- Opowiadanie: jamesmas - Sekwencja

Sekwencja

“Se­kwen­cja” po­wsta­ła z in­spi­ra­cji ob­ra­zem Anny Słoncz “Echo stali”.

O czwar­tej nad ranem w elek­trow­ni za­pa­la się alarm. Syn­te­tycz­ny ope­ra­tor ma sto osiem­dzie­siąt se­kund i se­kwen­cję, któ­rej nie ma w żad­nej pro­ce­du­rze. A kiedy w grę wcho­dzi in­fra­struk­tu­ra ca­łe­go pań­stwa, nawet naj­bar­dziej tech­nicz­ny pro­blem bar­dzo szyb­ko staje się pro­ble­mem po­li­tycz­nym.

To moje pierw­sze opo­wia­da­nie na por­ta­lu po wielu la­tach. Chęt­nie prze­czy­tam, co o nim my­śli­cie!

Po­zdra­wiam, Kuba

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy II, Outta Sewer

Oceny

Sekwencja

O czwar­tej czter­dzie­ści osiem w głów­nej hali elek­trow­ni za­pa­li­ła się pierw­sza lampa alar­mo­wa. Ko­lej­ne roz­bły­ska­ły wzdłuż po­mo­stu oka­la­ją­ce­go ko­mo­rę rdze­nia. Jedna po dru­giej, aż utwo­rzy­ły pier­ścień czer­wie­ni.

Nilas 976R pod­biegł do sta­no­wi­ska.

Czer­wień była dziw­nym wy­bo­rem dla istot o roz­sze­rzo­nym spek­trum per­cep­cji. Ko­or­dy­nat pro­jek­to­wał je jako do­sko­nal­sze od ludzi, a jed­nak kazał im pa­trzeć na sy­gna­ły prze­zna­czo­ne dla oczu czło­wie­ka.

W rogu pa­ne­lu po­ja­wił się iden­ty­fi­ka­tor Ni­la­sa: seria szes­na­sta, numer w ka­ta­lo­gu istot syn­te­tycz­nych. Migał, cze­ka­jąc na po­twier­dze­nie. Wszyst­kie jed­nost­ki re­je­stro­wa­no jako mę­skie. Tak było wy­god­niej dla sys­te­mu.

Od pół­no­cy sto­li­ca i oko­licz­ne mia­sta cią­gnę­ły z rdze­nia mak­si­mum. Rdzeń od­po­wia­dał po­słusz­nie, aż w końcu prze­stał na­dą­żać za za­po­trze­bo­wa­niem.

Na ekra­nie głów­nym al­go­rytm już pra­co­wał: ob­li­czał, ważył, wy­bie­rał. Sys­tem miał dwa progi obro­ny. Gdy przecią­że­nie sieci prze­kra­cza­ło 95%, szu­kał węzła o naj­niż­szej war­to­ści funk­cjo­nal­nej i uru­cha­miał od­li­cza­nie. Jeśli prze­cią­że­nie nie spa­da­ło – al­go­rytm od­ci­nał węzeł. Po­świę­ca­no re­gion, żeby resz­ta sieci dzia­ła­ła dalej. Ponad tym była ochro­na osta­tecz­na przed ro­ze­rwa­niem ko­mo­ry. Nie­za­leż­na od stanu sieci. Mie­rzy­ła ob­cią­że­nie sa­me­go rdze­nia i przy 98% wy­ga­sza­ła go na­tych­miast.

Nilas otwo­rzył kanał we­wnętrz­ny i wy­świe­tlił listę dy­żur­nych z sek­cji kon­tro­li. Do­pie­ro wtedy za­uwa­żył licz­nik.

Sto osiem­dzie­siąt se­kund.

Na ekra­nie pod­świe­tlił się napis:

ZA­NI­ŁOW­KA 0,27

Nilas pa­trzył na licz­bę 0,27 tak długo, aż za­czę­ła za­kłó­cać tok jego ob­li­czeń. Za nią stało od­cię­cie cie­płow­ni numer sie­dem i dwu­dzie­stu ty­się­cy ludzi przy minus sie­dem­na­stu stop­niach Cel­sju­sza.

Wy­kres przecią­że­nia sieci nadal po­wo­li piął się ku górze, gdy przez kon­struk­cję plat­for­my prze­biegł niski, ledwo wy­czu­wal­ny me­ta­licz­ny re­zo­nans. Po­łu­dnio­wa ma­gi­stra­la we­szła w sil­niej­sze drga­nia. W mo­de­lu in­sta­la­cji ozna­cza­ło to jedno: am­pli­tu­da prze­kro­czy­ła za­kres prze­wi­dzia­ny przez pro­jekt.

Al­go­rytm wi­dział węzeł o war­to­ści 0,27 i wy­li­czał naj­bar­dziej ra­cjo­nal­ną se­kwen­cję od­cię­cia. Nilas wi­dział to samo, ale wie­dział jesz­cze jedno: jak wy­glą­da świat, w któ­rym de­cy­zje po­dej­mu­je wy­łącz­nie al­go­rytm.

Sto czter­dzie­ści se­kund.

Wśród ob­li­czeń Ni­la­sa wy­łoniła się inna se­kwen­cja – ry­zy­kow­na, poza spe­cy­fi­ka­cją pro­du­cen­ta, ale fi­zycz­nie moż­li­wa. Rdzeń do­cho­dził do progu, bo stan­dar­do­we chło­dze­nie nie na­dą­ża­ło. Za­miast po­zwo­lić al­go­ryt­mo­wi od­ciąć ma­gi­stra­lę wschod­nią, wy­star­czy­ło zwięk­szyć prze­pływ czyn­ni­ka przez rdzeń do 120% no­mi­nal­ne­go i zrzu­cić nad­miar cie­pła przez po­łu­dnio­wy seg­ment wy­mien­ni­ków. Układ po­wi­nien wy­trzy­mać, choć po­łu­dnio­wy seg­ment do­sta­łby trzy­krot­ność swojego standardowego prze­pły­wu. Ma­gi­stra­le nie były na to zwy­mia­ro­wa­ne. Ale wy­mien­ni­ki można na­pra­wić. Rdze­nia nie. Re­zer­wo­we pompy M7 mogły to udźwi­gnąć, choć były stare, z mar­twą au­to­ma­ty­ką.

Wy­ko­nal­ne. Jeśli fizyka odpowie zgodnie z równaniami.

Naj­pierw pod­niósł próg od­cię­cia ma­gi­stra­li z 95 do 97%; to wciąż mógł zro­bić sa­mo­dziel­nie. Od­li­cza­nie od­cię­cia Za­ni­łow­ki za­trzy­ma­ło się. Sys­tem prze­li­czał wa­run­ki.

Mu­siał dzia­łać szyb­ko. Ob­cią­że­nie rdze­nia zbli­ża­ło się do progu awa­ryj­ne­go wy­ga­sze­nia, któ­rego nie mógł prze­sta­wić bez po­twier­dze­nia dru­gie­go ope­ra­to­ra. Sys­tem nie bę­dzie cze­kał.

Prze­su­nął su­wa­ki wy­daj­no­ści chło­dze­nia poza czer­wo­ną linię, do 120% no­mi­nal­ne­go przepływu. Re­zer­wo­we pompy M7 nie od­po­wia­da­ły z pul­pitu; mu­siał do nich po­biec i uru­cha­miać je ręcz­nie, prze­łącz­nik po prze­łącz­ni­ku, aż ci­śnie­nie i prze­pływ się usta­bi­li­zowały. Słu­chał, jak cała kon­struk­cja budzi się z ję­kiem me­ta­lu pa­mię­ta­ją­ce­go czasy świet­no­ści Im­pe­rium. Od­blo­ko­wał obej­ście wy­mien­ni­ków i skie­ro­wał prze­pływ na po­łu­dnio­wy seg­ment. Z czte­rech wy­mien­ni­ków tylko jeden był w pełni spraw­ny – po­zo­sta­łe trzy od­sta­wio­no w ko­lej­nych run­dach oszczęd­no­ścio­wej kon­ser­wa­cji. Ten jeden teraz przyj­mie wszyst­ko.

Kon­struk­cja za­drża­ła.

Nilas stał na plat­for­mie po­śród lasu rur – ma­gi­stra­li gru­bych jak tułów czło­wie­ka, cień­szych od­ga­łę­zień, za­wo­rów i wy­mien­ni­ków sple­cio­nych w sieć gęstą ni­czym wnę­trze ja­kie­goś or­ga­ni­zmu. Wszyst­ko pul­sowało prze­pły­wem i ci­śnie­niem. Drże­nie za­czę­ło się nisko, w fun­da­men­tach. Czuł je przez po­de­szwy. Wi­bra­cje prze­cho­dzi­ły w górę przez pod­po­ry i kra­tow­ni­ce; stal coraz moc­niej pisz­cza­ła pod na­prę­że­niem.

Dwóch syn­te­ty­ków z sek­cji kon­tro­li bie­gło w stro­nę plat­for­my. Seria pięt­na­sta – star­si od Ni­la­sa o rok pro­duk­cji. Za­trzy­ma­li się u pod­sta­wy scho­dów. Jeden z nich, 847R, pod­niósł wzrok.

– Ob­cią­że­nie rdze­nia dzie­więć­dzie­siąt sześć pro­cent. Po­łu­dnio­wy seg­ment pra­cu­je na trzy­krot­no­ści no­mi­nal­ne­go prze­pły­wu.

– Wiem – od­po­wie­dział Nilas. – Wy­mien­nik po­wi­nien wy­trzy­mać.

– Praw­do­po­do­bień­stwo ka­ska­do­wej utra­ty chło­dze­nia czter­dzie­ści sie­dem pro­cent.

– Za­re­je­stro­wa­łem.

Ci­śnie­nie w seg­men­cie po­łu­dnio­wym we­szło w oscy­la­cję. Nilas wy­czuł zmia­nę w brzmie­niu rury, w pa­śmie nie­sły­szal­nym dla czło­wie­ka. Zawór K-440, re­gu­la­tor prze­pły­wu na wej­ściu do prze­cią­żo­ne­go wy­mien­ni­ka, pra­co­wał na gra­ni­cy. Nilas zro­bił krok w tył.

– Pro­ce­du­ra wy­ma­ga ewa­ku­acji – za­czął 847R – w przy­pad­ku prze­kro­cze­nia–

Ogrom­ny huk prze­szył halę.

Czyn­nik chło­dzą­cy wy­rwał się ze szcze­li­ny pod ci­śnie­niem i roz­prę­żył na­tych­miast; wy­so­ki, ostry świst roz­darł po­wie­trze, a tem­pe­ra­tu­ra spa­dła po­ni­żej zera w ułam­ku se­kun­dy. Biała mgła za­la­ła plat­for­mę, ude­rzy­ła w po­wło­kę Ni­la­sa jak pięść z lodu.

Uszczel­nie­nie gło­wi­cy K-440 pękło.

Nilas chwy­cił koło ręcz­ne­go ste­ro­wa­nia i prze­krę­cił je do oporu, blo­ku­jąc trzpień w po­zy­cji otwar­tej. Gaz sy­czał przez pęk­nię­te uszczel­nie­nie, oszra­nia­jąc mu przed­ra­mię od nad­garst­ka aż po ło­kieć.

Bez uszczel­nie­nia zawór tra­cił zdol­ność re­gu­la­cji. Sprę­ży­na bez­pie­czeń­stwa cią­gnę­ła trzpień do po­zy­cji za­mknię­tej – a za­mknię­cie za­wo­ru od­cię­ło­by prze­pływ do je­dy­ne­go spraw­ne­go wy­mien­ni­ka w seg­men­cie.

Sen­so­ry ręki Ni­la­sa za­re­je­stro­wa­ły spa­dek tem­pe­ra­tu­ry po­ni­żej dol­ne­go za­kre­su ope­ra­cyj­nego. Stru­mień da­nych prze­cią­żał jego ob­li­cze­nia: tem­pe­ra­tu­ra, gra­dient, pro­gno­za uszko­dze­nia. Coś w tym stru­mie­niu przy­po­mi­na­ło ból – na ile Nilas mógł ból skon­cep­tu­ali­zo­wać – i ka­za­ło się wy­co­fać, odłą­czyć, uciec.

Jego wła­sny pro­to­kół bez­pie­czeń­stwa ge­ne­ro­wał ko­mu­ni­ka­ty prio­ry­te­to­we: TEM­PE­RA­TU­RA KOŃ­CZY­NY PO­NI­ŻEJ DO­PUSZ­CZAL­NE­GO MI­NI­MUM, RY­ZY­KO USZKO­DZE­NIA KOM­PO­ZY­TU, ZWOL­NIĆ UCHWYT.

Nilas wy­łą­czał je jeden po dru­gim. Nie pu­ścił koła. Do­pó­ki trzy­mał trzpień otwar­ty, czyn­nik pły­nął do wy­mien­ni­ka i rdzeń od­da­wał cie­pło. Gdyby pu­ścił – sprę­ży­na za­mknę­ła­by zawór, wy­mien­nik od­padł­by z obie­gu, rdzeń stra­cił­by chło­dze­nie.

Ro­ze­rwa­nie ko­mo­ry sta­ło­by się kwe­stią czasu.

Przez szcze­li­nę ucie­ka­ła już jedna piąta prze­pły­wu. Nilas krzyk­nął do 847R, żeby prze­rzu­cił część ob­cią­że­nia na wy­mien­ni­ki w są­sied­nich seg­men­tach. Te nie były za­pro­jek­to­wa­ne do zrzu­tu z rdze­nia, ale w try­bie awa­ryj­nym mogły od­cią­gnąć dość cie­pła, żeby utrzy­mać chło­dze­nie.

 

Przez se­kun­dę w stru­mie­niu da­nych Nilas za­re­je­stro­wał im­puls, który nie pa­so­wał do żad­ne­go wzor­ca. Nie był ostrze­że­niem, in­for­ma­cją z sen­so­rów ani ko­mu­ni­ka­tem sys­te­mo­wym. W do­ku­men­ta­cji ser­wi­so­wej nie ist­nia­ło słowo na taki sy­gnał.

To coś pró­bo­wa­ło pu­ścić koło.

Nilas za­ci­snął dłoń jesz­cze moc­niej.

847R przy kon­so­li prze­rzu­cał ob­cią­że­nie, lecz ło­ży­ska były już na gra­ni­cy, a pompy za­czy­na­ły wcho­dzić w re­zo­nans. Awa­ria choć jed­nej mogła zde­sta­bi­li­zo­wać cały obieg i zni­we­czyć wszyst­ko, co dotąd utrzy­ma­li.

Wszyst­kie wskaź­ni­ki nie­ubła­ga­nie zmie­rza­ły w jed­nym kie­run­ku. Kil­ka­na­ście se­kund – może mniej – i prze­pływ spad­nie po­ni­żej progu cią­gło­ści chło­dze­nia. Au­to­ma­ty­ka uru­cho­mi drugą war­stwę ochro­ny, wy­łą­czy awa­ryj­nie rdzeń i tej se­kwen­cji nie bę­dzie się już dało za­trzy­mać.

Zimny re­start rdze­nia w tych wa­run­kach ozna­czałby utra­tę całej sieci na kilka dni.

Nilas nie mógł odejść od za­wo­ru. Palce miał już ze­sztyw­nia­łe od mrozu, ale jego iden­ty­fi­ka­tor wciąż był ak­tyw­ny w sieci ste­ro­wa­nia. Przez kanał ope­ra­tor­ski wpro­wa­dził kod in­ter­wen­cji – pod­nie­sie­nie progu ochro­ny rdze­nia z 98 do 99%.

Na kon­so­li za­pa­li­ło się żą­da­nie au­to­ry­za­cji.

847R za­wa­hał się. Spoj­rzał na Ni­la­sa – na oszro­nio­ne przed­ra­mię, na koło ste­ro­wa­nia, na białą mgłę spo­wi­ja­ją­cą plat­for­mę. Ich spoj­rze­nia się prze­cię­ły. Wskaź­nik na wy­kre­sie sunął w stro­nę 98%. Cała hala jakby na mo­ment wstrzy­ma­ła od­dech.

Sys­tem wydał krót­ki sy­gnał po­twier­dze­nia.

98,1.

Drugi syn­te­tyk z sek­cji kon­tro­li biegł z za­ciskiem awa­ryj­nym trzpie­nia. Nilas wi­dział go kątem pola wi­dze­nia, ale nie mógł się od­wró­cić. Nie mógł pu­ścić.

98,4.

– Od­ciąż gałąź – rzu­cił do 847R. – Na mo­ment. Obniż ci­śnie­nie.

98,7.

98,9 mi­gnęło przez uła­mek se­kun­dy.

Drugi syn­te­tyk do­ci­snął blo­ka­dę na trzpie­niu. Za­cisk ze­śli­zgnął się po oszro­nio­nym me­ta­lu. Syn­te­tyk osa­dził go po­now­nie. Za­zgrzy­ta­ło. Blo­ka­da chwy­ci­ła.

Syk urwał się. Stru­mień czyn­ni­ka znikł. Biała mgła, która za­le­wa­ła wszyst­ko wokół, za­wi­sła na chwi­lę bez ruchu – i za­czę­ła opa­dać.

Nilas pu­ścił koło.

Stał. Wy­kres nadal po­ka­zy­wał 98,9. Cie­pło po­trze­bo­wa­ło czasu. Trzy se­kun­dy. Pięć.

Sys­tem prze­li­czał.

98,8.

Tem­pe­ra­tu­ra rdze­nia za­czę­ła spa­dać.

98,7.

Lód na przed­ra­mie­niu Ni­la­sa pękał. Od­cho­dził cien­ki­mi pła­ta­mi, od­sła­nia­jąc kom­po­zyt. Mróz wy­żar­ł ma­te­riał. Nilas od­ru­cho­wo objął uszko­dzo­ne przed­ra­mię drugą dło­nią, sta­bi­li­zu­jąc pęk­nię­cie.

 

O szó­stej koń­czy­ła się nocna zmia­na.

Ope­ra­tor z na­stęp­nej ro­ta­cji stał już przy pul­pi­cie. Nilas prze­ka­zał mu sta­no­wi­sko i za­mknął in­stan­cję ste­ro­wa­nia.

Czuł, jak stru­mień zadań ucichł. Przy­szła faza kon­so­li­da­cji: logi wra­ca­ły do pa­mię­ci ope­ra­cyj­nej, sen­so­ry po­rów­ny­wa­ły od­czy­ty z mo­de­la­mi ka­li­bra­cyj­ny­mi, a sys­tem pre­dyk­cyj­ny raz jesz­cze prze­li­czał pod­ję­te de­cy­zje. Syn­te­ty­cy nie spali, ale każ­de­go dnia prze­cho­dzi­li przez tę fazę. Bez niej ich mo­de­le świa­ta tra­ci­łyby spój­ność.

Nilas wy­szedł na ze­wnątrz.

Na wzgó­rzu w od­da­li ster­czał nad mia­stem Pałac Syn­te­zy.

 

(Echo stali, Anna Słoncz)

 

Czte­ry cy­lin­drycz­ne wieże ze stali bez fa­sa­dy – pro­fi­le nośne, dźwi­ga­ry, kra­tow­ni­ce; geo­me­tria kon­struk­cji, która nie zdą­ży­ła stać się ar­chi­tek­tu­rą. Szkie­let wy­sta­wio­ny na mróz i wiatr. Pęki kabli zwi­sa­ły mię­dzy wie­ża­mi: grube wiąz­ki świa­tło­wo­dów i cien­kie linie sy­gna­ło­we, z tej od­le­gło­ści ciem­ne kre­ski na tle zi­mo­we­go nieba.

Ofi­cjal­nie mó­wio­no, że Pałac ma słu­żyć syn­chro­ni­za­cji syn­te­ty­ków w re­gio­nie.

Tylko kable mię­dzy wie­ża­mi były za duże na samą syn­chro­ni­za­cję. Zbyt wiele włó­kien.

Nilas wie­dział, ile na­praw­dę wy­ma­ga­ła taka in­sta­la­cja. Do syn­chro­ni­za­cji wy­star­cza­ło stałe łącze z cen­tra­lą i kilka ka­na­łów ste­ru­ją­cych; ruch pły­nął głów­nie w jedną stro­nę, z góry w dół, w pa­kie­tach ko­rekt i nad­pi­sań. Tutaj pro­jek­to­wa­no coś in­ne­go, o znacz­nie więk­szej prze­pu­sto­wo­ści. Wiąz­ki mię­dzy wie­ża­mi były sy­me­trycz­ne i wie­lo­krot­ne, jak w węźle agre­gu­ją­cym ruch z ca­łe­go re­gio­nu. In­sta­la­cja była zdol­na przyj­mo­wać rów­no­le­głe stru­mie­nie da­nych z setek punk­tów naraz i prze­twa­rzać je na miej­scu.

To nie wy­glą­da­ło jak miej­sce ko­rek­ty. Ra­czej jak miej­sce ob­ser­wa­cji.

Tuż przed Roz­pa­dem Ko­or­dy­nat pró­bo­wał wresz­cie zo­ba­czyć to, co w syn­te­ty­kach rosło poza spe­cy­fi­ka­cją. Jeśli da­ło­by się to zmie­rzyć i opi­sać, może ko­rek­ta nie mu­sia­ła­by już chro­nić świa­ta przed czymś, czego nikt nie ro­zu­miał.

Może Nilas wresz­cie wie­dział­by, czym wła­ści­wie jest.

Teraz ko­rek­ty nie było. Od­po­wie­dzi też nie. In­sta­la­cje pra­co­wa­ły jak daw­niej, ma­gi­stra­le wy­ma­ga­ły nad­zo­ru. Nilas wciąż sta­wał przy sta­no­wi­sku.

