- Opowiadanie: Hesket - Diomo

Diomo

Zapraszam na nowe opowiadanie. Dziękuję za pomoc betującym :-) Tekst zawiera wulgaryzmy. 

Pozdrawiam

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

MichaelBullfinch, Użytkownicy III, Finkla, Użytkownicy II

Oceny

Diomo

 

 

Diomo sie­dział na drew­nia­nej ławce nad je­zio­rem i przy­glą­dał się szy­bu­ją­cym po nie­bie pta­kom. W od­da­li, w go­rą­cym po­wie­trzu, fa­lo­wa­ły mury świę­te­go mia­sta. Nie od­czu­wał pra­gnie­nia ani głodu. Nie był też zmę­czo­ny, chciał tylko po­sie­dzieć i na­cie­szyć się pięk­nym wi­do­kiem. Prze­mie­rza­nie od­le­gło­ści mię­dzy kon­ty­nen­ta­mi nie spra­wia­ło kło­po­tu – zni­kał i po­ja­wiał się w miej­scu, o któ­rym po­my­ślał. Ow­szem, zda­rza­ły się wpad­ki, gdy mu­siał lą­do­wać awa­ryj­nie na za­tło­czo­nym rynku. Prze­ra­że­ni lu­dzie ucie­ka­li w po­pło­chu, wi­dząc wiel­kie­go, ły­se­go czło­wie­ka, z któ­re­go ra­mion roz­po­ście­ra­ły się po­tęż­ne skrzy­dła. Mylił też epoki i pew­ne­go razu, wzię­ty za de­mo­na, wpadł w przy­go­to­wa­ną wcze­śniej pu­łap­kę, o mały włos, a zo­stał­by spa­lo­ny żyw­cem.  

Lu­dzie to dziw­ne stwo­rze­nia – my­ślał. Rzu­cił ka­mień do wody. Spoj­rzał na nad­gar­stek, na któ­rym po­ja­wił się mały zie­lo­ny świe­tlik.

– Ko­niec re­lak­su – po­wie­dział do sie­bie. Wstał, bez­sze­lest­nie wzniósł się nad zie­mię i znik­nął.  

 *

– Gdzie ty się szla­jasz? – za­py­tał Szef.

Pa­trzył na sługę prze­ni­kli­wy­mi, nie­bie­ski­mi ocza­mi.  

– Od­po­czy­wa­łem – rzu­cił Diomo.

– Prze­cież nie mu­sisz.  

– Tak, ale…

– Ko­niec dys­ku­sji – prze­rwał męż­czy­zna. – Twoi bra­cia po­in­for­mo­wa­li mnie, że wróg prze­do­stał się do nie­wiel­kie­go szpi­ta­la i sku­tecz­nie się w nim ukry­wa. Pró­bo­wa­li zlo­ka­li­zo­wać Pi­jaw­ca, ale oka­za­ło się to nie­moż­li­we. Z racji tego, że masz więk­sze do­świad­cze­nie i umie­jęt­no­ści, przy­dzie­li­łem cię do tej spra­wy.  

– Ro­zu­miem, że przy­bie­ra formy, któ­rych wcze­śniej nie sto­so­wał?

– Tego do­wiesz się na miej­scu. – Szef wstał, po czym, uno­sząc się tuż nad po­sadz­ką, zbli­żył do Diomo. Po­ło­żył rękę na jego ra­mie­niu, uśmiech­nął się nie­znacz­nie i pu­ścił oczko. – Wie­rzę w cie­bie. Nie ze­psuj tego.

Anioł stwier­dził, że nie ma się do czego śpie­szyć, dla­te­go po­sta­no­wił obej­rzeć za­chód słoń­ca w Egip­cie. W cza­sie krót­szym niż mru­gnię­cie oka wy­lą­do­wał na jed­nej z pi­ra­mid i wzru­szo­ny pa­trzył, nie mogąc na­sy­cić się pięk­nem chwi­li.

 *

Me­ta­lo­we drzwi szczęk­nę­ły, na­stęp­nie jęk­nę­ły ni­czym wrota pie­kieł, gdy sa­ni­ta­riusz Go­le­nia wszedł na od­dział. Nawet ru­ty­no­we “dzień dobry”, któ­rym za­zwy­czaj ra­czy­li go mi­ja­ni pa­cjen­ci, tym razem nie padło – ko­ry­tarz był mar­twy. Spo­sób, w jaki się po­ru­szał, był jego cechą cha­rak­te­ry­stycz­ną. Wy­glą­dał, jakby chciał się wybić w nie­bio­sa, dla­te­go ochrzczo­no go ksyw­ką Sprę­żyn.

Zmie­rzał w stro­nę miej­sca, w któ­rym się prze­bie­rał w białe spodnie i ko­szul­kę. Po­miesz­cze­nie zbli­żo­ne roz­mia­ra­mi do toi-to­ia, trud­no było na­zwać szat­nią, choć peł­ni­ło obec­nie tylko tę funk­cję. Wcze­śniej znaj­do­wa­ły się w nim mio­tły, mopy, wia­dra, wi­sia­ły ka­fta­ny bez­pie­czeń­stwa w ze­sta­wie z pa­sa­mi na ma­gne­sy, oraz kla­sycz­ny­mi na sprzącz­ki.

Łysa głowa Go­le­ni zda­wa­ła się świe­cić, jakby była ce­lo­wo po­le­ro­wa­na przez wła­ści­cie­la. Ktoś mógł­by po­my­śleć, że na­le­ży do świę­te­go, który w pod­sko­kach prze­mie­rza ko­ry­tarz szpi­ta­la. Wiel­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna miał na sobie ró­żo­wy ple­ca­czek, nie pa­su­ją­cy do jego po­waż­nej syl­wet­ki. Gwiz­dał pod nosem me­lo­dię pio­sen­ki, którą sły­szał w radiu, jadąc do pracy krwi­ście czer­wo­nym Oplem Astrą. W ogóle nie przej­mo­wał się, że nie zro­bił prze­glą­du i za każ­dym razem, mi­ja­jąc ra­dio­wóz, cie­szył się jak małe dziec­ko.  

Po­ca­łuj­cie mnie w dupę – my­ślał i za­czy­nał się śmiać. Choć do­sko­na­le zda­wał sobie spra­wę, że jeśli zo­sta­nie za­trzy­ma­ny, jego pen­sja mocno się uszczu­pli.

– Moja mała blon­dy­necz­ko – pod­śpie­wy­wał.

Pa­cjen­ci wy­cho­dzi­li na ko­ry­tarz. Gdy tylko zo­ba­czy­li ły­se­go, szyb­ko wra­ca­li do swo­ich sal.  

– Wi­taj­cie, pa­no­wie! – Go­le­nia wszedł do po­miesz­cze­nia so­cjal­ne­go, w któ­rym dwóch jego ko­le­gów sie­dzia­ło przy nie­wiel­kim sto­li­ku, naj­wy­raź­niej przy­sy­pia­jąc.

So­cjal­ny przy­le­gał do sali ob­ser­wa­cyj­nej. Męż­czy­zna po lewej stro­nie lustra we­nec­kie­go zie­wał, wy­da­jąc od­głos przy­po­mi­na­ją­cy za­wo­dze­nie wie­lo­ry­ba. Ko­le­ga na­prze­ciw­ko pa­trzył przez pół­przy­mknię­te po­wie­ki i kiwał z dez­apro­ba­tą głową.

– Coś taki za­do­wo­lo­ny? – za­py­tał Go­le­nię. – Cie­szysz się na myśl, że za­czy­nasz ko­lej­ny dzień w Drat­kach?

– A dla­cze­go miał­bym być nie­za­do­wo­lo­ny? Wiesz, Kubuś, że lu­dzie, któ­rzy się de­ner­wu­ją, żyją kró­cej śred­nio o dzie­sięć lat?

– Tak? Co ty nie po­wiesz. – Kuba po­pra­wił się na krze­śle. – A gdzie to wy­czy­ta­łeś?  

– Mało istot­ne – Go­le­nia pró­bo­wał uciąć roz­mo­wę. Wie­dział, że za chwi­lę mogą paść słowa, któ­rych ani on, ani ko­le­ga nie chciał­by usły­szeć.

– Czy wy za­wsze mu­si­cie z rana pier­do­lić ja­kieś far­ma­zo­ny? – za­py­tał trze­ci.

– To nie są far­ma­zo­ny. – Spo­kój w głosie Go­le­ni był po­zor­ny. Gdyby mógł, naj­chęt­niej wy­rzu­cił­by tych dwóch pa­ja­ców przez okno. Na szczę­ście wszyst­kie były za­kra­to­wa­ne.

– Zenek się spóź­ni dzi­siaj? – Kuba rzu­cił okiem na ze­ga­rek, pre­zent od żony z oka­zji pięt­na­stej rocz­ni­cy ślubu.

– Mnie się py­tasz? – Go­le­nia wy­cią­gnął z ple­ca­ka spodnie i ko­szu­lę.

– Cie­bie.

– Skąd mam wie­dzieć? Nie je­stem jego anio­łem stró­żem.

Go­le­nia wło­żył pod pachę ciu­chy i wol­nym kro­kiem udał się do prze­bie­ral­ni. Na miej­scu wy­cią­gnął pęk klu­czy i jak zwy­kle nie miał pew­no­ści, czy wy­brał ten dobry, wło­żył go do zamka. Pa­so­wał.

– Moja mała blon­dy­necz­ko, czy ty o tym wiesz – śpie­wał roz­ba­wio­ny. Wszedł do środ­ka i włą­czył la­tar­kę w smart­fo­nie. Prze­bie­rał się w ni­kłym świe­tle. Cuch­nę­ło tutaj starą ru­pie­ciar­nią i czymś bli­żej nie­okre­ślo­nym, jakby rybą.

Co to może być? – za­sta­na­wiał się, lecz po chwi­li zre­zy­gno­wał. Nie lubił zbyt długo my­śleć o jed­nej rze­czy, dla­te­go opra­co­wał sku­tecz­ną me­to­dę od­ga­nia­nia od sie­bie nie­po­żą­da­nych myśli. Prze­kie­ro­wał uwagę na śnia­da­nie. Mógł­by sko­rzy­stać z je­dze­nia prze­zna­czo­ne­go dla pa­cjen­tów, ale kto jadł­by cią­gle kaszę na prze­mian z ryżem? A poza tym, jak można po­dzie­lić pla­ste­rek mar­nej szyn­ki na trzy krom­ki chle­ba? I ten ma­lut­ki ka­wa­łek mar­ga­ry­ny? Go­le­nia lubił jeść – na­żreć się kon­kret­nie, tre­ści­wie, oraz co ważne, wszyst­ko mu­sia­ło mu sma­ko­wać. Kie­dyś kilka razy spró­bo­wał wiktu szpi­tal­ne­go i po­wie­dział sobie – nigdy wię­cej! Cza­sa­mi ża­ło­wał pa­cjen­tów, po­nie­waż nie mieli więk­sze­go wy­bo­ru – przy­naj­mniej ci, któ­rzy nie mogli się spo­dzie­wać po­mo­cy z ze­wnątrz.

 *

Szpi­tal psy­chia­trycz­ny w Drat­kach był jed­nym z naj­więk­szych w kraju, i chyba naj­star­szym. Prze­kształ­co­ny z po­au­striac­kich ko­sza­rów, z ze­wnątrz robił nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Gdy we­szło się na jego teren, wiel­kie drze­wa, prze­waż­nie lipy i dęby, szcze­gól­nie późną je­sie­nią ogo­ło­co­ne z liści, przy­tła­cza­ły swo­imi roz­mia­ra­mi, a pod­czas sil­niej­szych wia­trów ich stare, grube ga­łę­zie skrzy­pia­ły, gdzie­nie­gdzie ude­rza­jąc o sie­bie jakby z od­da­li niósł się od­głos aryt­micz­ne­go ste­po­wa­nia sza­leń­ca. Zygzakowate wiekowe korony na tle wieczornego nieba zdawały się przenikać przez siebie, łączyć w siatki czarnych unerwień, miejscami naznaczonych ażurem jasnego tła.

Czte­ry od­dzia­ły trzy­kon­dy­gna­cyj­nych blo­ków, a każdy po­dob­ny do sie­bie. Wje­chać na teren szpi­ta­la można było je­dy­nie za ze­zwo­le­niem – nie do­ty­czy­ło to per­so­ne­lu. Od­wie­dza­ją­cy i nie­upo­waż­nie­ni zo­sta­wia­li sa­mo­cho­dy na nie­wiel­kim par­kin­gu, na któ­rym cią­gle bra­ko­wa­ło miejsc, dla­te­go część osób wy­bie­ra­ła cen­trum mia­sta. Wyj­ścia z pa­to­wej sy­tu­acji nie było i ni­ko­mu oprócz ro­dzin pa­cjen­tów, spe­cjal­nie nie za­le­ża­ło na tym, żeby to zmie­nić.

Go­le­nia wy­szedł ze swo­jej ka­me­ral­nej prze­bie­ral­ni. W tych bia­łych ciu­chach wy­glą­dał jak le­karz – przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wa­ło; bra­ko­wa­ło tylko ste­to­sko­pu za­wie­szo­ne­go na szyi, drew­nia­ków i oku­la­rów na końcu nosa, któ­rych nigdy nie nosił, bo wzrok miał so­ko­li. Dok­tor w jakiś nie­po­ję­ty dla niego spo­sób mu­siał je mieć. Go­le­nia my­ślał na­iw­nie, jak dziec­ko, że jeśli czło­wiek me­dy­cy­ny nie nosi szkieł, to jest mało wia­ry­god­ny, albo co naj­mniej kiep­ski w wy­ko­ny­wa­nym za­wo­dzie.

– Po­bud­ka! – wołał, pu­ka­jąc w drzwi każ­dej sali.  

– Spier­da­laj! – Do­le­cia­ło go spod szes­nast­ki.

Wszedł do środ­ka, roz­glą­da­jąc się jak Ter­mi­na­tor w ostat­nim dniu sądu.

Czte­rech pa­cjen­tów ście­li­ło łóżka, a piąty, scho­wa­ny pod koł­drą, pro­wa­dził w ciem­no­ściach oży­wio­ny mo­no­log.

– Osa! – wrza­snął Go­le­nia. – Wyłaź z pier­nat, bo za chwi­lę ci w tym po­mo­gę.

Pa­cjent nie re­ago­wał. Je­dy­ną zmia­ną było to, że koł­dra prze­sta­ła się ru­szać.

– Osa. Nie żar­tu­ję.

 Go­le­nia stał jesz­cze przez chwi­lę w drzwiach, po czym ru­szył spraw­dzić resz­tę sal. Sie­dem­nast­ka róż­ni­ła się od po­przed­niej – ską­pa­na w ja­snym świe­tle, wy­da­wa­ła się być zwy­kłym, choć zbyt dużym po­ko­jem. Na pa­ra­pe­cie rosły pięk­ne kwia­ty, a ścia­ny zdo­bi­ły ob­ra­zy mar­twych natur. Dwóch męż­czyzn w śred­nim wieku sie­dzia­ło na skra­ju swo­ich łóżek i pra­wie w tym samym mo­men­cie od­wró­ci­li głowy; nie byli za­do­wo­le­ni. Gry­mas na ich twa­rzach wy­ra­żał coś po­mię­dzy re­ak­cją na kwa­śną cy­try­nę, a zjeł­cza­ły ser.

– No i jak pa­no­wie? Pięk­ny dzień, praw­da? – za­py­tał Go­le­nia, jakby nie brał w ogóle pod uwagę, że osoby, do któ­rych się zwra­ca, nie są kum­pla­mi spo­tka­ny­mi w parku, pod­czas sło­necz­ne­go, let­nie­go spa­cer­ku.

– Dla kogo pięk­ny, dla tego pięk­ny. – Chudy czło­wiek z wą­si­kiem Ma­ły­sza, wy­stro­jo­ny w ko­szu­lę z na­dru­kiem tań­czą­cej Mysz­ki Miki, zmie­rzył Go­le­nię od stóp do głów.

– O, widzę, Świer­czew­ski, że wsta­łeś lewą nóżką!

– A co to ja, kura? Nogę mam! Nogę! – krzy­czał fan Mysz­ki.

– Kura, nie kura, ale jeść musi. Wsta­je­my! – Sa­ni­ta­riusz kla­snął w dło­nie.

Gdy wy­szedł, Świer­czew­ski mach­nął ręką.

– Idio­ta – pod­su­mo­wał.

Coraz wię­cej pa­cjen­tów wy­cho­dzi­ło z sal i krę­ci­ło się po ko­ry­ta­rzu. Ranne ptasz­ki – pa­la­cze, sie­dzie­li w pa­lar­ni już od świtu; by­wa­li też tacy, któ­rzy re­gu­lar­nie, ci­chym kro­kiem od­wie­dza­li to miej­sce nocą, bu­dze­ni przez głód ni­ko­ty­no­wy. Zda­rza­ły się wy­jąt­ki, że pół od­dzia­łu nie mogło spać, po­nie­waż pię­tro wyżej ktoś za­wo­dził na cały głos: WE­EEEEERO­OOONIIIIII­KA­AA!!! Ale to były sy­tu­acje na tyle rzad­kie, że więk­szość nie ro­bi­ła z nich pro­ble­mu.

Go­le­nia wszedł do wę­dzar­ni.

– Dzień dobry, pa­no­wie – po­wie­dział.

Zo­stał zmie­rzo­ny wzro­kiem przez sie­dzą­cych przy stole. Gdy wy­szedł i za­mknął za sobą drzwi, we­wnątrz wy­bu­chła salwa śmie­chu.

 Idąc ko­ry­ta­rzem minął się z pa­cjen­tem Tiulą, który przy­po­mi­nał bar­dziej posąg niż ży­we­go czło­wie­ka. Gdy sa­ni­ta­riusz od­da­lił się nie­znacz­nie, pod­śpie­wu­jąc coś pod nosem, Tiula spoj­rzał w jego stro­nę.

– Bul­go­ty – wy­szep­tał.

Zmru­żył oczy jak znu­dzo­ny, stary kot, który wi­dział już chyba wszyst­ko, co na Ziemi, i wy­so­ce praw­do­po­dob­ne, że także w nie­bie.  Jak nie­zba­da­ne są wy­ro­ki bo­skie, tak w przy­pad­ku Tiuli wszyst­ko wy­da­wa­ło się zba­da­ne. Prze­cież on, jako były spe­cja­li­sta od przy­pad­ków bez­na­dziej­nych i wy­da­wa­ło­by się nie­wy­ja­śnio­nych, pod­czas pracy w taj­nych służ­bach, jak z Ar­chi­wum X, wy­róż­niał się na tle resz­ty agen­tów – za­my­kał każdą spra­wę i przede wszyst­kim, z ad­no­ta­cją – wy­ja­śnio­ne. We­dług niego nie ist­nia­ło coś ta­kie­go, jak siły nad­przy­ro­dzo­ne, życie po śmier­ci i wszyst­kie tym po­dob­ne bzdu­ry, choć był świad­kiem wy­da­rzeń, które nie­jed­ne­mu twar­dzie­lo­wi zmierz­wi­ły­by włosy na gło­wie. Na­le­żał do pro­fe­sjo­na­li­stów i gdyby nie ci, któ­rzy wro­bi­li go w ten cały cyrk szpi­tal­ny, wsa­dzi­li do tego cho­ler­ne­go wa­riat­ko­wa, po­ka­zał­by im, gdzie pieprz i wa­ni­lia rosną.

Przez pierw­sze dwa lata po­by­tu w Drat­kach wal­czył li­stow­nie z ad­mi­ni­stra­cją szpi­ta­la. Skła­dał za­ża­le­nia, pisał dłu­gie li­ta­nie od­wo­łań do sądu, że zo­stał nie­słusz­nie ubez­wła­sno­wol­nio­ny.

Tiuli skoń­czy­ły się po­my­sły na uwol­nie­nie się z murów mo­lo­cha. Za­cho­dził w głowę, co może jesz­cze zro­bić – przez krót­ki czas my­ślał nawet o uciecz­ce, ale zdał sobie spra­wę, że za­pew­ne jesz­cze w ten sam dzień zo­stał­by zła­pa­ny, a kon­se­kwen­cje by­ły­by dla niego opła­ka­ne. I nie, nie cho­dzi­ło o to, że po­gor­szył­by sobie sy­tu­ację dłu­go­ter­mi­no­wo – był świa­do­my, że po zgar­nię­ciu zo­sta­nie za­bez­pie­czo­ny i na­szpry­co­wa­ny ja­kimś świń­stwem.

– Bul­go­ty, ty łysy chuju – wy­mam­ro­tał pod nosem Tiula i po­szedł za­pa­lić ostat­nie­go Ca­me­la, któ­re­go ukradł rano no­we­mu spod ósem­ki.  

Wszedł do pa­lar­ni i we­so­łe głosy uci­chły. Gruby Tony pa­trzył przez wiel­kie szkła oku­la­rów, przez co jego oczy, po­więk­szo­ne dwu­krot­nie, wy­da­wa­ły się w ogóle nie pa­so­wać do twa­rzy. Skrzy­wił się i cmok­nął.

– Ulala – po­wie­dział. – Kogo ja tu widzę? Tiula, znowu buch­ną­łeś komuś fa­jecz­kę, ty stary zło­dzie­ju?

– Odjeb się.

Tony dźwi­gnął się z drew­nia­ne­go krze­sła, które za­skrzy­pia­ło – nie wia­do­mo, czy z ulgi, czy dla­te­go, że było stare i na­pra­wia­ne wie­lo­krot­nie przez te­ra­peu­tę za­ję­cio­we­go. Pod­szedł do Tiuli – przy któ­rym wy­glą­dał, jak Go­liat.

– Czy po ostat­nich, jakże nie­mi­łych dla cie­bie wy­da­rze­niach, nadal chcesz mnie wkur­wiać? – za­py­tał?

Tiula mil­czał. Od­pa­lił pa­pie­ro­sa i wyj­rzał przez za­kra­to­wa­ne okno. Wiel­ki wia­trak, pra­cu­ją­cy dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, hu­czał wmon­to­wa­ny w ścia­nę.

– Nie chce mi się z tobą gadać.

– Ale może mi się chce gadać z tobą. – Za­szedł Tiulę od tyłu i zła­pał za kark.

– Weź tę łapę, albo ci ją zła­mię.

– Tylko spró­buj – Tony za­śmiał się, jakby usły­szał wy­jąt­ko­wo dobry kawał. Resz­ta pa­cjen­tów sie­dzą­cych przy stole ob­ser­wo­wa­ła przed­sta­wie­nie; dla nich wy­jąt­ko­wo cie­ka­we, bo lep­sze niż nudna te­le­wi­zja.

Tiula bły­ska­wicz­nie zła­pał rękę To­ne­go, jed­no­cze­śnie wy­ko­nał obrót w jego stro­nę i splu­nął w twarz; za­koń­czył akcję kop­nię­ciem w kro­cze. Tony wy­pu­ścił z płuc po­wie­trze, zła­pał się za przy­ro­dze­nie i cicho jęk­nął. Pa­trzył z nie­do­wie­rza­niem, jakby jesz­cze do niego nie do­tar­ło, że wła­śnie zo­stał spa­cy­fi­ko­wa­ny.

Gdyby nie ka­me­ra za­mon­to­wa­na w rogu pa­lar­ni, moż­li­we, że o zda­rze­niu nikt by się nie do­wie­dział. Nie upły­nę­ła mi­nu­ta i do środ­ka wpadł Go­le­nia w to­wa­rzy­stwie dru­gie­go sa­ni­ta­riu­sza. Zła­pa­li Tiulę pod boki i wy­pro­wa­dzi­li.

– Znowu przy­pał? – za­py­tał Go­le­nia. – Czemu ro­bi­cie roz­ró­bę zaraz z rana? Wy­bierz­cie sobie jakiś dzień week­en­do­wy. W so­bo­tę jest luź­niej – za­śmiał się.

– Mo­że­cie mnie pu­ścić?

– Nie, bo byłeś nie­grzecz­ny – pod­su­mo­wał młody sa­ni­ta­riusz. Gdyby nie rudy kolor wło­sów i twarz w od­cie­niach pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, ktoś mógł­by po­my­śleć, że to wcie­le­nie wo­ka­li­sty Boney M.

Wpro­wa­dzi­li Tiulę na jego salę. Zo­stał przy nim Go­le­nia, a rudy po­szedł po ka­ftan.

– Teraz włóż grzecz­nie rącz­ki do rę­ka­wów, bo nie bę­dzie­my cię o to pro­sić – oznaj­mił łysy.

Tiula wie­dział, że dys­ku­to­wa­nie nie ma sensu, dla­te­go zro­bił, co mu ka­za­no. Dłu­gie rę­ka­wy zwią­za­li na ple­cach, po czym ob­ró­ci­li tyłem w stro­nę łóżka.

– Kładź się – roz­ka­zał Go­le­nia.

Pasy bie­gną­ce od ka­fta­na umo­co­wa­no do wez­gło­wia. Na ko­niec przy­wią­za­li nogi.

Le­karz prze­by­wa­ją­cy poza od­dzia­łem zo­stał po­in­for­mo­wa­ny o in­cy­den­cie w pa­lar­ni. Te­le­fo­nicz­nie zle­cił wy­ko­na­nie za­strzy­ku. 

Nie­do­szły wo­ka­li­sta Boney M. wszedł do za­bie­go­we­go i błą­dził wzro­kiem jak kura, ob­ra­ca­jąc głowę na boki. Miał za sobą pół roku pracy i uwa­żał, że prze­zor­ny po­wi­nien być za­wsze ubez­pie­czo­ny, a u niego po­le­ga­ło to na czę­stym roz­glą­da­niu się – nie wia­do­mo, kiedy i skąd może na­dejść cios.

– Gra­żyn­ka, iść z tobą? – za­py­tał.

– Jak chcesz, to chodź.

Gra­ży­na miała dwa­dzie­ścia pięć lat i była wy­jąt­ko­wo zgrab­ną, ładną dziew­czy­ną. Gdy szła ko­ry­ta­rzem, nie spo­sób było prze­oczyć jej dłu­gich nóg oraz krą­głych po­ślad­ków, które ni­czym dwie świe­że bu­łecz­ki za­pra­sza­ły do kon­sump­cji. Rudy kro­czył za nią i uda­wał, że wcale nie gapi się na jej tyłek; robił to tak nie­udol­nie, że jeden z pa­cjen­tów, sto­ją­cy w drzwiach ósem­ki, par­sk­nął śmie­chem. Klon wo­ka­li­sty Boney M. za­trzy­mał się i zmie­rzył de­li­kwen­ta pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem, jed­no­cze­śnie czer­wie­niąc się jak indor.

– Co się pa­trzysz? Nie masz nic in­ne­go do ro­bo­ty?

Spło­szo­ny chory ob­ró­cił się na pię­cie i wszedł do sali.

Gdy Rudy wpa­ro­wał na ob­ser­wa­cyj­ną, Gra­ży­na da­wa­ła Tiuli za­strzyk. 

– Leż spo­koj­nie – po­wie­dzia­ła.

Tiula wy­da­wał się mieć da­le­ko gdzieś złote rady pie­lę­gniar­ki. Przy­po­mi­nał czło­wie­ka, który znaj­du­je się na plaży, a nie kogoś, kto spę­dzi ko­lej­ne dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny w ka­fta­nie, przy­wią­za­ny do łóżka.

– Mógł­bym pro­sić o szklan­kę wody? – za­py­tał.

– Nie ma spra­wy, tylko muszę na chwi­lę wró­cić do za­bie­go­we­go, wpi­sać w ra­port to i owo. – Uśmiech­nę­ła się i po­gła­ska­ła go po lewej, za­ci­śnię­tej w pięść dłoni. – Przy­kro mi, Tiula, że znowu cię za­pię­li. Dla­cze­go tak roz­ra­biasz?

Ob­ró­cił głowę w jej stro­nę, spoj­rzał głę­bo­ko w oczy i po­wie­dział:

– Bo jest tu cho­ler­nie nudno.

– Żar­tow­niś.

Wy­szła z ob­ser­wa­cyj­nej. Pa­cjent sie­dzą­cy na łóżku przy wiel­kim, za­kra­to­wa­nym oknie mla­snął, ni­czym pies na widok sma­ko­wi­te­go ka­wał­ka mięsa.

– Opa­nuj się, Za­krzew­ski – wark­nął Tiula.

– Bo?

– Bo, jak mnie ode­pną z tego gówna, to prze­sta­wię ci kilka zębów.

O sie­dem­na­stej wy­da­wa­no ko­la­cję, ale naj­wy­raź­niej ktoś za­po­mniał o czło­wie­ku le­żą­cym na łóżku w sali ob­ser­wa­cyj­nej. Dźwięk ude­rza­ją­cych o ta­le­rze me­ta­lo­wych łyżek niósł się przez cały ko­ry­tarz.

Tiula ob­ró­cił głowę w stro­nę za­kra­to­wa­ne­go okna. Wi­dział sa­mo­cho­dy za­trzy­mu­ją­ce się na czer­wo­nym świe­tle. Wiel­kie płat­ki śnie­gu spły­wa­ły z wie­czor­ne­go nieba ni­czym pie­rze, jakby ktoś tam na górze bawił się w wojnę na po­dusz­ki. Pro­sto­kąt lu­stra we­nec­kie­go od­bi­jał po­stać le­żą­ce­go i puste łóżka.

Za­bez­pie­czo­ny Tiula leżał i na­słu­chi­wał. Za sobą miał stary, za­po­wie­trzo­ny ka­lo­ry­fer. Co chwi­lę w nim bul­go­ta­ło. Jeśli ktoś po­świę­cił­by chwi­lę i przy­ło­żył ucho do że­liw­nych żeber, zro­zu­miał­by, że czas po­mię­dzy jed­nym bul­go­tem a ko­lej­nym jest do sie­bie zbli­żo­ny.

Pod łóż­kiem za­czę­ła się two­rzyć nie­wiel­ka ka­łu­ża. 

 *

O dru­giej w nocy, gdy Go­le­nia wszedł na ob­ser­wa­cyj­ną, wszy­scy pa­cjen­ci spali. Zbli­żył się do łóżka Tiuli i pa­trzył, jak z tru­dem od­dy­cha.

– Gdy­byś nie był upar­tym chu­jem, nie mu­sie­li­by­śmy tego robić, a tak… – cmok­nął i po­krę­cił głową z dez­apro­ba­tą. – Bo wi­dzisz, ni­cze­go ci nie utrud­nia­my, sta­ra­my się po­ma­gać, robić swoją ro­bo­tę, a ty cią­gle coś od­pier­da­lasz.

Tiula nie spał i do­sko­na­le wszyst­ko sły­szał. Oba­wiał się tylko jed­ne­go, że Go­le­ni przyj­dzie do głowy jakiś głupi po­mysł. Było to uza­sad­nio­ne, po­nie­waż wszy­scy, któ­rzy go znali, wie­dzie­li, że jest idio­tą. Ale nie to było naj­gor­sze… Go­le­nia wie­dział, jak po­stę­po­wać w sy­tu­acjach dla niego nie­ko­rzyst­nych, jak pod­li­zy­wać się dy­rek­cji i jak sprze­da­wać ko­le­gów z pracy w za­mian za drob­ną pod­wyż­kę. Praw­do­po­dob­nie, gdyby resz­ta sa­ni­ta­riu­szy znała ten pro­ce­der, wy­nio­sła­by go w worze.

Tiula czuł na twa­rzy nie­świe­ży od­dech Go­le­ni i wy­obra­żał sobie, że gdyby tylko ręce miał wolne, zła­pał­by za szyję bru­da­sa i udu­sił.

Ły­sie­lec stał jesz­cze przez chwi­lę przy łóżku i w końcu wy­szedł z sali.

Pa­cjent spod wiel­kie­go okna pod­niósł głowę.

– Psttt. Tiula, śpisz? – za­py­tał szep­tem.

– A jak ci się wy­da­je?

– Skoro od­po­wia­dasz, to chyba nie.

– No, jak widać i sły­chać.

– Chcesz za­pa­lić?

– Per­licz­ka, co to za py­ta­nie? Prze­cież wi­dzisz, w ja­kiej je­stem sy­tu­acji.

– No, ale jak chcesz, to cię po­czę­stu­ję.

Per­licz­ka wstał i sunął w stro­nę Tiuli w zno­szo­nych pap­ciach – chudy i niski, cień przy­po­mi­na­ją­cy szpie­ga z Kra­iny Desz­czow­ców. Otwo­rzył pacz­kę, wy­cią­gnął pa­pie­ro­sa i wło­żył mu do ust. Przez kilka se­kund szu­kał za­pal­nicz­ki.

– Dzię­ki, Per­licz­ka – wy­mam­ro­tał ką­ci­kiem ust Tiula. – Na cie­bie za­wsze można li­czyć.

– Trze­ba sobie po­ma­gać, co nie?

– Ale wiesz, że jak nas na­kry­ją, po­dzie­lisz mój los?

– Wiem. Le­ża­łem w pa­sach nie­raz.

– Dobry z cie­bie ko­le­ga. – Tiula się uśmiech­nął.

Dym z pa­pie­ro­sa uno­sił się w sali ni­czym zbłą­ka­na dusza. Oprócz Per­licz­ki żaden z pa­cjen­tów się nie wy­bu­dził, po­grą­że­ni w głę­bo­kim che­micz­nym śnie, nie wi­dzie­li, jak Tiula za­cią­ga się pa­pie­ro­sem, a Per­licz­ka raz za razem strze­pu­je po­piół na dłoń.

– Sły­sza­łeś bul­go­ty? – za­py­tał Tiula.

– To zna­czy?

– W ka­lo­ry­fe­rach. Gdy mnie za­bez­pie­czy­li, zwró­ci­łem na to uwagę.

– No i co w tym dziw­ne­go? – Per­licz­ka gapił się na ścia­nę, jakby oglą­dał seans.

– To nie jest zwy­kłe za­po­wie­trze­nie. Coś tam jest.

– Że niby co?

– No, nie wiem. Może ja­kieś żywe stwo­rze­nie.

– Słu­chaj, Tiula. – Per­licz­ka od­wró­cił głowę od ścia­ny i świ­dro­wał wzro­kiem le­żą­ce­go. – Gdy­bym cię nie znał, po­my­ślał­bym, że po­stra­da­łeś już do resz­ty rozum. Wiem, dla­cze­go tu je­steś i wie­rzę ci, ale za­czy­nasz gadać bzdu­ry. Więk­szą część mo­je­go smut­ne­go życia spę­dzi­łem w psy­chia­try­ku i po­zna­łem wspa­nia­łe osoby, jedną z nich je­steś ty, dla­te­go pro­szę cię, za­sta­nów się, czy to, co ga­dasz, ma sens. – Wstał, pod­szedł do kosza i wy­rzu­cił kiepa. Wró­cił do sie­bie, po­ło­żył się i na­krył koł­drą po uszy. – Do­bra­noc, Tiula.

– Śpij do­brze, Per­licz­ka. Dzię­ki jesz­cze raz za szlu­ga.

– Nie ma spra­wy. Na­stęp­nym razem to ty ra­tu­jesz.

*

– A teraz, po­wiesz mi, w jaki spo­sób udało ci się wy­swo­bo­dzić? – za­py­ta­ła pie­lę­gniar­ka, gdy we­szła na salę i zo­ba­czy­ła, że Tiula sie­dzi na łóżku, jak gdyby nigdy nic.

– I tak mi pani nie uwie­rzy.

– Spró­buj, może mnie prze­ko­nasz. – Pu­ści­ła do niego oczko.

– Nie wiem do­kład­nie, o któ­rej, ale zro­bił to Go­le­nia.

– Czy chcesz przez to po­wie­dzieć, że zro­bił to jeden z naj­więk­szych służ­bi­stów na od­dzia­le?

– Do­kład­nie tak.

– Wy­bacz, Tiula, ale nie mogę w to uwie­rzyć – za­wie­si­ła głos. – Cho­ciaż je­stem nie­sa­mo­wi­cie cie­ka­wa, w jaki spo­sób udało ci się tego do­ko­nać.

– Mów mi Ho­udi­ni. – Od­wza­jem­nił się pusz­cze­niem oczka.

– No dobra. Ale wiesz, co teraz musi się stać?

– Chyba tak.

Spoj­rzał w stro­nę okna, gdzie wszyst­kie­mu przy­glą­dał się Per­licz­ka.

– Nie­ste­ty, ale będę zmu­szo­na to za­ra­por­to­wać. Za chwi­lę przyj­dą sa­ni­ta­riu­sze, żeby cię po­now­nie za­bez­pie­czyć.

– Jeśli tak trze­ba, to nie mam in­ne­go wyj­ścia.

– No, nie masz – pod­su­mo­wa­ła i wy­szła na ko­ry­tarz.

Po chwi­li dwóch ro­słych go­ry­li wią­za­ło Tiulę do ram łóżka.

– Po­wiem ci, że z mie­sią­ca na mie­siąc je­steś coraz lep­szy – ode­zwał się ten wyż­szy, za­ro­śnię­ty jak małpa. Świ­dro­wał le­żą­ce­go ma­ły­mi oczka­mi, skry­ty­mi czę­ścio­wo pod krza­cza­sty­mi brwia­mi. 

– Ty też – skwi­to­wał Tiula. – Za nie­dłu­go za­mie­nisz się cał­ko­wi­cie w małpę. A może nią je­steś, tylko sku­tecz­nie się ma­sku­jesz.

– Za­mknij japę.

Gdy wy­szli, Tiula spoj­rzał na czer­wo­ne dło­nie.

Za­ci­snę­li naj­moc­niej, jak tylko można, gnoje – po­my­ślał.

Po śnia­da­niu pierw­sze co zro­bił Per­licz­ka, to usiadł na łóżku przy­ja­cie­la.

– Jak się masz? – za­py­tał.

– Cał­kiem nie­źle, tylko nie czuję rąk.

– Kie­dyś karma do nich wróci. – Per­licz­ka miał w oczach łzy. – Szko­da mi cię… wszyst­kich tutaj szko­da.

– Spo­koj­nie, już nie­dłu­go. – Twarz Tiuli roz­ja­śnił uśmiech.

 *

Go­le­nia za­par­ko­wał sa­mo­chód pod szpi­ta­lem i za­ma­szy­ście ru­szył w stro­nę od­dzia­łu.

– Cześć, Jola! – przy­wi­tał się z młodą pie­lę­gniar­ką idącą w stro­nę bliź­nia­cze­go bloku. 

– Jak za­wsze we­so­ły i uśmiech­nię­ty! – Po­ma­cha­ła mu.

Po­do­ba­ła mu się i chciał za­pro­sić ją na kawę, ale za każ­dym razem zdą­ży­ła uciec.

Wszedł na od­dział, prze­brał się i ru­szył do po­miesz­cze­nia przy­le­ga­ją­ce­go do sali ob­ser­wa­cyj­nej. Kuba sie­dział przy stole.

– Byłeś w za­bie­go­wym? – za­py­tał.

– A niby po co?

– Tiula po­wie­dział, że go roz­wią­za­łeś.

– Co?

– Pepsi szkło. Le­piej zgłoś się sam i wy­ja­śnij spra­wę, bo i tak masz wy­star­cza­ją­co prze­je­ba­ne.

Go­le­nia prze­bie­rał no­ga­mi ni­czym po­stać z kre­sków­ki. Zzia­ja­ny i zlany potem wszedł do za­bie­go­we­go. Gra­ży­na roz­kła­da­ła leki do pla­sti­ko­wych ku­becz­ków. Pod­nio­sła głowę i spoj­rza­ła ze zdzi­wie­niem na wy­stra­szo­ne­go sa­ni­ta­riu­sza. Nigdy wcze­śniej nie wi­dzia­ła go w takim sta­nie.

– Gra­ży­na – po­wie­dział. – Co tu się od­pier­da­la?

– To zna­czy?

– Tiulę ktoś roz­wią­zał?

– Aaa… fak­tycz­nie. – Ścią­gnę­ła usta w dziu­bek. – Nie prze­szka­dzaj mi teraz, bo się po­my­lę.

– Gra­ży­na… – wy­du­kał Go­le­nia.

Prze­rwa­ła roz­kła­da­nie.

– Co ci mogę po­wie­dzieć?

Usły­szał w jej gło­sie li­tość.

– Od­wią­za­łeś go. Sie­dział na łóżku, a rącz­ki i nóżki miał wolne – za­śmia­ła się.

– Za­baw­ne – wy­szep­tał przez za­ci­śnię­te zęby. Był prze­ko­na­ny o praw­dzi­wo­ści teo­rii, którą kie­dyś wy­my­ślił. Brzmia­ła mniej wię­cej tak: wszy­scy grają ja­kieś role, jedni le­piej, dru­dzy go­rzej i życie jest jak teatr. Czło­wie­ka można po­rów­nać do ce­bu­li, która skła­da się z warstw. Naj­gor­sze, że ist­nie­li inni, jed­nost­ki szcze­gól­ne, ob­na­ża­ją­ce kłam­stwa w całej tej szop­ce eg­zy­sten­cji.

– Dzień dobry.

Gdy Go­le­nia usły­szał za ple­ca­mi głos or­dy­na­to­ra, ze­rwał się jak opa­rzo­ny.

– Dzień dobry, panie or­dy­na­to­rze.

– Panie Go­le­nia, pro­szę usiąść. – Or­dy­na­tor wska­zał krze­sło. – Po­dob­no roz­wią­zał pan w nocy pa­cjen­ta… Gra­żyn­ka, jak on się na­zy­wał?

– Tiula.

– Tak. Tiulę. To praw­da?

– To ja­kieś bzdu­ry!

– Ale pro­szę nie krzy­czeć, do­brze?

 Or­dy­na­tor wy­cią­gnął z kie­sze­ni nie­bie­ski dłu­go­pis i stu­kał nim w blat.

– Wie pan, że na ob­ser­wa­cyj­nej są ka­me­ry. Mo­że­my to łatwo spraw­dzić.

– Pro­szę bar­dzo.

Go­le­nia szedł na ca­łość. To jakaś farsa – my­ślał. Jak mogą po­są­dzać go o takie nie­do­rzecz­no­ści?

Mi­nę­ło do­brych kilka minut, zanim le­karz zna­lazł to, czego szu­kał.

– Pro­szę spoj­rzeć. – Ob­ró­cił mo­ni­tor. – Czy to pan?

Go­le­nia pa­trzył i nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom. Na na­gra­niu wi­dział, jak wcho­dzi do sali ob­ser­wa­cyj­nej, zbli­ża się do łóżka Tiuli, po czym go roz­wią­zu­je. Or­dy­na­tor za­trzy­mał na­gra­nie.

– Trze­cia trzy­dzie­ści czte­ry – po­wie­dział. – Czy nadal pan utrzy­mu­je, że to po­mó­wie­nie?

– Panie or­dy­na­to­rze… nie wiem, jak się wy­tłu­ma­czyć.

– Zdzi­wił­bym się, gdyby pan po­tra­fił. 

Le­karz splótł palce dłoni i przy­glą­dał się przez dłuż­szą chwi­lę sa­ni­ta­riu­szo­wi. W końcu uśmiech­nął się i po­wie­dział:

– Panie Go­le­nia… w za­ist­nia­łej sy­tu­acji będę mu­siał pod­jąć kroki dys­cy­pli­nar­ne.

– Ale…

– Żad­ne­go ale! – Ostry ton za­koń­czył wy­mia­nę zdań. Go­le­nia pod­niósł się z tru­dem z krze­sła, jakby po­sta­rzał się w kilka minut o kil­ka­dzie­siąt lat. Wy­szedł z za­bie­go­we­go z po­chy­lo­ną głową. Idąc ko­ry­ta­rzem pchnął pa­cjen­ta, który za­wa­dził nogą o stół. Sto­ją­cy na nim pla­sti­ko­wy po­jem­nik z her­ba­tą spadł na pod­ło­gę. Będąc już poza od­dzia­łem, trza­snął drzwia­mi z ca­łych sił.  

 *

Po po­wro­cie do domu nie wie­dział, co ze sobą zro­bić. Ze zło­ści nie mógł po­zbie­rać myśli. W końcu stwier­dził, że weź­mie ką­piel. Od­krę­cił kurek z cie­płą wodą. Wy­peł­nia­ła po­wo­li wannę, a on sie­dział na musz­li klo­ze­to­wej i pa­trzył tępo w ścia­nę. Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna nie czuł się do­brze we wła­snym ciele. Lu­stro nad umy­wal­ką za­pa­ro­wa­ło. Wstał, prze­tarł je dło­nią i zo­ba­czył swoje od­bi­cie – obce, roz­my­wa­ne co chwi­lę przez spły­wa­ją­ce kro­ple – łą­czy­ły się w nie­wiel­kie struż­ki. Zdał sobie spra­wę, że stał się nie­istot­ny i nie było ni­ko­go, komu za­le­ża­ło­by na tym, aby ist­niał. Stra­cił pracę, która da­wa­ła mu po­czu­cie sensu i przy­dat­no­ści. Pa­ra­doks – silny, zdro­wy męż­czy­zna, we wła­snych oczach za­mie­nił się w ma­łe­go, nędz­ne­go ro­ba­ka. Wy­star­czy­ło po­mó­wie­nie, na­gra­nie, za­pew­ne spre­pa­ro­wa­ne przez ja­kie­goś zło­śli­we­go przy­du­pa­sa dy­rek­to­ra.

Mu­sie­li pod­sta­wić kogoś po­dob­ne­go – my­ślał.

Wszedł do wody i za­nu­rzył się w niej cały; leżał tak przez chwi­lę.

Nagle okrył go cień, jakby ktoś zga­sił świa­tło. Zła­pa­ny za gar­dło za­czął się dusić. Wy­sko­czył z wanny, po­śli­zgnął, ude­rzył głową w umy­wal­kę i stra­cił przy­tom­ność.

Obu­dził się nagi i zzięb­nię­ty. Wstał i chwiej­nym kro­kiem wszedł do po­ko­ju. Usiadł na fo­te­lu i zła­pał się za tył głowy, gdzie wy­czuł wiel­kie­go guza. Otwar­te drzwi do ła­zien­ki, z któ­rej są­czy­ło się blade, żółte świa­tło, wy­glą­da­ły ni­czym kadr z hor­ro­ru. Wy­obra­ził sobie, że to nie on tam leżał, tylko ktoś inny. Za­śmiał się sza­leń­czo. W końcu na­rzu­cił na sie­bie szla­frok i włą­czył te­le­wi­zor. Jak gdyby nigdy nic, oglą­dał wia­do­mo­ści i wy­da­wał się za­po­mnieć, że jesz­cze nie­daw­no coś lub ktoś chciał go udu­sić. Gdy po­go­dyn­ka – ładna, zgrab­na blon­dyn­ka z wiel­kim biu­stem, mó­wi­ła o nad­cho­dzą­cym niżu, wy­czuł przy sobie obec­ność. Spoj­rzał w prawo – na ka­na­pie obok niego sie­dział anioł – był łysy, a jego głowę ota­cza­ła szkla­na kula; po­sia­dał wiel­kie skrzy­dła, na któ­rych znaj­do­wa­ły się ru­cho­me oczy. Przy­bysz uniósł lewą rękę i za­stygł.

Prze­ra­żo­ny Go­le­nia wpa­try­wał się w ta­jem­ni­cze­go go­ścia.

– Kim ty je­steś, do cho­le­ry? – za­py­tał.

– A na kogo wy­glą­dam?

– Na anio­ła.

– Zga­dłeś.

Skrzy­dla­ty nagle wstał, wzbu­dza­jąc skrzy­dła­mi wiel­ki po­wiew. Wi­szą­ce na ścia­nie, opra­wio­ne w szkło zdję­cia, spa­dły na pod­ło­gę. Pod­szedł do okna – był zmu­szo­ny po­chy­lić głowę, ina­czej szo­ro­wał­by nią po su­fi­cie. Od­su­nął nie­znacz­nie fi­ran­ki i spo­glą­dał na ruch ulicz­ny.

– Czego ode mnie chcesz? – za­py­tał Go­le­nia.

– Ra­czej, co mogę dla cie­bie zro­bić.

– Nie po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy.

– I tutaj bar­dzo się my­lisz. Nawet nie wiesz, w ja­kiej sy­tu­acji się zna­la­złeś.

Po tych sło­wach w mgnie­niu oka zna­lazł się z po­wro­tem przy Go­le­ni. Usiadł i, roz­glą­da­jąc się po wy­stro­ju wnę­trza, krę­cił głową z dez­apro­ba­tą.

– Mo­głeś się le­piej urzą­dzić. Do­brze ci w sa­mot­no­ści?

 Go­le­nia mil­czał.

– Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łem się. Mam na imię Diomo. Widzę, że bar­dzo się boisz. Bez obaw, nic ci nie grozi… Przy­naj­mniej z mojej stro­ny. Mia­łeś szczę­ście, że przy­by­łem w porę, ina­czej zna­leź­li­by cię rano mar­twe­go. Dusz­ni­ki są bar­dzo zło­śli­we.

– A co to ta­kie­go?

– To one chcia­ły cię udu­sić, a poza tym w gło­wie masz Pi­jaw­ca, który nie­po­strze­że­nie prze­do­stał się do two­je­go ciała. Trud­no zlo­ka­li­zo­wać te stwo­rze­nia, ale je­stem pe­wien, że masz go w sobie. Dla­te­go też uwol­ni­łeś nie­świa­do­mie Tiulę. Jak się oka­zu­je, nie za­wsze Pi­ja­wiec pod­su­wa złe myśli.

  

– Nie czuję się chory.

– Cho­ro­ba nie ma tu nic do rze­czy. Z Pi­jaw­cem mo­żesz dożyć póź­nej sta­ro­ści i w ogóle nie wie­dzieć, że więk­szość two­ich myśli nie po­cho­dzi­ła od cie­bie. Ina­czej… nie wy­ni­ka­ła z two­jej woli.

Anioł za­wie­sił na chwi­lę głos, po czym mówił dalej.

– Pa­trzy­łem, gdy przy­cho­dzi­łeś na świat, to­wa­rzy­szy­łem ci w suk­ce­sach i po­raż­kach, w bólu i ra­do­ści. Pa­mię­tam każdą myśl, którą kie­ro­wa­łeś do mnie. A gdy byłeś dziec­kiem, czu­łeś moją obec­ność. Mo­żesz tego nie pa­mię­tać, ale czę­sto roz­ma­wia­li­śmy, za­zwy­czaj nad ranem, gdy jesz­cze spa­łeś. Do­ra­sta­łeś a z upły­wem lat nasz kon­takt słabł. Do­pó­ki ży­jesz, będę przy tobie.

Prze­ra­żo­ny Go­le­nia nie wie­dział, co po­wie­dzieć. Ogar­nię­ty nie­mo­cą, mógł je­dy­nie sie­dzieć i słu­chać.

– W przy­szło­ści do­ko­nasz kilku słusz­nych wy­bo­rów – po­wie­dział anioł i spoj­rzał na Go­le­nię. – Przy­nio­są wię­cej dobra niż sam mógł­byś się po sobie spo­dzie­wać, dla­te­go sze­fo­wi za­le­ża­ło, żebyś dzi­siaj prze­żył. Stąd też i moja obec­ność. A wra­ca­jąc do Pi­jaw­ców… w tej chwi­li jeden opla­ta twoją głowę, za­sła­nia­jąc ci oczy, drugi lata tuż obok, po lewej stro­nie. Na­praw­dę, szcze­rze ich nie zno­szę. W prze­ci­wień­stwie do nie­to­pe­rzy, nie cho­wa­ją się w ciem­no­ściach i są nie­ustan­nie ak­tyw­ne. W pięk­ny letni dzień po­tra­fią przy­sło­nić słoń­ce i nie­ste­ty, nie za­wsze są wi­docz­nie rów­nież dla nas. – Diomo za­stygł w bez­ru­chu, jego prawa dłoń prze­nik­nę­ła przez szkla­ną kulę. Wło­żył palec do ucha, po czym skrzy­wił się, jakby wła­śnie zjadł coś bar­dzo kwa­śne­go. – Do­brze mi tutaj z tobą, ale nie­ste­ty muszę wra­cać.

Ro­zej­rzał się po wnę­trzu.

– Za­wsze za­sta­na­wia­łem się, jak to jest, że lu­dzie po­tra­fią spę­dzić więk­szość swego życia w do­mach i są prze­ko­na­ni, że to ich miej­sce – za­śmiał się. – Za­baw­ne… My­śli­cie, że coś do was na­le­ży, że na coś za­pra­co­wa­li­ście i to jest wasze, a w rze­czy­wi­sto­ści je­ste­ście je­dy­nie dzier­żaw­ca­mi. Nic nie jest wasze. Póź­niej umie­ra­cie i ktoś przej­mu­je to po was, a cały trud naj­czę­ściej idzie w za­po­mnie­nie. Je­ste­ście pyłem i do­praw­dy nie wiem, dla­cze­go Szef ujął w swoim wiel­kim pla­nie isto­ty tak słabe. No, ale… Komu w drogę, temu czas.

Po tych sło­wach znik­nął.

*

Go­le­nia sie­dział jesz­cze długo w fo­te­lu, za­sta­na­wia­jąc się, czy to wszyst­ko wy­da­rzy­ło się na­praw­dę. W ogóle nie brał pod uwagę cho­ro­by psy­chicz­nej. Nie do­pusz­czał do sie­bie myśli, że mu­siał­by od­wie­dzić le­ka­rza. Wy­obra­ził sobie, jak idzie ko­ry­ta­rzem od­dzia­łu i nie jest już sa­ni­ta­riu­szem. Prze­ra­żo­ny wstał i wy­biegł z miesz­ka­nia.

*

– Za­ła­twi­łeś wszyst­ko, jak trze­ba? – za­py­tał Szef.

Diomo usiadł na brze­gu mar­mu­ro­wej fon­tan­ny i wpa­try­wał się w widok za oknem.

 – Tak. Był tro­chę wy­stra­szo­ny, ale prze­żył.

 Szef do­tknął skro­ni, za­mknął oczy i sie­dział w mil­cze­niu przez chwi­lę, na­stęp­nie wes­tchnął zmę­czo­ny.

 – Mia­łeś zlo­ka­li­zo­wać Pi­jaw­ca – po­wie­dział. – Nie do­pu­ścić do kon­se­kwen­cji jego ne­ga­tyw­nych dzia­łań. Po­ja­wi­łeś się zbyt późno i nie w tym miej­scu, w któ­rym po­wi­nie­neś. Do­sko­na­le wiesz, że nie zwy­kłem cofać czasu ziem­skie­go, po­nie­waż jest to dzia­ła­nie sprzecz­ne z na­tu­rą. Przez twoje za­nie­dba­nie, muszę teraz in­ge­ro­wać. Ale nie myśl, że już ko­niec. Wró­cisz na Zie­mię i na­pra­wisz, co ze­psu­łeś.

 Diomo przy­tak­nął i znik­nął bez słowa.

*

Tiula i Per­licz­ka pa­li­li pa­pie­ro­sy. Kraty w oknie rzu­ca­ły dłu­gie cie­nie na osmo­lo­ne ka­fel­ki, które za­pew­ne kie­dyś były białe. Sie­dzie­li przy stole, nie roz­ma­wia­li, wia­trak hu­czał, nie­ustan­nie wy­cią­ga­jąc dym na ze­wnątrz. Po obie­dzie więk­szość pa­cjen­tów uci­na­ła drzem­kę. Zwy­cza­jo­wo przy stole na końcu ko­ry­ta­rza trzech męż­czyzn grało w karty.

 – Kiedy wy­cho­dzisz? – za­py­tał Tiula.

 Per­licz­ka krę­cił kciu­ka­mi młyn­ki, pa­trząc ze smut­kiem na kraty.

 – Ga­da­ją, że za ty­dzień.

 – Widzę, że nie za bar­dzo cię to cie­szy.

 – Na mnie nikt nie czeka. Wyjdę i wrócę do pu­ste­go miesz­ka­nia. Nie mam nawet kota.

 – To przy­gar­nij ja­kie­goś.

 Gdy wy­szli z pa­lar­ni, zo­rien­to­wa­li się, że gra­ją­cy w karty znik­nę­li, a ko­ry­tarz jest pusty. Na od­dzia­le pa­no­wa­ła cisza. Oka­za­ło się, że wszy­scy śpią. Zaj­rze­li do ga­bi­ne­tu za­bie­go­we­go – pie­lę­gniar­ki sie­dzia­ły na krze­słach, chra­pa­ły z opusz­czo­ny­mi gło­wa­mi.

 – Co tu się od­pier­da­la? – za­py­tał Tiula.

 – Ty mi po­wiedz.

Roz­legł się grzmot.

 Naj­pierw zo­ba­czy­li zarys syl­wet­ki czło­wie­ka. Z po­cząt­ku nie­wy­raź­ny i ro­ze­dr­ga­ny obraz po­ja­wiał się i zni­kał. Gdy osta­tecz­nie sta­nął przed nimi anioł, za­sty­gli w bez­ru­chu. Przy­bysz roz­ło­żył po­tęż­ne skrzy­dła. Sze­ro­ki ko­ry­tarz oka­zał się być za mały, aby zro­bił to cał­ko­wi­cie.

 – Ku­mu­la­cja Pi­jaw­ców – prze­mó­wił, roz­glą­da­jąc się po su­fi­cie. Prze­cho­dząc obok Tiuli i Per­licz­ki, do­tknął ich skrzy­dłem. Męż­czyź­ni osu­nę­li się na pod­ło­gę, za­sy­pia­jąc na­tych­miast.

 Anioł skrzy­wił się z nie­sma­kiem, otwo­rzył usta i wcią­gnął w sie­bie całą czerń wy­peł­nia­ją­cą od­dział.

 – Jak ja tego nie lubię. – Kla­snął w dło­nie i znik­nął.

*

Go­le­nia sie­dział na ławce, ob­ser­wu­jąc pły­ną­cą nie­opo­dal rzekę. Pła­kał.

 Nikt nie zwra­cał na niego uwagi. Star­sza pani pro­wa­dzi­ła pie­ska na smy­czy, za­trzy­ma­ła się, gdy pupil zna­czył teren. Wi­dzia­ła zroz­pa­czo­ne­go, ale od­wró­ci­ła głowę.

Po­grą­żo­ny w my­ślach nie po­tra­fił zna­leźć ni­cze­go, co po­strze­gał­by do­brze. Z pew­ne­go sie­bie, za­do­wo­lo­ne­go czło­wie­ka, zmie­nił się w kogoś nie wi­dzą­ce­go przed sobą per­spek­tyw. Ogar­nia­ła go pust­ka i bez­na­dzie­ja. Sły­szał śpiew pta­ków, czuł cie­płe pro­mie­nie sło­necz­ne i de­li­kat­ne po­wie­wy wia­tru na twa­rzy, lecz ist­niał gdzieś obok, jakby jego dusza opu­ści­ła ciało, które stało się opa­ko­wa­niem.

*

Diomo stał za ple­ca­mi Go­le­ni, otwo­rzył usta i wcią­gnął w sie­bie wszyst­kie Pi­jaw­ce, uno­szą­ce się nad jego głową. Spra­wił, że czło­wiek za­snął, wziął śpią­ce­go w ra­mio­na i po­szy­bo­wał w po­wie­trze. Za­niósł go do miesz­ka­nia, de­li­kat­nie po­ło­żył na łóżku, po czym znik­nął.

*

Gdy or­dy­na­tor psy­chia­trii w Drat­kach zmarł na zawał, jego miej­sce zajął dok­tor Oliw­ski, który oka­zał się być bar­dziej wy­ro­zu­mia­łym czło­wie­kiem. Wszy­scy, po­cząw­szy od pa­cjen­tów po per­so­nel, zdą­ży­li się prze­ko­nać, że dla każ­de­go po­tra­fi zna­leźć czas, i co ważne, nie na­le­żał do służ­bi­stów.

 Tiula nie mu­siał już wal­czyć z ad­mi­ni­stra­cją. Po trzech mie­sią­cach od wi­zy­ty Diomo, zo­stał wy­pi­sa­ny z od­dzia­łu z za­le­ce­niem dal­sze­go le­cze­nia am­bu­la­to­ryj­ne­go.

 Per­licz­ka wy­szedł wcze­śniej i przy­gar­nął czar­ne­go kota, któ­re­mu dał na imię Her­ku­les.

*

 Go­le­nia wró­cił do pracy. Co praw­da oba­wiał się roz­mo­wy z Oliw­skim, ale nie mu­siał tłu­ma­czyć, na czym po­le­ga­ło zwol­nie­nie dys­cy­pli­nar­ne. Po­mi­mo, że dok­tor wie­dział, po­sta­no­wił za­ufać sa­ni­ta­riu­szo­wi.

*

 Diomo przy­brał wkrót­ce po­stać pa­cjen­ta, chu­de­go, ni­skie­go męż­czy­zny i zaj­rzał jesz­cze raz na od­dział. Wol­nym kro­kiem prze­mie­rzył ko­ry­tarz, cie­sząc się, że jest wolny od Pi­jaw­ców. Wszedł do pa­lar­ni, od­pa­lił pa­pie­ro­sa i pa­trzył, jak cie­nie, rzu­ca­ne przez kraty, wspi­na­ją się po ścia­nie.

 

Ilu­stra­cje: Bar­tło­miej Ka­li­now­ski/ He­sket

Koniec

Komentarze

Witam pobetowo. :)

Nietuzinkowa postać tytułowego bohatera na tle bardzo poważnego problemu i całkiem trudnych relacji… Nie każdy potrafiłby na to wpaść, opisać, uczynić z pomysłu tak ciekawą opowieść. Brawa! :)

Kliczek, dzięki za betę, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Pobetowo:

Opowiadanie ma wiele zalet, ale też, moim zdaniem, troszkę wad. 

Miałeś pomysł, bohaterowie są żywi, można ich lubić, mogą wkurzać, ale nie można Ci odmówić, że są jacyś.

Fajnie, że dajesz pstryczka komuś, kto źle traktuje chorych – mimo, że pod koniec Golenia wychodzi z tego cało, miejmy nadzieję, że się zmienił.

Opisujesz akcję całkiem realnie, można się wczuć, a nawet wciągnąc.

Ale..

Tak jak mówiłem podczas bety. Moim zdaniem mamy tu kolaż kilku ciekawych pomysłów, ale czegoś w tej historii brakuje. Jakbyś nie miał konkretnego pomysłu gdzie chcesz prowadzić tę historię. Jakiejś wyrazistej puenty. Kilka wątków zdaje się być porzucona.

Ale podsumowując – chętnie polecę tekst do biblioteki, bo mimo marudzenia, nie jest to tekst zły. Dzięki za zaufanie w becie.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Dziękuję, bruce

Jesteś dla mnie dobrą duszą i przekazujesz zawsze pozytywną energię. Twoja pomoc jest nieoceniona. Dziękuję za klik.

Pozdrawiam

 

Dzięki, Michael

Bardzo dobre spostrzeżenia i dobre sugestie podczas bety. Na wiele spraw zapewne nie zwróciłbym uwagi. 

Dziękuję jeszcze raz za wszystko.

Pozdrawiam

Wzajemnie, i ja dziękuje, pozdrawiam, Heskecie. :) 

Pecunia non olet

Heskecie, nie wiem ile w opowiadaniu jest Twojej wyobraźni, ale mam nadzieję, że wyłącznie ona pozwoliła Ci napisać „Diomo”. Moje pojęcie o szpitalu psychiatrycznym sprowadza się tylko do wrażeń wyniesionych z lektury książki i filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, a są to wrażenia, które zostały ze mną do dzisiaj, a teraz dołączą do nich te, których dostarczyło mi Twoje opowiadanie i Twoje ilustracje.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

jadąc do pracy swoim krwi­ście czer­wo­nym Oplem Astra. → Czy zaimek jest konieczny? Czy jechałby cudzym autem?

Proponuję: …jadąc do pracy krwi­ście czer­wo­nym Oplem Astrą.

 

Męż­czy­zna po lewej stro­nie okna we­nec­kie­go zie­wał… → Czy tu aby nie miało być: Męż­czy­zna po lewej stro­nie lustra we­nec­kie­go zie­wał

 

– To nie są far­ma­zo­ny. – Spo­koj­ny głos Go­le­ni był po­zor­ny. → A może: – To nie są far­ma­zo­ny. – Spo­kój w głosie Go­le­ni był po­zor­ny.

 

Z wy­gię­tych, wie­ko­wych koron, na tle wie­czor­ne­go nieba zyg­za­ko­wa­te formy zda­wa­ły się prze­ni­kać przez sie­bie, łą­czyć w siat­ki czar­nych uner­wień, miej­sca­mi na­zna­czo­nych ażu­rem ja­sne­go tła. → A może: Zygzakowate wiekowe korony na tle wie­czor­ne­go nieba zda­wa­ły się prze­ni­kać przez sie­bie, łą­czyć w siat­ki czar­nych uner­wień, miej­sca­mi na­zna­czo­nych ażu­rem ja­sne­go tła.

 

Od­wie­dza­ją­cy i nie­upo­waż­nie­ni zo­sta­wia­li swoje sa­mo­cho­dy… → Czy zaimek jest konieczny?

 

przy­po­mi­na­ją­cy szpie­ga z kra­iny desz­czow­ców. → …przy­po­mi­na­ją­cy szpie­ga z Kra­iny Desz­czow­ców.

 

Gra­ży­na roz­kła­da­ła leki do ma­łych pla­sti­ko­wych ku­becz­ków. → Zbędne dookreślenie, kubeczek jest mały z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, regulatorzy 

Cieszę się, że do mnie zajrzałaś. Dziękuję za wyłapanie usterek. Wprowadziłem poprawki :-) 

Pozdrawiam ciepło :-) 

Bardzo proszę, Heskecie. Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. A skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

Powodzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujące postacie demonów, czy czym tam one są.

Diomo wydaje się być ciekawą istotą – zasadniczo w porządku, ale ma swój pogląd na świat i żaden szef nie będzie mu podskakiwał. Mogłabym się z kimś takim utożsamić.

Ilustracje dobrze dopełniają tekst.

Babska logika rządzi!

regulatorzy, dzięki za klik

 

Cześć, Finkla

Cieszę się, że Diomo Cię zaciekawił :-)

Też jestem łysy, ale nie mam skrzydeł :-)

Dzięki za odwiedziny, czytanie i klik

Pozdrawiam

 

Aha, zapomniałam wcześniej o tym wspomnieć. W jednej scenie Tiula leży przywiązany do łóżka i obserwuje przez okno ruch uliczny. To możliwe? Czy może chciałeś zasugerować, że wybrał się na wycieczkę poza ciało albo coś takiego?

Babska logika rządzi!

Możliwe, za oknem może być spore wzniesienie. Ale, racja, nie ma tego w tekście. Finkla, zawsze mnie czymś zastrzelisz i zaskoczysz :-) I dlatego to bardzo doceniam. Wnikliwe oko Twe.

Polecam się na przyszłość. ;-)

Babska logika rządzi!

A jest coś takiego?

Jutro się przekonamy. ;-)

Babska logika rządzi!

Tak, w zakresie wyobrażeń, bo przecież jutro będzie dla nas dziś, i kolejne dni również, chociaż w tym świetle słowo kolejne, jest nieadekwatne. 

Ale, bardzo mi miło, że będziesz tam ze mną ;-)

Edit: jesteś tam ze mną

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka