Wszyscy staliśmy w ciszy, która nie była zwykłą ciszą – sprawiała wrażenie czegoś, co czekało.
Ania wpatrywała się w miejsce, w którym zniknął Filip. Wciąż ocierała łzy, a Paweł obejmował ją ramieniem, próbując dodać otuchy, choć sam ledwo utrzymywał się na nogach. Marcin stał obok mnie, nieruchomy, jakby analizował coś, co dopiero zaczynało nabierać kształtu.
Mgła drgnęła. Nie oddech – coś próbowało się przez nią przebić.
Odruchowo cofnąłem się.
– Co to jest? – zapytałem.
– To Filip? – Ania spojrzała na nas z nadzieją.
Marcin pokręcił głową.
– Nie. Filipa już nie ma. To coś innego.
Na platformie pojawiła się sylwetka dziewczynki. Ale nie była już tą samą istotą, którą widzieliśmy wcześniej. Wyglądała jak lalka o pustych oczach. Blada. Nienaturalna. Jak byt utknięty między cieniem a światłem.
– Równowaga została przywrócona – powiedziała jednostajnym głosem. – Ale cena okazała się niewystarczająca.
Marcin nerwowo zaczął się przyglądać sytuacji.
– Czego jeszcze chcą?
– Nie oni. Kontinuum. Teraz ono weźmie to, co się mu należy – słowa dziewczynki wypowiadane były wciąż bez emocji.
Ania zamarła.
– Kontinuum… czegoś chce?
– Stabilności – odpowiedziała istota. – A stabilność zawsze wymaga poświęcenia. Kogoś… lub czegoś, co znacie.
– Kogoś z nas? – Ania wyszeptała z przerażeniem.
– Tego, który otworzył drzwi.
Ania odwróciła się gwałtownie.
– Paweł?!
Sylwetka skinęła głową.
– Jego ślad jest zbyt silny. Zbyt głęboki.
– Co to znaczy?! – Ania dopytała nerwowo patrząc raz na Pawła raz na Marcina.
– Jeśli ślad nie zostanie usunięty, stabilność przestanie być możliwa.
Mgła cofnęła się. Sylwetka rozpłynęła się. A wraz z nią – Paweł.
– Równowaga wymaga ceny – powiedział głos, który nie należał już do nikogo.
Mgła zniknęła całkowicie.
Ania otworzyła usta. Nic nie powiedziała. Spojrzała na mnie i na Marcina. Wiedzieliśmy jedno:
Kontinuum nie negocjuje. Domyka wszystko.
Paweł czuł, że coś jest nie tak, jeszcze zanim mgła go pochłonęła. Widział, jak Twórcy Kontinuum zabierają Filipa. Widział błysk platformy. Widział rozpacz Ani.
A potem – nic.
Teraz powoli odzyskiwał świadomość.
Stał boso na trawie. Czuł chłód ziemi. Przed sobą widział łąkę ciągnącą się po horyzont. W oddali – mostek nad wąską rzeką. Po drugiej stronie – brama z drżącym napisem:
„Życie jest jedyną drogą do śmierci”.
Spojrzał w wodę. Zobaczył swoje odbicie – młodsze, w białej tunice, z długimi włosami opadającymi na oczy.
Woda zafalowała. Odbicie zniknęło. Zamiast niego zobaczył to, o czym myślał:
Ania płacząca na platformie. Adaś stojący obok niej. Marcin nieruchomy jak posąg.
To działo się teraz. W tej samej chwili.
Za plecami poczuł wibrację – znajomą z miejsca poza czasem.
Odwrócił się.
Filip stał kilka kroków dalej. Ale nie patrzył na niego.
To było złe. Filip zawsze patrzył.
– Co się dzieje? Gdzie my jesteśmy? – zapytał Paweł.
Filip milczał długo.
– Kontinuum wydało decyzję – powiedział w końcu. – Twoja trajektoria ma zostać wymazana.
Paweł poczuł, jak coś w nim pęka.
– Co? Przecież ty już zapłaciłeś cenę za nas!
Filip uniósł głowę.
– Tak. Filipa już nie ma. Jestem śladem. Echem istoty, którą znałeś.
– W takim razie czemu jeszcze cię tu widzę?
– Uznaliśmy, że takiej formy się spodziewałeś.
Paweł zamarł.
– Twórcy…? Ty…?
– Jestem tym, co po mnie zostało – odparł Filip. – A ty jesteś zbyt silnym śladem. Zbyt głębokim. Zbyt… żywym. Twoje decyzje otworzyły drzwi, których nie potrafimy zamknąć.
Paweł zacisnął pięści.
– To nie decyzja. To było współczucie!
– Kontinuum nie rozumie współczucia – powiedział Filip. – Rozumie tylko równowagę.
– Nie pozwolę na to – Paweł zrobił krok w tył.
– Nie masz wyboru.
– Mam – odparł. – Mogę uciec.
Filip pokręcił głową.
– Nie masz dokąd. Kontinuum widzi wszystkie światy. Wszystkie warianty. Wszystkie trajektorie.
Paweł uśmiechnął się gorzko.
– Nie wszystkie.
Filip zamarł.
– Co masz na myśli?
Paweł spojrzał przed siebie, na drżący horyzont.
– Jest miejsce, którego Kontinuum nie widzi. Nie jest wariantem. Nie jest pęknięciem.
Filip uniósł głowę powoli.
– Pole potencjału…
Paweł skinął głową.
– To nie jest schronienie. To otchłań.
– Lepsza otchłań niż wymazanie. Adaś tam był i wrócił. To znaczy, że można tam wejść… i wyjść.
Silny wiatr uderzył nagle. Trawa zaczęła wirować, jakby ktoś od spodu przekręcał krajobraz. Ziemia pod stopami Pawła zadrżała.
– Filip… pomóż mi!
– Nie mogę.
– Nie chcesz! – krzyknął Paweł.
Filip patrzył na niego bez emocji. Bez gniewu. Bez współczucia.
– Gdybym ci pomógł, równowaga nie zostałaby domknięta.
Coś poczuł. Nie był to strach ani rozpacz. Raczej ostatnia nić przekonania, że ktoś jeszcze może zmienić decyzję.
– Czyli zostawisz mnie?
Filip nie odpowiedział.

Powietrze zgęstniało.
Horyzont zadrżał i zaczął się zwijać, jakby świat był tylko cienką warstwą rozciągniętą nad pustką. Trawa pod stopami straciła ciężar. Kolory wyblakły.
Spróbował zrobić krok.
Ziemia nie odpowiedziała.
Przez ułamek sekundy stał jeszcze w miejscu, jakby rzeczywistość wahała się, czy go utrzymać.
A potem świat przestał go rozpoznawać.
I wszystko pod nim zniknęło.