Trzysta dwadzieścia trzy ma jedno marzenie – oderwać stopy od ziemi. Tylko tyle i aż tyle.
Tekst poprawiony dzięki sugestiom wspaniałych Czytelników. Bardzo dziękuję za każdą cenną uwagę, a jeśli coś niechcący pominęłam – wierzę, że dacie znać ;)
Trzysta dwadzieścia trzy ma jedno marzenie – oderwać stopy od ziemi. Tylko tyle i aż tyle.
Tekst poprawiony dzięki sugestiom wspaniałych Czytelników. Bardzo dziękuję za każdą cenną uwagę, a jeśli coś niechcący pominęłam – wierzę, że dacie znać ;)
Breja pod jej nogami była kwintesencją tego miasta. Kawałki szmat, nadpalone kości, fragmenty stopionego tworzywa i szkło. Smród spalenizny oraz kwasu również wiele mówił – właśnie miała przed sobą to, co zostało z kolegi po fachu, z którym czyściła niejedną powierzchnię.
– Spalił się żywcem.
Obok niej stało już kilku innych konserwatorów powierzchni publicznej. Szare kombinezony z naszytymi numerami identyfikacyjnymi zlewały się z miejską przestrzenią. Przymknęła oczy. Uniosła twarz ku niebu, ale blade słońce nie dawało ciepła. Potrzebowała świeżego powietrza, lecz nie docierało ono na dół. Dusili się w spalinach metropolii bez dostępu do ożywczego wiatru.
– Bierz się, Trzysta dwadzieścia trzy!
Otworzyła oczy i zwróciła się ku zabrudzonej twarzy Trzysta dwadzieścia jeden. Mężczyzna trzymał już w ręku gotową szczotkę, by zacząć szorować powierzchnię chodnika, gdy tylko zdoła odkręcić zawór i dozownik wypuści odpowiednią dawkę kwasu.
– Jestem obok – zameldowała.
Uaktywniła swój zbiornik, wypięła z paska narzędziowego szczotkę i rozsmarowała żółtą ciecz po wyznaczonym kwadracie betonu. Trzysta dwadzieścia dwa i Trzysta dwadzieścia cztery, kobiety znacznie od niej starsze, zajmowały się usuwaniem tego, co do niedawna nazywali zdrobniale „Trzy dwa pięć”.
– Sprawdź stan – sformułowała polecenie do trzymanego w dłoni skanera, gdy uznała, że wyczyściła dokładnie kolejną płytę chodnikową.
Mogła oczywiście nacisnąć odpowiedni guzik i samodzielnie sprawdzić licznik, ale możliwość rozkazywania maszynie była ulotną chwilą triumfu.
– Brak zanieczyszczeń. Brak zanieczyszczeń – zabrzmiała zgrzytliwa odpowiedź urządzenia.
Rozprostowała plecy. Od ciągłego schylania zaczynały boleć. Rozejrzała się, szukając wzrokiem reszty. Wyznaczony dla nich na to przedpołudnie teren był szczęśliwie niewielki. Ot, skwerek przy ruchliwym węźle komunikacyjnym. Inni trafili gorzej.
– Trzysta dwadzieścia trzy, nie ociągaj się!
– Jestem za tobą, Trzysta dwadzieścia jeden!
Szczotka znów poszła w ruch. Pikanie skanera nadawało rytm, do którego dostosowywała się cała grupa. Kilka ruchów szczotki – pik. Kilka ruchów szczotki – pik. Jak dawno zapomniany walc. Tylko bez ładnej muzyki i sukien.
– Trzysta dwadzieścia trzy!
Zaklęła pod nosem. Inni już zdołali przejść połowę dystansu, a przecież czekał ich jeszcze nawrót. Ścisnęła kij, zawiesiła u pasa skaner i przejechała szczotką na kolejną płytę. Za nią dwóch czyścicieli od odpadków ciągnęło biodegradowalny worek, który do niedawna był ich kolegą. Nikt nie zasalutował. Nikt nie odśpiewał żałobnej pieśni. Nikt nie zapalił pracowniczej latarki na znak hołdu. Ot, został wyniesiony. Czekała go utylizacja w pobliskim zakładzie i przemiana w dym. Zaczynała mu zazdrościć.
– Trzysta dwadzieścia trzy, do meldunku!
– Brak zanieczyszczeń! – odkrzyknęła.
Czy tak było istotnie? Może gdzieś tam, w lepszym świecie. Zerknęła pod stopy. Powierzchnia, w której odbił się kontur jej twarzy, zdecydowanie nie była wolna od skażenia.
*
Oddałaby teraz wszystko za kawałek czerstwego, ciemnego chleba z racji żywnościowej. Nie mieli czasu nawet na posiłek w kantynie. Otrzymali wezwanie do sali straceń w głównej siedzibie zarządu czyścicieli. Oskarżony drżał z zimna. Był nagi, przywiązany do łóżka. Kojarzyła go. Wielokrotnie przemawiał do zarządu, apelując o zmiany w prawie. I zmiany nadeszły, ale tylko dla niego… Stał się dla nich publicznym ostrzeżeniem przed występowaniem przeciwko władzy. Przedstawieniem tego, co może zrobić góra. Egzekutor zwracał na siebie uwagę. Elegancki garnitur wyraźnie odcinał się na tle poszarpanych, szarych mundurów konserwatorów.
– Numerze Sześćset czterdzieści pięć…
Skazany na dźwięk swojego imienia zareagował spazmatycznym szlochem.
– Rok dziesiąty po założeniu Porządku…
Trzysta dwadzieścia trzy zerknęła niechętnie na tęgawego mężczyznę, który z wyraźną lubością odczytywał dane. Stał nieco dalej od egzekutora, jakby nie zamierzał przyznawać się do tego, że także należy do tej samej grupy co on. Skazany należał do starszego pokolenia. Sześćset czterdziestka piątka, którą znała osobiście Enaia, była dziewczyną i miała dopiero dwadzieścia lat. Ten tutaj dobiegał bodaj sześćdziesiątki.
– Za sprzeciwianie się woli ludu i konsekwentne podkopywanie autorytetu żelaznych listów, skazuję cię na dobrowolne oddanie społeczności twoich narządów. Tym samym zostaniesz oczyszczony z wszelkich zarzutów i znajdziesz miejsce we wspólnej pamięci jako bohater i zagorzały propagator naszego stylu życia.
Śmiech. Szyderczy, gorzki, szalony. Trzysta dwadzieścia trzy jeszcze takiego nie słyszała. Nie znała dobrze skazańca. Nigdy z nim nie pracowała. Ale jego spojrzenie: rozumne i pewne siebie zapadło jej w pamięci. Nie zrobił nic złego. Złe były tylko słowa, ich niewłaściwy dobór, gdy walczył o swoje prawa.
Egzekutor kiwnął głową. Do biedaka podeszło kilku życiodajnych. Rzadko pokazywali się publicznie. Ich kremowe odzienie przypominało kolorem nagą ludzką skórę. Na oczach zebranych czyścicieli zaaplikowali nieszczęśnikowi śmiertelny zastrzyk – ampułka zawierała środek, mający barwę kwasu do czyszczenia powierzchni. Łkanie ucichło.
Następnie, kawałek po kawałku, lekarze zabierali to, co jeszcze mogło się przydać społeczeństwu: język, serce, płuca, wątrobę, nerki… Każdy z organów składali do specjalnych pudełek. Dziewczyna zagryzła wargę i spojrzała na zakrwawione, papierowe listki ręcznika, pałętające się pod nogami funkcjonariuszy zdrowia. Mimowolnie zaklasyfikowała je do odpowiedniego pojemnika, tego na prawym biodrze. Ostatnio używali go coraz częściej…
Gdy pobieranie dobiegło końca, życiodajni popchnęli łóżko ku komorze do spalania zwłok. Ogień miał strawić to, co niepotrzebne. Elaia wpatrywała się w jasny płomień, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Nikt nie zanucił pieśni pogrzebowej. Nikt nie zapalił robotniczej latarki. Nikt nie oddał honorów temu, który miał być może rację. Za chwilę jej ekipa otrzyma rozkaz posprzątania sali. Brak zanieczyszczeń. Brak człowieka.
*
– Zawód?
Zanim zdołała odpowiedzieć, specjalistka od poboru do lotników zdążyła wpisać słowo „czyściciel”. Kolejne rubryczki wypełniały się niemal bez udziału kandydatki. Kazano jej stanąć bliżej. Zeskanowano wczepiony w skórę dziewczyny chip. Na ekranie eksplodowały dane, o których Trzysta dwadzieścia trzy nie miała bladego pojęcia.
– Listy – warknęła lotniczka, wyciągając dłoń.
Elaia położyła na niej mały, niepozorny czytnik pamięci. Jej przeszłość, teraźniejszość, przyszłość – o ile jakaś istniała.
– Priorytet: czyściciel – mruknęła służbistka. – Coś nie odpowiada?
Zerknęła na nią wymownie. No tak, przecież czyściciele mieli najlepiej. Sielanka po prostu.
– W proponowanych… – zaczęła, ale kobieta jej przerwała.
– W proponowanych to i na prezydenta można by kandydować. Ważny jest priorytet. Wasz jest już określony, Trzysta dwadzieścia trzy.
Numer wybrzmiał w jej ustach jak coś wyjątkowo obrzydliwego. Elaia jednak nie ustępowała. Ponownie podsunęła swój czytnik, gdy urzędniczka go odrzuciła.
– Zobaczmy… – Lotniczka mlasnęła z niezadowoleniem. – Nieprawidłowa masa ciała. Wada wzroku… W ogóle coś widzi?
Kobieta łypnęła na kandydatkę szyderczo.
– Ferrytyna nie odpowiada standardom – dodała po chwili. – Nie spełniasz wymogów, Trzysta dwadzieścia trzy!
Czytnik ponownie wylądował w dłoni Elai. Wydawał się teraz mniej cenny niż przed momentem.
Budynek poborowy stanowił dziwną mieszaninę społeczeństwa. Czyściciel siedział obok życiodajnego, lotnik bratał się z zarządcą. Legaliści siedzieli oddzielnie, obserwując uważnie pozostałych. Dziewczynę ciekawiło, czy w ich żyłach również nie magazynuje się wymagana liczba żelaza. Może przez to stają się… bardziej plastyczni?
Pobór do nich ominęła szerokim łukiem. Badali pamięć, a z czytnika wiedziała, że nie była w stanie zapamiętać więcej niż trzy akapity tekstu. Nie miała wstępu także w szeregi mechaników. Wyświetliła ze znużeniem swój profil. Proponowane się nie zmieniły, więc skoro wyrzucono ją z lotnictwa, przeszła na stronę kreatywnych.
– Usiądź, proszę.
Mężczyzna w fioletowym garniturze wskazał jej krzesło. Wykonała polecenie, czując się tak, jak w gabinecie dentystycznym, gdzie nieraz życiodajny ratował jej skórę i, przy okazji, zęby.
– Trzysta dwadzieścia trzy, tak?
Kiwnęła głową. Nie musiała powtarzać danych z czytnika, który specjalista właśnie wprowadzał do swojego urządzenia. Pobrał również informacje o organizmie. Zerknął na czyścicielkę niepewnie.
– W priorytecie widnieje…
– W proponowanych wpisano kreatywnych – odparła natychmiast.
Mężczyzna pokiwał głową. W odróżnieniu od lotniczki, nie robił min.
– Proszę sobie wyobrazić przedmiot, który jeszcze nie istnieje, ale który przydałby się naszej społeczności.
Przypiął jej z tyłu głowy drucik. Przed nimi pojawiło się widmo, które uformowało się w skaner antybakteryjny.
– To już znamy. – Kreatywny próbował ukryć rozbawienie. – Proszę się skupić.
Zmrużyła oczy. Pierwsza wizualizacja zniknęła. Jej miejsce zastąpił trójkątny kształt lotni. Był wyraźniejszy niż wcześniejszy obraz.
– Może coś przeoczyłem, ale dokładnie takich używają lotnicy, czyż nie?
Zacisnęła dłonie na krawędzi krzesła. Głowa zaczynała ją boleć. Następne wyobrażenie, ku jej rozpaczy, ujawniło jedynie szczotkę do czyszczenia kwasem.
– Wystarczy. – Urzędnik oderwał urządzenie. – Wykazano niezdolność kreatywną.
– Nie, proszę poczekać! – Elaia usłyszała w swoim głosie rozpaczliwą panikę. – Ja potrafię, naprawdę!
– Owszem, potrafisz – odpowiedział jej uprzejmie mężczyzna. – Umiesz konserwować powierzchnie użytkowe.
Jak gdyby na zawołanie, przez szklaną ścianę ujrzeli czyściciela, który zajmował się podłogą w budynku poborowym. Specjalista kreatywny wskazał jej gestem wyjście i zawołał następnego kandydata. Ten nie zmarszczył nawet czoła – widmo przedstawiło coś, czego Elaia jeszcze nigdy nie widziała.
*
– Wiesz, że teoretycznie nie powinno mnie tu być?
Wdzięczna linia skrzydła przywodziła na myśl kruchy liść. Mocniejszy podmuch mógł je porwać. Gdyby nie specjalne zaczepy, pewnie by tak się stało. Złota powierzchnia lśniła w wieczornym oświetleniu.
– Zawsze mogę powiedzieć, że masz dyżur na lądowisku.
Tak, to była dobra wymówka. Czasem wzywano tu personel sprzątający, aby zaprowadzić porządek. Elaia podeszła do samego brzegu pasa startowego i spojrzała w dół. Mimowolnie poczuła dreszcze.
– Niesamowite, prawda? – Usłyszała za plecami głos Ace’a. – Nagle pod sobą masz cały świat i nikt nie może nic ci zrobić.
– To chwyt psychologiczny, czy naprawdę tak myślicie?
Roześmiał się w odpowiedzi. Siedział na drugim skrzydle. Grzebał coś przy uprzęży, która nie chciała działać jak należało. Męczył się z zatrzaskiem.
– Jak to jest? – zapytała, nie odrywając wzroku od głównej arterii.
– Jak to jest w powietrzu?
Przytaknęła. Lotnik przestał odkręcać zatrzask. Wycierał niespiesznie palce uwalane smarem.
– Jeszcze przed wschodem słońca stajesz na krawędzi lądowiska. Nigdy nie robisz patrolu sama. Przed sobą, na ścianie sąsiadującej z platformą, widzisz napis: Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak. Nie masz czasu na zastanawianie się, czy to prawda. Wystarczy, że czujesz.
Elaia obserwowała go, zasłuchana. Błądził myślami po znanych sobie tylko punktach orientacyjnych.
– Potem bierzesz kurs na iglicę. – Zrobił zamaszysty ruch ręką. – W uszach słyszysz komendę wiatru. Wiesz, gdzie popuścić naprężenie, jak poprowadzić ciało. W głowie liczysz kolejne budynki, szukając tego jednego, który cię wyprowadzi na wolność.
Dziewczyna starała się nadążyć za jego słowami, ale czyściciele znali zupełnie inną topografię miasta – tę bardziej przyziemną, szarą i betonową.
– Gdy mijasz iglicę poborowego, wiesz, że za chwilę spotkasz się sama ze sobą. Szklane ściany pokażą ci twój prawdziwy obraz. Stań z nim twarzą w twarz, jak z najlepszym przyjacielem. To twój dom. Twój własny cel. Twój priorytet. Wiesz, co to znaczy, Elaio? Wiesz, co to znaczy zobaczyć siebie na właściwym miejscu?
Milczała. Nieświadomie dotknęli tematu, który nurtował ją od dawna. Jak to jest wykonywać swoje prawdziwe powołanie?
– A co potem? – zapytała, podając mu jeden z kluczy.
Uśmiechnął się do niej, jakby współczuł, że nie mogła tego sama zobaczyć.
– Potem zaczyna się bezkres. Niebo łączy się z ziemią. Inne powietrze napływa do płuc. Wiatr ci sprzyja, więc masz pełną kontrolę nad tym, co robisz. Wiatr ci sprzyja – czego chcieć więcej?
Marzyciel – powiedziałby ze wzgardą każdy czyściciel, gdyby to usłyszał. Jednak dla niej były to najlepsze opowieści. Dowód na to, że istniało coś więcej niż szary beton, kurz i bakterie. Spojrzała znów na ciemniejące niebo. Na halogen i hasło przewodnie lotników. Brzmiało jak skrócony dekalog, wyryty w sercu każdego z nich. Czego chcieć więcej, czyścicielu? Czego ty więcej chcesz?
*
Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak. Piłeczka kauczukowa uderzyła o ścianę pod napisem i wróciła do jej dłoni. Spojrzała ponuro na maksymę, którą wymalowała niegdyś nad wejściem do swojego pokoju. Dostała wtedy naganę od ojca. Teraz też nie było lepiej.
– Sto dwudziestka dziewiątka widział cię w poborowym. – Sto sześćdziesiąt sześć pieklił się już od godziny jej czasu wolnego. – Lotniczka i kreatywny, co?
Wzruszyła ramionami. Głuche uderzenie piłeczki o „i” w słowie „umierać” jakoś pokrzepiało ją na duchu.
– Nie wyrabiasz normy, ociągasz się, zużywasz więcej kwasu niż inni! – Sto sześćdziesiąt sześć zaczynał się nakręcać. – Masz pojęcie, co to oznacza?
– Nowy pojemnik na kwas?
Zgadywała. Po minie ojca zobaczyła, że trafiła w sedno – on myślał tylko o czyszczeniu. Podobnie robiła matka, babka, dziadek i reszta krewnych oraz znajomych. Czyszczenie mieli we krwi – tak się kiedyś chlubił jej pradziad, podobno. Przed oczyma miała wciąż ciało tamtego człowieka. Czy ją też przerobiliby na język, serce i płuca?
– Za godzinę zaczynasz zmianę – przypomniał jej konserwator. – Nie spóźnij się.
Zasalutowała, drugą ręką mocniej rzucając kauczukową piłkę. Czy mogła liczyć, że chociaż ona ma na sobie choć trochę zanieczyszczeń?
*
Złoty połysk miedzi rozprysnął się setkami światełek, gdy jeden z lotników zaczął podchodzić do lądowania. Jego kolisty ruch przypominał opadający liść z ogrodów uprawianych przez życiodajnych. Przyglądała się mu od dłuższego czasu, udając, że musi doprowadzić do porządku wyjątkowo brudną płytę chodnika. Reszta grupy zniknęła już dawno w cieniu budynków.
Robili porządki na głównym lądowisku w samym środku miasta. Nikt tutaj nie miał nic przeciwko, kiedy w godzinach pracy, czyściciel zatrzymywał się, wznosił oczy ku niebu. Wtedy w Elai odzywała się tęsknota. Jak dawno nie widziała czystego nieba. Jak dawno nie oddychali świeżym powietrzem.
Dziewczyna obserwowała lotnika aż do momentu, gdy stanął na ziemi i zwinął skrzydła – motyl, który przeżył. Kroczył teraz, dumny dumą przestworzy. Miał świat u stóp. Każdy na niego patrzył, a patrząc musiał zadzierać głowę i automatycznie prostować zgarbione plecy. Zerknęła w dół, na położone poniżej ulice. Przez moment też mogła być kimś, kto innym prostował plecy. Lecz brakowało jej skrzydeł. Widziała jak pozostali czyściciele odprowadzają lotnika niechętnym wzrokiem. Trzysta dwadzieścia siedem splunął w jego stronę.
– Obcięli mu język na naszych oczach.
– Rozpruli korpus jak kurczakowi.
– Spalili go bez uczciwego sądu!
Nim dotarła do konserwatorów, dyskusja trwała w najlepsze. Nie musiała zgadywać, o co poszło. Wszyscy przeżywali publiczne spalenie ich współpracownika.
– Skoro gryzł jak pies, zdechł jak pies – syknął Trzysta dwadzieścia siedem, strzepując ze szczotki niewidoczny pył. Najwyraźniej skaner wariował na wysokościach. – Było się nie narażać.
– A co on takiego zrobił? – Elaia odstawiła własną szczotkę. – Powiedział parę słów prawdy?
Pozostali poparli jej zdanie.
– Prawda jest taka, Trzysta dwadzieścia trzy, że ty też mącisz. – Trzysta dwadzieścia siedem spojrzał na nią z odrazą. – Zadajesz się z niewłaściwymi ludźmi, odwiedzasz niewłaściwe miejsca.
– Robię to, co słuszne! Szukam odpowiedzi!
Uśmiechnął się drwiąco. Wszyscy konserwatorzy, z którymi pracowała, wiedzieli, o czym marzyła. Zdradzało to sposób, w jaki spoglądała w górę.
– Nigdy nie polecisz, Trzysta dwadzieścia trzy. Nigdy nie dostaniesz skrzydeł. Będziesz szorować ulice kwasem i usuwać zanieczyszczenia z każdej betonowej płytki. Chyba, że chcesz polecieć teraz, bez skrzydeł.
Jak bardzo boli samoświadomość, kiedy jej postulaty wypowiada drugi człowiek. Cofnęła się przed nawałem oczywistości tego stwierdzenia. Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak. Halogen naprzeciwko oświetlał maksymę lotników. Czego chcesz od życia, czyścicielu? Co ci się nie podoba, konserwatorze powierzchni publicznej?
– Trzysta dwadzieścia trzy!
Bieg okazał się zbawczym ożywieniem stagnacji. Lekkie plecy i ramiona bez szczotki oraz podajnika same niosły ją niemal nad ziemią. Determinacja rozgrzewała w chłodny wieczór, który zapadał nad miastem. Wołania towarzyszy zagłuszał wiatr. Cieszyła się, że zamilkły, jak umarłe echo. Trzysta dwadzieścia siedem nie wierzył, że mogła polecieć. Trzysta dwadzieścia siedem nie wie o niej nic!
Złapała lekką zadyszkę, nim dotarła na brzeg lądowiska, ale nie dała sobie dłuższej chwili na odpoczynek. Serce ponaglało do działania. Umysł wzdragał się przed jakimkolwiek nieprzemyślanym czynem, prowadzony lękiem wysokości, który jej wpojono. Jednak, gdy tylko znalazła się blisko jednej z lotni i poczuła, jak powierzchnia skrzydła elektryzuje się pod jej dotykiem, wiedziała, że nie zawróci.
Gdy stajesz pod żaglem, wydaje się, że muskasz palcami słońce. Widzisz? Masz oto w dłoniach sam ogień. Jeśli nieboskłon cię woła, rozpalone nim serce poderwie cię do lotu.
Ace, poeta wśród lotników i lotnik wśród poetów. Posłuchała jego rady i odnalazła wszystkie punkty, o których jej opowiadał, gdy tylko nadarzała się okazja. Podmuch wieczorny zachwiał nią nieco. O mało nie upadła pod naporem rozpostartego nagle skrzydła.
Chwyciła pewniej poprzeczną belkę, nałożyła rękawy naprowadzające. Spusty działek bojowych odsunęła na bok. Nie były jej potrzebne. Sprawdziła, czy dosięgała do zaczepów dla nóg. Brakowało jej odpowiedniego obuwia. Czyściciel nosił podeszwy gładkie, antybakteryjne, by przypadkiem nie nanieść niczego na dopiero wyczyszczoną powierzchnię. Tu przydałyby się stopery antypoślizgowe. Takie, jakie nakładał zaprzyjaźniony lotnik.
Gdy bierzesz rozpęd, zaczynasz rozumieć przestrzeń. Wiatr szumi ci w uszach kolejne komendy. Nie patrzysz na chorągwie – jesteś synem przestworzy. Chorągwi trzymają się tylko pisklęta. Ty jesteś orłem…
Rozbieg musiał być za krótki. Gdy dobiegła, straciła całą siłę w nogach. Jeden podmuch i zabrakło jej ziemi pod stopami. Zawirowała, jak opadający liść. Lotnia po chwili wzbiła się niespodziewanie w powietrze. Elaia nie potrafiła jej kontrolować.
Zacisnęła zęby. Poczuła ból w ramionach i w piersi. Mięśnie nienawykłe do takiego wysiłku i naprężenia zdawały się rwać jak cienkie nitki. Usztywniła się, choć Ace zdecydowanie przed tym ostrzegał. Wiatr nie ustępował, chciał rozpostrzeć skrzydła lotni. Musiała z nim walczyć, by pozostać w granicach własnej wytrzymałości, które robiły się coraz bardziej kruche.
Gdy mijasz iglicę poborowego, wiesz, że za chwilę spotkasz się sam ze sobą. Szklane ściany pokażą ci twój prawdziwy obraz. Stań z nim twarzą w twarz, jak z najlepszym przyjacielem. To twój dom. Twój własny cel. Twój priorytet.
Elaia ujrzała swoje odbicie w przeszkleniach wieżowca. Rozwichrzone włosy, wyraz bólu i nadludzkiego wysiłku. Szary mundur rozdarł się w miejscach, gdzie materiał nie wytrzymał naprężenia. Palce odmawiały posłuszeństwa, choć starała się z całych sił utrzymać je na właściwej pozycji. Gdyby pozwoliła sobie puścić jedną rękę, zderzyłaby się z zabudowaniami miasta. Czy tak w istocie wyglądało przeznaczenie? Jej własne miejsce we wszechświecie?
Pęd wyciskał łzy z oczu. Dusiła się wtłaczanym w nos i usta powietrzem, którego dawniej tak jej brakowało. Walczyła z niewygodnym położeniem ciała i z nieobliczalnym zachowaniem maszyny. Silny podmuch sprawił, że znacznie zeszła z bezpiecznej trasy. O powierzchnię lotni zahaczyły kable i wystające elementy rusztu budowlanego, który wyrósł znienacka na torze lotu.
Moment upadku utkwił w strzaskanej głowie na chwilę przed końcem świata. Serce stanęło, zaskoczone porażką. Wystarczyło, aby zapanował chaos. Mimowolnie zgarbiła plecy. Pragnienie zwinięcia się w kłębek zwyciężyło nad chęcią dalszego wysiłku. Zimny pot wystąpił na czoło, gdy zrozumiała, że nie nabierze już tchu.
Grawitacja upomniała się o własne dziecko. Powierzchnia publiczna ze wszystkimi zanieczyszczeniami przyjęła ją bez słowa wyrzutu, podobna kochającej matce, która wszystko wybacza. Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak.
Wszystkim Ikarom…
Cześć :)
Bardzo podobał mi się klimat opowiadania. Pesymistyczny obraz miasta jest przekonujący. Marzycielstwo bohaterki jest autentycznie inspirujące na tle procedur, systemu kastowego i brudu.
Mam kilka sugestii/uwag/komentarzy:)
Musiałem się zatrzymać przy dwóch scenach: w szpitalu i przy porwaniu lotni.
W pierwszej scenie nie jest za bardzo jasne, co czyściciele robią w szpitalu. Czy oni tam zostali wezwani na publiczną egzekucję? Czy są tam może przypadkowo?
Porwanie lotni natomiast jest opisane dosyć okrężnie. Dociera na lądowisko i zaraz już jest na lotni. Brakuje momentu, w którym bohaterka widzi lotnie/zbliża się do niej. Moment chwycenia drążka nie mówi, że chodzi o lotnie. Tutaj musiałem się wrócić, żeby zrozumieć.
Uniosła twarz ku niebu, ale bladej tarczy słonecznej nie można było poczuć na skórze.
Tarczy słonecznej nie można poczuć na twarzy, tylko np. jej ciepło.
Zdecydowanie powierzchnia, która odbiła jej kontur twarzy, nie była od nich wolna. A może… Elaia sama również była bakterią?
Może : “Powierzchnia, w której odbił się kontur jej twarzy, zdecydowanie nie była od nich wolna.”
A pytanie wydaje się być trochę wymuszone.
Kantyna, którą im przydzielono na stałe, wypełniał już tłum ludzi.
Kantynę?
Drżał na całym ciele. Doskonale widziała to pod cienkim kocem.
Gubi się, kto był pod kocem.
Ich kremowe odzienie przypominało nagą ludzką skórę.
To mi jakoś ciężko zwizualizować. To się odnosi do koloru?
Walczyła z niewygodnym położeniem ciała, nie mogąc dotrzymać kroku maszynie, nad którą nie potrafiła zapanować.
Dotrzymać kroku brzmi trochę dziwnie w kontekście panowania nad lotnią.
Pozbawiony kontroli pojazd zachowywał się jak rozjuszone zwierzę.
Lotnia jako pojazd – trochę mi się gryzie, chociaż sprawdziłem, że tak jest klasyfikowana :P
Bardzo fajne opowiadanie! Powodzenia!
Pozdrawiam!
Bardzo dziękuję za ten komentarz – zwłaszcza za wyłapanie błędów i nieścisłości, na tym zdecydowanie najbardziej mi zależało!
Cieszę się, że klimat się spodobał! 
Jeszcze jedna rzecz, ale bardzo specyficzna. Ponieważ zdażało mi się w życiu mierzyć, ile jest w czymś/na czymś bakterii :P stwierdzenie “zero procent bakterii” mnie trochę wybijało. Bo jak mierzymy procent czegoś, to musimy mieć jakąś ilość wyjściową. Potrzebne byłyby co najmniej dwa pomiary :P Prawdopodobnie 99% czytelników nie będzie to przeszkadzać, no ale mi to naprawdę nie leżało. Nie przejmowałbym się bardzo :P
Ogólnie moje sugestie to są uwagi nowicjusza i tak powinny być rozpatrywane :P
Witam i gratuluję debiutu :]
Debiutu, który można określić jako relatywnie udany. Dostaliśmy przekonującą, dystopijną opowieść o dziewczynie, która marzy, by być w innym miejscu. Ma to ręce i nogi, skłania do jakichś refleksji, czytelnik może się utożsamiać z narratorką. Przedstawiony świat jest ciekawy. Nawet wzruszyć się można. I klamra kompozycyjna jest. Ogółem tekst ma zalety. Była to satysfakcjonująca i ciekawa lektura.
Natomiast.
Tekst wolno się rozkręca. Pierwsze dwie sceny to ekspozycja. Ekspozycja co prawda przedstawiona w formie pobudzających wyobraźnię, dystopijnych scenek, a nie bezczelnego infodumpu, więc za to plus, ale ekspozycja mimo wszystko. Jako że stanowią one niemal 1/3 tekstu, osobiście uważam że to zdecydowanie zbyt dużo, część czytelników pewnie po tej drugiej scenie odpadnie.
Po drugie, o ile sprawy czysto techniczne jak interpunkcja czy zapis dialogów są tu na poziomie, to wiele zdań wydało mi się dość dziwnych. Czasem były to błędy, a czasem bardziej uznaniowe sprawy, jak daleko idące – a w moim odczucie zbędne i wybijające z rytmu – metonimie. Fajnie, gdyby te błędy udało się poprawić, bo mógłbym z czystym sumieniem wtedy polecić opowiadanie do Biblioteki.
Pozdrawiam!
tarczy słonecznej nie można było poczuć na skórze
Tarczy to raczej nigdy nie można poczuć na skórze, hmmm. Promienie, ciepło. Nawet słońce bardziej bym tu widział zamiast tej tarczy.
Zero procent bakterii.
Mierzenie bakterii w procentach jest cokolwiek dziwne – bo jak można by ustalić sto procent? Bakterii zawsze może być więcej.
Rozejrzała się czujnie
Dlaczego czujnie, skoro tylko szuka wzrokiem kolegów, a nie jakiegoś niebezpieczeństwa?
Wyznaczony dla nich teren na to przedpołudnie
Raczej “wyznaczony dla nich na to przedpołudnie teren”, bo “na to przedpołudnie” określa “wyznaczony”, nie powinno więc być za “terenem”. Moim skromnym.
Czekała go utylizacja w pobliskim zakładzie i wyfrunie pod postacią dymu ku górze
“Wyfrunięcie” raczej?
Kantyna, którą im przydzielono na stałe, wypełniał już tłum ludzi.
Kantynę?
blisko składziku dla brudnych pudełek i kubków.
Moim zdaniem lepiej “przy” składziku, albo “obok”.
skutecznie odstraszał inne zawody.
Raczej przedstawicieli zawodu.
A może kwas pozbawił ich już niektórych tonów zapachowych?
To zdanie sugeruje, że czyściciele (częściowo) stracili zapach, a chodzi o przecież o węch.
spędzał, naznaczony rzędem cyfr
Raczej nieuzasadniony przecinek.
choć do użycia mieli tylko i wyłącznie ten sam, wściekle żółty, kwas.
Mogli używać albo używali.
Uświadomiła sobie, że siedząc przy lotnikach, jej uniform wyróżnia się aż zbyt dobrze
Jeśli używasz imiesłowu, to podmiot musi być ten sam – w obecnej formie zdanie znaczy, że uniform siedział.
Gdy nawet tej osłony przed zimnem mu odmówiono, odsłonięto przed oczyma widzów całą jego obłudę i grzech.
Odczułem to jako powtórzonko.
Budynek poborowy stanowił dziwną mieszaninę społeczeństwa.
Ludzie w budynku raczej.
już powtarzać danych z czytnika, który specjalista już
Mięśnie[,] nienawykłe do takiego wysiłku i naprężenia, zdawały się rwać jak cienkie nitki.
Albo dwa przecinki, albo (chyba?) żadnego.
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
GalicyjskiZakapior – bardzo dziękuję za tyle miłych słów i wspaniałych uwag, które z całą pewnością wezmę do serca i zawrę w tekście. Zwłaszcza te o ekspozycji – dopiero ćwiczę krótką formę i szczególnie spostrzeżenia na jej temat bardzo mi się przydadzą, by uczyć się takie formy tworzyć
Błędy oczywiście poprawię – zgodnie z sugestiami czytelników, za które jestem bardzo wdzięczna.
Witaj. :)
O ile dobrze widzę, jesteś tu już jakiś czas, ale to Twój debiut, zatem serdecznie Ci go gratuluję. :)
W dziale Publicystyka znajdziesz pomocne nam wszystkim Poradniki, w tym – językowe, dialogowe, myślowe oraz – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. ;)
Sprawy językowe i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przeanalizowania):
Mam pewien problem z rodzajem – czasem bohaterów piszesz w rodzaju żeńskim, czasem męskim, więc trzeba to jakoś ujednolicić(chyba że to celowe):
Otworzyła oczy i zwróciła się ku zabrudzonej twarzy Trzysta dwadzieścia jeden. Trzymał już w ręku gotową szczotkę, by zacząć szorować powierzchnię chodnika, gdy tylko zdoła odkręcić zawór i dozownik wypuści odpowiednią dawkę kwasu. (…)
Trzysta dwadzieścia dwa i Trzysta dwadzieścia cztery zajmowały się usuwaniem tego, co do niedawna nazywali „Trzy dwa pięć”. (…)
Mogła oczywiście nacisnąć odpowiedni guzik i samemu sprawdzić licznik, ale możliwość rozkazywania maszynie stanowiła dla niej ulotną chwilę triumfu. (…)
Za nią dwóch pozostałych ciągnęło biodegradowalny worek, który do niedawna był ich kolegą.
Nie oddalili się na tyle, by trzeba ich było doganiać. Wyznaczony dla nich teren na to przedpołudnie był szczęśliwie niewielki. – powtórzenia?
Ten tu, świeżak, uważa, że nie wygrałem żadnego wyścigu lotników w tym sezonie. – zbędne dwa pierwsze przecinki?
Nikt niby nie interesował się ich wolnym czasem, ale informacja, że któryś z czyścicieli buja w obłokach, byłaby odebrana, jako obelga dla jej kolegów i koleżanek z sektora. – czy aliteracja celowa?
Będzie skąpana we mgle, tej zbyt porannej, abyś ją mógł przeoczyć – kontynuował przerwany w kolejce temat Ace. – Zmniejszysz prędkość, zatoczysz łuk i będziesz myślał, że nie ma rzeczy, której byś nie dał rady zrobić. – powtórzenie?
– Kwas również ma swoje procedury, ale nikt nie nazywa tego poezją – wydusiła, bo jej towarzysze koniecznie chcieli wydobyć z niej głos rozsądzający. – i tu?
– Leć (przecinek?) jak najwyżej się da! – odpowiedzieli jej chórem towarzysze.
Egzekutor podszedł do łóżka szpitalnego, na którym przytaszczono nieszczęśnika. – tu dopytam: czy rzeczywiście dostarczono go do szpitala na łóżku?
Ten, skądinąd okrutny opis, w porównaniu z innymi, szczegółowymi fragmentami, potraktowałaś zbyt pobieżnie – nasuwa się generalne pytanie: JAK tego dokonywali?:
Na oczach publiczności najpierw pozbawili mężczyznę życia. Następnie, kawałek po kawałku, zabierali to, co jeszcze mogło się przydać społeczeństwu: język, serce, płuca, wątrobę, nerki i inne, zapewne bardzo cenne, elementy zasobu ludzkiego.
Elaia wpatrywała się w jasny płomień, nie mogąc uwierzyć w to, co widziała. Nikt nie zanucił pieśni pogrzebowej. – tu nieco dziwi mnie, czemu spodziewała się pieśni pogrzebowej, skoro został ukarany, bo był – jak rozumiem – przestępcą (?)
Nie zamierzała już powtarzać danych z czytnika, który specjalista już wprowadzał do swojego urządzenia. – powtórzenie?
Przed sobą, na ścianie sąsiadującej z platformą, czytasz napis (za dużo spacji?; może dać tu myślnik, albo dwukropek?) Jak umierać – to tylko teraz. Jak umierać – to tylko tak.
Nie masz czasu na zastanawianie się, czy to prawda. Wystarczy, że to czujesz. – powtórzenie?
Czasem gwiazdkę, rozdzielającą większe akapity, masz na środku, a czasem – z boku.
Z resztą, tak samo jak matka, babka, dziadek i reszta krewnych oraz znajomych. – ort. – razem?
Widziała (przecinek?) jak pozostali odprowadzają lotnika niechętnym wzrokiem.
Wszyscy jej współpracownicy wiedzieli, o czym marzyła. Zdradzało to jej zachowanie, gdy spoglądała w górę. – powtórzenie?
Trzysta dwadzieścia siedem nie wierzył, że mogła by polecieć? – ort. – razem?
Gdy stajesz pod nim, wydaje się, że sięgasz po same słońce. – gramatyczny rażący?
Czyściciel nosił podeszwy gładkie, antybakteryjne, by przypadkiem nie nanieść ich na dopiero wyczyszczoną powierzchnię. – składniowy – by nie nanieść podeszw?
Mięśnie (przecinek?) nienawykłe do takiego wysiłku i naprężenia, zdawały się rwać jak cienkie nitki.
Gdy mijasz iglicę poborowego, wiesz, ze za chwilę spotkasz się sam ze sobą. – literówka?
Twój własny cel. Twój priorytet.
Jej własne odbicie w wieżowcu za poborowym… Rozwichrzone włosy, wyraz bólu i nadludzkiego wysiłku. Szary mundur rozdarł się w miejscach, gdzie materiał nie wytrzymał naprężenia. Palce odmawiały jej posłuszeństwa, choć starała się z całych sił utrzymać je na właściwej pozycji. Gdyby pozwoliła sobie puścić jedną rękę, zderzyłaby się z zabudowaniami miasta. Czy tak w istocie wyglądało przeznaczenie? Jej własne miejsce we wszechświecie? – powtórzenia?
Dusiła się wtłaczanym w nos i usta powietrzem, którego dawniej tak jej brakowało. Walczyła z niewygodnym położeniem ciała, nie mogąc dotrzymać kroku maszynie, nad którą nie potrafiła zapanować. – powtórzenie?
Mimowolnie zgarbiła się, zamknęła w sobie. Chciała zwinąć się w kłębek, zachęcić się do dalszego wysiłku. Zimny pot wystąpił na czoło, gdy do umysłu wdarło się przeczucie, że brak jej oddechu. Grawitacja upomniała się o własne dziecko. – powtórzenia?
Pomysł na świat i rządzące nim zasady oraz marzenia głównej bohaterki i sposób ich realizacji, jak również wzruszająca dedykacja spodobały mi się na tyle, że chciałabym, aby jeszcze Ktoś bardziej doświadczony tu zerknął. Wspaniale oddałaś makabryczne życie tytułowej bohaterki i innych „czyścicieli”, widzę tu wiele odniesień do realiów dnia codziennego, szczególnie – państw totalitarnych. Znakomicie pokazujesz cały przekrój społeczeństwa i rozmaite przykłady „niesubordynacji” oraz konsekwencje takich zachowań. Są pewne bariery, których marzyciel/buntownik pokonać nie może. Byłam bardzo ciekawa, jak zakończysz tę opowieść. Żal dziewczyny, lecz postąpiła ona zgodnie ze swoim mottem życiowym i to napawa pewną radością oraz szacunkiem i podziwem – nie poddała się, walczyła, pokazała odwagę i upór, udowodniła, że nic nie stanie jej na przeszkodzie w realizacji celu. :)
Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik (biblioteczny oraz piórkowy), powodzenia. :)
Pecunia non olet
Hej hej dziewczyno :)
Ciesze się, że coś skrobnęłaś i dałaś się przekonać, żeby i tutaj coś wrzucić :) Debiut masz stokroć lepszy ode mnie :)
(btw, czy mogę, niczym sam Onufry Zagłoba, zakrzyknąć, że jam się to nie chwaląc sprawił, że ktoś cię przekonał, do wrzucenia tekstu tutaj?:)
Nie mam nic do dodania. Bardzo fajny, brudny świat i jak widać, umiesz w krótkie formy :) Świetnie ci się udało ująć formę emocjonalną bez nazywania ich wprost. Brawo!
Kliknę podwójnie nawet, jeżeli poprawisz błedy wskazane przez Zakapiora i bruce ;)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)
bruce – bardzo dziękuję za wszystkie tak cenne dla mnie spostrzeżenia! Wszystko zostanie uwzględnione w poprawkach 
melendur88 – tak, owszem, panie Zagłoba, miał waćpan rację! xD Pan żeś to sprawił ;). Czy umiem w krótkie formy – tu jeszcze jestem ostrożna. To nie DOKK, gdzie ekspozycja wjeżdża czasem na plan pierwszy xD. Trzeba się tego nauczyć, zapamiętać i stosować – ale to bardzo ciekawa nauka, zwłaszcza dzięki tak wspaniałym, merytorycznym komentarzom!
I ja dziękuję, poprawiaj szybko, nominowałam ten tekst i będzie teraz dokładnie czytany oraz analizowany przez Najtęższe Umysły Portalu! :) :)
W HP masz wątki, gdzie możesz zapytać o każdą wątpliwość – merytoryczną, dialogową, językową itp. – tam odpowiadają Najlepsi. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Witaj! Bardzo podobał mi się ten tekst. Świetnie zarysowałaś dystopijny, bezwzględny świat, w którym bohaterka próbuje przebić się ze swoimi marzeniami. Piszesz w naturalny i piękny sposób, z przyjemnością czytałem. Pozdrawiam!
Szczegół techniczny:
Z resztą, tak samo jak matka.
bruce – dziękuję za nominację i informację o HP – z pewnością się przyda! Pozdrawiam serdecznie!
kronos.maximus – bardzo dziękuję za wspaniały komentarz i uwagę! Również pozdrawiam!

Pecunia non olet
To ładnie, konsekwentnie napisane opowiadanie o dążeniu do wolności. Tyle, że tematyka kłóci się i z formą, i z treścią. I jednej i drugiej brakuje polotu, odrobiny szaleństwa, które wyróżniłyby opowiadanie na tle innych, wałkowanych od tysięcy lat historii. Wszystko tutaj jest bezpieczne, wpisane w uznany schemat i przewidywalne.
Tym nie mniej, doskonała robota, jak na debiut! Warsztat masz pierwszorzędny.
jerry_gainer – bardzo dziękuję za szczery komentarz i lekturę. Zwłaszcza, za uwagę o tematyce – wezmę je sobie do serca i może uda się rozwinąć jeszcze tą umiejętność, pisząc dalej formy takie jak opowiadanie. W końcu, praktyka czyni mistrza ;)
Pozdrawiam serdecznie!
@Finn Katera
Cała przyjemność po mojej stronie. Nie bierz sobie mojego marudzenia do serca ZA BARDZO. To twoje opowiadanie i dopóki tobie się podoba, wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Nikt nie oddał honorów temu, który miał być może rację.Za chwilę jej ekipa otrzyma rozkaz posprzątania sali
Tu Ci spacja poleciała razem z bohaterką, trzeba ją przywrócić na miejsce :D
Gratuluję udanego debiutu. Lepszego niż większość debiutów. Bez wątpienia tekst jest dobry, poprawnie napisany, chociaż widziałem, że buldożer już przejechał przez tekst i naniosłaś szybko poprawki, co dobrze o Tobie świadczy.
Fajna refleksja, cenię to sobie w tekstach. Opowiadanie jest spokojne, prowadzone dość wolno. Przekładasz klimat nad akcję, ja akurat to lubię, chociaż momentami potrzeba czegoś, co chwyci uwagę czytelnika i nie puści do końca. Tutaj tego troszkę zabrakło. Były momenty bardzo ciekawe, ale było też troszkę nudniejszych.
Sam pomysł na świat udany, bohaterka jest żywa, daje się lubić. Kibicowałem jej.
Zakończenie super, dobrze, że nie poszłaś w “dobre” zakończenie historii, gorzkie idealnie się wpasowało.
Podsumowując jest kilka rzeczy nad którymi warto popracować, ale tekst z pewnością należy do udanych, czego serdecznie gratuluję. Oby tak dalej. Pisz, komentuj, a i inni będą czytać Twoje teksty.
Z przyjemnością doklikuję do biblioteki i pozdrawiam.
You cannot petition the Lord with prayer!
@MichaelBullfinch bardzo dziękuję za komentarz, uwagi oraz klik!
Cenię sobie każdą obserwację, którą zostawili tu Czytelnicy i jestem im wszystkim niezmiernie wdzięczna, bo każdy z nich sprawia, że ten tekst staje się lepszy, bardziej czytelny; Jest drogą, która wiele uczy – a każda z tych lekcji okazuje się niezwykle cenna!
Pozdrawiam serdecznie!
I to jest dobre podejście!
Pozdrawiam i powodzenia!
You cannot petition the Lord with prayer!
Choć świat, w którym przyszło żyć Elai przedstawiłaś dość oszczędnie, to jednak umiejętnie pokazałaś powody, które decydowały o tym, że to nie był dobry świat, dlatego łatwiej zrozumieć dążenie bohaterki do spełnienia marzenia i wzlecenia ponad wszystko, choćby miał to być lot pierwszy i ostatni zarazem.
Bardzo poruszające opowiadanie. Czytało się dobrze. :)
Dusili się w w spalinach metropolii… → Dwa grzybki w barszczyku.
…możliwość rozkazywania maszynie była ulotną chwilą triumfu. Brak zanieczyszczeń. Brak zanieczyszczeń – zabrzmiała zgrzytliwa odpowiedź urządzenia. → Skoro urządzenie mówi, zapisałabym to od nowego wiersza, jak dialog:
…możliwość rozkazywania maszynie była ulotną chwilą triumfu.
– Brak zanieczyszczeń. Brak zanieczyszczeń – zabrzmiała zgrzytliwa odpowiedź urządzenia.
Zerknęła pod swoje stopy. → Czy zaimek jest konieczny?
…śmiertelny zastrzyk – ampułka zawierała w sobie środek… → Zbędny zaimek – czy ampułka mogła zawierać coś, co nie znajdowało się w niej?
Wystarczy: …śmiertelny zastrzyk – ampułka zawierała środek…
…tego na jej prawym biodrze. → Czy zaimek jest konieczny?
Nikt nie oddał honorów temu, który miał być może rację.Za chwilę… → Brak spacji po kropce.
…i tutaj barwy wprawiały w oczopląs. → A może: …i tutaj barwy sprawiały, że dostawało się oczopląsu.
– W priorytecie ma pani… → Dlaczego zwraca się do Elai per pani, a nie Trzysta dwadzieścia trzy?
Ledwie podmuch mógł zdmuchnąć je z łatwością. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Ledwie powiew mógł zdmuchnąć je z łatwością.
Nigdy nie robisz patrolu sam. → Czy, skoro mówi do dziewczyny, nie powinno być: Nigdy nie robisz patrolu sama.
…za chwilę spotkasz się sam ze sobą… → Mówi to do Elai, więc: …za chwilę spotkasz się sama ze sobą…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy, bardzo dziękuję za cenne uwagi. Poprawię je niezwłocznie!
Bardzo proszę, Finn Katero. Miło mi, że mogłam się przydać. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Serwus,
Dobre i sprawnie napisane opowiadanie. Spodobało mi się.
Symboliczny klik, bo tekst jest już w bibliotece.
Dobry debiut, gratuluję!
Pozdrawiam,
rr
Robert Raks –bardzo dziękuję za komentarz, “klik” i lekturę! Cieszy mnie bardzo, że się spodobało ^^