bo prasa często myli szczegóły, a szczegóły są w moim zawodzie wszystkim. Dlatego je spisałem.
Przez trzydzieści dwa lata prowadziłem prywatną posiadłość świadczącą usługi wypoczynkowo-rozrywkowe dla arcymistrzów Wielkich Kręgów. Oferta była szeroka, elastyczna i dostosowana do indywidualnych potrzeb klienta. Niektórzy klienci mieli potrzeby wymagające dodatkowej logistyki – zakazane składniki rytualne, komponenty wpisane na listy kontrolne Trybunału, a w kilku przypadkach żywe istoty, których obecność na wyspie była, powiedzmy, nieuregulowana prawnie. Moje zaprzyjaźnione gobliny zajmowały się dostawami dyskretnie i punktualnie, bo punktualność jest w tej branży kwestią reputacji. Prowadziłem też dokumentację, bo dokumentacja jest fundamentem każdego poważnego biznesu – i, jak się okazuje, bardzo wygodnym narzędziem planowania emerytalnego. Dokumentacja opisywała między innymi jakie czary rzucano, kiedy, na kim, jakich składników użyto i czy klient prosił o paragon.
Wielu klientów nie prosiło o paragon.
Ja wystawiałem go mimo to.
Jak dotąd umarłem na zawał, na udar, na nagłe zatrzymanie akcji serca, na "komplikacje po nieujawnionej wcześniej chorobie", na "tragiczny wypadek podczas medytacji zaawansowanej" i – opublikowane dziś rano – na "splątanie aury w warunkach niskiego ciśnienia atmosferycznego", co jest diagnozą, którą każdy lekarz z wykształceniem medycznym określiłby jako twórczą. Dochodzenie w sprawie mojej śmierci jest, według ostatniego komunikatu Rady Zjednoczonych Kręgów, "w toku, kompleksowe i priorytetowe", co w praktyce oznacza, że powołano podkomisję, która zbiera się w każdy trzeci wtorek miesiąca, z wyłączeniem miesięcy letnich, świąt państwowych oraz wtorków, które subiektywnie wydają się nieodpowiednie.
Zewnętrzne Kręgi ruszyły jako pierwsze, co odnotowuję bez zaskoczenia, bo od lat mają one ten denerwujący nawyk stosowania prawa w sposób, który prawnicy Zjednoczonych Kręgów opisują jako "nieelastyczny" i "niepokojąco dosłowny".
Trybunał Kręgu Północnego wezwał siedmiu arcymistrzów. Sześciu się stawiło. Siódmy, arcymistrz Halverson, przysłał zamiast siebie notariusza z pismem wyjaśniającym, że Halverson jest aktualnie "w trakcie osobistej podróży transformacyjnej na obszarach o ograniczonym zasięgu komunikacyjnym", co okazało się posiadłością na Złotych Wzgórzach Południa, co ustalono na podstawie faktu, że Halverson tego samego dnia opublikował czterdzieści wpisów w kronice towarzyskiej ze zdjęciami kolacji. Trybunał wydał nakaz aresztowania. Halverson opublikował czterdziesty pierwszy wpis ze zdjęciem deseru.
Kręgi Środkowe aresztowały arcymistrza Prentissa, który przez dekadę był twarzą kampanii "Magia Dla Wszystkich" i uśmiechał się z miejskich tablic ogłoszeniowych w osiemnastu krainach, trzymając za rękę dzieci w różnym wieku i różnych ras, co w retrospektywie nabiera pewnej dodatkowej warstwy znaczeniowej, którą doradcy wizerunkowi określają jako kłopotliwą. Prentiss płakał podczas doprowadzenia. Jego adwokat oświadczył, że łzy są wyrazem "głębokiego wzruszenia zaufaniem, jakim obdarza go opinia publiczna." Opinia publiczna była wzruszona inaczej.
Zjednoczone Kręgi nie zrobiły nic, co – biorąc pod uwagę skalę wysiłku organizacyjnego wymaganego do konsekwentnego nierobienia niczego przez siedem tygodni z rzędu – jest w pewnym sensie osiągnięciem. Rada zebrała się na nadzwyczajnym posiedzeniu dokładnie w momencie, gdy Kręgi Środkowe ogłaszały aresztowanie Prentissa, i wydała komunikat dotyczący "pilnej potrzeby harmonizacji standardów licencjonowania mikro-zaklęć dla małych i średnich praktyk magicznych." Na pytanie, czy Rada zamierza odnieść się do Księgi, rzecznik odpowiedział, że Rada "skupia się na sprawach leżących w jej kompetencjach", co jest odpowiedzią zakładającą, że dziennikarze nie wiedzą, czym zajmuje się Rada – założeniem prawdopodobnie słusznym.
Arcymistrz Najwyższy Edric Voss zabrał głos cztery razy w ciągu tygodnia i za każdym razem wyjaśniał sprawę coraz skuteczniej.
Pierwszego dnia oświadczył, że nie zna Larrego Finansisty i nigdy nie słyszał tego nazwiska.
Drugiego dnia sprecyzował, że nazwisko mógł słyszeć, ale w kontekście czysto abstrakcyjnym, na przykład wymienione przez kogoś na przyjęciu, gdzie było wiele osób i głośna muzyka.
Trzeciego dnia jego biuro opublikowało oświadczenie wyjaśniające, że Voss "mógł spotkać Larrego Finansistę na jednym z licznych wydarzeń branżowych, które Arcymistrz Najwyższy regularnie odwiedza w ramach obowiązków reprezentacyjnych związanych z pełnionym urzędem, co jest standardową praktyką i nie implikuje żadnej bliższej znajomości ani żadnych wspólnych działań magicznych ani paramagicznych."
