- Opowiadanie: Bardjaskier - Czarny cylinder

Czarny cylinder

Hej 

 

Umiesz­czam przy­pi­sy do tek­stu. Nie są po­trzeb­ne by zro­zu­mieć treść ale może kogoś za­in­te­re­su­ją :)

 

(1) – szku­ner pre­rii to nazwa wozu za­kry­te­go ma­te­ria­łem.

 (2) - Świę­ci w Dniach Ostat­nich ina­czej mor­mo­ni.

(3) - Union Pa­ci­fic to ame­ry­kań­ska kom­pa­nia ko­le­jo­wa za­ło­żo­na w 1862 roku, która bu­do­wa­ła linię ko­le­jo­wą na za­chód od rzeki Mis­so­uri w ra­mach pierw­szej kolei trans­kon­ty­nen­tal­nej. 

(4) – "Pra­ise to the Man" - frag­ment pio­sen­ki ku czci Jo­seph Smith

(5) - Nauki i Przy­mie­rza – zbiór ob­ja­wień i wska­zań dok­try­nal­nych frag­ment roz­dzia­łu 132.

(6) - Star­szy (Elder) — w gru­pie mor­mo­nów to męż­czy­zna po­sia­da­ją­cy wyż­sze ka­płań­stwo, który pełni funk­cję du­cho­we­go prze­wod­ni­ka: pro­wa­dzi mo­dli­twy, na­ucza i udzie­la ob­rzę­dów re­li­gij­nych.

(7) – Księ­ga Hioba 1,21

(8) – Księ­ga Hioba 2,10

(9) – Księ­ga Hioba 13,15

(10) – Ma'he­ohtsé-vo'kėstse – to okre­śle­nie, które może ozna­czać „Wznie­sio­ne miej­sce dla Wiel­kie­go Ducha” ale w ję­zy­ku Cze­je­nów nie ma do­słow­nie ta­kie­go słowa. Ma’heo’o ozna­cza „Wiel­ki Duch”.

(11) – Księ­ga Ka­płań­ska 24,16

(12) – Księ­ga Iza­ja­sza 1,18

(13) – Jo­seph Smith (1805–1844) był ame­ry­kań­skim przy­wód­cą re­li­gij­nym i za­ło­ży­cie­lem Ko­ściół Je­zu­sa Chry­stu­sa Świę­tych w Dniach Ostat­nich. 

(14) – Fort D. A. Rus­sell, za­ło­żo­ny w 1867 roku w po­bli­żu Chey­en­ne, był bazą ka­wa­le­rii armii USA ma­ją­cą chro­nić linię ko­le­jo­wą Union Pa­ci­fic oraz osad­ni­ków na po­gra­ni­czu. Sta­no­wił ważny punkt woj­sko­wy pod­czas kon­flik­tów z ple­mio­na­mi Wiel­kich Rów­nin i za­bez­pie­czał roz­wój osad­nic­twa w re­gio­nie.

 

 

Miłej lek­tu­ry :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czarny cylinder

Na rów­ni­nach wiatr świsz­czy, gdy wieje od gór. Sze­le­ści wśród traw. Wyje przed burzą, ale prze­waż­nie szumi – jed­no­staj­nie, nie­stru­dze­nie. Jest czę­ścią pre­rii. Są też noce, gdy za­wo­dzi – prze­cią­gle, ża­ło­śnie, jak ro­dzi­ce nad gro­ba­mi dzie­ci.

Wy­ją­cy Wilk pu­ścił wodze. Sro­kacz w ciem­no­ści zro­bił jesz­cze parę kro­ków. Sta­nął i po­chy­lił łeb. Jesz­cze nie sku­bał trawy, cze­kał, co zrobi Cze­jen. In­dia­nin znie­ru­cho­miał w sio­dle, wtedy koń za­cząć jeść. Jeź­dziec na­słu­chi­wał – wiatr ostrze­gał, nie wie­dział tylko przed czym.

Pierw­szy wy­strzał obu­dził Cze­je­na. Zła­pał i ścią­gnął wodze. Sro­kacz drep­tał nie­spo­koj­nie, gdy od za­cho­du nio­sły się krzy­ki prze­rwa­ne hu­kiem.

Wy­ją­cy Wilk spiął konia piętą. Sro­kacz wbiegł na wznie­sie­nie. Noc sza­rza­ła. Wśród na­mio­tów i wozów bie­ga­li lu­dzie. Wrza­ski za­stą­pi­ły okrzy­ki. Ka­no­na­dę strzelb – po­je­dyn­cze wy­strza­ły z re­wol­we­rów.

Zo­ba­czył Ce­le­ba. Po­znał go po cy­lin­drze, z któ­rym się nie roz­sta­wał. Grupa mor­mo­nów po­cią­gnę­ła męż­czy­znę za obóz i za­czę­ła okła­dać kol­ba­mi. Wy­ją­cy Wilk zro­zu­miał, że nie bę­dzie mógł dłu­żej śle­dzić Ce­le­ba.

Mor­mo­ni w po­śpie­chu skła­da­li na­mio­ty, pa­ko­wa­li do­by­tek na wozy. Nikt nie zwró­cił uwagi na dziec­ko, które wy­szło zza koła szku­ne­ra(1) i za­czę­ło biec.

Cze­jen przez chwi­lę ob­ser­wo­wał, jak znika w ciem­no­ści. Bar­dziej in­te­re­su­ją­cy był los Ce­le­ba. Mor­mo­ni prze­sta­li go ka­to­wać. Nie za­po­wia­da­ło się, by ktoś miał strze­lać.

Nim słoń­ce wze­szło, Świę­ci w Dniach Ostat­nich(2) już byli w dro­dze. Zo­stał jeden szku­ner pre­rii, ciała żon i dzie­ci Ce­le­ba.

 

*

Conor ock­nął się nagle. Nie wie­dział, kiedy i jak zna­lazł się na ulicy. Za to pa­mię­tał, że miał flasz­kę. W ciem­no­ści dłoń od­na­la­zła pła­ski kształt. Reszt­ka whi­sky uspo­ko­iła roz­bie­ga­ne myśli. Wszedł głę­biej w za­ułek i za­drżał. Nie wie­dział, czy to już de­li­rium, a może cho­ler­ny wiatr, który wył mię­dzy do­ma­mi. Coś było nie tak. Wstał.

– Co do…? – wy­beł­ko­tał.

Chwy­cił szyj­kę flasz­ki. Wy­szedł na ulicę. Wiatr coś niósł ze sobą. Conor nie­raz spę­dzał noce pod gołym nie­bem i do­brze znał dźwię­ki rów­nin – to nie był kojot czy wilk. Minął bar, za­kład bal­wie­rza. Prze­biegł na drugą stro­nę ulicy, obok ko­wa­la wszedł na we­ran­dę skle­pu z na­rzę­dzia­mi. Sły­szał tylko jed­no­staj­ny szum.

– Ko­niec z pi­ciem – wy­mam­ro­tał.

Ode­tchnął, zszedł po scho­dach i sta­nął przy ścia­nie staj­ni. Mu­siał się wy­si­kać, nim znów spró­bu­je za­snąć.

Nie zwra­cał uwagi na za­wo­dzą­cy wiatr do chwi­li, gdy znów usły­szał płacz.

– Cho­le­ra! – Conor drgnął, oblał buty i rękaw kurt­ki.

Ci­snął flasz­ką o ka­mień. Z becz­ki wy­cią­gnął jeden z drew­nia­nych trzon­ków ło­pa­ty.

– Dobra, skur­wy­sy­nu!

Minął biuro kolei i wo­zow­nię przy po­czcie. Sta­nął na dro­dze pro­wa­dzą­cej do La­ra­mie.

– Wyłaź, psi synu! – wrza­snął.

Noc była ciem­na. Szum ucichł. Jed­no­staj­ny, cichy płacz na­ra­stał. Conor sły­szał wy­raź­nie. Zbli­żał się, aż w końcu zo­ba­czył – dziec­ko w bieli i czer­wie­ni. Wy­szło z ciem­no­ści, wy­cią­ga­jąc za­krwa­wio­ne ręce. Conor upu­ścił trzo­nek ło­pa­ty i wrzesz­cząc, za­czął biec przez mia­sto.

 

*

Wy­ją­cy Wilk grzał się w po­ran­nym słoń­cu. Cze­kał. Celeb ża­ło­bę prze­cho­dził w ciszy. Długo klę­czał nad cia­ła­mi. Żad­ne­go nie do­tknął. Przed zmro­kiem wstał i ru­szył na wschód. Cze­jen po­cze­kał, aż cy­lin­der znik­nie z pola wi­dze­nia i po­pę­dził sro­ka­cza. Zwło­ki le­ża­ły bli­sko sie­bie. Mor­mo­ni po­sta­wi­li ro­dzi­nę Ce­le­ba przy wozie. Wtedy jedno z dzie­ci mu­sia­ło wejść pod szku­ner. Nie wszy­scy zgi­nę­li od razu. Wy­ją­cy Wilk wi­dział, kto zo­stał do­bi­ty. Skal­py ścią­ga­ła jedna osoba. Ro­bi­ła to bez wpra­wy. Po kilka cięć u każ­dej z ofiar. Cze­jen spraw­dził wóz. Za­brał je­dze­nie, oku­la­ry i har­mo­nij­kę. Nie­da­le­ko od obozu zna­lazł skal­py w płyt­kim dole, roz­ko­pa­nym przez ko­jo­ty.

Wy­ją­cy Wilk za­wró­cił konia i ru­szył za Ce­le­bem.

 

*

Bill miał dosyć.

– Nie mo­że­my tego tak zo­sta­wić! – prze­ko­ny­wał dok­tor.

– To nie nasza spra­wa. Ktoś ją zna?! – upie­rał się bur­mistrz.

Naj­pierw młody Oles­son pchnął nożem Jima przy grze w karty i uciekł z mia­sta. Bill szu­kał go dwie noce, nim zo­rien­to­wał się, że no­żow­nik wró­cił i scho­wał się na sta­rej far­mie.

– Sie­dzi w bur­de­lu Howka! Z dziw­ka­mi! Może od razu za­czną przy­uczać ją do za­wo­du! – Zwy­kle opa­no­wa­ny dok­tor teraz krzy­czał.

– A kto ma się zająć małą?! – bur­mistrz wrzesz­czał już od ja­kie­goś czasu.

Bill był nie­wy­spa­ny. Le­d­wie za­snął, to Conor obu­dził pół mia­sta.

Sze­ryf Bill Thorn­ton po­tarł skro­nie. Mi­gre­na do­ku­cza­ła, noga rwała od dłu­giej jazdy.

– Spraw­dzę to – po­wie­dział.

Bur­mistrz i dok­tor spoj­rze­li na sze­ry­fa.

– Nie ma wyj­ścia. Jeśli po­peł­nio­no zbrod­nię, muszę to zgło­sić do Chey­en­ne.

– Z pew­no­ścią po­peł­nio­no – po­wie­dział dok­tor.

– Niby skąd ta pew­ność? – Bur­mistrz za­plótł ręce na pier­si.

– Dziec­ko jest całe we krwi!

– To jesz­cze nic nie zna­czy!

– Oba­wiam się, że bur­mistrz ma rację – Bill uprze­dził go­to­we­go do ri­po­sty dok­to­ra. – Czy dziec­ko coś po­wie­dzia­ło?

– Nie – od­po­wie­dział medyk. – Moż­li­we, że już nie powie. Jest w cięż­kim szoku. Fi­zycz­nie jest zdro­we, ale psy­chicz­nie…

– Niech zo­sta­nie z dziw­ka­mi, na razie. Kto wie, może znaj­dę ja­kie­goś ży­we­go krew­ne­go tej małej. – Sze­ryf wstał, uwa­ża­jąc na lewą nogę.

– Ko­la­no? – za­py­tał dok­tor.

– Tak, bę­dzie mnie rwać aż do śmier­ci.

– Mia­łeś szczę­ście, że jej nie stra­ci­łeś. Nim wy­je­dziesz, dam ci coś na nią.

– Dzię­ki, dok­to­rze.

– Za­cze­kaj. – Bur­mistrz spoj­rzał na me­dy­ka. – Zo­sta­wisz nas sa­mych?

Po­cze­ka­li, aż dok­tor za­mknie drzwi.

– Naj­le­piej, jeśli nic nie znaj­dziesz – za­czął bur­mistrz. – Ale jeśli, za­łatw to na rów­ni­nie.

– Kiedy przy­ja­dą ci z Union Pa­ci­fic (3)?

– Za dwa, może trzy dni – od­po­wie­dział bur­mistrz. – Jeśli do­wie­dzą się, że mamy tu pro­blem z pra­wem, albo go­rzej, z In­dia­na­mi, to prze­nio­są trasę. To bę­dzie ko­niec La­ra­mie.

– Wiem, mo­żesz na mnie li­czyć.

 

*

Sro­kacz po­ma­łu sta­wiał nogę za nogą. Wy­ją­cy Wilk pa­trzył na Ce­le­ba. Nagie stopy krwa­wi­ły. Jed­no­czę­ścio­wa bie­li­zna – ka­le­so­ny z rę­ka­wa­mi – zmie­ni­ła kolor na brud­no­sza­ry od pyłu nie­sio­ne­go z wia­trem. Spierzch­nię­te wargi po­ru­sza­ły się. To po­wstrzy­ma­ło Wy­ją­ce­go Wilka przed za­bi­ciem Ce­le­ba. Nie bał się bia­łych, ale ode­bra­nie życia temu, który mówi z du­cha­mi, było nie­roz­sąd­ne.

 

*

Bill po­pra­wił me­lo­nik i wypił ko­lej­ną dawkę mik­stu­ry dok­to­ra. Na mi­gre­nę po­dzia­ła­ła od razu, ale noga cią­gle da­wa­ła o sobie znać. Przy wozie z cia­ła­mi za długo klę­czał i bał się, że stara kon­tu­zja nie po­zwo­li mu wstać. Tro­chę dalej zo­ba­czył ko­jo­ta ze skal­pem w pysku – za­strze­lił su­kin­sy­na. Ktoś od­je­chał na wschód. Koń był nie­pod­ku­ty. Sa­mot­ny wo­jow­nik La­ko­ta lub Cze­jen. Bill chwi­lę pa­trzył w ho­ry­zont. Wziął jesz­cze łyk i po­pro­wa­dził ka­re­go wa­ła­cha za ta­bo­rem. Ślady były wy­raź­ne i może ktoś wi­dział, co za­szło.

 

*

Wy­ją­cy Wilk spał nie­spo­koj­nie. „Celeb” – to słowo pierw­szy raz usły­szał, gdy jedno z dzie­ci wo­ła­ło męż­czy­znę w cy­lin­drze. Utkwi­ło w gło­wie Cze­je­na. Od tam­tej pory po­dą­żał za ro­dzi­ną. Na wozie były trzy ko­bie­ty, dwie dziew­czy­ny i trzy dziew­czyn­ki. I Celeb – męż­czy­zna o siwej bro­dzie i skro­niach, który czę­sto wzno­sił ręce ku niebu. Wy­ją­cy Wilk pró­bo­wał zro­zu­mieć, czemu służą ob­rzę­dy, w cza­sie któ­rych Celeb sie­dział oto­czo­ny przez ko­bie­ty i mówił z książ­ki. Biały czło­wiek był jesz­cze cie­kaw­szy, teraz gdy już wszyst­ko stra­cił.

