Trzysta dwadzieścia trzy ma jedno marzenie – oderwać stopy od ziemi. Tylko tyle i aż tyle.
Trzysta dwadzieścia trzy ma jedno marzenie – oderwać stopy od ziemi. Tylko tyle i aż tyle.
Breja pod jej nogami była kwintesencją tego miasta. Kawałki szmat, nadpalone kości, fragmenty stopionego tworzywa i szkło. Smród spalenizny i kwasu również wiele mówił, a najwięcej o tym, że właśnie miała przed sobą to, co zostało z kolegi po fachu, z którym czyściła niejedną powierzchnię.
– Spalił się żywcem.
Obok niej stało już kilku innych konserwatorów powierzchni publicznej. Szare kombinezony z naszytymi numerami identyfikacyjnymi powiedziały jej, że reszta grupy, do której dziś ją przyporządkowano, będzie miała naprawdę brudną robotę do wykonania. Przymknęła oczy. Uniosła twarz ku niebu, ale bladej tarczy słonecznej nie można było poczuć na skórze. Potrzebowała świeżego powietrza, lecz nie docierało ono na dół. Mogli dusić się w swoich spalinach i popiołach, ale nie napawać się chłodnym wiatrem od gór.
– Bierz się, Trzysta dwadzieścia trzy!
Otworzyła oczy i zwróciła się ku zabrudzonej twarzy Trzysta dwadzieścia jeden. Trzymał już w ręku gotową szczotkę, by zacząć szorować powierzchnię chodnika, gdy tylko zdoła odkręcić zawór i dozownik wypuści odpowiednią dawkę kwasu.
– Jestem obok – zameldowała.
Uaktywniła swój zbiornik, wypięła z paska narzędziowego szczotkę i rozsmarowała żółtą ciecz po wyznaczonym kwadracie betonu. Trzysta dwadzieścia dwa i Trzysta dwadzieścia cztery zajmowały się usuwaniem tego, co do niedawna nazywali „Trzy dwa pięć”.
– Sprawdź stan – sformułowała polecenie do trzymanego w dłoni skanera, gdy uznała, że jej sektor został dokładnie wyczyszczony.
Mogła oczywiście nacisnąć odpowiedni guzik i samemu sprawdzić licznik, ale możliwość rozkazywania maszynie stanowiła dla niej ulotną chwilę triumfu. Zero procent bakterii. Zero procent bakterii – zabrzmiała zgrzytliwa odpowiedź urządzenia.
Rozprostowała plecy. Od ciągłego schylania zaczynały boleć. Rozejrzała się czujnie, szukając wzrokiem reszty. Nie oddalili się na tyle, by trzeba ich było doganiać. Wyznaczony dla nich teren na to przedpołudnie był szczęśliwie niewielki. Ot, mały skwerek przy ruchliwym węźle komunikacyjnym. Inni trafili gorzej.
– Trzysta dwadzieścia trzy, nie ociągaj się!
– Jestem za tobą, Trzysta dwadzieścia jeden!
Szczotka znów poszła w ruch. Pikanie skanera przy kontroli już dawno przemieniło się w pewnego rodzaju rytm, do którego się dostosowywali. Kilka ruchów szczotki – pik. Kilka ruchów szczotki – pik. Jak dawno zapomniany walc. Tylko bez ładnej muzyki i sukien.
– Trzysta dwadzieścia trzy!
Zaklęła pod nosem. Zamrugała i stwierdziła, że inni już zdołali przejść połowę dystansu, a przecież czekał ich jeszcze nawrót. Ścisnęła kij, zawiesiła u pasa skaner i szurnęła szczotką na kolejną płytę. Za nią dwóch pozostałych ciągnęło biodegradowalny worek, który do niedawna był ich kolegą. Nikt nie zasalutował. Nikt nie odśpiewał żałobnej pieśni. Nikt nie zapalił pracowniczej latarki na znak hołdu. Ot, został wyniesiony. Czekała go utylizacja w pobliskim zakładzie i wyfrunie pod postacią dymu ku górze. Zaczynała mu zazdrościć.
– Trzysta dwadzieścia trzy, do meldunku!
– Zero procent bakterii! – odkrzyknęła.
Czy tak było istotnie? Może gdzieś tam, w lepszym świecie. Zerknęła pod swoje stopy. Zdecydowanie powierzchnia, która odbiła jej kontur twarzy, nie była od nich wolna. A może… Elaia sama również była bakterią?
*
Kantyna, którą im przydzielono na stałe, wypełniał już tłum ludzi. Wielokolorowa masa stłoczyła się w nieznośnie długim ogonku po swoją porcję żywnościową. Rozglądała się zmęczonym wzrokiem, sprawdzając, czy znów przyjdzie jej jeść na stojąco, blisko składziku dla brudnych pudełek i kubków. Smród, który bił od tego miejsca, skutecznie odstraszał inne zawody. Z niewyjaśnionych przyczyn tylko czyściciele nie mieli nic przeciwko niemu. A może kwas pozbawił ich już niektórych tonów zapachowych?
– Nie, Evren. To nie tak! Wchodzisz w zgrabny korkociąg, potem odchylasz się na prawe skrzydło i okrążasz wieżę kontroli.
Uśmiechnęła się. Znała ten głos. Kilka osób przed nią swój codzienny spór toczyło dwóch lotników z obrony przestrzennej. Ich krzykliwe, pomarańczowe mundury raziły oczy po godzinach spędzonych w różnych odcieniach szarości. Czasem odnosiła wrażenie, że powoli zlewa się z czyszczoną powierzchnią. Że za moment ludzie zaczną po niej chodzić, a reszta czyścicieli wyszuka na niej zbyt wysoki procent bakterii, by zostawić ją w spokoju.
– Elaia! Hej, Elaia!
Zmieszana, odwróciła wzrok, ale Ace i Evren już byli przy niej, zupełnie świadomie tracąc swoje miejsca bliżej lady podawczej. Teraz musieli czekać dłużej niż ona.
Kilku znajomych z dzisiejszej grupy sprzątającej zmrużyło oczy z dezaprobatą. Tak, publiczne nazwanie czyściciela imieniem stanowiło dyshonor dla pozostałych. Imiona były poświęcone na czas wolny, którego niewiele im wydzielono. Resztę życia czyściciel spędzał, naznaczony rzędem cyfr, który zdobił jego uniform.
– Słuchaj, Elaia, musisz rozsądzić nasz spór. – Ace, starszy stopniem niż Evren, położył dłoń na jej barku. – Ten tu, świeżak, uważa, że nie wygrałem żadnego wyścigu lotników w tym sezonie. Ty znasz prawdę lepiej od niego, więc go oświeć!
Trzysta dwadzieścia trzy poczuła, że się rumieni. Nikt niby nie interesował się ich wolnym czasem, ale informacja, że któryś z czyścicieli buja w obłokach, byłaby odebrana, jako obelga dla jej kolegów i koleżanek z sektora. Czyściciele zazwyczaj po pracy myśleli o pracy. Każdy konserwator powierzchni publicznych nieustannie doszkalał się z rodzajów zabrudzeń i ze sposobów ich wyczyszczenia, choć do użycia mieli tylko i wyłącznie ten sam, wściekle żółty, kwas.
– On ma rację, Evren. Wygrał już dwa wyścigi – mruknęła pod nosem tak cicho, że obaj mężczyźni musieli pochylić się nad nią, aby usłyszeć odpowiedź.
Na twarzy starszego stopniem lotnika pojawił się wyraz triumfu nad młodszym kolegą.
– W ramach wdzięczności, zapraszamy do naszego stolika, prawda Evren?
Jego kompan pokiwał głową i posłał dziewczynie szeroki uśmiech.
– Przyjaciele Ace’a są moimi przyjaciółmi – zadeklarował.
Miała ochotę się roześmiać. Tak gorzko, na cały głos. Przyjaciel… Przyjacielem mogła nazwać szczotkę, którą codziennie czyściła ulice. Cicha, dotrzymująca tajemnic, nierzucająca się w oczy – druh idealny! Ci dwaj, z którymi teraz stała po rację żywnościową, do takiej kategorii nie mogli należeć. Nie, według wszelkich zasad moralnych, które wyznawano po tej stronie Porządku.
– I wiesz, musisz wtedy wychylić się nieco, aby ją zobaczyć. Będzie skąpana we mgle, tej zbyt porannej, abyś ją mógł przeoczyć – kontynuował przerwany w kolejce temat Ace. – Zmniejszysz prędkość, zatoczysz łuk i będziesz myślał, że nie ma rzeczy, której byś nie dał rady zrobić.
– Czy my na pewno pracujemy razem? – rzucił żartobliwie Evren. – Twój opis manewrów brzmi jak poezja. Nie sądzisz, Elaio?
Znów to samo. Dziewczyna pokraśniała na twarzy i wbiła wzrok w swój obiad: ciemny, czerstwy chleb i szarą zupę pieczarkową. Czy jedzenie też musiało przypominać beton w każdej postaci?
– Kwas również ma swoje procedury, ale nikt nie nazywa tego poezją – wydusiła, bo jej towarzysze koniecznie chcieli wydobyć z niej głos rozsądzający.
Kątem oka dostrzegła kilka szarych mundurów stojących przy pojemnikach na brudne opakowania po racjach. Rozmawiali ze sobą po cichu, starając się nie rzucać w oczy. Uświadomiła sobie, że siedząc przy lotnikach, jej uniform wyróżnia się aż zbyt dobrze, jakby sama miała na sobie wściekle jaskrawy pomarańcz.
– Kiedy masz rozmowę? – zagadnął Ace, podrzucając jej do opakowania kawałek soczystego mięsa.
Syknęła ostrzegawczo, więc dołożył jeszcze drugi, choć nie prosiła o więcej. Jej mina rozbawiła Evrena. I on dorzucił coś od siebie.
– Samym asfaltem nie wyżyjesz. Ten czerstwy chleb jest chyba twardszy niż beton.
– Poza tym, komisja patrzy na wagę poborowych – dodał starszy lotnik. – Musisz nieco przytyć, Szczoteczko.
Zacisnęła usta w wąską linię. Skąd wiedział, że wybiera się na pobór? Szybko spojrzała w stronę swojej grupy, ale ci pochłonięci byli sprawami czyszczenia. Wyłowiła z ich rozmowy takie słowa jak „kwas”, „zawór” i „zmiana”. Spojrzała na zegar wiszący nad ladą. Za pięć minut zaczynali czyścić na Placu Wyzwolenia. Przełknęła ślinę.
– Muszę lecieć! – rzuciła, biorąc w kieszeń ostatki chleba.
– Leć jak najwyżej się da! – odpowiedzieli jej chórem towarzysze. – I zero procent bakterii!
*
Drżał na całym ciele. Doskonale widziała to pod cienkim kocem. Gdy nawet tej osłony przed zimnem mu odmówiono, odsłonięto przed oczyma widzów całą jego obłudę i grzech. Egzekutor podszedł do łóżka szpitalnego, na którym przytaszczono nieszczęśnika. Elegancki garnitur wyraźnie odcinał się na tle nagiego, wychudzonego do granic możliwości organizmu.
– Numerze Sześćset czterdzieści pięć…
Skazany na dźwięk swojego imienia zareagował spazmatycznym szlochem, który jednak szybko w sobie zdusił.
– Rok dziesiąty po założeniu Porządku…
Trzysta dwadzieścia trzy zerknęła niechętnie na tęgawego mężczyznę, który z wyraźną lubością odczytywał te dane. Skazany był od niej starszy. Sześćset czterdziestka piątka, którą ona znała, miała dopiero dwadzieścia lat. Ten tutaj dobiegał bodaj sześćdziesiątki.
– Za sprzeciwianie się woli ludu i konsekwentne podkopywanie autorytetu żelaznych listów, skazuję cię na dobrowolne oddanie społeczności twoich narządów. Tym samym zostaniesz oczyszczony z wszelkich zarzutów i znajdziesz miejsce we wspólnej pamięci jako bohater i zagorzały propagator naszego stylu życia.
Śmiech. Szyderczy, gorzki, szalony. Trzysta dwadzieścia trzy jeszcze takiego nie słyszała. Nie znała skazańca. Nigdy z nim nie pracowała. Ale jego spojrzenie: czyste, rozumne i pewne zrobiło na niej silne wrażenie. Nie bał się – tego mogła być pewna.
Egzekutor kiwnął głową. Do biedaka podeszło kilku życiodajnych. Rzadko pokazywali się publicznie. Ich kremowe odzienie przypominało nagą ludzką skórę. Na oczach publiczności najpierw pozbawili mężczyznę życia. Następnie, kawałek po kawałku, zabierali to, co jeszcze mogło się przydać społeczeństwu: język, serce, płuca, wątrobę, nerki i inne, zapewne bardzo cenne, elementy zasobu ludzkiego. Każdy z nich składali do specjalnych pudełek. Gdy i to dobiegło końca, ogień zaczął spalać niepotrzebne resztki. Ludzka, wyniszczona powłoka… A może już pozbawiona człowieczeństwa, zmarginalizowana. Elaia wpatrywała się w jasny płomień, nie mogąc uwierzyć w to, co widziała. Nikt nie zanucił pieśni pogrzebowej. Nikt nie zapalił robotniczej latarki. Za chwilę jej ekipa będzie musiała to posprzątać. Zero procent bakterii. Zero procent człowieka.
*
– Zawód?
Zanim zdołała odpowiedzieć, specjalistka od poboru do lotników zdążyła wpisać słowo „czyściciel”. Kolejne rubryczki wypełniały się niemal bez udziału kandydatki. Kazano jej stanąć bliżej. Zeskanowano wczepiony w skórę dziewczyny chip. Na ekranie eksplodowały dane, o których Trzysta dwadzieścia trzy nie miała bladego pojęcia.
– Listy – warknęła lotniczka, wyciągając dłoń.
Elaia położyła na niej mały, niepozorny czytnik pamięci. Jej przeszłość, teraźniejszość, przyszłość – o ile jakaś istniała.
– Priorytet: czyściciel – mruknęła służbistka. – Coś nie odpowiada?
Zerknęła na nią wymownie. No tak, przecież czyściciele mieli najlepiej. Sielanka po prostu.
– W proponowanych… – zaczęła, ale kobieta jej przerwała.
– W proponowanych to i na prezydenta można by kandydować. Ważny jest priorytet. Wasz ma już określony cel, Trzysta dwadzieścia trzy.
Numer wybrzmiał w jej ustach jak coś wyjątkowo obrzydliwego. Elaia jednak nie ustępowała. Ponownie podsunęła swój czytnik, gdy urzędniczka go odrzuciła.
– Zobaczmy… – Lotniczka mlasnęła z niezadowoleniem. – Nieprawidłowa masa ciała. Wada wzroku… W ogóle coś widzi?
Kobieta łypnęła na kandydatkę szyderczo.
– Ferrytyna nie odpowiada standardom – dodała po chwili. – Nie spełniasz wymogów, Trzysta dwadzieścia trzy!
Czytnik ponownie wylądował w dłoni Elai. Wydawał się teraz mniej cenny niż przed momentem.
Budynek poborowy stanowił dziwną mieszaninę społeczeństwa. Jak w kantynie i tutaj barwy wprawiały w oczopląs. Czyściciel siedział obok życiodawcy, lotnik bratał się z zarządcą. Tylko legaliści siedzieli oddzielnie, obserwując uważnie pozostałych. Najwyraźniej sprawdzanie każdego mieli we krwi. Elaia była ciekawa, czy w ich żyłach również nie magazynuje się wymagająca liczba żelaza. Może przez to stają się… bardziej plastyczni?
Pobór do nich ominęła szerokim łukiem. Badali pamięć, a z czytnika wiedziała, że nie była w stanie zapamiętać więcej niż trzy akapity. Nie miała wstępu również w szeregi mechaników. Brak postrzegania świata w cyfrach wisiał w jej aktach. Wyświetliła ze znużeniem swój profil. Proponowane się nie zmieniły, więc skoro wyrzucono ją z lotnictwa, przeszła na stronę kreatywnych.
– Usiądź, proszę.
Mężczyzna w fioletowym garniturze wskazał jej krzesło. Wykonała polecenie, czując się tak, jak w gabinecie dentystycznym, gdzie nieraz życiodajny ratował jej skórę. A raczej zęby.
– Trzysta dwadzieścia trzy, tak?
Kiwnęła głową. Nie zamierzała już powtarzać danych z czytnika, który specjalista już wprowadzał do swojego urządzenia. Pobrał również informacje o organizmie. Zerknął na czyścicielkę niepewnie.
– W priorytecie ma pani…
– W proponowanych wpisano kreatywnych – odparła natychmiast.
Nieznajomy pokiwał głową. Nie robił niepotrzebnych min jak lotniczka.
– Proszę sobie wyobrazić przedmiot, który jeszcze nie istnieje, ale który przydałby się naszej społeczności. – Przypiął jej z tyłu głowy mały drucik.
Przed nimi pojawiło się widmo, które uformowało się w skaner antybakteryjny.
– To już znamy. – Kreatywny próbował ukryć rozbawienie. – Proszę się skupić.
Zmrużyła oczy. Skaner zniknął. Na jego miejscu wyłonił się trójkątny kształt lotni. Był wyraźniejszy niż wcześniejszy obraz.
– Może coś przeoczyłem, ale dokładnie takich już używają lotnicy, czyż nie?
Zacisnęła dłonie na krawędzi krzesła. Głowa zaczynała ją boleć. Następne widmo, ku jej rozpaczy, ujawniło jedynie szczotkę do czyszczenia kwasem.
– Wystarczy. – Urzędnik oderwał urządzenie. – Wykazano niezdolność kreatywną.
– Nie, proszę poczekać! – Elaia usłyszała w swoim głosie rozpaczliwą panikę. – Ja potrafię, naprawdę!
– Owszem, potrafisz – odpowiedział jej uprzejmie mężczyzna. – Potrafisz konserwować powierzchnie użytkowe.
Jak gdyby na zawołanie, przez szklaną ścianę ujrzeli czyściciela, który zajmował się podłogą w budynku poborowym. Specjalista wskazał jej gestem wyjście i zawołał następnego kandydata. Ten nie zmarszczył nawet czoła – widmo przedstawiło coś, czego Elaia jeszcze nigdy nie widziała.
*
– Wiesz, że teoretycznie nie powinno mnie tu być?
Wdzięczna linia skrzydła przywodziła na myśl kruchy liść. Ledwie podmuch mógł zdmuchnąć je z wysokości. Gdyby nie specjalne zaczepy, pewnie by tak się stało. Złota powierzchnia lśniła w wieczornym oświetleniu.
– Zawsze mogę powiedzieć, że masz dyżur na lądowisku.
Tak, to była dobra wymówka. Czasem wzywano tu personel sprzątający, aby zaprowadzić porządek. Elaia podeszła do samego brzegu pasa startowego i spojrzała w dół. Mimowolnie poczuła dreszcze.
– Niesamowite, prawda? – Usłyszała za plecami głos Ace’a. – Nagle pod sobą masz cały świat i nikt nie może nic ci zrobić.
– To chwyt psychologiczny, czy naprawdę tak myślicie?
Roześmiał się w odpowiedzi. Siedział na drugim skrzydle. Grzebał coś przy uprzęży, która nie chciała działać jak należało. Męczył się z zatrzaskiem.
– Jak to jest? – zapytała, nie odrywając wzroku od głównej arterii.
– Jak to jest w powietrzu?
Przytaknęła. Przestał odkręcać zatrzask i zaczął wycierać palce uwalane smarem.
– Jeszcze przed wschodem słońca stajesz na krawędzi lądowiska. Nigdy nie robisz patrolu sam, więc zawsze stoi ktoś u twego boku. Przed sobą, na ścianie sąsiadującej z platformą, czytasz napis Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak. Nie masz czasu na zastanawianie się, czy to prawda. Wystarczy, że to czujesz.
Elaia obserwowała go, zasłuchana. Błądził myślami po znanych sobie tylko punktach orientacyjnych, uśmiechając się pod nosem.
– Potem bierzesz kurs na iglicę. – Zrobił zamaszysty ruch ręką. – W uszach słyszysz komendę wiatru. Wiesz, gdzie popuścić naprężenie, gdzie skierować ciało. W głowie liczysz kolejne budynki, szukając tego jednego, który cię wyprowadzi na wolność.
Dziewczyna słuchała z uwagą. Starała się za nim nadążyć, ale czyściciele znali zupełnie inną topografię miasta – tę bardziej przyziemną, szarą i betonową.
– Gdy mijasz iglicę poborowego, wiesz, że za chwilę spotkasz się sam ze sobą. Szklane ściany pokażą ci twój prawdziwy obraz. Stań z nim twarzą w twarz, jak z najlepszym przyjacielem. To twój dom. Twój własny cel. Twój priorytet. Wiesz, co to znaczy, Elaio? Wiesz, co to znaczy zobaczyć siebie na właściwym miejscu?
Milczała. Nieświadomie dotknęli tematu, który nurtował ją od dawna. Jak to jest być na właściwym miejscu? Jak to jest wykonywać swoje prawdziwe powołanie?
– A co jest potem? – zapytała, podając mu jeden z kluczy.
Uśmiechnął się do niej, jakby współczuł, że nie mogła tego sama zobaczyć.
– Potem zaczyna się bezkres. Niebo łączy się z ziemią. Inne powietrze napływa do płuc. Wiatr ci sprzyja, więc masz pełną kontrolę nad tym, co robisz. Wiatr ci sprzyja – czego chcieć więcej?
Marzyciel – powiedziałby jego kompan z lotniska. Jednak dla niej były to najlepsze opowieści. Dowód na to, że istniało coś więcej ponad szary beton, kurz i bakterie. Spojrzała znów na ciemniejące niebo. Na halogen i hasło przewodnie lotników. Brzmiało jak skrócony dekalog, wyryty w sercu każdego z nich. Czego chcieć więcej, czyścicielu? Czego ty więcej chcesz?
*
Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak. Piłeczka kauczukowa uderzyła o ścianę pod napisem i wróciła do jej dłoni. Spojrzała ponuro na maksymę, którą wymalowała niegdyś nad wejściem do swojego pokoju. Dostała wtedy naganę od ojca. Teraz też nie było lepiej.
– Sto dwudziestka dziewiątka widział cię w poborowym. – Sto sześćdziesiąt sześć pieklił się już od godziny jej czasu wolnego. – Lotniczka i kreatywny, co?
Wzruszyła ramionami. Głuche uderzenie piłeczki o „i” w słowie „umierać” jakoś pokrzepiało ją na duchu.
– Nie wyrabiasz normy, ociągasz się, zużywasz więcej kwasu niż inni – Sto sześćdziesiąt sześć zaczynał się nakręcać. – Masz pojęcie, co to oznacza?
– Nowy pojemnik na kwas?
Zgadywała. Po minie ojca zobaczyła, że trafiła w sedno – on myślał tylko o czyszczeniu. Z resztą, tak samo jak matka, babka, dziadek i reszta krewnych oraz znajomych. Czyszczenie mieli we krwi – tak się kiedyś chlubił jej pradziad, podobno. Przed oczyma miała wciąż ciało tamtego człowieka. Czy ją też przerobiliby na język, serce i płuca?
– Za godzinę zaczynasz zmianę – przypomniał jej konserwator. – Nie spóźnij się.
Zasalutowała, drugą ręką mocniej rzucając kauczukową piłkę. Czy mogła liczyć, że chociaż na niej nie będzie zera procent bakterii?
*
Złoty połysk miedzi rozprysnął się setkami światełek, gdy jeden z lotników zaczął podchodzić do lądowania. Jego kolisty ruch przypominał opadający liść z ogrodów życiodajnych. Przyglądała się mu od dłuższego czasu, udając, że musi doprowadzić do porządku wyjątkowo brudną przestrzeń chodnika. Reszta grupy zniknęła już dawno w cieniu budynków.
Robili na głównym lądowisku lotników. Ich baza znajdowała się w samym środku miasta i nikt nie miał nic przeciwko temu, że nagle, w godzinach pracy, ludzie zatrzymywali się, wznosili oczy ku niebu. Wtedy odzywała się w nich czasem tęsknota. Jak dawno nie widzieli nieba? Jak dawno nie oddychali świeżym powietrzem?
Elaia towarzyszyła wzrokiem lotnikowi aż do momentu, gdy stanął na ziemi i zwinął skrzydła – motyl, który przeżył. Kroczył teraz, dumny dumą przestworzy. Miał świat u stóp. Każdy na niego patrzył, a patrząc musiał zadzierać głowę i automatycznie prostować zgarbione plecy. Zerknęła w dół i aż zakręciło się jej w głowie. Przez moment też mogła być kimś, kto innym prostował plecy. Lecz brakowało jej skrzydeł. Z tej odległości od ziemi bez nich było się nikim. Widziała jak pozostali odprowadzają lotnika niechętnym wzrokiem. Trzysta dwadzieścia siedem splunął w jego stronę.
– Obcięli mu język na oczach tłumu.
– Rozpruli korpus jak kurczakowi.
– Spalili go bez sądu!
Nim dotarła wreszcie do swoich, dyskusja już rozgorzała. Nie musiała zgadywać, o co poszło. Wszyscy przeżywali publiczne spalenie ich współpracownika.
– Skoro gryzł jak pies, zdechł jak pies – syknął Trzysta dwadzieścia siedem, strzepując ze szczotki niewidoczny pył. Najwyraźniej skaner wariował na wysokościach. – Było się nie narażać.
– A co on takiego zrobił? – Elaia odstawiła własną szczotkę. – Powiedział parę słów prawdy?
Pozostali poparli jej zdanie.
– Prawda jest taka, Trzysta dwadzieścia trzy, że ty też mącisz. – Trzysta dwadzieścia siedem spojrzał na nią z odrazą. – Zadajesz się z niewłaściwymi ludźmi, odwiedzasz niewłaściwe miejsca.
– Robię to, co słuszne! Szukam odpowiedzi.
Uśmiechnął się drwiąco. Wszyscy jej współpracownicy wiedzieli, o czym marzyła. Zdradzało to jej zachowanie, gdy spoglądała w górę.
– Nigdy nie polecisz, Trzysta dwadzieścia trzy. Nigdy nie dostaniesz skrzydeł. Będziesz szorować ulice kwasem i wyrabiać zero procent na każdej płytce. Chyba, że chcesz polecieć teraz, bez skrzydeł.
Jak bardzo boli samoświadomość, kiedy jej postulaty wypowiada drugi człowiek. Cofnęła się przed nawałem oczywistości tego stwierdzenia. Jak umierać – to teraz. Jak umierać – to tylko tak. Halogen naprzeciwko oświetlał maksymę lotników. Czego chcesz od życia, czyścicielu? Co ci się nie podoba, konserwatorze powierzchni publicznej?
– Trzysta dwadzieścia trzy!
Bieg okazał się zbawczym ożywieniem stagnacji. Lekkie plecy i ramiona bez szczotki i podajnika już same niosły ją niemal nad ziemią. Determinacja rozgrzewała w chłód wieczoru, który zapadał nad miastem. Wołania towarzyszy zagłuszał wiatr. Cieszyła się, że zamilkły, jak umarłe echo. Trzysta dwadzieścia siedem nie wierzył, że mogła by polecieć? Trzysta dwadzieścia siedem nie wie o niej nic!
Złapała lekką zadyszkę, nim dotarła na brzeg lądowiska, ale nie dała sobie dłuższej chwili. Może i serce potykało się w galopie. Może i umysł wzdragał się, prowadzony lękiem wysokości, który jej wpojono.
Gdy stajesz pod nim, wydaje się, że sięgasz po same słońce. Widzisz? Masz oto w dłoniach sam ogień. Jeśli nieboskłon cię woła, rozpalone nim serce poderwie cię do lotu.
Ace, poeta wśród lotników i lotnik wśród poetów. Posłuchała jego rady i odnalazła wszystkie punkty, o których jej opowiadał codziennie w kantynie na oczach innych. Podmuch wieczorny zachwiał nią nieco. O mało nie upadła pod naporem rozpostartego nagle żagla.
Chwyciła pewniej poprzeczną belkę, nałożyła rękawy naprowadzające. Spusty działek bojowych odsunęła od siebie. Nie były jej potrzebne. Sprawdziła, czy dosięgała do zaczepów dla nóg. Na długość nie stanowiły problemu. Brakowało jej odpowiedniego obuwia. Czyściciel nosił podeszwy gładkie, antybakteryjne, by przypadkiem nie nanieść ich na dopiero wyczyszczoną powierzchnię. Tu przydałyby się stopery antypoślizgowe.
Gdy bierzesz rozpęd, zaczynasz rozumieć przestrzeń. Wiatr szumi ci w uszach kolejne komendy. Nie patrzysz na chorągwie – jesteś synem przestworzy. Chorągwi trzymają się tylko pisklęta. Ty jesteś orłem…
Rozpęd musiał być za krótki. Gdy dobiegła, straciła całą siłę w nogach. Jeden podmuch i zabrakło jej ziemi pod stopami. Zawirowała, jak opadający liść, lecz chwila nieuwagi sprawiła, że lotnia ponownie wzbiła się w powietrze, pozbawiona dobrego prowadzenia.
Zacisnęła zęby. Poczuła ból w ramionach i piersi. Mięśnie nienawykłe do takiego wysiłku i naprężenia, zdawały się rwać jak cienkie nitki. Usztywniła się, choć Ace zdecydowanie przed tym ostrzegał. Wiatr nie ustępował, chciał rozpostrzeć skrzydła na całej długości. Wykorzystać możliwości lotni w przestworzach. Musiała z nim walczyć, by pozostać w granicach własnej wytrzymałości, które robiły się coraz bardziej kruche.
Gdy mijasz iglicę poborowego, wiesz, ze za chwilę spotkasz się sam ze sobą. Szklane ściany pokażą ci twój prawdziwy obraz. Stań z nim twarzą w twarz, jak z najlepszym przyjacielem. To twój dom. Twój własny cel. Twój priorytet.
Jej własne odbicie w wieżowcu za poborowym… Rozwichrzone włosy, wyraz bólu i nadludzkiego wysiłku. Szary mundur rozdarł się w miejscach, gdzie materiał nie wytrzymał naprężenia. Palce odmawiały jej posłuszeństwa, choć starała się z całych sił utrzymać je na właściwej pozycji. Gdyby pozwoliła sobie puścić jedną rękę, zderzyłaby się z zabudowaniami miasta. Czy tak w istocie wyglądało przeznaczenie? Jej własne miejsce we wszechświecie?
Pęd wyciskał łzy z oczu. Dusiła się wtłaczanym w nos i usta powietrzem, którego dawniej tak jej brakowało. Walczyła z niewygodnym położeniem ciała, nie mogąc dotrzymać kroku maszynie, nad którą nie potrafiła zapanować. Silny podmuch z lewej sprawił, że znacznie zeszła z bezpiecznej trasy. O powierzchnię lotni zahaczyły kable i wystające elementy rusztu budowlanego, który wyrósł obok znienacka. Pozbawiony kontroli pojazd zachowywał się jak rozjuszone zwierzę. Jak śmierć tańcząca ze straconym.
Moment upadku utkwił w strzaskanej głowie na chwilę przed końcem świata. Serce stanęło na mgnienie oka. Wystarczyło, aby zapanował chaos. Mimowolnie zgarbiła się, zamknęła w sobie. Chciała zwinąć się w kłębek, zachęcić się do dalszego wysiłku. Zimny pot wystąpił na czoło, gdy do umysłu wdarło się przeczucie, że brak jej oddechu.
Grawitacja upomniała się o własne dziecko. Powierzchnia publiczna ze wszystkimi bakteriami przyjęła ją bez słowa wyrzutu, podobna kochającej matce, która wszystko wybacza. Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak.
Wszystkim Ikarom…
Cześć :)
Bardzo podobał mi się klimat opowiadania. Pesymistyczny obraz miasta jest przekonujący. Marzycielstwo bohaterki jest autentycznie inspirujące na tle procedur, systemu kastowego i brudu.
Mam kilka sugestii/uwag/komentarzy:)
Musiałem się zatrzymać przy dwóch scenach: w szpitalu i przy porwaniu lotni.
W pierwszej scenie nie jest za bardzo jasne, co czyściciele robią w szpitalu. Czy oni tam zostali wezwani na publiczną egzekucję? Czy są tam może przypadkowo?
Porwanie lotni natomiast jest opisane dosyć okrężnie. Dociera na lądowisko i zaraz już jest na lotni. Brakuje momentu, w którym bohaterka widzi lotnie/zbliża się do niej. Moment chwycenia drążka nie mówi, że chodzi o lotnie. Tutaj musiałem się wrócić, żeby zrozumieć.
Uniosła twarz ku niebu, ale bladej tarczy słonecznej nie można było poczuć na skórze.
Tarczy słonecznej nie można poczuć na twarzy, tylko np. jej ciepło.
Zdecydowanie powierzchnia, która odbiła jej kontur twarzy, nie była od nich wolna. A może… Elaia sama również była bakterią?
Może : “Powierzchnia, w której odbił się kontur jej twarzy, zdecydowanie nie była od nich wolna.”
A pytanie wydaje się być trochę wymuszone.
Kantyna, którą im przydzielono na stałe, wypełniał już tłum ludzi.
Kantynę?
Drżał na całym ciele. Doskonale widziała to pod cienkim kocem.
Gubi się, kto był pod kocem.
Ich kremowe odzienie przypominało nagą ludzką skórę.
To mi jakoś ciężko zwizualizować. To się odnosi do koloru?
Walczyła z niewygodnym położeniem ciała, nie mogąc dotrzymać kroku maszynie, nad którą nie potrafiła zapanować.
Dotrzymać kroku brzmi trochę dziwnie w kontekście panowania nad lotnią.
Pozbawiony kontroli pojazd zachowywał się jak rozjuszone zwierzę.
Lotnia jako pojazd – trochę mi się gryzie, chociaż sprawdziłem, że tak jest klasyfikowana :P
Bardzo fajne opowiadanie! Powodzenia!
Pozdrawiam!
Bardzo dziękuję za ten komentarz – zwłaszcza za wyłapanie błędów i nieścisłości, na tym zdecydowanie najbardziej mi zależało!
Cieszę się, że klimat się spodobał! 
Jeszcze jedna rzecz, ale bardzo specyficzna. Ponieważ zdażało mi się w życiu mierzyć, ile jest w czymś/na czymś bakterii :P stwierdzenie “zero procent bakterii” mnie trochę wybijało. Bo jak mierzymy procent czegoś, to musimy mieć jakąś ilość wyjściową. Potrzebne byłyby co najmniej dwa pomiary :P Prawdopodobnie 99% czytelników nie będzie to przeszkadzać, no ale mi to naprawdę nie leżało. Nie przejmowałbym się bardzo :P
Ogólnie moje sugestie to są uwagi nowicjusza i tak powinny być rozpatrywane :P
Witam i gratuluję debiutu :]
Debiutu, który można określić jako relatywnie udany. Dostaliśmy przekonującą, dystopijną opowieść o dziewczynie, która marzy, by być w innym miejscu. Ma to ręce i nogi, skłania do jakichś refleksji, czytelnik może się utożsamiać z narratorką. Przedstawiony świat jest ciekawy. Nawet wzruszyć się można. I klamra kompozycyjna jest. Ogółem tekst ma zalety. Była to satysfakcjonująca i ciekawa lektura.
Natomiast.
Tekst wolno się rozkręca. Pierwsze dwie sceny to ekspozycja. Ekspozycja co prawda przedstawiona w formie pobudzających wyobraźnię, dystopijnych scenek, a nie bezczelnego infodumpu, więc za to plus, ale ekspozycja mimo wszystko. Jako że stanowią one niemal 1/3 tekstu, osobiście uważam że to zdecydowanie zbyt dużo, część czytelników pewnie po tej drugiej scenie odpadnie.
Po drugie, o ile sprawy czysto techniczne jak interpunkcja czy zapis dialogów są tu na poziomie, to wiele zdań wydało mi się dość dziwnych. Czasem były to błędy, a czasem bardziej uznaniowe sprawy, jak daleko idące – a w moim odczucie zbędne i wybijające z rytmu – metonimie. Fajnie, gdyby te błędy udało się poprawić, bo mógłbym z czystym sumieniem wtedy polecić opowiadanie do Biblioteki.
Pozdrawiam!
tarczy słonecznej nie można było poczuć na skórze
Tarczy to raczej nigdy nie można poczuć na skórze, hmmm. Promienie, ciepło. Nawet słońce bardziej bym tu widział zamiast tej tarczy.
Zero procent bakterii.
Mierzenie bakterii w procentach jest cokolwiek dziwne – bo jak można by ustalić sto procent? Bakterii zawsze może być więcej.
Rozejrzała się czujnie
Dlaczego czujnie, skoro tylko szuka wzrokiem kolegów, a nie jakiegoś niebezpieczeństwa?
Wyznaczony dla nich teren na to przedpołudnie
Raczej “wyznaczony dla nich na to przedpołudnie teren”, bo “na to przedpołudnie” określa “wyznaczony”, nie powinno więc być za “terenem”. Moim skromnym.
Czekała go utylizacja w pobliskim zakładzie i wyfrunie pod postacią dymu ku górze
“Wyfrunięcie” raczej?
Kantyna, którą im przydzielono na stałe, wypełniał już tłum ludzi.
Kantynę?
blisko składziku dla brudnych pudełek i kubków.
Moim zdaniem lepiej “przy” składziku, albo “obok”.
skutecznie odstraszał inne zawody.
Raczej przedstawicieli zawodu.
A może kwas pozbawił ich już niektórych tonów zapachowych?
To zdanie sugeruje, że czyściciele (częściowo) stracili zapach, a chodzi o przecież o węch.
spędzał, naznaczony rzędem cyfr
Raczej nieuzasadniony przecinek.
choć do użycia mieli tylko i wyłącznie ten sam, wściekle żółty, kwas.
Mogli używać albo używali.
Uświadomiła sobie, że siedząc przy lotnikach, jej uniform wyróżnia się aż zbyt dobrze
Jeśli używasz imiesłowu, to podmiot musi być ten sam – w obecnej formie zdanie znaczy, że uniform siedział.
Gdy nawet tej osłony przed zimnem mu odmówiono, odsłonięto przed oczyma widzów całą jego obłudę i grzech.
Odczułem to jako powtórzonko.
Budynek poborowy stanowił dziwną mieszaninę społeczeństwa.
Ludzie w budynku raczej.
już powtarzać danych z czytnika, który specjalista już
Mięśnie[,] nienawykłe do takiego wysiłku i naprężenia, zdawały się rwać jak cienkie nitki.
Albo dwa przecinki, albo (chyba?) żadnego.
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
GalicyjskiZakapior – bardzo dziękuję za tyle miłych słów i wspaniałych uwag, które z całą pewnością wezmę do serca i zawrę w tekście. Zwłaszcza te o ekspozycji – dopiero ćwiczę krótką formę i szczególnie spostrzeżenia na jej temat bardzo mi się przydadzą, by uczyć się takie formy tworzyć
Błędy oczywiście poprawię – zgodnie z sugestiami czytelników, za które jestem bardzo wdzięczna.
Witaj. :)
O ile dobrze widzę, jesteś tu już jakiś czas, ale to Twój debiut, zatem serdecznie Ci go gratuluję. :)
W dziale Publicystyka znajdziesz pomocne nam wszystkim Poradniki, w tym – językowe, dialogowe, myślowe oraz – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. ;)
Sprawy językowe i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przeanalizowania):
Mam pewien problem z rodzajem – czasem bohaterów piszesz w rodzaju żeńskim, czasem męskim, więc trzeba to jakoś ujednolicić(chyba że to celowe):
Otworzyła oczy i zwróciła się ku zabrudzonej twarzy Trzysta dwadzieścia jeden. Trzymał już w ręku gotową szczotkę, by zacząć szorować powierzchnię chodnika, gdy tylko zdoła odkręcić zawór i dozownik wypuści odpowiednią dawkę kwasu. (…)
Trzysta dwadzieścia dwa i Trzysta dwadzieścia cztery zajmowały się usuwaniem tego, co do niedawna nazywali „Trzy dwa pięć”. (…)
Mogła oczywiście nacisnąć odpowiedni guzik i samemu sprawdzić licznik, ale możliwość rozkazywania maszynie stanowiła dla niej ulotną chwilę triumfu. (…)
Za nią dwóch pozostałych ciągnęło biodegradowalny worek, który do niedawna był ich kolegą.
Nie oddalili się na tyle, by trzeba ich było doganiać. Wyznaczony dla nich teren na to przedpołudnie był szczęśliwie niewielki. – powtórzenia?
Ten tu, świeżak, uważa, że nie wygrałem żadnego wyścigu lotników w tym sezonie. – zbędne dwa pierwsze przecinki?
Nikt niby nie interesował się ich wolnym czasem, ale informacja, że któryś z czyścicieli buja w obłokach, byłaby odebrana, jako obelga dla jej kolegów i koleżanek z sektora. – czy aliteracja celowa?
Będzie skąpana we mgle, tej zbyt porannej, abyś ją mógł przeoczyć – kontynuował przerwany w kolejce temat Ace. – Zmniejszysz prędkość, zatoczysz łuk i będziesz myślał, że nie ma rzeczy, której byś nie dał rady zrobić. – powtórzenie?
– Kwas również ma swoje procedury, ale nikt nie nazywa tego poezją – wydusiła, bo jej towarzysze koniecznie chcieli wydobyć z niej głos rozsądzający. – i tu?
– Leć (przecinek?) jak najwyżej się da! – odpowiedzieli jej chórem towarzysze.
Egzekutor podszedł do łóżka szpitalnego, na którym przytaszczono nieszczęśnika. – tu dopytam: czy rzeczywiście dostarczono go do szpitala na łóżku?
Ten, skądinąd okrutny opis, w porównaniu z innymi, szczegółowymi fragmentami, potraktowałaś zbyt pobieżnie – nasuwa się generalne pytanie: JAK tego dokonywali?:
Na oczach publiczności najpierw pozbawili mężczyznę życia. Następnie, kawałek po kawałku, zabierali to, co jeszcze mogło się przydać społeczeństwu: język, serce, płuca, wątrobę, nerki i inne, zapewne bardzo cenne, elementy zasobu ludzkiego.
Elaia wpatrywała się w jasny płomień, nie mogąc uwierzyć w to, co widziała. Nikt nie zanucił pieśni pogrzebowej. – tu nieco dziwi mnie, czemu spodziewała się pieśni pogrzebowej, skoro został ukarany, bo był – jak rozumiem – przestępcą (?)
Nie zamierzała już powtarzać danych z czytnika, który specjalista już wprowadzał do swojego urządzenia. – powtórzenie?
Przed sobą, na ścianie sąsiadującej z platformą, czytasz napis (za dużo spacji?; może dać tu myślnik, albo dwukropek?) Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak.
Nie masz czasu na zastanawianie się, czy to prawda. Wystarczy, że to czujesz. – powtórzenie?
Czasem gwiazdkę, rozdzielającą większe akapity, masz na środku, a czasem – z boku.
Z resztą, tak samo jak matka, babka, dziadek i reszta krewnych oraz znajomych. – ort. – razem?
Widziała (przecinek?) jak pozostali odprowadzają lotnika niechętnym wzrokiem.
Wszyscy jej współpracownicy wiedzieli, o czym marzyła. Zdradzało to jej zachowanie, gdy spoglądała w górę. – powtórzenie?
Trzysta dwadzieścia siedem nie wierzył, że mogła by polecieć? – ort. – razem?
Gdy stajesz pod nim, wydaje się, że sięgasz po same słońce. – gramatyczny rażący?
Czyściciel nosił podeszwy gładkie, antybakteryjne, by przypadkiem nie nanieść ich na dopiero wyczyszczoną powierzchnię. – składniowy – by nie nanieść podeszw?
Mięśnie (przecinek?) nienawykłe do takiego wysiłku i naprężenia, zdawały się rwać jak cienkie nitki.
Gdy mijasz iglicę poborowego, wiesz, ze za chwilę spotkasz się sam ze sobą. – literówka?
Twój własny cel. Twój priorytet.
Jej własne odbicie w wieżowcu za poborowym… Rozwichrzone włosy, wyraz bólu i nadludzkiego wysiłku. Szary mundur rozdarł się w miejscach, gdzie materiał nie wytrzymał naprężenia. Palce odmawiały jej posłuszeństwa, choć starała się z całych sił utrzymać je na właściwej pozycji. Gdyby pozwoliła sobie puścić jedną rękę, zderzyłaby się z zabudowaniami miasta. Czy tak w istocie wyglądało przeznaczenie? Jej własne miejsce we wszechświecie? – powtórzenia?
Dusiła się wtłaczanym w nos i usta powietrzem, którego dawniej tak jej brakowało. Walczyła z niewygodnym położeniem ciała, nie mogąc dotrzymać kroku maszynie, nad którą nie potrafiła zapanować. – powtórzenie?
Mimowolnie zgarbiła się, zamknęła w sobie. Chciała zwinąć się w kłębek, zachęcić się do dalszego wysiłku. Zimny pot wystąpił na czoło, gdy do umysłu wdarło się przeczucie, że brak jej oddechu. Grawitacja upomniała się o własne dziecko. – powtórzenia?
Pomysł na świat i rządzące nim zasady oraz marzenia głównej bohaterki i sposób ich realizacji, jak również wzruszająca dedykacja spodobały mi się na tyle, że chciałabym, aby jeszcze Ktoś bardziej doświadczony tu zerknął. Wspaniale oddałaś makabryczne życie tytułowej bohaterki i innych „czyścicieli”, widzę tu wiele odniesień do realiów dnia codziennego, szczególnie – państw totalitarnych. Znakomicie pokazujesz cały przekrój społeczeństwa i rozmaite przykłady „niesubordynacji” oraz konsekwencje takich zachowań. Są pewne bariery, których marzyciel/buntownik pokonać nie może. Byłam bardzo ciekawa, jak zakończysz tę opowieść. Żal dziewczyny, lecz postąpiła ona zgodnie ze swoim mottem życiowym i to napawa pewną radością oraz szacunkiem i podziwem – nie poddała się, walczyła, pokazała odwagę i upór, udowodniła, że nic nie stanie jej na przeszkodzie w realizacji celu. :)
Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik (biblioteczny oraz piórkowy), powodzenia. :)
Pecunia non olet