Czwartego dnia Voss przemówił osobiście.
“Larry – znam Larry'ego, znam go świetnie, zawsze mi się podobał, bardzo porządny goblin, jeden z najlepszych, wszyscy tak mówili. Ale te czary? Nie. Nieprawda. Wielkie kłamstwo. Byłem tam może raz, może dwa razy, może – nie pamiętam dokładnie, to było bardzo dawno, jeździłem w wiele miejsc, jestem bardzo zajętą osobą, bardzo ważną osobą, wiecie o tym. Ale czary? Nigdy. Absolutnie nigdy. Moje inkantacje są inne. Inne. Wymagają skupienia, ciszy, minimum trzech godzin przygotowania, to bardzo tradycyjna metoda, bardzo klasyczna, najlepsza metoda, wielu arcymistrzów mówi, że mam najpiękniejszą technikę inkantacyjną, jaką widzieli, serio tak mówią. Więc te krótkie czary, te szybkie rzeczy, to w ogóle nie ja, to zupełnie inny styl, zresztą – przepraszam, o czym mówiłem? Tak. Kłamstwo. Wszystko kłamstwo. A poza tym Larry był wobec mnie bardzo nielojalny, bardzo nieładnie postąpił, chociaż go nie znam, nigdy go nie znałem, powiedziałem to już? Powiedziałem. No więc właśnie.”
Mam zanotowane dwadzieścia trzy wizyty Edrica Vossa. Mam zanotowane daty, godziny przybycia i godziny odjazdu. Mam zanotowane, co zamawiał, włącznie z jedną konkretną usługą dodatkową, której nie będę tu opisywał, bo mam pewne standardy redakcyjne, ale która zajęła łącznie czterdzieści minut, co jest wynikiem poniżej średniej dla jego kategorii wiekowej.
Jego inkantacje nie trwały długo.
W prasie Zjednoczonych Kręgów temat jest obecny głównie w działach prowadzonych przez dziennikarzy, którzy nie rozumieją jeszcze w pełni mechanizmów kariery zawodowej. Jeden z nich opublikował mapę wizyt stu osiemnastu arcymistrzów nałożoną na oficjalne harmonogramy posiedzeń Rady i odkrył, że przez ostatnią dekadę każde głosowanie nad reformą prawa magicznego poprzedzone było wizytą co najmniej jednego głosującego na mojej wyspie w ciągu poprzednich dziewięćdziesięciu dni. Opisał to jako "niepokojącą korelację." Tekst zniknął ze strony po trzech godzinach i zastąpił go artykuł o problemach parkingowych w centrum miasta. Dziennikarz napisał w kronice towarzyskiej, że "coś się technicznie posypało." Lubię tego dziennikarza. Ma przyszłość, jeśli przeżyje teraźniejszość.
Tymczasem Kręgi Zachodnie – które przez ostatnie dwadzieścia lat oficjalnie uważały całą sprawę za "wewnętrzną kwestię suwerenną Zjednoczonych Kręgów, wymagającą ostrożności dyplomatycznej" – ogłosiły nagle, że otwierają własne dochodzenie i robią to "z pełnym przekonaniem, z mocą wsteczną i z przeprosinami za opóźnienie, które wynikło z okoliczności niezależnych od dobrej woli Kręgów Zachodnich, które zawsze stały po stronie sprawiedliwości i nigdy nie stały po żadnej innej stronie." Konferencja prasowa trwała dwie godziny. Słowo "zawsze" padło czterdzieści jeden razy.
Gospodyni przyniosła herbatę o czternastej i zapytała, czy dobrze mi tu, bo jej sąsiad pracuje w urzędzie i mówił, że jest jakiś obcokrajowiec w starym domu przy klifie, i ludzie są ciekawi. Powiedziałem, że piszę książkę o historii regionalnej architektury rybackiej. Gospodyni powiedziała, że to bardzo ciekawe i że jej dziadek też był rybakiem. Rozmawialiśmy przez dwadzieścia minut o łodziach. Przeprowadziłem tę rozmowę chętnie, bo łodzie są uczciwe co do swoich ambicji.
Za oknem widać morze. Spokojne, szare, zupełnie niezainteresowane Edricem Vossem.
Mam przy sobie kopię Księgi. Oryginał jest w trzech miejscach jednocześnie, w tym w jednym miejscu, o którym nie wiedzą nawet ludzie odpowiedzialni za pozostałe dwa. To dodatkowe zabezpieczenie, które kosztowało osobno i było warte każdego grosza.
Dziś rano Voss wygłosił przemówienie o konieczności wzmocnienia bezpieczeństwa magicznych granic Zjednoczonych Kręgów wobec "niepokojących działań zewnętrznych podmiotów, które destabilizują porządek oparty na prawie." Użył słowa "prawo" siedemnaście razy. Dziennikarze zapytali, czy ma na myśli dochodzenia Zewnętrznych Kręgów. Rzecznik odpowiedział, że pytanie jest "nieaktualne."
Zastanawiam się, czy on to słowo rozumie, czy po prostu dobrze reaguje na bodźce warunkowe.
Jutro nauczę się słowa "dziękuję" w tutejszym dialekcie południowym. Zarezerwowałem też stolik w restauracji przy porcie, którą gospodyni opisała jako "najlepszą w okolicy, jeśli lubi się ryby i spokój, a politycy tutaj nie przyjeżdżają, bo nie ma gdzie zaparkować gryfa."
To najbardziej zachęcający opis restauracji, jaki w życiu słyszałem.
Mam czas. Mam Księgę. Mam herbatę.
Edric Voss ma rzecznika.
Współczuję mu.