– Celeb. – Cze­jen ze­rwał się z koca.

Wstał, ale bia­łe­go ni­g­dzie nie było. Wy­ją­cy Wilk nie mógł uwie­rzyć, by był w sta­nie iść całą noc. Ze­brał rze­czy i do­siadł sro­ka­cza. Ru­szył po­ma­łu, roz­glą­da­jąc się za śla­da­mi krwi.

 

*

Bill, nim zo­ba­czył blask ogni­ska, usły­szał pieśń nie­sio­ną wraz z wia­trem:

„Chwa­ła mę­żo­wi, co z Je­ho­wą

roz­ma­wiał,

Jezus go na­ma­ścił pro­ro­kiem, wi­dzą­cym.

Bło­go­sła­wio­nym bę­dzie imię

jego,

Czczo­ne przez wier­nych na wieki”. (4)

Kary wa­łach wy­czuł obec­ność mor­mo­na. Szarp­nął łbem. Bill do­pie­ro usły­szał.

– Witaj, bra­cie.

– Witaj, gdzie­kol­wiek je­steś. Ciem­no tu jak w dupie – po­wie­dział sze­ryf. – Znaj­dzie się miej­sce przy ogni­sku na noc?

– Dla każ­de­go, kto ma w sercu miej­sce dla Je­zu­sa Chry­stu­sa – usły­szał z ciem­no­ści.

– To chyba wy­star­czy – po­wie­dział Bill i zsiadł z ka­re­go. – Pie­przo­na noga.

– Wszyst­ko do­brze, bra­cie?

– Tak. Po­mo­żesz mi z ko­niem?

Mor­mon pod­szedł ze strzel­bą. Był młody i rudy jak ir­landz­ki ka­rzeł. Zła­pał wodze i po­pro­wa­dził wa­ła­cha mię­dzy wozy. Bill po­kuś­ty­kał za nim. W obo­zie pach­nia­ło chle­bem i pie­czo­nym mię­sem. Ze szku­ne­rów do­cho­dzi­ły śmie­chy i frag­men­ty roz­mów. Mię­dzy na­mio­ta­mi bie­ga­ły roz­wrzesz­cza­ne dzie­ci. Bill lubił wspól­no­ty mor­mo­nów. Przy­po­mi­na­ły spo­tka­nia przy ro­dzin­nym stole. Więk­szość do­ro­słych krę­ci­ła się przy ogni­sku. Ko­bie­ty dzie­li­ły je­dze­nie. Męż­czyź­ni dys­ku­to­wa­li. Byli też mu­zy­cy ze skrzyp­ca­mi, banjo i akor­de­onem.

– Pro­szę się nie mar­twić o wierz­chow­ca, za­dba­my o niego – po­wie­dział star­szy o twa­rzy prze­ora­nej ospą, ubra­ny w ma­ry­nar­kę. – Usiądź i po­czę­stuj się mię­sem i chle­bem.

– Dzię­ku­ję. Na­zy­wam się Bill Thorn­ton. Jadę z La­ra­mie. Miło bę­dzie w to­wa­rzy­stwie spę­dzić wie­czór i zjeść coś cie­płe­go – po­wie­dział sze­ryf i usiadł mię­dzy dwie­ma ro­dzi­na­mi.

Nie umknę­ło uwa­dze Billa, że skła­da­ły się z kilku żon.

– „Jeśli męż­czy­zna po­ślu­bi inną” – za­czął ospo­wa­ty, gdy tylko pod­ła­pał spoj­rze­nie Billa – „a pierw­sza wy­ra­zi zgodę, a obie są dzie­wi­ca­mi i nie ślu­bo­wa­ły żad­ne­mu in­ne­mu męż­czyź­nie, wtedy jest uspra­wie­dli­wio­ny”.(5)

– „Bóg na­ka­zał Abra­ha­mo­wi, Sara dała Hagar Abra­ha­mo­wi za żonę. A dla­cze­go to uczy­nił? Po­nie­waż takie było prawo”(5) – od­po­wie­dział męż­czy­zna przy Thorn­to­nie.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział Bill, gdy ode­brał miskę z je­dze­niem. – Mnie to nie wadzi. Nie mu­si­cie się tłu­ma­czyć. Ale jest to nie­co­dzien­ny widok. Wy­bacz­cie brak dys­kre­cji.

– Nie wszy­scy tak na to pa­trzą – po­wie­dział ospo­wa­ty.

– Moż­li­we. Ja jed­nak nie mam czasu na roz­strzy­ga­nie spo­rów na­tu­ry du­cho­wej – wy­ja­śnił Bill i za­gryzł ja­gnię­ci­nę chle­bem ku­ku­ry­dzia­nym.

– Nie ma nic waż­niej­sze­go w życiu do­cze­snym. Pa­mię­taj, że wszy­scy zo­sta­nie­my osą­dze­ni w kró­le­stwie nie­bie­skim – po­wie­dział ospo­wa­ty.

– Jako sze­ryf mam obo­wią­zek dbać, by część grzesz­ni­ków sąd spo­tkał jesz­cze za życia. Wy­bacz, ale to za­ję­cie trak­tu­ję na tyle po­waż­nie, że nic in­ne­go nie jest w sta­nie zaj­mo­wać mi myśli. Je­steś Star­szym(6) tego ta­bo­ru?

Mu­zy­cy za­po­mnie­li, co mają grać. Mor­mo­ni uci­chli nagle i z uwagą wpa­try­wa­li się w ospo­wa­te­go.

– Tak. –  Star­szy wy­glą­dał na nie­wzru­szo­ne­go.

– Świet­ne mięso, a chleb, lep­sze­go nie ja­dłem – prze­rwał ciszę Bill i ob­li­zał palce.

– Ży­je­my we­dług prawa Bo­że­go – po­wie­dział Star­szy.

– Sza­nu­ję to, ale je­stem zo­bo­wią­za­ny, by każdy w moim okrę­gu re­spek­to­wał rów­nież prawo te­ry­to­rium Wy­oming.

– Ko­deks prawa wy­wo­dzi się wprost z przy­ka­zań Bo­żych, a te, za­pew­niam, re­spek­tu­je­my. – Ospo­wa­ty roz­ło­żył ręce, skrzy­pek za­czął grać spo­koj­ną me­lo­dię.

– Cie­szy mnie to nie­zmier­nie. – Bill rzu­cił me­ta­lo­wą miskę przed ka­mie­nie uło­żo­ne wokół ogni­ska. – Bo wi­dzisz…?

– Hyrum Jen­sen – przed­sta­wił się Star­szy.

– Hyrum. Nieco na po­łu­dnie stąd do­ko­na­no zbrod­ni na ko­bie­tach i dzie­ciach. Za­strze­lo­no je i oskal­po­wa­no. Wokół zna­la­złem ślady wozów, które do­pro­wa­dzi­ły mnie do was.

Hyrum spo­waż­niał, część mor­mo­nów ode­szła od ogni­ska.

– Czy je­ste­śmy po­dej­rza­ni? – za­py­tał Star­szy.

– Ależ skąd. Po­my­śla­łem tylko, że może wi­dzie­li­ście coś, co po­mo­gło­by mi w uję­ciu spraw­cy.

– Nie wi­dzie­li­śmy nic po­dob­ne­go. Moż­li­we, że ci nie­szczę­śni­cy roz­bi­li obóz w miej­scu, gdzie i my sta­li­śmy. Umie­my o sie­bie za­dbać i na pewno po­mo­gli­by­śmy bliź­nim w po­trze­bie.

– No tak – przy­znał Bill. – Widać mieli pecha, że się z wami roz­mi­nę­li.

– Widać taka była wola Boża.

– Być może. Dziw­ne. Nie zna­la­złem ciała żad­ne­go męż­czy­zny.

– Róż­nych po­dróż­nych spo­ty­ka­my w dro­dze – za­czął Star­szy – ale wy­da­je mi się, że spra­wa jest oczy­wi­sta.

– Tak? To słu­cham. – Bill wy­cią­gnął fajkę i nabił głów­kę ty­to­niem.

– Za­ata­ko­wa­li ich In­dia­nie. Męż­czyź­ni od­cią­gnę­li dzi­kich, by dać ko­bie­tom czas na uciecz­kę. Zgi­nę­li, a In­dia­nie do­go­ni­li po­zo­sta­łych i wy­mor­do­wa­li. Może po­wi­nien sze­ryf po­szu­kać resz­ty ciał, a w na­stęp­nej ko­lej­no­ści zgło­sić spra­wę armii.

– To by roz­wią­za­ło moje pro­ble­my. Tylko wi­dzisz, Hyrum, In­dia­nie rzad­ko skal­pu­ją ko­bie­ty, a na pewno nie robią tego z dzieć­mi.

– Dzicy są nie­obli­czal­ni, dla­te­go na­zy­wa­my ich dzi­ki­mi.

– Słusz­na uwaga. – Bill wy­grze­bał z ogni­ska ża­rzą­cy się patyk, przy­sta­wił do głów­ki fajki i pyk­nął kilka razy, wy­pusz­cza­jąc kłęby dymu. – Ale można prze­wi­dzieć dzia­ła­nia In­dian, jeśli tro­chę się ich pozna. Wie Star­szy, czemu za­bie­ra­ją skal­py?

– Bo są bru­ta­la­mi?

– Nie. To spra­wa od­wa­gi. Ścią­gnię­cie skal­pu z głowy wo­jow­ni­ka po­zwa­la ode­brać część mę­stwa po­ko­na­ne­mu wro­go­wi. Ko­bie­ty i dzie­ci to żadna zdo­bycz.

Star­szy wstał i uśmiech­nął się życz­li­wie. Resz­ta mor­mo­nów ro­ze­szła się do na­mio­tów.

– Jak wi­dzisz, kła­dzie­my się wcze­śnie. Przed nami sporo drogi, więc ru­sza­my o świ­cie. Wy­bacz, ale nie je­stem w sta­nie bar­dziej pomóc – po­wie­dział Hyrum.

– Nie ma spra­wy i dzię­ku­ję za ko­la­cję.

– Sko­rzy­staj z na­sze­go ognia, niech cię ogrze­je w nocy. Kto wie, może wraz z nowym dniem wszyst­ko sta­nie się jasne.

 

*

Wy­ją­cy Wilk zo­sta­wił sro­ka­cza i przy­kuc­nął. Celeb leżał i krzy­czał. Cza­sem wsta­wał i bie­gał mię­dzy drew­nia­ny­mi kon­struk­cja­mi. Zna­lazł ka­mień i tłukł nim o czoło, aż krew za­la­ła mu twarz. Nie ru­szył kości na plat­for­mach ani broni wo­jow­ni­ków La­ko­ta. Cze­jen ża­ło­wał, że nie zabił Ce­le­ba, gdy miał oka­zję. Teraz mu­siał po­cze­kać, aż opu­ści świę­te miej­sce. Usiadł i cze­kał.

 

*

Bill zła­pał kolbę re­wol­we­ru. Kroki zbli­ży­ły się, ale nie na tyle, by mu­siał użyć broni. Ktoś stał w ciem­no­ści.

– Bra­cie, przy­cho­dzę w po­ko­ju. Nie mie­sza­my się w cudze spra­wy, dla­te­go Hyrum nie po­wie­dział o męż­czyź­nie w cy­lin­drze i ka­le­so­nach. Szedł boso na wschód od miej­sca, o któ­rym mó­wi­łeś. Pan z tobą, sze­ry­fie.

Mor­mon ostroż­nie za­czął się cofać, aż znik­nął w mroku nocy.

 

*

Krew na twa­rzy Ce­le­ba za­krze­pła. Czuł ból, któ­re­go nie mogło za­głu­szyć fi­zycz­ne cier­pie­nie. Od­bie­ra­ją­cy zmy­sły.

Czuję to. Tak. Wy­raź­nie.

Celeb po raz pierw­szy wi­dział, choć był pe­wien, że od kilku dni nie zmru­żył oka. Była noc, na nie­bie świe­ci­ły gwiaz­dy i księ­życ. Wiatr ucichł zu­peł­nie, a wraz z nim ból.

Czy teraz ci le­piej?

Celeb wstał, ro­zej­rzał się mię­dzy drew­nia­ny­mi plat­for­ma­mi. Cisza na rów­ni­nie była nie­zwy­kła, nie mniej niż ulga, któ­rej za­znał.

– Gdzie je­steś? – za­py­tał, po­pę­ka­ne usta pie­kły przy każ­dym sło­wie.

Bli­sko.

Celeb prze­szedł mię­dzy żer­dzia­mi. Ob­ra­zy wró­ci­ły – zo­ba­czył ko­bie­ty tu­lą­ce dzie­ci, dziew­czę­ta za­sła­nia­ją­ce oczy córek.

Nie od­chodź. Bo ból wróci.

– Gdzie cię szu­kać?! – wrza­snął, a głos po­niósł się po rów­ni­nie.

Tam, gdzie nie ma cier­pie­nia.

Celeb pod­szedł do ster­ty ka­mie­ni mię­dzy żer­dzia­mi. Z dołu plat­for­my zwi­sa­ły pióra przy­wią­za­ne do rze­mie­ni – kru­ków, in­dy­ków i ja­strzę­bi.

Widzę cię.

Celeb zo­ba­czył kształt po dru­giej stro­nie kopca. Wy­glą­dał jak od­bi­cie w je­zio­rze. Nie­wy­raź­nie, ro­ze­dr­ga­ne.

– „Nagi wy­sze­dłem z łona matki mojej i nagi tam wrócę. Pan dał, Pan za­brał, niech bę­dzie imię Pań­skie bło­go­sła­wio­ne”.(7)

Dobro przy­ję­li­śmy z ręki Boga. Czemu zła przy­jąć nie mo­że­my?(8)

Kształt pod­szedł do ka­mie­ni i wy­cią­gnął rękę, przy­ło­żył do ro­ze­dr­ga­ne­go po­wie­trza.

Po­wiedz tylko słowo, a przy­bę­dę.

– „Choć­by mnie zabił, prze­cież Mu ufać będę”(9) – po­wie­dział Celeb i przy­ło­żył dłoń. – Przyjdź do mnie.

Celeb zo­ba­czył za­krwa­wio­ną stopę. Na­stęp­nie nogę w brud­nych ka­le­so­nach. Po­stać w cy­lin­drze prze­szła pod pió­ra­mi. Palce ich dłoni splo­tły się ze sobą.

– Je­ste­śmy jed­no­ścią – wy­szep­tał Celeb.

Jesz­cze nie.

Męż­czy­zna wierz­chem dłoni po­gła­skał po­li­czek Ce­le­ba. Uniósł głowę. Pod cy­lin­drem były gwiaz­dy, pla­ne­ty i ko­me­ty prze­ci­na­ją­ce nie­bo­skłon.

– Pięk­ne – po­wie­dział.

Palce wnik­nę­ły pod skórę Ce­le­ba, de­for­mo­wa­ły po­li­czek, nos i oczo­dół, pa­li­ły żywym ogniem.

 

*

Wy­ją­cy Wilk obu­dził się, choć nic go nie za­alar­mo­wa­ło. Leżał chwi­lę i ob­ser­wo­wał sro­ka­cza. Koń ner­wo­wo bił ko­py­tem o zie­mię. Cze­jen wstał. Noc była cicha i jasna. Na twa­rzy nie po­czuł naj­mniej­sze­go po­wie­wu wia­tru. Spoj­rzał na Ma'he­ohtsé-vo'kėstse(10). Nie do­strzegł Ce­le­ba mię­dzy żer­dzia­mi. Do­siadł konia – nie mógł po­zwo­lić odejść bia­łe­mu.

Cze­jen usły­szał wę­sze­nie. Potem zo­ba­czył Ce­le­ba. Klę­czał na plat­for­mie wśród kości, pod­par­ty rę­ko­ma. Głowę wy­cią­gnął jak wilk ła­pią­cy trop. Spod cy­lin­dra do­bie­gał świst wcią­ga­ne­go po­wie­trza.

Wy­ją­cy Wilk na krót­ką chwi­lę za­po­mniał o zmar­łym synu – jakby nigdy się nie na­ro­dził. Spiął konia pię­ta­mi. Sro­kacz ru­szył ga­lo­pem. Cze­jen nie mu­siał po­pę­dzać zwie­rzę­cia. Koń gnał jak naj­da­lej od cmen­ta­rza La­ko­tów. Wy­ją­cy Wilk za­mknął oczy i zo­ba­czył Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia, tę­sk­no­ta za dziec­kiem wró­ci­ła. Kosz­to­wał tę chwi­lę, jakby znów mógł stra­cić to, co prze­peł­nia­ło serce cier­pie­niem. Po­czuł wiatr na twa­rzy, a wraz z nim usły­szał:

Czuję. Czuję twój ból.

 

*

Mor­mo­ni szy­ko­wa­li się do dal­szej drogi. Hyrum stał i pa­trzył na jeźdź­ca, który był już tylko drob­ną plamą na rów­ni­nie.

– Po­wie­dzia­łeś mu o Ce­le­bie? – za­py­tał ru­de­go chło­pa­ka.

– Tak, ojcze, jak ka­za­łeś.

– Do­brze. Nim znaj­dzie ciało, my już bę­dzie­my da­le­ko.

– Czy do­brze uczy­ni­li­śmy? – za­py­tał chło­pak.

– „Kto bluź­ni imie­niu Pana, po­nie­sie śmierć, cała spo­łecz­ność uka­mie­nu­je go”(11) – od­po­wie­dział Star­szy. – Tu cho­dzi o dobro wspól­no­ty. Tacy jak Celeb są jak chwa­sty w ogro­dzie. Na­szym obo­wiąz­kiem jest je usu­wać.

 

*

Bill szyb­ko zna­lazł trop in­diań­skie­go konia. Pro­wa­dził na wschód. Póź­niej na­tra­fił na ślady stóp i krew.

W nocy źle spał. Nie z po­wo­du nogi, ale mi­gre­ny. Tak długo cier­piał na bóle głowy, że gdy usta­ły, obu­dził się nagle. Na rów­ni­nie pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza. Nie po­tra­fił po­now­nie za­snąć. Osio­dłał konia i ru­szył. Mi­gre­na wró­ci­ła razem z sil­ny­mi po­dmu­cha­mi. Przy­jął to z ulgą – pre­ria znów funk­cjo­no­wa­ła pra­wi­dło­wo.

Przed po­łu­dniem zo­ba­czył jeźdź­ca. Pę­dził wprost na Billa. Sze­ryf zsiadł z ka­re­go. Wy­cią­gnął lu­ne­tę. Cze­jen był ogrom­ny. Po­ło­wę twa­rzy po­ma­lo­wał na czer­wo­no, resz­tę na czar­no. Włosy miał spię­te. Nad głową wy­sta­wa­ły ja­strzę­bie pióra.

– Spo­koj­nie – po­wie­dział Bill do wa­ła­cha.

Po­cze­kał, aż zwie­rzę za­cznie jeść trawę. Wy­cią­gnął re­wol­wer i oparł ręce na sio­dle.

Sro­kacz Cze­je­na wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go, mimo to nie zwal­niał. Jeź­dziec wcze­pił dło­nie w koń­ską grzy­wę. Sze­ryf nie opu­ścił broni. Wie­dział, że dla Cze­je­na do­by­cie włócz­ni lub to­ma­haw­ku, nawet w ga­lo­pie, i celne pchnię­cie bro­nią to drob­nost­ka. Zła­pał kolbę obu­rącz i od­cią­gnął kurek.  Przy­mknął lewe oko. Zie­mia drża­ła pod ko­py­ta­mi. Bill sły­szał cięż­ki od­dech sro­ka­cza. Ce­lo­wał w pierś konia. Wstrzy­mał od­dech i po­ło­żył palec na spu­ście.

Cze­jen prze­mknął obok ka­re­go. Wa­łach wierz­gnął i od­biegł ka­wa­łek. Bill sklął nogę, która jak za­wsze ode­zwa­ła się w złym mo­men­cie. Po­kuś­ty­kał do konia i zła­pał wodze. Pa­trzył, jak Cze­jen szyb­ko się od­da­la.

– Czemu mia­łeś za­mknię­te oczy, su­kin­sy­nu? – za­py­tał i po­gła­skał wa­ła­cha po pysku.

 

*

Cmen­tarz La­ko­tów usta­wio­no w do­li­nie. Bill naj­pierw zna­lazł miej­sce, gdzie obo­zo­wał Cze­jen. Po chwi­li zo­ba­czył męż­czy­znę, który leżał pod jedną z plat­form. Sze­ryf ro­zej­rzał się. Ni­g­dzie nie było żywej duszy. To nie ozna­cza­ło, że w po­bli­żu nie ma La­ko­tów. Za wej­ście do świę­te­go miej­sca wy­pru­li­by Bil­lo­wi wnętrz­no­ści je­le­nim ro­giem.

Męż­czy­zna nie ru­szał się od dłuż­sze­go czasu. Sze­ryf nie mógł też dłu­żej cho­dzić wokół cmen­ta­rza.

Zszedł po zbo­czu. Minął czar­ny cy­lin­der i ob­ró­cił męż­czy­znę. W miej­scu twa­rzy zo­ba­czył wy­pa­lo­ną, okrą­głą ranę.

 

*

W tipi pa­li­ło się ogni­sko. Wy­ją­cy Wilk czuł bi­ją­ce cie­pło. Mil­czą­cy Kruk palił fajkę. Byli sami – sza­man wy­go­nił po­zo­sta­łych, by w spo­ko­ju wy­słu­chać opo­wie­ści.

– Mo­żesz otwo­rzyć oczy – po­wie­dział.

– Wciąż mam obraz Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia. Jeśli spoj­rzę na świat, stra­cę go – od­po­wie­dział. – Tak, jak za­bra­no mi żal, który wy­peł­nia serce.

– Twoje rany jesz­cze się nie za­go­iły – za­czął sza­man. – Mia­łem na­dzie­ję, że od­naj­dziesz spo­kój na rów­ni­nach.

Wy­ją­cy Wilk sły­szał, jak po­cią­ga z fajki. Tipi pach­nia­ło skó­ra­mi bi­zo­nów, su­szo­nym mię­sem – domem.

– Tam, gdzie leżą kości przod­ków, nie ma miej­sca dla ży­wych. Ma'he­ohtsé-vo'kėstse są gra­ni­cą, którą łatwo na­ru­szyć. Duch przy­szedł zwa­bio­ny wa­szym bólem.

– Czy wróci, by za­brać mi syna?

– Nie wiem.

Wy­ją­cy Wilk nie usły­szał, kiedy sza­man wstał. Po­czuł na gło­wie dło­nie Mil­czą­ce­go Kruka.

– Otwórz oczy – po­wie­dział. – Otwórz je teraz.

Zo­ba­czył po­marsz­czo­ną, ni­czym rów­ni­ny, twarz sza­ma­na.

– Czy nadal czu­jesz w sercu Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia? Czy mo­żesz przy­wo­łać obraz syna?

Wy­ją­cy Wilk za­mknął po­wie­ki i od­po­wie­dział:

– Tak.

Mil­czą­cy Kruk na­ło­żył na szyję Wy­ją­ce­go Wilka na­szyj­nik z prze­piór­czy­mi pió­ra­mi we­tknię­ty­mi w czer­wo­ne ko­ra­le – na­le­żą­cy do syna wo­jow­ni­ka.

– Za­bra­łem go, by ci nie przy­po­mi­nał o Le­cą­cym Ja­strzę­biu. Teraz wiem, że twoja ża­ło­ba wy­ma­ga, byś po­ko­chał cier­pie­nie tak, jak ko­cha­łeś syna.

 

*

Bill ob­ser­wo­wał mło­de­go Cze­je­na z in­dy­czym pió­rem we wło­sach, który razem z in­ny­mi dzieć­mi po­ka­zy­wał sze­ry­fa pal­cem. Resz­ta In­dian trak­to­wa­ła bia­łe­go jak po­wie­trze. Ko­bie­ty sprzą­ta­ły tipi. Męż­czyź­ni opra­wia­li skóry lub pra­co­wa­li nad bro­nią – skrę­ca­li cię­ci­wy, ukła­da­li lotki w strza­łach. Psy uja­da­ły, dzie­ci wrzesz­cza­ły. Te star­sze uci­chły. Bill spoj­rzał na grupę. In­dy­cze pióro znik­nę­ło. Sze­ryf do­strzegł ruch za skó­ra­mi, które su­szo­no na słoń­cu w drew­nia­nych ra­mach.

Dał po­dejść szcze­nia­ko­wi. Kary drgnął, gdy Cze­jen wsa­dził rękę w juki. Bill za­wi­nął wo­dza­mi i zdzie­lił gów­nia­rza przez głowę, aż in­dy­cze pióro zle­cia­ło na zie­mię. Młody Cze­jen, ma­su­jąc głowę, wró­cił do resz­ty dzie­ci, wi­ta­ny śmie­chem i drwi­na­mi.

Mil­czą­cy Kruk wy­szedł w końcu do Billa. Wódz stał w po­bli­żu z ka­mien­ną miną, pod którą ukry­wał zde­ner­wo­wa­nie – biali w obo­zie byli zwia­stu­nem złych wie­ści.

– Witaj – za­czął Bill i prze­szedł do rze­czy. – Za­bi­to bia­łych. Ko­bie­ty i dzie­ci.

– Gdzie? – za­py­tał Mil­czą­cy Kruk.

– Ja­kieś trzy dni drogi stąd na za­chód.

– Sze­ryf za­warł umowę z Cze­je­na­mi. Nie zła­ma­li­śmy wa­run­ków.

– Zna­la­złem ślady pro­wa­dzą­ce do cmen­ta­rza La­ko­tów. A w dro­dze wo­jow­ni­ka z pió­ra­mi ja­strzę­bia we wło­sach.

Sza­man mil­czał. Bill za­sta­na­wiał się, czy Cze­jen nie zro­zu­miał su­ge­stii, czy nie chciał ro­zu­mieć.

– Na cmen­ta­rzu było ciało męż­czy­zny ze zdar­tą twa­rzą.

Mil­czą­cy Kruk spoj­rzał na wodza. Rączy Koń za­plótł ręce na pier­si i ski­nął głową.

– Nie in­te­re­su­ją nas świę­te miej­sca La­ko­tów, białe ko­bie­ty i ich dzie­ci. Wkrót­ce ru­szam dalej w stro­nę gór.

– Nie­bie­skie kurt­ki będą pytać o skal­py ko­biet. Co mam im po­wie­dzieć?

– Cze­je­ni nie szu­ka­ją ta­kich skal­pów. Sze­ryf Bill to wie. Powie im.

– To może nie wy­star­czyć. A co z tym wo­jow­ni­kiem? Czemu jeź­dzi sa­mot­nie po rów­ni­nie? Dla­cze­go wcho­dzi na teren Billa?

– Wy­ją­cy Wilk je­dzie ścież­ką du­chów. Nie mam dla niego miej­sca wśród ży­wych i mar­twych do chwi­li, gdy za­koń­czy ża­ło­bę.

– Co to do cho­le­ry ma zna­czyć?! Po­słu­chaj! Wiem, że to nie wy za­bi­li­ście te ko­bie­ty! Ale ten wo­jow­nik po­ka­zu­je się tam, gdzie znaj­du­ję trupy, jak to wy­tłu­ma­czę nie­bie­skim kurt­kom?!

Cze­jen opra­wia­ją­cy skórę wstał, za­ci­ska­jąc w pię­ści nóż. Drugi wy­szedł spo­mię­dzy tipi z ma­czu­gą wo­jen­ną – ka­mie­niem przy­wią­za­nym rze­mie­niem do dłu­gie­go kija. Rączy Koń uniósł dłoń. Wo­jow­ni­cy sta­nę­li przy nim. Bill pod­jął ry­zy­ko, miał tylko na­dzie­ję, że nie prze­li­cy­to­wał.

– Wy­ją­cy Wilk po­dą­ża wła­sną ścież­ką. Do chwi­li, gdy bę­dzie go­to­wy wró­cić do Cze­je­nów – po­wie­dział sza­man. – Sze­ryf Bill może go ści­gać za skal­py ko­biet. Tylko że ich przy nim nie znaj­dzie.

– Gdzie znaj­dę Wy­ją­ce­go Wilka?

– Tam, gdzie duchy przod­ków.

Roz­mo­wa była skoń­czo­na – Mil­czą­cy Kruk wy­cią­gnął su­szo­ne mięso i ko­ra­li­ki. Bill przy­jął pre­zent i od­wdzię­czył się ty­to­niem i bu­tel­ką whi­sky.

Do­siadł konia i ru­szył spo­koj­nie. In­dia­nie od­pro­wa­dzi­li go do ostat­nie­go tipi, trzy­ma­jąc się za koń­skim zadem. Bill po­pę­dził wa­ła­cha na rów­ni­nie. Spo­glą­dał przez ramię. Nie wi­dział po­ści­gu – Cze­je­ni uzna­li roz­mo­wę za udaną.

 

*

Hyrum Jen­sen zo­sta­wił braci i sio­stry. Wszedł do na­mio­tu. Roz­wią­zał wstąż­ko­wy kra­wat. Zrzu­cił ma­ry­nar­kę.

– Baw­cie się, bądź­cie spo­koj­ni. Ja od­po­ku­tu­ję grzech, który na was ścią­gną­łem – wy­szep­tał, roz­pi­na­jąc ko­szu­lę.

W ciem­no­ści od­na­lazł kufer, a w nim pu­deł­ko. Otwo­rzył wieko. Po­czuł pod pal­ca­mi grube węzły skrę­co­ne na dłu­gim sznu­rze. Chwy­cił drew­nia­ną rącz­kę i klęk­nął.

 

*

Kruk usiadł na czasz­ce. Le­ża­ła na ko­lo­ro­wym dy­wa­nie wśród piór. Spo­glą­dał z plat­for­my na ro­ze­dr­ga­ne po­wie­trze mię­dzy żer­dzia­mi. Naj­pierw zo­ba­czył dłoń i brud­no­bia­ły rękaw. Na­stęp­nie cy­lin­der wy­cho­dzą­cy z fa­lu­ją­ce­go po­wie­trza. Męż­czy­zna szedł na czwo­ra­ka. Usiadł tak, jak robi wilk czy kojot – na no­gach, pod­pie­ra­jąc się rę­ko­ma. Wiatr ucichł, a spod cy­lin­dra do­biegł od­głos wę­sze­nia. Wtedy kruk, pcha­ny do lotu na­głym nie­po­ko­jem, wzbił się w po­wie­trze.

 

*

Sznur prze­ciął po­wie­trze, gdy Hyrum za­wi­nął dys­cy­pli­ną. Węzły chło­sta­ły plecy, po­zo­sta­wia­jąc krwa­wią­ce sińce na skó­rze.

– „Choć­by wasze grze­chy były jak szkar­łat, jak śnieg wy­bie­le­ją”.(12) – Hyrum ce­dził przez zęby.

Bił coraz moc­niej. Sznur świsz­czał w ciem­no­ści.

– „Choć­by były czer­wo­ne jak pur­pu­ra, staną się jak wełna”.(12)

Krew spły­nę­ła po ple­cach. Star­szy za­marł z unie­sio­ną dys­cy­pli­ną. Myśli stały się czy­ste, a w sercu za­pa­no­wał spo­kój. Padł na trawę, bijąc czo­łem o zie­mię.

Za­bra­łem twój ból.

– Dzię­ku­ję – wy­ję­czał.

Cier­pie­nie wróci.

– Będę po­ku­to­wał, jeśli taka jest twoja wola.

Nie musi tak być. Mogę za­brać ból, który cię wy­peł­nia.

– Co mam czy­nić? Jak mogę zrzu­cić to brze­mię?

Zo­staw braci i sio­stry. Chodź ku mnie.

Hyrum pod­niósł głowę. Wstał i ru­szył do wyj­ścia. Mor­mo­ni śpie­wa­li przy ogni­sku. Star­szy wspiął się na koło szku­ne­ra. Zo­ba­czył ciem­ny kształt na rów­ni­nie. Ze­sko­czył i prze­szedł mię­dzy wo­za­mi.

To był Celeb w cy­lin­drze, w ka­le­so­nach z rę­ka­wa­mi, o na­gich sto­pach.

– Bluź­ni­łeś sło­wem i czy­nem. Nie zo­sta­wi­łeś mi wy­bo­ru, Ce­le­bie. – Hyrum wy­cią­gnął rękę i wska­zał męż­czy­znę pal­cem. – Ale, że swe plu­ga­we po­stęp­ki po­sta­no­wi­łeś ubrać w szaty mor­moń­skie, za­sła­nia­łeś się na­uka­mi Jo­se­pha Smi­tha(13), tego nie mo­głem ci wy­ba­czyć. Mu­sia­łem cię uka­rać dla dobra całej wspól­no­ty.

Nie mu­sisz już cier­pieć, Hyrum.

– Dałem ci po­ku­tę. Okrut­ną, ale i twoje czyny były okrut­ne.

Wy­ba­czam ci, Hyrum, i za­bio­rę twój ból.

Celeb pod­szedł.

– Ja też ci wy­ba­czam. – Hyrum po­ło­żył ręce na ra­mio­nach Ce­le­ba.

Męż­czy­zna w cy­lin­drze do­tknął dłoń­mi po­licz­ków Star­sze­go.

– Je­steś anio­łem? – za­py­tał Hyrum.

Je­stem tym, który żywi się cier­pie­niem.

Star­szy zo­ba­czył, jak twarz Ce­le­ba zsuwa się z głowy, a pod nią Drogę Mlecz­ną, gwiaz­dy i pla­ne­ty. Twarz za­czę­ła pło­nąć żywym ogniem, gdy palce męż­czy­zny w cy­lin­drze we­szły pod skórę.

 

*

Bill sie­dział przy ogni­sku i do­pi­jał reszt­kę mik­stu­ry dok­to­ra. Po­trze­bo­wał dłu­gie­go od­po­czyn­ku – ką­pie­li, czte­rech ścian i łóżka. Był już za stary na tu­łacz­kę po rów­ni­nach. Gdyby zabił Cze­je­na, byłby już w La­ra­mie. Wo­jow­nik sa­mot­nie jeż­dżą­cy po rów­ni­nach, któ­re­go drę­czą ja­kieś nie­za­ła­twio­ne spra­wy na­tu­ry du­cho­wej lub, co gor­sza, do­ty­czą­ce ho­no­ru, to po­ten­cjal­ny pro­blem. Bill wy­pu­ścił w ciem­ność kółko z dymu i przy­gryzł ust­nik fajki. Nie wie­dział, czy Wy­ją­cy Wilk zabił tych wszyst­kich ludzi, ale było to moż­li­we. Po­sta­no­wił, że nie zmar­nu­je ko­lej­nej oka­zji. Naj­bliż­szy cmen­tarz Cze­je­nów był nie­da­le­ko. Bill nie wi­dział in­ne­go kie­run­ku, w któ­rym mógł się udać wo­jow­nik. Miał tylko na­dzie­ję, że nie roz­mi­nął się z nim gdzieś po dro­dze.

Pło­mie­nie z ogni­ska wy­strze­li­ły w górę. Wiatr ucichł. Bill usły­szał od­głos wę­sze­nia. Leżał z wy­cią­gnię­ty­mi no­ga­mi, tylko dłoń oparł na kol­bie re­wol­we­ru.

– No, wyłaź, pre­rio­wy szczu­rze – wark­nął.

Wę­sze­nie uci­chło. Do­strzegł ruch. Dobył broni i od­cią­gnął kurek. W bla­sku ognia sta­nął Hyrum Jen­sen.

– Dobry Boże! – krzyk­nął Bill. – Mało bra­ko­wa­ło, a za­ro­bił­by Star­szy kulkę.

Hyrum stał z nagą pier­sią i pa­trzył wprost na sze­ry­fa.

– Gdzie Star­szy zgu­bił ko­szu­lę?

Bill miał scho­wać re­wol­wer, ale po­ło­żył go obok na kocu. Hyrum Jen­sen mil­czał. Było coś jesz­cze – nie mru­gał.

– Pro­szę usiąść i się ogrzać – za­pro­po­no­wał sze­ryf.

Star­szy uniósł ospo­wa­tą twarz i wcią­gnął po­wie­trze nosem.

Nic.

Bill nie za­uwa­żył, by usta Hy­ru­ma się po­ru­szy­ły.

– Szu­kam Cze­je­na. Zmie­rza na za­chód. Moż­li­we, że kręci się w po­bli­żu in­diań­skie­go cmen­ta­rza.

Wiem, o kim mó­wisz. Czuję jego stra­tę.

Bill po­ło­żył dłoń na re­wol­we­rze.

– Po­dej­rze­wam, że to on mógł do­ko­nać zbrod­ni na tych ko­bie­tach.

To nie jego ból. To cier­pie­nie Hy­ru­ma.

– Chyba Star­szy wie, co to ozna­cza. – Bill wy­mie­rzył w pierś Hy­ru­ma Jen­se­na.

Nic nie czuć od cie­bie.

Star­szy prze­szedł przez ogni­sko. Sze­ryf wstał i jęk­nął – lewa noga od­mó­wi­ła po­słu­szeń­stwa. Upadł. Nim Hyrum chwy­cił twarz sze­ry­fa, Bill zdą­żył wy­pa­lić. Siła wy­strza­łu ode­pchnę­ła Star­sze­go, a w na­giej pier­si po­ja­wi­ła się dziu­ra po kuli. Hyrum ukląkł na jedno ko­la­no.

Nie ru­szaj się.

Chwy­cił twarz Billa, a sze­ryf nie po­tra­fił ode­rwać spoj­rze­nia od czar­nych jak noc oczu. Hyrum Jen­sen przy­sta­wił nos do po­licz­ka Billa i za­czął wę­szyć.

Nie ma tę­sk­no­ty, żalu i bólu. Je­steś nie­zwy­kłym czło­wie­kiem, Billu Thorn­to­nie. Ra­czej już się nie spo­tka­my.

Star­szy prze­kro­czył nad sze­ry­fem i znik­nął w ciem­no­ści. Nim Bill był w sta­nie się­gnąć do juków po whi­sky, wiatr znów szu­miał, ko­ły­sząc pło­mie­nia­mi.

 

*

Mor­mo­ni stali nad mo­gi­łą. Bill za­trzy­mał konia w takim miej­scu, by był wi­docz­ny. Po ce­re­mo­nii pod­szedł rudy chło­pak.

– Jak zmarł Star­szy? – sze­ryf za­py­tał z sio­dła.

– Skąd wiesz, kogo cho­wa­my?

– Prze­czu­cie.

– Ojca do­się­gła kara Boska.

– Kto teraz wam prze­wo­dzi?

– Ja. Na­zy­wam się Eze­chiel.

– To stało się z po­wo­du tego, co zro­bi­li­ście? – Bill ob­ser­wo­wał mor­mo­nów.

Było ich ponad dwu­dzie­stu. Każdy pod bro­nią. Jeśli ze­chcą, Bill już nigdy nie zo­ba­czy La­ra­mie. Sze­ryf zde­cy­do­wał, że po­sta­wi wszyst­ko na nie­pew­ną kartę – miał już dość sio­dła, rwą­cej nogi, mi­gre­ny i rów­ni­ny. Miał sześć­dzie­siąt­kę na karku, był już zwy­czaj­nie za stary na to, co dzie­je się na pre­rii.

– Zro­bi­li­ście to? – po­wtó­rzył.

– Celeb to był zły czło­wiek. Mimo to oj­ciec po­niósł karę za grze­chy.

Mor­mo­ni cze­ka­li w ciszy na efekt roz­mo­wy. Kilku przy­nio­sło strzel­by.

– A jeśli po­wiem, że takie jest prawo i moim obo­wiąz­kiem jest za­wia­do­mie­nie fortu Rus­sell(14)?

– Sam byś nas nie za­cią­gnął do mia­sta. Pew­nie nawet gdy­bym roz­ka­zał bra­ciom, by po­je­cha­li do La­ra­mie, część nie zna­la­zła­by w sobie tyle siły, by z wła­snej woli sta­nąć przed sądem.

– To co zro­bisz, Eze­chie­lu Jen­sen?

– Za­cze­ka­my tu przez pięć dni i bę­dzie­my się mo­dlić za duszę Hy­ru­ma. Potem ru­szy­my w dal­szą drogę.

– Był­byś do­brym Star­szym, Eze­chie­lu.

Bill spiął ka­re­go ostro­gą.

– Sze­ry­fie! Gdy­byś był na na­szym miej­scu, po­stą­pił­byś tak samo! Ale bła­gam cię w imie­niu tych ro­dzin, nie karz ich za grze­chy Hy­ru­ma!

Bill nie oglą­dał się za sie­bie. Cze­ka­ła go noc w sio­dle – o świ­cie chciał być już w mie­ście.

 

*

Męż­czy­zna o twa­rzy oszpe­co­nej przez ospę spoj­rzał na gwiaz­dy. Prze­krę­cił się na brzuch. Kości dawno po­le­głe­go wo­jow­ni­ka zle­cia­ły z plat­for­my na zie­mię. Ospo­wa­ty, pod­par­ty rę­ko­ma, prze­cią­gnął się jak kot i spoj­rzał na Cze­je­na o twa­rzy po­ma­lo­wa­nej w czar­no-czer­wo­ne barwy i z ja­strzę­bim pió­rem we wło­sach. Wo­jow­nik stał mię­dzy żer­dzia­mi.

Czu­łem cię wtedy i teraz też czuję.

Ospo­wa­ty ze­sko­czył z plat­for­my. Wy­ją­cy Wilk ze­rwał z szyi na­szyj­nik z prze­piór­czy­mi pió­ra­mi i za­ci­snął w pię­ści. Pa­trzył w czar­ne jak noc oczy. Ospo­wa­ty pod­szedł i wy­cią­gnął ręce.

Za­bio­rę twój ból. Cier­pie­nie się skoń­czy.

Po­ło­żył dło­nie na po­licz­kach Cze­je­na.

– Wi­dzisz w moim sercu Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia?! – za­wo­łał Wy­ją­cy Wilk.

Widzę cier­pie­nie. Na­karm mnie nim.

Ospo­wa­ta twarz zsu­nę­ła się i opa­dła na zie­mię. Cze­jen spoj­rzał w bez­kres nieba wi­ru­ją­cy we wnę­trzu głowy męż­czy­zny.

– To mój syn! Teraz je­ste­śmy jed­nym du­chem!

Twarz wo­jow­ni­ka pa­li­ła w miej­scu, gdzie palce wci­ska­ły się pod skórę.

– Życie jest drogą! Ci, któ­rzy ode­szli, cze­ka­ją na jej końcu! Je­stem go­to­wy, by nią po­dą­żyć!

Męż­czy­zna znik­nął. W miej­scu, gdzie stał, po­wie­trze przez chwi­lę drga­ło jak woda na po­wierzch­ni je­zio­ra. Cze­jen pa­trzył w gwiaź­dzi­ste niebo. Po­czuł wiatr na twa­rzy, przy­jem­nie ła­go­dził po­pa­rzo­ną skórę.

 

*

Bill prze­je­chał koło biura kolei. Bur­mistrz stał w to­wa­rzy­stwie ele­ganc­kich panów z Union Pa­ci­fic. Sze­ryf nie miał po­ję­cia, jak za­re­agu­ją na woj­sko z fortu Rus­sell. Ale miał to gdzieś – głowa pę­ka­ła od mi­gre­ny, a noga tak rwała, że miał ocho­tę wyć. Skie­ro­wał ka­re­go wa­ła­cha do punk­tu te­le­gra­ficz­ne­go. Zsiadł z konia. Nie za­uwa­żył dok­to­ra.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać – po­wie­dział medyk.

– Nie teraz, je­stem wy­koń­czo­ny – od­burk­nął sze­ryf. – Jak się wy­śpię, to wy­ja­śnię wam, co usta­li­łem. A teraz prze­pra­szam. Mam do nada­nia te­le­gram.

Dok­tor zła­pał kurt­kę Billa.

– To ważne.

– O co cho­dzi?

– Dziw­ki Howka wczo­raj ścią­gnę­ły mnie do tej małej.

– To na­praw­dę nie może za­cze­kać? – Bill wy­rwał rękaw z pal­ców dok­to­ra.

– Dziew­czyn­ka źle się czuła.

– Co mi do tego?

– Bill!

Sze­ryf spoj­rzał na bladą twarz dok­to­ra.

– Ona jest w ciąży.

– Chry­ste. – Bill przy­gryzł górną wargę. – Ile… Ile ona ma lat?

– Nie wię­cej niż je­de­na­ście.

Bill minął dok­to­ra i punkt te­le­gra­ficz­ny. Prze­szedł przez mia­sto, nie od­po­wia­da­jąc już na żadne py­ta­nia. Gdy do­tarł do domu, zrzu­cił ubra­nie i po­ło­żył się do łóżka. Nie za­mie­rzał wy­cho­dzić spod pie­rzy­ny przez na­stęp­ny ty­dzień.

Koniec

Komentarze

Witaj, Bardjaskierze. :)

 

Tak się właśnie spodziewałam od Ciebie na początku marca nowego opowiadanka. :)

A Mormoni i western już zawsze kojarzyć mi się będzie z kultowym serialem, nadawanym niegdyś na TVP 3 „Jak zdobywano Dziki Zachód”. :)

 

Podziękowania za przydatny podczas lektury słowniczek. :)

 

Sprawy techniczne, sugestie oraz wątpliwości (do przemyślenia):

Jeździec nasłuchiwał – wiatr ostrzegał, nie wiedział tylko (kurczę, nie mam pewności, czy tu też przecinek?; jak wiesz, jestem ich maniaczką…) przed czym.

Srokacz wybiegł na wzniesienie. – zastanawia mnie, czy na wzniesienie nie powinno się wbiegać (?), ale to tylko do przemyślenia

Nie zwracał uwagi na zawodzący wiatru do chwili, gdy znów usłyszał płacz. – literówka?

 

Wyjący Wilk zrozumiał, że nie będzie mógł dłużej śledzić Celeba. – tu dopytam – czyli on go w końcu śledził dalej, czy nie, bo potem piszesz, że tak (?):

Wyjący Wilk grzał się w porannym słońcu. Czekał. Celeb żałobę przechodził w ciszy. Długo klęczał nad ciałami. Żadnego nie dotknął. Przed zmrokiem wstał i ruszył na wschód. Czejen poczekał, aż cylinder zniknie z pola widzenia i popędził srokacza. (…)

Wyjący Wilk zawrócił konia i ruszył za Celebem.

 

Zastanawia mnie też, czy imię konia (bo “srokacz” to imię, tak?) nie powinno być wielką literą.

 

Na razie tyle, wrócę. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Kolejna część sugestii do przemyślenia:

A kto ma się zająć małą?! – Burmistrz wrzeszczał już od jakiegoś czasu.

A Bill był niewyspany. Ledwie zasnął, a Conor obudził pół miasta. – czy celowo te powtórzenia?

Czy dziecko coś powiedziało?

– Nie – odpowiedział medyk. – Możliwe, że już nie powie. – powtórzenia?, może: „odparł/odrzekł” (itp.)?

– Ale jeśli, to załatw to na równinie. – powtórzenie? – pierwsze usunąć?

Jeśli dowiedzą się, że mamy tu problem z prawem, albo gorzej, z Indianami, to przeniosą trasę. To będzie koniec Laramie. – tu podobnie?

Na migrenę podziałała od razu, ale noga ciągle dawała o sobie znać. Przy wozie z ciałami za długo klęczał i bał się, że stara rama nie pozwoli mu wstać. – dopytam: skoro mowa ciągle o nodze, nie chodziło tu o „ranę”?

Na wozie były trzy kobiet, dwie dziewczyny i trzy dziewczynki. I Celeb – mężczyzny o siwej brodzie i skroniach, który często wznosił ręce ku niebu. – literówki?

Wstał, ale białego nigdzie nie było. Wyjący Wilk nie mógł uwierzyć, by był w stanie iść całą noc. – powtórzenia?; może pierwsze zastąpić innym, np.: „dostrzegł/zobaczył”?

Nie umknęło uwadze Bill, że składały się z kilku żon. – literówka

Ja jednak nie mam czasu na rozstrzyganie sporów natury duchowej – wyjaśnił Bill i zagryzł jagnięcinę chlebem kukurydzianym. – trochę mnie zdumiała jagnięcina, bo kojarzę Dziki Zachód główni ze stadami bydła, ale czytam w necie, że owce też tam mieli i Mormoni – choć w umiarze – mogli spożywać mięso. :)

– Szanuję to, ale jestem zobowiązany, by każdy w moim okręgu respektowali również prawo terytorium Wyoming. – literówki?

– Kodeks prawa wywodzi się wprost z przykazań Bożych, a te, zapewniam, respektujemy – ospowaty rozłożył ręce, skrzypek zaczął grać spokojną melodię. – popraw tu sobie zapis dialogu

 

Wrócę, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dalszy ciąg i nasuwające się wątpliwości (zawsze – tylko do przeanalizowania):

Nieco na południe stąd dokonano zbrodni na kobietach i dzieciach. Zastrzelono ich i oskalpowano. – tu mam wątpliwość, czy nie „je”, skoro mowa tylko o kobietach i dzieciach (?)

Obrazy wrócił – zobaczył kobiet tulące dzieci, dziewczęta zasłaniające oczy córek. – literówki?

Wyjący Wilk na krótką chwilę zapomniał o zmarłym synu – jakby nigdy się nie narodził. W jednej chwili spiął konia piętami. – powtórzenie?

– Tak (przecinek przy Wołaczu?) ojcze, jak kazałeś.

Tak (przecinek?) jak zabrano mi żal, który wypełnia serce.

Wtedy kruk, pchany do lotu nagłym niepokojem, wybił się w powietrze. (wolny wers) Sznur przeciął powietrze, gdy Hyrum zawinął dyscypliną.– powtórzenie?

Sznur świstała w ciemności. – literówka?

Mormoni śpiewali się przy ognisku. – czy tu brak części zdania?

Ale to, że swe plugawe postępki postanowiłeś ubrać w szaty mormońskie, zasłaniałeś się naukami Josepha Smitha(13), tego nie mogłem ci wybaczyć. – tu mam wątpliwość, czy „to” nie warto pominąć (?)

– Zrobiliście to? – powtórzył.

– Celeb to był zły człowiek. Mimo to ojciec poniósł karę za grzechy. – powtórzenia?

 

Co do tego fragmentu mam wątpliwość:

Bill obserwował Mormonów.

Było ich ponad dwudziestu. Każdy pod bronią. Jeśli zechcą, Bill już nigdy nie zobaczy Laramie. Szeryf zdecydował, że postawi wszystko na niepewną kartę – miał już dość siodła, rwącej nogi, migreny i równiny. Miał sześćdziesiątkę na karku, był już zwyczajnie za stary na to, co dzieje się na prerii.

– Zrobiliście to? – powtórzył.

– Celeb to był zły człowiek. Mimo to ojciec poniósł karę za grzechy.

Mormoni czekali w ciszy na efekt rozmowy. Kilku przyniosło strzelby. – jak rozumiem – oni mieli już broń; czy nie chciałeś na końcu napisać, że oni „podnieśli/unieśli strzelby”?

 

Pewnie nawet (przecinek?) gdybym rozkazał braciom, by pojechali do Laramie, część nie znalazłaby w sobie na tyle siły, by z własnej woli stanąć przed sądem.

 

Byłbyś dobrym Starszym, Ezechielu. – tu też mam wątpliwość, przecież on już przewodzi Mormonom, zastąpił ojca, czy nie miało tu być: „będziesz/ jesteś”? – chyba, że masz na myśli, że Rudy byłby lepszym od ojca wcześniej – wtedy, kiedy dokonano mordu?

 

Przy takim dialogu wydaje mi się, że albo zbędne jest „nie”, albo trzeba dać znak zapytania przy ostatniej wypowiedzi szeryfa:

Doktor złapał kurtkę Billa.

– To ważne.

– O co chodzi?

– Dziwki Howka wczoraj ściągnęły mnie do tej małej.

– To naprawdę nie może zaczekać. – Bill wyrwał rękaw z palców doktora.

 

– Co mi do tego. – czy to też nie jest pytanie?

 

 

Bardzo fajny horror, mroczny, pełen tajemnic i świetnej atmosfery Dzikiego Zachodu. Dziwaczne zasady, karzące mordować w imię rzekomych praw surowej religii, dodają tu specyfiki oraz klimatu. :) Długo narastała niepewność, długo jako czytelnik szukałam odpowiedzi: „kto stoi za potworną masakrą?”, bo podejrzanych było naprawdę wielu… :) Doskonale dozujesz napięcie. :) Twoje opowiadania czyta się z prawdziwą przyjemnością. :) Brawa!

Osobne podziękowanie za cylinder. :) Mam/żywię do niego wieczny sentyment. ;)

 

Klikam podwójnie, nie mam innego wyjścia. :)

Powodzenia, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Przeczytane. Ogólnie pomysł i całość jest ciekawa. Początek to trochę chaos, potem jest tego więcej. Trzeba czytać bardzo uważnie, żeby nic nie stracić, a nawet piszę to tutaj i jeszcze za chwilę napiszę: przeczytam dwukrotnie bo warto!(?)

 

Nie mogę jednak powiedzieć, żeby czytało się płynnie bo ponad 20 przeskoków robi trochę sieczkę ze scen. Kwestia uwagi, to fakt, ale ciekawe, czy całość można czytać po kolei jeśli podzieli się sceny na ich bohaterów? Czy wtedy opowiadanie straci na wartości, czy zyska na jasności, gdyby tak zmienić wszystko to, czy dalej miałoby to sens? Nie daje (zwłaszcza na początku) taka konstrukcja możliwości osadzenia się w scenie. 

 

Poza tym (subiektywne może być, że wyuczone) język jest bardzo suchy. Ciągle właściwie. Przez cały tekst. Dialogi są bardziej żywe, niż to co pomiędzy nimi. W pewnych momentach czekałem na chwile rozmów tylko po to, aby odetchnąć od: “Wstał. Tamten Krzyczał i leżał. Czasem biegał. Wziął kamień.” – dla mnie taki styl to coś nie do przeskoczenia na dłuższą metę. Fragmentaryczność opisów je rujnuje. Czyta się to, jak raport, albo notkę. Może trochę, jak “plan wydarzeń”? Nie mój styl i nie pasuje (jak dla mnie!) do tematu/fabuły. Rozumiem, że krótkie zdania mogą budować napięcie, ale tutaj bardziej je tłamszą swoją rzeczowością. Emocji z nich płynących trzeba się doszukiwać.

Drake

Hej 

 

bruce – ja się ucieszyłam, że mam czterech czytelników a tu trzy komentarze od bruce :( i teraz jest mi smutno ;)

 

„Jak zdobywano Dziki Zachód”

 

Klasyk ale nie oglądałem :)

 

“Ja jednak nie mam czasu na rozstrzyganie sporów natury duchowej – wyjaśnił Bill i zagryzł jagnięcinę chlebem kukurydzianym. – trochę mnie zdumiała jagnięcina, bo kojarzę Dziki Zachód główni ze stadami bydła, ale czytam w necie, że owce też tam mieli i Mormoni – choć w umiarze – mogli spożywać mięso. :)

 

No właśnie dlatego nie ma bydła, a zdecydowałem się na jagnięcinę – by unikać typowych skojarzeń z dzikim zachodem :) Chociaż fajkę u Indian dałem ;P

 

 

Co do tego fragmentu mam wątpliwość:

Bill obserwował Mormonów.

Było ich ponad dwudziestu. Każdy pod bronią. ..

 

To, że byli pod bronią to nie znaczy, że byli uzbrojeni po zęby ;). Bardziej mi chodziło o to, że jak przynieśli strzelby to nawet nie będą musieli podchodzić :) 

 

– Byłbyś dobrym Starszym, Ezechielu. – tu też mam wątpliwość, przecież on już przewodzi Mormonom, zastąpił ojca, czy nie miało tu być: „będziesz/ jesteś”? – chyba, że masz na myśli, że Rudy byłby lepszym od ojca wcześniej – wtedy, kiedy dokonano mordu?

 

A tu szeryf sugeruje, że zgłosi zdarzenie. Byłbyś gdybyś nie musiał zwisnąć ;). 

 

 

Literówki usunięte, cześć powtórzeń, coś tam z przecinkami też powalczyłem :) Dziękuję, teraz tekst jest ładnie wygładzony :). 

 

Bardzo mi miło, że opowiadanie się podobało i dziękuję za podwójny klik :) 

 

 

Drake6 – dziękuję za odwiedziny i komentarz :) 

 

 Kwestia uwagi, to fakt, ale ciekawe, czy całość można czytać po kolei jeśli podzieli się sceny na ich bohaterów? Czy wtedy opowiadanie straci na wartości, czy zyska na jasności, gdyby tak zmienić wszystko to, czy dalej miałoby to sens?

Można ale nie wydaje mi się by była taka konieczność. W taki sposób lepiej się kontroluje przebieg wydarzeń. Czy wprowadza chaos – przy dwóch bohaterach? Nie mi oceniać :) 

 

Widzę, że styl opowiadania Ci nie odpowiada i tu już nic nie da się zrobić :) Też tak mam, że niektórzy autorzy nie leżą mi i tyle :). Nie zawsze tak pisałem i nie zawsze piszę. Tu zależało mi na zachowaniu surowości prerii – wiem, że można napisać, że jest na prerii surowy klimat ;) Ale wolę by czytelnik to poczuł. Czy się udało – w Twoim przypadku nie. Zobaczymy jak będzie z innymi czytelnikami :). Ale generalnie staram się skracać zdania i zauważyłem, że czym dłużej piszę tym bardziej eksperymentuje z krótkimi zdaniami. Więc raczej nie zaskoczę Cię niczym przy innych moich tekstach. 

 

Pozdrawiam :)  

 

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Klimat dzikiego zachodu bardzo fajny, ale wyszedł Ci świetnie. 

Natomiast ciągłe przeskoki akcji spowodowały, że pogubiłam się i straciłam napięcie. 

Nie było strasznie, nie było grozy, raczej zamieszanie. 

delulu managment

Hej Ambush:)

 

A miło mi :). Szkoda, że przeskoki nie siadły. Wydarzenia w historii dzieją się równocześnie i trzeba było to jakoś spiąć :). Co do grozy – nie umieściłem jej w tagach celowo. Bo to nie ten rodzaj horroru :) 

 

Dziękuję i pozdrawiam :)  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

bruce – ja się ucieszyłam, że mam czterech czytelników a tu trzy komentarze od bruce :( i teraz jest mi smutno ;)

Wybacz, ale czytałam tak długi tekst na raty. :) Niedziela… :)

Klasyk ale nie oglądałem :)

Bo Ty młody jesteś. :) To klasyk dla takich dinozaurów, jak ja. :) W TVP wtedy były tylko dwa kanały i nagle pojawił się trzeci (nasz, regionalny) z tym właśnie tasiemcem. :)

 

No właśnie dlatego nie ma bydła, a zdecydowałem się na jagnięcinę – by unikać typowych skojarzeń z dzikim zachodem :) Chociaż fajkę u Indian dałem ;P

Ok, rozumiem. :) Skojarzeń z Dzikim Zachodem jest duuużo więcej. ;) I mi to pasuje. :)

 

To, że byli pod bronią to nie znaczy, że byli uzbrojeni po zęby ;). Bardziej mi chodziło o to, że jak przynieśli strzelby to nawet nie będą musieli podchodzić :) 

Aha, rozumiem, dzięki za wyjaśnienie. ;)

 

A tu szeryf sugeruje, że zgłosi zdarzenie. Byłbyś gdybyś nie musiał zwisnąć ;). 

Aaa… Ok. :)

 

Bardzo mi miło, że opowiadanie się podobało i dziękuję za podwójny klik :) 

I ja dziękuję. :) Owszem, bardzo mi się spodobało. :) Wiem, że lubisz nagromadzenie bohaterów i częste zmiany scenografii, dlatego zazwyczaj podchodzę do Twoich opowiadań, jak do zarysów tworzonych scenariuszy filmowych. :) Film, zrealizowany na podstawie tego opka, byłby mrocznym, tajemniczym i bardzo klimatycznym horrorem. :) 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

@Bar­dja­skier – no bo to jest tak… ;) Tak jak starałem się właśnie to podkreślić i podkreślić ponownie – to subiektywne. Tylko, że surowość można opisać, wcale nie mówiąc “jest surowo” ani używając miliona słów. Opisujesz tę surowość zdecydowanie, ale słowami. Sam zabieg z długością zdań i pilnowaniem jej mi przypomniał bardziej opis filmu, gdzie dostajemy jedną klatkę na sekundę/minutę. To trochę ryje beret ;p u mnie – raz jeszcze.

Drake

Uznam pojawienie się tego tekstu akurat teraz za znak od Wielkiego Ducha – dopiero co wczoraj sam zacząłem pisać historię w podobnym klimacie (dla której zresztą zrezygnowałem z udziału w konkursie). XD

Przyznaję, forma nie przypadła mi do gustu. Trochę przypomina teledysk – krótkie ujęcia, szybkie przejścia. Ledwie przetrawię jedną scenę, już dzieje się coś nowego. No i te krótkie, telegramowe zdania… To już kwestia preferencji, bo osobiście nie cierpię takiego staccato i nie mogłem się przez nie skupić.

W efekcie nie za bardzo jestem w stanie powiedzieć, co właśnie przeczytałem. Indianin stracił syna, więc jeździ za gościem, który kradnie ludziom twarze(?), a mormoni (swoją drogą, czemu z wielkiej litery?) są chyba źli. Ale nie mam pojęcia, o co chodzi z dziewczynką.

Sporo literówek, ale widzę, że bruce już zrobiła łapankę.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Hej SNDWLKR :). No cóż. Nic nie zrozumiałeś i forma się nie podobała. Jedyne co mogę napisać to dzięki za dotrwanie do końca:) Mormoni z dużej, jak gdzieś jest z małej to błąd oczywiście. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

O ile dobrze zrozumiałam, dziewczynka jest jedyną córką, ocalałą z rzezi, a nosi dziecko chyba upiora, wymierzającego sprawiedliwość (?).

Pecunia non olet

Zobaczę, jak dalej pójdzie interpretacja :). Ale narazie nikt nie trafił :P

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Zobaczę, jak dalej pójdzie interpretacja :). Ale narazie nikt nie trafił :P

Serio? surprise

Pecunia non olet

Ja w pierwszym momencie (tzn. kiedy się okazało, że jest w ciąży) pomyślałem, że to jedna z ,,żon” Celeba, który ,,był złym człowiekiem”… Ale jak to się ma do reszty tekstu?

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Ja w pierwszym momencie (tzn. kiedy się okazało, że jest w ciąży) pomyślałem, że to jedna z ,,żon” Celeba, który ,,był złym człowiekiem”…

Ja myślałam, że to córka Celeba. Okaże się, że babka. laugh

Pecunia non olet

Tak SND – dobrze odczytałeś koniec. Nadal to nie zmienia faktu, że reszta też jest ważna:D. No nic poczekam na opinie innych czytelników. Zobaczymy czy też będą mieli problem z przejściem przez fabułę :).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Wspólnymi siłami dojdziemy do sedna. :D

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Ach, nie denerwuj mnie ;P – zwyczajnie świat nie jest gotowy na moje dzieła ;D

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć, Bardzie

Lubię takie klimaty. Dopatrzyłem się literówki, ale biorąc pod uwagę obszerność tekstu, jest to ziarenko na plaży :-) 

Bardzo ciekawy motyw z Celebem. Podziwiam za łatwość balansowania w tematyce, jesteś wszechstronnie utalentowany pod tym względem. Osadziłeś bohaterów na prerii, są Indianie, blade twarze, jest ładnie – różnicujesz swoje opowiadania, choć na jednej gałęzi, bo często piszesz horrory. 

Nie jestem specem w sprawach religii, ale jest jakaś różnica między określeniem Jehowa, a Jahwe, prawda? Bo z tego, co pamiętam, jakiś spór w tej kwestii jest. 

Klik 

Pozdrawiam 

Hej Hesket :) Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało. Dziękuję też za klika. Tak, muszę zmieniać klimat (scenerię) bo bym się wypalił. Ale od horroru nie będą odchodził, bo najlepiej się w nim czuję:). Najlepiej jakbym napisał po hebrajsku ;). Forma Jehowa jest powszechna, Jahwe bardziej naukowa. 1870 raczej nie używali Jahwe, z tego co wyczytałem to ten spór jest chyba dość świeży:). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dziękuję za wyjaśnienie. 

Pozdrawiam 

Fajny westernowy klimat, ale czy dobrze zgaduję, że inspiracją było też “Studium w szkarłacie”?

Fabuła bardzo w Twoim stylu, ale język opowiadania już nieco mniej “Twój”. To nie uwaga, raczej spostrzeżenie. Rozumiem, że czasem trzeba sobie coś zmienić, choćby dla treningu. Rzeczywiście, jest trochę skakania od bohatera do bohatera, ale dla mnie jest to OK. Nie pogubiłem się.

Końcówka rewelacyjna. W dwóch, trzech zdaniach jak w soczewce skupia się całe zło tej opowieści. To jest prawdziwa groza, a nie jakieś tam wyprute flaki :) Przy okazji, specjalna pochwała za umiar w makabrze :) 

W kategorii “marzyłobymisię” dałbym jakąś wyraźniejszą konfrontację między dwójką bohaterów (dowolnie wybraną), bo samo podążanie jeden za drugim, imho, nie wykorzystuje potencjału jaki jest w tej historii.

A teraz, korzystając z rzadkiej okazji, że nie jestem spóźniony, idę klikać :)

Hej czeke :). Cholera, dobrze, że wpadłeś bo już się bałem, że jednak przeszarżowałem z tekstem :). Mam tu opinie pozytywne ale też negatywne – te negatywne dotyczyły stylu. Jak słusznie zauważyłeś opowiadanie jest nieco inaczej napisane. Wynika to z chęci uzyskania klimatu preri. Zastanawiałem się jak oddać surowość i monotonnie krajobrazu. I doszedłem do wniosku, że krótkimi surowymi zdaniami może da się to zrobić:). Byłem też ciekawy jak tekst zostanie odebrany i miło mi przeczytać, że raz – widać zmianę w stylu (czyli zabiegł wprowadziłem konsekwentnie) i daw – nastraja odpowiednio. Dobrze też wiedzieć, że przeskoki są zrozumiałe i łącza się w całość. Miałem w planach konfrontację Wyjącego Wilka i Billa przy ognisku ale ostatecznie pojawił się tam przybysz – stwierdziłem, że lepiej będzie dla fabuły pokazać wnętrze szeryfa niż zderzyć ze sobą bohaterów. Planowałem też dłuższe spotkanie na prerii ale ostatecznie została tylko scena gdy Czejen ucieka z cmentarza. Dziękuję za klika i teraz będę niecierpliwie wyglądał pozostałych czytelników – Mam nadzieję, że tekst ich nie pokona :). Pozdrawiam :)

 

 

 

Edit: czeke, nie odniosłem się do Twojego pytania, już to naprawiam :). Nie. Nie czerpałem inspiracji z tego, a czy z czegoś czerpałem? Chyba nie, a jeśli tak, to nieświadomie:). Ale słuchałem muzyki przy pisaniu, co dosyć rzadko mi się zdarza – Dead Skeletons i Ennio Morricone :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

I tylko nadal nie wiadomo, kim była owa nieszczęsna dziewczynka… crying

A może – miała ona związek z nieżyjącym synem Wyjącego Wilka? 

Pecunia non olet

Napiszę Ci w priv :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nie, nie, Bardjaskierze, dzięki, ale jeszcze poczekam na komentarze innych Czytelników. :) 

Też jestem ciekawa, kto zgadnie. ;) 

Pecunia non olet

Wiesz Bruce, to też jest w tekście;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Wiesz Bruce, to też jest w tekście;)

Najwidoczniej nieuważnie czytałam. ;) Dzięki. :) 

Pecunia non olet

A widzisz, to że jest w tekście to jeszcze nie znaczy, że jest czytelne ;). Nieuważne czytanie może nie pomagać ale raczej Cię o to nie podejrzewam:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witam :]

 

Czuć klimat i bardzo podobało mi się bardzo kilka opisów, jak że “głowę wyciągnął jak wilk łapiący trop”, no miodzio, samo się wyobraża.

 

Ponownie taki spokojny horror, przywodził mi na myśl ten tekst z wodnikiem (nie pamiętam tytułu, sorry).

 

Mormoni byli bardzo przerażający, zatłukli kobity a w wyrazie jeszcze większego okrucieństwa, jemu pozwolili żyć… a potem jeszcze udają, że wszystko spoko, bo to Hyrum im kazał.

 

Natomiast konfrontacje ze stworem trochę mniej przemówiły do mnie.

Bila zostawia, bo nie ma w sobie żalu – może i nie ma, ale w tekście nie wyłapałem takich sugestii, więc trochę miałem wrażenie, że to spadło z nieba. Odczułem, że Bill jest zmęczony życiem, ale to jakby nie to samo, co nie mieć żadnego bólu i żalu.

A Wyjącego Wilka też zostawił, bo zadeklarował, że jest gotów na śmierć? To już lepiej wypadło, bo znamy jakieś tło, ale no nie było napięcia w tej scenie, on to po prostu zadeklarował i to wystarczyło.

 

Pozdrawiam i klik


Niedaleko od obozu znalazł skalpy w płytkim dole, rozkopanym przez kojoty.

Kojoty zadały sobie trud rozkopania dołu i nie zjadły skalpów?

 

Celeba

Nie jest to pewnie jakoś giga ważne, ale czemu “Celeb” zamiast “Caleb”?

 

Teraz biały człowiek był jeszcze ciekawszy, gdy już wszystko stracił.

Moim zdaniem lepiej “Teraz, gdy już wszystko stracił, […]”, żeby określenie było bliżej określanego.

 

wskazał palcem mężczyznę.

Wskazał mężczyznę palcem – wiemy, że “mężczyznę” jeszcze zanim zdanie się rozpocznie, bo Celeb jest w poprzednim zdaniu, więc nacisk powinien być na “palcu”.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej Galicyjski :). Z telefonu pisze, więc narazie tylko wyjaśnienie:). Bill zawsze robił to co słuszne – kolejną scena z Mormonami miała to potwierdzić:). Żył zgodnie z literą prawa i wierzył w to więc i nie miał niczego co by go trapiło – do ostatniej sceny :). A Wyjący Wilk całe opowiadanie próbuje pogodzić się ze śmiercią syna dlatego jedzie za Celebem( niewiele czemu nie Caleb ;P). Pojedynek z wędrowcem dzieje się w Wyjącym Wilku, który może i jest gotowy na śmierć, ale ważniejsze jest to, że zaakceptował to, że syn już odszedł :). Sugestie językowe wprowadzę jak tylko będę przy kompie :). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

A widzisz, to że jest w tekście to jeszcze nie znaczy, że jest czytelne ;). Nieuważne czytanie może nie pomagać ale raczej Cię o to nie podejrzewam:)

Bardjaskierze, dziękuję, ale – przyznam szczerze – śledziłam pilnie wątek masakry i pojawiających się, wciąż nowych bohaterów oraz ich dalsze losy. Dziewczynka uratowana i zabezpieczona – ok, poszła w niepamięć. Tymczasem są nowe odsłony fabuły, nowe postacie fantastyczne, mowa o nieżyjącym synu, o cierpieniu ojca, cmentarzyskach, duchach i zjawach, atmosfera się zagęszcza… A tu nagle na końcu – jej ciąża. Potrafisz zaskoczyć, nie ma co! :))

Pecunia non olet

No dobra :). Ciąża dziewczynki wynika z tego jak Celeb traktowała poligamie. Uważał się za Mormona ale wykorzystał ich stosunek do małżeństwa w cyniczny sposób. To spowodowało, że Mormoni dokonali zbrodni ( bo sami traktowali to bardzo poważnie). To też sprawiło, że szeryf nie zawiadomił fortu o popełnieniu przestępstwa:).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

– A kto ma się zająć małą?! – Burmistrz wrzeszczał już od jakiegoś czasu.

Wrzeszczał gębowe, a burmistrz z małej, więc w tym wypadku też z małej.

„Chwała mężowi, co z Jehową

rozmawiał,

Jezus go namaścił prorokiem, widzącym.

Błogosławionym będzie imię

jego,

Czczone przez wiernych na wieki”. (4)

To kwestia gustu, ja bym zapisał kursywą. Ładniej wygląda. Szczególnie, że używasz kursywy dalej.

Jestem tym, który żywi się cierpieniem.

Starszy zobaczył, jak twarz Celeba zsuwa się z głowy, a pod nią Drogę Mleczną, gwiazdy i planety. Twarz zaczęła płonąć żywym ogniem, gdy palce mężczyzny w cylindrze weszły pod skórę.

Fajne!

Bill nie widział innego kierunku, w którym mógł się udać wojownik. Szeryf miał tylko nadzieję, że nie rozminął się z nim gdzieś po drodze.

Wiemy, że to szeryf, mam wrażenie, że już gdzieś wcześniej też niepotrzebnie podkreślasz podmiot.

1870 raczej nie używali Jahwe, z tego co wyczytałem to ten spór jest chyba dość świeży:).

Zgadza się. Nie używali z pewnością.

 

No, no. Zaskoczyłeś. Western jak się patrzy. Bardzo dobrze opisany świat, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, bo nie znam się na westernach i wierzę we wszystko jak leci. Ale szanując ogrom pracy przy researchu myślę, że sporo poświęciłeś czasu na wierne oddanie klimatu i ciekawostek.

Co do fabuły – bardzo mi się podobało. Wielowątkowość, ale też dokładne, krok po kroku, odkrywanie świata zaowocowało. Może trochę bym odchudził początkową scenę z burmistrzem, ale to takie marudzenie, ogólnie wyszło super. Czytałem szczerze zainteresowany, a im dalej – tym bardziej.

Przeskoki rozdziałów – tu miałem z początku większy problem. Po przeczytaniu połowy, byłem przekonany, że napiszę komentarz, że troszkę przesadzone, że troszkę nieczytelne i potargane. Ale kurczę, doczytałem do końca i jakoś nie mogę na to narzekać. To chyba wynik tego skrupulatnego odkrywania tajemnic świata i fabuły, powoli, ale rzetelnie. Finalnie kupiłem to, trochę jak scenariusz filmowy. Nie stosujesz zbędnych metafor zakrywających czytelność, tylko tam, gdzie ich potrzeba. Przez to jest brudno, ostro – czułem się jakbym tam był. Brakowało mi tylko kilku wielkich kaktusów na drodze, albo tej kulki zasuwającej przy wietrze przez drogę, wtedy już bym myślał, że oglądam film haha.

Myślę, że jakby każdy rozdział odpowiednie rozbudować i jeszcze dodać kilka wątków to miałbyś materiał na książkę.

Doczepię się troszkę gatunku. Nie bardzo widzę tu horror, ale możliwe, że się nie znam. Klasyczny kryminał westernowy z elementami fantastyki, ewentualnie thriller. Ale dziwny duch z drogą mleczną na pysku to chyba jeszcze nie horror? Nie krytykuję, dobrze wiesz, że ja nie dość, że mam problem w okreslaniu gatunków, to jeszcze nie jest to dla mnie ważne do jakiego worka się coś wrzuci, ale tak stwierdziłem, że dopiszę luźne wrażenia.

Szacunek za legendę w przedmowie.

Podsumowując – bardzo udane opowiadanie. Zaskoczyłeś czymś nowym. Ciekawe jakiego asa jeszcze masz w rękawie. 

Z przyjemnością polecę do biblioteki, a i zostawię nominację. Myślę, że Loża powinna się przyjrzeć Twojemu westernowemu pomysłowi. 

Pozdrawiam serdecznie.

 

EDIT: A, no i końcówka genialna.

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej MichaelBullfinch :)

 

Jestem już przy komputerze, więc usterki poprawione. 

 

To kwestia gustu, ja bym zapisał kursywą. Ładniej wygląda. Szczególnie, że używasz kursywy dalej.

 

Kursywę chciałem zachować dla wędrowca :)

 

Wiemy, że to szeryf, mam wrażenie, że już gdzieś wcześniej też niepotrzebnie podkreślasz podmiot.

Bardzo dobrze, ja podmiot wstawiam zbyt często (takie zboczenie po dawnych betach, gdzie podmiot cały czas mi się gubił :))

 

Przeskoki rozdziałów – tu miałem z początku większy problem.

 

Tak, zdaję sobie sprawę, że początek jest wymagający i trzeba się do tego przyzwyczaić. Ale jak Bill wszystko postawiłem na jedną kartę ;) – super, że wszystko się skleja, o to właśnie się martwiłem :) 

 

Finalnie kupiłem to, trochę jak scenariusz filmowy.

 

To trochę m nie niepokoi. Wiem, że moje opowiadania mają taki trochę filmowy sznyt – muszę na to uważać by kiedyś nie spalić tekstu :)

 

Brakowało mi tylko kilku wielkich kaktusów na drodze, albo tej kulki zasuwającej przy wietrze przez drogę, wtedy już bym myślał, że oglądam film haha.

Kaktusy i biegacz pustynny to bardziej Teksas czyli południe Cheyenn to środek USA :). Chociaż jakieś kaktusy też tam rosną, ale klimat jest bardziej surowy. Jak by to powiedział Wędruch. Zimno. :)

 

Myślę, że jakby każdy rozdział odpowiednie rozbudować i jeszcze dodać kilka wątków to miałbyś materiał na książkę.

 

Obawiam się, że zbyt dużo pracy musiałbym włożyć w wyszukiwanie informacji – na opowiadaniu straciłem tydzień czytając o Mormonach, a i tak nie wiem czy wszystko dobrze sprawdziłem :). 

 

 

Doczepię się troszkę gatunku. Nie bardzo widzę tu horror, ale możliwe, że się nie znam. 

 

Horror tak, ale grozy brak ;) – dlatego też nie wrzuciłem jej w tagach. 

 

Ale dziwny duch z drogą mleczną na pysku to chyba jeszcze nie horror?

 

To już horror :) Jeśli są jakieś cosie nadnaturalne, które budzą niepokój to właściwie można już to podciągnąć pod horror. “Martwe zło” to komedia (2 cześć), albo “Martwica mózgu” a to przecież klasyki gatunku :).

 

Dziękuję bardzo za klik i nominację :) Ale najbardziej mnie cieszy to, że opowiadanie jest czytelne – bo trochę ryzykowałem decydując się na taką konstrukcję :) 

 

Również pozdrawiam :) 

 

 

 

GalicyjskiZakapior – poprawione :) 

 

Niedaleko od obozu znalazł skalpy w płytkim dole, rozkopanym przez kojoty.

Kojoty zadały sobie trud rozkopania dołu i nie zjadły skalpów?

W kolejnej scenie z dołem latają z nimi w pysku. Ale domyślam się, że skóra z włosami to nie jest przekąska pierwszej klasy :) 

 

A i dziękuję za klika :) 

 

I jeszcze raz pozdrawiam :) 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No dobra :). Ciąża dziewczynki wynika z tego jak Celeb traktowała poligamie. Uważał się za Mormona ale wykorzystał ich stosunek do małżeństwa w cyniczny sposób. To spowodowało, że Mormoni dokonali zbrodni ( bo sami traktowali to bardzo poważnie). To też sprawiło, że szeryf nie zawiadomił fortu o popełnieniu przestępstwa:).

 

Ahaaa… :)

Dzięki. :) 

Pecunia non olet

Hejka!

Wciągnęłam się, ojj zdecydowanie tak. Świetny klimat prerii, czuć ten wiatr, przestrzeń i coś niepokojącego, co czai się między ludźmi. Prawie od razu miałam wrażenie, że coś złego wisi w powietrzu i tylko czeka, żeby się wydarzyć. Najbardziej podobało mi się, że historia nie jest oczywista. Każda ze stron ma swoje racje, swój ból i swoje lęki, a dzięki temu wydaje się bardziej prawdziwa, nawet jeśli w tle dzieją się rzeczy nienaturalne. Postać w cylindrze niepokoi, ale nie w oczywisty sposób, bo nie jest to potwór, który wyskakuje zza krzaka, tylko coś bardziej cichego i przez to chyba straszniejszego. Momentami musiałam czytać uważniej, bo sporo się dzieje i łatwo coś przeoczyć, ale ogólnie bardzo mi się podobało. Lecę nominować. 

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej be­twe­en­the­li­nes :) Dziękuję za odwiedziny, komentarz i nominację:). Teraz już jestem spokojny o to jak tekst wyszedł:). A to nie było takie oczywiste… Ale trzeba próbować nowych rzeczy. Pisanie westernu to coś o co się nie podejrzewałem i szczerze bałem się, że nie uda mi się oddać klimatu równin:). To jak już wiem, że wyszło, to może jeszcze napisze coś z Dziekim Zachodem w tle :). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Spodobał mi się wielce pomysł, aby western i horror spleść w jedno. Z przyjemnością przemierzałam prerię, podglądając poczynania szeryfa, Wyjącego Wilka i grupy mormonów, i zupełnie nie przeszkadzał mi sposób, w jaki ta historia została przedstawiona. Nie gubiłam się i cały czas towarzyszyła mi ciekawość, jak sprawy się zakończą.

Bardzo satysfakcjonująca lektura.

Bardzie, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałbym móc odwiedzić nominowalnię. :)

 

Wy­ją­cy Wilk pu­ścił lejce. → Wy­ją­cy Wilk pu­ścił wodze.

Lejce służą do powożenia zaprzęgiem, a Wyjący Wilk jedzie wierzchem.

 

Zła­pał i ścią­gnął lejce. → Zła­pał i ścią­gnął wodze.

 

Grupa Mormonów pociągnęła mężczyznę… → Grupa mormonów pociągnęła mężczyznę

Ten błąd pojawia się wielokrotnie także w dalszej części opowiadania.

Za SJP PWN: mormon «członek wspólnoty religijnej w Stanach Zjednoczonych, łączącej elementy chrześcijaństwa, judaizmu i islamu»

Mormon (prorok), Księga Mormona.

 

Może od razu za­czną przy­uczać ją za­wo­du! → Może od razu za­czną przy­uczać ją do za­wo­du! Lub: Może od razu za­czną nauczać ją za­wo­du!

 

Jednoczęściowa bielizna – kalesony z rękawami… → Znalazłam informację, że taka bielizna – długa, jednoczęściowa, zapinana na guziki i z klapką z tyłu jest znana w Stanach Zjednoczonych jako UNION SUIT („garnitur unii”).

 

za długo klę­czał i bał się, że stara rana nie po­zwo­li mu wstać. → Przypuszczam, że po długim czasie nie było już rany.

Proponuję: …za długo klę­czał i bał się, że stara kontuzja nie po­zwo­li mu wstać.

 

Wziął jesz­cze łyka i po­pro­wa­dził ka­re­go wa­ła­cha za ta­bo­rem. → Raczej: Wziął jesz­cze łyk i po­pro­wa­dził ka­re­go wa­ła­cha za ta­bo­rem.

 

Zła­pał wa­ła­cha za lejce i po­pro­wa­dził mię­dzy wozy. → Zła­pał wodze i po­pro­wa­dził wałacha mię­dzy wozy.

 

po­wie­dział star­szy męż­czy­zna w ma­ry­nar­ce o twa­rzy prze­ora­nej ospą. → Czy dobrze rozumiem, że marynarka miała twarz przeoraną ospą?

A może miało być: …po­wie­dział star­szy męż­czy­zna o twa­rzy prze­ora­nej ospą, ubrany w marynarkę.

 

Ob­ra­zy wró­cił – zo­ba­czył ko­bie­ty tu­lą­ce dzie­ci… → Literówka.

 

„Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?” → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa, albo cudzysłów.

 

Po­kuś­ty­kał do konia i zła­pał lejce. → Po­kuś­ty­kał do konia i zła­pał wodze.

 

Wy­ją­cy Wilk sły­szał, jak po­cią­ga za fajkę. → Raczej: Wy­ją­cy Wilk sły­szał, jak po­cią­ga z fajki.

 

Bill za­wi­nął lej­ca­mi i zdzie­lił gów­nia­rza przez głowę… → Bill za­wi­nął wodzami i zdzie­lił gów­nia­rza przez głowę

 

Wszedł do na­mio­tu. Roz­wią­zał wstąż­ko­wy kra­wat. → Kokarda noszona przez mężczyzn pod szyją zamiast krawata to fontaź.

 

Hyrum wy­cią­gnął rękę i wska­zał męż­czy­znę pal­cem . → Zbędna spacja przed kropką.

 

część nie zna­la­zła­by w sobie na tyle siły… → …część nie zna­la­zła­by w sobie tyle siły

 

spoj­rzał na Cze­je­na o twa­rzy po­ma­lo­wa­nej w czar­no-czer­wo­ne barwy i ja­strzę­bim pió­rem we wło­sach. → …spoj­rzał na Cze­je­na o twa­rzy po­ma­lo­wa­nej w czar­no-czer­wo­ne barwy i z ja­strzę­bim pió­rem we wło­sach.

 

Nie za­mie­rzał wy­cho­dzić z pie­rzy­ny przez na­stęp­ny ty­dzień. → Nie za­mie­rzał wy­cho­dzić spod pie­rzy­ny przez na­stęp­ny ty­dzień.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne westernowe dekoracje – bo nietypowe.

ja to zrozumiałam tak: Celeb zabił syna Wyjącego Wilka, więc ten go śledził. Mormon bzykał, kogo popadnie. Nie wiem, czy dziewczynka jest jego córką, czy żoną, ale obstawiam, że ojcem jej dziecka jest Celeb. Mormoni się wkurzyli i zabili mu kobiety. Nie wiem, dlaczego akurat kobiety. Czy zepsuli mu “rzecz, która jego jest”, czy za karę za zgodę starszych żon na przyjęcie do rodziny dziecka (jak wynika z tekstu – ta zgoda jest wymagana). Oskalpowali je, żeby zrzucić winę na Indian. Po planie pałęta się upiór żywiący się bólem psychicznym i przejmujący ciała kolejnych ofiar. Szaman wyczuł, że z Wilkiem jest coś nie tak i czasowo wykluczył go z plemienia, żeby nie roznosił tej zarazy.

Czy dziecko w takim wieku mogło zajść w ciążę? Tak, teraz dziewczynki w tym wieku już miesiączkują, ale i odżywiają się lepiej (w sensie dostają więcej kalorii), więc organizm szybciej może być gotowy do rozmnażania. Ale kiedyś chyba zaczynały później?

Wyjący Wilk puścił lejce. Srokacz w ciemności zrobił jeszcze parę kroków. Stanął i pochylił łeb. oJeszcze nie skubał trawy, czekał, co zrobi Czejen. Indianin znieruchomiał w siodle,

Przy jeździe wierzchem używa się wodzy. Lejce są przy kierowaniu zaprzęgiem. A Indianie w ogóle używali uprzęży? Bo coś tam mi się kojarzy, że woleli kierować koniem przy pomocy nóg.

Wrzaski zastąpiły okrzyki.

Czyli co było wcześniej, a co potem? W ogóle to zdanie jest słabe – nie dosyć, że dwuznaczne, to jeszcze podmiot i dopełnienie są prawie synonimami.

Babska logika rządzi!

regulatorzy, Finkla – dziękuję za odwiedziny. Musicie mi dać chwilę zanim odpowiem na Wasze komentarze :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, ode mnie masz tyle chwil, ile tylko zapragniesz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wyjący Wilk puścił lejce. Srokacz w ciemności zrobił jeszcze parę kroków. Stanął i pochylił łeb. Jeszcze nie skubał trawy, czekał, co zrobi Czejen. Indianin znieruchomiał w siodle, wtedy koń zacząć jeść. Jeździec nasłuchiwał – wiatr ostrzegał, nie wiedział tylko przed czym.

Pierwszy wystrzał obudził Czejena. Złapał i ściągnął lejce.

Lejce są w bryczce. Przy jeździe wierzchem są wodze. I raczej się je luzuje, a nie zupełnie puszcza. I czy czekanie ma pokazać ich zgranie? Bo większość koni jednak zajmie się żarciem w takiej sytuacji, chyba że Indianin tak je leje batem, że się boją.

 

Wyjący Wilk spiął konia piętą.

No dobra. Teraz już wiadomo, dlaczego koń się tak go boi. Nie zachęcamy konia do szybszego poruszania się piętą, jeśli go lubimy. Łydką!

 

Wiatr coś niósł ze sobą. To nie był kojot czy wilk.

Mocne wiatry tam wieją, jeśli rzucają kojotami. Czy może chodziło o wycie kojota czy wilka? W kolejnych zdaniach jest wytłumaczone, że chodzi o dźwięk, ale w takim zestawieniu brzmi to komicznie.

 

Bill szukał go dwie noce, nim zorientował się, że nożownik wrócił i schował na starej farmie.

Schował się na starej farmie czy schował tam coś innego?

 

– Dzięki, doktorze.

Moim zdaniem “doktorze” można pominąć.

 

– Zaczekaj. – Burmistrz spojrzał na medyka. – Zostawisz nas samych.

Bardziej naturalne byłoby ze znakiem zapytania, albo “zostaw nas samych”. Na razie brzmi jak “Jedi-talk” :)

 

Spierzchnięte wargi poruszały się

“się” na końcu drażni niektórych. Ładniej: Spierzchnięte wargi wciąż się poruszały.

 

Wrócę jeszcze, bo dziś już pora za późna na łapanie słówek, a widzę, że opowiadanie się pierzy, więc jednak warto je dokładnie przejrzeć :)

 

Hej!

 

Sam początek dla mnie bardzo zagmatwany. Jednocześnie próbowałem poukładać w głowie świat i poradzić sobie ze skokami perspektywy. Do tego w scenie w mieście po przeskoku nagle pojawia się trzech bohaterów, w tym burmistrz, który już chyba potem nie wraca i może dałoby się go jakoś zastąpić.

Potem zmiany perspektywy wypadały już zdecydowanie na plus. W kilku momentach miałem frajdę ze składania wszystkiego w całość. Dobrze wypadło dawkowanie informacji co do upiora i bohaterów. Zastanowiło mnie trochę, że od początku wiemy, kto stoi za zbrodnią, ale wygląda na to, że dzięki temu tłumaczenia Mormonów i Indian stały się jeszcze ciekawsze.

 

Najciekawsze w tekście były dla mnie spotkania upiora z ofiarami. Może dziwnie to zabrzmi, ale dla mnie były o tyle satysfakcjonujące, że wymierzały sprawiedliwość. Mormoni, którzy mieli dużo za uszami, poddawali się i to oni byli przejmowani. Za to praworządny szeryf, któremu wszyscy utrudniają życie, i niesłusznie oskarżony Indianin po prostu nie zgadzają się na kapitulację, więc duch nie może nic im zrobić.

Znowu, gdybyśmy nie znali sprawcy początkowego ataku, pewnie tak dobrze by to nie wyszło.

 

Końcówki sam bym raczej nie zrozumiał. Podczas czytania myślałem, że Caleba wyrzucili za paktowanie z duchami albo coś w tym stylu i nie trafił na miejsce kontaktu przypadkiem ;)

 

Kilka uwag technicznych:

Bill szukał go dwie noce, nim zorientował się, że nożownik wrócił i schował [się] na starej farmie.

Obrazy wrócił[y] – zobaczył kobiety tulące dzieci, dziewczęta zasłaniające oczy córek.

– Bluźniłeś słowem i czynem. Nie zostawiłeś mi wyboru, Celebie. – Hyrum wyciągnął rękę i wskazał mężczyznę palcem . – Ale, że swe plugawe postępki postanowiłeś ubrać w szaty mormońskie, zasłaniałeś się naukami Josepha Smitha(13), tego nie mogłem ci wybaczyć. Musiałem cię ukarać dla dobra całej wspólnoty.

“Ale” sugeruje, jakby miała być jakaś sprzeczność z poprzednim zdaniem, a chyba nie ma.

 

Pozdrawiam :)

It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead

Kary wałach wyczuł obecność Mormona. Szarpnął łbem. Bill dopiero usłyszał.

Lubię minimalizm, ale tutaj się gubię.

 

– Dziękuję. Nazywam się Bill Thornton. Jadę z Laramie.

Z kolei tutaj naturalniej będzie samo “Bill Thornton”

 

Wybacz, ale to zajęcie traktuję na tyle poważnie, że nic innego nie jest w stanie zajmować mi myśli

Końcówka zdania pokraczna i źle się czyta.

 

Spiął konia piętami. Srokacz ruszył galopem

Jak wyżej. Może lepiej nie wchodzić w szczegóły, czym spiął konia. Poza tym koń to nie samochód, strzałów ze sprzęgła nie lubi. Bezpieczniej jest napisać “przeszedł do galopu” – sugestia, że zrobił kilka kroków stępem albo kłusem. Technicznie może wystartować galopem, ale jak dotąd ten koń jest opisywany dość flegmatycznie.

Jeśli chcesz opisać taki błyskawiczny start konia, można wcześniej dać znać, że wierzchowiec jest bardzo niespokojny, przestępuje z nogi na nogę, szeroko otwiera oczy i nozdrza, strzyże uszami, drży, wyciąga głowę i szyję, jednym słowem jest na granicy spłoszenia, a kiedy dostaje impuls od jeźdźca, zrywa się do biegu.

 

Jeździec wczepił dłonie w końską grzywę.

A po jakiego grzyba? Żeby go bolało, czy żeby koń w końcu go zrzucił za całokształt obsługi? laugh

 

– Wciąż mam obraz Lecącego Jastrzębia.

Intencje zrozumiałe, wykonanie mniej. “Wciąż widzę Lecącego Jastrzębia” nie jest czasem prostsze?

 

Dał podejść szczeniakowi. Kary drgnął, gdy Czejen wsadził rękę w juki. Bill zawinął lejcami i zdzielił gówniarza przez głowę, aż indycze pióro zleciało na ziemię. Młody Czejen, masując głowę, wrócił do reszty dzieci, witany śmiechem i drwinami.

On ma sakwy przednie? Bo odnośnie juków za siodłem nie jest to wykonalne. Wodze nie są tak długie.

 

A całość dobrze się czytała, wątek o przeżyciu żałoby i pogodzeniu się z utratą ładnie opisany. Upiór, który karmi się cierpieniem był zarówno straszny (czyli udany) jak i wystarczająco “głęboki” by zainteresować, a nie tylko być kolejnym straszakiem, który wyskakuje z krzaków. Inteligentne horrory lubię.

 

 

Hej wszystkim :) 

 

regulatorzy – bardzo mi miło, że opowieść się spodobała :). Błędy zostały poprawione. Nie wiem czemu tych Mormonów z dużej potraktowałem. A też nie wiedziałem, że jest różnica między lejcami a wodzą :)

 

Jednoczęściowa bielizna – kalesony z rękawami… → Znalazłam informację, że taka bielizna – długa, jednoczęściowa, zapinana na guziki i z klapką z tyłu jest znana w Stanach Zjednoczonych jako UNION SUIT („garnitur unii”).

 

Wszedł do namiotu. Rozwiązał wstążkowy krawat. → Kokarda noszona przez mężczyzn pod szyją zamiast krawata to fontaź.

Te nazwy też znalazłem ale by nie przesadzać z przypisami postanowiłem opisać zarówno kalesony jak i ten ni to krawat ni to muszkę :) 

 

Bardzo dziękuję za nominację :) 

 

 

Finkla – miło mi, że się podobał :). Te wodze, nieszczęsne, zostały poprawione :). 

 

Wrzaski zastąpiły okrzyki.

To zdanie bym musiał rozbudować, co mi się też średnio podoba :). Z jednej strony wyraża dokładnie to co chciałem opisać z drugiej zgadzam się z Twoim zarzutem :). Mam też kilka zdań do przemyślenia u marzana, więc postaram się coś wymyślić :). 

 

Właściwie dobrze zrozumiałaś fabułę z lekką nadinterpretacją tu i tam ;). Ale jedno mnie ciekawi: 

 

Celeb zabił syna Wyjącego Wilka, więc ten go śledził.

Skąd taki wniosek? :) 

 

Czy dziecko w takim wieku mogło zajść w ciążę?

 

Mogło tak się zdarzyć, choć nie musiało :)

 

Sprawa z Celebem i mormonami jest dość prosta. Oni go “zabijają” nie tylko za to, że zrobił sobie harem z kobiet i córek ale dlatego, że tłumaczył to prawem mormońskim. Sam Celeb nie został zabity od razu by cierpiał, a bez konia i czekała go śmierć na prerii :). 

 

ostam – tak, wiem, że ten początek nie należy do najłatwiejszych :). Ale fajnie, że dalej już czytało się dobrze i opowiadanie jako całość się podoba :) Nad tekstem starszego pomyślę razem z uwagami od marzana :). Reszta poprawiona :) 

 

Końcówki sam bym raczej nie zrozumiał. Podczas czytania myślałem, że Caleba wyrzucili za paktowanie z duchami albo coś w tym stylu i nie trafił na miejsce kontaktu przypadkiem ;)

 

Kurczę, szkoda. Z drugiej strony cześć czytelników nie ma z tym problemu, więc muszę się pogodzić z tym, że nie zawsze wybrzmi tak, jak bym chciał :). 

 

marzan – a do ciebie wrócę z osobnym komentarzem :D. Na razie dziękuję za odwiedziny i wnikliwą analizę :). Miło mi też, że horror się podobał :). Część rzeczy poprawiłem, nad częścią muszę się zastanowić. I tak na szybko: 

 

On ma sakwy przednie? Bo odnośnie juków za siodłem nie jest to wykonalne. Wodze nie są tak długie.

 

Wodze kowbojskie są podobno dłuższe niż standardowe, mają ponad 2 metry. Nie wiem jak to się ma do długości konia i umieszczenia juków, ale może by starczyło tej wodzy by zdzielić Czejena w łeb :) 

 

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Skąd taki wniosek? :) 

Bo Wilk od początku śledzi Celeba – wie, że to ten w cylindrze i tak dalej… Jeśli nie z powodu śmierci syna, to z jakiego?

Zdanie z wrzaskami. Ono jest dwuznaczne, tak jak “motocykl wyprzedził samochód” – i co teraz jedzie z przodu? Wystarczy zmienić na stronę bierną “motocykl został wyprzedzony przez samochód” albo pokombinować z rodzajami “yamahę wyprzedził samochód”.

OK, a za co mormoni zabili kobiety?

Babska logika rządzi!

Wyjący Wilk nie potrzebował powodu dla którego śledził Celeba. A kobiety zginęły bo żyły z Celebem w grzechu :).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, i mnie jest miło, że mogłam się przydać. Zgłoszenie trafiło do nominowalni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wyjący Wilk nie potrzebował powodu dla którego śledził Celeba

Indianin może się włóczyć i być wścibskim, bo taki jest z charakteru. Jako czytelnik to kupuję i nie potrzebuję tłumaczeń. Howgh!

My Neg… Eee… Indianin :). Wrócę z dłuższym komentarzem ale na razie nie mam dostępu do kompa :/

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

marzan! Wracam z obiecanym komentarzem :)

 

 

Bo większość koni jednak zajmie się żarciem w takiej sytuacji, chyba że Indianin tak je leje batem, że się boją.

 

Wyjący Wilk spiął konia piętą.

No dobra. Teraz już wiadomo, dlaczego koń się tak go boi. Nie zachęcamy konia do szybszego poruszania się piętą, jeśli go lubimy. Łydką!

 

Te lejce zostały już poprawione :). Ale te łydki i pięty… Hmmm chodzi o coś jak szarpnie psa na lince, a nauczenie go by chodził przy nodze? Oczywiście mogę zmienić te pięty na łydki itp. tylko, że ta historia nie jest przyjaźni do zwierząt. Nawet gdzieś czytałem, że Indianie jedli konie i psy (w ostateczności) więc chyba nie przywiązywali się do zwierzaków, jakoś szczególnie. Ale zapamiętam by nie traktować konia z pięty… No chyba, że będę przed kimś uciekał :) 

 

 

Mocne wiatry tam wieją, jeśli rzucają kojotami. Czy może chodziło o wycie kojota czy wilka? W kolejnych zdaniach jest wytłumaczone, że chodzi o dźwięk, ale w takim zestawieniu brzmi to komicznie.

Słusznie i to już poprawiłem :)

 

A Indianie w ogóle używali uprzęży? Bo coś tam mi się kojarzy, że woleli kierować koniem przy pomocy nóg.

Używali, tylko zapewne to, o czym piszemy, to ogłowie.

 

Oni używali jakiś derek, drewnianych siodeł, ogłowia ale też czasem jeździli na oklep :).

 

 

Jak wyżej. Może lepiej nie wchodzić w szczegóły, czym spiął konia. Poza tym koń to nie samochód, strzałów ze sprzęgła nie lubi. Bezpieczniej jest napisać “przeszedł do galopu” – sugestia, że zrobił kilka kroków stępem albo kłusem. Technicznie może wystartować galopem, ale jak dotąd ten koń jest opisywany dość flegmatycznie.

Jeśli chcesz opisać taki błyskawiczny start konia, można wcześniej dać znać, że wierzchowiec jest bardzo niespokojny, przestępuje z nogi na nogę, szeroko otwiera oczy i nozdrza, strzyże uszami, drży, wyciąga głowę i szyję, jednym słowem jest na granicy spłoszenia, a kiedy dostaje impuls od jeźdźca, zrywa się do biegu.

Ok, może to i nie jest standardowe odpalenie wierzchowca ale używam tego zwrotu by podkreślić pośpiech jeźdźca :). Widzę, że siedzisz w jeździeckim klimacie :). U mnie konie są sprowadzone do formy transportu i tak to raczej zostawię – ale mam cenne rady jeśli będę chciał zbudować scenę podkreślającą przywiązanie lub niechęć zwierzęcia do właściciela :) 

 

Jeździec wczepił dłonie w końską grzywę.

A po jakiego grzyba? Żeby go bolało, czy żeby koń w końcu go zrzucił za całokształt obsługi? laugh

 

A widzisz, bo ma zamknięte oczy – łatwiej jest mu chwycić grzywę niż szukać wodzy :)

 

 

Intencje zrozumiałe, wykonanie mniej. “Wciąż widzę Lecącego Jastrzębia” nie jest czasem prostsze?

 

Wiem ale chciałem nadać scenie takiego Indiańskiego klimatu, dlatego tak mówi :). Jak w filmach o Winnetou ;). 

 

A całość dobrze się czytała, wątek o przeżyciu żałoby i pogodzeniu się z utratą ładnie opisany. Upiór, który karmi się cierpieniem był zarówno straszny (czyli udany) jak i wystarczająco “głęboki” by zainteresować, a nie tylko być kolejnym straszakiem, który wyskakuje z krzaków. Inteligentne horrory lubię.

No i to najważniejsze :).

 

 

Przepraszam, że tak długo musiałeś czekać ale życie dopadło mnie z zaskoczenia :) 

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Z piętą i łydką można w sumie rozróżniać w opowiadaniu. Bo jak na konia pędzi bizon, to chyba nie chodzi już o to, żeby go dopieszczać, tylko zmusić do ruchu, siła wyższa :) Ale nie wiem, czy nie wypadałoby wtedy zwrócić uwagi również innym słowem, np. pary “spiął łydką” i “uderzył piętą”.

Czasem myślę, że na forum jest tyle osób o różnorodnych zainteresowaniach, że można stworzyć takie mini-poradniki do danego tematu, np opisywanie koni, czołgów, samolotów, średniowiecznego uzbrojenia itp. – specjalne wersje dla osób piszących :)

W opowiadaniu Oldguard o Diuku Gabuarze nawet nie robiłem reality check przy klaczy, bo tam całość jest pisana z przymrużeniem oka. W tym opowiadaniu jest na serio, a wszelkie dopracowane szczegóły z “tła” są zawsze miłe dla czytelnika.

Bardzo dobry pomysł :) Jest ta pomoc w pisaniu opowiadań, tam też można zawsze coś wrzucić :). Tylko skąd brać jeszcze czas na takie inicjatywy:). Wiesz, wątek w HP można zawsze założyć, jeśli znajdziesz czas by go pielęgnować:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Na ten poradnik o koniach miałem już pomysł w zeszłym roku, ale masz rację – czas, i jeszcze raz czas… bo chciałem to zrobić porządnie, skonsultować z zaprzyjaźnionymi stajniami, a tam też nie mają czasu, i tak zostaje sam pomysł (jak zwykle, ech…).

W fantasy konie są dość często spotykanym elementem laugh

Nawet są bohaterami w fantasy, więc pewnie zasługują na porządny poradnik :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

– Wyłaź, psi synu! – wrzasnął.

Tak mawiają z dziada pradziada hambuksy? nie wiedziałałem

 

Bardzo fajny western , rzadko takowe czytam, ale skusiłem się bo zauważylem że nominacja któraś będzie to też piórkowców wypada czytać:) 

 

Bardzo zgrabne dialogi. Trochę masz inną narrację niż moja, bardziej minimalistyczną, no ale bardzo mi się podobały te szybkie przejścia. Technicznie to coś, co chciałbym kiedyś spróbować. To wszystko jest spójne :)

Też nominuję, chociaż zakładam, że to już formalność ;)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Hej :)

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

Tak mawiają z dziada pradziada hambuksy? nie wiedziałałem

Faktycznie, powinien pojechać z madafucka:) 

 

A ja rzadko piszę westerny – ten był pierwszy :). Fajnie, że wyszedł, bo się trochę napracowałem nad nim. Te przeskoki to coś nad czym pracuje już od dawna i czasem wychodzi, a czasem nie :). 

Dziękuję za nominację to zawsze takie małe piórko dla autora :) 

Pozdrawiam :) 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka