- Opowiadanie: Gryzok_Półpospolity - Ostatnie światło

Ostatnie światło

Ha! Myśleliście, że nie zdążę na czas z tym opowiadaniem, co? Ja też tak myślałem.

Oczywiście opowiadanie jest inspirowane obrazem Anny Słoncz pod tytułem „Ostatnie światło”. Na sztuce się nie znam, ale zdaje mi się, że to naprawdę ładny obraz. :D

Mam nadzieję, że spodoba Wam się moje pierwsze opowiadanie konkursowe. ;)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ostatnie światło

Piotr Czubak spieszył korytarzami siedziby Francuskiego Towarzystwa Astronomicznego, błagając w duchu, by następne drzwi po lewej prowadziły na salę spotkań Międzynarodowej Unii Astronomicznej. Na jego czole pojawiały się krople potu, a wzrok co chwilę przenosił się na zegarek. Za kilka minut miało się zacząć zgromadzenie ogólne MUA, a on krążył po budynku, nie mogąc znaleźć cholernych drzwi.

Pozostali trzej członkowie polskiej delegacji zdawali się nie przejmować czasem. Ale oni nie mieli przecież do zaprezentowania referatu na temat potencjalnego życia w wyższych partiach wenusjańskiej atmosfery. Pokręcił głową, odganiając od siebie myśli o kimkolwiek innym. Bo przecież w tej sprawie liczył się tylko on. On i jego głupota, przez którą projekt mógł nie otrzymać międzynarodowego grantu. Spóźnienie się na spotkanie MUA było najgorszym faux pas, jakie mógł sobie wyobrazić.

Zawsze to on był najsłabszym ogniwem w zespole, choćby mu przewodził. To on zawsze zawalał wszystko na ostatniej prostej. To on zawsze…

Pozostali mężczyźni zatrzymali się, a Piotr prawie na nich wpadł. Wysoki brunet spojrzał na mosiężną tabliczkę przytwierdzoną do drzwi i bezceremonialnie nacisnął klamkę. Wszyscy, w tym Piotr, postąpili za nim, wkraczając do sali spotkań.

Znani astronomowie w garniturach zajęli już niemal wszystkie miejsca przy półkoliście ustawionych wokół mównicy ławach. Polacy rozdzielili się i znaleźli swoje miejsca. Piotr spojrzał nerwowo na zegarek. Nie spóźnił się. Do rozpoczęcia obrad pozostało sześć minut. Wciąż jednak brakowało delegacji Indii.

Ta przybyła dwanaście minut po czasie, a po sali rozniosła się plotka o opóźnionej rakiecie z Nowego Delhi. Przywitano ją wzgardliwymi spojrzeniami, których tak bał się Piotr. Przewodniczący obrad stojący od kilku minut za mównicą odchrząknął i zaczął:

– Witam wszystkich przybyłych w pierwszym dniu obrad zgromadzenia ogólnego Międzynarodowej Unii Astronomicznej. – Przeczesał krótkie siwe włosy i poprawił staromodne okulary w cienkich oprawkach. – W pierwszej kolejności omówimy serię nowych odkryć dotyczących naszego zdumiewającego międzygwiezdnego gościa 53I/2063, w sprawie którego powołano kilka komisji powiązanych w grupę badawczą.

Przez salę przeszedł pomruk zainteresowania. Piotr był jednak zbyt zajęty pobieżnym studiowaniem swojego referatu i konsultowaniem się w jego sprawie z siedzącymi obok członkami jego zespołu.

– Zacząć powinniśmy od podstaw, czyli wyników badań astrometrycznych – kontynuował przewodniczący obrad. – Zapraszam więc na mównicę pana Haruto Tagomiego, reprezentanta komisji astrometrycznej do spraw 53I/2063.

Z jednej z ław ustawionych w drugim rzędzie wstał krępy trzydziestoletni Japończyk z czarnymi jak smoła włosami. Spokojnym krokiem wszedł po schodkach na podwyższenie i stanął przed mównicą, zza której usunął się przewodniczący. Położył na niej czytnik, rozejrzał się po zgromadzonych chłodnym spojrzeniem i zaczął czytać równym tempem:

– Korzystając z informacji pozyskanych przez sondy umieszczone na orbicie dalekosłonecznej udało się nam ustalić, że obiekt ma masę równą ośmiu dziesiątym masy Ziemi i średnicę oscylującą w okolicach pięciu tysięcy czterystu kilometrów. Znajduje się niecałe dwadzieścia osiem jednostek astronomicznych od Słońca, więc niewiele bliżej niż orbita Neptuna. Porusza się z przyspieszeniem wynoszącym około jednej tysięcznej metra na sekundę kwadrat, co bez wątpienia jest przyspieszeniem pozagrawitacyjnym. Zmierza dokładnie w kierunku Słońca i dotrze do niego w ciągu trzynastu miesięcy, jeżeli utrzyma obecne przyspieszenie i nie zacznie w jakiś sposób hamować. Ostatnim co potwierdziliśmy, sprawdzając dane archiwalne, jest to, że obiekt został zarejestrowany drugiego stycznia bieżącego roku. Nie był wcześniej zauważony przez żaden teleskop, co skłania do wniosku, że nie przybył do układu Słonecznego w naturalny sposób, lecz się w nim… – Tagomi podniósł wzrok na zgromadzonych i dokończył, akcentując każdą sylabę: – zmaterializował.

Piotr oderwał się od rozmowy z siedzącym obok Hiszpanem i zmarszczył brwi, wbijając wzrok w Japończyka. Zapanowała grobowa cisza, którą po chwili przerwał prelegent:

– Pozyskane dane natychmiast udostępniliśmy innym grupom badającym 53I/2063, by jak najszybciej uzyskać kompleksowe informacje dotyczące tej planety. Zwłaszcza zważywszy na to, że szanse na naturalne pochodzenie tego obiektu od początku były niewielkie. Udowodnienie tego, że obiekt pojawił się nagle, jedynie potwierdziło te przypuszczenia.

