- Opowiadanie: G.Ashen - Po drugiej stronie płótna

Po drugiej stronie płótna

Opowiadanie inspirowane obrazem pani Anny Słoncz „Kobieta turkus”,

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Po drugiej stronie płótna

Na ra­mie­niu łó­żecz­ka dziecięcego wi­siał ró­żo­wy kocyk, a przez uchy­lo­ne okno wkra­da­ła się me­lo­dia po­bli­skich pta­ków i zapach świeżo skoszonej trawy. Kon­rad opie­rał się o pa­ra­pet i obserwował przy­ro­dę. Słońce powoli zachodziło nad pobliskim lasem.

– Widzę, że dalej nie mo­żesz się na­cie­szyć tym wi­do­kiem. – W progu drzwi sta­nę­ła jego żona Eliza. Jej rude krę­co­ne włosy mi­go­ta­ły od promieni słonecznych wpa­da­ją­cych przez okno.

– Je­ste­śmy już tutaj pra­wie od roku, ale przy­ro­da cią­gle robi na mnie wra­że­nie – odpowiedział mężczyzna.

– Przy­ro­da po­cze­ka, ale głodna żona już nie za bardzo. Pamiętasz, że miałeś mi pomóc przy kolacji? – po­wie­dzia­ła z lek­kim uśmie­chem, ale ten szyb­ko opadł, gdy zo­ba­czy­ła ró­żo­wy kocyk, który budził złe wspomnienia.

Oboje prze­szli przez krót­ki ko­ry­tarz i we­szli do małej kuch­ni. Zaczęli przygotowywać kolację. Eliza włą­czy­ła radio sto­ją­ce na ob­skur­nym bia­łym pa­ra­pe­cie. Z głośników za­trzesz­cza­ło i usły­sze­li męski głos omawiający jutrzejszą po­go­dę. Ostrze­ga­ł o ju­trzej­szych gę­stych mgłach na po­łu­dnio­wym te­re­nie kraju.

Gdy skończyli przygotowywać kolację, nastał wieczór i przez małe okien­ko przy­sło­nię­te białą fi­ran­ką wpa­dło świa­tło księ­ży­ca. Eliza po­ło­ży­ła na stół ka­nap­ki. Kon­rad wy­pro­sto­wał wy­gię­tą ce­ra­tę i za­pa­lił lamp­kę.

– Po­my­śla­łem, że już czas, żeby z po­ko­ju na­szej Ame­lii wy­nieść za­le­ga­ją­ce tam rze­czy – po­wie­dział wpa­trzo­ny w zdję­cie sto­ją­ce na pa­ra­pe­cie.

Fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła, jak oboje trzymają mie­sięcz­ną có­recz­kę.

Eliza odło­ży­ła ta­lerz do zmywarki i opar­ła się o okno. Na pa­ra­pe­cie le­ża­ła pacz­ka pa­pie­ro­sów i za­pal­nicz­ka.

– Mi­nę­ło już tro­chę czasu, a ja dalej nie po­tra­fię po­ukła­dać sobie tego w gło­wie – Od­pa­liła ostat­nie­go pa­pie­ro­sa. – Była z nami tylko czte­ry mie­sią­ce i… – urwa­ła, na jej po­licz­ku po­pły­nę­ła łza. – Za­miast wtedy ma­lo­wać ten zasrany obraz, po­win­nam pójść spraw­dzić co u niej i wtedy może…

– Nikt z nas nie mógł nic zro­bić – przerwał jej Konrad. – Więc proszę, nie ob­wi­niaj się. Umarła, ale nie możemy tak ciągle tkwić w tym stanie. Mam dla ciebie pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia. Na­praw­dę chciał­bym, żebyś wró­ci­ła do ma­lo­wa­nia. W po­ko­ju dziec­ka zro­bi­my ci praw­dzi­wą pra­co­wa­nie. Czuję, że tego po­trze­bu­jesz. Mu­sisz zająć czymś głowę, bo zwa­riu­jesz. – Zła­pał żonę za dłoń.

– Tur­kus… – Po­wie­dzia­ła pod nosem i zga­si­ła pa­pie­ro­sa o po­piel­nicz­kę.

Kon­rad nie zro­zu­miał, co ma na myśli.

– Chcia­ła­bym na­ma­lo­wać coś w tym ko­lo­rze. Od kilku dni chodzi mi po głowie i po­wra­ca każ­de­go dnia. Jakby ktoś włożył mi go do głowy, a ja nie potrafię go z niej wyrzucić. Jed­nak, gdy po­my­ślę tylko o ma­lo­wa­niu. Czuję się, jak­bym miała po­ko­nać wy­so­ką górę, któ­rej szczyt przy­sła­nia gęsta mgła.

Kon­rad przy­tu­lił żonę i oznaj­mił, że jutro z rana bez żad­nych wy­mó­wek jadą po wszyst­kie nie­zbęd­ne rze­czy do pra­cow­ni, a gdy wrócą, wszyst­kie rze­czy zwią­za­ne z Ame­lią wy­nio­są na strych. Eliza przy­tak­nę­ła i przytuliła męża. Udali się do sy­pial­ni, ocze­ku­jąc na ju­trzej­szy dzień.

 

***

 

Po oknach pę­dzi­ły kro­ple od po­ran­nej rosy. Kon­rad otwo­rzył oczy i de­li­kat­nie szturch­nął Elizę. Ta otwo­rzy­ła jedno oko; prze­cią­gnę­ła się i nie­chęt­nie wsta­ła. Szu­ra­jąc kap­cia­mi o drew­nia­ne deski, po­szła do ła­zien­ki. Kon­rad nie zwle­kał, wie­dząc, że muszą dziś za­ła­twić sporo rze­czy. W trak­cie, kiedy jego żona się ma­lo­wa­ła, za­czął przy­go­to­wy­wać ja­jecz­ni­cę z po­mi­do­ra­mi.

O go­dzi­nie je­de­na­stej byli już go­to­wi do po­dró­ży. Na po­dwó­rzu stał stary seat, któ­re­go po­wo­li po­chła­nia­ła ko­ro­zja. Kon­rad wło­żył klu­czyk w sta­cyj­kę. Sil­nik trzy razy za­mie­szał i za­pa­lił, bu­cha­jąc przy tym czar­nym dymem. To­czy­li się po­wo­li przez wiej­ską drogę, co chwi­le pod­ska­ku­jąc od nie­rów­nej na­wierzch­ni. Po paru mi­nu­tach wy­je­cha­li na drogę głów­ną. Mgła w dużym stop­niu utrud­nia­ła wi­docz­ność. Wy­świe­tli­ła się lamp­ka ozna­cza­ją­ca re­zer­wę pa­li­wa. Kon­rad zwol­nił i wy­pa­try­wał zjaz­du na po­bli­ską sta­cję paliw. Sta­rał się pa­mię­tać o tu­tej­szych ro­we­rzy­stach. Nie za bar­dzo dbali o od­bla­ski. Oprócz tego za nim wsie­dli na rower, to mu­sie­li sobie coś chlap­nąć, żeby roz­we­se­lić po­dróż.

Po paru ki­lo­me­trach do­strzegł wy­cze­ki­wa­ny za­kręt w lewo. Pod­je­chał pod dys­try­bu­tor i opu­ścił po­jazd. Od­blo­ko­wał pi­sto­let i za­czął lać ben­zy­nę. Uwiel­biał jej za­pach. W tym samym cza­sie Eliza oglą­da­ła swoje rude krę­co­ne włosy w lu­ster­ku sa­mo­cho­do­wym. Kiedy skoń­czył, żona po­da­ła mu port­fel przez szybę. Przy wej­ściu przy­wi­ta­ły go roz­su­wa­ne drzwi. Otwie­ra­ła się tylko lewa część, a w pra­wej sły­chać było je­dy­nie stu­ka­nie elek­trycz­ne­go me­cha­ni­zmu. Za ladą stała Aman­da ubra­na w zi­mo­wą kurt­kę. W jed­nej ręce trzy­ma­ła pa­pie­ro­sa, a drugą ob­ra­ca­ła gril­lu­ją­ce się pa­rów­ki. Kon­rad wi­dy­wał ją tutaj, odkąd się prze­pro­wa­dził. Więk­szość ludzi w jej wieku wy­je­cha­ła, ale ona zo­sta­ła. Nie raz wi­dział jej ojca prze­wra­ca­ją­ce­go się na pro­stej dro­dze, a ona razem z jej młod­szą sio­strą pro­wa­dzi­ły go do domu. Po­roz­ma­wia­li chwilę, po czym się pożegnali.

– Kon­rad, za­cze­kaj! – krzyk­nę­ła ko­bie­ta zza lady i wy­bie­gła, po czym wrę­czy­ła mu ulot­kę. – Po­dob­no dziś otwie­ra­ją jakiś sklep z an­ty­ka­mi i in­ny­mi pier­do­ła­mi. Wiem, że Eliza lubi takie rze­czy, więc może aku­rat zaj­rzy­cie.

– Dzię­ki na pewno tam zaj­dzie­my.

Od­jeż­dża­jąc, zo­sta­wili po sobie czar­ną smugę dymu.

– Zo­bacz. – Podał ulot­kę żonie.

Ulot­ka była czar­na. Na górze wid­niał wy­środ­ko­wa­ny napis „Jeśli jest coś, czego bar­dzo pra­gniesz, na pewno znaj­dziesz to u nas”. Na środ­ku była od­wró­co­na czer­wo­na waga. Na samym dole wid­niał adres ,,Ul. Lu­bi­sza 43”.

– Za­gad­ko­wa ta ulot­ka – po­wie­dzia­ła Eliza.

– Po­dob­no to sklep z ja­ki­miś sta­ro­cia­mi i in­ny­mi cu­da­mi. Może nie bę­dzie tam farby i płót­na, ale warto rzu­cić okiem.

– Prze­ko­na­ła mnie sama ulot­ka. Może znaj­dzie­my tam ja­kieś de­ko­ra­cje do domu? – Eliza scho­wa­ła ulot­kę do kie­sze­ni.

– Wy­da­je mi się, że zno­sze­nie sta­ro­ci do domu to śred­ni po­mysł, kiedy chce­my wresz­cie zro­bić re­mont. – po­wie­dział Kon­rad.

– Tak, ale… – prze­rwa­ła, gdy kątem oka dostrzegła sylwetkę wyłaniającą się z mgły. – Uwa­żaj! – wy­krzyk­nę­ła.

Kon­rad szarp­nął za kie­row­ni­cę. Z ca­łych sił wbił się w ha­mu­lec. Sa­mo­chód za­te­le­pa­ło, było sły­chać pisk opon. Nad maską prze­to­czy­ła się sarna. Ude­rzy­ła w przed­nią szybę, po czym prze­to­czy­ła się dalej i gruch­nę­ła o zie­mię. Sa­mo­chód za­trzy­mał się na piasz­czy­stym po­bo­czu.

Eliza była wbita w fotel, cięż­ko od­dy­cha­ła. Kon­rad wy­da­wał się spo­koj­ny, ale tylko z twa­rzy. Pa­trzył na wprost. Ręce mu się trzę­sły.

– Chyba wszyst­ko do­brze, nic się nam nie stało… – po­wie­dzia­ła Eliza, przy­tu­la­jąc męża.

– Tak, ale muszę zo­ba­czyć, co się stało z sarną, cho­ciaż wąt­pię, że to prze­ży­ła. Jesz­cze ktoś wpad­nie na dro­dze pro­sto na nią.

– Muszę zo­stać w sa­mo­cho­dzie. Wiesz, jak re­agu­je na widok krwi, a co do­pie­ro coś ta­kie­go. Po­ra­dzisz sobie?

Kon­rad przy­tak­nął i opu­ścił po­jazd. Na dachu po­jaz­du było widać ślady krwi. Cią­gnę­ła się, aż za sa­mo­chód. Dal­sze ślady były przy­sło­nię­te mgłą. Kon­rad po­dą­żył za stru­gą krwi, któ­rej było coraz wię­cej, lecz w pew­nym mo­men­cie ślad się urwał. Krą­że­nie po ulicy było zbyt nie­bez­piecz­ne, więc wró­cił do sa­mo­cho­du.

– Żyję? – spy­ta­ła Eliza, chwy­ta­jąc męża za dłoń.

– Było tro­chę krwi, ale wy­da­ję mi się, że nic się nie stało. Nie było jej na dro­dze, wi­docz­nie szyb­ko się po­zbie­ra­ła i po­bie­gła w las.

Po­my­ślał, że le­piej za­ta­ić tro­chę in­for­ma­cji. Eliza nie po­win­na w tej chwi­li znów krą­żyć my­śla­mi wokół śmier­ci.

– Na­praw­dę? Bogu dzię­ki… – po­wie­dzia­ła z ulgą.

– Ten dzień za­po­wia­da się dla nas, na­praw­dę cie­ka­wię – rzu­cił Kon­rad i prze­krę­cił klucz­ki w sta­cyj­ce. Sa­mo­chód od­pa­lił i ru­szy­li w stro­nę mia­stecz­ka.

Za­par­ko­wał w cen­trum obok sta­re­go ko­ścio­ła, któ­re­go, dach był już na tyle znisz­czo­ny, że roz­my­ślał czy ka­pią­ca na głowę woda nie prze­szka­dza w mo­dli­twie. Par­king był płat­ny, więc Kon­rad pod­szedł pod par­ko­mat. Pierw­szy nie­ste­ty wydał tylko bzy­czą­cy dźwięk i zjadł mo­ne­ty. Drugi już był bar­dziej ła­ska­wy i wy­dru­ko­wał bilet. Kiedy udało się za­ła­twić spra­wy z par­kin­giem, udali się chod­ni­kiem wzdłuż głów­nej bru­ko­wa­nej drogi do cen­trum. Mi­nęli kilka ciem­nych uli­czek, z któ­rych roztaczał za­pach al­ko­ho­lu. Do­cho­dzi­ły też z nich rów­nież nie­zro­zu­mia­łe beł­ko­ty i stu­ka­nie szkłem o szkło. Do­cho­dząc do cen­trum rynku, wresz­cie uj­rze­li coś in­ne­go niż za­zwy­czaj w tym mie­ście. Ktoś roz­sta­wił mały drew­nia­ny po­dest, a na jego środ­ku stał wy­so­ki męż­czy­zna ubra­ny w czar­ny gar­ni­tur. W dło­niach trzymał skrzyp­ce, na któ­rych grał tak pięk­nie, jakby wy­cią­gał ze swego serca naj­skryt­sze se­kre­ty. Dy­na­micz­nie mu­skał stru­ny, po czym zwal­niał i dawał wi­dzom na chwi­lę od­sap­nąć, po czym znów przy­spie­szał i wcią­gał ich w swoje sza­leń­stwo. Jego wzrok wę­dro­wał za Kon­ra­dem i Elizą. Uśmie­chał się jakby do nich, ale szybko urwał spoj­rze­nie. Mał­żeń­stwo przy­sta­nę­ło do­słu­chać do końca. Gdy skrzy­pek skoń­czył numer, ukło­nił się i ścią­gnął z głowy cy­lin­der, który od­sło­nił dłu­gie kru­cze włosy. Tłum wi­wa­to­wał i za­czął wrzu­cać pie­nią­dze do ka­pe­lu­sza. Kon­rad i Eliza rów­nież po­de­szli uho­no­ro­wać wy­stęp drob­ną kwotą. Gdy mo­ne­ty wy­lą­do­wa­ły na dnie ka­pe­lu­sza, po­dzię­ko­wał im ski­nie­niem głowy. Uśmie­cha­jąc się, od­pro­wa­dził ich wzor­kiem, aż znik­nę­li w tłu­mie.

Po­dą­ży­li wzdłuż ulicy Lu­bi­sza. Nie za­uwa­ży­li, jak na nie­bie przez ten cały czas zbie­ra­ły się ciem­ne chmu­ry. Ochło­dzi­ło się i usły­sze­li jak grzmot, przeszył niebo. Wiatr wzmógł się i do­pa­dła ich ulewa. Roz­pię­li kurt­ki i unie­śli nad głowę, chro­niąc się przed desz­czem. Szu­ka­li wzro­kiem no­we­go skle­pu z ulot­ki. Na końcu ulicy uj­rze­li ciem­ne dę­bo­we drzwi z wy­gra­we­ro­wa­ną wiel­ką od­wró­co­ną wagą. Uzna­li, że to musi być ten sklep. Drzwi z bli­ska były po­tęż­niej­sze, niż im się wy­da­wa­ło. Nie wy­glą­da­ły jak wej­ście do skle­pu, a ra­czej do pa­ła­cu. Kon­rad prze­je­chał mokrą dło­nią po pięk­nym drew­nia­nym gra­we­rze. Eliza szarp­nę­ła za mo­sięż­ną klam­kę.

– Za­mknię­te… – Wy­po­wie­dzia­ła ze smut­kiem. – Za­uwa­ży­łeś, że nie ma ludzi, a dziś otwar­cie. Może zmie­ni­li ter­min?

– Tak, chyba tak, nie­ste­ty – od­parł Kon­rad.

Okna, które wska­zy­wa­ły­by, że jest tutaj część skle­pu, były przy­kry­te czar­ną płach­tą. Żad­ne­go dzwon­ka, ale na środ­ku drzwi wi­sia­ła mo­sięż­na ko­łat­ka z wy­sta­ją­cą twa­rzą. Kon­rad chwy­cił za ko­łat­kę i mocno ude­rzył trzy razy, lecz za drzwia­mi nikt nie od­po­wie­dział.

– Bar­dzo mi miło po­wi­tać pierw­szych klien­tów – po­wie­dział głos za ich ple­ca­mi.

Oboje się wzdry­gnę­li i gwał­tow­nie od­wró­ci­li. Pa­trzy­li z nie­do­wie­rza­niem.

– Prze­pra­szam, chyba tro­chę was prze­stra­szy­łem. – Uśmiech­nął się wy­so­ki, szczu­pły męż­czy­zna, oglą­da­jąc ich przez czar­ne le­non­ki przysłaniające jego oczy.

– Czy to pana wspa­nia­ły kon­cert na rynku? – spy­ta­ła nie­pew­nie Eliza.

– Tak nie myli się Pani i dzię­ku­ję za kom­ple­ment. Na­zy­wam się Do­rian Grey­mo­or. Daw­nej prze­jezd­ny gra­jek, a teraz… Po­pa­trz­cie. – Roz­ło­żył sze­ro­ko ręce. – Wła­ści­ciel tego o to, przy­byt­ku z rze­cza­mi z ca­łe­go świa­ta z cza­sów pra­daw­nych i te­raź­niej­szy.

