- Opowiadanie: d.pankovski - Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Dentysta)

Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Dentysta)

Tym razem, po „Wa­len­tyn­kach”, za­pra­szam do ko­lej­nej opo­wie­ści z kręgu „Chwa­sty – Cu­kier­ki z waty i inne smaki roz­pa­czy”, pod ty­tu­łem „Den­ty­sta”.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Bardjaskier

Oceny

Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Dentysta)

Mia­stecz­ko Gór­skie było jak stary, za­po­mnia­ny sen, z któ­re­go nie można się obu­dzić, choć­by się czło­wiek szczy­pał do krwi. Deszcz padał tu za­wsze pod lek­kim sko­sem, jakby samo niebo po­chy­li­ło się nad tym miej­scem, by le­piej przyj­rzeć się ludz­kiej mar­no­ści. Szyl­dy skle­pów trzesz­cza­ły na wie­trze, a je­dy­nym miej­scem, które tęt­ni­ło ży­ciem – jeśli można to na­zwać ży­ciem – była ka­wia­ren­ka „Pod Ze­ga­rem". I oczy­wi­ście ga­bi­net den­ty­stycz­ny dok­to­ra Pros­se­ra.

Dok­tor Pros­ser, Henry Pros­ser. Facet mógł mieć pięć­dzie­siąt lat, mógł mieć sto. Jego twarz była jak z wosku, który za­czy­na mięk­nąć w cie­ple re­flek­to­ra, z ocza­mi ko­lo­ru wy­płu­ka­ne­go przez deszcz as­fal­tu. Przyj­mo­wał na Sta­rym Mie­ście, w ka­mie­ni­cy, któ­rej po­zo­sta­łe okna dawno za­bi­to de­ska­mi. Nad drzwia­mi ko­ły­sał się szyld z wy­ma­lo­wa­nym ol­brzy­mim, bia­łym zębem trzo­no­wym, który w desz­czu wy­glą­dał jak czasz­ka ma­leń­kie­go, nie­na­ro­dzo­ne­go ko­smi­ty.

Moją zgubą była nie tyle próch­ni­ca, ile nuda. Nuda Mia­stecz­ka Gór­skie­go po­tra­fi­ła wy­ssać z czło­wie­ka chęć do życia sku­tecz­niej niż ja­ki­kol­wiek pi­jaw­ka. Kiedy więc w sie­ka­czu po­ja­wi­ła się czar­na krop­ka, po­czu­łem coś na kształt wdzięcz­no­ści. Wresz­cie misja. Wresz­cie cel. Wi­zy­ta u Pros­se­ra.

Cze­ka­łem w po­cze­kal­ni, która pach­nia­ła goź­dzi­ka­mi, for­ma­li­ną i czymś jesz­cze, czymś słod­ka­wym i nie­po­ko­ją­cym, jakby starą krwią zmie­sza­ną z cu­krem pu­drem. Na sto­li­ku le­ża­ły eg­zem­pla­rze „Na­tio­nal Geo­gra­phic" z 1987 roku, a z gło­śni­ka są­czy­ła się mu­zy­ka, która brzmia­ła jak grana na fle­cie przez kogoś, kto zaraz ma za­miar się po­wie­sić. Obok mnie sie­dzia­ła ko­bie­ta z twa­rzą owi­nię­tą ban­da­żem. Nie od­zy­wa­ła się, tylko od czasu do czasu cicho po­chli­py­wa­ła, a spod opa­trun­ku są­czy­ła się na szyję cien­ka, prze­zro­czy­sta struż­ka.

– Pan Ko­wal­ski? – Głos Pros­se­ra był mięk­ki jak watka na­są­czo­na ete­rem.

Jego dłoń, którą uści­sną­łem, była sucha i zimna, a do­ty­kiem przy­po­mi­na­ła per­ga­min. Ga­bi­net był biały. Nie, to nie było zwy­kłe białe po­miesz­cze­nie. To była biel ab­so­lut­na, biel, która pa­li­ła siat­ków­ki, biel, w któ­rej zni­ka­ły cie­nie. Na środ­ku stał fotel den­ty­stycz­ny, który wy­glą­dał, jakby zo­stał zmon­to­wa­ny w ja­kiejś fa­bry­ce tor­tur z po­cząt­ku wieku, a obok niego blaty za­sta­wio­ne na­rzę­dzia­mi. Były tam kla­sycz­ne szczyp­ce i wier­tła, ale do­strze­głem też przed­mio­ty, któ­rych prze­zna­cze­nia wo­la­łem się nie do­my­ślać: małe srebr­ne ha­ków­ki, igli­ce, a w szkla­nym słoju – coś, co wy­glą­da­ło jak ze­staw mi­nia­tu­ro­wych dłut sny­cer­skich.

– Pro­szę sia­dać – po­wie­dział, wska­zu­jąc na fotel. – Pro­szę się roz­go­ścić. To pana drugi dom na naj­bliż­sze… cóż, zo­ba­czy­my.

Za­śmia­łem się ner­wo­wo. Nie od­po­wie­dział uśmie­chem. Jego usta po­zo­sta­ły cien­ką, bladą linią.

– Który ząb nam do­le­ga?

Wska­za­łem pal­cem. Pros­ser na­chy­lił się nade mną, a ja po­czu­łem jego od­dech. Pach­niał miętą i roz­kła­dem, jak stary gro­bo­wiec, który ktoś nie­udol­nie od­świe­żył wio­sen­ny­mi po­rząd­ka­mi. Do­tknął mo­je­go po­licz­ka. Jego palce były lo­do­wa­te.

– O, tak… Widzę. – Jego oczy roz­sze­rzy­ły się nie­znacz­nie. – Widzę o wiele wię­cej, niż pan myśli.

Chwy­cił me­ta­lo­wy hak i za­czął opu­ki­wać mi zęby. Każdy stu­kot od­bi­jał się echem w mojej czasz­ce, wy­peł­nia­jąc głowę dźwię­kiem, jakby ktoś ude­rzał ły­żecz­ką w szklan­kę. Nagle za­trzy­mał się.

– Co to? – szep­nął z dziw­ną czu­ło­ścią.

Zaj­rzał mi głę­bo­ko w usta, aż po­czu­łem jego zimny od­dech na mig­dał­kach.

– Ma pan tam… ma­łe­go lo­ka­to­ra.

– Słu­cham? – wy­mam­ro­ta­łem.

– Pro­szę spoj­rzeć.

Od­chy­lił lampę, skie­ro­wu­jąc snop świa­tła w głąb mojej jamy ust­nej, po czym pod­su­nął mi lu­ster­ko. To, co zo­ba­czy­łem, spra­wi­ło, że krew w moich ży­łach za­mar­z­ła na nowo. Za ostat­nim trzo­now­cem, tam gdzie koń­czy­ły się dzią­sła, nie było gład­kiej ślu­zów­ki. Była tam ma­leń­ka, ró­żo­wiut­ka buzia. Wiel­ko­ści pa­znok­cia u ma­łe­go palca. Miała dwoje ma­lut­kich oczek, które pa­trzy­ły wprost na mnie, i małe ustecz­ka uło­żo­ne w nie­mym, bez­gło­śnym krzy­ku. Po­ru­sza­ła się, pró­bu­jąc się wy­god­niej uło­żyć na moim ję­zy­ku.

– Ja pier­do­lę – jęk­ną­łem, od­ry­wa­jąc się od fo­te­la, ale Pros­ser po­ło­żył mi dłoń na pier­si i z ła­two­ścią we­pchnął z po­wro­tem. Jego siła była prze­ra­ża­ją­ca.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie. – Jego głos wciąż był ten sam, ko­ją­cy i mięk­ki, jakby uspo­ka­jał spło­szo­ne źre­bię. – To czę­ste zja­wi­sko. Bar­dzo czę­ste. W Mia­stecz­ku Gór­skim pra­wie każdy ma w ustach ta­kie­go re­zy­den­ta.

– Wyjąć to! – wy­char­cza­łem. – Na­tych­miast pan to wyj­mie! Wy­rwie pan! Niech pan to wy­tnie!

– Och, nie, nie, nie. – Po­krę­cił głową z po­li­to­wa­niem. – Tego się nie wy­ry­wa. Tego się nie wy­tnie. To nie jest na­rośl. To… to jest zio­mal. Kumpel. Jak to się mówi: kom­pan. Trze­ba go oswo­ić, zro­zu­mieć, a przede wszyst­kim… opła­cić.

– Opła­cić? Czym, na li­tość boską?!

Pros­ser uśmiech­nął się wresz­cie. Jego usta roz­cią­gnę­ły się, od­sła­nia­jąc równe, białe zęby, ale była w tym ge­ście taka sztucz­ność, jakby ktoś prze­cią­gnął nożem po tafli lodu.

– Swo­imi lę­ka­mi, panie Ko­wal­ski. Swo­imi naj­gor­szy­mi snami. Swoją na­dzie­ją. To stan­dar­do­wa taksa.

Zanim zdą­ży­łem za­pro­te­sto­wać, się­gnął po jedno z tych dłu­tek i mały srebr­ny mło­te­czek. Po­chy­lił się nade mną, a ja pa­trzy­łem, jak na­rzę­dzia zni­ka­ją w cze­lu­ści moich ust. Nie czu­łem bólu. Czu­łem tylko dziw­ne, głę­bo­kie wi­bra­cje, jakby ktoś wier­cił w ko­ściach mo­je­go szkie­le­tu, metr pod skórą.

Ta mała buzia w moich ustach otwo­rzy­ła się sze­ro­ko. To nie był krzyk. To był śmiech. Bez­gło­śny, przej­mu­ją­cy śmiech dziec­ka, który roz­cho­dził się po mojej czasz­ce, wpra­wia­jąc w drże­nie zęby trzo­no­we. Pros­ser wier­cił, dłu­bał, szep­tał przy tym coś do sie­bie, a ja za­mkną­łem oczy i od­pły­ną­łem.

Obu­dzi­łem się w po­cze­kal­ni. Na krze­śle obok sie­dzia­ła ta sama ko­bie­ta z za­ban­da­żo­wa­ną twa­rzą. Sie­dzia­ła ide­al­nie nie­ru­cho­mo, a spod ban­da­ża wciąż są­czy­ła się ta sama struż­ka. Spoj­rza­łem na zegar. Była 3:17. Ta sama go­dzi­na, co przed wi­zy­tą. Spoj­rza­łem na sto­lik. Te same eg­zem­pla­rze „Na­tio­nal Geo­gra­phic". Czu­łem się dziw­nie lekko, ale jed­no­cze­śnie jakby kogoś mi bra­ko­wa­ło. Do­tkną­łem ję­zy­kiem zębów. Były gład­kie. Prze­su­ną­łem dalej, w głąb jamy ust­nej. Tam, gdzie jesz­cze przed chwi­lą była ta ma­leń­ka buzia, teraz znaj­do­wa­ła się ide­al­nie gład­ka, zimna plom­ba z cze­goś, co przy­po­mi­na­ło por­ce­la­nę. Pró­bo­wa­łem sobie przy­po­mnieć mój naj­gor­szy sen, ale nie mo­głem. Pró­bo­wa­łem sobie przy­po­mnieć, na czym mi w ogóle za­le­ża­ło w życiu, ale oka­za­ło się, że nie mam po­ję­cia.

Wy­sze­dłem na ulicę Mia­stecz­ka Gór­skie­go. Deszcz wciąż padał pod tym samym sko­sem. La­tar­nie mi­go­ta­ły, a ja nagle po­czu­łem, że je­stem pusty. Nie smut­ny, nie wście­kły, nie prze­ra­żo­ny. Po pro­stu… wy­drą­żo­ny. Idąc chod­ni­kiem, mi­ną­łem wi­try­nę skle­pu mię­sne­go. W szy­bie zo­ba­czy­łem swoje od­bi­cie. Uśmiech­ną­łem się do sie­bie, żeby spraw­dzić, czy ząb jest na miej­scu. Był. I wtedy, w od­bi­ciu, zo­ba­czy­łem, że w głębi mo­je­go gar­dła, tam gdzie koń­czy się pod­nie­bie­nie, czai się mrok. I w tym mroku za­pa­li­ły się dwa ma­leń­kie, zna­jo­me świa­teł­ka. Oczy. Te same oczy. Sie­dzia­ły teraz głę­biej, ale pa­trzy­ły wciąż tak samo. Ta mała buzia była teraz moją wła­sną, we­wnętrz­ną pu­blicz­no­ścią. Uśmiech­nę­ła się. A ja, sto­jąc w desz­czu, zro­zu­mia­łem, że to nie ja pa­trzę na świat przez swoje oczy. To ona pa­trzy na świat prze­ze mnie.

Od tam­tej pory re­gu­lar­nie od­wie­dzam dok­to­ra Pros­se­ra. Co wto­rek o 15:00. Sia­dam w po­cze­kal­ni, słu­cham tej przy­gnę­bia­ją­cej mu­zy­ki i cze­kam. Kiedy wcho­dzę do ga­bi­ne­tu, kładę się na fo­te­lu, otwie­ram usta, a on dłu­bie w tej mojej dru­giej, we­wnętrz­nej jamie. Wier­ci, szli­fu­je, po­le­ru­je. Nie mó­wi­my wiele. Po pro­stu tam je­ste­śmy. On, ja i ta mała isto­ta w moim gar­dle, która teraz ma już wła­sne, ma­leń­kie ząbki i którą cza­sem, późną nocą, sły­szę, jak cicho nuci pod nosem me­lo­dię, którą grają w po­cze­kal­ni.

W Mia­stecz­ku Gór­skim wszy­scy mają swo­je­go den­ty­stę. I wszy­scy mają w środ­ku kogoś, kogo trze­ba re­gu­lar­nie opła­cać. To nie jest złe życie. Jest po pro­stu… ja­kieś. Cza­sem za­sta­na­wiam się, co by było, gdy­bym tam­te­go dnia nie po­szedł. Gdy­bym zi­gno­ro­wał ból. Ale wtedy uśmie­cham się do lu­stra, a tam­ten drugi uśmie­cha się do mnie z głębi gar­dła i myślę: „E tam. I tak bym go kie­dyś spo­tkał. W tym mie­ście każdy w końcu idzie do den­ty­sty".

Dziś wie­czo­rem idę do Pros­se­ra na eks­trak­cję. Po­wie­dział, że ta mała buzia za­pu­ści­ła już ko­rze­nie głę­biej i trze­ba bę­dzie usu­nąć całą dolną szczę­kę. Po­wie­dział to tym samym ko­ją­cym, mięk­kim gło­sem. A ja mu uwie­rzy­łem. Bo jak mu nie uwie­rzyć? To mój den­ty­sta. A on wie le­piej.

 

Koniec

Komentarze

Hej, dziwne :D. Ale też klimatyczne. Otoczka wokół dentysty, miasteczka – to mnie chwyciło (mimo kilku nietrafionych porównań ;)). I ten klimat utrzymałeś, a do tego świetnie wpasowałeś w dziwność małej buzi. Tak, podobało mi się – klikam i pozdrawiam:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć! 

Ekstra! Naprawdę niesamowicie mi się podoba! Styl i pomysły! Creepy! Na pewno dodatkowym smaczkiem byłoby jakbyś ujawnił ile Posser sobie policzył za te wszystkie wizyty ;)

Pozdrawiam!

Bardzo dziękuję za pozytywne komentarze. Doktor Prosser, Henry Prosser czeka na kolejnych pacjentów..

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Cześć!

 

Klimatyczne, nieco tajemnicze i – jak słusznie zauważył khomaniac – creepy. :) Szkoda, że nie pociągnąłeś wątku opłacenia “małej buzi w ustach” lękami, złymi snami i nadzieją, bo byłem ciekaw co to w praktyce oznacza. Nie pojąłem też dlaczego czas stanął, kiedy facet był u dentysty. Ale może te pytania są niewłaściwie postawione, bo w Miasteczku Górskim nie wszystko da się racjonalnie wyjaśnić. Podobał mi się szorcik. 

Pomysł mocno osobliwy, ale niezły. :)

 

Kiedy więc w przed­nim sie­ka­czu po­ja­wi­ła się czar­na krop­ka… → Zbędne dookreślenie. Siekacze rosną tylko z przodu.

 

po­ło­żył mi dłoń na pier­si i z ła­two­ścią we­pchnął mnie z po­wro­tem. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

To jest zio­mal. Kumpl. → Literówka.

 

Jego usta roz­cią­gnę­ły się, od­sła­nia­jąc równe, białe zęby, ale była w tym ge­ście taka sztucz­ność… → Raczej: Jego usta roz­cią­gnę­ły się, od­sła­nia­jąc równe, białe zęby, ale była w tym uśmiechu taka sztucz­ność

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 

Dziękuję, wprowadziłem drobne poprawki.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Bardzo proszę, d.pankowski. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie lubię dentystów. Z pewnym strachem zabrałem się za lekturę.

Po lekturze nic się nie zmieniło – dalej nie lubię dentystów.

Strach pozostał.

 

Szort fajny. Klimatyczny. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Nowa Fantastyka