Ciszę przerwały nieliczne oklaski, powoli nabierające na sile. Japończyk wrócił na swoje miejsce, a przed mównicę wyszedł przewodniczący obrad.

– Dziękuję za to streszczenie. Zapraszam pana Carlosa Ruiza, przedstawiciela grupy astrochemicznej, który przedstawi nam wstępne ustalenia dotyczące atmosfery Przybysza.

Zza ławy ustawionej w czwartym rzędzie poderwał się czterdziestoletni Hiszpan i wolnym krokiem dotarł przed mównicę. Niespecjalnie przejmując się zgromadzonymi, podrapał się za uchem i zaczął czytać:

– Na podstawie pierwszych badań spektroskopowych ustaliliśmy, że 53I/2063 posiada atmosferę złożoną między sześćdziesięcioma a sześćdziesięcioma ośmioma procentami z azotu i między trzydziestoma sześcioma a dwudziestoma dziewięcioma procentami z tlenu. Znakomitą większość pozostałej części atmosfery stanowi dwutlenek węgla. Fakt obecności tlenu w takich ilościach jest niezaprzeczalną biosygnaturą, której nie sposób zignorować. Udało się nam też wykryć obecność chlorofluorowęglowodorów w atmosferze, co ostatecznie potwierdza obecność cywilizacji technicznej na powierzchni obiektu. Oprócz tego na podstawie obserwacji planety w świetle podczerwonym potwierdziliśmy, że średnia temperatura wynosi tam dwadzieścia stopni celsjusza i nie spada, pomimo obecności na peryferiach Układu Słonecznego. – Zawahał się i po chwili dodał: – Oczywiście wszystkie uzyskane dane przekazaliśmy dalej.

Wziął czytnik i szybkim krokiem zszedł z podwyższenia.

Leżący na ławie czytnik Piotra wygasił ekran, a on sam podparł brodę pięścią, starając się przyswoić to, co usłyszał. Mikroorganizmy żyjące w wenusjańskiej atmosferze chwilowo wydały mu się nieistotne, chociaż szybko wróciły na pierwszy plan, rywalizując o uwagę Piotra z obcymi.

Mikrofon wydał z siebie przerażający pisk, gdy przewodniczący obrad zastukał w niego i kontynuował:

– Dziękuję za tę prelekcję. Szczęśliwie w tej sali zgromadzeni są wraz z nami radioastronomowie, którym w ostatnich dniach udało się nawiązać kontakt z Przybyszami i mogą nas poinformować o toku rozmów. Niniejszym zapraszam tu przedstawiciela grupy radioastronomów, pana Aleksieja Kuzniecowa.

Przez moment w sali zapanowała idealna cisza i zdawało się, że nikt nie zamierza się wypowiedzieć. Jednak z jednej z ław ustawionych w ostatnim rzędzie wstał blady Rosjanin i powoli wspiął się po niskich schodkach na mównicę. Rozejrzał się po zebranych i chrząknął, po czym zaczął mówić wyzbytym emocji głosem, nie spoglądając na czytnik:

– Kontakt udało się nawiązać w ciągu szesnastu godzin od nadania pierwszej wiadomości. Przybysze szybko zrozumieli zasady rządzące ludzką komunikacją i nie wystąpiły żadne problemy, powiedzmy, językowe. Mimo nawiązania dialogu, przybysze zdawali się nie być zainteresowani ludźmi i nie wypytywali o nas. Nie mówili w ogóle nic, jeśli nie pytaliśmy. Nie czekaliśmy więc, aż sami się nami zainteresują i wysłaliśmy pakiet pytań dotyczących ich gatunku, technologii, kultury i tym podobnych. Po ośmiu godzinach od nadania wiadomości otrzymaliśmy krótką odpowiedź, w której odmówili podania większości informacji, o które pytaliśmy, nie podając przyczyny. Pytania, na które odpowiedzieli, dotyczyły głównie podstaw biologii, sztuki i polityki. Nie było jednak żadnych konkretów. Nadaliśmy krótką wiadomość, w której zażądaliśmy informacji, jaki jest powód ich pojawienia się w Układzie Słonecznym. – Spojrzał w jakiś punkt na widowni i zamilkł na chwilę, blednąc jeszcze bardziej. – Po ośmiu godzinach nadeszła odpowiedź, w której stwierdzili, że przebywają galaktykę i są tu, by wykonać kolejny, że tak się wyrażę, skok do innego układu planetarnego… z wykorzystaniem energii i masy Słońca. Zalecili przy tym, byśmy przenieśli się do innego układu, bo tutaj warunki dla życia mogą stać się nieoptymalne. – Wysilił się na uśmiech i mruknął: – Też mi niespodzianka.

Żart bynajmniej nie rozładował napięcia. Sala tkwiła w grobowej ciszy, w której Piotr mógłby usłyszeć bzyczenie muchy na drugim końcu sali.

– Oczywiście poinformowaliśmy ich, że nie jest to możliwe i muszą zmienić swoje plany. Niestety stwierdzili tylko, że muszą dotrzeć do swojego celu i nie jest możliwe, by dotarli tam innym sposobem. Potem zerwali komunikację i wszystkie sygnały, które do nich od tamtej pory wysłaliśmy, nie doczekały się odpowiedzi.

Rosjanin ukłonił się lekko i wrócił na swoje miejsce. Do sali powróciła cisza, którą przerwał dopiero przewodniczący obrad, cicho dukając:

– Zarządzam przerwę w obradach. Potem zostanie omówiona możliwość istnienia życia jednokomórkowego w wyższych partiach atmosfery Wenus.

 

 

Piotr Czubak siedział zgarbiony na plastikowej ławie na pace policyjnej furgonetki mknącej przez mazowieckie szosy. Rozejrzał się po oświetlonych słabą żaróweczką blaszanych ścianach i po raz kolejny wytężył umysł, zastanawiając się, co zawinił. Choć policjanci byli relatywnie mili, gdy go aresztowali, to nie powiedzieli mu o powodzie, dla którego został zatrzymany. Przemknęło mu przez myśl, że może zawinił coś w związku z feralnym spotkaniem MUA sprzed dwóch tygodni. 

Nawet jeśli tak, to wciąż nie wiedział, co konkretnie uczynił i nic nie przychodziło mu na myśl. Cały ten czas nie pisnął choćby słówka, zgodnie z klauzulą poufności, którą kazano mu podpisać. Wszyscy otaczający go ludzie nic nie wiedzieli i całym sobą starał się nie zdradzać, że coś się zmieniło. Przychodził na uniwersytet, wykładał, co musiał wykładać, chociaż niekiedy, patrząc na twarze studentów, miał ochotę wrzasnąć, że ich nauka nie ma już sensu. Jego obecność na katedrze też nie miała już sensu. Nic już nie miało sensu, jeśli kiedykolwiek miało.

Ale, mimo że chęć wyrzucenia tego z siebie była ogromna, nie zrobił tego i wciąż żył zgodnie ze swoją codzienną rutyną. Bez zmian. Jedyne co, to wrócił do picia. Znów samotnie.

Furgonetka zaczęła na przemian zatrzymywać się i ruszać dalej, co znaczyć musiało, że wjechali na teren jakiegoś miasta. To z kolei kazało sugerować, że są blisko celu podróży, a to nie napawało Piotra entuzjazmem. Zrezygnował z dociekań i skulił się, czekając na dalszy bieg wydarzeń.

Samochód zatrzymał się, a drzwi furgonetki otworzył barczysty policjant w granatowym mundurze. Rzucił krótkie:

– Chodź.

Piotr powoli podszedł do niego i wyciągnął ręce zakute w kajdanki. Policjant wyjął z kieszeni klucz, uwolnił go i podał skonfiskowane przedmioty. Piotr zeskoczył na asfalt, a policjant wskazał mu wejście do pomalowanego na biało budyneczku.

– Słuchaj się poleceń, a wypuszczą cię do wieczora – mruknął mundurowy.

Piotr rozejrzał się nerwowo po małym ogrodzonym placyku, na którym stały inne policyjne furgonetki i ruszył do małych drzwi. Przeczesał włosy i spojrzał za siebie, gdzie zobaczył dwóch policjantów świdrujących go surowym wzrokiem. Nacisnął mosiężną klamkę dębowych drzwi i wszedł do środka.

Hol był surowy. Niegdyś biała kafelkowa podłoga wyraźnie sugerowała, że powstała na początku wieku. Po schodkach prowadzących na piętro pędzili policjanci w granatowych mundurach, którzy wyraźnie nie przejmowali się Czubakiem stojącym przy wejściu. Po jego lewej stronie kilka ławek, roślina doniczkowa i ekspres do kawy tworzyły skromną poczekalnię. Po prawej znajdowała się odgrodzona szybą recepcja.

Podszedł do okienka i zastanowił się, od jakiego pytania powinien zacząć. Nie był w stanie jednak wydusić z siebie słowa, a i sekretarka po drugiej stronie zdawała się go nie zauważać. Z uwagą przyglądała się czemuś na małym ekranie wiszącym nad czarną klawiaturą. Zaraz jednak spojrzała na bladą twarz Czubaka, znów na ekran i spytała:

– Piotr Czubak?

Piotr wolno pokiwał głową, a sekretarka odhaczyła coś w elektronicznym formularzu.

– Niech pan pójdzie pod szesnastkę.

– Co? – wydukał cicho Piotr. – Gdzie?

Sekretarka oderwała wzrok od ekranu i wyjrzała na hol. Kiedy przechodził tamtędy jakiś policjant, pstryknęła i mruknęła:

– Bądź tak miły i odprowadź pana pod szesnastkę, dobrze?

Wysoki barczysty mężczyzna przystanął, spojrzał na sekretarkę i burknął:

– Ilu ich jeszcze, do cholery, będzie?

Kobieta wzruszyła ramionami, a mundurowy westchnął, odwrócił się i bez słowa ruszył szybkim krokiem. Piotr poszedł za nim jak przerażone gąsiątko za matką.

Po krótkim marszu policjant stanął, otworzył jedne z drzwi i wskazał ręką pomieszczenie za nimi. Piotr lekko się uśmiechnął, ale spojrzawszy na kamienną twarz policjanta wbił wzrok pod nogi.

Za Piotrem trzasnęły drzwi i dopiero wtedy odważył się podnieść wzrok. W równych rzędach ustawionych było kilkanaście krzeseł, na których siedzieli mężczyźni i kobiety niemniej zdezorientowani od Piotra. Średnia wieku w tym pomieszczeniu nie mogła być wyższa niż trzydzieści lat.

Piotr usiadł na jednym z wolnym krzeseł i niepewnym wzrokiem wodził po innych ludziach. W ciszy upłynęło im kolejnych dwadzieścia minut. Jedynie od czasu do czasu do pomieszczenia wchodziła kolejna blada osoba i bez słowa zajmowała wolne miejsce.

Kiedy jednak kolejny raz drzwi zaskrzypiały, a wzrok wszystkich zgromadzonych skierował się ku nim, wszedł przez nie podstarzały mężczyzna w brązowym mundurze, na którego głowie leżała lekko przekrzywiona rogatywka z granatową otoką. Wyszedł przed pierwszy rząd krzeseł, przesunął jedno z niezajętych i oparł się o nie. Spojrzał na zgromadzonych bystrym wzrokiem i zaczął:

– Zdaje się, że zasługujecie na przeprosiny. Może i sposób, w jaki was tu dostarczono, nie był najprzyjemniejszy, ale był najszybszy i paradoksalnie generował najmniej chaosu. Jestem tu w imieniu ONZ, by zaproponować wam uczestnictwo w pewnym programie… Zanim jednak będę mógł to zrobić, potrzebujecie tła.

Wojskowy w kilka minut streścił to, czego Piotr dowiedział się dwa tygodnie wcześniej na spotkaniu MUA. Większość zgromadzonych patrzyła na mężczyzna z mieszanką strachu i dezorientacji, zastanawiając się, czy mężczyzna z nich nie drwi. Jednak wraz z każdym wypowiadanym z pełną powagą słowem przekonywali się coraz bardziej, że wszystko, co słyszą, jest prawdą. Piotr wiedział to od pierwszego słowa.

– W tym wszystkim pojawia się jednak pytanie, dlaczego policja wyciągnęła was z domów i przywiozła tu, bym wam o tym powiedział. Słusznie. Bo, widzicie, ludzkość jest jednak tworem zbyt pięknym, by pozwolić go zniszczyć bandzie zielonodupców przybywających, by zatankować swój statek. Więc, by na to nie pozwolić, Rada Ekspansji Kosmicznej z ramienia ONZ przygotowała projekt Prometeusz, w ramach którego to właśnie wy wejdziecie w skład grupy mającej za zadanie skolonizować księżyce galileuszowe Jowisza po uprzednim zamienieniu go w gwiazdę…

Przez salę przeszła fala nerwowego chichotu. Piotr wytężył pamięć i przypomniał sobie dziesięcioletni, dawno już zapomniany przez Boga, artykuł opublikowany w którymś ze znanych czasopism naukowych. Generał uśmiechnął się lekko i kontynuował:

– Technologia pozwala na to od jakiejś dekady. Nie zrobiono tego ze względu na absurdalne koszty i prawdopodobne rozregulowanie klimatu na Ziemi. Ale teraz nie liczy się żaden z tych dwóch czynników. Reasumując, macie szansę na znalezienie się w garstce ludzi, którzy odbudują cywilizację i zapewnią ciągłość gatunkowi. Na waszym miejscu zaprzedałbym duszę, by móc zostawić tę naszą nieszczęsną Ziemię i zacząć wszystko od nowa na Europie czy innym Galileuszu… Ale oczywiście macie prawo odmówić. Nie możecie jedynie powiedzieć o tym, czego się tu dowiedzieliście, komukolwiek spoza projektu i chyba się domyślacie, że w przeciwnym razie znajdzie się dla was miejsce w przybytku dla obłąkanych. Zrozumiano?

Przez salę przeszedł niechętny pomruk potwierdzenia. Generał uśmiechnął się i spytał:

– Jakieś pytania?

W trzecim rzędzie ktoś podniósł rękę i, nie czekając na przyzwolenie, mruknął:

– Dlaczego to właśnie my zostaliśmy wybrani?

Wojskowy prychnął i powiedział:

– Mógłbym wam teraz mówić o waszym genialnym wykształceniu, wysokiej inteligencji i takich tam, ale to nie one przeważyły o waszym wyborze. Najważniejsze jest to, że wszyscy jesteście sierotami i żadne stare pryki, takie jak ja – generałowi drgnął kącik ust – nie będą was trzymać na tej umierającej planecie. Poza tym w karcie zdrowotnej żadnego z was nie figuruje impotencja czy bezpłodność, więc będziecie mogli, ku chwale ludzkości, płodzić dzieci na Europie.

Większość osób na sali zaczęła wodzić po sali wzrokiem, czekając, aż spotkanie się skończy. Jedynie Piotr podniósł rękę.

– Jakim cudem – zaczął – w rok ma powstać flota kolonizacyjna gotowa przetransportować tam tych wszystkich ludzi, wyregulować klimat na księżycach i…

– Już ONZ o to zadba, by powstała na czas. – Generał wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. – I niech mi pan wierzy, że sięgnie po wszystkie dostępne środki, jeśli będzie trzeba.

Przez Piotra przeszedł dreszcz. Pokiwał głową i wbił wzrok w plecy kobiety siedzącej przed nim. Wojskowy kontynuował:

– Jakieś jeszcze pytania? – Odpowiedziała mu cisza. – Świetnie. Macie tydzień na zastanowienie. Gdy zdecydujecie się na udział, zadzwońcie pod ten numer. – Wyciągnął z kieszeni kilkadziesiąt wizytówek kancelarii prawnej. – Rozdam wam je przy wyjściu. Jeśli nie zadzwonicie do tego czasu, zamarzniecie wraz z pozostałymi dziesięcioma miliardami ludzi. Jeśli takie są wasze marzenia, to nie wnikam.

Klasnął, przyjął szarmancki uśmiech i gestem zachęcił, by wstać. Bez słowa powstała kolejka, a Piotr jako jeden z ostatnich odebrał małą srebrną wizytówkę. Pogrążył się w myślach, podążając za generałem policyjnymi korytarzami. Uśmiechnął się licho, myśląc o klasyfikacji do programu. Tak, zdecydowanie się nadawał i to może aż za bardzo. Choćby jedna osoba nie trzymała go na Ziemi. W głębi duszy nawet po części cieszył się z takiego obrotu spraw. Dostał bilet, pozwalający mu zostawić za sobą wszystkich ludzi, z którymi nie mógł się porozumieć, nawet jeśli bardzo się starał. Szybko jednak nadeszła trzeźwa myśl, że, nieważne na który księżyc zostanie posłany, wszystko się powtórzy. Znów trafi pośród ludzi, z którymi będzie pragnął się porozumieć, ale nie będzie potrafił. Może po prostu przeznaczona mu była rola wyrzutka.

Od tej dudniącej w głowie myśli wyrwało go dopiero zimne powietrze, które lunęło na niego przy otwieraniu drzwi. Rozejrzał się wokół. Był na małym skwerku z kilkoma ławkami i młodymi drzewami, na którym wraz z nim stłoczyło się kilkadziesiąt innych zagubionych osób. Rozejrzał się po ich zdezorientowanych twarzach i zadrżał. To z tymi ludźmi będzie miał obowiązek się zaznajomić, tylko po to by znów trafić na pobocze, na które nikt nie zagląda, jeśli nie musi. To było pewne. Włosy stanęły mu dęba na całym ciele i poczuł, że robi mu się gorąco mimo adekwatnej dla początku marca temperatury. W ułamku sekundy przepełniła go pewność, że wszyscy dookoła patrzą się na niego i w głębi ducha wzdychają, że przyjdzie im żyć z tym nieudacznikiem. Pobiegł, pragnąc być sam. Tylko będąc samemu potrafił myśleć.

Znalazł się na drodze. Ręce mu drżały. Wtem usłyszał wysoki pisk elektronicznego klaksonu, który przywrócił go do rzeczywistości.

Zatrzymał się i spojrzał w prawo, a pięć metrów od siebie zobaczył rozpędzony bezgłośny samochód elektryczny hamujący z piskiem kół. Było już jednak za późno. Tona stali wpadła na niego i rzuciła kilka metrów dalej. 

 

 

Piotr przebudził się z pulsującym bólem głowy uniemożliwiającym myślenie. Nie pamiętał swojego imienia, nie wiedział gdzie jest i szybko zrezygnował z próby przypomnienia sobie czegokolwiek. Miał zamknięte oczy, a szczytem jego ambicji było otwarcie ich. Spróbował to zrobić, ale jedynym efektem był krótki tik prawej powieki. Do jego świadomości zza grubego muru bólu i oszołomienia dotarł ochrypły kobiecy głos:

– Doktorze, ocknął się!

Wysilił się jeszcze bardziej i lekko rozsunął powieki, czując się tak, jakby podnosił sztangę. Zobaczył biały sufit i podwieszoną pod nim podłużną lampę. Nie miał już siły na taki trud. Powieki ciężko opadły, a on sam głęboko odetchnął, słysząc zbliżające kroki. Chwilę później mężczyzna i kobieta zaczęli rozmawiać, używając tylu niezrozumiałych medycznych terminów, że Piotr nie zadał sobie trudu przysłuchiwania się im. Poczuł, jak rzednie mgła odcinająca go od rzeczywistości. Całe jego ciało od pasa w górę ogarnęło przyjemne ciepło. Nieśmiało otworzył oczy i zamrugał, co nie uszło uwadze rozmawiającej dwójki. Cieszył się tą błogą chwilą, nie zadając jeszcze żadnych pytań.

– No, dobrze – zachrypły głos mężczyzny był ledwo słyszalny zza szumu przypominającego fale oceanu uderzające o klif. – Panie… Czubak.

Nad Piotrem pochyliła się postać w kitlu, która zanotowała coś w notesie.

– Tak? – wydukał Piotr.

– Proszę wstać – polecił, a Piotr spróbował to zrobić. Jednak pomimo dumy i poczucia siły, które opanowało go po podniesieniu powiek, zdał sobie sprawę, że nie byłby w stanie zacisnąć pięści, o wstaniu nie wspominając. Mężczyzna chwycił go pod ramię i pociągnął do góry. Piotr usiadł, z całych sił starając się nie opaść na miękką poduszkę. Zlustrował otoczenie wzrokiem zdradzającym powracającą świadomość.

Siedział na łóżku szpitalnym, a nogi miał przykryte grubą białą kołdrą. Po bokach stały bliskie ścianki działowe wydzielające bardzo małą zdaniem piotra przestrzeń. Z lewej strony stała aparatura, której nie byłby w stanie nazwać, a z prawej lekarz i pielęgniarka, obaj z podkrążonymi oczami i włosami przepruszonymi siwizną. Wbił wzrok w mężczyznę, który zdawał się być już nieco zirytowany nierozgarnięciem pacjenta.

– Wziął pan udział w wypadku – zaczął. – Pamięta pan to?

Piotr jak przez mgłę zobaczył opływową bryłę samochodu i pokiwał wolno głową.

– Świetnie – lekarz klasnął w dłonie wyraźnie zadowolony z faktu, że pacjent jest w na tyle dobrym stanie. Zaraz jednak z powrotem przyjął służbową powagę. – Niestety, w wyniku wypadku musieliśmy… – chwilę zastanawiał się, czy nie wywoła to zbyt dużego szoku u pacjenta – cóż, amputować panu nogę.

Piotr spojrzał na białą kołdrę, próbując zgadnąć, po której stronie jest ta pechowa noga. Nie czuł nic poniżej pasa, więc nie miał jak tego ocenić. Musiał zsunąć kołdrę. Ale wtedy przez jego umysł przemknęło pytanie. Jak będzie wyglądała? Mniej więcej się tego spodziewał, bo widział już w życiu kilka sztucznych nóg. Sztywny beżowy plastik składany w harmonijkę przy kolanie i kostce, odrobina zaszytej w nim elektroniki interpretującej impulsy z mózgu i poruszającej mechanicznymi mięśniami. Nic wyjątkowego, ale mimo tego nie mógł zaakceptować, że to on dostał swoją-nieswoją nogę.

Pielęgniarka wyręczyła go w zadaniu zsunięcia kołdry. Wszystkie myśli w jego głowie ucichły, serce zaczęło bić szybciej, a źrenice rozszerzyły się.

W miejscu owłosionej lewej nogi wyrastał zimny metalowy szkielet. Nie było czegokolwiek, co było standardem drugiej połowy dwudziestego pierwszego wieku. Sama chłodna jak nieboszczyk metalowa rura. Pielęgniarka z powrotem nasunęła szpitalną kołdrę, by oszczędzić Piotrowi tego widoku. Spojrzał przerażony na pozbawioną wyrazu twarz doktora, nie będąc w stanie wydukać ani słowa.

– Spokojnie – mruknął lekarz. – Pańska reakcja jest spodziewana. – Mamy lipiec. Przeleżał pan cztery miesiące w śpiączce. Świat nieco się zmienił od tamtego czasu.

I nagle wszystkie nagle ożywione myśli kotłujące się pod czaszką Piotra wykipiały.

– W dupie mam świat! – krzyknął. – Co to cholerstwo robi zamiast mojej nogi?!

Lekarz samemu podniósł głos:

– Niech pan przestanie się wydzierać jak obrażone na świat dziecko i da mi dojść do słowa!

Piotr zmiął przekleństwo w ustach i spojrzał na doktora mniej wrogim wzrokiem.

– Pańska noga wygląda, jak wygląda – wysyczał lekarz – bo państwo ma ważniejsze priorytety, niż fundowanie panu cudnej nowej nóżki. Tym bardziej, że to państwo światowe. Nawiasem mówiąc, powinien pan dziękować losu, że wciąż żyje. Za tydzień ma wejść dekret uprawniający nas do posyłania do eutanazji wszystkich po drugim miesiącu śpiączki.

– Państwo światowe? Dekrety? O czym pan pieprzy?!

– Ostrzegałem, że nastały pewne zmiany.

– Ale… jak? Jak, do cholery, to się stało? 

– A jak miało się stać? Ci na górze zrozumieli, że jeśli sprawy będą się miały jak dotychczas, to ludzkość zostanie zdeptana przez bandę obcych, którzy przybyli zatankować statek.

Piotr spojrzał na doktora niepewnym wzrokiem.

– To projekt Prometeusz wyciekł? – spytał półgłosem.

– A jak miałby nie wyciec? – Mężczyzna wyszczerzył się szyderczo. – Owszem, zdążono już tych kilku samarytaninów zdradzających prawdę o nadchodzącej apokalipsie postawić pod ścianą i zasadzić kulę w łeb, nawet transmitowano to w telewizji, ale nie zmienia to faktu, że nie dało się tego ukrywać przed pieprzonymi dziesięcioma miliardami ludzi. Zwłaszcza, gdy trzeba ich zmotywować do zapieprzania dwanaście godzin dziennie ku chwale ludzkości.

Piotr pokiwał głową i z wysiłkiem zaczął formułować następne pytanie, gdy z korytarza dobiegły szybkie kroki, a po chwili do sali wpadł trzydziestoletni mężczyzna z kilkudniowym zarostem, który wydyszał:

– Panie Kurski, potrzebują pana na czwórce.

– Co takiego? – spytał lekarz, wyraźnie zadowolony z faktu, że będzie mógł opuścić salę i nie tłumaczyć pacjentowi tego, jak działa świat.

– Nie wiem, nie powiedzieli – wysapał mężczyzna. – Ale coś pilnego. Coś z Adasiewiczem.

Doktor rozłożył ręce i powiedział do Piotra:

– Pani Damboń się panem zajmie.

Następnie bez słowa pożegnania wyszedł z sali, zostawiając Piotra i pielęgniarkę samych. Piotr spojrzał na pogodną twarz kobiety i zapytał:

– Co się stało, gdy byłem w śpiączce? Tak konkretnie. Jakie państwo światowe?

Kobieta westchnęła cicho i mruknęła:

– W kwietniu ONZ zachęcił wszystkie rządy, by przystąpiły do programu zjednoczeniowego dążącego do ukończenia projektu Prometeusz. Poinformowano przy tym, że obywatele państw, które nie przystąpią do programu, zostaną wykluczeni z rekrutacji i zginą wraz z nami wszystkimi… więc wszystkie rządy przystąpiły do programu i powstała Republika Świata. Zapanowała zaskakująca jedność, którą scementowało wydanie w maju dekretu powołującego do służby żandarmerię. – Na twarzy kobiety pojawił się gorzki uśmiech.

Piotr pokiwał głową. Przez chwilę trwali w ciszy, aż kobieta mruknęła:

– Dostałam listę faktów, o których mam pana poinformować. Pozwoli pan, że po nią pójdę?

Piotr znów smętnie przytaknął, a kobieta wyszła szybkim krokiem z pomieszczenia. Po kilku minutach wróciła z pojedynczą krzywo zadrukowaną kartką papieru, która w pierwszej kolejności zdziwiła Piotra. Zmarszczył brwi, wpatrując się w nią jak w manuskrypt tysiącletniej księgi.

Kobieta zauważyła to i zachichotała cicho. Domyślając się pytania, które Piotr miał już wypisane na ustach, powiedziała:

– Większość niewielkiej elektroniki, od czytników po dowody osobiste, rozmontowano na części i znaleziono zastosowanie gdzieś na statkach, więc wszystko wróciło do papierologii. Cóż, taki dekret… I to też jest ważne. Bo w gruncie rzeczy moglibyśmy wypisać pana za tydzień, może dwa, ale nie ma pan wyrobionych dokumentów. Lepiej więc, żeby pan nie wychodził na krok ze szpitala, bo inaczej… no, żandarmi bardzo rzadko są pociągani do odpowiedzialności za bezpodstawne zabójstwo.

Przytaknął i wbił spojrzenie w szpitalną kołdrę.

–No, dobrze… – Kobieta zbliżyła kartkę do oczu i zmrużyła je. – Po pierwsze, został pan wykluczony z projektu Prometeusz. – Spojrzała na niego, niepewna, czy słucha.

Piotr odwzajemnił zmęczone spojrzenie i mruknął:

– No, bo po cholerę im kaleka?

Pielęgniarka spojrzała na niego zbyt zmęczona, by wykrzesać z siebie jakiekolwiek współczucie. Wróciła wzrokiem do kartki i kontynuowała:

– To, co już panu mówiłam. Nie ma pan dokumentów… Nie wiem, kiedy je pan dostanie. O! Widzę, że wywłaszczono pana mieszkanie.

– Słucham?

– Rozumie pan, nikt w nim nie mieszkał przez cztery miesiące… Więc przekazano je komuś innemu, by się nie marnowało.

– Pięknie… – mruknął Piotr.

– Co tu jeszcze… – Kobieta przebiegała wzrokiem po linijkach tekstu. – Nikt nie wysyłał do pana listów i paczek, więc nie mam, czego przekazać… Ach, no i Manifest RP ONZ… Dobrze, by się pan z nim zaznajomił, bo możliwe, że zostanie pan wysłany na reedukację polityczną. No, i jeszcze prawo pracy. Nie sądzę, że będzie pan dalej astronomem. Na pewno nie w taki sposób, jak dotychczas

– Dlaczego? – Piotr wrócił ożywionym spojrzeniem do kobiety.

Wzruszyła ramionami i powiedziała:

– Pracę dostaje się z urzędu w zależności od aktualnych zapotrzebowań, a nauki opisowe kuleją. Astronomia, z małymi wyjątkami, przestała się liczyć. Liczy się tylko aktualizowanie położenia Przybyszów i analiza księżyców galileuszowych.

– Więc gdzie będę pracował?

Kobieta wzruszyła ramionami i mruknęła:

– Nie wiem, ale słyszałam, że w rolnictwie są niedobory pracowników.

– Rolnictwo! – krzyknął szyderczo Piotr. – Pięknie, po studiach astronomicznych będę kopał ziemniaki, tak? I to jeszcze z taką nogą?

Westchnęła i stwierdziła:

– Powinien pan wiedzieć najlepiej, że właśnie do tego zmusza nas wszystkich sytuacja. Do poświęceń.

Czując dobitny cios w policzek od losu, położył się i nakrył kołdrą pod nos. Kobieta wyszła z sali, a Piotr na przemian szlochał i śmiał się z otaczającego go absurdu. Przez jego mózg przemknęła nieśmiała myśl, że może lepiej byłoby, gdyby się nie obudził.

Potem pomyślał o tym, że śmieje się i płacze samemu. Jak zawsze.

 

 

Piotr z lichym uśmieszkiem wspominał, jak osiem miesięcy wcześniej pielęgniarka trafnie odgadła jego przydział pracy. Szedł cichymi korytarzami samotnego domu, myśląc o tym, jak pewnego sierpniowego dnia zawieziono go tu, do małego gospodarstwa otoczonego polami i lasami. Myślał o surowym spojrzeniu rosłego mężczyzny będącego głową rodziny, który z początku szczerze go nienawidził, a później zaczął nim jeszcze gardzić.

I pomimo ośmiu miesięcy, które tu spędził, nie udało mu się skruszyć lodów. Był tylko przypisaną z urzędu dodatkową gębą do wyżywienia. Pomyślał, że mógł się spodziewać, że go dziś zostawią. Wciąż jednak czuł jakiś głęboko osadzony żal. Zostawili go właśnie dzisiaj! Tego jednego konkretnego dnia! Kiedy wstał, dom był pusty. Ani słowa pożegnania. Nic.

Westchnął, schodząc po wąskich schodkach na parter. Wszedł do kuchni, a telefaks, urządzenie które w niewyjaśniony sposób wróciło do łask w ostatnie pół roku, zastukał, drukując następną informację. Piotr pobieżnie spojrzał na spisywane od rana wiadomości.

 

[5:22] „GALILEUSZ” OPUŚCIŁ ORBITĘ OKOŁOZIEMSKĄ Z 200 KOLONIZATORAMI NA POKŁADZIE.

 

[6:54] AWARIA UKŁADÓW CHŁODZENIA REAKTORA NA „GAGARINIE”. TECHNICY STARAJĄ SIĘ ZAPOBIEC PRZEGRZANIU RDZENIA.

 

[8:40] FIZYCY WYSOKICH CIŚNIEŃ POTWIERDZAJĄ, ŻE TRANSFORMACJA JOWISZA PRZEBIEGNIE POMYŚLNIE.

 

[10:13] W MOSKWIE GRUPA DEMONSTRANTÓW STARŁA SIĘ Z ŻANDARMERIĄ. GUBERNATOR GOŁYGIN APELUJE O SPOKÓJ.

 

[11:04] GUBERNATOR GOŁYGIN DEMENTUJE POGŁOSKI O UŻYCIU PRZEZ ŻANDARMERIĘ BRONI MASZYNOWEJ W STARCIU Z DEMONSTRANTAMI.

 

[12:53] „HAWKING” OPUŚCIŁ ORBITĘ OKOŁOZIEMSKĄ Z 150 KOLONIZATORAMI NA POKŁADZIE.

 

[13:12] AWARIA UKŁADÓW CHŁODZENIA NA „GAGARINIE” OPANOWANA.

 

[13:45] SMITH DZIĘKUJE ZA WSPÓLNĄ PRACĘ NA RZECZ PRZETRWANIA GATUNKU. W PODRÓŻ DO JOWISZA WYSŁANO ŁĄCZNIE 7650 KOLONISTÓW.

C H W A Ł A L U D Z K O Ś C I !

 

[14:31] PRZYBYSZE ZACZĘLI CZERPAĆ ENERGIĘ SŁOŃCA. SZACUNKI WSKAZUJĄ, ŻE ZGAŚNIE ONO W OKOLICACH 15:00.

 

– Skurwysyny mają niezłe tempo – mruknął pod nosem Piotr i wyrwał kartkę, która spadła na brudną podłogę.

Otworzył kuchenną szafkę i skrzywił się, widząc pająka wijącego sieć między spróchniałym drewnem i kartonem z owsianką. Półki ziały pustkami, choć jeszcze wczoraj uginały się pod jedzeniem. Widocznie rodzinka postanowiła zorganizować ostatnią wieczerzę. Piotr otrząsnął się z tej myśli i chwycił opakowanie z kilkoma ostałymi wewnątrz sucharami. Schylił się nad zbitą z kilku desek skrzynką, w której leżały dwie zielone butelki o smukłych szyjkach. Chwycił jedną z nich i wyszedł na korytarz. 

Pod ścianą stała zaniedbana komoda licząca sobie co najmniej osiemdziesiąt lat. Położył na niej suchary i butelkę piwa, po czym otworzył najwyższą szufladę. Prócz kurzu i walających się po kątach papierków leżał w niej rewolwer.

Obok samotny nabój.

Piotr zachichotał cicho, a zdawszy sobie sprawę z tego, że jest jedyną żywą duszą w okolicy, roześmiał się głośno, chociaż do jego oczu napłynęły pierwsze łzy. Załadował rewolwer, doceniając fakt, że chociaż w tej jednej kwestii o nim pomyślano. Będzie mógł podziwiać spektakl, a potem godnie odejść, wiedząc, że przeżył samo Słońce. Włożył rewolwer do skórzanej kabury oraz chwycił butelkę piwa i opakowanie sucharów. Spojrzał wilgotnymi oczami na wysokie dębowe drzwi, podszedł do nich i pchnął.

Fala zimnego marcowego powietrza owionęła go całego. Wziął głęboki wdech i postąpił kilka kroków, a drzwi trzasnęły za nim. Rozejrzał się po nieobsianych polach, które przejmowała trawa rosnąca w oddalonych od siebie kępach. Słońce świeciło tak jasno, jak wczesnym wieczorem. Cienie jednak nie wydłużały się, jedynie rozmywały.

Poszedł wzdłuż gruntowej drogi, na której wciąż widoczne były ślady kół samochodu odbite w pyle. Ptaki radośnie ćwierkały, wciąż nieświadome konającego Słońca. Z każdą minutą robiło się ciemniej, mimo że cienie uparcie stały w miejscu.

Doszedł do miejsca, w którym pola uprawne urywały się, ustępując miejsca małym łąkom i lasom. Położył prowiant na kamiennym murku i oparł się o niego. Łzy znów napłynęły mu do oczu, ale w momencie, w którym pomyślał, że zacznie szlochać, opanowała go równie bolesna obojętność. Zachciał jedynie, by to wszystko się wreszcie skończyło.

Usiadł na murku i położył rewolwer na kolanach. Wyjął z kartonu jednego suchara i zaczął go żuć, wpatrzony w małą różowawą plamę na pomarańczowym niebie. Stwierdził, że Słońce zamieniło się już w czerwonego karła. Małego czerwonego karła, który zapewne nawet w tym momencie nie istniał, mimo że nadal dawał słabe ciepło, a Ziemia wciąż wokół niego krążyła. Kwestia minut.

Znikąd przyfrunęła wrona i wylądowała przed Piotrem. Spojrzała na niego i przekrzywiła łebek, jakby chciała dokładniej przyjrzeć się człowiekowi, skądś go kojarząc. Zaskrzeczała w sposób tak żałosny, że Piotrowi drgnął kącik ust. Wyjął kolejnego suchara, skruszył go i rzucił wronie, na co ona zaczęła z wdzięcznością wydłubywać okruchy spośród źdźbeł trawy. Piotr chwycił butelkę, stuknął szyjką o murek, w reakcji na co kapsel odpadł. Popijając piwo, przyglądał się ptakowi jedzącemu okruchy, a widok ten był dla niego na tyle interesujący, że niemal zapomniał o umierającym Słońcu.

Ściemniło się jak późnym wieczorem, który wpada w objęcia nocy. Ale noc miała być już wieczna i nawet wrona zauważyła, że dzieje się coś bardzo dziwnego. Podniosła łebek, rozglądając się wokoło, a jej wzrok zatrzymał się na małej plamce Słońca. Piotr pokruszył i rzucił jej kolejnego suchara, ale nie była nim zainteresowana.

Las majaczący w oddali zdawał się być odlany ze smoły, a chmury przybrały fioletową barwę. Imponujący spektakl ostatnich minut Słońca. Piotr podziwiał go wraz z wroną, z którą zdawała się go łączyć głębsza więź niż z pozostałymi dziesięcioma miliardami ludzi na Ziemi. Oni dwaj w obliczu śmierci wszystkiego, co znali. Na twarzy Piotra pojawił się nikły uśmiech.

W najważniejszym dniu nie był sam.

(Ostatnie światło, Anna Słoncz)

 

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka