- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0007. Dzień siódmy.

Cuiavia. Vicus. 0007. Dzień siódmy.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0007. Dzień siódmy.

Obudził ich znajomy, wilgotny chłód. Mięśnie nadal rwały, ale ten poranek zapowiadał zmianę.

Przyklęknął nad wygaszonym paleniskiem. Patykami wyłuskał z popiołu białe bryły. Żar trawił je całą dobę. Wrzucił wapno do wiadra. Gniewko patrzył obojętnie, póki woda nie zaczęła bulgotać.

Naczynie wypełnił wściekły syk. Zimna woda zawrzała bez ognia, wyrzucając kłęby pary. Chłopiec odskoczył, zakrył usta. – Naprawdę zagoniliście bogów do wiadra – szepnął z podziwem.

Syk ucichł. Tafla się wygładziła, odsłaniając gęsty osad.

– Mamy to! Czysta poezja chemii! Reakcja przebiegła podręcznikowo! – zawołała z entuzjazmem. – Wynik pozytywny. Hipoteza zweryfikowana. Możemy myśleć o aplikacji polowej.

– Mleko dla Mokoszy gotowe – uśmiechnęła się do chłopca.

Po śniadaniu odrzucił liście skrywające dół. Zanurzył dłoń w masie. Glina chłodziła palce, lśniła gładkością i ustępowała pod naciskiem łatwiej niż wczoraj. Cierpliwość popłaciła.

Zaczął konstruować formy. Rozłupał proste gałęzie na deski i związał ciasno w dwie ramki bez dna. Wymiary narzuciła anatomia. Długość: od nadgarstka po czubek środkowego palca. Szerokość: cztery złączone palce. Wysokość: trzy palce. Tak wyznaczył standard.

Rytm pracy ich pochłonął, wprowadzając w trans. Z siłą wbijał gęstą masę w pierwszą formę, ona gładziła wierzch drugiej, zbierała nadmiar. Podrywała ramkę, uwalniając lśniący prostopadłościan, i natychmiast podsuwała mu puste drewno. Zamiana. Ręce mijały się bez słowa. Gotowe cegły lądowały na skraju polany, jedna za drugą.

– Los z nas zakpił. – Szarpnęła formą, wyrzucając glinę z mokrym mlaśnięciem. – Babrzemy się w błocie, by postawić piec w jamie. A jeszcze tydzień temu… – zawiesiła głos – jedynym moim problemem była ta nieszczęsna łyżeczka.

– Tak, tłukła się o filiżanki podczas startów i lądowań. Otarł czoło brudnym przedramieniem. – Pamiętam ten dźwięk. Oddałbym wiele, by znowu go usłyszeć.

– Nienawidziłam tego dźwięku. – Uśmiechnęła się smutno do wspomnienia. – A potem „Swaróg” wylądował bezszelestnie. Te nowe silniki jonowe… W jednej chwili nasze lokum stało się najdroższym adresem w mieście.

 

– Pięćdziesiąte drugie piętro z widokiem na kosmodrom, tylko na to było nas stać.

– Jedna noc luksusu, a potem bilet do jaskini. – Zawsze pod górkę.

– Za to teraz budzą nas tylko sowy i wilki, a Swaróg… nawet on zjechał do parteru.

Wbił dłonie w formę. Rzadka masa wystrzeliła spomiędzy palców i z mokrym mlaśnięciem pacnęła o trawę.

Pracowali w milczącym skupieniu, czas odmierzał wędrujący cień. Gniewko w tym czasie przywlókł kolejny worek trawy, a potem widłami przewracał wczorajszy pokos. Szelest siana przecinały głuche mlaśnięcia gliny. Każdy znał swoje miejsce w tym pracowitym świecie.

W końcu ostatnia porcja gliny zniknęła w formie. Przed nimi leżało mniej więcej sto równych, wilgotnych cegieł. Wyprężył zesztywniały kręgosłup. Cieszył oczy gotowym dziełem. Zapragnął natychmiastowych efektów.

– Wypalimy je. Dzisiaj! – uciął, a w jego oczach zapłonęła energia. – Setka wystarczy na podmurówkę. Zaczynam znosić chrust. Potrzebujemy całej góry!

Zrobił pierwszy krok w stronę lasu, ale zatrzymał go uścisk jej dłoni na ramieniu.

– Zaczekaj – powiedziała. – Skoro zamierzasz spalić tyle drewna, wykorzystajmy to.

– Wykorzystajmy? Ogień to ogień – odparował. – Potrzebuję temperatury.

– Posłuchaj mnie – powiedziała stanowczo. – Przynoś tylko twarde drewno. Dąb, buk, brzoza. Żadnej sosny, żadnego świerku. Tylko liściaste.

Zmarszczył brwi. – Dlaczego? Co to za różnica?

Spojrzała na niego. Dostrzegł w jej oczach znajomy błysk, który zawsze zwiastował nową ideę. – Zaufaj mi. Ja też mam swój plan.

Ruszył do lasu, wybierając tylko gałęzie, o które prosiła. Po długim czasie cegły przykrył stos drewna.

O zmierzchu stanęli z łuczywem. Spojrzał na nią, skinęła głową. Rzucił płonącą szczapę w głąb chrustu. Suche, liściaste drewno zajęło się natychmiast. Ogień buchnął w niebo, oświetlając ich twarze pomarańczowym blaskiem.

Trwali w uścisku. Blask malował na ich twarzach rozedrgane cienie. Słuchała syku pary dobywającego się z wnętrza stosu. Instynkt inżyniera analizował: gwałtowny żar zmieniał strukturę wsadu. Od planu do czynu – w jeden dzień. Jego cegły i jej projekt.

Zasypiał z uśmiechem. Śnił o twardych blokach – fundamencie nowego domu.

Koniec

Komentarze

Rozłupał proste gałęzie na deski i związał ciasno w dwie ramki bez dna.

Czy on nie oddał siekiery? Czym rozłupał?

 

Ciosanie desek (prostych) z gałęzi to wredna czynność, która zajmuje masę czasu. Pracuję dużo z drewnem, zarówno nowoczesnymi narzędziami, jak i prymitywnymi

 

Zrobienie wystarczającej ilości form zajęłoby cały dzień. Więc powinien być opis tego, jak cały dzień siedzą i strugają foremki do cegieł.

Nie wspomnę o tym, że AI narysowało równiutkie deski jak z marketu budowlanego. Nie i jeszcze raz nie :)

 

A co do cegieł: polecam posłuchać, jak trudne jest ich wytwarzanie i wypalanie. Muszą długo schnąć przed wypalaniem.

 

https://www.youtube.com/watch?v=mzJoImT__xc

https://www.youtube.com/watch?v=e1bmfrWZlzI

Czym rozłupał?

Rozłupał nożem

Zrobienie wystarczającej ilości form

Zrobił dwie formy. zbyt łatwo mu poszło? w sumie robota zajęła im cały dzień. do południa rzeźbił w drewnie (takie tłumaczenie po fakcie).

A co do cegieł

Dasz wiarę, że czekałem na ten komentarzlaugh

Nie chcę ich pokazywać jako bogów albo McGiverów (aktualnie czytam Weira i strasznie mnie męczą takie postacie). Maja doświadczenie z XXI wieku ale z labów hi-tech, a rzemiosło to sztuka. chcę by popełniali błędy, by byli bardziej ludzcy i mogę pokazać, że teoria i doświadczenie to nie to samo. rozwój technologii chcę pokazać przez pryzmat porażek.

Nie wytknąłeś mi błędów językowych, czy jest już na tyle dobrze?

Mięśnie rwały, ale ten poranek zapowiadał zmianę.

Początek zdania wymaga przypomnienia sobie, co było w poprzednim rozdziale. Dodałbym na wszelki wypadek coś w stylu “nadal rwały”, skoro odnosimy się do zmiany.

 

Żar trawił je dobę

Dodałbym “całą dobę”, tak brzmi mało ciekawie.

 

Tafla wygładziła się, odsłaniając gęsty osad.

Warto jest przestawiać “się” przed czasownik, o ile nie zaburza to sensu i brzmienia, ponieważ kończenie części zdania na “się” niektórzy odczytują jako rusycyzm.

 

– Reakcja przebiegła podręcznikowo – mówiła z entuzjazmem. – Wynik pozytywny. Hipoteza zweryfikowana. Możemy myśleć o aplikacji polowej.

Jeśli z entuzjazmem, to wykrzyknik. A najlepiej pierwsze zdanie uczynić naprawdę entuzjastycznym – chyba że bohaterka ma właśnie taki charakter, używa języka podręcznikowego (z tego co pamiętam z poprzednich części, często tak robi). Jeśli to zamierzony efekt, to może pójść w kierunku lekkiego Aspergera, taki żeński doktor House albo Bones? 

 

Praca ruszyła rytmicznie, wprowadzając ich w trans

Trochę niezgrabne to zdanie, ale na szybko nie mam pomysłu, jak je zmienić.

 

Pchnął kolejną porcję gliny w ramę, jakby miażdżył w niej własny żal.

Z zakończeniem miałem problem. Po pierwsze, to efekt “łopaty” – nakładanie czytelnikowi do głowy tego, co powinien poczuć. Po drugie, poprzedzającą scenkę przeczytałem, ale nie udało mi się w nią wczuć, więc tutaj żal odebrałem jako sztuczny. Gdybym lepiej wczuł się w scenkę, to zdanie byłoby jej skwitowaniem, i nie byłoby efektu łopaty.

 

Zanim ruszył do lasu, poczuł jej dłoń na ramieniu. – Zaczekaj. Skoro zamierzasz spalić tyle drewna, wykorzystajmy to.

Dialog od nowej linijki. Czytelnik będzie się tutaj potykał. Tak, może się domyślić, że ona to mówi, ale didaskalia zaczynają się od niego. Dobrze jest zachować płynność czytania. Nowa linijka oznacza dla czytelnika, żeby wzmógł czujność, brak nowej linijki nakazuje raczej wiązać kwestię z podmiotem didaskaliów.

 

 

 

 

dzięki, że zajrzałeś drugi raz.

 

niektórzy odczytują jako rusycyzm.

już raz mi to pisałeś. muszę się bardziej pilnować. rusycyzm = zło

Jeśli z entuzjazmem, to wykrzyknik.

czy teraz nie przesadziłem? to jej pierwszy kontakt z chemią od dłuższego czasu. jest uwolnieniem tęsknoty za laboratorium.

efekt “łopaty”

z tym miałem największy kłopot. jak oceniasz teraz?

Entuzjazm jest wreszcie entuzjazmem, a ten fragment, w którym był “efekt łopaty”, teraz też jest lżejszy.

Czekam teraz na efekt rozpalenia wielkiego ognia nad bardzo mokrymi cegłami. Ponieważ może być widowiskowy i głośny, również interpretacja miejscowych będzie ciekawa :)

 

dzięki. publikuję kolejny dzień licząc na kolejne, wiele wnoszące, uwagi.

Nowa Fantastyka