Do­rian wy­cią­gnął swoją ko­ści­stą dłoń i przy­wi­tał się z parą. Z we­wnętrz­nej kie­szon­ki gar­ni­tu­ry wy­cią­gnął czar­ny klucz i umie­ścił w otwo­rze. Po­tęż­ne drzwi za­skrzy­pia­ły. Za­czę­ło padać jesz­cze moc­niej.

– Za­pra­szam, skryj­my się przed tą ulewą – rzu­cił Do­rian, za­pra­sza­jąc mał­żeń­stwo do środ­ka.

Para prze­szła niepewnie przez próg. W pomieszczeniu panowała kompletna ciemność. Do­rian trzy razy ­kla­snął w dło­nie i wiel­ki ży­ran­dol wy­glą­da­ją­cy jakby kie­dyś wi­siał w kró­lew­skim go­tyc­kim zamku, oświe­tlił więk­szość po­miesz­cze­nia. Szli po pięk­nie zdo­bio­nym w złote wzory czer­wo­nym dy­wa­nie. Po­miesz­cze­nie przy­ozda­bia­ły dzie­ła sztu­ki z każ­dej epoki: zbro­ja ry­cer­ska z heł­mem w kształ­cie smoka, miecz, za szkla­ną ga­blo­tą, na któ­rym było widać jesz­cze reszt­ki krwi, meble ma­ho­nio­we, drew­nia­ny ma­ne­kin ubra­ny w czar­ną suk­nię wik­to­riań­ską z sze­ro­kim ka­pe­lu­szem i wiele in­nych rze­czy większych i mniejszych. Tak pięk­nych, że para przez chwi­lę po­czu­ła się, jakby cof­nę­li się w cza­sie. Eliza utkwi­ła wzrok na ścia­nie, gdzie wi­siał spory por­tret.

– Pięk­ny… Nie­praw­daż? – po­wie­dział Do­rian, do­łą­cza­jąc do za­du­ma­nej Elizy.

Obraz przed­sta­wiał ko­bie­tę z nad­mier­nym uśmie­chem i za­do­wo­le­niem na twa­rzy. Kon­tra­sto­wa­ło to mocno z jej za­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi zszy­ty­mi nitką tak mocno, że po oczach ście­ka­ła krew. Ko­lo­ry, które użył ar­ty­sta były za­cho­wa­ne w bar­wach cie­płych. Na dole był napis ,,Ra­dość”.

– Jest nie­sa­mo­wi­ty. – Eliza po­de­szła bli­żej ob­ra­zu. – Ko­bie­ta z ob­ra­zu jest ra­do­sna, ale kryje się niej wiele mroku. Po­wie­dzia­ła­bym, że ma­larz ce­lo­wo przed­sta­wił ją ra­do­sną w cie­płych bar­wach. Tymi szwa­mi na po­wie­kach i krwią chciał prze­ka­zać, że ta ko­bie­ta całe życie oszu­ki­wa­ła samą sie­bie.

Do­rian wy­pro­sto­wał się nagle i ob­ró­cił w stro­nę Elizy.

– Tak, tak! – pod­niósł głos z pod­nie­ce­nia. Czu­jesz to, praw­da? Ten por­tret to tylko z po­zo­ru ra­dość, a tak na­praw­dę to cier­pie­nie przy­wdzie­wa­ne przez lata no­sze­nia maski ra­do­ści. – Od razu widać, że jest pani wspa­nia­łą artystką. – Spójrz­cie pań­stwo tutaj. 

W miejscu, w którym wskazywał, znajdywała się tylko piękna rama dla ob­ra­zu.

– To tylko rama. Oczy­wi­ście, pięk­na, ale nie widzę nic wię­cej – od­parł Kon­rad.

– Oczy­wi­ście, że tak. To miej­sce dla bliź­niacz­ki, ale to już nie będę zaj­mo­wał wam wię­cej czasu. Praw­da? – Czas, że­by­ście przej­rze­li mój asor­ty­ment i jeśli coś się spodo­ba, będę za ladą.

Do­rian zo­sta­wił ich sa­mych. Oboje ru­szy­li prze­glą­dać dal­sze za­kąt­ki ta­jem­ni­cze­go skle­pu. Kon­rad po­dzi­wiał dzie­ła, ale nie w takim stop­niu co jego żona. Uśmiech­nął się, kiedy znów zo­ba­czył ją taką ra­do­sną z ogni­ka­mi w oczach. Nie wi­dział jej ta­kiej już bar­dzo długo.

– Kon­rad patrz, jak my­ślisz, co może być za tą białą płach­tą. – spy­ta­ła ra­do­śnie.

– Nie krę­puj­cie się – Po­wie­dział Do­rian za ich ple­ca­mi.

Oboje wzdry­gnę­li się. Nie sły­sze­li jego kro­ków.

– Prze­pra­szam, że znów was prze­stra­szy­łem. – Splótł ręce za ple­ca­mi. – Mam tylko jeden wa­ru­nek, jeśli chce­cie zo­ba­czyć, co kryje ta płach­ta.

– Jaki wa­ru­nek? – spy­tał Kon­rad.

– Musi to zro­bić pani Eli­za­beth. Rów­nież za nim się­gnie po pła­chtę, musi bar­dzo mocno wy­obra­zić sobie, co ma się pod nią uka­zać. Nic trud­ne­go. To taki mój zwy­czaj – Uśmiech­nął się.

Dziw­ny, lecz pro­sty był to dla nich wa­ru­nek. Eliza sta­nę­ła przed płach­tą i za­mknę­ła oczy. Wy­obra­zi­ła sobie swoją có­recz­kę, którą trzy­ma na rę­kach, a przed nią jest pięk­ny ukoń­czo­ny obraz w odcieniach tur­ku­su. De­li­kat­nie chwy­ci­ła płach­tę i po­cią­gnę­ła. Płach­ta zsu­nę­ła się, uka­zu­jąc ma­ho­nio­wą szta­lu­gę z pięk­ny­mi gra­we­ra­mi, na któ­rej umiej­sco­wio­ne było lniane płótno. Obok stał rów­nie pięk­ny jak szta­lu­ga sto­łe­czek wy­ko­na­ny w tym samym gotyckim stylu. Na nim le­ża­ła drew­nia­na pa­le­ta z ze­sta­wem pędz­li oraz farb olej­nych. Naj­cie­kaw­sza była jed­nak szkla­na ka­raf­ka wy­peł­nio­na farbą olej­ną.

Eliza bez słów się­gnę­ła po ka­raf­kę. Pięk­nie mie­ni­ła się, od­bi­ja­jąc czer­wo­ne świa­tła wi­szą­cych lamp. Gdy uj­rza­ła kolor farby, pra­wie wy­pu­ści­ła go z ręki.

– Jest tur­ku­so­wa… – powiedziała Eliza i spoj­rza­ła na Do­ria­na.

Ten wy­szcze­rzył zęby i pod­szedł bli­żej.

– Oczy­wi­ście, że tur­ku­so­wa… – od­parł i chwy­cił za ka­raf­kę, pod­no­sząc ją do góry tak, żeby świa­tło lamp pod­świe­tli­ło jej kolor. – Taki kolor sobie wy­ma­rzy­łaś praw­da? – Oddał ka­raf­kę Eli­zie.

– Ile by wy­szło za to wszyst­ko? – spy­tał Kon­rad, rów­nie pod­eks­cy­to­wa­ny całą sy­tu­acją.

Do­rian rzu­cił cenę, ale była tak olbrzymia, że Kon­rad i Eliza za­nie­mó­wi­li.

– Na tyle nie­ste­ty nie mo­że­my sobie po­zwo­lić. – Eliza odło­ży­ła ze smutkiem ka­raf­kę.

– A może…? – Do­rian pod­szedł bli­żej Elizy. – Co wy na to jak­bym oddał wam ca­łość za darmo?

Oboje za­mar­li i spoj­rze­li na sie­bie. Po­czu­li, że chyba Do­rian pró­bu­je ich na­cią­gnąć. Że przy­szy­ko­wał dla nich jakiś ha­czyk.

– Ale jak to, za darmo? – spy­tał Kon­rad.

– Za darmo – rzu­cił we­so­ło Do­rian. – Ale… – prze­cią­gnął i spo­waż­niał. – Mam pe­wien, mały wa­ru­nek. Obraz, który na­ma­lu­je na nim pani Eli­za­beth, zo­sta­nie mi od­da­ny. Oprócz tego, że ten ze­staw bę­dzie wasz, to do­dat­ko­wo za­pła­cę za obraz. Za­pła­tą bę­dzie coś, czego na pewno nie je­ste­ście w sta­nie kupić. Zgoda?

– Zgoda – rzu­ci­ła Eliza, nie zastanawiając się i uści­snę­ła twar­dą dłoń Do­ria­na.

– Wspa­nia­le! – za­wtó­ro­wał. – Nie bę­dzie­cie oczy­wi­ście pro­ble­mu, żeby spi­sać umowę, że w za­mian za te rze­czy prze­ka­że­cie mi obraz?

– Nie… oczy­wi­ście to żaden pro­blem – po­wie­dzia­ła nie­pew­nie Eliza i spoj­rza­ła na męża.

– Zna­ko­mi­cie, w takim razie po­dejdź­cie do lady, a ja za­wo­łam moją prawą rękę, żeby przy­nio­sła do­ku­ment. – Kla­snął dwa razy.

Echo roz­nio­sło się po po­miesz­cze­niu. Wszyst­kie świa­tła za­mru­ga­ły, wy­da­jąc me­ta­licz­ny dźwięk. Z po­miesz­cze­nia za czer­wo­ną za­su­wa­ną ko­ta­rą wy­szła ko­bie­ta z za­ło­żo­nym na głowę czar­nym we­lo­nem. Po­pie­la­te włosy opa­da­ły na ra­mio­na. A czar­na wik­to­riań­ska suk­nia su­nę­ła po pod­ło­dze. Kon­rad i Eliza po­de­szli do lady nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ko­bie­ty. Pró­bo­wa­li przyj­rzeć się jej twa­rzy. Welon i pół­mrok po­miesz­cze­nia po­zwa­lał im do­strzec tylko  po­ma­lo­wa­ne na czar­no usta i bladą cerę.

– Pro­szę, to do­ku­ment dla was – po­wie­dzia­ła aksamitnym gło­sem, roz­wi­ja­jąc per­ga­min.

– Nie wie­dzia­łam, że jesz­cze używa się ta­kich per­ga­mi­nów. – po­wie­dzia­ła Eliza, czy­ta­jąc ręcz­nie spi­sa­ny do­ku­ment. Pod pal­ca­mi czuła szorst­ką fak­tu­rę.

– Pro­szę, pod­pi­sać tym pió­rem – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta i po­da­ła pióro.

– Eliza po­wol­nym ru­chem za­czę­ła na­kre­ślać swój pod­pis. Ko­bie­ta w we­lo­nie de­li­kat­nie się uśmiech­nę­ła, a Do­rian wstrzy­mał od­dech i szaleńczo podążał wzrokiem za wę­dru­ją­cym piórem.

– Wspa­nia­le… – odetchnął Dorian. –Już nie mogę się do­cze­kać, co Pani stwo­rzy. – Wy­nie­sie­my rze­czy na ze­wnątrz. Nie da­le­ko jest tutaj par­king, wszyst­ko sobie za­pa­ku­je­cie.

Stało się. Do­ku­ment zo­stał pod­pi­sa­ny i umowa zo­sta­ła za­war­ta. Mał­żeń­stwo jesz­cze raz po­dzię­ko­wa­ło za wszyst­ko, po czym wy­szli i po krót­kiej chwi­li wró­ci­li. Rze­czy stały już na ze­wnątrz. Niebo roz­ch­mu­rzy­ło się, od­sła­nia­jąc słoń­ce. Do­rian cze­kał na nich uśmiech­nię­ty, a obok stała jego drob­na po­moc­ni­ca. Spa­ko­wa­li wszyst­ko do sa­mo­cho­du. Uścisnęli sobie dłonie i pożegnali się.

Całą drogę roz­ma­wia­li o wydarzeniu w skle­pie z an­ty­ka­mi. Gdy przy­je­cha­li do domu, nie zwlekając, we­szli do po­ko­ju zmar­łej córki. Kon­rad wy­niósł wszyst­kie rze­czy có­recz­ki na strych. Jak wró­cił, od razu za­bra­li się za przy­go­to­wa­nie pra­cow­ni dla Elizy. Do­rian do­rzu­cił im dwie pięk­ne lampy, które usta­wi­li w po­miesz­cze­niu. Za­wie­si­li czar­ne za­sło­ny na okna, po­nie­waż Eliza uwiel­bia­ła pra­co­wać tylko przy świe­tle lamp. Z na­dej­ściem nocy po­miesz­cze­nie było go­to­we. Oboje pa­trzy­li na efekt swo­jej cięż­kiej pracy.

– Te pięk­ne rze­czy na­praw­dę tu pa­su­ją – po­wie­dział Kon­rad, wy­cie­ra­jąc dło­nią mokre czoło.

Eliza ob­ję­ła męża i uca­ło­wa­ła w po­li­czek. Opar­ła głowę na barku i wpa­try­wa­ła się w lnia­ne płót­no. Czer­wo­ne świa­tła obi­ja­ły się w jej oczach, jesz­cze bar­dziej pod­kre­śla­jąc piwny kolor.

– Wy­glą­da­ją bar­dzo pięk­nie i na­praw­dę nie mogę się do­cze­kać jutra – Wy­obra­ża­ła sobie ko­bie­tę z za­mknię­ty­mi ocza­mi, którą ze wszyst­kich stron po­chła­nia­ły różne od­cie­nie tur­ku­su.

 

***

 

Na­stał nowy dzień. Kon­rad prze­cią­gnął się i spoj­rzał na żonę. Ta tylko zmru­ży­ła oczy i za­kry­ła się koł­drą. Po po­miesz­cze­niu niósł się dźwięk cy­ka­nia ze­ga­ra, który wska­zy­wał dzie­wią­tą. Kon­rad od­świe­żył się i za­czął przy­go­to­wy­wać śnia­da­nie. Co chwi­lę zie­wał i za­glą­dał przez okno, ob­ser­wu­jąc po­bli­ski las. Przy­po­mniał sobie o po­trą­co­nej sar­nie i roz­my­ślał, czy jesz­cze żyje. A jeśli żyje, to czy w ogóle jest dalej w sta­nie funk­cjo­no­wać z taką raną. Czy pad­nie sa­mot­na w jakiś krze­wach, po­wo­li do­go­ry­wa­jąc, czy zo­sta­nie po­żar­ta przez wilki?

– Ktoś tu ma głowę w chmu­rach – po­wie­dzia­ła Eliza za jego ple­ca­mi. 

– Przecież wiesz, że moje nad­mier­ne my­śle­nie, to moja super moc – po­wie­dział Kon­rad i uło­żył śnia­da­nie na stole.

Oboje po­roz­ma­wia­li o wczo­raj­szej sy­tu­acji w skle­pie, która wy­da­wał im się tro­chę nie­na­tu­ral­na. Kiedy zje­dli, Eliza po­zmy­wa­ła na­czy­nia i udała się do pra­cow­ni, by za­cząć prace nad nowym dzie­łem. Kon­rad po­szedł do swo­je­go ma­łe­go ga­bi­ne­tu, w któ­rym pra­co­wał na sta­no­wi­sku ju­nio­ra pro­gra­mi­sty dla nor­we­skiej firmy.

– Cho­le­ra jasna… – rzu­cił, gdy zo­ba­czył swoją skrzyn­kę pocz­to­wą i ilo­ścią błę­dów do po­pra­wy. – Bez moc­nej kawy się nie obej­dzie.

Zro­bił mocną czar­ną kawę i za­czął pracę. Po­czą­tek był cięż­ki jak to za­wsze po dłu­giej prze­rwie. Cza­sa­mi cały dzień scho­dził tylko na przy­po­mnie­nie sobie, jak pracuje się w danej fir­mie. Po­szło jed­nak le­piej niż my­ślał, i uwi­nął się ze wszyst­kim do szes­na­stej. Za­zwy­czaj o tej porze w domu roz­le­ga­ły się prze­róż­ne dźwię­ki, które wy­da­wa­ła go­tu­ją­ca Eliza. Tym razem w domu pa­no­wa­ła to­tal­na cisza. Kon­rad uświa­do­mił sobie, że ani razu nie prze­cho­dzi­ła obok jego po­ko­ju. A prze­cież mu­siał przejść, po­nie­waż obok była to­a­le­ta. Zmar­twio­ny wstał od kom­pu­te­ra i po­szedł spraw­dzić do pra­cow­ni. De­li­kat­nie otwo­rzył drzwi. Skrzy­pie­nie prze­cię­ło ciszę. Wszedł do środ­ka. Było kom­plet­nie ciem­no; żadna lampa nie była za­pa­lo­na. Zarys syl­wet­ki Elizy sie­dział wy­pro­sto­wa­ny i wy­ko­ny­wał po­wol­ne do­kład­ne ruchy pędz­lem na płót­nie. 

– Hej wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał Kon­rad i po­ło­żył de­li­kat­nie dłoń na barku.

Żad­nej od­po­wie­dzi. Sły­szał tylko jej szyb­ki od­dech.

– Eliza… – spoj­rzał na nią.

Oczy były sze­ro­ko otwar­te. Źre­ni­ce świ­dro­wa­ły w różne stro­ny, jakby nie mogły za czymś na­dą­żyć.

– Eliza nie strasz mnie, Halo!

Jego żoną wzdry­gnę­ła się i upu­ści­ła pę­dzel na zie­mie.

– Kon­rad co mnie tak stra­szysz! – wy­krzy­cza­ła na niego i wsta­ła ze stoł­ka. – Zga­si­łeś mi świa­tło? – Za­pa­li­ła lampy.

Pokój roz­świe­tlił czer­wo­ny kolor. Na lnia­nym płót­nie Kon­rad kątem oka do­strzegł wy­ła­nia­ją­cy się kształt ludz­kiej twa­rzy.

– Na­praw­dę nie sły­sza­łaś, jak do cie­bie mó­wi­łem? Świa­tła były zga­szo­ne, gdy tu wsze­dłem. Za­cho­wy­wa­łaś się jak­byś była…

– Chora psy­chicz­nie?! To chcesz po­wie­dzieć?

– Nie to nie tak, bar­dziej…

– Nie mu­sisz koń­czyć. Po pro­stu wyjdź i zo­staw mnie samą…

Kon­rad przez chwi­lę chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale zro­zu­miał, że w tej chwi­li do­rzu­cił­by tylko roz­pał­ki do ogni­ska. Za­mknął drzwi i po­szedł do kuch­ni. Za­czął przy­go­to­wy­wać obiad. Roz­my­ślał nad sta­nem swo­jej żony. Oba­wiał się, że może rze­czy­wi­ście przez stra­tę dziec­ka, jej psy­chi­ka zo­sta­ła zła­ma­na. Może nie wi­dział wcze­snych ob­ja­wów i ob­ja­wi­ły się wła­śnie dziś. Mar­twił się i nie wie­dział, czy in­ter­we­nio­wać, czy prze­cze­kać stan żony. Za­niósł do pra­cow­ni ta­lerz z obia­dem. Tym razem sie­dzia­ła przy za­pa­lo­nych świa­tłach. Była sku­pio­na, nie za­re­ago­wa­ła, kiedy wszedł. Chciał coś po­wie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał. Po­sta­wił ta­lerz na ko­mo­dę przy drzwiach.

– Smacz­ne­go – rzu­cił i wy­szedł, nie cze­kał na od­po­wiedź.

Dal­szą część dnia spę­dził przy kom­pu­te­rze, a gdy nad­szedł wie­czór, zro­bił ko­la­cję. Eliza nie wy­szła z pra­cow­ni dziś ani razu, nawet do to­a­le­ty. Mar­twił się i nie wie­dział, co zro­bić. Za­brał ta­lerz z ko­la­cją i otwo­rzył drzwi do pra­cow­ni. Eliza była w tej samej pozie. Jej dłu­gie włosy fa­lo­wa­ły razem z jej ru­chem ręki, w któ­rej trzy­ma­ła pę­dzel.

– Nie zja­dłaś obia­du i ani razu nie wy­cho­dzi­łaś do to­a­le­ty. – Spo­glą­dał na nie ru­szo­ny obiad, na któ­rym uczto­wa­ły dwie muchy.

– Ma­lu­je… nie prze­szka­dzaj mi.

– Eliza po­roz­ma­wiaj­my, pro­szę cię.

– Ma­lu­je…, wyjdź – po­wie­dzia­ła, lecz nie można było usłyszeć w jej tonie żad­nych emo­cji.

Kon­rad chciał krzyk­nąć, ale się po­wstrzy­mał. Wy­szedł, trza­ska­jąc za sobą drzwia­mi. Od­pa­lił sa­mo­chód i po­je­chał na naj­bliż­szą sta­cję. Kupił pacz­kę pa­pie­ro­sów, a kiedy wró­cił, słoń­ce już zni­ka­ło w ko­ro­nach drzew. Usiadł na ganku. Po­pa­trzył na pacz­kę pa­pie­ro­sów. Uświadomił sobie, że ostat­ni raz, kiedy wziął pa­pie­ro­sa do ust, to były czasy li­ce­al­ne. Wziął pierw­sze­go macha i po­czuł, jak dra­pie go w gar­dło. Krę­ci­ło mu się w gło­wie, ale po­czuł ulgę. Nie pa­mię­tał już, kiedy ostat­nio czuł się tak roz­luź­nio­ny. Przy­po­mnia­ły mu się jego mło­dzień­cze lata, kiedy czuł, że świat stoi przed nim otwo­rem. Za­pa­lił jesz­cze dru­gie­go i wró­cił do domu. Umył się i po­ło­żył do łóżka. Mar­twił się o żonę i li­czył, że ju­trzej­szy dzień przy­nie­sie po­jed­na­nie.

 

***

 

Kon­rad po­czuł na twa­rzy cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych wpa­da­ją­cych przez okno. Po­czuł, że coś leży na jego brzu­chu. Była to ludz­ka ręka, która ocie­ka­ła farbą. Strącił ją i stur­lał się z łóżka. Lą­du­jąc na łok­ciu, prze­szył go pro­mie­niu­ją­cy ból, który po­twier­dził mu, że to nie sen. Ze­rwał się na nogi i spoj­rzał na łóżko. Nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

– Kon­rad… – po­wie­dzia­ła ospa­le Eliza, otwie­ra­jąc oczy. – Mu­sisz ha­ła­so­wać tak z rana?

Chciał coś po­wie­dzieć, ale nie ro­zu­miał, na co pa­trzy. Całe łóżko było wy­ma­za­ne. Na łóżku le­ża­ła naga Eliza wy­sma­ro­wa­na tur­ku­so­wą olej­ną farbą. Jej rude włosy zle­pi­ły się, tworząc jedną całość. 

– Co ty tak sto­isz? – spy­ta­ła i się uśmiech­nę­ła. Białe zęby i oczy błysz­cza­ły przez kon­trast, jaki nada­wa­ła jej po­wło­ka z farby.

– Wszyst­ko jest w far­bie… – Eliza co ty do ja­snej cho­le­ry wczo­raj ro­bi­łaś?! – wykrzyczał Kon­rad.

– Oj… Rze­czy­wi­ście. – Prze­tar­ła dło­nią udo i od­słoniła skórę pod farbą. – Pa­mię­tam tylko, że skoń­czy­łam ma­lo­wać… Było już bar­dzo późno i po­ło­ży­łam się do łóżka nic wię­cej.

– Mu­sisz się prze­myć. To cud, że farba jesz­cze nie do­sta­ła ci się do oczu. Ja ogar­nę całe łóżko za ten czas. Jak wyj­dziesz, po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać.

– Do­brze Kon­rad, daj mi chwi­lę i prze­pra­szam, ale na­praw­dę nie wiem, jak to się stało. – Pa­trzy­ła na męża miną kota, który wła­śnie coś stłukł.

Kon­rad tylko przy­tak­nął. Eliza wsta­ła i wy­szła do ła­zien­ki, zo­sta­wia­jąc za sobą olej­ne ślady stóp.

– Co tu się, kurwa dzie­je…? – Kon­rad usiadł na pod­ło­dze i oparł się o ścia­nę.

Po­my­ślał, że Eliza zwa­rio­wa­ła. Coś w niej pękło, na tyle mocno, że jej mózg tego nie udźwi­gnął. Może to jego wina. Za­klął w my­ślach. Może za mało ją wspie­rał. Za­drę­czał się my­śla­mi, aż coś wy­rwa­ło go z sa­mo­bi­czo­wa­nia.

Jesz­cze raz spoj­rzał na umo­ru­sa­ną po­ściel i łóżko. Wie­dział, że Eliza ma farby w tub­kach, nie w wia­drach. Wy­szedł z sy­pial­ni. Na ko­ry­ta­rzu sły­chać było dźwięk prysz­ni­ca. Po­wo­li otwo­rzył drzwi do pra­cow­ni. Wszyst­ko było uma­za­ne tur­ku­so­wą farbą. Wy­glą­da­ło to tak jakby wpu­ścić pi­ja­ną osobę, która co chwi­lę macza ręce w far­bie i pró­bu­je utrzy­mać rów­no­wa­gę w po­ko­ju. Pod szta­lu­gą ma­lar­ską utwo­rzy­ła się ka­łu­ża z farby. Kon­rad pod­szedł bli­żej i zobaczył, że na płót­nie wy­ło­ni­ł się portret ko­bie­ty. Była coraz wy­raź­niej­sza, jed­nak dalej był to tylko zarys bez szcze­gó­łów. Kon­rad przy­kuc­nął i do­tknął farby ręką. Pokój za­czął fa­lo­wać wokół niego. Ktoś szep­tał. Bar­dzo szyb­ko i nie zro­zu­mia­le.

– Kon­rad wszyst­ko w po­rząd­ku? – Eliza zła­pa­ła go za ramię.

Wziął głę­bo­ki od­dech, jakby wy­nu­rzył się z odmętów wody. 

– Eliza…  Skąd tutaj tyle farby? – Pró­bo­wał zła­pać od­dech.

– Ja… Ja na­praw­dę nic nie pa­mię­tam. – Ob­ję­ła męża. – Wiem tylko, że muszę cię prze­pro­sić za wczo­raj, nie byłam sobą, ale to już się nie po­wtó­rzy; obie­cu­ję.

Kon­rad w tej chwi­li chciał tylko po­wro­ty daw­nej żony. Ode­tchnął z ulgą, że znów jest po sta­re­mu i za­su­ge­ro­wał jej, by po­sprzą­tać ten cały ba­ła­gan. Razem w do­brym na­stro­ju za­bra­li się za sprzą­ta­nie. Cały czas roz­ma­wia­li na różne te­ma­ty, jakby nic się nie wy­da­rzy­ło. Eliza cały czas się uśmie­cha­ła i za­cze­pia­ła męża. Raz pod­szczy­pu­jąc lub gil­go­ta­jąc, kiedy ten wy­cie­rał farbę. Już dawno jej ta­kiej nie wi­dział. I chciał wi­dzieć ją taką za­wsze.

Skoń­czy­li pod wie­czór. Eliza za­pro­po­no­wa­ła, że zrobi ko­la­cję i udała się do kuch­ni. Gdy zni­kła za ścia­ną chciał jesz­cze pójść spraw­dzić, czy w pra­cow­ni wszyst­ko zo­sta­ło do­czysz­czo­ne. Gdy po­cią­gnął za klam­kę. Drzwi nie drgnę­ły.

Ktoś za­dzwo­nił do drzwi.

Pod­szedł do drzwi wej­ścio­wych i zer­k­nął przez wi­zjer. Ciem­ność. Za­pa­lił świa­tło na ganku i spoj­rzał po­now­nie. Czar­ne syl­wet­ki mi­gnę­ły w ciem­no­ściach i zni­kły w za­ro­ślach obok domu.

Się­gnął po la­tar­kę, która wi­sia­ła na wie­sza­ku z ubra­nia­mi. Ubrał bluzę i wy­szedł na ze­wnątrz. Po­chmur­ne niebo przy­kry­wa­ło księ­życ. Wiatr ko­ły­sał po­bli­ski­mi drze­wa­mi. Skie­ro­wał la­tar­kę na za­ro­śla.

– Bu!!! – Dwóch chło­pacz­ków i dziew­czyn­ka wy­sko­czy­ło z krza­ków.

Kon­rad mało nie rzu­cił w nich la­tar­ką.

– Dzie­cia­ki co wam mó­wi­łem dzwo­nie­niu i stra­sze­niu ludzi wie­czo­rem, chyba nie chcie­li­by­ście, żebym wszyst­ko po­wie­dział wa­sze­mu ojcu?

Dzie­ciom od razu zrze­dła mina i prze­pro­si­ły. Naj­bar­dziej prze­pra­sza­li chłop­cy, my­śląc o gru­bym skó­rza­nym pasie swo­je­go ojca.

– No, zmy­kaj­cie i żeby to ostat­ni raz.

Trój­ka ka­wa­la­rzy po­dzię­ko­wa­ła i po­bie­gła ścież­ką w stro­nę swo­je­go domu. Kon­rad wró­cił do domu i odło­żył la­tar­kę. Eliza przy­go­to­wa­ła ko­la­cję. Opo­wie­dział jej o zda­rze­niu z urwi­sa­mi, ale Eliza tylko się uśmiech­nę­ła. Pa­trzy­ła przez okno, wy­da­wa­ła się nie­obec­na. Kiedy zje­dli ko­la­cję, za­su­ge­ro­wa­ła, żeby oboje udali się pod prysz­nic. Kon­rad za­nie­mó­wił, po­nie­waż ta­kiej rze­czy się nie spo­dzie­wał. Po chwi­li oboje wy­lą­do­wa­li pod prysz­ni­cem, po­zwa­la­jąc sobie na tro­chę za­ba­wy pod pa­ru­ją­cą wodą. W do­brym hu­mo­rze po­ło­ży­li się do łóżka, które pach­nia­ło świe­żą po­ście­lą. Kon­rad ob­ró­cił się, a Eliza ob­ję­ła go, przy­tu­la­jąc się do jego ple­ców. Przy­po­mniał sobie, o co miał spy­tać.

– Po­wiesz mi, dla­cze­go za­mknę­łaś drzwi do pra­cow­ni? 

– A tak za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć – Wy­da­je mi się, że muszę jesz­cze zro­bić sobie tro­chę prze­rwy od ma­lo­wa­nia. Nie na długo, ale mam na­dzie­ję, że zro­zu­miesz…

– Oczy­wi­ście, że ro­zu­miem, na wszyst­ko przyj­dzie czas. – Ob­ró­cił się i po­ca­ło­wał żonę. Zegar ścien­ny tykał wy­bi­ja­jąc rytm. Eliza wtu­li­ła się w Kon­ra­da. Uśmie­cha­ła się. Sze­rzej niż zwy­kle. Nie­na­tu­ral­nie. Kon­rad za­snął.

 

***

 

Ko­lej­ne dni mi­ja­ły, a mię­dzy Kon­ra­dem i Elizą było coraz le­piej. Śmia­li się, za­cze­pia­li i go­ni­li po po­dwór­ku jak para ma­łych dzie­ci. Cały czas roz­ma­wia­li o świe­cie. Ko­bie­ta za­da­wa­ła wiele pytań. Cza­sem bar­dzo głu­pich, a cza­sem głę­bo­kich. Kon­rad za­uwa­żył, że nie pa­mię­ta­ła pew­nych wy­da­rzeń z ich życia. Z dnia na dzień była coraz bar­dziej ra­do­sna, ale Kon­rad nie ro­zu­miał nie­któ­rych jej za­cho­wań. Za­czę­ła bać się cie­płej wody i rzad­ko ko­rzy­sta­ła z to­a­le­ty. Uni­ka­ła wyj­ścia z domu i bar­dzo czę­sto wpa­try­wa­ła się w drzwi od pra­cow­ni.

Pew­ne­go dnia Kon­rad sie­dział przy stole, prze­glą­dał kursy akcji, a Eliza kro­iła ziem­nia­ki. Nagle prze­klę­ła i od­rzu­ci­ła nóż do zlewu. Ze­rwa­ła się i po­bie­gła w stro­nę to­a­le­ty.

Kon­ra­d nie zdą­żył za­py­tać, co się wy­da­rzy­ło. Wstał i zo­ba­czył, że w zle­wie leży nóż. Zo­ba­czył, że na ostrzu jest tur­ku­so­wa farba. Po­szedł w stro­nę ła­zien­ki. Zo­ba­czył Elizę, która stała przy umy­wal­ce.  

– Nie wchodź – po­wie­dzia­ła ostrym tonem. Na tyle moc­nym, że Kon­rad od razu przy­sta­nął, nie prze­kra­cza­jąc progu.

– Coś się stało? – spy­tał.

– Nie martw się, po­ra­dzę sobie. Za­mknij drzwi.

Kon­rad wy­słu­chał proś­by. Wró­ci­ło do niego wiele pytań, na które z jakiś powodów nie szukał odpowiedzi. Przez te miłe dni, które spę­dził z żoną, jego czuj­ność zo­sta­ła uśpio­na.

Za­czął prze­szu­ki­wać szaf­ki. De­li­kat­nie otwie­rał każdą z nich, żeby nie na­ro­bić ha­ła­su. Pod białą chu­s­tecz­ką w jed­nej z nich zna­lazł klucz do pra­cow­ni. Nie zwle­ka­jąc, wło­żył go do zamka pra­cow­ni i prze­krę­cił. Czuł, że musi się po­spie­szyć. Nie wie­dział, dla­cze­go, ale nie chciał, żeby Eliza go tu zo­ba­czy­ła. Za­pa­lił jedną lampę. Sta­nął przed ob­ra­zem przed­sta­wiającym ko­bie­tę z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Por­tret był pra­wie skoń­czo­ny.

– Jak to moż­li­we, prze­cież Eliza tu nie za­glą­da­ła. – Do­tknął płót­na.

Pokój znów za­fa­lo­wał tak jak wcze­śniej. Lampa przy­ga­sła. Szep­ty po­wró­ci­ły, wdzie­ra­jąc się do jego głowy. Na­cie­ra­ły z taką siłą, że mu­siał przy­kuc­nąć. Nagle usta­ły, a lampa znów rzu­ci­ła świa­tło na obraz.

– Kon­rad, czy to ty… – Po­wie­dział słaby głos do­bie­ga­ją­cy z ob­ra­zu.

Kon­rad zła­pał się za głowę, po­my­ślał, że zwa­rio­wał. Chciał uciec z po­ko­ju.

– Kon­rad to ja Eliza… Pomóż mi… Pro­szę… – Sły­chać było cichy przy­głu­szo­ny płacz.

– Eliza? – spy­tał Kon­rad i przy­sta­wił ucho do ob­ra­zu.

– Je­steś sam? – spy­ta­ła. Jej głos był słaby.

Kon­rad po­czuł, że serce za­czy­na mu szyb­ciej bić. Nie sły­szał le­cą­cej wody w ła­zien­ce, ale był pewny, że usły­szy dźwięk otwie­ra­nych drzwi.

– Tak je­stem sam, to na­praw­dę ty? Ale jak? I jak mo­żesz być Elizą, jak ona jest tutaj?

– Nie mamy czasu. To coś w domu, to nie ja. Nie wiem czym jest, ale wiem, że ma złe za­mia­ry. Po­wie­dzia­ła mi, że je­dy­ne wyj­ście, to ukoń­cze­nie ob­ra­zu. Cały czas ma­lo­wa­łam go tutaj, po dru­giej stro­nie. Jest tu tak ciem­no i wil­got­no. Czuje, że słab­nę…

Kon­rad mil­czał przez chwi­lę, ale wie­rzył gło­so­wi. Prze­ra­ża­ło go tylko, że isto­ta, która tu jest, cały czas była tak bli­sko niego.

– Co mam robić? – spy­tał.

– Dziś wie­czo­rem ukoń­czę obraz. Mu­sisz wtedy się wy­mknąć i wy­star­czy, że wło­żysz rękę przez płót­no, a ja ją chwy­cę. Pa­mię­taj, że nie mo­żesz dać po sobie nic po­znać…

Roz­legł się dźwięk za­my­ka­nych drzwi od ła­zien­ki.

 Ucie­kaj stąd! – głos z ob­ra­zu krzyk­nął i znikł.

Kon­rad ze­rwał się na nogi. Zga­sił lampę, uchy­lił drzwi i bez­sze­lest­nie za­mknął drzwi na klucz. Ru­szył jak gdyby nic się nie stało w stro­nę Kuch­ni.

– Hej, gdzie byłeś? – spy­ta­ła Eliza wy­cho­dzą­ca zza rogu ko­ry­ta­rza.

Kon­rad po­czuł, jakby ktoś przy­kła­dał mu nóż pod gar­dło. Szu­kał moż­li­wo­ści wy­łga­nia się. Zna­lazł tylko jedną moż­li­wość. Wie­dział jed­nak, że może stracić klucz.

– Szu­ka­łem klu­cza od pra­cow­ni, po­my­śla­łem, że może tam prze­wie­trzę; cho­ciaż na chwi­lę.

 Eliza zro­bi­ła sze­ro­kie oczy i pod­bie­gła do Kon­ra­da. Wy­rwa­ła klucz i scho­wa­ła do kie­sze­ni.

– Pa­mię­taj, że to moja prze­strzeń, w któ­rej pra­cu­je. Jeśli będę chcia­ła tam prze­wie­trzyć, to zro­bię to – po­wie­dzia­ła po­waż­nym tonem.

Kon­rad przytaknął i wymusił uśmiech. Eliza od­po­wie­dzia­ła uśmiechem i znów wró­cił jej humor. Wtuliła się w niego przykładając głowę do klatki piersiowej. Kon­rad po­czuł się nie­zręcz­nie. Za­czął od­czu­wać, jak mięk­ną mu nogi na myśl, że w tej chwi­li obej­mu­je go ktoś lub coś ob­ce­go. Prze­mógł się i także ją przy­tu­lił. 

Na­stęp­ne go­dzi­ny Kon­rad wy­my­ślał na bieżąco ja­kieś prace na po­dwó­rzu. Rąbał drew­no i prze­nosił worki z pia­skiem. Wszyst­ko by tylko nie być w domu. Po­wo­li się ściem­nia­ło. Przez okno z kuch­ni wy­glą­da­ła Eliza, która ma­cha­ła mu ra­do­śnie śle­dząc jego każdy ruch. Od­ma­chał i od­je­chał tacz­ką w stro­nę szop­ki.

Na­de­szła noc. Kon­rad wró­cił i u wej­ścia przy­wi­ta­ła go Eliza. Krzy­żo­wa­ła ręce za ple­ca­mi, jakby coś trzy­ma­ła. Kon­rad po­czuł na­pię­cie w ciele.

– Sko­czy­my razem pod prysz­nic? – spy­ta­ła.

– Tak oczy­wi­ście, sko­czę tylko po rze­czy na prze­bra­nie. – Prze­łknął ślinę. My­ślał cią­gle o tym co trzy­ma w dło­niach za ple­ca­mi.

– Do­brze będę cze­kać w ła­zien­ce. – oznaj­mi­ła i prze­ło­ży­ła coś w ręce.

Kon­rad wy­cią­gnął bok­ser­ki z szafy. Usiadł na łóżku i zła­pał się z głowę. Wziął kilka głę­bo­kich od­de­chów, po czym po­wol­nym kro­kiem po­szedł w stro­nę ła­zien­ki. Ko­ry­tarz wy­da­wał mu się jakiś cia­śniej­szy niż zwy­kle, a wi­szą­ce por­tre­ty wy­da­wa­ły się podążać wzrokiem za nim. Otwo­rzył drzwi. Eliza była naga, od razu chwy­ci­ła go za dłoń i za­cią­gnę­ła pod prysz­nic. Le­cia­ła chłod­na woda, a ko­bie­ta po­cie­ra­ła dło­nią o skórę Kon­ra­da. Za­cho­wy­wa­ła się jak dziec­ko, które pierw­szy raz widzi jakiś przed­miot i musi go zba­dać. A tym przed­mio­tem była skóra Kon­ra­da. Był prze­ra­żo­ny i cze­kał, kiedy wresz­cie skoń­czy.

– Go­rą­ca woda – po­my­ślał wpa­trzo­ny w po­krę­tło z czer­wo­ny znacz­ni­kiem.

Chwy­cił za nie i prze­krę­cił do końca. Z prysz­ni­ca po­le­ciał wrzą­tek, ob­le­wa­jąc Elizę. Wrza­snę­ła i stra­ci­ła rów­no­wa­gę. Jej skóra za­czę­ła się ro­lo­wać, aż w końcu pękła. Ciało po­kry­ły rop­nie, z któ­rych za­czę­ła wy­cie­kać tur­ku­so­wa breja, która wpły­wa­ła do od­pły­wu prysznica. Jej biał­ka oczu za­la­ły się ciem­nym ko­lo­rem.

– Coś tyyy, zro­biłłł! – Wark­nę­ła isto­ta, z któ­rej ro­ze­rwa­na skóra scho­dzi­ła pła­ta­mi.

Kon­rad za­mknął ka­bi­nę i wy­biegł z ła­zien­ki. Chwy­cił za mio­tłę i przy­blo­ko­wał drzwi.

Wbiegł do sy­pial­ni i zdą­żył za­ło­żyć tylko dresy. Po­pę­dził w stro­nę kuch­ni. Kro­ple desz­czu za­czę­ły stu­kać o okna. Za­pa­lił świa­tła w ko­ry­ta­rzu. Wy­wa­lał wszyst­kie przed­mio­ty z sza­fek na zie­mię i na ko­la­nach szu­kał klu­cza. Sły­szał głu­che rów­no­mier­ne dźwię­ki isto­ty, która pró­bo­wa­ła sfor­so­wać drzwi.

– Kurwa, gdzie ten klucz! – wykrzyczał w myślach spa­ni­ko­wa­ny.

Przy­po­mniał sobie, że isto­ta miała na sobie je­an­sy. Wró­cił do sy­pial­ni. Na łóżku le­ża­ły spodnie i w tyl­nej kie­sze­ni zna­lazł klucz. Nie zwle­kał i wy­biegł na ko­ry­tarz, lecz po­śli­znął się i bar­kiem ude­rzył o szafę. Spadł wspól­ny ob­ra­zek z Elizą i roz­bił się na ka­wał­ki. Krzyk isto­ty prze­peł­nił dom, za­głu­sza­jąc burzę sza­le­ją­cą na ze­wnątrz. Kon­rad do­tarł do drzwi od pra­cow­ni. Dło­nie mu drża­ły. Nie mógł wce­lo­wać klu­czem do zamka.

– No dalej! – wy­krzyk­nął.

Udało się. Otwo­rzył drzwi i wpadł do po­miesz­cza­nia. Zo­ba­czył ukoń­czo­ny obraz przed­sta­wia­ją­cy tur­ku­so­wą ko­bie­tę.

(Anna Słoncz, Kobieta turkus)

– Eliza! – wy­krzyk­nął i do­tknął dło­nią ob­ra­zu.

Płót­no po­chło­nę­ło rękę Kon­ra­da. Po­czuł, że chwy­cił ko­bie­cą dłoń. Do­ło­żył jesz­cze drugą rękę i szarp­nął. Z ob­ra­zu po­wo­li za­czął wy­cią­gać Elizę, która była cała w lep­kiej tur­ku­so­wej mazi.

– Ko­cha­nie, obudź się!

Nie kon­tak­to­wa­ła. Drzwi od ła­zien­ki z hu­kiem ude­rzy­ły o ścia­nę. Kon­rad uło­żył Elizę na pod­ło­dze i wy­biegł z po­ko­ju. Pio­run trza­snął w po­bli­żu domu. Wy­sia­dło całe za­si­la­nie. Pa­no­wa­ła ciem­ność. Za­pa­dła cisza prze­ry­wa­na była szyb­ki­mi od­de­cha­mi Kon­ra­da i desz­czem wa­lą­cym o okna. Nie sły­szał żad­nych kro­ków. Schy­lił się do szaf­ki po la­tar­kę i po­czuł, jak coś roz­ci­na mu ścię­gno w pra­wej nodze. Jęk­nął z bólu i stra­cił rów­no­wa­gę. Stała nad nim koścista isto­ta bez skóry. Po jej od­kry­tych ścię­gnach są­czy­ła się tłu­sta maź. Spo­glą­da­ła na Kon­ra­da sze­ro­ki­mi ocza­mi, a w pra­wej ręce trzy­ma­ła nóż ku­chen­ny.

– Czym ty je­steś? – spy­tał, pod­su­wa­jąc się do ścia­ny.

– Je­stem per­fek­cją, którą po­psu­łeś… – syknęła i rzu­ci­ła się z nożem.

Męż­czy­zna za­sło­nił się dłoń­mi. Stra­cił palca. Wrza­snął i kop­nię­ciem wy­wró­cił Isto­tę. Za­brał la­tar­kę i wy­biegł na dwór. Gołe stopy za­pa­da­ły mu się w mo­krej ziemi. Wiatr sza­lał, a las szu­miał. Biegł w stro­nę szop­ki. Po­śli­znął się. Zo­ba­czył jak isto­ta wy­pa­da z domu, i sza­leń­czo bie­gnie na niego z nożem. Spró­bo­wał wstać. Nie zdą­żył. Nóż prze­szył jego udo od boku. Usły­szał śmiech. Czar­ne oczy isto­ty błysz­cza­ły, re­flek­tu­jąc świa­tło bły­ska­wi­cy pę­dzą­cej po nie­bie.

Kon­rad wy­rwał nóż z uda i zamachnął się nim z ca­łych sił. Stal prze­szy­ła gąb­cza­stą czasz­kę isto­ty od góry.

– Na­praw­dę my­śla­łeś, że pój­dzie tak łatwo?! – ryk­nę­ła z wście­kło­ści.

Wy­rwa­ła nóż z głowy i ru­szy­ła na czoł­ga­ją­ce­go się Kon­ra­da. Nagle z za­ro­śli wy­le­cia­ła sarna z za­krwa­wio­ną nogą i sta­ra­no­wa­ła isto­tę. Zwie­rzę tak jak szyb­ko się po­ja­wi­ło tak samo szyb­ko zni­kło w zaroślach. Kon­rad ostat­ni­mi si­ła­mi wczoł­gał się do szop­ki cały za­krwa­wio­ny. Z le­d­wo­ścią wstał na nogi i wyjął piłę mo­to­ro­wą. Szarp­nął kilka razy za linkę. Isto­ta wy­wa­ży­ła drzwi od szop­ki. Piła za­ry­cza­ła. Kon­rad za­mach­nął się i wbił się w brzuch istoty. Z ca­łych sił cią­gnął pro­wad­ni­cę do góry, po­wo­li roz­dzie­ra­jąc ją na dwa ka­wał­ki.

– Prze­eestańńń! Konrr­ra­ad, prze­cie­eeż, tooo, jaaa, two­ooja, żonn­na­aa!

– Isto­ta wy­krzy­ki­wa­ła, ale Kon­rad nie prze­sta­wał.

W końcu prze­po­ło­wił jej ciało i te ru­nę­ło bez­wład­nie na zie­mię. Od­rzu­cił piłę i po­pę­dził do domu. Eliza le­ża­ła pół­przy­tom­na w pra­cow­ni.

– Boże Kon­rad… Je­steś cały we krwi – po­wie­dzia­ła sła­bym gło­sem.

– To nic… To na­praw­dę nic – od­po­wie­dział za­la­ny łzami i przy­tu­lił żonę.

Za­brzmiał dzwo­nek do drzwi. Burza usta­ła i na­sta­ła cisza. Drzwi fron­to­we zaskrzypiały i do pra­cow­ni wszedł Do­rian wraz ze swoją po­moc­ni­cą.

– Witam… – Ukło­nił się – Nie są­dzi­łem, że wam się uda. – Uśmiech­nął się. – Hi­sto­ria z po­przed­nim ob­ra­zem nie za­koń­czy­ła się tak do­brze. Ale to nic, ja ocze­ku­ję tylko wy­ni­ku, więc win­szu­je.

– Do­rian… – syk­nął z bólu Kon­rad – Od po­cząt­ku wie­dzia­łeś, co się sta­nie. – Kim ty do cho­ler je­steś! – wark­nął, pró­bu­jąc wstać.

– Nie wsta­waj… – Żółte oczy bły­snę­ły za oku­la­rów. – Jeśli wsta­niesz, Ali­cja skrę­ci ci kark.

Kon­rad po­wstrzy­mał się. Wie­dział, że nie żar­tu­je.

– Ali­cjo… – Do­rian wska­zał palcem na portret.

Służ­ka od­bez­pie­czy­ła płót­no, de­li­kat­nie za nie chwy­ci­ła i przy­sta­nę­ła obok Do­ria­na.  

– Tyle emo­cji w tym ob­ra­zie… – powiedział delikatnym głosem wpa­trując się w por­tret ko­bie­ty. – Emo­cje są jak nar­ko­tyk, bez któ­re­go nie mogę funk­cjo­no­wać. – Zdjął skó­rza­ną rę­ka­wicz­kę i dło­nią prze­su­nął po­wo­li po ob­ra­zie. – Ach… no tak za­po­mniał­bym. Wasza za­pła­ta. – Za­ło­żył rę­ka­wicz­kę i kla­snął w dło­nie.

Wszystkie światła przygasły i zapadła ciemność. Po chwi­li za­si­la­nie po­wró­ci­ło, a po Do­ria­nie i jego po­moc­ni­cy nie było śladu. Z gór­nej czę­ści domu do­bie­gł cichy płacz. Kon­rad ze­rwał się na nogi i po­pę­dził na górę. Nigdy nie po­my­lił­by tego dźwię­ku z żad­nym innym.

Mi­nę­ła chwi­la i Eliza usły­sza­ła, że scho­dzi po scho­dach. Nie sły­sza­ła już pła­czu. Kon­rad wszedł po­wo­li do pra­cow­ni zalany łzami. Na rę­kach trzy­mał ich małą có­recz­kę owi­nię­tą w ró­żo­wy kocyk. Eliza pod­nio­sła się ostat­ni­mi si­ła­mi i przy­tu­li­ła oboje. Z jej oczu po­pły­nę­ły łzy.

 

Koniec

Komentarze

W opowiadaniu ma być wrzucony Obraz Anny Słoncz z nazwą obrazu. W przedmowie ma być również wskazana nazwa obrazu i również jej szanowna autorka.

 

Wrócę niebawem z komentarzem :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Dziękuje za przypomnienie melendur88. Wprowadziłem poprawki.

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

 

Podążaj za białym królikiem.

Cześć!

Przeczytałem wczoraj Twoje opowiadanie, ale już nie miałem siły, żeby je skomentować. Nadrabiam więc dzisiaj, ale od razu zaznaczam, że będzie raczej gorzko. 

Zacznę od tego, że widać bardzo wyraźnie, że jesteś na początku drogi, jeśli chodzi o pisanie. Masz w tekście zatrzęsienie literówek, przecinki skaczą gdzie chcą, wiele razy używasz niewłaściwej formy, są powtórzenia. Od strony językowej wiele pracy przed Tobą, ale to są rzeczy do doszlifowania.

Większym problemem jest tendencja do rozwlekania tekstu, do wrzucania zbyt szczegółowych opisów działań bohaterów, tak jakbyś nie wierzył w inteligencję i wyobraźnię czytelnika. Chodzi mi o te wszystkie przekręcanie kluczyków stacyjce, robienie kolacji czy innych posiłków i tym podobne – nie pchasz tym fabuły, nie budujesz klimatu, nie dodajesz ciekawych szczegółów, więc cała para idzie w gwizdek, wolne miejsce do wykorzystania w ramach limitu znika, a tak naprawdę nic się nie dzieje.

Drugi problem to relacje pomiędzy postaciami i ich ogólna konstrukcja psychiczna. Na wejściu serwujesz dramat spod znaku utraty dziecka (czyli grubo), a potem jakby o tym zapominasz, opisując zachowania pary. Ich relacje też są dziwne – jej reakcje to albo borderline, albo afektywna dwubiegunówka, z kolei on wychodzi na nieporadnego gościa, który nie bardzo wie jak obsługiwać związek. Dramat, który stał się ich udziałem gdzieś się przez to gubi.

Antagonista – czyli Dorian, ten od portretu (nawiązanie literackie widoczne) – jest przerysowany do granic możliwości, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie weszła jego asystentka. Fabuła osadzona współcześnie, a postacie negatywne wiktoriańsko groteskowe do tego stopnia, że nikt poza parą bohaterów nie przeszedłby nad interakcjami z nimi do porządku. Anachronizm w postaci karykaturalnie poe’owskich antybohaterów, wrzuconych w realia współczesności tworzy potężny dysonans, przez co całe opowiadanie ociera się o groteskę.

Wybacz brutalną szczerość, ale nie będę Ci ściemniał – jeśli chcesz się nauczyć dobrze pisać (a zakładam, że chcesz), musisz więcej czytać, więcej podglądać innych i duuużo ćwiczyć swój warsztat.

Czy jest więc coś na plus w tym opowiadaniu? Owszem – to pomysł wyjściowy z dziwną transakcją i późniejsze perypetie Elizy, a także jej podmianka na kreaturę z obrazu. To naprawdę dobry pomysł, który ma potencjał horrorowy, ale nie potrafiłeś go (jeszcze) dobrze opakować i wykorzystać. Z biegiem czasu i wraz z ćwiczeniem dasz radę, ale to jeszcze nie ten czas.

Na koniec powiem Ci jeszcze o dwóch najgorszych rzeczach w Twoim opowiadaniu. A są nimi wymuszony, łzawy happy end, który nie pasuje do reszty i jest jakiś taki płytki. Ale wiesz co? To jeszcze nawet bym przełknął. O wiele gorszy jest motyw z sarną. W życiu nie czytałem tak slapstickowego wykorzystania strzelby Czechowa. Kiedy na końcu z krzaków wybiegła ta ranna sarna (która została ranna kilka dni wcześniej) i staranowała potwora, po czym zniknęła, parsknąłem śmiechem. Ta scena w konwencji bizarro byłaby złotem; ten mindfuck na zakończenie zrobiłby robotę. Ale w obranej przez Ciebie konwencji on mnie po prostu zawiesił, bo tak cholernie z czapy jest, że musiałem pozbierać szczękę z podłogi.

Może momentami dośc ostro potraktowałem Ciebie i Twoje pisanie, ale nie mam w zwyczaju głaskać po głowie, jeśli nie ma ku temu przesłanek, bo w ten sposób utrwala się innych w błędnych przekonaniach – a ja lubię prawdę, nawet jeśli boli. 

Mam nadzieję, że zamiast się obrażać, przeanalizujesz to, co napisałem, odniesiesz to do swojego tekstu i czegoś się nauczysz, co pozwoli usprawnić Twoje pisanie. A życzę Ci powodzenia, tak w nauce, jak i w późniejszym tworzeniu fabuł, światów, postaci. Jeśli sprawia Ci to przyjemność, nie zniechęcaj się – pisz dalej, ale usprawniaj swój warsztat.

Powodzenia i pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Nowa Fantastyka