Opowiadanie z pogranicza horroru i absurdu.
Miłej lektury ;).
Opowiadanie z pogranicza horroru i absurdu.
Miłej lektury ;).
Teleturniej
Nie miałem pracy i czułem się z tym świetnie. Całymi dniami leżałem na kanapie, gapiąc się w sufit, albo w telewizor.
Czasem jakieś piwko, gdy udało się znaleźć zaskórniaki. Cudowne życie!
Pragnąłem, by trwało jak najdłużej.
Wszystko się zmieniło przez program Praca Cię Znajdzie, który był prowadzony przez tajemniczego Pana Zdrapkę. Zawsze z uśmiechem, w pięknym garniturze. Wydawało się, że Pan Zdrapka to koleś z klasą.
W programie występowały bezrobotne osoby. Ich zadaniem było wylosowanie i zdrapanie zdrapki. Jeśli miałeś szczęście i wygrałeś – wracałeś do domu, często z kasą.
Jeśli miało się jednak pecha, a najczęściej tak bywało – trafiałeś do pracy.
Codziennie o dwudziestej włączałem telewizor i oglądałem program, bawiąc się przy tym w najlepsze. Widziałem, jak niektórzy płakali, inni prosili na kolanach, żeby ich oszczędzić, żeby nie musieli iść do pracy.
Pan Zdrapka był jednak nieugięty, nie przepuścił nikomu.
Śmiałem się do łez, do czasu, aż któregoś dnia, o szóstej rano, do moich drzwi nie zapukała ekipa programu.
– Zapraszamy z nami. – powiedzieli uprzejmie, uśmiechając się.
Nie miałem wyjścia. Wsiadłem do busa i kilka godzin później byłem już w studiu nagraniowym.
Zrobiono mi piękną charakteryzację, podano kawkę i obiad. Czułem się na tyle rozluźniony, że przez chwilę zapomniałem, gdzie się znajduję.
Gdy wybiła godzina dwudziesta, zaczął się program. Stałem w miejscu dla uczestników, nerwowo przełykając ślinę. Pot spływał mi po twarzy strumieniami.
– Dobry wieczór, państwu! – zaczął Pan Zdrapka z szerokim uśmiechem.
Widzowie głośno klaskali, a ja czułem, jak nogi uginają się pode mną.
– W dzisiejszym odcinku jest z nami pan Mirek, który w swoim trzydziestoletnim życiu przepracował całe zero godzin! – Widownia zaczęła buczeć, a mi pociemniało przed oczami.
– Ale dzisiaj, mam nadzieję, wszystko się zmieni. – kontynuował.
Podszedł do mnie szybkim krokiem i zapytał:
– Panie Mirku, jaką zdrapkę pan wybiera?
Patrzyłem na stół, na dwadzieścia ułożonych zdrapek. W którejś z nich była kasa i wolność, a w innych… nie chciałem o tym myśleć.
Ręce mi drżały. Dotykałem każdą zdrapkę, zamykając oczy, jakbym mógł wyczuć, co się pod nimi kryje.
– Śmiało, panie Mirku. – zachęcał Pan Zdrapka.
Mocno zacisnąłem powieki, zdałem się na los. Wskazałem zdrapkę i powiedziałem:
– Wybieram tę!
Publiczność wstrzymała oddech.
– W takim razie proszę zobaczyć, czy praca cię znalazła! – krzyknął wesoło prowadzący.
Gdy trzymałem w dłoni zdrapkę, poczułem suchość w ustach, jakbym zjadł piasek. Dłonie trzęsły mi się tak mocno, że los prawie mi z nich wypadł.
Błagałem w myślach, żeby tylko nie przegrać. Pot płynął mi po czole, niektóre krople spadały na zdrapkę.
I w końcu stało się… zdrapałem. Moim oczom ukazał się napis „BRAK WYGRANEJ”.
Zamarłem.
Miałem nadzieję, że to tylko zły sen.
Pan Zdrapka podszedł do mnie i powiedział:
– No cóż, los nie był dla pana łaskawy. Zapraszam do pracy. Myślę, że będzie się pan świetnie bawił! – wołał Pan Zdrapka, przy dźwiękach oklasków. – W tym sezonie naszym sponsorem jest chłodnia Pinguś, zarządzana przez dyrektora Artura Grochotę. Pinguś, zawsze świeże! Panie Mirku, zapraszam do busa i życzę panu miłej pracy!
Widziałem to tyle razy w telewizji, nie sądziłem, że spotka i mnie. Idąc do busa z logo programu, zacząłem płakać. Co prawda to tylko pięć dni, ale czułem, jakbym szedł do więzienia na wieczność.
Producenci programu przygotowali specjalny hotel blisko miejsca pracy, żeby nie trzeba było wracać do domu. Sam nie wiedziałem, jak daleko będę jechał i to sprawiało, że serce waliło mi jeszcze bardziej.
Pinguś nadciągał…
DZIEŃ 1
Gdy tylko drzwi Pingusia otworzyły się, zobaczyłem ogromną halę, na środku której stał wielki zbiornik. Unosił się z niego dym, lub para, trudno było stwierdzić.
Po chwili podszedł do mnie dziwny mężczyzna. Jego włosy sterczały na wszystkie strony, jakby strzelił w niego piorun.
Na oczach miał okulary. Mężczyzna był chudy niczym patyk. Wzrok miał rozbiegany, jakby wszędzie działo się coś ciekawego.
– Witam pana w naszym skromnym zakładzie. – powiedział, wyciągając rękę, którą uścisnąłem. Była zimna niczym lodowiec.
– Jestem Artur Grochota i przez pięć dni będę pana szefem. Na początek chciałbym poinformować, że w naszym zakładzie jest kategoryczny zakaz biegania, bo można wpaść do zbiornika z ciekłym azotem i będzie wziuuuu… jak na sankach… – zaśmiał się i wskazał parujący przedmiot.
– To nie lepiej jakoś ten zbiornik zabezpieczyć? – zapytałem, siląc się na uśmiech.
Artur tylko spojrzał na mnie, mrużąc oczy, jakbym powiedział najgłupszą rzecz na świecie.
– Firma obecnie nie ma funduszy na takie przedsięwzięcia. Poza tym, jeśli będzie pan przestrzegał zasad, nic się nie stanie.
Spojrzałem na zbiornik i zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem zrozumieć. Maskotkę pingwinka, miała może metr wysokości. Pingwinek w szaliku i rękawiczkach, machał do mnie.
– To Pikuś. – wyjaśnił Grochota, oprowadzając mnie po hali. – Taka nasza firmowa maskotka pocieszynka, żeby wie pan… nikomu na zakładzie nie było smutno. – zaśmiał się dziwnym, charczącym śmiechem.
Na hali panował tak niesamowity chłód, że już po kilku minutach wargi miałem całkiem sine. Czułem, jak mróz przeszywa moje ciało do szpiku kości.
Artur Grochota, chociaż ubrany tylko w cienki, biały kitel, nic sobie z tego nie robił.
– Dzisiaj pana praca będzie polegała na sprzątaniu chłodni i utrzymywaniu niskiej temperatury. Mamy tutaj bardzo ważne i cenne towary, które muszą być zawsze świeże! To też motto naszego zakładu, Pinguś, zawsze świeże! – Wyciągnął palec wskazujący i pomachał mi przed oczami. –Jedyne czego oczekuję to żeby było zimno i czysto! By nikt się nie przewrócił, bo można polecieć wziuuuu… jak na sankach.
Po tych słowach skierowaliśmy się do sąsiedniego pomieszczenia z napisem „pomieszczenie socjalne”. Widziałem czwórkę osób, które siedziały i zajadały drugie śniadanie.
Przywitałem się z nimi skinieniem głowy, na co odpowiedzieli tym samym.
Cały pokój był niewielkich rozmiarów, a przynajmniej taki się wydawał w porównaniu z ogromną halą.
– Dostanie pan ode mnie ubranie robocze, żeby się pan czasem nie przeziębił na zakładzie. – powiedział Artur Grochota i wręczył strój, przypominający skafander astronauty.
– Zostawiam pana z nowymi kolegami i no cóż… do roboty! – Po tych słowach odwrócił się na pięcie i wyszedł na halę.
Czułem się jak w lodówce, więc czym prędzej włożyłem skafander. Zauważyłem, że w niektórych miejscach był podarty, głównie na rękawach. Westchnąłem poirytowany.
Usiadłem na wolnym krześle obok nowych znajomych, ale żaden się nie odezwał. Wpatrywali się tylko we mnie jak w jakiś rzadki okaz i… tyle. Czułem się mocno niezręcznie, więc czekałem tylko na koniec przerwy. Może zabrzmi to dziwnie, ale już wolałem iść do pracy.
Po przerwie wszedłem z powrotem na halę. Chłód był niesamowity, szczypał mocno skórę przez podarty materiał ubrania roboczego.
Chwyciłem stojącą w kącie miotłę i zacząłem zamiatać podłogę. Na kolumnie wisiał termometr, oszroniony jakby padał na niego śnieg. Wskazówka zatrzymała się na minus trzydzieści stopni. Byłem tak zaskoczony, że otworzyłem oczy z niedowierzania.
Zbiornik z ciekłym azotem parował, obok niego wciąż stała maskotka Pikuś i… machała do środka. Myślałem, że mam jakieś omamy wywołane zimnem, ale nie, nic mi się nie przywidziało! Maskotka naprawdę stała i machała do wnętrza zbiornika.
Wróciłem do swojej pracy zamiatacza.
Pozostali pracownicy wyciągali towar z ogromnych bloków i pakowali na paletę. Mięso, ryby, warzywa. Jeden z mężczyzn przewoził paletę wózkiem widłowym, dwóch innych pakowało towar, kolejny zapisywał coś na kartce. Każdy precyzyjny jak w zegarku. Ogólnie w hali panowała dziwna cisza. Nikt ze sobą nie rozmawiał, nikt się nie śmiał, nic, zero. Jedynym źródłem dźwięku był zbiornik i dochodzące z niego bulgotanie. Ten zbiornik, kompletna abstrakcja, czemu w zasadzie stał tutaj na środku?
Po ośmiu godzinach wróciłem do hotelu. Oprócz panującego zimna, robota nie była ciężka. Jutro czekała mnie pierwsza zmiana, więc chciałem się wyspać.
Nie mogłem się doczekać końca kary.
DZIEŃ 2
Przetarłem wciąż zaspane oczy i w pokoju socjalnym włożyłem na siebie skafander. Zastanawiałem się, czy przywitamy dziś nowego pracownika. Niestety, nie oglądałem programu Pana Zdrapki i nie miałem pojęcia, czy ktoś przegrał.
Byłem pierwszy, więc po chwili drzwi otworzyły się i do środka weszło trzech pracowników. Jednego nie kojarzyłem z poprzedniego dnia, więc być może ktoś miał pecha we wczorajszym odcinku.
– Panie Mirku. – zwrócił się do mnie Grochota, wchodząc cicho do pomieszczenia. – Dzisiaj pomoże pan chłopakom przy rozładunku towaru. Proszę włożyć rękawiczki. – powiedziawszy to wyszedł z pomieszczenia.
Wziąłem głęboki wdech, włożyłem rękawice i wszedłem do chłodnej hali.
Ciężarówka z towarem przyjechała chwilę później.
Razem z pracownikiem Kamilem podeszliśmy do niej, zabierając towar.
Kamil pracował tutaj od dwóch lat, był jedynym stałym pracownikiem, oprócz Grochoty.
– O co chodzi z tym zbiornikiem? – zapytałem mimochodem, podczas rozpakowywania.
Spojrzał na mnie, mrużąc oczy, jakby nie rozumiał o czym mówię. Rozejrzał się dookoła i powiedział szeptem.
– Nie zaglądaj do środka. – Dreszcz przeszedł mnie po całym ciele.
Spojrzałem w kierunku azotu. Pikuś stał przed nim i miałem wrażenie – przeszywał mnie wzrokiem.
– Czemu? – Nie rozumiałem, więc chciałem poznać jak najwięcej szczegółów.
– Po prostu… lepiej nie. Bardzo łatwo można wpaść do środka.
Kompletny absurd, ale w zasadzie Kamil miał rację.
Maskotka stała i machała.
Nie do mnie.
Do środka.
Do zbiornika.
W pokoju socjalnym panowała cisza. Nowy pracownik siedział w kącie i cicho płakał. Widać było po nim, że nie pracował bardzo długi czas, o i w ogóle kiedyś to robił. Ręce trzęsły mu się jakby przechodził przez nie prąd.
Próbowałem zagadać do Kamila, ale on odpowiadał jedynie krótkimi słowami, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
Co chwilę spoglądał na drzwi prowadzące do hali, jakby bał się, że ktoś nas podsłuchuje.
I tak minął drugi dzień w Pingusiu. Poczułem delikatną ulgę, że niedługo całe to szaleństwo z pracą dobiegnie końca.
DZIEŃ 3
Tego dnia nie wytrzymałem. Nie mogłem zasnąć, rozmyślając o słowach Kamila. Musiałem to zrobić, musiałem sprawdzić.
Maskotka Pikuś jak zwykle stała przy zbiorniku i machała, gdy podchodziłem.
Stanąłem obok i głośno przełknąłem ślinę. Powoli wychyliłem się i… zajrzałem do środka.
Czułem jak przyspiesza mi oddech, na ścianach zbiornika ujrzałem zadrapania, wyglądające jak ślady pazurów. Nic z tego nie rozumiałem.
Wewnątrz ujrzałem ciecz, dużo parującej cieczy i… coś czarnego na dnie. Wychyliłem się jeszcze bardziej, czując jak przez parę łzawią mi oczy, a wtedy dziwny kształt na dnie poruszył się.
Odskoczyłem od zbiornika, jak rażony prądem. Serce waliło mi tak mocno, że chyba było je słychać w całym zakładzie.
– Widziałeś? Widziałeś to? – zwróciłem się do Pikusia.
Ręce zaczęły mi drżeć.
Po chwili z głośników na hali usłyszałem głos Grochoty:
– Przypominam, żeby nie wpatrywać się do zbiornika i nie komunikować z maskotką. Dziękuję.
Tego dnia również pracowałem z Kamilem, chciałem wiedzieć więcej.
– O co tutaj chodzi? Skąd w zbiorniku takie ślady? – zapytałem, gdy układaliśmy towar na paletę.
– Dobra… powiem ci tylko raz i daj mi spokój… – odparł szeptem, ale w jego głosie dało wyczuć się napięcie.
Rozejrzał się dookoła, zanim dokończył.
– Ktoś kiedyś wpadł do środka. – Poczułem ciarki na całym ciele. Dosłownie nie mogłem się ruszyć, jakby mnie sparaliżowało, a Kamil mówił dalej. – I to nie jedna osoba. Nie wiem, czemu Pikuś ciągle tam zagląda – mówił coraz ciszej – ale może czegoś szuka… albo kogoś, żeby… wskazać wyjście.
Pociemniało mi przed oczami. Warga zaczęła mi drżeć, gdy nagle z głośników wydobył się pisk i głos Grochoty.
– Pracownicy Kamil i Mirek proszeni są o zaprzestanie rozmów i powrót do pracy. W naszej chłodni nie ma miejsca na obijanie się! Dziękuję.
Maskotka znów zaczęła machać do zbiornika.
Usłyszałem stukanie, dobiegało z samego dna, jakby ktoś uderzał pięścią w metal.
Próbowałem wyjaśnić to sobie racjonalnie, stary zbiornik, więc stuka, ale słowa Kamila odbijały mi się echem w głowie.
Tego dnia nie dowiedziałem się od Kamila niczego więcej. W dodatku miałem wrażenie, że maskotka ciągle mi się przygląda.
Nie machała, nie uśmiechała się. Tylko patrzyła.
Czułem jej wzrok nawet gdy nie znajdowała się w pobliżu.
DZIEŃ 4
Kamila nie było w pracy. Według słów Artura Grochoty – zachorował. W zasadzie nie zdziwiło mnie to, na hali panował taki chłód, że o chorobę nie było trudno.
Nie mogłem nigdzie znaleźć swoich roboczych rękawic i miałem wrażenie, że za chwilę skóra zejdzie mi z dłoni. Postanowiłem poszukać jakichś na zapleczu.
W środku, ciemno, jedna jarzeniówka migała, wydając przy tym cichy, bzyczący odgłos. Pomieszczenie nie było wielkie. Wisiały tu ubrania robocze, kaski, a pod ścianą stało drewniane biurko, na którym leżały rękawice.
Chwyciłem je i już miałem wyjść, ale pomyślałem, żeby zajrzeć do szuflad.
Odsunąłem pierwszą od góry. Wewnątrz niej znajdowały się tylko śrubokręty, klucze francuskie i luźno rozrzucone śrubki.
W kolejnej, stare, pożółkłe kartki z zamówieniami. Nic ciekawego, jednak spod spodu wystawał mały fragment czegoś, co przykuło moją uwagę.
Wyjąłem wszystkie kartki i moim oczom ukazało się zdjęcie.
Widniał na nim napis „Artur i Wojtek, pierwsze urodziny Pingusia!”. Artur stał dumnie wyprostowany, a Wojtek… był w stroju Pikusia i trzymał pod pachą głowę maskotki. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia lat.
Uznałem, że spędziłem na zapleczu już zbyt wiele czasu i Grochota zaraz zacznie się denerwować, że unikam pracy, więc wyszedłem na halę.
Podczas pakowania kolejnej palety, Pikuś ciągle zaglądał do zbiornika.
Starałem się nie zwracać na to uwagi, gdy nagle usłyszałem głos… cichy, niczym delikatny powiew wiatru.
– Mirek… – Zamarłem.
Myślałem, że się przesłyszałem, ale głos pojawił się znowu.
– Mirek… – Głośno przełknąłem ślinę. Serce waliło mi jak młot. Ów głos dobiegał… ze zbiornika.
Podszedłem do niego powoli i zajrzałem do środka.
Na dnie ujrzałem coś czarnego.
– Kto… kto tam? – zapytałem.
Coś na dnie poruszyło się.
Serce waliło mi tak mocno, że prawie wyleciało z piersi.
Cały drżałem, na twarzy czułem kropelki potu.
Wtedy z głośników usłyszałem głos Grochoty:
– Proszę nie rozmawiać ze zbiornikiem. Zbiornik nie jest jednostką komunikacyjną. Dziękuję.
Wtedy wszystko ucichło.
Maskotka znów się uśmiechała, znów machała, jakby nic się nie stało.
Podczas przerwy nie poszedłem do pokoju na śniadanie. Zamiast tego postanowiłem obserwować maskotkę.
Wpatrywała się w głąb zbiornika, co jakiś czas machając, jakby ktoś stamtąd jej odmachiwał.
W głowie wszystkie myśli krzyczały, żebym to zostawił, że to nie jest dobry pomysł, ale musiałem zaspokoić ciekawość.
Przełknąłem ślinę i obserwowałem.
W pewnym momencie do maskotki podszedł Artur Grochota i zajrzał do zbiornika.
– Może lepiej, żeby Kamil został w środku? – powiedział kierownik.
Maskotka spuściła głowę, smutniejąc, przestając machać, a pode mną ugięły się nogi. Słuchałem dalej, starając się nie wydać żadnego dźwięku.
– Tyle razu mówiłem, żeby nie biegać po zakładzie. Pamiętasz, Wojtek jak to było z tobą? Wziuuu… jak na sankach. – zaśmiał się, jakby przypomniał sobie coś zabawnego. – No cóż, przynajmniej teraz Kamil będzie zawsze świeży. – dodał i oddalił się do gabinetu.
Zastygłem.
To nie mogła być prawda.
Nie mieściło mi się to w głowie.
Przecież… to niemożliwe. W kostiumie nie mógł być ten sam Wojtek, którego widziałem na zdjęciu.
Gardło miałem ściśnięte jak w imadle.
Pikuś wciąż stał przy zbiorniku ze spuszczoną głową. Tego dnia nie pomachał już do zbiornika.
DZIEŃ 5
Ostatnia zmiana. Grochota uznał, że po czterech dniach zasłużyłem na awans, przeniesienie na górę. Bardzo nie chciałem tutaj być, ale skoro miałem znaleźć się daleko od hali, maskotki i zbiornika, uznałem, że dam radę przetrwać ten ostatni dzień… a w zasadzie noc.
Nie uśmiechało mi się przebywanie samemu w Pingusiu, ale niestety, nie miałem nic do powiedzenia.
– Panie Mirku! – odezwał się Artur, podając mi klucze. – Dzisiaj ochrona! Proszę siedzieć w kanciapie i obserwować kamery. Nie chcemy, żeby coś zginęło z magazynu. I proszę pamiętać o jednym… – Podniósł palec wskazujący. – W Pingusiu procesy technologiczne żyją własnym rytmem.
Po tych słowach oddalił się, a ja poszedłem do pomieszczenia ochrony
Na początku nie działo się nic szczególnego. Oprócz tego, że maskotka wciąż stała przy zbiorniku, wpatrując się do środka.
Stała, jakby zastygła, w całkowitym bezruchu. Po skórze przeszedł mi chłodny dreszcz, chociaż w kanciapie ochrony panowała normalna temperatura, czyli jakieś dwadzieścia stopni.
Po godzinie widok maskotki przestał być taki dziwny. To zabawne, jak mózg szybko może przyzwyczaić się do takich rzeczy.
Wyjąłem opakowanie chipsów i zacząłem zajadać. Na kamerach spokój. Miałem nadzieję, że tak zostanie do końca.
Około drugiej w nocy zaczynałem przysypiać, gdy nagle coś się stało.
Obraz na kamerze numer cztery zaczął delikatnie falować, jak przez zakłócenie.
Następnie pojawiło się śnieżne ziarno i obraz stał się lekko zamglony.
Bez trudu jednak zobaczyłem Pikusia, który machał do zbiornika i podskakiwał, jak dziecko.
Poczułem suchość w gardle. Wcześniej maskotka nigdy tak się nie zachowywała.
Patrzyłem dalej, a obraz stawał się coraz bardziej niewyraźny.
Ciekły azot w zbiorniku zaczął coraz bardziej falować i bulgotać, a obraz na kamerze śnieżył coraz mocniej.
Przybliżyłem twarz do monitora, drżąc na całym ciele. Wpatrywałem się ekran, na którym zobaczyłem coś, co do tej pory śni mi się po nocach…
Ze zbiornika wyszła ręka i złapała jego krawędź, a następnie powoli wynurzała się głowa. Była cała czarna, a przynajmniej tak wyglądała na niewyraźnym ekranie.
Odruchowo cofnąłem się, a obraz zgasł, jakby ktoś odciął prąd.
Nie wiedziałem, co robić, ale musiałem jakoś zareagować.
Chwyciłem latarkę i pobiegłem do hali, nie zakładając skafandra.
Gdy otworzyłem drzwi, przywitały mnie przenikliwy chłód i ciemność.
Zaświeciłem latarkę i drżącymi dłońmi skierowałem na zbiornik.
Ujrzałem, jak coś próbuje wyjść ze środka, a Pikuś skakał i machał, jakby się cieszył.
Po chwili usłyszałem zgrzyt, jakby ktoś drapał paznokciami metal.
Pikuś podszedł do zbiornika i spojrzał do środka, wychylając się. Wyglądał tak, jakby chciał kogoś dosięgnąć.
Zacząłem drżeć tak mocno, że latarka wypadła mi dłoni, głośno uderzając o podłogę.
Nie mogłem już tego znieść. Uciekłem z powrotem do pomieszczenia ochrony i rzuciłem na fotel, zamykając oczy. Chciałem tylko, żeby noc się skończyła, żebym w końcu mógł opuścić to miejsce.
Nawet nie wiem ile czasu minęło, kiedy drzwi kanciapy otworzyły się i do środka wszedł Grochota.
– No, panie Mirku. – powiedział. – Udało się panu! Pracował pan przez pięć dni i teraz jest pan wolny! Może pan wracać do domu! Podobało się panu w naszym zakładzie? – Uśmiechnął się.
– Tak… – odparłem drżącym głosem. – Było świetnie…
– To wspaniale! – Grochota klasnął w dłonie. – W takim razie zapraszam częściej do pracy!
– Mam tylko jedno pytanie… – powiedziałem drżącym głosem. – Co… co jest w zbiorniku?
Artur tylko uśmiechnął się delikatnie i odpowiedział.
– Coś, co sprawia, że wszystko jest zawsze świeże.
Po wyjściu z zakładu poczułem taką ulgę, jakby ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar.
Oczywiście, nigdy więcej nie wróciłem do Pingusia i nie mam takiego zamiaru. Nigdy więcej też nie włączyłem programu Praca Cię Znajdzie.
Czasem zastanawiam się jednak, co znajdowało się w zbiorniku… i co próbowało się z niego wydostać. Bywa, że budzę się w środku nocy z krzykiem. Wciąż nie mogę zapomnieć jak… coś… próbowało stamtąd wyjść. Może to Kamil? A może coś innego?
Najgorsze jest to, że nie potrafię wyrzuć z głowy przeraźliwego dźwięku drapania pazurami o metal. Wiem, że będzie mnie prześladował.
Zawsze.
Wciągnęło mnie do tego momentu: “Wpatrywałem się ekran, na którym zobaczyłem coś, co do tej pory śni mi się po nocach…” Wolałabym nie wiedzieć, że Mirek przetrwa te 5 dni. Trochę mi brakowało na koniec tej zagadki. Poza tym przyjemny rytm, dobrze się czyta :)
Dzięki za przeczytanie i komentarz!
Cieszę się, że opowieść była wciągająca ;)
Racja, trochę tam spoiluje, że bohater przeżyje, ale narracja jest z pierwszej osoby, coś w stylu… Mirek opowiada, co zobaczył w pracy ;D
Zastanawiałem się, czy wszystko wyjaśnić i zdecydowałem, że fajnie będzie niektóre rzeczy zostawić bez odpowiedzi ;)
Pozdrawiam serdecznie! ;)
Cześć, dovio
Opowiadanie trzyma w napięciu. Bardzo chciałem się dowiedzieć, co było w tym zbiorniku i niestety nic poza tym, że było to czarne coś. Dlaczego tam siedziało? Co robiło? I czym była maskotka? Po co była? Po przeczytaniu cały horror stał się jedynie zagadką bez odpowiedzi. Błędny zapis dialogów oraz spora ilość literówek przeszkadza w czytaniu. Chyba nie przejrzałeś opka przed wrzuceniem. Zaletą tekstu jest główna oś – zbiornik i maskotka. Zabrakło mi tutaj jakiejkolwkek puenty, drobnego chociaż przesłania. Dobrze jest zostawiać zagadki, ale tekst, gdy jest jednym wielkim pytajnikiem, sprawia wrażenie przypadku a nie świadomego działania twórczego.
Pozdrawiam
Cześć!
Dzięki za komentarz!
Cieszy mnie, że opowiadanie trzymało w napięciu, a co do wyjaśnień… chciałem zachować klimat tajemnicy i zostawić krótkie wskazówki, żeby każdy mógł sam połączyć kropki ;)
Sprawdziłem tekst przed wrzuceniem, kilka rzeczy poprawiłem, ale przejrzę jeszcze raz i spróbuję wyłapać błędy ;D
Pozdrawiam serdecznie! ;)