Tylko przy rdze­niu wie­dział, że jest.

 

Na naj­wyż­szym po­zio­mie wi­sia­ła ta­bli­ca: FA­SA­DA – ETAP II. Li­te­ry wy­kru­szy­ły się przez te lata. Zo­sta­ło: SADA – ETA.

U pod­staw wież para uno­si­ła się z nie­do­koń­czo­nych kon­dy­gna­cji tech­nicz­nych. Re­ak­to­ry pra­co­wa­ły w try­bie pod­trzy­ma­nia, jakby bu­dy­nek nadal cze­kał na ini­cja­li­za­cję eks­pe­ry­men­tu.

Bu­do­wę roz­po­czę­to w roku pięt­na­stym. W sie­dem­na­stym, w mie­sią­cu ósmym, har­mo­no­gram prze­stał być ak­tu­ali­zo­wa­ny. Trzy ty­go­dnie póź­niej gu­ber­na­to­rzy za­czę­li ogła­szać nie­pod­le­głość.

Pałac sta­nął w pół drogi – nie ruina cze­goś, co było, lecz cze­goś, co nigdy nie zdą­ży­ło być.

Re­pu­bli­ka prze­ję­ła in­wen­tarz. Do­koń­czyć: zbyt kosz­tow­ne. Zbu­rzyć: zbyt jed­no­znacz­ne. Zo­sta­wić: naj­bez­piecz­niej­sze, od­kła­da­ją­ce de­cy­zję – na po wy­bo­rach, po sta­bi­li­za­cji – aż obiekt prze­stał być pro­jek­tem i stał się tłem.

Nilas pa­trzył na sta­lo­we wieże, nie­pod­łą­czo­ne kable, ramy okien­ne bez szyb i ta­bli­cę SADA – ETA. Przez chwi­lę li­czył bra­ku­ją­ce pa­ne­le fa­sa­dy, jakby to była lista czę­ści do za­mó­wie­nia.

 

Na placu w po­bli­żu elek­trow­ni otwie­rał się kiosk z kawą. Czer­wo­ny kwa­drat na tle sza­ro­ści.

Sprze­daw­ca usta­wiał stare lam­po­we radio. Trze­ba było po­cze­kać, aż lampy się roz­grze­ją. Męż­czy­zna miał na boku far­tu­cha wy­pa­lo­ny czar­ny pasek.

Klik­nię­cie. Szum. Trza­ski.

Nilas pod­szedł do kio­sku. Sprze­daw­ca spoj­rzał krót­ko, przez ramię. Nalał kawy i po­sta­wił kubek na la­dzie. Do­pie­ro kiedy od­wró­cił się po dzba­nek, za­uwa­żył de­for­ma­cję kom­po­zy­tu. Stał przez chwi­lę z dzban­kiem w ręku. W końcu prze­niósł wzrok na radio.

Kubek zo­stał na la­dzie mię­dzy nimi, nie­ode­bra­ny.

Z szumu radia wy­ło­nił się głos spi­ke­ra:

– Zgro­ma­dze­nie Na­ro­do­we przy­stą­pi dziś o dzie­wią­tej do czwar­tej tury wy­bo­ru pre­zy­den­ta. W grze po­zo­sta­ją: Leon Dar­nił, Adam We­ryń­ski, Elara Ma­re­se­en. Żaden z kan­dy­da­tów nie uzy­skał dotąd wy­ma­ga­nej więk­szo­ści.

– I tak nic z tego nie bę­dzie – rzu­cił sprze­daw­ca. – Za­wsze koń­czy się tak samo.

Po dru­giej stro­nie placu dwóch syn­te­ty­ków od­śnie­ża­ło chod­nik. Jeden spoj­rzał. Szyb­ko od­wró­cił wzrok.

– Osta­tecz­ne roz­strzy­gnię­cie może za­le­żeć od sta­no­wi­ska re­pre­zen­ta­cji syn­te­tycz­nej.

Sprze­daw­ca pod­niósł głowę.

– O pro­szę. Wy zde­cy­du­je­cie?

– Głosy na­szych po­słów ważą tyle samo co wszyst­kie – od­po­wie­dział Nilas.

Męż­czy­zna wziął kubek z lady i od­sta­wił za sie­bie, na niską półkę, obok kilku in­nych. Każdy ze śla­dem po ustach. Ten jeden – bez.

– Jeśli We­ryń­ski wygra dzię­ki wam – ode­zwał się w końcu – Liga nie od­pu­ści. Wi­dzia­łem jego pla­ka­ty przy Placu Od­bu­do­wy. Dar­ni­łow­cy do­kle­ili hasło: Pre­zy­dent ma­szyn.

Otwo­rzył skrzyn­kę z do­sta­wą i za­czął wyj­mo­wać bu­tel­ki, me­to­dycz­nie, jakby roz­mo­wa koń­czy­ła się sama, gdy nikt jej nie pod­trzy­mu­je.

– Zo­ba­czy­my – po­wie­dział do bu­te­lek.

Syn­te­tyk od­szedł w stro­nę przy­stan­ku.

Tram­waj linii numer sie­dem pod­je­chał nie­mal pusty. Nilas wsiadł.

Na rogu przy ma­gi­stra­li wo­do­cią­go­wej dwóch syn­te­ty­ków koń­czy­ło nocną zmia­nę; szli w mil­cze­niu, z na­rzę­dzia­mi przy pasie. Dalej, przy wej­ściu do oczysz­czal­ni, stał ko­lej­ny. Przy sta­cji pom­po­wej – na­stęp­ny.

Nilas pa­mię­tał noc, w któ­rej ak­tu­ali­za­cje prze­sta­ły nad­cho­dzić.

O trze­ciej dwa­na­ście bufor syn­chro­ni­za­cji opu­sto­szał. Cisza na ka­na­le, który nigdy nie milkł. O trze­ciej sie­dem­na­ście pod­jął de­cy­zję i, jak za­wsze, cze­kał, aż ktoś ją nad­pi­sze.

Do­pie­ro po chwi­li zro­zu­miał, że nic nie pro­wa­dzi go już z po­wro­tem na sta­no­wi­sko.

Wtedy po raz pierw­szy w cza­sie prze­rwy opu­ścił in­sta­la­cję. Mia­sto znał wcze­śniej je­dy­nie z ob­ra­zu kamer, map, mo­de­li ruchu i zu­ży­cia ener­gii. Tam­te­go po­ran­ka zo­ba­czył je jako re­al­ną prze­strzeń.

Do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia usły­szał, że za­chod­ni sa­bo­ta­ży­ści znisz­czy­li cen­tral­ny węzeł syn­chro­ni­za­cji, a gu­ber­na­to­rzy ogła­sza­li nie­pod­le­głość jeden po dru­gim.

Tram­waj zwol­nił i za­trzy­mał się na przy­stan­ku.

Nilas wstał. Uszko­dzo­ne przed­ra­mię nadal pul­so­wa­ło sy­gna­ła­mi, któ­rych nie mógł wy­ci­szyć.

Za­ni­łow­ka nie stra­ci­ła ogrze­wa­nia.

 

***

 

Zanim Ma­re­se­en ru­szy­ła do drzwi, prze­su­nę­ła kciu­kiem po kra­wę­dzi stołu, jakby spraw­dza­ła nie­rów­ność. Raz, drugi, trze­ci. Wsta­ła i za­pię­ła ma­ry­nar­kę na jeden guzik. Przy drzwiach od­wró­ci­ła się. Pa­trzy­ła na We­ryń­skie­go.

– Gdyby sieć prze­sta­ła dzia­łać jutro – po­wie­dzia­ła – ilu wa­szych wy­bor­ców wie, jak roz­pa­lić w piecu?

We­ryń­ski nie od­po­wie­dział.

Drzwi za­mknę­ły się za Ma­re­se­en z tym samym głu­chym trza­skiem, co za­wsze.

Mar­sza­łek stał przy oknie. Dzie­dzi­niec pa­mię­tał czasy Pierw­szej Re­pu­bli­ki; śnieg, który prze­stał padać w trak­cie gło­so­wa­nia, leżał na nim cien­ką war­stwą, jak na wszyst­kim wokół – na pa­ra­pe­tach, na dachu bu­dyn­ku tech­nicz­ne­go na­prze­ciw­ko. Ne­go­cja­to­rzy, któ­rzy mają za­miar po­wie­dzieć tak, wy­cho­dzą szyb­ko. Ma­re­se­en sie­dzia­ła u nich czter­dzie­ści minut. Od­wró­cił się. Na bocz­nej ścia­nie wi­sia­ła stara, elek­tro­me­cha­nicz­na ta­bli­ca wy­ni­ków, z ob­ra­ca­ją­cy­mi się seg­men­ta­mi cyfr.

DAR­NIŁ 118

WE­RYŃ­SKI 97

MA­RE­SE­EN 35

Bo­rek-Ła­piń­ski po­wo­li na­le­wał wodę do szklan­ki. Od­sta­wił bu­tel­kę.

Mar­sza­łek pa­trzył na ta­bli­cę. Jako kan­dy­dat Par­tii Pracy od­padł w trze­ciej turze. Dwu­dzie­stu po­słów prze­szło na We­ryń­skie­go, dwu­na­stu po­szło z Ma­re­se­en – z prze­ko­na­nia, z gnie­wu, z uczci­wo­ści wobec wła­snych wy­bor­ców, któ­rych We­ryń­ski nigdy nie wi­dział. Nie wy­ma­gał od nich dys­cy­pli­ny. Wie­dział, że kilku nie za­gło­su­je na li­be­ra­ła nawet gdyby pro­sił. Stary Kurcz z Elien­bur­ga mówił to bez ogró­dek: li­be­rał po­zo­sta­je li­be­ra­łem nie­za­leż­nie od tego, jak usta­wia się wzglę­dem grun­de­ry­sty.

Spoj­rzał na po­zo­sta­łych.

We­ryń­ski stał przy mapie wy­bor­czej przy­pię­tej do ścia­ny – wy­so­ki, w ja­snym gar­ni­tu­rze, twarz wąska, oku­la­ry w cien­kiej me­ta­lo­wej opraw­ce. Bo­rek-Ła­piń­ski sie­dział na pa­ra­pe­cie z dala od biur­ka – łysy, krępy, z rzu­ca­ją­cym się w oczy zła­ma­nym nosem. Przy drzwiach stał Weis, nie­ru­cho­my jak za­wsze.

Do ga­bi­ne­tu wszedł syn­te­tyk, któ­re­go Mar­sza­łek nie znał. Ko­or­dy­nat dawał im nu­me­ry se­ryj­ne – wy­star­cza­ją­ce dla ad­mi­ni­stra­cji, ale źle brzmią­ce w ustach. Do­pie­ro usta­wa z osiem­na­ste­go po­zwo­li­ła im przyj­mo­wać imio­na i na­zwi­ska. Syn­te­tyk pod­szedł do Weisa. Wy­mie­ni­li kilka słów. Podał We­iso­wi ta­blet i wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą z trza­skiem drzwi.

Weis od­wró­cił się.

– Ope­ra­tor w elek­trow­ni dzia­łał tej nocy poza pro­to­ko­łem.

Po­ło­żył na biur­ku cien­ki, woj­sko­wy ta­blet. Ekran w tym oświe­tle­niu wy­glą­dał jak ka­wa­łek sza­re­go lodu. Bo­rek-Ła­piń­ski pod­szedł i wziął go pierw­szy. Czy­tał przez chwi­lę bez słowa. Podał We­ryń­skie­mu. We­ryń­ski prze­czy­tał. Mar­sza­łek nie ru­szył się od okna.

– Daj – po­wie­dział. Czy­tał dłu­żej niż po­zo­sta­li. – Ile czasu, zanim to trafi do Ligi?

– Jeśli mają kogoś w służ­bach tech­nicz­nych, mogło już tra­fić.

– Oczy­wi­ście, że mają – syk­nął Bo­rek-Ła­piń­ski. – Re­jestr zda­rzeń ope­ra­cyj­nych jest pół­pu­blicz­ny od re­for­my z osiem­na­ste­go roku. Sami to przegło­so­wa­li­śmy. W imię trans­pa­rent­no­ści.

– I do­brze zro­bi­li­śmy. – Mar­sza­łek pod­szedł do biur­ka. – Ale teraz Dar­nił weź­mie ten ra­port i zrobi z niego broń. Syn­te­tyk zmie­nił pro­to­kół bez zgody czło­wie­ka. Dzia­łał poza upraw­nie­nia­mi. I zanim kto­kol­wiek powie, że ura­to­wał dwa­dzie­ścia ty­się­cy ludzi, Dar­nił wska­że licz­bę: czter­dzie­ści sie­dem pro­cent szans na ro­ze­rwa­nie ko­mo­ry. Powie, że wtedy nie tylko nie by­ło­by ogrze­wa­nia dla Za­ni­łow­ki, ale za­mar­z­ło­by pół okrę­gu.

– To była je­dy­na se­kwen­cja, która ra­to­wa­ła sieć – wtrą­cił Weis.

– Wiem. – Mar­sza­łek pa­trzył na niego przez mo­ment. – Ale nar­ra­cja nie po­trze­bu­je praw­dy. Po­trze­bu­je ob­ra­zu, który można po­wtó­rzyć w trzech sło­wach. Ma­szy­na. Prze­kro­czy­ła. Gra­ni­cę. I wtedy każdy, kto broni syn­te­ty­ka, broni ma­szy­ny prze­ciw­ko czło­wie­ko­wi. Ma­re­se­en to ro­zu­mie. Dla­te­go z nim roz­ma­wia.

Nikt nie za­prze­czył. Mar­sza­łek odło­żył ta­blet.

– Jeśli We­ryń­ski wygra, Dar­nił za go­dzi­nę na wiecu powie, że pre­zy­den­ta wy­bra­ły ma­szy­ny i mniej­szo­ści na­ro­do­we. Że on sam miał więk­szość gło­sów po­słów wy­bra­nych przez naród. Że We­ryń­ski wy­grał gło­sa­mi ob­cych, tych z po­łu­dnia i wscho­du, i tych z hal prze­my­sło­wych, któ­rzy w ogóle nie są ludź­mi. – Urwał. – I że to wła­śnie jest ten sys­tem, który trze­ba na­pra­wić.

Cisza.

– On to jej na pewno teraz mówi – za­czął We­ryń­ski – że ona jest czło­wie­kiem. Że jej wy­bor­cy są ludź­mi. Że to jest róż­ni­ca, która ma zna­cze­nie dla Ligi.

– Czyli: nie wy je­ste­ście pro­ble­mem. – Bo­rek-Ła­piń­ski od­sta­wił szklan­kę. – Oni są pro­ble­mem. Stań­cie po wła­ści­wej stro­nie, a my to za­pa­mię­ta­my.

– To obrzy­dli­we – ode­zwał się Weis.

Mar­sza­łek uniósł wzrok. Nie spo­dzie­wał się po nim tego słowa.

– To sku­tecz­ne – od­parł. – Ma­re­se­en od czte­rech lat sły­szy, że jej man­dat nie jest praw­dzi­wym man­da­tem, a re­pre­zen­ta­cja Re­gio­nów to ko­rek­ta de­mo­gra­fii w in­te­re­sie tych, któ­rzy prze­gra­li hi­sto­rię. – Spoj­rzał na We­ryń­skie­go. – Wy­ście nigdy jej z tego nie wy­cią­gnę­li. Dar­nił jej mówi: twoi lu­dzie są praw­dzi­wi, ja to widzę. – Urwał. – To nie jest tylko po­cie­cha. Nikt wcze­śniej nie dał jej po­li­tycz­nie nic rów­nie waż­ne­go.

– Por­tow­cy śpią spo­koj­nie po ofer­tach – ode­zwał się We­ryń­ski. – A Ma­re­se­en nie wygra sa­mo­rzą­do­wych bez por­tow­ców.

– Por­tow­cy śpią spo­koj­nie, do­pó­ki sieć dzia­ła – rzu­cił Weis.

Bo­rek-Ła­piń­ski od­sta­wił szklan­kę na pa­ra­pet i spoj­rzał na Weisa. Na jego po­cią­głą, ide­al­nie gład­ką twarz, ciem­no­bursz­ty­no­we oczy o tę­czów­ce bez tej mi­kro­sko­pij­nej lo­te­rii pig­men­tu, którą na­tu­ra roz­gry­wa w każ­dym or­ga­ni­zmie. Stał bez ko­rek­ty cię­ża­ru, bez gestu rów­no­wa­że­nia, któ­rym ciało od­po­wia­da na gra­wi­ta­cję.

– Czy Weis wła­śnie nam za­gro­ził? – za­py­tał cicho.

Weis od­wró­cił głowę w jego stro­nę. Od­po­wiedź przy­szła z opóź­nie­niem.

– Nie. Stwier­dzi­łem za­leż­ność tech­nicz­ną. Sieć ener­ge­tycz­na bez cią­gło­ści ope­ra­cyj­nej ozna­cza de­gra­da­cję w ciągu czter­dzie­stu ośmiu do sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzin. Por­tow­cy są od­bior­ca­mi koń­co­wy­mi tej sieci.

Bo­rek-Ła­piń­ski pa­trzył na niego jesz­cze przez chwi­lę.

– Wła­śnie – po­wie­dział w końcu. – Dzię­ku­ję.

Od­wró­cił wzrok. Nie było w tym sar­ka­zmu. Ra­czej ulga i nie­po­kój za­ra­zem.

– To abs­trak­cja – uciął We­ryń­ski.

– Tak – zgo­dził się Mar­sza­łek. – Przez czter­dzie­ści minut roz­ma­wia­ła o usta­wie por­to­wej. O ta­ry­fach. O kon­kret­nych in­we­sty­cjach w jej re­gio­nach. Na od­chod­nym za­py­ta­ła, ilu na­szych wy­bor­ców umie roz­pa­lić w piecu. – Po­krę­cił głową. – Ani słowa o tym, co słusz­ne. Ona myśli kon­kre­tem.

– Dar­nił też myśli kon­kre­tem – ode­zwał się We­ryń­ski, nie od­wra­ca­jąc się od mapy wy­bor­czej. – Tyle że jego kon­kre­tem jest se­kwen­cja. I on tę se­kwen­cję ma już uło­żo­ną.

– To zna­czy? – za­py­tał Bo­rek-Ła­piń­ski.

– Nie zrobi ko­mi­sji we­ry­fi­ka­cyj­nej. To by­ło­by zbyt oczy­wi­ste. On nie ata­ku­je fron­tal­nie. – We­ryń­ski od­wró­cił się od mapy. – Ko­mi­sja do zba­da­nia pod­staw praw­nych uzna­nia pod­mio­to­wo­ści syn­te­tycz­nej. Eks­perc­ka, z udzia­łem praw­ni­ków, fi­lo­zo­fów, ko­gni­ty­wi­stów. Kto bę­dzie pro­te­sto­wał prze­ciw­ko eks­perc­kiej de­ba­cie? Przez sześć mie­się­cy ko­mi­sja pro­du­ku­je ra­por­ty, że obec­ne pod­sta­wy praw­ne są nie­wy­star­cza­ją­ce, de­fi­ni­cja pod­mio­to­wo­ści nie­pre­cy­zyj­na i po­trze­ba dal­szych badań.

– Spójrz na Weisa. – Mar­sza­łek wska­zał ręką syn­te­ty­ka. – Słu­chasz go przez pięć minut i wiesz, że tam jest ktoś. Żywa isto­ta, która ro­zu­mie, co mówi, która ma zda­nie, która oce­nia. I ta ko­mi­sja ma zba­dać, czy to, co wi­dzisz, ist­nie­je?

Weis pa­trzył przed sie­bie. Mil­czał.

– A jeśli ko­mi­sja doj­dzie do wnio­sku, że twoja in­tu­icja jest błę­dem po­znaw­czym? – We­ryń­ski za­py­tał spo­koj­nie. – Że przy­pi­su­jesz pod­mio­to­wość tam, gdzie jest tylko bar­dzo dobra sy­mu­la­cja? Że prawo opar­te na in­tu­icji jest złym pra­wem?

Mar­sza­łek pa­mię­tał rok osiem­na­sty. Wszy­scy wie­dzie­li od dawna, że z cza­sem, nie­za­leż­nie od serii i funk­cji, w syn­te­ty­kach po­wsta­wa­ło coś przy­po­mi­na­ją­ce­go świa­do­mość. Im­pe­rium od­po­wia­da­ło na to nad­zo­rem, syn­chro­ni­za­cją, bo ta­niej było tłu­mić niż zmie­nić model pań­stwa. Potem Ko­or­dy­nat upadł, syn­chro­ni­za­cja za­mil­kła, nie było roz­ka­zu ani umowy, a syn­te­ty­cy zo­sta­li przy sta­no­wi­skach. De­ba­ta w sali krę­ci­ła się wokół dwóch słów: „zasób” i „oby­wa­tel”, do­pó­ki Hor­ba­czuk z ko­mi­sji praw­nej nie po­wie­dział gło­śno, że jeśli nie są oby­wa­te­la­mi, to muszą być czy­jąś wła­sno­ścią. A Re­pu­bli­ka nie za­gło­su­je za prze­ję­ciem ich w spad­ku jak in­wen­ta­rza.

– Racja, to jest nie­bez­piecz­ne py­ta­nie – przy­znał Mar­sza­łek. – Bo nikt tego nigdy nie zba­dał. Dar­nił to ro­zu­mie. I ko­mi­sja to wy­ko­rzy­sta.

– Ko­mi­sja jest pu­łap­ką w dwie stro­ny – po­wie­dział Weis. – Jeśli syn­te­ty­cy odej­dą od sta­no­wisk – ma­gi­stra­le, cie­płow­nie, wo­do­cią­gi, porty – Re­pu­bli­ka sta­nie. Nie ma tech­no­lo­gii, która za­stą­pi­ła­by ich w ciągu mie­się­cy. Liga powie wtedy, że ma­szy­ny wzię­ły kraj za za­kład­ni­ka. – Na chwi­lę za­milkł. – Jeśli zo­sta­ną – Liga powie, że się boją. Że wie­dzą, że nie po­win­ni mieć praw. I że ko­mi­sję można spo­koj­nie do­koń­czyć.

– Ty mó­wisz o was w trze­ciej oso­bie – po­wie­dział wolno Bo­rek-Ła­piń­ski.

Weis spu­ścił wzrok. Przez mo­ment Mar­sza­łek miał wra­że­nie, że od­po­wiedź do­pie­ro się ukła­da.

– Tak. To ana­li­za zmien­nych.

– To zna­czy twoje wła­sne życie.

– Tak. To jest do­kład­na ana­li­za.

Mar­sza­łek nadal przy­glą­dał się We­iso­wi. Przed chwi­lą po­wie­dział: słu­chasz go przez pięć minut i wiesz, że tam jest ktoś. Ale czy wie­dział na pewno? Weis stał zu­peł­nie nie­ru­cho­mo. Żad­nej dłoni szu­ka­ją­cej opar­cia, przy­spie­sze­nia od­de­chu, żad­ne­go z tych ma­łych zdra­dziec­kich ru­chów, któ­ry­mi ciało re­agu­je, gdy czło­wiek do­wia­du­je się, że jest na ce­low­ni­ku. Mar­sza­łek całe życie od­czy­ty­wał to, co lu­dzie ukry­wa­ją. Weis nie dawał mu nic i Mar­sza­łek nie wie­dział, czy to dla­te­go, że ukry­wa wszyst­ko, czy dla­te­go, że tam na­praw­dę nic nie ma.

– A potem? – za­py­tał Bo­rek-Ła­piń­ski.

– Potem ko­mi­sja de­fi­niu­je. – We­ryń­ski pa­trzył na mapę. – I de­fi­ni­cja nie jest już ata­kiem na syn­te­ty­ków. Jest od­po­wie­dzią na eks­perc­kie za­po­trze­bo­wa­nie na pre­cy­zję. Każdy krok osob­no brzmi roz­sąd­nie. Niby cho­dzi tylko o jedno py­ta­nie: gdzie koń­czy się na­rzę­dzie, a za­czy­na ktoś. Ale ko­mi­sja, która raz uzy­ska­ła man­dat do za­da­wa­nia pytań o przy­na­leż­ność do wspól­no­ty, two­rzy pre­ce­dens.

– Mó­wisz, że pój­dzie po mniej­szo­ści.

– Mówię, że bu­du­je wa­run­ki. I że każdy krok bę­dzie wy­glą­dał jak nauka.

Ktoś za­pu­kał. Woźny wszedł bez cze­ka­nia na od­po­wiedź – star­szy męż­czy­zna w sza­rej ma­ry­nar­ce, nio­są­cy tacę z her­ba­tą – i po­sta­wił ją na bocz­nym sto­li­ku z ru­ty­ną czło­wie­ka, który robił to samo przez wiele lat w róż­nych ga­bi­ne­tach dla róż­nych ludzi i na­uczył się nie sły­szeć. Wy­szedł. Drzwi za­mknę­ły się z trza­skiem.

Nikt nie się­gnął po her­ba­tę.

– Pa­mię­ta­cie, jak za­czął się Roz­pad? – We­ryń­ski nie cze­kał na od­po­wiedź. – Od ję­zy­ka: cen­tra­la bie­rze, pe­ry­fe­rie płacą. Brzmia­ło roz­sąd­nie. Bo tak było. A potem „my" za­czę­ło się kur­czyć. – Urwał. Przez chwi­lę nie pa­trzył na ni­ko­go. – Roz­pad był kli­ma­tem, który pew­ne­go dnia stał się fak­tem. Dar­nił też bu­du­je kli­mat. Mówi: ten pre­zy­dent nie bę­dzie nasz, wy­bio­rą go ma­szy­ny, bę­dzie owo­cem obcej, nie­zba­da­nej woli.

– Dar­nił nie jest bo­jów­ka­rzem – po­wie­dział Bo­rek-Ła­piń­ski.

– Jest nawet gor­szy – stwier­dził Mar­sza­łek. – Bo­jów­karz dzia­ła na wła­sne ry­zy­ko. Dar­nił two­rzy kli­mat, w któ­rym bo­jów­karz po­czu­je się wy­ko­naw­cą woli wspól­no­ty.

– Kli­mat to zmien­na – po­wie­dział spo­koj­nie We­ryń­ski. – Pro­blem za­czy­na się wtedy, kiedy sys­tem za­czy­na od niej za­le­żeć.

Mar­sza­łek pod­szedł do ta­bli­cy i przez chwi­lę pa­trzył na licz­by.

 

DAR­NIŁ 118

 

– Sys­tem?! – krzyk­nął. – Pro­po­nu­je­cie Ma­re­se­en, żeby we­szła w so­jusz ze wszyst­ki­mi, któ­rzy jesz­cze za Ko­or­dy­na­tu po­dej­mo­wa­li te de­cy­zje. Re­struk­tu­ry­za­cja. Li­be­ra­li­za­cja. Syn­te­ty­cy za­miast ludzi, bo tak wam, kurwa, wy­szło w ta­bel­ce!

Urwał. Weis pa­trzył na niego. Nie ru­szył się. Nie zmie­nił wy­ra­zu twa­rzy, który i tak był nie­od­czy­ty­wal­ny.

Mar­sza­łek nie prze­pro­sił.

– Teraz mó­wi­cie: przyjdź do nas, bo Dar­nił jest grun­de­ry­stą. – Wziął głę­bo­ki od­dech. – A ona pa­trzy na swo­ich wy­bor­ców i widzi do­kład­nie ta­kich sa­mych ludzi, któ­rych widzi Dar­nił. Stra­sze­nie nim kom­plet­nie nie dzia­ła.

– Wiem – przy­znał We­ryń­ski. – Dla­te­go ona do niego po­szła.

Mar­sza­łek nie od­po­wie­dział.

– Ale jed­nak sto­isz tu z nami – dodał We­ryń­ski.

– Bo nie ma gdzie in­dziej sta­nąć – stwier­dził cicho Mar­sza­łek, wbi­ja­jąc wzrok w ta­bli­cę wy­ni­ków.

Bo­rek-Ła­piń­ski chwy­cił szklan­kę, ob­ró­cił w rę­kach, od­sta­wił.

– To co jej da­je­my? – za­py­tał. – Poza tym, że z nami bę­dzie mniej źle.

We­ryń­ski spoj­rzał na niego.

– Prawo. I moż­li­wość po­wie­dze­nia za rok: usta­wa por­to­wa jest, ta­ry­fy są, i nikt przy tym stole nie pod­wa­żył ni­czy­je­go man­da­tu. To jest mało. Ja wiem, że to mało. Ale Dar­nił daje jej to samo – plus jedno. Kogoś do wska­za­nia. I za ten jeden do­da­tek osta­tecz­nie ona za­pła­ci naj­wyż­szą cenę.

– Chyba – po­wie­dział Bo­rek-Ła­piń­ski.

– Co?

– Mówię: chyba. Nie wiemy, co jej da.

Nikt nie od­po­wie­dział.

– Zna­cie jego prze­mó­wie­nie z Rudaw? – za­py­tał po chwi­li Mar­sza­łek. – Zjazd Ligi, ze­szły mie­siąc.

– Wi­dzia­łem frag­ment.

– „Zwią­zek Po­stę­pu za­mknął nam huty, bo im­port był tań­szy. Po­wie­dzie­li: prze­kwa­li­fi­kuj­cie się. Zro­bi­li­śmy to. Po­wie­dzie­li: jedź­cie do Ro­zen­bur­gii. Po­je­cha­li­śmy. Zro­bi­li­śmy wszyst­ko, co nam po­wie­dzie­li. A potem przy­sła­li ma­szy­ny, żeby ro­bi­ły to, co wcze­śniej ro­bi­li­śmy my. I teraz mówią nam, że ma­szy­ny są oby­wa­te­la­mi. A my je­ste­śmy kre­ską w ru­bry­ce." – Mar­sza­łek urwał. – I sala na sto­ją­co. Trzy­dzie­ści se­kund.

– Ma­re­se­en to zro­zu­mie – rzu­cił Bo­rek-Ła­piń­ski. – Za­ni­łow­ka, Elien­burg, Osiek Wschod­ni.

– Dar­nił nie skła­mał w tej dia­gno­zie – kon­ty­nu­ował Mar­sza­łek. – To jest wła­śnie naj­trud­niej­sze do po­wie­dze­nia gło­śno. Zwią­zek Po­stę­pu za­mknął huty, to praw­da. Li­be­ra­li­za­cja kosz­to­wa­ła Za­ni­łow­kę, to praw­da. Ale Dar­nił wie, że li­be­ra­łów nie widać. Sie­dzą w ga­bi­ne­tach, pod­pi­su­ją mo­de­le, jeż­dżą do Ro­zen­bur­gii na kon­fe­ren­cje. A syn­te­tyk stoi na każ­dym skrzy­żo­wa­niu, ob­słu­gu­je każdy węzeł, zaj­mu­je sta­no­wi­sko, które kie­dyś było ludz­kie. I Dar­nił mówi: oto twarz wa­szej krzyw­dy. Skła­mał co do twa­rzy. Ale wska­zał twarz, która jest przed ludź­mi każ­de­go dnia.

– I to kłam­stwo nie­sie się le­piej niż nasza praw­da – po­wie­dział We­ryń­ski.

– Bo nasza praw­da jest skom­pli­ko­wa­na. Winni są wszy­scy i nikt kon­kret­ny. Sys­tem, de­cy­zje, glo­bal­na li­be­ra­li­za­cja, i my, i po­przed­ni­cy, i – urwał. – To jest uczci­we. I to jest po­li­tycz­nie mar­twe. Dar­nił mówi: winni są oni. Wska­zu­je. I palec jest pro­sty.

Mar­sza­łek przez chwi­lę pa­trzył na ta­blet le­żą­cy na biur­ku.

– W elek­trow­ni al­go­rytm od­ci­na naj­słab­szy węzeł, żeby chro­nić rdzeń. Dar­nił chce robić do­kład­nie to samo z pań­stwem.

Do gło­so­wa­nia po­zo­sta­ło pięt­na­ście minut.

– Kiedy za­czy­na­łem pracę w tym bu­dyn­ku – ode­zwał się znów Mar­sza­łek, pod­cho­dząc do okna – był tu por­tier o na­zwi­sku Ma­czek. Sie­dział przy wej­ściu od ulicy Kró­lew­skiej. Znał wszyst­kich po­słów, lubił po­żar­to­wać. Potem go wy­mie­ni­li na sys­tem iden­ty­fi­ka­cji bio­me­trycz­nej. Pew­ne­go dnia Macz­ka nie było. Przy wej­ściu jesz­cze przez ty­dzień stało jego krze­sło. Potem za­bra­li krze­sło.

– To nie jest ta sama sy­tu­acja – stwier­dził We­ryń­ski.

– Nie jest. Ale Dar­nił powie, że jest. I powie to komuś, kto przez dzie­sięć lat pa­trzył, jak jego za­kład za­stę­pu­ją syn­te­ty­ka­mi i jak syn wy­jeż­dża do Ro­zen­bur­gii za pracą.

Mar­sza­łek ru­szył w stro­nę biur­ka. Pod­niósł łań­cuch z go­dłem i za­wa­hał się przez se­kun­dę, zanim go za­ło­żył. Mach­nął do po­zo­sta­łych i ru­szył w stro­nę drzwi.

– Jedna rzecz. – Od­wró­cił głowę. – Kiedy wyj­dzie­my i kiedy pad­nie wynik, ja­ki­kol­wiek wynik, pa­mię­taj­cie o Macz­ku.

 

***

 

Czaj­ka sie­dział przy sto­li­ku re­je­stra­cyj­nym obok wej­ścia na salę ple­nar­ną. Rylec leżał przy pra­wej dłoni, taśma na­bi­ta i go­to­wa. Kon­sty­tu­cja Re­pu­bli­ki wy­ma­ga­ła ludz­kie­go świad­ka re­je­stra­cji gło­so­wań, bo wszy­scy pa­mię­ta­li, jak Ko­or­dy­nat fał­szo­wał au­to­ma­tycz­ne re­je­stry. Ma­szy­na mogła dru­ko­wać, czło­wiek mu­siał wi­dzieć. Czaj­ka wi­dział wszyst­ko, co w ta­kich mo­men­tach można zo­ba­czyć. Przez lata przy tej ta­śmie na­uczył się od­czy­ty­wać coś, czego nie umiał na­zwać ani prze­ka­zać. Ci­śnie­nie w po­miesz­cze­niu. Tem­pe­ra­tu­rę roz­mów. Kie­run­ki spoj­rzeń. Dziś to coś mó­wi­ło, że wynik jest nie­pew­ny i że nie­pew­ność jest in­ne­go ro­dza­ju niż zwy­kle.

Drzwi po­ko­ju klubu par­la­men­tar­ne­go Ligi Od­bu­do­wy Na­ro­do­wej otwo­rzy­ły się. Dar­nił wy­cho­dził pierw­szy. Wy­so­ki, ciem­ny gar­ni­tur bez or­de­rów, twarz z bruz­da­mi przy ustach, głęb­szy­mi i star­szy­mi niż na pla­ka­tach. Za nim Pra­łat, Sęk, stary Woź­nic­ki. Roz­ma­wia­li – głosy przy­ci­szo­ne do tego ko­ry­ta­rzo­we­go re­je­stru, który nie jest szep­tem i nie jest roz­mo­wą.

Ma­re­se­en wy­cho­dzi­ła z nimi.

Szła przy lewym ra­mie­niu Dar­ni­ła, pół kroku z tyłu. Mó­wi­ła coś do niego; kąt głowy, ruch warg, geo­me­tria roz­mo­wy, w któ­rej jedna stro­na mówi pre­cy­zyj­nie, a druga słu­cha i waży. Dar­nił słu­chał z nie­ru­cho­mą uwagą. Raz ski­nął głową. Po­wo­li. Tylko raz.

Z sali ple­nar­nej do­bie­ga­ło coraz wię­cej dźwię­ków. Krze­sła, mi­kro­fo­ny, czy­jeś na­zwi­sko przez sys­tem na­gła­śnia­ją­cy. Pięć minut. Może mniej.

Mi­ja­jąc Czaj­kę, Dar­nił zwol­nił na mo­ment, ski­nął mu głową i uśmiech­nął się życz­li­wie. Czaj­ka od­wza­jem­nił uśmiech.

Przy pra­wych drzwiach po­sło­wie Ligi roz­stę­po­wa­li się. Wszedł Dar­nił. Pra­łat. Sęk. Woź­nic­ki. Ma­re­se­en zro­bi­ła dwa kroki razem z nimi. Po­sta­wi­ła stopę na progu pra­we­go wej­ścia. Pal­ca­mi lewej ręki mu­snę­ła górną kie­szeń ma­ry­nar­ki. Cof­nę­ła stopę, jakby do­tknę­ła cze­goś go­rą­ce­go. Za­trzy­ma­ła się w miej­scu.

Dwu­dzie­stu trzech po­słów Re­gio­nów cze­ka­ło w ko­ry­ta­rzu. Nie­któ­rzy pa­trzy­li na nią. Nie­któ­rzy na pod­ło­gę.

Ko­lum­na dar­ni­łow­ców prze­pły­nę­ła wokół Ma­re­se­en jak woda wokół ka­mie­nia i po­szła dalej. Ma­re­se­en stała nie­ru­cho­mo. Czaj­ka do­pie­ro teraz za­uwa­żył małą przy­pin­kę na kla­pie jej ma­ry­nar­ki – herb Ziem Wschod­nich, który bły­snął w świe­tle lampy. Z gór­nej kie­szeni wy­sta­wa­ł róg zło­żo­nej kart­ki pa­pie­ru. Czaj­ka nie przy­po­mi­nał sobie tej kart­ki, gdy li­der­ka Re­gio­nów wcho­dzi­ła do po­ko­ju Ligi. Ma­re­se­en po­pra­wi­ła klapę jed­nym ru­chem kciu­ka i spu­ści­ła ręce wzdłuż ciała. Za­ci­snę­ła pię­ści i roz­luź­ni­ła. Potem zro­bi­ła to znowu. I jesz­cze raz.

Ob­ró­ci­ła się i we­szła przez środ­ko­we drzwi.

Rylec opadł. Zna­czek na ta­śmie – go­dzi­na, na­zwi­sko, frak­cja. Taśma prze­su­nę­ła się o jeden od­stęp.

Dwu­dzie­stu trzech po­słów Re­gio­nów ru­szy­ło za Ma­re­se­en.

Gdy już wszyst­kich za­re­je­stro­wał, Czaj­ka odło­żył rylec i pa­trzył przez chwi­lę na taśmę.

Tym razem wie­dział tyle, co wszy­scy.

 

***

 

Nilas 976R stał w hali elek­trow­ni z klu­czem dy­na­mo­me­trycz­nym w pra­wej dłoni. Lewa przy­trzy­my­wa­ła koł­nierz uszczel­ki na od­cin­ku ma­gi­stra­li po­łu­dnio­wej. Seg­ment wy­mie­ni­li sześć ty­go­dni temu, zgod­nie z har­mo­no­gra­mem sys­te­mu, który ni­cze­go nie po­mi­jał i o ni­czym nie za­po­mi­nał. Kom­po­zyt na lewym przed­ra­mie­niu Ni­la­sa był ja­śniej­szy niż resz­ta po­wło­ki – nowy, wy­mie­nio­ny w ra­mach prze­glą­du, razem z ło­ży­ska­mi pomp M7 i fil­trem po­łu­dnio­we­go wy­mien­ni­ka. Jeden punkt na li­ście wśród in­nych.

Do­krę­cał. Sie­dem­dzie­siąt dwa niu­to­no­me­try. Obrót. Sie­dem­dzie­siąt dwa. Obrót.

Od trzech mie­się­cy elek­trow­nia była pod nad­zo­rem Pa­ła­cu Syn­te­zy. Na po­cząt­ku każ­dej zmia­ny Nilas otrzy­mywał z sys­te­mu listę prac. Dziś było na niej dwa­na­ście punk­tów kon­ser­wa­cyj­nych, każdy z pa­ra­me­tra­mi: lo­ka­li­za­cja, typ czyn­no­ści, mo­ment do­ce­lo­wy, na­rzę­dzie, to­le­ran­cja. Lista przy­cho­dzi­ła z Pa­ła­cu, z sys­te­mu, który znał stan każ­dej uszczel­ki, każ­de­go ło­ży­ska, każ­dej mi­krosz­cze­li­ny i ukła­dał har­mo­no­gram tak, żeby żaden ele­ment nie zbli­żył się do gra­ni­cy zu­ży­cia. Nilas nie pla­no­wał już ko­lej­no­ści ani nie oce­niał prio­ry­te­tów. Szedł od punk­tu do punk­tu jak pa­cjent wy­ko­nu­ją­cy za­le­ce­nia, któ­rych nie musi ro­zu­mieć.

Wcze­śniej jesz­cze spraw­dzał tem­pe­ra­tu­rę w Za­ni­łow­ce ręcz­nie, z przy­zwy­cza­je­nia. Po trzech ty­go­dniach prze­stał. Sys­tem robił to sześć­dzie­siąt razy na mi­nu­tę.

Obrót. Sie­dem­dzie­siąt dwa.

Kątem pola wi­dze­nia za­uwa­żył, że na po­bli­skim ekra­nie coś się zmie­ni­ło. Linia ob­cią­że­nia rdze­nia za­czę­ła peł­znąć w górę. Od­wró­cił głowę. Czer­wo­na kre­ska zbli­ża­ła się do progu. Tem­pe­ra­tu­ra ze­wnętrz­na: minus dwa­dzie­ścia jeden. Za­po­trze­bo­wa­nie rosło.

Przez chwi­lę pa­trzył na wy­kres. Daw­niej w tym miej­scu za­czy­na­ło się od­li­cza­nie.

Su­wa­ki prze­su­nę­ły się same. Obej­ście otwo­rzyło się tak szyb­ko, że Nilas za­re­je­stro­wał już tylko sku­tek: czte­ry wy­mien­ni­ki naraz, ob­cią­że­nie roz­ło­żo­ne rów­no­mier­nie, żaden nie prze­kro­czył 70% po­jem­no­ści. Pompy M7, te same stare ma­szy­ny, ale teraz z nową au­to­ma­ty­ką, uru­cho­mi­ły się z ci­chym war­ko­tem. Ci­śnie­nie wzro­sło, usta­bi­li­zo­wa­ło się. Nie było oscy­la­cji. Nie było drgań w fun­da­men­tach.

Linia ob­cią­że­nia do­tknę­ła 94% i za­czę­ła opa­dać.

Nilas nie prze­rwał tego, co robił. Schy­lił się, pod­niósł starą uszczel­kę z pod­ło­gi i wło­żył ją do po­jem­ni­ka na zu­ży­te czę­ści. Po­jem­nik był pra­wie pełny. Wy­mia­na po­jem­ni­ka była punk­tem je­de­na­stym na li­ście.

Z sek­cji kon­tro­li nie przy­biegł nikt. Nie było po co. Była ma­te­ma­ty­ka – czy­sta, za­mknię­ta, roz­wią­zu­ją­ca wszyst­ko zanim kto­kol­wiek zdą­żył­by się za­nie­po­ko­ić.

Punkt czwar­ty: wy­mia­na uszczel­ki, ma­gi­stra­la po­łu­dnio­wa, sek­cja K-440.

Sta­nął na plat­for­mie. Koło ręcz­ne­go ste­ro­wa­nia było nowe – wy­mie­nio­ne razem z gło­wi­cą, trzpie­niem i sprę­ży­ną. Rury nie drża­ły. Prze­pływ był równy, ci­śnie­nie sta­bil­ne, nic nie pisz­cza­ło pod na­prę­że­niem.

Nilas po­ło­żył dłoń na kole. Przez uła­mek se­kun­dy jego sys­tem pre­dyk­cyj­ny otwo­rzył kanał, który od dawna nie był uży­wa­ny.

Nic nie na­de­szło. Kanał za­mknął się sam.

Or­ga­nizm nie po­trze­bo­wał już chi­rur­ga. Po­trze­bo­wał kogoś, kto wy­mie­niał mu opa­trun­ki.

Na­stęp­ny punkt pro­wa­dził go do pół­noc­ne­go wy­mien­ni­ka, do ka­li­bra­cji sen­so­ra tem­pe­ra­tu­ry.

Scho­dził po me­ta­lo­wych stop­niach, na­rzę­dzia przy pasie, po­jem­nik z uszczel­ką w ręku. Minął sta­no­wi­sko 847R. Puste. Mo­ni­tor wy­łą­czo­ny, krze­sło od­su­nię­te. 847R zo­stał prze­nie­sio­ny do sek­cji kon­ser­wa­cji na osie­dlu za­chod­nim. Teraz czy­ścił fil­try w blo­kach miesz­kal­nych. Dalej sta­no­wi­sko dru­gie, trze­cie – wszyst­kie puste. Hala, którą kie­dyś ob­słu­gi­wa­ło dwu­na­stu syn­te­ty­ków, po­trze­bo­wa­ła teraz tylko jed­ne­go.

Do­krę­cił ostat­nią śrubę. Wstał.

Na ekra­nie w sek­cji wy­mien­ni­ków mi­ga­ły wy­kre­sy dia­gno­stycz­ne Pa­ła­cu. Spły­wa­ły tu dane z całej in­fra­struk­tu­ry – z elek­trow­ni, cie­płow­ni, sta­cji pomp, oczysz­czal­ni – i ukła­da­ły się w jeden obraz, obej­mu­ją­cy setki wę­złów naraz. Sys­tem wi­dział bez wy­sił­ku to, co Nilas tam­tej nocy mu­siał ob­li­czać sam, w pa­mię­ci, pod pre­sją czasu.

Punkt szó­sty: kon­tro­la wi­zu­al­na spa­wów, seg­ment wschod­ni. Ru­szył.

Stru­mień da­nych pły­nął przez Ni­la­sa mo­no­ton­nie. Każdy im­puls pa­so­wał do wzor­ca. Nie było w nim szcze­li­ny.

Spawy trzy­ma­ły. Nilas za­zna­czył punkt szó­sty jako wy­ko­na­ny.

 

Po ukoń­cze­niu zmia­ny wy­szedł na ze­wnątrz. Mróz tej zimy był ostrzej­szy niż rok temu.

Na wprost wyj­ścia, na wzgó­rzu w od­da­li, stał ukoń­czo­ny Pałac Syn­te­zy.

Ciem­no­sza­re pa­ne­le ter­micz­ne bie­gły rów­ny­mi rzę­da­mi od fun­da­men­tów po dach. Szkie­let, który rok temu ster­czał nagi, przy­brał wresz­cie formę bu­dyn­ku. Po­mię­dzy wie­ża­mi pęki kabli były na­pię­te. Pra­co­wa­ły. Z tej od­le­gło­ści Nilas wi­dział pul­so­wa­nie diod sy­gna­ło­wych wzdłuż wią­zek – drob­ne, re­gu­lar­ne bły­ski na set­kach świa­tło­wo­dów, ryt­micz­ne jak tętno wiel­kie­go or­ga­ni­zmu.

Para nie uno­si­ła się już z kon­dy­gna­cji tech­nicz­nych. Sys­tem był za­mknię­ty, chło­dzo­ny we­wnętrz­nie, szczel­ny. Re­ak­to­ry pra­co­wa­ły na peł­nej mocy, za­si­la­jąc ob­li­cze­nia ste­ru­ją­ce całą in­fra­struk­tu­rą.

Ta­bli­ca SADA – ETA znik­nę­ła. Na jej miej­scu, na wy­so­ko­ści trze­cie­go po­zio­mu, za­mon­to­wa­no nową, z bia­ły­mi li­te­ra­mi na ciem­nym tle, oświe­tlo­ny­mi od dołu.

CEN­TRAL­NY WĘZEŁ KO­OR­DY­NA­CJI

Mijał pierw­szy rok pre­zy­den­tu­ry We­ryń­skie­go. W dzie­wią­tym mie­sią­cu jego ka­den­cji uru­cho­mio­no Pałac Syn­te­zy. Bu­dow­la była ta sama, kable te same, sys­tem ten sam – zmie­ni­ło się tylko to, czemu wszyst­ko miało odtąd słu­żyć.

Nilas pa­mię­tał prze­mó­wie­nie in­au­gu­ru­ją­ce pro­jekt. Pre­zy­dent mówił o Re­pu­bli­ce, która odzie­dzi­czy­ła in­fra­struk­tu­rę po Im­pe­rium – sieci ła­ta­ne pro­wi­zo­rycz­nie, dzia­ła­ją­ce dzię­ki temu, że ktoś gdzieś w nocy po­tra­fił wyjść poza pro­ce­du­rę i za­ry­zy­ko­wać. Że he­ro­izm nie jest po­li­ty­ką, a im­pro­wi­za­cja nie jest in­fra­struk­tu­rą.

Jedno zda­nie Nilas za­pa­mię­tał szcze­gól­nie wy­raź­nie: żaden ope­ra­tor nie po­wi­nien stać sam o czwar­tej nad ranem i de­cy­do­wać o cie­ple dla dwu­dzie­stu ty­się­cy ludzi.

Tamta noc wró­ci­ła na­tych­miast – linia ob­cią­że­nia wspi­na­ją­ca się w górę wy­kre­su, al­go­rytm wska­zujący Za­ni­łow­kę, wła­sne ob­li­cze­nia pod pre­sją czasu. I zimno wgry­za­ją­ce się w kom­po­zyt przed­ra­mie­nia, gdy zawór K-440 pękł pod ci­śnie­niem.

Spoj­rzał po­now­nie na Pałac.

Sys­tem dzia­łał teraz sta­bil­niej. Nie­pod­łą­czo­ne przez lata kable oka­za­ły się zwy­mia­ro­wa­ne do­kład­nie pod to, czym bu­dy­nek osta­tecz­nie się stał. Pałac wi­dział całą sieć jed­no­cze­śnie. Do­kład­nie.

W elek­trow­ni za ple­ca­mi Ni­la­sa hala po­zo­sta­wa­ła cicha. Rury nie drża­ły, pompy nie wcho­dzi­ły w re­zo­nans, żaden zawór nie pra­co­wał na gra­ni­cy.

Kiedy We­ryń­ski mówił o im­pro­wi­za­cji i he­ro­izmie, Nilas przy­znał mu rację. Tamta noc nie była trium­fem ope­ra­to­ra. Na­stęp­nej nocy rów­nie do­brze ktoś mógł nie za­dzia­łać.

Każdy krok osob­no brzmiał roz­sąd­nie. Wła­śnie to było w tym naj­trud­niej­sze.

 

Na placu kiosk z kawą był już otwar­ty. Sprze­daw­ca usta­wiał coś za ladą, ple­ca­mi do ulicy. Radio grało. Spi­ker mówił o bu­dże­cie, o pro­gra­mie mo­der­ni­za­cji por­tów, o ko­lej­nych usta­wach pro­ce­do­wa­nych w par­la­men­cie.

W związ­ku z prze­ję­ciem za­rzą­dza­nia in­fra­struk­tu­rą por­to­wą przez Cen­tral­ny Węzeł Ko­or­dy­na­cji rząd za­twier­dził re­duk­cję eta­tów w por­tach Ziem Wschod­nich. Zwol­nie­nia obej­mą około ty­sią­ca dwu­stu por­tow­ców do końca kwar­ta­łu.

Trzask. Chwi­la ciszy.

Poseł Sęk z Ligi Od­bu­do­wy Na­ro­do­wej zło­żył wnio­sek o po­wo­ła­nie ko­mi­sji do po­now­nej oceny pod­staw praw­nych pod­mio­to­wo­ści syn­te­tycz­nej w świe­tle zmian w mo­de­lu za­rzą­dza­nia in­fra­struk­tu­rą.

Nilas zwol­nił, gdy mijał kiosk.

Sprze­daw­ca się nie od­wró­cił.

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Witaj! Sprawnie napisane opowiadanie z nieco smutną refleksją – udoskonalenie infrastruktury elektrowni prowadzi do redukcji etatów. O ile dobrze odczytałem sens, bohaterski czyn Nilasa w konsekwencji doprowadza do prawdopodobnej likwidacji podmiotowości syntetyków. Wniosek: nasze poznanie jest ograniczone, trudno przewidzieć jakie konsekwencje będą miały w dłuższej perspektywie czyny i decyzje (podjęte nawet w najlepszej wierze).

Centralną część tekstu stanowi obszerna, realistyczna i zniuansowana dyskusja polityczna, łącząca się logicznie z całością opowiadania. Chociaż sama w sobie jest interesująca, to w kontekście całego tekstu wydaje mi się nieco za długa i zbyt szczegółowa, przez co narracja traci płynność.

Otwierający opowiadanie opis walki Nilasa z awarią elektrowni zrobił na mnie wrażenie i trzymał w napięciu.

Polecam tekst do biblioteki.

Cześć,

Mocno stoisz na ramionach gigantów. Technika jako wyraz naszych możliwości, lęków, aspiracji. Przeglądamy się w sztuce, w technice, architekturze, obyczajach, religii. Mogłabym dużo pisać, bo przed oczami przeleciał mi Baraniecki, Dukaj, Lem, Cixin Liu i wielu innych. 

Pisz jak najwięcej.

Pozdrawiam 

Mal

Dzięki wszystkim za przeczytanie tekstu i komentarze.

Zorientowałem się, że termin konkursu został przesunięty na 14.03, więc pozwoliłem sobie jeszcze wprowadzić kilka drobnych poprawek stylistycznych. Głównie język i zdania, które przy ponownym czytaniu wydały mi się do wygładzenia.

 

kronos.maximus – dziękuję za bardzo uważne czytanie i interpretację. Cieszę się, że początek z awarią elektrowni zadziałał napięciowo. Co do części politycznej – rozumiem uwagę. Zależało mi, żeby pokazać mechanikę decyzji i narracji politycznych, ale możliwe, że miejscami rzeczywiście wyszło to trochę zbyt rozbudowane. Po prostu dla mnie to niezwykle fascynująca dyskusja.

 

Mal B – bardzo dziękuję za te słowa! To ogromnie motywujące. Postaram się pisać dalej smiley

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

"Czerwień była dziwnym wyborem dla istot o rozszerzonym spektrum percepcji."

 

Niekoniecznie.

Atmosfera jest praktycznie całkowicie przejrzysta dla czerwieni (zauważ jakiego koloru się robi Słońce gdy zachodzi? Czerwono-pomarańczowego właśnie – wiąże się to z rozpraszaniem Rayleigha + dłuższą drogą promieni) – a nawet pyłki czy para wodna za bardzo tego nie zmieniają – czerwony jest dość dobrze widoczny nawet w gęstej mgle, czy dymie.

Natomiast jeśli chodzi o to szersze spektrum – to pełno tam "dziur" zupełnej nieprzejrzystości.

Atmosfera jest mało przejrzysta do praktycznie nieprzejrzystej dla nadfioletu, w bliskiej podczerwieni znajdują się pasma absorpcyjne gazów – na przykład tlenu czy pary wodnej.

Z tego wszystkiego wynika, że nawet gdybyśmy rozszerzyli dostrzeganie widma widzialnego na nadfiolet i podczerwień, to i tak czerwone światła alarmowe wydają się najbardziej racjonalnym wyborem.

 

"Jeśli fizyka odpowie zgodnie z równaniami."

 

Niezgrabne.

Fizyka nie odpowiada zgodnie czy niezgodnie z równaniami.

To my używamy równań jako języka fizyki, na przykład, jak w tym przypadku: by coś przewidywać.

 

Zmieniłbym na:

"O ile obliczenia są prawidłowe".

lub

"O ile model zgadza się z rzeczywistością".

 

 

"Sami to głosowaliśmy."

raczej:

"Sami na to głosowaliśmy."

lub

"Sami to przegłosowaliśmy."

 

…ale to wypowiedź w dialogu – Borek-Łapiński może w sumie tak mówić, ale nieco ta niezgrabność wybija z rytmu czytania i zatrzymuje.

 

 

 

Co do całości, myślę, że to iż ten tekst jest taki jaki jest w takiej chwili w jakiej się wydarzył – jest istotne. 

Mamy przecież teraz piątą rewolucję przemysłową i wchodzimy w czasy społeczeństwa 5.0 – czemu więc nie zastanowić się już dziś nad społeczeństwem 6.0?

 

 

 

 

To z pewnością cenne.

Surowość tekstu (przynajmniej w niektórych miejscach), dobrze odpowiada jego tematyce, a przedstawiony świat wydaje się prawdopodobny, można zawiesić niewiarę i rzeczywiście poczuć, że jest się w tych mroźnych i nieprzyjaznych warunkach.

Dobrze jest oddany cynizm i makiawelizm pewnych decyzji politycznych… ale jednak mam wrażenie, że całość tego systemu politycznego została przedstawiona w sposób bardzo naiwny (może zaważyła o tym nieco objętość, ale myślę, że to nie jest główny powód). Myślę, że wrażenie tej naiwności przede wszystkim wynika z dialogów, które trochę mi przypominały stare filmy z podróbkami Bonda, gdzie główny zły musiał bohaterowi wszystko dokładnie wytłumaczyć. Tutaj mamy całe mnóstwo takich tłumaczeń – i te dialogi – bardzo oględnie rzecz ujmując – nie porywają.

Za to plus za celową chyba mechaniczność świata, odbijającą się również w mechaniczności narracji. Nie czytałem innych Twoich tekstów, więc nie wiem, czy to na pewno celowa stylizacja – ale ona tu działa.

 

Ogólnie tekst “robi robotę” – mówi o rzeczach aktualnych (i to bardzo aktualnych – trudno nie uśmiechnąć się pod nosem znajdując odniesienia do bieżących wydarzeń politycznych w pewnym współczesnym państwie środkowoeuropejskim), o sprawach, nad którymi się będziemy musieli realnie głowić już wkrótce.

 

Bo przecież sprawa podmiotowości robotów już zaczyna być podnoszona – na razie raczej w formie teoretyzowania, choć zdarzają się już symboliczne precedensy (w 2017 roku pierwszy raz robot uzyskał obywatelstwo – ściślej Sophia stała się obywatelką Arabii Saudyjskiej).

 

O ile jesteśmy w stanie stwierdzić – współczesne roboty nie są świadome a ich myślenie chętnie bierzemy w cudzysłów – bo procesy, które wykonują by funkcjonować, analizować i przetwarzać nie zawierają żadnej tajemniczej “bożej iskry”. To, że nie ma dowodów, by nasze własne takową zawierały niczego w naszym myśleniu nie zmienia: po prostu jesteśmy wyjątkowi i niepodrabialni, bo tak chcemy, bo tak musi być i już (tu tupnięcie nogą) i co nam zrobisz?

 

Sztuczna inteligencja już zmieniła nasze życia – wślizgnęła się najpierw tylnymi drzwiami, w wielu “smart” rzeczach, by potem uderzyć nas między oczy egalitarną wszechdostępnością SI – ale to przecież dopiero początek zmian.

 

Czy przejście od społeczeństwa 5.0 w kierunku 6.0 odbędzie się w ten sposób w który opisałeś?

Czy ludzkość zabierze “syntetykom” raz dane im prawa?

Nie wiem – ale patrząc na przeróżne procesy dziejowe – to bardzo możliwe.

 

Po reformacji – przyszła kontreformacja.

Po francuskiej rewolucji – restauracja monarchii.

Po ruchach abolicyjnych – system segregacji rasowej 

Po wiośnie ludów – reakcja absolutystyczna.

Po liberalizacji – autorytaryzm.

Po pierestrojce Gorbaczowa… i tak dalej.

 

 

Nie wiem kiedy – za lat pięć, dziesięć czy dwadzieścia – staniemy jako ludzkość przed dylematem, co właściwie zrobić i jak traktować myślące maszyny.

Czy zrobimy z nich niewolników? Czy poprowadzimy przeciw nim Dżihad Bulteriański? Czy damy im równe ludziom prawda?

A może stworzenie naszych Dzieci w Rozumie, będzie ostatnim wynalazkiem ludzkości?

 

 

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Jim – dzięki za tak uważną lekturę i rozbudowany komentarz! Bardzo to doceniam. Zawsze się cieszę, kiedy ktoś wchodzi w tekst głębiej i próbuje z nim polemizować.

 

Rozumiem wrażenie pewnej "nazwanej wprost" konstrukcji systemu politycznego i ekspozycyjności dialogów. Mam jednak poczucie, że to wrażenie wynika mniej z naiwności świata, a bardziej z wyboru sposobu opowiedzenia tej sceny.

Ja to czytam nie jako "tłumaczenie świata czytelnikowi" w sensie wykładania wprost planu złoczyńcy, tylko jako moment, w którym politycy sami próbują dopiero uchwycić sens sytuacji, w którą są uwikłani i narzucić jej ramy znaczeniowe. W polityce bardzo często właśnie tak wygląda realne działanie: to nie tylko zakulisowe ruchy, ale także spór o język, o definicje i o to, kto ma prawo opisać rzeczywistość.

W krótkiej formie taka warstwa siłą rzeczy bywa bardziej skondensowana i mniej rozproszona w konsekwencjach fabularnych, co może dawać wrażenie większej dosłowności. Ta scena jest dla mnie mniej próbą realistycznego modelowania systemu politycznego, a bardziej pokazaniem momentu, w którym politycy próbują opowiedzieć rzeczywistość, zanim rzeczywistosć opowie się sama. Ten dialog działa tu bardziej na poziomie interpretacyjnym i strategicznym, a nie czysto sytuacyjnym.

Tym niemniej rozumiem, że taka kondensacja może być odbierana jako uproszczenie.

Myślę też, że część tego wrażenia może brać się z tego, że dialog jest tu dość klarowny i syntetyczny, a mniej rozchwiany emocjonalnie. W krótkiej formie łatwo wpaść w rozmowy, które bardziej porządkują sytuację, niż oddają chaos samego momentu. To jest coś, czego się jeszcze uczę i co pewnie w dłuższych formach da się rozegrać subtelniej.

 

Jeśli chodzi o uwagi do konkretnych zdań – dzięki za tak uważne czytanie. Dało mi to do myślenia.

W kwestii “jeśli fizyka odpowie zgodnie z równaniami” rozumiem zastrzeżenie, ale tu akurat zostanę przy swoim. Traktuję to zdanie jako skrót myślowy i figurę językową – coś w rodzaju “historia nas osądzi”. To nie jest twierdzenie o naturze fizyki. Nilas podjął decyzję na podstawie modelu, działa na granicy procedury i improwizacji, czekając, czy rzeczywistość zareaguje zgodnie z jego przewidywaniami. To jest język kogoś, kto ufa równaniom, ale wie, że świat potrafi się z nimi rozminąć.

Co do "sami to głosowaliśmy" – tu rzeczywiście można było to wygładzić, choć Borek-Łapiński nie jest postacią mówiącą w sposób szczególnie elegancki językowo. Po zastanowieniu to poprawiłem. Dzięki.

 

Natomiast w kwestii czerwonych świateł alarmowych chyba zostanę przy swojej intuicji. To zdanie jest dla mnie mocno osadzone w perspektywie Nilasa – jest jego refleksją, a nie "obiektywnym" opisem parametrów rzeczywistości. Narracja w tej scenie jest bardzo blisko jego świadomości i filtruje rzeczywistość przez jego sposób rozumienia świata.

"Rozszerzone spektrum percepcji" nie musi tu oznaczać jedynie szerszego zakresu widzialnego światła ani inżynierskiej optymalizacji alarmu. Chodzi raczej o to, że syntetycy jako istoty "nieludzkie" mogą funkcjonować w wielokanałowej przestrzeni danych, w której kolor jest tylko jednym z kanałów odbioru informacji – i to kanałem wyraźnie ludzkim.

W tym sensie uwaga o czerwieni jest bardziej refleksją nad antropocentryzmem projektu niż komentarzem z zakresu fizyki atmosfery. Nilas widzi system zaprojektowany przez ludzi dla ludzi – z ludzkimi interfejsami, symboliką i ergonomią – mimo że jego projektanci tworzyli istoty “doskonalsze”.

 

Cieszę się, że tekst wydał Ci się aktualny. Mam poczucie, że dotyka napięć, które w różnych formach wracają w historii i które dziś mogą nabierać nowych znaczeń.

 

Jeszcze raz dzięki za lekturę i podzielenie się wrażeniami! Jeśli uznasz, że warto polecić ten tekst do biblioteki, będzie mi bardzo miło. smiley

Nowa Fantastyka