Dziób łodzi wbił się w uderzającą weń falę z siłą tarana łamiącego podwoje bram. Biała piana pokrywa mnie całą, a zimne krople zdają wbijać się w skórę setkami słonych, lodowatych igieł.
Czuję je. A to znaczyło, że jeszcze dyszę.
Trzeci dzień od przepłynięcia przez Cieśninę Aukstrina rozpoczął się sztormem i falami próbującymi wywrócić moją łódź. Nie pamiętam, która to godzina walki z żywiołem, lecz walcząc o oddech pomiędzy przepastnymi polami wzbierających fal, boję się. Czuję ciężar, wzbierający na moich powiekach, gdy woda kołysze łodzią i płynie po zmieniających kształtach, które oddzielają, odpychają mnie od celu. Jednak, nie mogę usnąć, stracić przytomności. Jeżeli poddam się, wszystkie starania mojej rodziny, fundusze oraz marzenia matki legną w gruzach. Nie mogę na to pozwolić, chociażby biała piana tych fal miałaby mnie pochłonąć.
Pierwszym znakiem, jaki poznaję, są światła w wodzie pode mną. Pulsują niejednostajnie, lecz widzę je wyraźnie. Różowe, bladoniebieskie oraz czerwone światła wirują hipnotyzując swoim kolorem i blaskiem.
Mówią na to Pierwszy Zwiastun. Ilekroć go widzisz w tych wodach, masz zawrócić, a jeżeli nie słucha się ciebie twoja własna łódź, lepszą okaże się ucieczka w toń. Pozostaje ci już tylko zwrócić się do Bogów, jeśli na tym odległym krańcu świata wciąż jeszcze mają cię w pamięci.
Gdy kolory wokół mnie poczęły tworzyć spirale otaczające łódź, stawiając ją w epicentrum, wiem, że jestem na dobrym kursie.
Mój cel już niedaleko.
Jednak, z każdą minutą mojej podróży, czuję niedające się poskromić uczucie niepokoju, narastające w mojej piersi. Bywają momenty, gdzie woda się uspokaja i zamienia się w płaską powierzchnię lustra odbijającego przepastne pole nieboskłonu rozpościerające się nade mną, lecz gdy się nachylam, nie widzę swojej twarzy. Widzę jedynie głębię niebios. Horyzont łączy w sobie wodę oraz niebo, lecz granica jest zatarta. Wszystko jest błękitem.
Czuję jak woda kradnie ciepło z moich ramion i nóg, każdy skrawek mojego ubrania jest przemoknięty a moje ciało błaga o jakikolwiek przypływ ciepła. Napadają mnie wątpliwości, gdy żywioł na jakiego jestem łasce odciąga mnie od tego, do czego dążyłam przez ten cały czas.
Gdy po raz kolejny zwodnicze fale przekierowują mnie i zmieniają mój kurs, mam ochotę samej wskoczyć w toń i osobiście rozprawić się z nurtem.
Patrzę w górę i widzę słońce, patrzące na mnie z niebios i niemal czuję współczucie jakie z niego płynie. Jednocześnie, nie odczuwam od niego żadnego starania się, by jakkolwiek moją sytuację poprawić. Fukam więc na nie, wiedząc, iż widziało wszystkie moje starania, by się pojawić w miejscu w którym teraz jestem. Gardzę tą fałszywością, i jeżeli by o mnie chodziło, to mogłoby tego słońca w ogóle nie być. Jego promienie nie suszą moich ubrań ani nie napawają mnie nadzieją. Czuję do niego jedynie odrazę.
Przegryzam wargę, próbując przerwać natłok myśli. Otacza mnie tnący i mroźny błękit, lecz ja wciąż oddycham, moje serce wciąż bije. Spoglądam w tył i widzę na mojej łodzi pakunek, o który tak dbałam całą moją podróż. Jest mokry, oczywiście, ale przywiązany i bezpieczny.
I wtedy słyszę ten dźwięk. Dźwięk, którego nie słyszałam nigdy, lecz znałam najlepiej z całego świata.
Drugi Zwiastun, mówią o nim.
Wyczuła mnie.
Ryk bestii brzmiał jak grzmot, który z niskich tonów szybko przeszedł w wysoki i raniący uszy skrzek. Przebił się on przez powietrze i dźwięk wzburzonych fal jak miecz przez płótno i trwał. Zyskiwał na głośności, lecz musiałam to wytrzymać. Złapałam za wiosła mocniej aż zbielały mi knykcie i używam całej siły moich ramion by narzucić łodzi stały kurs. W stronę źródła tego potwornego dźwięku.
W stronę Morchii.
Zaciskając zęby wbiłam wiosła w wodę z całą zawziętością na jaką było mnie stać. Woda oceanu jakby pchnięta nagłą namiętnością by pokrzyżować moje plany, rozpoczęła wzbierać się w fale tak wysokie, że zasłoniły mi niemal cały horyzont.
Determinacja jednak rozpala we mnie kolejne pokłady energii i niemal z wrzaskiem podnoszę wiosła jeszcze wyżej. Siła moich ramion i charakteru startuje z przegranej pozycji przed żywiołem oceanu, tnącym deski mojej łodzi, miażdżącym mój charakter.
I wówczas, jak gdyby pomiędzy falami z którymi prowadzę tę zażyłą batalię, widzę zawinięty w sobie kształt obsydianowej skały.
To tutaj.
Serce zabiło mi mocniej, wpompowując w moje mięśnie siłę, o jakiej sama nie wiedziałam. Widząc przed sobą wyraźną obietnicę mojego triumfu, ruszyłam w stronę skały.
Wtedy właśnie usłyszałam go ponownie. Tym razem tuż za mną.
Odwróciłam się i uśmiechnęłam. Wyglądała zupełnie tak, jak ją sobie wyobrażałam:
– Hej, piękna – mówię, patrząc na trójkę gadzich oczu patrzących wprost na mnie.
Długa szyja Morchii pokryta była szmaragdowymi łuskami które teraz, przy niebie przykrytym ciemnymi chmurami, mieniły się fioletowymi przebłyskami. Jej głowa była trójkątna i jednocześnie bardzo wąska, zakończona długim dziobem posiadającym dwa półokrągłe grzebienie. Duże, gadzie oczy miała rozstawione po bokach, jedno po lewej i dwa po prawej stronie. Jej głowa pokryta była łuskami i kilkoma keratynowymi pnączami, przypominającymi rzadkie włosy. Jej oczy miały jasny, fioletowy kolor. Można było się w nich rozpłynąć. Przypominały najpiękniej nasycone klejnoty definicji.
Obsydianowy obelisk był nazywany Trzecim Zwiastunem, na którego widok żeglarze przeważnie godzili się ze swoimi losami. Na szczęście moje pogodzenie się z tym co nadejdzie mam za sobą.
Mała dziewczynka nigdy nie powinna się z takimi rzeczami godzić.
Nie tracąc więcej czasu na przyglądanie się morskiemu potworowi odrzucam wiosła i rzucam się na swój pakunek. Spoglądam ostrożnie na obserwujące mnie stworzenie odwiązując sznury trzęsącymi się rękami. Dlaczego mnie nie ataku-
Cielsko Morchii wstrząsnęło nagłym impulsem, jej szyja wygięła i niczym bicz smagnęła przed siebie, posyłając falę wprost na mnie. Zdążyłam wziąć jedynie oddech nim pakunek wyślizgnął mi się z rąk a łódź wzleciała w powietrze.
Uderzyłam o wodę plecami, wiosło walnęło mnie w głowę. Zimna, morska toń otacza mnie a ja czuję, jak tonę.
()
– Już, wyjdź z tej wody! – usłyszałam. To moja mama. Stoi na brzegu. Jej jasne włosy odbijają promienie słońca, a jej sukienka powiewa na wietrze. Uśmiecha się, a ja wypływam na powierzchnię:
– Tam są takie kamienie! – wołam – tak pięknie się świecą! Wezmę tylko jednego i obiecuję, że wychodzę!
– Twoja siostra już się suszy! – mówi, chichocząc – Liczę do trzydziestu! Jak w tym czasie wyłowisz ładny kamyczek dla siebie, swojej siostry i mnie to przygotuję jutro trymirdę z twoim ulubionym sosem!
– I ziemniakami? – pytam, utrzymując twarz nad poziomem wody.
– Pieczonymi tak jak lubisz. Ale ja już zaczęłam licz-
Nie usłyszałam, co powiedziała dalej. Nie było czasu. Pozwoliłam by woda mnie pochłonęła, ucinając dźwięki świata z powierzchni. Byłam tylko ja i woda.
Piękna feeria barw pokrywała całe dno zbiornika.
Moja królestwo.
Nurkuję tak, by móc dosięgnąć ich dłońmi. Podnoszę pierwszy kamień, cały błękitny. Zatrzymuję go dla siebie i od razu sięgam po drugi, ciemnozielony, dla mojej siostry. Został jeszcze tylko jeden. Moja mama powinna dostać najpiękniejszy, toteż szukam po dnie coraz uważniej. Odpycham się rękoma, próbując szybciej przejrzeć wszystkie kamienie, aż widzę w końcu jeden wybijający się od innych.
Świeci się głęboką czerwienią. Podnoszę go i okazuje się także największym ze wszystkich jakie zebrałam. Ledwo mieści się w mojej niewielkiej dłoni.
Podnosząc głowę zdaję sobie sprawę, że odpłynęłam trochę daleko. Powierzchnia wody jest wyżej niż myślałam. Powietrze zaczyna umykać z mojej buzi gdy spanikowana zaczynam wracać, aż zauważam coś, co płynie w moją stronę.
W jednej chwili widzę wydłużony, rybi pysk, zęby oraz oczy bez powiek, patrzące we mnie. Wrzasnęłam, wypuszczając ze swoich ust resztkę powietrza. Poczułam jak woda wlewa mi się do ust.
()
Czuję jak woda wlewa mi się do ust. Otwieram oczy i widzę spód mojej łodzi nade mną oraz Morchię, rozświetloną przez wirujące pode mną światła. Nie mam wiele powietrza, połykam wodę w ustach. Rozglądam się wokół siebie i widzę pakunek, tonący niedaleko mnie.
Widzę też Morchię.
Płynie ona wokół mnie, okrąża, a jej długie ciało niknie w morskiej toni. Wydaje się nie mieć końca. W końcu, jej straszny łeb zwraca się w moją stronę. Rusza na mnie.
Czuję w sobie impuls. Przecież ja wiem, co tutaj się dzieje, wiem kim jestem, wiem kim jesteś ty, piękna.
Wiem kim jest on.
Szybko dopływam do pakunku, lecz zamiast rozpakować go, sięgam tylko w stronę dźwigni. Gdy ją znajduję, kieruję zewnętrzną stronę urządzenia w stronę Morchii, która właśnie otwiera swój dziób, przekrzywiając głowę w bok, by pochłonąć mnie całą.
Ciągnę za dźwignię z całej siły. Czuję drżenie powietrza momentalnie wydobywające się z pakunku i widzę jak ramiona jej dziobu powoli mnie otaczają.
Wybuch neptyczny nawet nie rozrywa pakunku. Fala uderzeniowa wstrząsa wodą wokół mnie, czuję jakby coś przeze mnie przechodziło, drżące powietrze przeszywa moje ciało na wskroś, lecz nie stało mi się nic ponad to.
Morchia z kolei zniknęła.
Zobaczyłam jedynie trzy wielkie kamienie definicji, pęknięte i puste, powoli tonące w morską otchłań.
Uśmiechnęłam się. Miałam rację.
Po chwili jednak światła spode mnie również zaczęły znikać. Zaczynam więc wypływać tak szybko, jak pozwala resztka moich sił.
Wypływając na powierzchnię zdaję sobie sprawę, że woda wokół mnie się uspokoiła. Rozglądam się jakby w szoku, niemalże przestraszona tą nagłą zmianą.
Wówczas, obsydianowy obelisk, wyrastający z płaskiej tafli wody wyglądał jak sztylet wyrastający z lustra. Wchodzę na swoją łódź i zauważam, że jednego wiosła nie ma. Dopływam do obelisku za pomocą tej, która zablokowała się w uchwycie.
Dzięki temu, że woda się uspokoiła, zauważyłam niewielki, czarny podest pod nim.
Przybijam bokiem łodzi do niego i wchodzę na kamienny poziom, zamaczając moje nogi po kolana. Zaczynam iść coraz wyżej po obsydianowych stopniach, docierając pod sam trzon skały. Wyglądała ona jak grot szklanej strzały, samotna i groźna.
Wtedy czuję w powietrzu drżenie wydobywające się z czarnego kamienia i słyszę głos, który nie należy do mojego. Nie był on ani męski ani żeński, brzmiał, jakby wydobywał się z głębin jaskini. Wciąż się zmienia, nabiera siły po czym ją traci, przez co trudno byłoby mi zrozumieć cokolwiek nawet gdybym znała ten język.
Głos jednak wykazuje się pewną osobliwością, charakterem. Po zanotowaniu mojej ciszy, jakby zmieszał się w sobie i po chwili pauzy przemówił w inny sposób. Tym razem, nadal mówił w języku jakiego nie rozumiałam, a ton tego głosu zmienił się na nieco zakłopotany i być może nawet zadziwiony.
To jakaś farsa. Czuję jak moje ciało desperacko prosi o odpoczynek, więc siadam na jednym z dwóch poziomów, który utrzymywał się ponad wodą, leniwie uderzającą o skałę. W tym momencie, głos zakończył przemawianie na jakiejś wysokiej nocie, jakby wyraźnie urażony moją postawą, która pomimo wyglądania jak taka, wcale nie miała wykazywać ignorancji. Po prostu nie wiem co zrobić, jest mi zimno i przed chwilą niemal nie utonęłam.
– Czy ja przypadkiem pani nie przeszkadzam? – usłyszałam głos, który tym razem mówił w moim ojczystym języku. Teraz głos ten wybrzmiewał niemalże zirytowanym tonem.
– Nie, dziękuję bardzo, jest mi wygodnie – wydukałam, gdy nie dotarł do mnie jeszcze sens całej sytuacji.
Szybko porywam się ze swojego siedzenia i odwracam w stronę czarnej skały. Posadzka na jakiej stoję jest śliska, lecz udaje mi się szybko odzyskać równowagę. Moje ciało jest na skraju wyczerpania, przez co moje reakcje są nieco stłamszone. Teraz jednak, gdy skała odezwała się do mnie, ponownie rozpala się we mnie desperacja osiągnięcia mojego celu.
– Przepraszam najmocniej. Byłam zdziwiona. Proszę… jestem bardzo zmęczona, samotnie przepłynęłam cały ten…
– Proszę się uspokoić. Teraz, pani życie zależy ode mnie. Proszę więc odpowiedzieć na moje wszystkie pytania. Nie może pani sobie pozwolić na to, by wzbudzić we mnie podejrzenia.
– Proszę pytać. Naprawdę potrzebuję pomocy – desperacja w moim głosie sprawiała, że moje słowa były trudne do zrozumienia. Moja szczęka drżała z zimna.
– Czy jesteś wyposażona w jakąkolwiek broń, magiczny przedmiot lub posiadasz niezwykłe zdolności pozwalające ci manipulować Rzeczywistością za pomocą swojego umysłu?
Przez chwilę nie odpowiedziałam.
– Nie, nic z tych rzeczy. Przybyłam tylko po pomoc. Proszę mnie wys…
– Drugie pytanie. Jak pokonałaś Morchię?
Ponownie, zaczekałam zanim odpowiedziałam. Po cichu również zacisnęłam pięści.
– Broń Zgromadzenia pozwalająca mi na rozproszenie definicji na określonym terenie. Zatonęła.
– Skąd wiedziałaś, że Morchia jest iluzją?
Bo znam ją. Bo zawsze ją znałam i wiedziałam, że takie stworzenie nie może istnieć:
– To była hipoteza która okazała się prawdziwa.
Tym razem głos z obelisku przez chwilę nic nie mówił. Po dłuższej chwili jednak zapytał ostrożnie:
– Po co tu przybyłaś?
– Przybyłam, ponieważ moje królestwo potrzebuje pomocy. Zostało napadnięte skoordynowanym i niespodziewanym atakiem. Cesarzowa Ballatmoore została zabita – poczekałam chwilę, po czym rzekłam. – Ona nie żyje.
– Cesarzowa nie żyje? – głos teraz był wyraźnie wezbrany i zszokowany. Usłyszałam w nim nutę strachu.
– Tak. Wydarzyła się tragedia i to ja zostałam wysłana, by sprowadzić naszą jedyną, ostatnią nadzieję na jej powrót.
– Czy jesteś pewna, że mnie nie okłamujesz?
Ocean szumiał jedynie, jakby w oddali. Wszystko wokół przedstawiało to, co zostanie po mnie, gdy nie uda mi się osiągnąć mego celu. Nicość.
– Jestem pewna. Proszę o pomoc. Cały kraj o niego błaga.
Skała zamilkła. Przez chwilę już poczułam, jakby niebo pochłonęło wszystkie moje nadzieje. Przez jeden, nikły moment myślałam o rzuceniu się w lodowata toń. Wówczas, głos ze skały odezwał się ponownie.
– Wejdź szybko. Musisz mi opowiedzieć wszystko ze szczegółami.
Po tych słowach poczułam, jak poziom tuż pod moimi nogami rozwiera się na dwoje. Woda zaczyna wlewać się przez powiększającą się szczelinę, aż w końcu odkrywa się przede mną wydrążone w obsydianie przejście, prowadzące wewnątrz skały. Przeszłam szybko na pierwszy schodek, po czym rzuciłam się w dół biegiem. Mogłam w każdym momencie się poślizgnąć, mogłam upaść i skręcić sobie kark, lecz byłam zbyt skupiona. Czułam, jak moja dłonie puchną i niemal pękają od siły z jaką poruszałam wiosłami, wiedziałam, że woda obmyła te stopnie z taką dokładnością, iż chwila nieuwagi mogłaby zaprzepaścić wszystko. Jednak, wszystko o czym mogłam myśleć to krew i przemoc. Okrucieństwo i pogarda, jaka wzbierała się we mnie z każdym krokiem prowadzącym mnie coraz niżej okrągłych schodów. W końcu, dotarłam do wielkich żelaznych drzwi i czułam jak ciepło mojej desperacji rozpala we mnie najgorsze z żądz. Najpiękniejsze z nich. Najsprawiedliwsze.
Wówczas, usłyszałam metalowy dźwięk poruszających się mechanizmów szynowych i jak zakładałam, drzwi otworzyły się sprawnie i płynnie.
Ze środka pomieszczenia do jakiego wchodzę, oblała mnie fala światła i ciepła. Wkroczyłam do środka.
Pomieszczenie to było większe niż jakikolwiek warsztat jakim mógłby się poszczycić najwybitniejszy naukowiec z Manoksu. Było ono kształtu gigantycznej, okrągłej hali, a sufit składał się z grubej warstwy umocnionego szkła. Toń oceanu jaką można było przez nie zobaczyć była czarna. Jedyne, co tak naprawdę dało się ujrzeć przez te gigantyczne sklepienie, to fluorescencyjne ryby, co jakiś czas przenikające nad powierzchnią.
Ową kopułę utrzymywała pewna ilość grubych, oszczędnie zdobionych filarów, wokół których poustawiane były przeróżnej wysokości regały wypełnione książkami i zwojami. Całą resztę przestrzeni jaką dawało do użytku całe pomieszczenie były zajęte przez konstrukcje oraz stoły badawcze. Na nich, w przeróżnych kształtach i kolorach można było ujrzeć flakony, statywy oraz szklane ampułki wypełnione przeróżnego koloru cieczami. Niewielka przestrzeń pomiędzy każdym ze stołów oraz prototypowych urządzeń mechanicznych sprawiał, że poruszanie się pomiędzy nimi przypominało przemierzanie przez labirynt. Nie było to jednak trudne. Przyzwyczajenie się zajęłoby pewnie kilka tygodni.
Przez sam środek Sali, wąska droga usłana czerwonym dywanem, prowadziła do kolejnych żelaznych drzwi.
I właśnie przez żelazne wrota do tego pomieszczenia, niemal jak duch, wsunął się pewien kształt. Odziany w czerwony kilt laboratoryjny, starszy mężczyzna szedł tak szybko jak tylko mógł. Gdy podniósł wzrok spod swoich krzaczastych i siwych brwi, odchrząknął, nadal w chodzie i powiedział, ujrzawszy mnie:
– Proszę mi wybaczyć wszelkie pytania, jak zapewne pani widzi, muszę zachowywać pewne stopnie ostrożności.
Stałam tak przed nim, z włosami i ubraniem przyklejonymi do mojej twarzy i ciała. Trzęsłam się, chociaż całe moje ciało wypełniało teraz ciepło, przeszywające mnie do ostatnich nerwów.
– Cz-czym jest to wszystko? – zapytałam, rozglądając się jak naiwna.
Mężczyzna odetchnął głęboko, zapewne mając nadzieję, że to pytanie nie padnie.
– Tego się obawiałem… Niestety, ze względu na cyrkumstancje, jestem zmuszony wyjawić prawdę. Cała legenda o Morchii to kłamstwo. Nie ma magicznego stworzenia, broniącego Boską Izbę. Obsydianowa skała to nie jest koniuszek ogona tego stworzenia, a jedynie mój kontakt ze światem. Cała ta legenda została stworzona, by zostawić mnie w całkowitym spokoju, by mnie nie szukano, a jeżeli ktoś już mnie odszuka, to po to by Morchia łaskawie w czymś tej osobie pomogła. Bardzo mi przykro. Jako jeden z najwybitniejszych umysłów w Rzeczywistości, zmuszony byłem znaleźć samotnię, w której będę mógł kontynuować moje badania. Jednak, teraz to wszystko jest nieważne. Musisz mi opowiedzieć wszystko o sytuacji w kraju. Czy to pewne, że Cesarzowa nie żyje?
Jego słowa były jak trucizna.
– P-proszę pana, ja marznę.
Mężczyzna spojrzał na mnie raz jeszcze, zamrugał jakby w szoku i przełknął słowa jakie ugrzęzły mu w gardle.
– A, tak, oczywiście. Proszę tu spocząć – powiedział i pokazał najbliższe z krzeseł przy jednym z badawczych stanowisk. Usiadłam na nim, a woda skapywała ze mnie na posadzkę. On usiadł naprzeciw mnie i jeszcze raz zapytał:
– Co się wydarzyło? Czy Cesarzowa naprawdę nie żyje?
– Czy mieszka pan tu sam?
Raz jeszcze, szok wtargnął na jego twarz niczym intruz.
– Słucham? O czym pani mówi?
– Potrzebuję suchych ubrań, inaczej umrę tutaj przed panem. Jestem wycieńczona i zmarznięta, sama przepłynęłam całą tę drogę i zanim mogłam się obronić, pańska iluzja niemal mnie zabiła.
– Tak, najmocniej przepraszam, ale bezpieczeństwo moje oraz moich badań jest najważniejsze. Morchia miała panią jedynie przestraszyć i odgonić…
– Połykając mnie w całości?
– Nic bardziej mylnego! – powiedział głośno, machając przede mną rękami. – Ona by panią połknęła, lecz ja bym panią odstawił na najbliższą wyspę, bezpiecznie i bez problemu, oczywiście. Nie jestem mordercą.
– A jednak legendy o Morchii mówią jasno. Te wszystkie statki…
– Niestety, gdy poczuję się zagrożony to zmuszony jestem działać. Bardzo mi żal z powodu śmierci jaką mój ochronny system spowodował, lecz to co tutaj tworzę… czy pani jest z Korony?
Przegryzłam wargę:
– Nie mogę o tym powiedzieć. Moja tożsamość jest tajemnicą.
Mężczyzna uśmiechnął się oszczędnie:
– Oczywiście, to znaczy, że tak – wyraźnie odetchnął z ulgą. – Tak, mieszkam tutaj sam i niestety nie mam żadnych żeńskich ubrań.
– Rozumiem… Jak się pan nazywa?
– Przepraszam panią bardzo, ale sprawa jest naprawdę poważna, jeżeli życie Cesarzowej jest w niebezpieczeństwie-
– Proszę mi powiedzieć jak się pan nazywa, wtedy panu zaufam. Okłamał pan wszystkich na całym świecie swoją fasadą. Nie wiem nawet, czy to, że teraz umrę, będzie się do czegokolwiek liczyć. Czy moje życie pójdzie na marne. Proszę więc, błagam niemal, proszę powiedzieć jak się pan nazywa.
Mężczyzna wpadł w zadumę, a na jego twarzy wypisany był pewnego rodzaju mrok.
– Oczywiście, na pewno pani już o tym wie, lecz rozumiem ostrożność. Jestem Listran Koluris. Kiedyś byłem nadwornym tereonem cesarzowej, na służbie Manoksu. Dzisiaj jestem jedynie badaczem, który ma kiedyś nadzieję uratować świat.
Milczałam. Patrzyłam na jego twarz. Jego oczy były bardzo małe, jego brwi krzaczaste, jakby nigdy nie wiedział istnieniu nożyczek. Jego dłonie były również pomarszczone i chude. Był niski, niższy niż się spodziewałam.
– Prawdę mówiąc, spodziewałem się kogoś innego – zaczął mówić – myślałem, że przyleci tutaj jakiś Demon, by mnie powiadomić o tego typu sprawie. To by było na pewno bardziej opłacalne, szybsze…
– Czy ktoś wiedział o miejscu pana pobytu?
– Nie, nie mówiłem nikomu. Teoretycznie Manoks powinien wiedzieć o tym, że tutaj jestem lecz od dłuższego czasu prowadzę badania całkowicie niezależnie od nich – powiedział, po czym jego twarz spoważniała – proszę opowiedzieć mi wszystko o śmierci Cesarzowej. Czy piraci zostali złapani? Czy ktokolwiek na miejscu zdołał chociaż zabezpieczyć jej ciało? Państwo musi być pogrążone w tragedii.
– Tak, to prawda – powiedziałam, a mój głos był pełen gniewu. – Cały kraj jest pogrążony w smutku. Lecz było tak już od dawna. Potrzebowaliśmy pana, panie Koluris. Gdyby pan z nami był… Cesarzowa może by dzisiaj żyła.
Zapadła cisza.
– Bardzo mi przykro, zapewne ma pani rację. Jednak moje badania będą w stanie przynieść korzyści całemu kontynentowi. Jestem jednak zobowiązany wobec Korony, toteż wyruszę z panią natychmiast.
– Co zamierza pan zrobić? Jaki ma pan plan?
– Na pewno rozmówię się z Koroną, zarządzę odpowiednie spotkanie. Działania muszą być szybkie i pewne, jeżeli chcemy jakkolwiek znaleźć duszę i świadomość Cesarzowej, gdziekolwiek ona teraz jest.
– Czyli mówi pan, że jest szansa, by odnaleźć ją po śmierci? Bez nekromancji?
– Oczywiście, taka szansa jest. Jeżeli mamy jej ciało, będzie to oczywiście łatwiejsze.
– Więc można znaleźć każdą zmarłą osobę po śmierci i ją sprowadzić na ziemię?
– Oczywiście, domena Fazmy na to pozwala.
Przez cały czas naszej rozmowy rozglądał się po Sali w jakiej jesteśmy. Nie patrzył na moją twarz, woda nadal skapywała z moich włosów.
– Powinniśmy więc już się zbierać, prawda? – zapytał, wstając powoli z krzesła. – Rozumiem, że przybyła mnie pani tu odnaleźć. Co do szczegółów zajścia, omówię to ze świadkami. Najlepiej, by ciało Cesarzowej zostało tutaj przeniesione.
– Nie ma pan zamiaru wrócić do kraju? Na kontynent? Na stałe?
– Nie, nie myślę nawet o tym – powiedział, po czym po raz pierwszy spojrzał mi w oczy z uśmiechem – moja praca tutaj jest ważniejsza niż cokolwiek w Rzeczywistości.
Zadając ostatnie pytana, miałam szczerą nadzieję, że nie odpowie na nie. Patrzył mi w oczy a ja nie zadałam już kolejnego. Czekałam.
Czekałam na jakikolwiek znak człowieczeństwa, chęci zapoznania. Może na jakiś wewnętrzny impuls jaki mógłby rozpoznać mój głos. Moje oczy, które w końcu należały do niego. Niestety, nie doczekałam się niczego takiego. Przez moment nawet chciałam wstać i podać mu rękę, pożegnać się tak, jak w takich sytuacjach powinno się żegnać. Udawać, że pomiędzy nim a mną jest jakieś porozumienie, chociażby najmniejsze. Łudziłam się, że zobaczę w jego twarzy zrozumienie, w najpiękniejszym przypadku–przeprosiny.
Niestety, nie doczekałam się niczego. Podarował mi jedynie ciszę.
Ciepło w moim ciele wybuchło. Doskoczyłam do niego szybki susem, z mojego gardła wydarł się prawdziwy wrzask. Wrzeszczałam tak przez cały czas, nawet nie ze strachu bądź ze ślepej złości. Czułam… radość.
Jego krzesło szybko się przewróciło, on, już stary, nie był w stanie zareagować na czas. Uderzył potylicą o posadzkę, ale widziałam, że to nie wystarczyło.
Długo rozmyślałam o tym, w jaki sposób i czy w ogóle jestem w stanie to zrobić. Teraz jednak, po tym jak widziałam jak moje palce same zaciskały się na jego grdyce, wiem, że to było coś, o czym po prostu marzyłam. Patrzyłam mu w oczy z których sączyłam każdą emocję. Zdziwienie, strach, gniew, w końcu błaganie i… nicość.
W ostatnich sekundach swojego życia, gdy czuł moje ciało na swojej klatce piersiowej oraz paznokcie wbijające się w skórę, jeszcze wahałam się, czy chcę, by wiedział. W końcu, nie mogłam się powstrzymać.
Mój głos drżał, a pomiędzy każdym słowem moje ciało wydawało z siebie samoistne jęki okrucieństwa:
– Jestem… Ystrata… Koluris… Ojcze.
Jednak, nie wiedziałam, czy zrozumiał, czy chociaż usłyszał.
Gdy to się dokonało, siedziałam i wpatrywałam się w jego twarz jeszcze przez kilka chwil. W końcu, splunęłam na niego i wstałam.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, podziwiając i rozpoznając wszystkie maszyny, jakie niegdyś opisał w swoich dziennikach, zanim nas opuścił. Zanim zostawił mnie, moją siostrę i matkę na śmierć.
Gdy kroczyłam pewnym krokiem w stronę mojej nowej sypialni, zauważyłam na jednej ze ścian plan. Przedstawiał on stworzenie Morchii, wszystkie mechanizmy neptyczne oraz systemy kamieni definicji które pozwalały na istnienie stworzenia które praktycznie nie istnieje, a jednak je widać, słychać i czuć. Obok tego wszystkiego, na jednej z tablic korkowych zobaczyłam przybity rysunek, który przedstawiał Morchię, lecz narysowaną przez dziecko. Narysowaną przeze mnie, na wzór ryby która przestraszyła mnie gdy byłam mała.
Nie wiedziałam, że zachował ten rysunek.
Gdy zdejmowałam go i darłam w swoich dłoniach myślami byłam przy mojej łodzi. Pewnie już dawno odpłynęła.
Witaj. :)
Sprawy językowe i sugestie oraz wątpliwości co do nich (zawsze – jedynie do przeanalizowania):
Czemu początek masz w czasie przeszłym, potem też, a nagle w środku pojawia się czas teraźniejszy? – taka niezgodność czasowa występuje i później – dlaczego?:
Dziób łodzi wbił się w uderzającą weń falę z siłą tarana łamiącego podwoje bram. Biała piana pokryła mnie całą, a zimne krople zdawały wbijać się w skórę setkami słonych, lodowatych igieł.
Czuję je. A to znaczyło, że jeszcze dyszę.
Trzeci dzień od przepłynięcia przez Cieśninę Aukstrina obudził mnie sztormem i falami próbującymi wywrócić moją łódź.
Nie pamiętam (przecinek przed „który”!) która to godzina walki z żywiołem, lecz walcząc o oddech pomiędzy przepastnymi polami wzbierających fal, boję się.
Nie pamiętam która to godzina walki z żywiołem, lecz walcząc o oddech pomiędzy przepastnymi polami wzbierających fal, boję się. Czuję ciężar, wzbierający się na moich powiekach, gdy łódź kołysze się i płynie po zmieniających się kształtach, które oddzielają, odpychają mnie od mojego celu. Jednak, nie mogę usnąć, stracić przytomności. Jeżeli poddam się, wszystkie moje starania, starania mojej rodziny, fundusze oraz marzenia mojej matki legną w gruzach. Nie mogę na to pozwolić, chociażby biała piana tych fal miałaby mnie pochłonąć. – powtórzenia, tzw. „się-koza” i inne?
Pierwszym znakiem (przecinek?) jaki poznaję (i tu?) były światła w wodzie pode mną. – tu nawet w tym samym zdaniu jest niezgodność czasowa – czemu?
Pierwszym znakiem jaki poznaję były światła w wodzie pode mną. Pulsują one niejednostajnie, lecz widzę je wyraźnie. Różowe, bladoniebieskie oraz czerwone światła wirują w wodzie pode mną, hipnotyzując swoim kolorem i blaskiem. – powtórzenia?; jest w ich tekście bardzo dużo, ja już reszty nie wypisuję, lecz trzeba pod kątem tych powtórzeń samemu starannie przejrzeć i poprawić tekst.
Ilekroć go widzisz w tych wodach, masz zawrócić, a jeżeli nie słucha się Ciebie twoja własna łódź, lepszym będzie dla Ciebie wpaść w toń. Pozostaje ci już tylko zwrócić się do Bogów, jeśli na tym odległym krańcu świata wciąż jeszcze mają cię w pamięci. – takie zwroty grzecznościowe piszemy małymi literami, bo niepotrzebnie mnożą Ci błędy ortograficzne; jest też niekonsekwencja w zapisie – skoro piszesz „Ciebie” wielkimi, czemu za moment wyrazy: „twoja”, „cię” i „ci” piszesz małymi literami?
Gdy kolory wokół mnie poczęły tworzyć spirale otaczające łodzi, stawiając ją w epicentrum, wiem, że jestem na dobrym kursie. – czy tu nie miało być: „łódź”?
Nie wypisuję reszty interpunkcji, ale usterek jest bardzo dużo i je także wymagają korekty, nawet przed „który” brak przecinków (a to są błędy rażące), np.:
Fukam więc na nie, wiedząc iż widziało wszystkie moje starania by się pojawić w miejscu w którym teraz jestem.
Spoglądam w tył i widzę na mojej łodzi pakunek o który tak dbałam całą moją podróż.
Dźwięk którego nie słyszałam nigdy, lecz znałam najlepiej z całego świata.
W końcu, dotarłam do wielkich żelaznych drzwi i czułam jak ciepło mojej desperacji rozpala we mnie najgorsze z rządz. – tu niestety jest ortograficzny rażący.
Formy grzecznościowe w dialogach zapisujemy małymi literami, np.:
– Czy mieszka Pan tu sam?
– (…) O czym Pani mówi?
– Przepraszam Panią bardzo, ale sprawa jest naprawdę poważna, jeżeli życie Cesarzowej jest w niebezpieczeństwie-
– Proszę mi powiedzieć jak się Pan nazywa, wtedy panu zaufam. Okłamał pan wszystkich na całym świecie swoją fasadą. – tu zresztą znowu jest niekonsekwencja w zapisie – raz piszesz tę formę wielką literą, raz – małą, jakby czytelnik sam sobie miał wybierać, a to są wszystko błędy ortograficzne.
Pomysł jest, lecz trudno śledzić fabułę, potykając się non stop o błędy językowe, których w tekście występuje bardzo dużo. Wielka szkoda. Trzeba samemu przysiąść i starannie, zdanie po zdaniu czytać na głos i poprawiać (a – gdy nie ma pewności – szukać w necie w słownikach) – każdy z nas tak robi. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
“ na moich powiekach, gdy łódź kołysze się i płynie po zmieniających się kształtach, które oddzielają, odpychają mnie od mojego celu. Jednak, nie mogę usnąć, stracić przytomności. Jeżeli poddam się, wszystkie moje starania, starania mojej rodziny, fundusze oraz marzenia mojej matki legną w gruzach. Nie mogę na to pozwolić, chociażby biała piana tych fal miałaby mnie pochłonąć – powtórzenia. Przeglądnij cały tekst pod ich kątem bo bardzo zamulają i zwalniają czytanie.
– Przepraszam najmocniej, byłam lekko zdziwiona. Proszę, jestem bardzo zmęczona, samotnie przepłynęłam cały ten– tu coś ci się stało. Dodatkowo dziwnie urwałaś.
Może tak:
– Przepraszam najmocniej. – Byłam lekko zdziwiona. – Proszę, jestem bardzo zmęczona, samotnie przepłynęła cały ten…
– Tak, to prawda – powiedziałam, a mój głos wypełniony był gniewem – cały kraj jest – błędny zapis dialogów.
Tyle ode mnie. Popraw sobie tekst pod względem powtórzeń, zapisów dialogu.
Powodzenia w kolejnych opowiadaniach, z chęcią zajrzę.
bruce – ponowne (lekko spóźnione) podziękowania co do poprawy mojego opowiadania. Wprowadziłem poprawki, więc mam nadzieję, że będzie to o wiele bardziej czytelne. Naprawdę doceniam twój wkład i jestem pewny, że nie tylko ja!
CZARNA2 – Dziękuję, oby moje kolejne opowiadania przypadły ci do gustu!