- Opowiadanie: d.pankovski - Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Spowiedź)

Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Spowiedź)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Spowiedź)

Nazywam się ojciec Marek i jestem spowiednikiem w Miastkowie. Gówno was to obchodzi, wiem, ale musicie zrozumieć jedno: to miejsce jest rakiem. Rakiem, który widać dopiero wtedy, kiedy się rozcina skórę i z rany leci biała, śmierdząca zgnilizną maź. Mieszkam tu od pięciu lat. Pięć lat słuchania, jak się ludzie spowiadają z rzeczy, za które w normalnym świecie powinni trafić do piachu, a nie do konfesjonału. I wiecie co? Bóg już tu nie mieszka. Wyprowadził się, jak tylko zaczęli wycinać las pod tę pieprzoną fabrykę mebli.

Był czwartek. Pamiętam, bo na plebanii dawali na obiad flaki, a ja flaków nienawidzę. Po prostu nie trawię myśli, że coś, co było w środku krowy, teraz pływa mi w talerzu. Siedziałem w konfesjonale, dusiłem się w tej dębowej klatce, a przede mną przewijały się te same twarze. Stara Czerwińska, która spowiada się, że myślała "nieczysto" o listonoszu, a w rzeczywistości wydoiła sąsiadce krowę na śmierć, bo ta głośniej puszczała disco-polo. Głuchy Majewski, który przychodzi tylko po to, żeby pospać w cieple. Nuda. Ciężka, wilgotna nuda, od której pleśnieją myśli.

Potem przyszła godzina piętnasta. Godzina miłosierdzia, kurna. I wtedy otworzyły się drzwi.

Nie usłyszałem kroków. Po prostu poczułem zapach. Wilgotnej ziemi, starego drewna i czegoś słodkiego, mdlącego, jak przejrzałe maliny, które zaczynają już gnić. Podniosłem wzrok. Przez kratkę konfesjonału zobaczyłem tylko skrawek policzka. Biały jak opłatek. I oko. To oko patrzyło na mnie, ale nie tak, jak patrzy człowiek. To było spojrzenie studni – ciemne, głębokie i bez żadnego odbicia.

– W imię Ojca i Syna… – zacząłem automatycznie, ale przerwał mi głos. Cichy, suchy, jakby ktoś szeleścił papierem ściernym.

– Nie przyszedłem do Boga, księże Marku. Przyszedłem do pana.

Zamknąłem ryja. Bo co miałem powiedzieć?

– Słucham? – wydukałem w końcu, siląc się na profesjonalny ton. – Spowiedź jest rozmową z Bogiem, nie ze mną.

Postać za kratką zaśmiała się. To nie był śmiech. To był dźwięk pękającej deski.

– Bóg? – powtórzył. – Bóg zasnął, księże. Obudzi się dopiero, jak skończymy. A my mamy sporo do roboty. Muszę się wyspowiadać. Ale tak porządnie. Bez ogródek. Bo jak nie pójdzie mi dziś lekko, to chyba komuś coś się stanie. Może tej starej, co śpi w ławce? Majewskiej?

Ścisnęło mnie w żołądku. Głucha Majewska rzeczywiście spała w ławce pod chórem, czekając, aż jej wnuk skończy się modlić (czyli palić papierosy na cmentarzu).

– Mów, synu – wykrztusiłem, choć wolałbym go cisnąć kropidłem w łeb.

– Pamięta pan pożar tartaku w 2005? – zapytał.

Pamiętałem. Spłonął wtedy nocny stróż, Zenek. Mówili, że papieros, stara instalacja. Nikt nie grzebał.

– To ja go tam zamknąłem. Lubiłem patrzeć, jak płonie. Ale to było dawno. Grzechy młodości. Chcę mówić dalej.

Pióro wypadło mi z ręki.

– Zamknąłeś? Dlaczego? – głos mi zadrżał, kurwa.

– Bo gapił się na mnie. Codziennie, jak szedłem do sklepu. Gapił się tymi swoimi rybimi oczami i uśmiechał. Miał brzydki uśmiech. Brakowało mu trzech zębów. Więc go zamknąłem. I podlałem trochę benzyną. To był piękny ogień. Pomarańczowy z niebieskimi pasmami. Wie pan, jak pachnie palone mięso? Jak pieczeń, tylko bardziej… swojsko.

Zatkało mnie. Chciałem krzyczeć, wzywać policję, ale nogi mi zdrętwiały. A on mówił dalej. Mówił o swojej matce, którą pochował w piwnicy, bo "nie chciała jeść zupy". Mówił o psach, które zakopywał żywcem na polu za remizą, bo "szczekały za głośno". Mówił o dziewczynce, która zbierała poziomki na skraju lasu dwa lata temu. To on. Zabrał ją, bo miała czerwone gumowce. Gumowce zakopał, ale jej nie. Zostawił w dziupli. Mówił, że lubił z nią rozmawiać, dopóki nie przestała odpowiadać.

Słuchałem tego przez kwadrans. Albo i godzinę. Czas w Miastkowie płynie inaczej, zwłaszcza jak ci jakiś skurwysyn opowiada, jak to robił lalki z trupów zwierząt. W konfesjonale zrobiło się nagle zimno. Tak zimno, że widziałem swój oddech.

– Dlaczego mi to mówisz? – wyszemrałem w końcu, przyciskając czoło do kratki. – Szukasz rozgrzeszenia? Chcesz, żebym ci odmówił pokutę?

Zapadła cisza. Długa, ciężka. A potem jego twarz przybliżyła się do kratki tak bardzo, że zobaczyłem jego usta. Były spierzchnięte, a w kąciku ust miał zaschniętą krew.

– Rozgrzeszenia? – szepnął, a jego oddech uderzył we mnie zgnilizną i słodyczą. – Ja nie chcę rozgrzeszenia, księże. Ja chcę, żebyś ty się wyspowiadał.

Osłupiałem.

– Co?

– Widziałem cię wczoraj – syknął. – Jak szedłeś na plebanię. Minałeś Kowalską, która wieszała pranie. Popatrzyłeś na nią. Popatrzyłeś na jej majtki. I pomyślałeś. Pomyślałeś, że dawno nie czułeś kobiety. A potem, jak wróciłeś do siebie, to nie modliłeś się, tylko piłeś jałowcówkę prosto z butelki i patrzyłeś w sufit. Myślałeś o tym, jakby to było zabić tę starą Czerwińską, bo ci śmierdzi w konfesjonale. Myślałeś, że życie księdza to klaustrofobiczny pierdolnik. Że nienawidzisz tych ludzi, tej wsi, tego zapachu kadzidła i flaków. Że wierzysz w Boga, ale Go nienawidzisz za to, że cię tu zamknął. Więc powiedz mi, ojcze. Kto tu jest bardziej chory? Ja, co robię rzeczy, czy ty, co tylko o nich myślisz?

Prawda paliła jak rozżarzone węgle. Bo to wszystko było prawdą. Każde cholerne słowo. Chciałem mu przyłożyć, rozwalić ten konfesjonał, ale nie mogłem się ruszyć. Czułem, jakbym sam tkwił w czymś lepkim, w tej samej mazi, o której myślałem rano.

– To nie to samo – wykrztusiłem.

– Jasne – roześmiał się. – To nigdy nie jest to samo. Ale powiedz mi, ojcze, kiedy ostatni raz byłeś naprawdę szczęśliwy? Kiedy ostatni raz poczułeś, że żyjesz, a nie tylko odhaczasz kolejne dni do śmierci? Ja czuję to za każdym razem, kiedy patrzę, jak ktoś gaśnie. To jest intensywniejsze niż seks. To jest jak… jakbyś trzymał w dłoni całe czyjeś życie i mógł je zgasić jak świeczkę. I wtedy wiesz, że istniejesz. A ty? Ty tylko siedzisz i słuchasz. Jesteś śmietnikiem na cudze brudy. Jesteś nikim.

Jego słowa wwiercały mi się w mózg. Złapałem się na tym, że zaczynam go rozumieć. I to było najgorsze. To gówno, które we mnie siedziało, ta frustracja, ta złość na cały świat, nagle znalazły w nim brata.

– Czego chcesz? – wyszeptałem.

– Chcę, żebyś zdjął sutannę – powiedział cicho. – I poszedł ze mną. Pokażę ci las. Pokażę ci, gdzie naprawdę mieszka Bóg. Bo nie ma go w tym pudle. Jest tam, w ciemności, w mchu, w tym, co gnije i rodzi się na nowo. Chodź. Wyspowiadaj się przede mną ze swojego życia. A potem… potem zobaczymy.

I wtedy coś we mnie pękło. Może ta cała wiara była tylko fasadą, może to miasteczko wypiło ze mnie wszystkie soki. Otworzyłem drzwiczki konfesjonału. Wstałem. Korytarz był pusty. Przede mną stał on – chudy, wysoki mężczyzna w starym, brudnym prochowcu. Miał białe, niemal przezroczyste włosy i oczy tak bladoniebieskie, że wyglądały jak szklane kule. Uśmiechnął się. Wyszczerzył zęby – ostre, spiłowane, jak u ryby.

– No, chodź, ojcze. Pora na wieczorną modlitwę.

Wyszliśmy z kościoła. Na dworze zapadał zmierzch, ale niebo było dziwnie jasne, takie zielonkawe, jakie bywa przed burzą. Przeszliśmy przez rynek, minęliśmy sklep, pomnik wdzięczności za coś tam. Nikt na nas nie patrzył. Albo udawali, że nie widzą. W Miastkowie nikt nic nie widzi.

Doszliśmy do lasu. Na skraju stała ta dziewczynka. Ta w czerwonych gumowcach. Stała tyłem do drogi. Jej włosy były potargane i brudne, a na sukience miała ciemne plamy.

– Nie bój się – szepnął mężczyzna. – Ona już nic nie powie. Ona tylko czeka.

Dziewczynka odwróciła się powoli. Nie miała twarzy. Zamiast niej, w miejscu oczu, nosa i ust, wyrastał mech. Wilgotny, leśny mech, z którego sączyła się woda. A w tym mchu, jak robaczki świętojańskie, świeciły się malutkie, czerwone punkciki.

– Patrz – powiedział mężczyzna i położył mi dłoń na ramieniu. Jego palce były zimne jak lód. – Ona stała się częścią tego miejsca. Tak jak ty się staniesz. Bo Bóg nie umarł, ojcze. On tylko zasnął w ziemi. I musimy Go obudzić krwią.

Klęknąłem. Nie wiem dlaczego. Może z zimna, może ze strachu, może z tego chorego zachwytu. Mech pod moimi kolanami był miękki i wilgotny, a z ziemi unosił się ten sam słodkawy zapach, który czułem w konfesjonale.

– Spowiadaj się – rozkazał.

Otworzyłem usta. I zacząłem mówić. Mówiłem o wszystkim. O nienawiści, o zazdrości, o chciwych spojrzeniach na Kowalską, o myślach, w których zabijałem Czerwińską jej własną laską, o tym, jak chciałem podpalić plebanię z tą starą wiedźmą kucharką w środku. Mówiłem, że nie wierzę w nic, tylko w tę ziemię, w to błoto, które wsysa wszystko. Mówiłem, że czuję ulgę. Pierwszy raz w życiu byłem szczery.

Gdy skończyłem, podniosłem wzrok. Mężczyzna stał nade mną, a na jego twarzy malował się spokój. Ale on już nie patrzył na mnie. Patrzył na coś za mną. Odwróciłem się powoli.

Na skraju lasu, tam skąd przyszliśmy, stał tłum. Całe Miastkowo. Czerwińska, Majewski, Kowalska z tymi swoimi majtkami, listonosz, kucharka z plebanii, wszyscy. Stali w milczeniu, wpatrzeni we mnie. Ich twarze… ich twarze nie były ludzkie. Były jak maski z kory, z której wyrastały grzyby i porosty. Ich oczy były puste, czarne, jak dziuple.

– Nie martw się, ojcze – usłyszałem jego głos za plecami. – To tylko twoi parafianie. Czekali na ciebie. Czekali, aż w końcu do nich dołączysz. Bo widzisz, w Miastkowie wszyscy kiedyś przyszliśmy się wyspowiadać. I wszyscy zostaliśmy wysłuchani.

Chciałem krzyczeć, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Czułem, jak coś rośnie w moim gardle. Coś wilgotnego, mchowatego. Podniosłem ręce do twarzy – były szare, pokryte cienką warstwą pleśni. Patrzyłem, jak tłum powoli zbliża się do mnie, stąpając miękko po mchu. A ja, ojciec Marek, spowiednik, klęczałem i czekałem, aż stanę się częścią ich milczącego, zgnilizną woniejącego pacierza.

Ostatnia moja myśl była prosta i czysta jak łza: w końcu przestałem czuć zapach flaków.

Koniec

Komentarze

Ciekawe! Bardzo miło się czytało, chociaż trochę mi nie pasował styl mówienia antagonisty na początku, z tymi krótkimi zdaniami. Ale tak czy tak, ciekawy koncept, mam nadzieję, że Miastkowo mimo wszystko jest miłym miastem. Osobiście nie przepadam za przekleństwami w opowiadaniach ale rozumiem czemu służyły w tym. 

Jedna rzecz, jest napisane Minałeś Kowalską, a powinno być chyba Minąłeś Kowalską

Miły dreszczowiec! Proszę pisać dalej! 

Cześć,

Masz naprawdę świetny styl. Czyta się lekko i z przyjemnością. Humor opowiadania bardzo do mnie trafia.

Szczególnie podobał mi się początek tekstu. Dialog wydaje mi się za długi. W sumie nie bardzo rozumiem motywację penitenta ani do popełnienia morderstwa, ani wyznania grzechów. Mógł to inaczej załatwić. W każdym razie to co zrobił nie koresponduje w opowiadaniu z jego mszaną naturą :P

Puenta wydaje się mało trafna. Czemu jego myśl miała być ostatnia, skoro opowiada wydarzenia retrospektywnie? I czemu w takim momencie stwierdził, że przestał czuć smak flaków, skoro ich wtedy nie jadł? :D

Fajne opowiadanie, ale Dentysta podobał mi się bardziej :)

Pozdrawiam 

 

 

 

 

 

Opisujesz osobliwe wydarzenia, więc będę czekać na kolejne opowieści z cyklu „Chwasty”. :)

 

– Pa­mię­ta pan pożar tar­ta­ku w 2005? – za­py­tał. → – Pa­mię­ta pan pożar tar­ta­ku w dwa tysiące piątym? – za­py­tał.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Mi­na­łeś Ko­wal­ską, która wie­sza­ła pra­nie. → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

LarsFordren, khomaniac, regulatorzy

Dziękuję za komentarze.

khomaniac

Pewnie powinienem teraz wyjaśnić, „co autor miał na myśli”, ale tego nie zrobię.

Każdy z chwastów dotyczy innego zagadnienia – różnych aspektów ludzkiej psychiki, wpływu otoczenia oraz utartych stereotypów.

To do czytelnika należy sposób odczytania tego, o czym piszę. A jeśli tekst okazuje się niemożliwy do interpretacji, może to znaczyć tylko jedno – jako autor nie potrafiłem stworzyć go na tyle dobrze, by bronił się bez dodatkowych wyjaśnień.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Nowa Fantastyka