- Opowiadanie: Gryzok_Półpospolity - Ostatnie światło

Ostatnie światło

Ha! My­śle­li­ście, że nie zdążę na czas z tym opo­wia­da­niem, co? Ja też tak my­śla­łem.

Oczy­wi­ście opo­wia­da­nie jest in­spi­ro­wa­ne ob­ra­zem Anny Słoncz pod ty­tu­łem „Ostat­nie świa­tło”. Na sztu­ce się nie znam, ale zdaje mi się, że to na­praw­dę ładny obraz. :D

Mam na­dzie­ję, że spodo­ba Wam się moje pierw­sze opo­wia­da­nie kon­kur­so­we. ;)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ostatnie światło

Piotr Czu­bak spie­szył ko­ry­ta­rza­mi sie­dzi­by Fran­cu­skie­go To­wa­rzy­stwa Astro­no­micz­ne­go, bła­ga­jąc w duchu, by na­stęp­ne drzwi po lewej pro­wa­dzi­ły na salę spo­tkań Mię­dzy­na­ro­do­wej Unii Astro­no­micz­nej. Na jego czole po­ja­wia­ły się kro­ple potu, a spoj­rze­nie co chwi­lę prze­no­si­ło się na ze­ga­rek. Za kilka minut miało się za­cząć zgro­ma­dze­nie ogól­ne MUA, a on krą­żył po bu­dyn­ku, nie mogąc zna­leźć cho­ler­nych drzwi.

Idący wraz z nim Bu­rzyń­ski, Dziu­ba i Fi­jew­ski zda­wa­li się nie przej­mo­wać cza­sem, swo­bod­nie roz­ma­wia­jąc o tym, w któ­rej re­stau­ra­cji zje­dzą obiad. Ale oni nie mieli prze­cież do za­pre­zen­to­wa­nia re­fe­ra­tu na temat po­ten­cjal­ne­go życia w wyż­szych par­tiach we­nu­sjań­skiej at­mos­fe­ry. Czu­bak po­krę­cił głową, od­ga­nia­jąc od sie­bie myśli o kim­kol­wiek innym. Bo prze­cież w tej spra­wie li­czył się tylko on. On i jego głu­po­ta, przez którą pro­jekt mógł nie otrzy­mać mię­dzy­na­ro­do­we­go gran­tu. Spóź­nie­nie się na spo­tka­nie MUA było naj­gor­szym faux pas, jakie mógł sobie wy­obra­zić.

Za­wsze to on był naj­słab­szym ogni­wem w ze­spo­le, choć­by mu prze­wo­dził. To on za­wsze za­wa­lał wszyst­ko na ostat­niej pro­stej. To on za­wsze…

Jego to­wa­rzy­sze za­trzy­ma­li się, a Piotr pra­wie na nich wpadł. Fi­jew­ski spoj­rzał na mo­sięż­ną ta­blicz­kę przy­twier­dzo­ną do drzwi i bez­ce­re­mo­nial­nie na­ci­snął klam­kę. Wszy­scy wśli­zgnę­li się za nim, wkra­cza­jąc do sali spo­tkań.

Znani astro­no­mo­wie za­ję­li już nie­mal wszyst­kie miej­sca w auli. Po­la­cy roz­dzie­li­li się i zna­leź­li swoje miej­sca. Piotr spoj­rzał ner­wo­wo na ze­ga­rek. Nie spóź­nił się. Do roz­po­czę­cia obrad po­zo­sta­ło sześć minut. Wciąż jed­nak bra­ko­wa­ło de­le­ga­cji Indii.

Ta przy­by­ła dwa­na­ście minut po cza­sie, a po sali roz­nio­sła się plot­ka o opóź­nio­nej ra­kie­cie z No­we­go Delhi. Przy­wi­ta­no ją wzgar­dli­wy­mi spoj­rze­nia­mi, któ­rych wcze­śniej tak bał się Piotr. Prze­wod­ni­czą­cy obrad sto­ją­cy od kilku minut za mów­ni­cą od­chrząk­nął i za­czął:

– Witam wszyst­kich przy­by­łych w pierw­szym dniu obrad zgro­ma­dze­nia ogól­ne­go Mię­dzy­na­ro­do­wej Unii Astro­no­micz­nej. – Prze­cze­sał krót­kie siwe włosy i po­pra­wił sta­ro­mod­ne oku­la­ry w cien­kich opraw­kach. – W pierw­szej ko­lej­no­ści omó­wi­my serię no­wych od­kryć do­ty­czą­cych na­sze­go zdu­mie­wa­ją­ce­go mię­dzy­gwiezd­ne­go go­ścia 53I/2063, w spra­wie któ­re­go po­wo­ła­no kilka ko­mi­sji po­wią­za­nych w grupę ba­daw­czą.

Przez salę prze­szedł po­mruk za­in­te­re­so­wa­nia. Piotr był jed­nak zbyt za­ję­ty ostat­ni­mi po­praw­ka­mi swo­je­go re­fe­ra­tu i kon­sul­ta­cja­mi z sie­dzą­cy­mi obok człon­ka­mi ze­spo­łu.

– Za­cząć po­win­ni­śmy od pod­staw, czyli wy­ni­ków badań astro­me­trycz­nych – kon­ty­nu­ował prze­wod­ni­czą­cy obrad. – Za­pra­szam więc na mów­ni­cę pana Ha­ru­to Ta­go­mie­go, re­pre­zen­tan­ta ko­mi­sji astro­me­trycz­nej do spraw 53I/2063.

Z jed­nej z ław usta­wio­nych w dru­gim rzę­dzie wstał krępy, młody Ja­poń­czyk z czar­ny­mi jak smoła wło­sa­mi. Spo­koj­nym kro­kiem wszedł po schod­kach na pod­wyż­sze­nie, nio­sąc czyt­nik, i sta­nął za mów­ni­cą, którą chwi­lę wcze­śniej opu­ścił prze­wod­ni­czą­cy. Ro­zej­rzał się po zgro­ma­dzo­nych chłod­nym spoj­rze­niem i za­czął czy­tać rów­nym tem­pem:

– Ko­rzy­sta­jąc z in­for­ma­cji po­zy­ska­nych przez sondy umiesz­czo­ne na or­bi­cie da­le­ko­sło­necz­nej udało się nam usta­lić, że obiekt ma masę równą ośmiu dzie­sią­tym masy Ziemi i śred­ni­cę wy­no­szą­cą w przy­bli­że­niu pięć ty­się­cy czte­ry­sta ki­lo­me­trów. Znaj­du­je się nie­ca­łe dwa­dzie­ścia osiem jed­no­stek astro­no­micz­nych od Słoń­ca, więc nie­wie­le bli­żej niż or­bi­ta Nep­tu­na. Po­ru­sza się z przy­spie­sze­niem wy­no­szą­cym około jed­nej ty­sięcz­nej metra na se­kun­dę kwa­drat, co bez wąt­pie­nia jest przy­spie­sze­niem po­za­gra­wi­ta­cyj­nym. Zmie­rza do­kład­nie w kie­run­ku Słoń­ca i do­trze do niego w ciągu trzy­na­stu mie­się­cy, je­że­li utrzy­ma obec­ne przy­spie­sze­nie i nie za­cznie w jakiś spo­sób ha­mo­wać. Ostat­nim, co po­twier­dzi­li­śmy, spraw­dza­jąc dane ar­chi­wal­ne, jest to, że obiekt zo­stał za­re­je­stro­wa­ny dru­gie­go stycz­nia bie­żą­ce­go roku. Nie był wcze­śniej za­uwa­żo­ny przez żaden te­le­skop, co skła­nia do wnio­sku, że nie przy­był do Ukła­du Sło­necz­ne­go w na­tu­ral­ny spo­sób, lecz się w nim… – Ta­go­mi pod­niósł wzrok na zgro­ma­dzo­nych i do­koń­czył, ak­cen­tu­jąc każdą sy­la­bę: – zma­te­ria­li­zo­wał.

Piotr prze­rwał roz­mo­wę z sie­dzą­cym obok Hisz­pa­nem i zmarsz­czył brwi, wbi­ja­jąc wzrok w Ja­poń­czy­ka. Za­pa­no­wa­ła gro­bo­wa cisza, którą po chwi­li prze­rwał pre­le­gent:

– Po­zy­ska­ne dane na­tych­miast udo­stęp­ni­li­śmy innym gru­pom ba­da­ją­cym 53I/2063, by jak naj­szyb­ciej uzy­skać kom­plek­so­we in­for­ma­cje do­ty­czą­ce tej pla­ne­ty. Zwłasz­cza zwa­żyw­szy na to, że szan­se na na­tu­ral­ne po­cho­dze­nie 53I/2063 od po­cząt­ku były nie­wiel­kie. Udo­wod­nie­nie tego, że obiekt po­ja­wił się nagle, je­dy­nie po­twier­dzi­ło przy­pusz­cze­nia.

Ciszę prze­rwa­ły nie­licz­ne okla­ski, po­wo­li przy­bie­ra­ją­ce na sile. Ja­poń­czyk wró­cił na miej­sce, a do mów­ni­cy pod­szedł prze­wod­ni­czą­cy obrad.

– Dzię­ku­ję za to stresz­cze­nie. Za­pra­szam pana Car­lo­sa Ruiza, przed­sta­wi­cie­la grupy astro­che­micz­nej, który przed­sta­wi nam wstęp­ne usta­le­nia do­ty­czą­ce at­mos­fe­ry Przy­by­sza.

Zza ławy usta­wio­nej w czwar­tym rzę­dzie po­de­rwał się czter­dzie­sto­let­ni Hisz­pan i wol­nym kro­kiem do­tarł przed mów­ni­cę. Nie­spe­cjal­nie przej­mu­jąc się zgro­ma­dzo­ny­mi, po­dra­pał się za uchem i za­czął czy­tać:

– Na pod­sta­wie pierw­szych badań spek­tro­sko­po­wych usta­li­li­śmy, że 53I/2063 po­sia­da at­mos­fe­rę zło­żo­ną mię­dzy sześć­dzie­się­cio­ma a sześć­dzie­się­cio­ma ośmio­ma pro­cen­ta­mi z azotu i mię­dzy trzy­dzie­sto­ma sze­ścio­ma a dwu­dzie­sto­ma dzie­wię­cio­ma pro­cen­ta­mi z tlenu. Zna­ko­mi­tą więk­szość po­zo­sta­łej czę­ści at­mos­fe­ry sta­no­wi dwu­tle­nek węgla. Fakt obec­no­ści tlenu w ta­kich ilo­ściach jest nie­za­prze­czal­ną bio­sy­gna­tu­rą, któ­rej nie spo­sób zi­gno­ro­wać. Udało się nam też wy­kryć obec­ność chlo­ro­flu­oro­wę­glo­wo­do­rów w at­mos­fe­rze, co osta­tecz­nie po­twier­dza obec­ność cy­wi­li­za­cji tech­nicz­nej na po­wierzch­ni obiek­tu. Oprócz tego na pod­sta­wie ob­ser­wa­cji pla­ne­ty w świe­tle pod­czer­wo­nym po­twier­dzi­li­śmy, że śred­nia tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si tam dwa­dzie­ścia stop­ni Cel­sju­sza i nie spada, po­mi­mo obec­no­ści na pe­ry­fe­riach Ukła­du Sło­necz­ne­go. – Za­wa­hał się i po chwi­li dodał: – Oczy­wi­ście wszyst­kie uzy­ska­ne dane prze­ka­za­li­śmy dalej.

Szyb­kim kro­kiem zszedł z pod­wyż­sze­nia.

Le­żą­cy na ławie czyt­nik Pio­tra wy­ga­sił ekran, a on sam pod­parł brodę pię­ścią, sta­ra­jąc się przy­swo­ić to, co usły­szał. Mi­kro­or­ga­ni­zmy ży­ją­ce w we­nu­sjań­skiej at­mos­fe­rze chwi­lo­wo wy­da­ły mu się nie­istot­ne, cho­ciaż szyb­ko wró­ci­ły na pierw­szy plan, ry­wa­li­zu­jąc o uwagę Pio­tra z ob­cy­mi.

Mi­kro­fon wydał prze­ra­ża­ją­cy pisk, gdy prze­wod­ni­czą­cy obrad za­stu­kał w niego i kon­ty­nu­ował:

– Dzię­ku­ję za tę pre­lek­cję. Szczę­śli­wie w tej sali zgro­ma­dze­ni są wraz z nami ra­dio­astro­no­mo­wie, któ­rym w ostat­nich dniach udało się na­wią­zać kon­takt z Przy­by­sza­mi i mogą nas po­in­for­mo­wać o toku roz­mów. Ni­niej­szym za­pra­szam tu przed­sta­wi­cie­la grupy ra­dio­astro­no­mów, pana Alek­sie­ja Ku­znie­co­wa.

Przez mo­ment w sali za­pa­no­wa­ła ide­al­na cisza i zda­wa­ło się, że nikt nie za­mie­rza się wy­po­wie­dzieć. Jed­nak z jed­nej z ław usta­wio­nych w ostat­nim rzę­dzie wstał blady Ro­sja­nin i po­wo­li wspiął się po ni­skich schod­kach na mów­ni­cę. Ro­zej­rzał się po ze­bra­nych i chrząk­nął, po czym za­czął mówić wy­zby­tym emo­cji gło­sem, nie spo­glą­da­jąc na czyt­nik:

– Kon­takt udało się na­wią­zać w ciągu szes­na­stu go­dzin od nada­nia pierw­szej wia­do­mo­ści. Przy­by­sze szyb­ko zro­zu­mie­li za­sa­dy rzą­dzą­ce ludz­ką ko­mu­ni­ka­cją i nie wy­stą­pi­ły żadne pro­ble­my, po­wiedz­my, ję­zy­ko­we. Mimo na­wią­za­nia dia­lo­gu, Przy­by­sze zda­wa­li się nie być za­in­te­re­so­wa­ni ludź­mi i nie wy­py­ty­wa­li o nas. Nie mó­wi­li w ogóle nic, jeśli nie py­ta­li­śmy. Nie cze­ka­li­śmy więc, aż sami się nami za­in­te­re­su­ją i wy­sła­li­śmy pa­kiet pytań do­ty­czą­cych ich ga­tun­ku, tech­no­lo­gii, kul­tu­ry i tym po­dob­nych. Po ośmiu go­dzi­nach od nada­nia wia­do­mo­ści otrzy­ma­li­śmy krót­ką od­po­wiedź, w któ­rej od­mó­wi­li po­da­nia więk­szo­ści in­for­ma­cji, o które py­ta­li­śmy, nie po­da­jąc przy­czy­ny. Py­ta­nia, na które od­po­wie­dzie­li, do­ty­czy­ły głów­nie pod­staw bio­lo­gii, sztu­ki i po­li­ty­ki. Nie było jed­nak żad­nych kon­kre­tów. Nada­li­śmy krót­ką wia­do­mość, w któ­rej za­żą­da­li­śmy in­for­ma­cji, jaki jest powód ich po­ja­wie­nia się w Ukła­dzie Sło­necz­nym. – Spoj­rzał w jakiś punkt na wi­dow­ni i za­milkł na chwi­lę, bled­nąc jesz­cze bar­dziej. – Po ośmiu go­dzi­nach na­de­szła od­po­wiedź, w któ­rej stwier­dzi­li, że prze­by­wa­ją ga­lak­ty­kę i są tu, by wy­ko­nać ko­lej­ny, że tak się wy­ra­żę, skok do in­ne­go ukła­du pla­ne­tar­ne­go… z wy­ko­rzy­sta­niem ener­gii i masy Słoń­ca. Za­le­ci­li przy tym, byśmy prze­nie­śli się do in­ne­go ukła­du, bo tutaj wa­run­ki dla życia mogą stać się nie­opty­mal­ne. – Wy­si­lił się na uśmiech i mruk­nął: – Też mi nie­spo­dzian­ka.

Żart by­naj­mniej nie roz­ła­do­wał na­pię­cia. Sala tkwi­ła w gro­bo­wej ciszy, w któ­rej Piotr mógł­by usły­szeć bzy­cze­nie muchy na dru­gim końcu sali.

– Oczy­wi­ście po­in­for­mo­wa­li­śmy ich, że nie je­ste­śmy w sta­nie tego zro­bić i po­win­ni zmie­nić swoje plany. Nie­ste­ty stwier­dzi­li tylko, że muszą do­trzeć do swo­je­go celu i nie jest moż­li­we, by do­tar­li tam innym spo­so­bem. Potem ze­rwa­li ko­mu­ni­ka­cję i wszyst­kie sy­gna­ły, które do nich od tam­tej pory wy­sła­li­śmy, nie do­cze­ka­ły się od­po­wie­dzi.

Ro­sja­nin ukło­nił się lekko i wró­cił na miej­sce. W sali za­pa­dła cisza, którą prze­rwał do­pie­ro prze­wod­ni­czą­cy obrad, cicho du­ka­jąc:

– Za­rzą­dzam prze­rwę w ob­ra­dach. Potem zo­sta­nie omó­wio­na moż­li­wość ist­nie­nia życia jed­no­ko­mór­ko­we­go w wyż­szych par­tiach at­mos­fe­ry Wenus.

 

* * *

Piotr Czu­bak sie­dział zgar­bio­ny na pla­sti­ko­wej ławie na pace po­li­cyj­nej fur­go­net­ki mkną­cej przez ma­zo­wiec­kie szosy. Ro­zej­rzał się po oświe­tlo­nych słabą ża­ró­wecz­ką bla­sza­nych ścia­nach i po raz ko­lej­ny wy­tę­żył umysł, za­sta­na­wia­jąc się, czym za­wi­nił. Choć po­li­cjan­ci byli re­la­tyw­nie mili, gdy go aresz­to­wa­li, to nie po­wie­dzie­li mu o po­wo­dzie, dla któ­re­go zo­stał za­trzy­ma­ny. Prze­mknę­ło mu przez myśl, że może za­wi­nił czymś w związ­ku z fe­ral­nym spo­tka­niem MUA sprzed dwóch ty­go­dni. 

Cały ten czas nie pi­snął choć­by słów­ka, zgod­nie z klau­zu­lą po­uf­no­ści, którą ka­za­no mu pod­pi­sać. Wszy­scy ota­cza­ją­cy go lu­dzie nic nie wie­dzie­li i całym sobą sta­rał się nie zdra­dzać, że coś się zmie­ni­ło. Przy­cho­dził na uni­wer­sy­tet, wy­kła­dał, co mu­siał wy­kła­dać, cho­ciaż nie­kie­dy, pa­trząc na twa­rze stu­den­tów, miał ocho­tę wrza­snąć, że ich nauka nie ma już sensu. Jego obec­ność na ka­te­drze też nie miała już sensu. Nic już nie miało sensu, jeśli w ogóle kie­dy­kol­wiek miało.

Ale, mimo że chęć po­wie­dze­nia tego była ogrom­na, sie­dział cicho i żył zgod­nie ze swoją co­dzien­ną ru­ty­ną. Bez zmian. Je­dy­ne co zro­bił, to wró­cił do picia. Znów sa­mot­nie.

Fur­go­net­ka za­czę­ła na prze­mian za­trzy­my­wać się i ru­szać dalej, co zna­czyć mu­sia­ło, że wje­cha­li na teren ja­kie­goś mia­sta. To z kolei ka­za­ło su­ge­ro­wać, że są bli­sko celu po­dró­ży, co nie na­pa­wa­ło Pio­tra en­tu­zja­zmem. Zre­zy­gno­wał z do­cie­kań i sku­lił się, cze­ka­jąc na dal­szy bieg wy­da­rzeń.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się, a drzwi fur­go­net­ki otwo­rzył bar­czy­sty po­li­cjant w gra­na­to­wym mun­du­rze. Rzu­cił krót­kie:

– Chodź.

Piotr wstał, po­wo­li pod­szedł do niego i wy­cią­gnął ręce za­ku­te w kaj­dan­ki. Po­li­cjant wyjął z kie­sze­ni klucz, uwol­nił go i podał skon­fi­sko­wa­ne przed­mio­ty. Piotr ze­sko­czył na as­falt, a po­li­cjant wska­zał wej­ście do po­ma­lo­wa­ne­go na biało bu­dyn­ku.

– Słu­chaj po­le­ceń, a wy­pusz­czą cię do wie­czo­ra – mruk­nął mun­du­ro­wy.

Piotr ro­zej­rzał się ner­wo­wo po ogro­dzo­nym pla­cy­ku, na któ­rym stały inne po­li­cyj­ne fur­go­net­ki i ru­szył do ma­łych drzwi. Prze­cze­sał włosy i spoj­rzał za sie­bie, gdzie zo­ba­czył dwóch po­li­cjan­tów świ­dru­ją­cych go su­ro­wym wzro­kiem. Na­ci­snął mo­sięż­ną klam­kę dę­bo­wych drzwi i wszedł do środ­ka.

Hol był su­ro­wy. Nie­gdyś biała ka­fel­ko­wa pod­ło­ga swoim sta­nem skła­nia­ła do wnio­sku, że po­wsta­ła na po­cząt­ku wieku. Po schod­kach pro­wa­dzą­cych na pię­tro pę­dzi­li po­li­cjan­ci w gra­na­to­wych mun­du­rach, któ­rzy wy­raź­nie nie przej­mo­wa­li się Czu­ba­kiem sto­ją­cym przy wej­ściu. Po jego lewej stro­nie kilka ławek, ro­śli­na do­nicz­ko­wa i eks­pres do kawy two­rzy­ły skrom­ną po­cze­kal­nię. Po pra­wej znaj­do­wa­ła się od­gro­dzo­na szybą re­cep­cja.

Pod­szedł do okien­ka i za­sta­no­wił się, od ja­kie­go py­ta­nia po­wi­nien za­cząć. Nie był w sta­nie jed­nak wy­du­sić z sie­bie słowa, a i se­kre­tar­ka po dru­giej stro­nie zda­wa­ła się go nie za­uwa­żać. Z uwagą przy­glą­da­ła się cze­muś na małym ekra­nie wi­szą­cym nad czar­ną kla­wia­tu­rą. Zaraz jed­nak spoj­rza­ła na bladą twarz Czu­ba­ka, znów na ekran i spy­ta­ła:

– Piotr Czu­bak?

Piotr wolno po­ki­wał głową, a se­kre­tar­ka od­ha­czy­ła coś w elek­tro­nicz­nym for­mu­la­rzu.

– Niech pan pój­dzie pod szes­nast­kę.

– Co? – wy­du­kał cicho Piotr. – Gdzie?

Se­kre­tar­ka ode­rwa­ła wzrok od ekra­nu i wyj­rza­ła na hol. Kiedy prze­cho­dził tam­tę­dy jakiś po­li­cjant, pstryk­nę­ła i mruk­nę­ła:

– Bądź tak miły i od­pro­wadź pana pod szes­nast­kę, do­brze?

Wy­so­ki bar­czy­sty męż­czy­zna przy­sta­nął, spoj­rzał na se­kre­tar­kę i burk­nął:

– Ilu ich jesz­cze, do cho­le­ry, bę­dzie?

Ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, a mun­du­ro­wy wes­tchnął, od­wró­cił się i bez słowa ru­szył szyb­kim kro­kiem. Piotr po­szedł za nim jak prze­ra­żo­ne gą­siąt­ko za matką.

Po krót­kim mar­szu po­li­cjant sta­nął, otwo­rzył jedne z drzwi i wska­zał ręką po­miesz­cze­nie za nimi. Piotr lekko się uśmiech­nął, ale spoj­rzaw­szy na ka­mien­ną twarz po­li­cjan­ta wbił wzrok w nogi.

Za Pio­trem trza­snę­ły drzwi i do­pie­ro wtedy od­wa­żył się pod­nieść spoj­rze­nie. W rów­nych rzę­dach usta­wio­nych było kil­ka­na­ście krze­seł, na któ­rych sie­dzie­li męż­czyź­ni i ko­bie­ty nie mniej zdez­o­rien­to­wa­ni od Pio­tra. Śred­nia wieku w tym po­miesz­cze­niu nie mogła być wyż­sza niż trzy­dzie­ści lat.

Piotr usiadł na jed­nym z wol­nych krze­seł i nie­pew­nym wzro­kiem wo­dził po in­nych lu­dziach. W ciszy upły­nę­ło im ko­lej­nych dwa­dzie­ścia minut. Je­dy­nie od czasu do czasu do po­miesz­cze­nia wcho­dzi­ła na­stęp­na blada osoba i bez słowa zaj­mo­wa­ła wolne miej­sce.

Kiedy jed­nak ko­lej­ny raz drzwi za­skrzy­pia­ły, a wzrok wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych skie­ro­wał się ku nim, do salki wszedł pod­sta­rza­ły męż­czy­zna w brą­zo­wym mun­du­rze i lekko prze­krzy­wio­nej ro­ga­tyw­ce z gra­na­to­wym oto­kiem. Sta­nął przed pierw­szym rzę­dem krze­seł i oparł się o jedno z nich. Spoj­rzał na zgro­ma­dzo­nych by­strym wzro­kiem i za­czął:

– Zdaje się, że za­słu­gu­je­cie na prze­pro­si­ny. Może i spo­sób, w jaki was tu do­star­czo­no, nie był naj­przy­jem­niej­szy, ale był naj­szyb­szy i pa­ra­dok­sal­nie ge­ne­ro­wał naj­mniej cha­osu. Je­stem tu w imie­niu ONZ, by za­pro­po­no­wać wam uczest­nic­two w pew­nym pro­gra­mie… Zanim jed­nak będę mógł to zro­bić, po­trze­bu­je­cie pew­nych wy­ja­śnień.

Woj­sko­wy w kilka minut stre­ścił to, czego Piotr do­wie­dział się dwa ty­go­dnie wcze­śniej na spo­tka­niu MUA. Więk­szość zgro­ma­dzo­nych pa­trzy­ła na męż­czy­znę z mie­szan­ką stra­chu i dez­orien­ta­cji, za­sta­na­wia­jąc się, czy ge­ne­rał z nich nie drwi. Jed­nak wraz z każ­dym wy­po­wia­da­nym z pełną po­wa­gą sło­wem prze­ko­ny­wa­li się coraz bar­dziej, że wszyst­ko, co sły­szą, jest praw­dą. Piotr wie­dział to od po­cząt­ku.

– W tym wszyst­kim po­ja­wia się jed­nak py­ta­nie, dla­cze­go po­li­cja wy­cią­gnę­ła was z domów i przy­wio­zła tu, bym wam o tym po­wie­dział. Słusz­nie. Bo, wi­dzi­cie, ludz­kość jest jed­nak two­rem zbyt pięk­nym, by po­zwo­lić go znisz­czyć ban­dzie zie­lo­no­dup­ców przy­by­wa­ją­cych, by za­tan­ko­wać swój sta­tek. Więc, by na to nie po­zwo­lić, Rada Eks­pan­sji Ko­smicz­nej z ra­mie­nia ONZ przy­go­to­wa­ła pro­jekt Pro­me­te­usz, w ra­mach któ­re­go to wła­śnie wy wej­dzie­cie w skład grupy ma­ją­cej za za­da­nie sko­lo­ni­zo­wać księ­ży­ce ga­li­le­uszo­we Jo­wi­sza po uprzed­nim za­mie­nie­niu go w gwiaz­dę…

Przez salę prze­szła fala ner­wo­we­go chi­cho­tu. Piotr wy­tę­żył pa­mięć i przy­po­mniał sobie dzie­się­cio­let­ni, dawno już za­po­mnia­ny przez Boga, ar­ty­kuł opu­bli­ko­wa­ny w któ­rymś ze zna­nych cza­so­pism na­uko­wych. Ge­ne­rał uśmiech­nął się lekko i kon­ty­nu­ował:

– Tech­no­lo­gia po­zwa­la na to od ja­kiejś de­ka­dy. Nie zro­bio­no tego ze wzglę­du na ab­sur­dal­ne kosz­ty i praw­do­po­dob­ne roz­re­gu­lo­wa­nie kli­ma­tu na Ziemi. Ale teraz nie liczy się żaden z tych dwóch czyn­ni­ków. Re­asu­mu­jąc, macie szan­sę na zna­le­zie­nie się w gar­st­ce ludzi, któ­rzy od­bu­du­ją cy­wi­li­za­cję i za­pew­nią cią­głość ga­tun­ko­wi. Na wa­szym miej­scu za­prze­dał­bym duszę, by móc zo­sta­wić tę naszą nie­szczę­sną Zie­mię i za­cząć wszyst­ko od nowa na Eu­ro­pie czy innym Ga­li­le­uszu… Ale oczy­wi­ście macie prawo od­mó­wić. Nie mo­że­cie je­dy­nie po­wie­dzieć o tym, czego się tu do­wie­dzie­li­ście, ko­mu­kol­wiek spoza pro­jek­tu i chyba się do­my­śla­cie, że w prze­ciw­nym razie znaj­dzie się dla was miej­sce w przy­byt­ku dla obłą­ka­nych. Zro­zu­mia­no?

Przez salę prze­szedł nie­chęt­ny po­mruk po­twier­dze­nia. Ge­ne­rał uśmiech­nął się i spy­tał:

– Ja­kieś py­ta­nia?

W trze­cim rzę­dzie ktoś pod­niósł rękę i, nie cze­ka­jąc na przy­zwo­le­nie, mruk­nął:

– Dla­cze­go to wła­śnie my zo­sta­li­śmy wy­bra­ni?

Woj­sko­wy prych­nął i po­wie­dział:

– Mógł­bym wam teraz mówić o wa­szym ge­nial­nym wy­kształ­ce­niu, wy­so­kiej in­te­li­gen­cji i ta­kich tam, ale to nie one zde­cy­do­wa­ły o wa­szym wy­bo­rze. Naj­waż­niej­sze jest to, że wszy­scy je­ste­ście sie­ro­ta­mi i żadne stare pryki, takie jak ja – ge­ne­ra­ło­wi drgnął kącik ust – nie będą was trzy­mać na tej umie­ra­ją­cej pla­ne­cie. Poza tym w kar­cie zdro­wot­nej żad­ne­go z was nie fi­gu­ru­je im­po­ten­cja czy bez­płod­ność, więc bę­dzie­cie mogli, ku chwa­le ludz­ko­ści, pło­dzić dzie­ci na Eu­ro­pie.

Więk­szość osób na sali za­czę­ła wo­dzić po sali wzro­kiem, cze­ka­jąc, aż spo­tka­nie się skoń­czy. Je­dy­nie Piotr pod­niósł rękę.

– Jakim cudem – za­czął – w rok ma po­wstać flota ko­lo­ni­za­cyj­na go­to­wa prze­trans­por­to­wać tam tych wszyst­kich ludzi, wy­re­gu­lo­wać kli­mat na księ­ży­cach i…

– Już ONZ o to zadba, by po­wsta­ła na czas. – Ge­ne­rał wy­szcze­rzył zęby w szy­der­czym uśmie­chu. – I niech mi pan wie­rzy, że się­gnie po wszyst­kie do­stęp­ne środ­ki, jeśli bę­dzie trze­ba.

Przez Pio­tra prze­szedł dreszcz. Po­ki­wał głową i wbił wzrok w plecy ko­bie­ty sie­dzą­cej przed nim. Woj­sko­wy kon­ty­nu­ował:

– Ja­kieś jesz­cze py­ta­nia? – Od­po­wie­dzia­ła mu cisza. – Świet­nie. Macie ty­dzień na za­sta­no­wie­nie. Gdy zde­cy­du­je­cie się na udział, za­dzwoń­cie pod ten numer. – Wy­cią­gnął z kie­sze­ni kil­ka­dzie­siąt wi­zy­tó­wek kan­ce­la­rii praw­nej. – Roz­dam wam je przy wyj­ściu. Jeśli nie za­dzwo­ni­cie do tego czasu, za­mar­z­nie­cie wraz z po­zo­sta­ły­mi dzie­się­cio­ma mi­liar­da­mi ludzi. Jeśli takie są wasze ma­rze­nia, to nie wni­kam.

Kla­snął, uśmiech­nął się uj­mu­ją­co i ge­stem za­chę­cił, by wstać. Bez słowa utwo­rzy­ła się ko­lej­ka, a Piotr jako jeden z ostat­nich ode­brał małą srebr­ną wi­zy­tów­kę. Po­grą­żył się w my­ślach, po­dą­ża­jąc za ge­ne­ra­łem po­li­cyj­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi. Uśmiech­nął się nie­znacz­nie, my­śląc o kla­sy­fi­ka­cji do pro­gra­mu. Tak, zde­cy­do­wa­nie się nada­wał i to może aż za bar­dzo. Choć­by jedna osoba nie trzy­ma­ła go na Ziemi. W głębi duszy nawet po czę­ści cie­szył się z ta­kie­go ob­ro­tu spraw. Do­stał bilet, po­zwa­la­ją­cy zo­sta­wić za sobą wszyst­kich ludzi, z któ­ry­mi nie mógł się po­ro­zu­mieć, nawet jeśli bar­dzo się sta­rał. Szyb­ko jed­nak na­de­szła trzeź­wa myśl, że, nie­waż­ne na który księ­życ zo­sta­nie po­sła­ny, wszyst­ko się po­wtó­rzy. Znów trafi po­śród ludzi, z któ­ry­mi bę­dzie pra­gnął się po­ro­zu­mieć, ale nie bę­dzie po­tra­fił. Może po pro­stu prze­zna­czo­na mu była rola wy­rzut­ka.

Od tej dud­nią­cej w gło­wie myśli wy­zwo­li­ło go do­pie­ro zimne po­wie­trze, które ude­rzy­ło, gdy otwo­rzo­no drzwi. Ro­zej­rzał się wokół. Był na małym skwer­ku z kil­ko­ma ław­ka­mi i mło­dy­mi drze­wa­mi, na któ­rym wraz z nim stło­czy­ło się kil­ka­dzie­siąt in­nych za­gu­bio­nych osób. Ro­zej­rzał się po ich zdez­o­rien­to­wa­nych twa­rzach i za­drżał. To z tymi ludź­mi bę­dzie miał obo­wią­zek się za­zna­jo­mić, tylko po to by znów tra­fić na po­bo­cze, na które nikt nie za­glą­da, jeśli nie musi. To było pewne. Włosy sta­nę­ły mu dęba na całym ciele i po­czuł go­rą­co, mimo ade­kwat­nej dla po­cząt­ku marca tem­pe­ra­tu­ry. W ułam­ku se­kun­dy prze­peł­ni­ła go pew­ność, że wszy­scy do­oko­ła pa­trzą się na niego i w głębi ducha wzdy­cha­ją, że przyj­dzie im żyć z tym nie­udacz­ni­kiem. Po­biegł, pra­gnąc być sam. Tylko będąc sa­me­mu po­tra­fił my­śleć.

Zna­lazł się na dro­dze. Ręce mu drża­ły. Wtem usły­szał wy­so­ki pisk elek­tro­nicz­ne­go klak­so­nu, który przy­wró­cił go do rze­czy­wi­sto­ści.

Za­trzy­mał się i spoj­rzał w prawo. Pięć me­trów od sie­bie zo­ba­czył roz­pę­dzo­ny sa­mo­chód elek­trycz­ny ha­mu­ją­cy z pi­skiem kół. Było już jed­nak za późno. Tona stali wpa­dła na niego i rzu­ci­ła kilka me­trów dalej. 

 

* * *

Piotr prze­bu­dził się z pul­su­ją­cym bólem głowy unie­moż­li­wia­ją­cym my­śle­nie. Nie pa­mię­tał swo­je­go imie­nia, nie wie­dział gdzie jest i szyb­ko zre­zy­gno­wał z próby przy­po­mnie­nia sobie cze­go­kol­wiek. Miał za­mknię­te oczy, a szczy­tem jego am­bi­cji było otwar­cie ich. Spró­bo­wał to zro­bić, ale je­dy­nym efek­tem był krót­ki tik pra­wej po­wie­ki. Do jego świa­do­mo­ści zza gru­be­go muru bólu i oszo­ło­mie­nia do­tarł ochry­pły ko­bie­cy głos:

– Dok­to­rze, ock­nął się!

Wy­si­lił się jesz­cze bar­dziej i lekko roz­su­nął po­wie­ki, czu­jąc się tak, jakby pod­no­sił sztan­gę. Zo­ba­czył biały sufit i pod­wie­szo­ną pod nim po­dłuż­ną lampę. Szyb­ko opadł z sił. Za­mknął oczy i głę­bo­ko ode­tchnął, sły­sząc zbli­ża­ją­ce się kroki. Chwi­lę póź­niej męż­czy­zna i ko­bie­ta za­czę­li roz­ma­wiać, uży­wa­jąc tylu nie­zro­zu­mia­łych me­dycz­nych ter­mi­nów, że Piotr nie zadał sobie trudu przy­słu­chi­wa­nia się im. Po­czuł, jak rzed­nie mgła od­ci­na­ją­ca go od rze­czy­wi­sto­ści. Od pasa w górę jego ciało ogar­nę­ło przy­jem­ne cie­pło. Nie­śmia­ło otwo­rzył oczy i za­mru­gał, co nie uszło uwa­dze roz­ma­wia­ją­cej dwój­ki. Cie­szył się tą błogą chwi­lą, nie za­da­jąc jesz­cze żad­nych pytań.

– No, do­brze – za­chry­pły głos męż­czy­zny był ledwo sły­szal­ny zza szumu przy­po­mi­na­ją­ce­go fale oce­anu ude­rza­ją­ce o klif. – Panie… Czu­bak.

Nad Pio­trem po­chy­li­ła się po­stać w kitlu, która za­no­to­wa­ła coś w no­te­sie.

– Tak? – wy­du­kał Piotr.

– Pro­szę wstać – po­le­cił, a Piotr spró­bo­wał to zro­bić. Jed­nak po­mi­mo dumy i po­czu­cia siły, które opa­no­wa­ło go po pod­nie­sie­niu po­wiek, zdał sobie spra­wę, że nie byłby w sta­nie za­ci­snąć pię­ści, o wsta­niu nie wspo­mi­na­jąc. Męż­czy­zna chwy­cił go pod ramię i po­cią­gnął do góry. Piotr usiadł, po­ko­nu­jąc siłę gra­wi­ta­cji, która ścią­ga­ła go z po­wro­tem na mięk­ką po­dusz­kę. Zlu­stro­wał oto­cze­nie wzro­kiem zdra­dza­ją­cym po­wra­ca­ją­cą świa­do­mość.

Sie­dział na łóżku szpi­tal­nym, a nogi miał przy­kry­te grubą białą koł­drą. Po bo­kach stały bli­skie ścian­ki dzia­ło­we wy­dzie­la­ją­ce bar­dzo małą zda­niem Pio­tra prze­strzeń. Z lewej stro­ny stała apa­ra­tu­ra, któ­rej nie byłby w sta­nie na­zwać, a z pra­wej le­karz i pie­lę­gniar­ka, oboje z pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi i wło­sa­mi prze­pró­szo­ny­mi si­wi­zną. Wbił wzrok w męż­czy­znę, który zda­wał się być już nieco zi­ry­to­wa­ny nie­roz­gar­nię­ciem pa­cjen­ta.

– Miał pan wy­pa­dek – za­czął. – Pa­mię­ta pan to?

Piotr jak przez mgłę zo­ba­czył opły­wo­wą bryłę sa­mo­cho­du i po­ki­wał wolno głową.

– Świet­nie – le­karz kla­snął w dło­nie wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny z faktu, że pa­cjent jest w na tyle do­brym sta­nie. Zaraz jed­nak z po­wro­tem przy­jął służ­bo­wą po­wa­gę. – Nie­ste­ty, w wy­ni­ku wy­pad­ku mu­sie­li­śmy… – chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy nie wy­wo­ła to zbyt du­że­go szoku u pa­cjen­ta – cóż, am­pu­to­wać panu nogę.

Piotr spoj­rzał na białą koł­drę, pró­bu­jąc zgad­nąć, po któ­rej stro­nie jest ta pe­cho­wa noga. Nie czuł nic po­ni­żej pasa, więc nie miał jak tego oce­nić. Mu­siał zsu­nąć koł­drę. Ale wtedy przez jego umysł prze­mknę­ło py­ta­nie. Jak bę­dzie wy­glą­da­ła? Mniej wię­cej się tego spo­dzie­wał, bo wi­dział już w życiu kilka sztucz­nych nóg. Sztyw­ny be­żo­wy pla­stik skła­da­ny w har­mo­nij­kę przy ko­la­nie i ko­st­ce, odro­bi­na za­szy­tej w nim elek­tro­ni­ki in­ter­pre­tu­ją­cej im­pul­sy z mózgu i po­ru­sza­ją­cej me­cha­nicz­ny­mi mię­śnia­mi. Nic wy­jąt­ko­we­go, ale mimo tego nie mógł za­ak­cep­to­wać, że to on do­stał swo­ją-nie­swo­ją nogę.

Pie­lę­gniar­ka wy­rę­czy­ła go, zsu­wa­jąc koł­drę. Wszyst­kie myśli w jego gło­wie uci­chły, serce za­czę­ło bić szyb­ciej, a źre­ni­ce roz­sze­rzy­ły się.

W miej­scu owło­sio­nej lewej nogi wy­ra­stał zimny me­ta­lo­wy szkie­let. Nie było cze­go­kol­wiek, co było stan­dar­dem dru­giej po­ło­wy dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku. Sama chłod­na jak nie­bosz­czyk me­ta­lo­wa rura. Pie­lę­gniar­ka z po­wro­tem na­su­nę­ła szpi­tal­ną koł­drę, by oszczę­dzić Pio­tro­wi tego wi­do­ku. Spoj­rzał prze­ra­żo­ny na po­zba­wio­ną wy­ra­zu twarz dok­to­ra, nie będąc w sta­nie wy­du­kać ani słowa.

– Spo­koj­nie – mruk­nął le­karz. – Pań­ska re­ak­cja jest spo­dzie­wa­na. Mamy li­piec. Prze­le­żał pan czte­ry mie­sią­ce w śpiącz­ce. Świat nieco się zmie­nił od tam­te­go czasu.

I nagle wszyst­kie naraz oży­wio­ne myśli ko­tłu­ją­ce się pod czasz­ką Pio­tra wy­ki­pia­ły.

– W dupie mam świat! – krzyk­nął. – Co to cho­ler­stwo robi za­miast mojej nogi?!

Le­karz pod­niósł głos:

– Niech pan prze­sta­nie się wy­dzie­rać jak ob­ra­żo­ne na świat dziec­ko i da mi dojść do słowa!

Piotr zmełł prze­kleń­stwo w ustach i spoj­rzał na dok­to­ra mniej wro­gim wzro­kiem.

– Pań­ska noga wy­glą­da, jak wy­glą­da – wy­sy­czał le­karz – bo pań­stwo ma waż­niej­sze prio­ry­te­ty, niż fun­do­wa­nie panu cud­nej nowej nóżki. Tym bar­dziej, że to pań­stwo świa­to­we. Na­wia­sem mó­wiąc, po­wi­nien pan dzię­ko­wać lo­so­wi, że wciąż żyje. Za ty­dzień ma wejść de­kret upraw­nia­ją­cy nas do po­sy­ła­nia do eu­ta­na­zji wszyst­kich po dru­gim mie­sią­cu śpiącz­ki.

– Pań­stwo świa­to­we? De­kre­ty? O czym pan pie­przy?!

– Ostrze­ga­łem, że na­sta­ły pewne zmia­ny.

– Ale… jak? Jak, do cho­le­ry, to się stało? 

– A jak miało się stać? Ci na górze zro­zu­mie­li, że jeśli spra­wy będą się miały jak do­tych­czas, to ludz­kość zo­sta­nie zdep­ta­na przez bandę ob­cych, któ­rzy przy­by­li za­tan­ko­wać sta­tek.

Piotr spoj­rzał na dok­to­ra nie­pew­nym wzro­kiem.

– To pro­jekt Pro­me­te­usz wy­ciekł? – spy­tał pół­gło­sem.

– A jak miał­by nie wy­ciec? – Męż­czy­zna wy­szcze­rzył się szy­der­czo. – Ow­szem, tych kilku sa­ma­ry­tan zdra­dza­ją­cych praw­dę o nad­cho­dzą­cej apo­ka­lip­sie po­sta­wio­no już pod ścia­ną i wpa­ko­wa­no kulę w łeb, nawet trans­mi­to­wa­no to w te­le­wi­zji, ale nie zmie­nia to faktu, że nie dało się tego ukry­wać przed cho­ler­ny­mi dzie­się­cio­ma mi­liar­da­mi ludzi. Zwłasz­cza, gdy trze­ba ich zmo­ty­wo­wać do za­pie­prza­nia dwa­na­ście go­dzin dzien­nie ku chwa­le ludz­ko­ści.

Piotr po­ki­wał głową i z wy­sił­kiem za­czął for­mu­ło­wać na­stęp­ne py­ta­nie, gdy z ko­ry­ta­rza do­bie­gły szyb­kie kroki, a po chwi­li do sali wpadł trzy­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna z kil­ku­dnio­wym za­ro­stem, który wy­dy­szał:

– Panie Kur­ski, po­trze­bu­ją pana na czwór­ce.

– Co ta­kie­go? – spy­tał le­karz, wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny z faktu, że bę­dzie mógł opu­ścić salę i nie tłu­ma­czyć pa­cjen­to­wi tego, jak dzia­ła świat.

– Nie wiem, nie po­wie­dzie­li – wy­sa­pał męż­czy­zna. – Ale coś pil­ne­go. Coś z Ada­sie­wi­czem.

Dok­tor roz­ło­żył ręce i po­wie­dział do Pio­tra:

– Pani Dam­boń się panem zaj­mie.

Na­stęp­nie bez słowa po­że­gna­nia wy­szedł z sali, zo­sta­wia­jąc Pio­tra i pie­lę­gniar­kę sa­mych. Piotr spoj­rzał na po­god­ną twarz ko­bie­ty i za­py­tał:

– Co się stało, gdy byłem w śpiącz­ce? Tak kon­kret­nie. Jakie pań­stwo świa­to­we?

Ko­bie­ta wes­tchnę­ła cicho i mruk­nę­ła:

– W kwiet­niu ONZ za­chę­ci­ła wszyst­kie rządy, by przy­stą­pi­ły do pro­gra­mu zjed­no­cze­nio­we­go dą­żą­ce­go do ukoń­cze­nia pro­jek­tu Pro­me­te­usz. Po­in­for­mo­wa­no przy tym, że oby­wa­te­le państw, które nie przy­stą­pią do pro­gra­mu, zo­sta­ną wy­klu­cze­ni z re­kru­ta­cji i zginą wraz z nami wszyst­ki­mi… więc wszyst­kie rządy przy­stą­pi­ły do pro­gra­mu i po­wsta­ła Re­pu­bli­ka Świa­ta. Za­pa­no­wa­ła za­ska­ku­ją­ca jed­ność, którą sce­men­to­wa­ło wy­da­nie w maju de­kre­tu po­wo­łu­ją­ce­go do służ­by żan­dar­me­rię. – Na twa­rzy ko­bie­ty po­ja­wił się gorz­ki uśmiech.

Piotr po­ki­wał głową. Przez chwi­lę trwa­li w ciszy, aż ko­bie­ta mruk­nę­ła:

– Do­sta­łam listę fak­tów, o któ­rych mam pana po­in­for­mo­wać. Po­zwo­li pan, że po nią pójdę?

Piotr znów smęt­nie przy­tak­nął, a ko­bie­ta wy­szła szyb­kim kro­kiem z po­miesz­cze­nia. Po kilku mi­nu­tach wró­ci­ła z po­je­dyn­czą krzy­wo za­dru­ko­wa­ną kart­ką pa­pie­ru, która w pierw­szej ko­lej­no­ści zdzi­wi­ła Pio­tra. Zmarsz­czył brwi, wpa­tru­jąc się w nią jak w ma­nu­skrypt ty­siąc­let­niej księ­gi.

Ko­bie­ta za­uwa­ży­ła to i za­chi­cho­ta­ła cicho. Do­my­śla­jąc się py­ta­nia, które Piotr miał już wy­pi­sa­ne na ustach, po­wie­dzia­ła:

– Więk­szość nie­wiel­kiej elek­tro­ni­ki, od czyt­ni­ków po do­wo­dy oso­bi­ste, roz­mon­to­wa­no na czę­ści i zna­le­zio­no za­sto­so­wa­nie gdzieś na stat­kach, więc wszyst­ko wró­ci­ło do pa­pie­ro­lo­gii. Cóż, taki de­kret… I to też jest ważne. Bo w grun­cie rze­czy mo­gli­by­śmy wy­pi­sać pana za ty­dzień, może dwa, ale nie ma pan wy­ro­bio­nych do­ku­men­tów. Le­piej więc, żeby pan nie wy­cho­dził na krok ze szpi­ta­la, bo ina­czej… no, żan­dar­mi bar­dzo rzad­ko są po­cią­ga­ni do od­po­wie­dzial­no­ści za bez­pod­staw­ne za­bój­stwo.

Przy­tak­nął i wbił spoj­rze­nie w szpi­tal­ną koł­drę.

– No, do­brze… – Ko­bie­ta zbli­ży­ła kart­kę do oczu i zmru­ży­ła je. – Po pierw­sze, zo­stał pan wy­klu­czo­ny z pro­jek­tu Pro­me­te­usz. – Spoj­rza­ła na niego, nie­pew­na, czy słu­cha.

Piotr od­wza­jem­nił zmę­czo­ne spoj­rze­nie i mruk­nął:

– No, bo po cho­le­rę im ka­le­ka?

Pie­lę­gniar­ka spoj­rza­ła na niego nie­zdol­na, by wy­krze­sać z sie­bie ja­kie­kol­wiek współ­czu­cie. Wró­ci­ła wzro­kiem do kart­ki i kon­ty­nu­owa­ła:

– To, co już panu mó­wi­łam. Nie ma pan do­ku­men­tów… Nie wiem, kiedy je pan do­sta­nie. O! Widzę, że wy­własz­czo­no pana miesz­ka­nie.

– Słu­cham?

– Ro­zu­mie pan, nikt w nim nie miesz­kał przez czte­ry mie­sią­ce… Więc prze­ka­za­no je komuś in­ne­mu, by się nie mar­no­wa­ło.

– Pięk­nie… – mruk­nął Piotr.

– Co tu jesz­cze… – Ko­bie­ta prze­bie­ga­ła wzro­kiem po li­nij­kach tek­stu. – Nikt nie wy­sy­łał do pana li­stów i pa­czek, więc nie mam, czego prze­ka­zać… Ach, no i Ma­ni­fest RP ONZ… Do­brze, by się pan z nim za­zna­jo­mił, bo moż­li­we, że zo­sta­nie pan wy­sła­ny na re­edu­ka­cję po­li­tycz­ną. No, i jesz­cze prawo pracy. Nie sądzę, że bę­dzie pan dalej astro­no­mem. Na pewno nie w taki spo­sób, jak do­tych­czas

– Dla­cze­go? – Piotr wró­cił oży­wio­nym spoj­rze­niem do ko­bie­ty.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­wie­dzia­ła:

– Pracę do­sta­je się z urzę­du w za­leż­no­ści od ak­tu­al­ne­go za­po­trze­bo­wa­nia, a nauki opi­so­we ku­le­ją. Astro­no­mia, z ma­ły­mi wy­jąt­ka­mi, prze­sta­ła się li­czyć. Liczy się tylko ak­tu­ali­zo­wa­nie po­ło­że­nia Przy­by­szów i ana­li­za księ­ży­ców ga­li­le­uszo­wych.

– Więc gdzie będę pra­co­wał?

Ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i mruk­nę­ła:

– Nie wiem, ale sły­sza­łam, że w rol­nic­twie są nie­do­bo­ry pra­cow­ni­ków.

– Rol­nic­two! – krzyk­nął szy­der­czo Piotr. – Pięk­nie, po stu­diach astro­no­micz­nych będę kopał ziem­nia­ki, tak? I to jesz­cze z taką nogą?

Wes­tchnę­ła i stwier­dzi­ła:

– Po­wi­nien pan wie­dzieć naj­le­piej, że wła­śnie do tego zmu­sza nas wszyst­kich sy­tu­acja. Do po­świę­ceń.

Czu­jąc do­tkli­wy cios w po­li­czek od losu, po­ło­żył się i na­krył koł­drą pod nos. Ko­bie­ta wy­szła z sali, a Piotr na prze­mian szlo­chał i śmiał się z ota­cza­ją­ce­go go ab­sur­du. Przez jego mózg prze­mknę­ła nie­śmia­ła myśl, że może le­piej by­ło­by, gdyby się nie obu­dził.

Potem po­my­ślał o tym, że śmie­je się i pła­cze sam. Jak za­wsze.

 

* * *

Piotr z ni­kłym uśmiesz­kiem wspo­mi­nał, jak osiem mie­się­cy wcze­śniej pie­lę­gniar­ka traf­nie od­ga­dła jego przy­dział pracy. Szedł ci­chy­mi ko­ry­ta­rza­mi sa­mot­ne­go domu, my­śląc o tym, jak pew­ne­go sierp­nio­we­go dnia za­wie­zio­no go tu, do ma­łe­go go­spo­dar­stwa oto­czo­ne­go po­la­mi i la­sa­mi. My­ślał o su­ro­wym spoj­rze­niu ro­słe­go męż­czy­zny bę­dą­ce­go głową ro­dzi­ny, który z po­cząt­ku szcze­rze go nie­na­wi­dził, a póź­niej za­czął nim jesz­cze gar­dzić.

I po­mi­mo ośmiu mie­się­cy, które tu spę­dził, nie udało mu się skru­szyć lodów. Był tylko przy­pi­sa­ną z urzę­du do­dat­ko­wą gębą do wy­ży­wie­nia. Po­my­ślał, że mógł się spo­dzie­wać, że go dziś zo­sta­wią. Wciąż jed­nak czuł jakiś głę­bo­ko osa­dzo­ny żal. Zo­sta­wi­li go wła­śnie dzi­siaj! Tego jed­ne­go kon­kret­ne­go dnia! Kiedy wstał, dom był pusty. Ani słowa po­że­gna­nia. Nic.

Wes­tchnął, scho­dząc po wą­skich schod­kach na par­ter. Wszedł do kuch­ni, a te­le­faks, urzą­dze­nie które w nie­wy­ja­śnio­ny spo­sób wró­ci­ło do łask w ostat­nie pół roku, za­stu­kał, dru­ku­jąc na­stęp­ną in­for­ma­cję. Piotr po­bież­nie spoj­rzał na spi­sy­wa­ne od rana wia­do­mo­ści.

 

[5:22] „GA­LI­LE­USZ” OPU­ŚCIŁ OR­BI­TĘ OKO­ŁO­ZIEM­SKĄ Z 200 KO­LO­NI­ZA­TO­RA­MI NA PO­KŁA­DZIE.

 

[6:54] AWA­RIA UKŁA­DÓW CHŁO­DZE­NIA RE­AK­TO­RA NA „GA­GA­RI­NIE”. TECH­NI­CY

STA­RA­JĄ SIĘ ZA­PO­BIEC PRZE­GRZA­NIU RDZE­NIA.

 

[8:40] FI­ZY­CY WY­SO­KICH CI­ŚNIEŃ PO­TWIER­DZA­JĄ, ŻE TRANS­FOR­MA­CJA JO­WI­SZA PRZE­BIE­GNIE PO­MYŚL­NIE.

 

[10:13] W MO­SKWIE GRUPA DE­MON­STRAN­TÓW STAR­ŁA SIĘ Z ŻAN­DAR­ME­RIĄ.

GU­BER­NA­TOR GO­ŁY­GIN APE­LU­JE O SPO­KÓJ.

 

[11:04] GU­BER­NA­TOR GO­ŁY­GIN DE­MEN­TU­JE PO­GŁO­SKI O UŻY­CIU PRZEZ

ŻAN­DAR­ME­RIĘ BRONI MA­SZY­NO­WEJ W STAR­CIU Z DE­MON­STRAN­TA­MI.

 

[12:53] „HAW­KING” OPU­ŚCIŁ OR­BI­TĘ OKO­ŁO­ZIEM­SKĄ Z 150 KO­LO­NI­ZA­TO­RA­MI NA PO­KŁA­DZIE.

 

[13:12] AWA­RIA UKŁA­DÓW CHŁO­DZE­NIA NA „GA­GA­RI­NIE” OPA­NO­WA­NA.

 

[13:45] SMITH DZIĘ­KU­JE ZA WSPÓL­NĄ PRACĘ NA RZECZ PRZE­TRWA­NIA GA­TUN­KU. W PO­DRÓŻ DO JO­WI­SZA WY­SŁA­NO ŁĄCZ­NIE 7650 KO­LO­NI­STÓW.

C H W A Ł A  L U D Z K O Ś C I !

 

[14:31] PRZY­BY­SZE ZA­CZĘ­LI CZER­PAĆ ENER­GIĘ SŁOŃ­CA. SZA­CUN­KI WSKA­ZU­JĄ, ŻE ZGA­ŚNIE ONO W OKO­LI­CACH 15:00.

 

– Skur­wy­sy­ny mają nie­złe tempo – mruk­nął pod nosem Piotr i wy­rwał kart­kę, która spa­dła na brud­ną pod­ło­gę.

Otwo­rzył ku­chen­ną szaf­kę i skrzy­wił się, wi­dząc pa­ją­ka przę­dą­ce­go sieć mię­dzy sta­rym drew­nem i kar­to­nem z owsian­ką. Półki ziały pust­ka­mi, choć jesz­cze wczo­raj ugi­na­ły się pod je­dze­niem. Wi­docz­nie ro­dzin­ka po­sta­no­wi­ła zor­ga­ni­zo­wać ostat­nią wie­cze­rzę. Piotr otrzą­snął się z tej myśli i chwy­cił opa­ko­wa­nie z kil­ko­ma osta­ły­mi we­wnątrz su­cha­ra­mi. Schy­lił się nad zbitą z kilku desek skrzyn­ką, w któ­rej le­ża­ły dwie zie­lo­ne bu­tel­ki o smu­kłych szyj­kach. Chwy­cił jedną z nich i wy­szedł na ko­ry­tarz. 

Pod ścia­ną stała za­nie­dba­na ko­mo­da li­czą­ca sobie co naj­mniej osiem­dzie­siąt lat. Po­ło­żył na niej su­cha­ry i bu­tel­kę piwa, po czym otwo­rzył naj­wyż­szą szu­fla­dę. Prócz kurzu i wa­la­ją­cych się po ką­tach pa­pier­ków leżał w niej re­wol­wer.

Obok sa­mot­ny nabój.

Piotr za­chi­cho­tał cicho, a zdaw­szy sobie spra­wę z tego, że jest je­dy­ną żywą duszą w oko­li­cy, ro­ze­śmiał się gło­śno, cho­ciaż do jego oczu na­pły­nę­ły pierw­sze łzy. Za­ła­do­wał re­wol­wer, do­ce­nia­jąc fakt, że cho­ciaż w tej jed­nej kwe­stii o nim po­my­śla­no. Bę­dzie mógł po­dzi­wiać spek­takl, a potem god­nie odejść, wie­dząc, że prze­żył samo Słoń­ce. Wło­żył re­wol­wer do skó­rza­nej ka­bu­ry oraz chwy­cił bu­tel­kę piwa i opa­ko­wa­nie su­cha­rów. Spoj­rzał wil­got­ny­mi ocza­mi na wy­so­kie dę­bo­we drzwi, pod­szedł do nich i pchnął.

Fala zim­ne­go mar­co­we­go po­wie­trza owio­nę­ła go ca­łe­go. Wziął głę­bo­ki wdech i po­stą­pił kilka kro­ków, a drzwi trza­snę­ły za nim. Ro­zej­rzał się po nie­ob­sia­nych po­lach, które przej­mo­wa­ła trawa ro­sną­ca w od­da­lo­nych od sie­bie kę­pach. Słoń­ce świe­ci­ło tak jasno, jak wcze­snym wie­czo­rem. Cie­nie jed­nak nie wy­dłu­ża­ły się, je­dy­nie roz­my­wa­ły.

Po­szedł grun­to­wą drogą, na któ­rej wciąż wi­docz­ne były ślady kół sa­mo­cho­du od­bi­te w pyle. Ptaki ra­do­śnie ćwier­ka­ły, wciąż nie­świa­do­me ko­na­ją­ce­go Słoń­ca. Z każdą mi­nu­tą ro­bi­ło się ciem­niej, mimo że cie­nie upar­cie stały w miej­scu.

Do­szedł do miej­sca, w któ­rym pola upraw­ne ury­wa­ły się, ustę­pu­jąc miej­sca małym łąkom i lasom. Po­ło­żył pro­wiant na ka­mien­nym murku i oparł się o niego. Łzy znów na­pły­nę­ły mu do oczu, ale w mo­men­cie, w któ­rym po­my­ślał, że za­cznie szlo­chać, opa­no­wa­ła go rów­nie bo­le­sna obo­jęt­ność. Za­chciał je­dy­nie, by to wszyst­ko się wresz­cie skoń­czy­ło.

Usiadł na murku i po­ło­żył re­wol­wer na ko­la­nach. Wyjął z kar­to­nu jed­ne­go su­cha­ra i za­czął go żuć, wpa­trzo­ny w małą ró­żo­wa­wą plamę na po­ma­rań­czo­wym nie­bie. Stwier­dził, że Słoń­ce za­mie­ni­ło się już w czer­wo­ne­go karła. Ma­łe­go czer­wo­ne­go karła, który za­pew­ne nawet w tym mo­men­cie nie ist­niał, mimo że nadal dawał słabe cie­pło, a Zie­mia wciąż wokół niego krą­ży­ła. Kwe­stia minut.

Zni­kąd przy­fru­nę­ła wrona i wy­lą­do­wa­ła przed Pio­trem. Spoj­rza­ła na niego i prze­krzy­wi­ła łebek, jakby chcia­ła do­kład­niej przyj­rzeć się czło­wie­ko­wi, skądś go ko­ja­rząc. Za­skrze­cza­ła w spo­sób tak ża­ło­sny, że Pio­tro­wi drgnął kącik ust. Wyjął ko­lej­ne­go su­cha­ra, skru­szył go i rzu­cił wro­nie, na co ona za­czę­ła z wdzięcz­no­ścią wy­dłu­by­wać okru­chy spo­śród źdźbeł trawy. Piotr chwy­cił bu­tel­kę, stuk­nął szyj­ką o murek, a kap­sel od­padł. Po­pi­ja­jąc piwo, przy­glą­dał się pta­ko­wi je­dzą­ce­mu okru­chy, a widok ten był dla niego na tyle in­te­re­su­ją­cy, że nie­mal za­po­mniał o umie­ra­ją­cym Słoń­cu.

Ściem­ni­ło się jak póź­nym wie­czo­rem, który wpada w ob­ję­cia nocy. Ale noc miała być już wiecz­na i nawet wrona za­uwa­ży­ła, że dzie­je się coś bar­dzo dziw­ne­go. Pod­nio­sła łebek, roz­glą­da­jąc się wo­ko­ło, a jej wzrok za­trzy­mał się na małej plam­ce Słoń­ca. Piotr po­kru­szył i rzu­cił jej ko­lej­ne­go su­cha­ra, ale nie była nim za­in­te­re­so­wa­na.

Las ma­ja­czą­cy w od­da­li zda­wał się być od­la­ny ze smoły, a chmu­ry przy­bra­ły fio­le­to­wą barwę. Im­po­nu­ją­cy spek­takl ostat­nich minut Słoń­ca. Piotr po­dzi­wiał go wraz z wroną, z którą zda­wa­ła się go łą­czyć głęb­sza więź niż z po­zo­sta­ły­mi dzie­się­cio­ma mi­liar­da­mi ludzi na Ziemi. Ich dwoje w ob­li­czu śmier­ci wszyst­kie­go, co znali. Na twa­rzy Pio­tra po­ja­wił się nikły uśmiech.

W naj­waż­niej­szym dniu nie był sam.

(Ostat­nie świa­tło, Anna Słoncz)

 

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

No brawo. yes Głębokie i filozoficzne…

Szacun cool

Ja też kliknąłem. laugh

 

 

Ciekawy tekst. Obrazy konkursowe raczej nie kojarzyły mi się z SF, a jednak zdołałeś wykreować taki świat. Wprawdzie ponury i z krótkim terminem przydatności do spożycia, ale zawsze.

Bohater nie miał farta… No, ale może nie trzeba było biec przed siebie bez opamiętania w kluczowym momencie.

Zastanawiam się, czy kryteria doboru kolonistów nie są zbyt idealistyczne. Jakoś trudno mi uwierzyć, że politycy by tam nie wepchnęli jeśli nie siebie, to własnych rodzin.

Babska logika rządzi!

Cześć, Gryzok_Półpospolity

Zastanawiam się, jak to możliwe, że w ciągu roku była możliwa kolonizacja, włącznie z utworzeniem atmosfery z egzosfery na Europie, a ludzkość nie potrafiła sobie poradzić z klimatem :-) Czyżby emisja CO2 na Ziemi przerosła nasze oczekiwania? 

A teraz mniej czepialsko…

Bardzo dobre opowiadanie, podobało mi się i zaciekawiło. Można się utożsamić z bohaterem, polubić, współczuć – zbudowałeś żywą postać, to wielki plus.

Zmiany wątków proponuję oddzielić gwiazdką. 

W tekście masz powtórzenia, ale żadnej literówki się nie dopatrzyłem. 

Klik! 

Powodzenia w konkursie!

KoscianIx, :D

Finklo, podobno produkty z krótszym terminem przydatności są zdrowsze. laugh 

Początkowo myślałem, czy nie dodać czegoś o tym, jak miliarderzy się tam wpychają, ale uznałem, że na pewno sięgnęliby po rozum do głowy i myśleli o dobrze całej ludzkości, a nie o swoim. :) (moment, w którym należy puścić śmiech z taśmy) Ale zapewne i tak wcisnęli swoje dzieci, czy coś.

Dziękuję za klika. ;)

Heskecie,

Zastanawiam się, jak to możliwe, że w ciągu roku była możliwa kolonizacja, włącznie z utworzeniem atmosfery z egzosfery na Europie, a ludzkość nie potrafiła sobie poradzić z klimatem :-) Czyżby emisja CO2 na Ziemi przerosła nasze oczekiwania? 

Ja tam nie wiem, ja tu tylko sprzątam.

Bardzo cieszę się, że bohater jest udany. :) Tworzenie wiarygodnych postaci zawsze stanowiło dla mnie problem, więc miło usłyszeć, że się poprawiam. Powtórzenia też od zawsze stanowiły dla mnie problem. Ale one chyba jeszcze poczekają na wykorzenienie… 

Z tymi gwiazdkami masz rację.

Dziękuję za klika!

 

 Dziękuję Wam wszystkim za to, że przeczytaliście. :)

Pozdrawiam serdecznie.

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

podobno produkty z krótszym terminem przydatności są zdrowsze. laugh 

 Śmiech z taśmy? ;-)

Babska logika rządzi!

a wzrok co chwilę przenosił się na zegarek

To niezręczne, bo wzrok to zmysł i o ile stosowanie go jako synonim “spojrzenia” ujdzie, to można dojść do wniosku, że zmysł/spojrzenie żyły własnym życiem i gdzieś samowolnie biegały.

 

Wszyscy, w tym Piotr, postąpili za nim, wkraczając do sali spotkań.

Wszyscy pozostali pośpiesznie weszli/wślizgnęli się za nim do sali spotkań.

 

Przywitano ją wzgardliwymi spojrzeniami, których tak bał się Piotr.

Logiczniej: Przywitano ją wzgardliwymi spojrzeniami, których wcześniej tak bał się Piotr.

 

Piotr był jednak zbyt zajęty ostatnimi poprawkami swojego referatu i konsultacjami konsultowaniem się w jego sprawie z siedzącymi obok członkami zespołu.

i średnicę oscylującą w okolicach pięciu tysięcy czterystu kilometrów.

Fizyk/astronom tak nie powie, bo oscylacje to dla niego ruch drgający.

 

Nic już nie miało sensu, jeśli kiedykolwiek miało.

Druga część to skrót myślowy, może lepiej: Nic już nie miało sensu, jeśli go w ogóle kiedykolwiek miało.

 

Niegdyś biała kafelkowa podłoga wyraźnie sugerowała, że powstała na początku wieku.

Chyba niezamierzony efekt animizacji/personifikacji podłogi :)

 

Od tej dudniącej w głowie myśli wyrwało go dopiero zimne powietrze, które lunęło na niego, gdy otworzono drzwi.

Deszcz może lunąć, powietrze raczej nie. Poza tym oderwało jest lepszym wyborem.

 

Pięć metrów od siebie zobaczył rozpędzony bezgłośny samochód elektryczny hamujący z piskiem kół

Logika się zawaliła

 

Nie miał już siły na taki trud

Trochę masło maślane?

 

Piotr usiadł, z całych sił starając się nie opaść na miękką poduszkę.

Niezgrabne. Propozycja: Piotr usiadł, wygrawszy walkę z grawitacją, która ściągała go z powrotem na miękką poduszkę. Albo coś w tym stylu.

 

Owszem, postawiono już tych kilku samarytaninów zdradzających prawdę o nadchodzącej apokalipsie pod ścianą i wsadzić kulę w łeb, nawet transmitowano to w telewizji

Nie zgadza się gramatyka.

 

Astronomia, z małymi wyjątkami, przestała się liczyć. Liczy się tylko aktualizowanie położenia Przybyszów i analiza księżyców galileuszowych.

No dobra, tego nie kupię jako czytelnik. Gdybym miał pieczątkę “Bullshit” to bym ją przybił w tym miejscu :)

 

Otworzył kuchenną szafkę i skrzywił się, widząc pająka wijącego sieć między spróchniałym drewnem i kartonem z owsianką.

Dobry imiesłów to martwy imiesłów :)

 

Piotr chwycił butelkę, stuknął szyjką o murek, w reakcji na co kapsel odpadł.

Końcówka zdanie niezgrabna…

 

… za to całość opowiadania naprawdę dobrze się czyta. Jest interesujące i angażuje. Czytelnik czeka na to, co będzie na końcu, więc zwraca uwagę na zachowanie bohatera i jego emocje, nawet na wronę. Podobało mi się nawiązanie do obrazu.

Gryzoku, gdyby Lem w Twoim wieku tak pisał (na początku miałem skojarzenia z wczesnymi opowiadaniami), to ciekawe, do czego by doszedł? I na początku kariery na pewno nie miał takich ciekawych zakończeń :)

 

 

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ale zapewne i tak wcisnęli swoje dzieci, czy coś.

Miliarderzy cichcem zbudowali swój statek i polecieli tam tydzień wcześniej, żeby oznaczyć działki pod deweloperkę.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

LOL!

Pijesz do jakichś konkretnych miliarderów? ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, śmiech z taśmy. :)

Marzanie, miło, że wpadłeś! :D

Dziękuję za poprawki. Wprowadzę je jutro, jak tylko wrócę ze szkoły. No, kulę w łeb poprawię natychmiast, bo to zdanie było kilkukrotnie modyfikowane i chochlik się wkradł. Głupio wyszło.

Bardzo się cieszę, że Ci się podobało. Jeśli zaś wywołałem jakieś skojarzenia z Mistrzem Lemem, to jestem aż zakłopotany i nie bardzo wiem, co powiedzieć. (: Dziękuję.

A to z tymi nikczemnymi deweloperami, to w sumie prawdopodobne. Na Europie znajduje się dużo wody, więc chyba jest potencjał na tereny zalewowe. :D

Pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Pijesz do jakichś konkretnych miliarderów? ;-)

Zaraz lobby forumowych miliarderów mnie zatłucze za potwarz :)

Są tacy, którzy już budują statki kosmiczne, ale to była tylko aluzja, panie M., proszę nie przysyłać gości w czarnych okularach i garniakach!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Hej, bardzo dobry język i dialogi.

Marzanie, wprowadziłem poprawki. Jeszcze raz dziękuję. :)

Misiu, miło, że zajrzałeś. Dziękuję. :D

Pzarzycki, dziękuję. :)

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

 

Podążaj za białym królikiem.

Hejka!

Przeczytałam i mam totalny mętlik w głowie… w dobrym sensie. 

 Z jednej strony opowiadanie jest niesamowicie wciągające, bo od pierwszych zdań czułam ten ból, dezorientację Piotra, a potem stopniowe odkrywanie świata, który okazuje się jeszcze gorszy niż jego sytuacja. Bardzo podobało mi się, jak wszystko stopniowo narasta: od osobistych tragedii bohatera do totalnej katastrofy całej ludzkości. 

 Końcówka uważam, że jest świetna. Cisza, pustka, pogodzenie się z losem aż tu nagle ta wrona. Tak proste, a jednocześnie strasznie mocne pokazanie, że w obliczu takiej tragedii najważniejsze okazuje się to, że nie jest się całkiem samemu.

Mam też kilka zgrzytów, żeby nie było zbyt cukierkowo. Momentami dialogi, a szczególnie z lekarzem, wydają mi się trochę zbyt „wykładowe”, jakby były bardziej wypełniaczem dla czytelnika niż naturalną rozmową. Trochę też ciężko uwierzyć, że Piotr tak szybko przechodzi od szoku do przyjmowania tych wszystkich absurdów świata. I niektóre elementy świata aż proszą się o lekkie doprecyzowanie, bo są mega ciekawe – to mój prywatny niedosyt haha. 

Podsumowując, opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie. 

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Betweenthelines, cześć!

Rad jestem, że Ci się podobało. Jeśli, pomimo mojego niewielkiego doświadczenia, udało mi się wiarygodnie ukazać tragedię osobistą i światową, to mogę odstawić na bok moją główną obawę dotyczącą tego opowiadania.

Jeśli końcówka wypadła dobrze, to najważniejsze, bo to ona jest najważniejszą częścią. Kiedy zobaczyłem obraz, poczułem ten chłód, a przed oczami stanął mi Piotr i wrona… Reszta opowiadania została wymyślona później, by dojść do tego momentu. :)

że w obliczu takiej tragedii najważniejsze okazuje się to, że nie jest się całkiem samemu.

Właśnie! :D Jeśli udało mi się na tyle czytelnie wyrazić ten przekaz, że udało Ci się go wydestylować z opowiadania, to drugi strach, że to opowiadanie będzie niezrozumiałym bełkotem, towarzyszący pisaniu też mogę odłożyć.

Co do dialogów, pewnie masz rację. Wciąż ćwiczę show not tell. No ale hej, średnia długość życia mężczyzn w Polsce to jakieś 75 lat, więc mam jakieś 61 lat na trening. :D O tym, że Piotr szybko akceptuje rzeczywistość nawet bym nie pomyślał, ale w sumie to bardzo możliwe. Nie mam punktu odniesienia, bo póki co nikt ani nic nie zburzyło całego znanego mi świata. Na początku mówiłem więcej o świecie, ale później uznałem, że większość z tego jest zbędna i wyciąłem. Może to był błąd, a może nie. :)

Miło, że wpadłaś. Pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Gryzoku, jestem pełna podziwu zarówno dla pomysłu na wykorzystanie „Ostatniego światła” Pani Anny Słoncz, jak i Twojego opisania „Ostatniego światła”.

Historia jest szalenie wciągająca i choć nie pozostawia wątpliwości, co do losów Piotra i całej Ziemi, przeczytałam ją z ogromnym zainteresowaniem i wielką satysfakcją.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

 …wszedł po schod­kach na pod­wyż­sze­nie i sta­nął przed mów­ni­cą… → Mównica z reguły stoi przez prelegentem, więc: …wszedł po schod­kach na pod­wyż­sze­nie i sta­nął za mów­ni­cą

 

nie przy­był do ukła­du Sło­necz­ne­go… → …nie przy­był do Ukła­du Sło­necz­ne­go

 

Piotr ode­rwał się od roz­mo­wy z sie­dzą­cym obok Hisz­pa­nem… → A może: Piotr przerwał rozmowę z sie­dzą­cym obok Hisz­pa­nem…

 

Ja­poń­czyk wró­cił na swoje miej­sce… → Zbędny zaimek.

 

przed mów­ni­cę wy­szedł prze­wod­ni­czą­cy obrad. → …do mównicy podszedł prze­wod­ni­czą­cy obrad.

 

śred­nia tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si tam dwa­dzie­ścia stop­ni cel­sju­sza… → …śred­nia tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si tam dwa­dzie­ścia stop­ni Cel­sju­sza

 

Mi­kro­fon wydał z sie­bie prze­ra­ża­ją­cy pisk… → Zbędny zaimek.

 

Mimo na­wią­za­nia dia­lo­gu, przy­by­sze zda­wa­li się… → Mimo na­wią­za­nia dia­lo­gu, Przy­by­sze zda­wa­li się

 

Ro­sja­nin ukło­nił się lekko i wró­cił na swoje miej­sce. Do sali powróciła cisza… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Rosjanin ukłonił się lekko i wrócił na miejsce. W sali zapadła cisza

 

wy­tę­żył umysł, za­sta­na­wia­jąc się, co za­wi­nił. → …wy­tę­żył umysł, za­sta­na­wia­jąc się, czym za­wi­nił.

 

Ale, mimo że chęć po­wie­dze­nia o tym była ogrom­na… → Ale, mimo że chęć po­wie­dze­nia tego była ogrom­na…

 

Je­dy­ne co, to wró­cił do picia. → Chyba miało być: Je­dy­ne co zrobił, to wró­cił do picia.

 

po­li­cjant wska­zał mu wej­ście do po­ma­lo­wa­ne­go na biało bu­dy­necz­ku. → Zbędny zaimek.

 

– Słu­chaj się po­le­ceń, a wy­pusz­czą cię do wie­czo­ra… → – Słu­chaj po­le­ceń, a wy­pusz­czą cię do wie­czo­ra

 

Piotr ro­zej­rzał się ner­wo­wo po małym ogro­dzo­nym pla­cy­ku… → Zbędne dookreślenie – placyk jest mały z definicji.

 

sie­dzie­li męż­czyź­ni i ko­bie­ty nie­mniej zdez­o­rien­to­wa­ni od Pio­tra. → …sie­dzie­li męż­czyź­ni i ko­bie­ty, nie ­mniej zdez­o­rien­to­wa­ni od Pio­tra.

 

męż­czy­zna w brą­zo­wym mun­du­rze, na któ­re­go gło­wie le­ża­ła lekko prze­krzy­wio­na ro­ga­tyw­ka z gra­na­to­wą otoką. → Rogatywkę wkłada się na głowę, nie kładzie na niej. Otok jest rodzaju męskiego.

Proponuję: …męż­czy­zna w brą­zo­wym mun­du­rze i lekko przekrzywionej rogatywce z granatowym otokiem.

 

ale to nie one przeważyły o waszym wyborze. → …ale to nie one zdecydowały o waszym wyborze.

 

Kla­snął, przy­jął szar­manc­ki uśmiech i ge­stem za­chę­cił, by wstać. Bez słowa powstała kolejka…→ Nie bardzo wiem, jak przyjmuję się uśmiech, zwłaszcza szarmancki. Powtórzenie.

Proponuję: Kla­snął, uśmiechnął się ujmująco i ge­stem za­chę­cił, by wstać. Bez słowa utworzyła się kolejka.

 

Uśmiechnął się licho, myśląc o klasyfikacji do programu. → A może: Uśmiechnął się nieznacznie, myśląc o klasyfikacji do programu.

 

Do­stał bilet, po­zwa­la­ją­cy mu zo­sta­wić za sobą wszyst­kich ludzi… → Zbędny zaimek.

 

Od tej dudniącej w głowie myśli oderwało go dopiero zimne powietrze, które uderzyło go, gdy otworzono drzwi. → Czy oba zaimki są konieczne?

Proponuję: Od tej dudniącej w głowie myśli uwolniło go dopiero zimne powietrze, które uderzyło, gdy otworzono drzwi.

 

Włosy stanęły mu dęba na całym ciele i poczuł, że robi mu się gorąco mimo adekwatnej dla początku marca temperatury. → A może wystarczy jeden zaimek: Włosy stanęły mu dęba na całym ciele i poczuł gorąco, mimo adekwatnej dla początku marca temperatury.

 

– Wziął pan udział w wy­pad­ku – za­czął. → A może: – Miał pan wypadek – zaczął.

 

Pie­lę­gniar­ka wy­rę­czy­ła go w za­da­niu zsu­nię­cia koł­dry. → A może: Pie­lę­gniar­ka wy­rę­czy­ła go i odchyliła/ odsunęła koł­drę.

 

I nagle wszyst­kie nagle oży­wio­ne myśli…-> I nagle wszyst­kie naraz oży­wio­ne myśli

 

Le­karz sa­me­mu pod­niósł głos… → Le­karz pod­niósł głos

 

Piotr zmiął prze­kleń­stwo w ustach… -> Piotr zmełł prze­kleń­stwo w ustach

 

Na­wia­sem mó­wiąc, po­wi­nien pan dzię­ko­wać losu, że wciąż żyje. → Na­wia­sem mó­wiąc, po­wi­nien pan dzię­ko­wać losowi, że wciąż żyje.

 

– Owszem, postawiono już tych kilku samarytaninów zdradzających prawdę o nadchodzącej apokalipsie pod ścianą i wsadzono kulę w łeb… → – Owszem, tych kilku samarytan zdradzających prawdę o nadchodzącej apokalipsie, postawiono już pod ścianą i wpakowano kulę w łeb

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika samarytanin.

 

– W kwiet­niu ONZ za­chę­cił wszyst­kie rządy… → – W kwiet­niu ONZ za­chę­ciła wszyst­kie rządy

Organizacja Narodów Zjednoczonych/ ONZ to organizacja, a tym samym rodzaj żeński.

 

–No, do­brze… → Brak spacji po półpauzie.

 

Pie­lę­gniar­ka spojrzała na niego zbyt zmę­czo­na… → Trzy zdania wcześniej też jest to sformułowanie.

 

 Czując dobitny cios w policzek od losu… → A może: Czując, że los dotkliwie go spoliczkował

 

Potem pomyślał o tym, że śmieje się i płacze samemu. Jak zawsze.  → Potem pomyślał o tym, że śmieje się i płacze sam. Jak zawsze.

 

Piotr z lichym uśmieszkiem wspominał… → Piotr z nikłym uśmieszkiem wspominał

 

skrzywił się, widząc pająka wijącego sieć… → …skrzywił się, widząc pająka przędącego sieć

 

Poszedł wzdłuż gruntowej drogi… → Zbędne dookreślenie, bo chyba oczywiste, że nie szedł w poprzek drogi.

Wystarczy: Poszedł gruntową drogą

 

Oni dwaj w obliczu śmierci wszystkiego, co znali. → Wrona jest rodzaju żeńskiego, więc: Ich dwoje w obliczu śmierci wszystkiego, co znali.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Reg!

Miło mi, że Ci się spodobało i dziękuję za poprawki. Wprowadzone. :)

choć nie pozostawia wątpliwości, co do losów Piotra i całej Ziemi,

Niektórzy w mojej rodzinie spodziewali się nagłego zwrotu akcji i happy endu. A dziadek chyba wystraszył się, że zapadłem na werteryzm, kiedy przeczytał o pojedynczym naboju… ;)

Pozdrawiam i dziękuję za klika. :) 

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Tak, Gryzoku, potwierdzam – to jest bardzo porządne opowiadanie, a skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

Powodzenia w konkursie!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Gryzoku!

Opowiadanie ma równe tempo, co mi się spodobało, ponieważ naprawdę dobrze się czyta. 

Przejmująca interpretacja “Ostatniego światła”. Och, jak to dobrze, że to tylko obowiązkowa fantastyka!

Bohater żywy i plastyczny, a widok umierającego Słońca rozrywa serce.

Dobre opowiadanie.

Klikam i pozdrawiam!

 

 

Reg, dziękuję! :D

Chalbarczyk, rad jestem, że Ci się spodobało. A tym bardziej, że bohater i masowe ludobójstwo tragedia ludzkości są udane. ;)

Och, jak to dobrze, że to tylko obowiązkowa fantastyka!

Tymczasem kilkuletni ja, kiedy całą rodzinką w letnie bezchmurne popołudnie szliśmy pięknymi wybetonowanymi ulicami Bydgoszczy bez centymetra kwadratowego cienia lub zieleni:

Niech ktoś wyłączy to Słońce!

(prawdziwa anegdota)

W ogóle jest dużo takich niepozornych rzeczy, których zniknięcie spowodowałoby, że byśmy padli jak muchy. Słońce, trawa, morska roślinność… Nowe scenariusze końca świata odblokowane.

Pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Opowiadanie dostało się do biblioteki!

Dziękuję Wam wszystkim. :D

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Science fiction to trochę nie mój konik, (Dukaj, Lem i Ellison to ci najważniejsi, których czytałem) bardziej siedzę w fantasy oraz horrorze. Mimo to przeczytałem z przyjemnością. Opowieść jest ciekawa oraz wciągająca.

No i zakończenie bardzo realistyczne, prawdopodobnie większość ludzi w obliczu rychłej apokalipsy zakosztowałoby ostatniego browarka z przegryzką ;D

Fajna historia i kreatywnie wykorzystany obraz.

Z innej beczki: gdybym tak pisał w wieku czternastu lat, teraz nie musiałbym przeznaczać wiekszości czasu na poprawki własnych tekstów :/

Swoją drogą Dukaj też debiutował w tym wieku, o ile dobrze pamiętam.

Storm, cześć! Fajnie, że Ci się spodobało. :)

Bałem się, że zakończenie będzie absurdalne, bezsensowne i zostanie mi wytknięte, że bohater pije piwo i karmi wronę, gdy świat się sypie, ale widocznie udało mi się dobrze przewidzieć Wasze – tj. dorosłych – zachowanie. :D

Co do wieku – tiaaaaa, czuję się na tym portalu jak smok po prawej.

Pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

E tam, wiek nie jest aż taki ważny. Czternastoletni ja nigdy nie wziąłby książki do ręki i nie napisałby nawet jednego akapitu, tego, co Ty napisałeś. 

Jeśli dalej będziesz tak dobrze pisał, to prędko upodobnisz się do dwóch smoków jeszcze przed osiemnastką :>

 

Jeśli nie upodobnię się do dwóch pierwszych smoków do lat osiemnastu, to zgłoszę się do Ciebie z zażaleniem. :D

Tak sobie jeszcze pomyślałem, jak by Cię tu przekonwertować na jedyną słuszną wiarę w SF… Nie no, żartuję, ale i tak polecę Autostopem przez galaktykę, które kilka tygodni temu pożyczyła mi Pani od WOSu. Science tam nie ma, ale za to absurd, groteska i brytyjski humor tryskają ze stronnic jak socrealizm z Obłoku Magellana. Mnie ta książka zachwyciła i wchłonąłem ją w trzy dni, ale już Ty musisz ocenić, czy podpasuje. No, i jeszcze bym polecił Nowy wspaniały świat, który oczarował mnie półtora roku temu, gdy dostałem go na urodziny. To chyba najlepsza książka, jaką dotąd przeczytałem, więc zachęcam, byś uczynił to samo. :>

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Gryzoku, ale wiesz, że “Autostopem…” ma swoją kontynuację w kilku tomach?

Babska logika rządzi!

Finklo, jestem tego w pełni świadom, ale mam już ładną kupkę książek do przeczytania, które dobrze by było odhaczyć, zanim znów wciągnie mnie Adams. :)

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Tak tylko się upewniam.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za troskę. :)

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Witaj, Gryzoku_Półpospolity. :)

 

Dziękuję Ci za udział w Konkursie i uprzedzenie o wulgaryzmach; gratuluję pierwszego opowiadania konkursowego. :)

Komentarz, stworzony zaraz po przeczytaniu.

 

Uwagi, sugestie oraz wątpliwości co do strony językowej (tylko do przemyślenia):

Przeczesał krótkie (przecinek?) siwe włosy i poprawił staromodne okulary w cienkich oprawkach.

Piotr był jednak zbyt zajęty pobieżnym studiowaniem swojego referatu i konsultowaniem się w jego sprawie z siedzącymi obok członkami jego zespołu. – powtórzenie?

Ostatnim (przecinek?) co potwierdziliśmy, sprawdzając dane archiwalne, jest to, że obiekt został zarejestrowany drugiego stycznia bieżącego roku.

Nie był wcześniej zauważony przez żaden teleskop, co skłania do wniosku, że nie przybył do układu Słonecznego w naturalny sposób, lecz się w nim… – Tagomi podniósł wzrok na zgromadzonych i dokończył, akcentując każdą sylabę: – zmaterializował. – wielką literą? – później piszesz oba człony wielkimi literami

Zwłaszcza zważywszy na to, że szanse na naturalne pochodzenie tego obiektu od początku były niewielkie. Udowodnienie tego, że obiekt pojawił się nagle, jedynie potwierdziło te przypuszczenia. – powtórzenia?

Wziął czytnik i szybkim krokiem zszedł z podwyższenia.

Leżący na ławie czytnik Piotra wygasił ekran, a on sam podparł brodę pięścią, starając się przyswoić to, co usłyszał. – i tu?

– Oczywiście poinformowaliśmy ich, że nie jest to możliwemuszą zmienić swoje plany. Niestety stwierdzili tylko, że muszą dotrzeć do swojego celu i nie jest możliwe, by dotarli tam innym sposobem. – i tutaj?

Rozejrzał się po oświetlonych słabą żaróweczką blaszanych ścianach i po raz kolejny wytężył umysł, zastanawiając się, co zawinił. – w czym?

Przemknęło mu przez myśl, że może zawinił coś w związku z feralnym spotkaniem MUA sprzed dwóch tygodni. – zbędne?

Nawet (przecinek?) jeśli tak, to wciąż nie wiedział, co konkretnie uczynił i nic nie przychodziło mu na myśl.

Ale, mimo że chęć wyrzucenia tego z siebie była ogromna, nie zrobił tego i wciąż żył zgodnie ze swoją codzienną rutyną. – powtórzenie?

To z kolei kazało sugerować, że są blisko celu podróży, a to nie napawało Piotra entuzjazmem. – i tu?

Piotr powoli podszedł do niego i wyciągnął ręce zakute w kajdanki. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

Piotr rozejrzał się nerwowo po małym (przecinek?) ogrodzonym placyku, na którym stały inne policyjne furgonetki i ruszył do małych drzwi. – powtórzenie?

Niegdyś biała (przecinek?) kafelkowa podłoga wyraźnie sugerowała, że powstała na początku wieku.

Wysoki (przecinek?) barczysty mężczyzna przystanął, spojrzał na sekretarkę i burknął: (…)

Jedynie od czasu do czasu do pomieszczenia wchodziła kolejna blada osoba i bez słowa zajmowała wolne miejsce.

Kiedy jednak kolejny raz drzwi zaskrzypiały, a wzrok wszystkich zgromadzonych skierował się ku nim, wszedł przez nie podstarzały mężczyzna w brązowym mundurze, na którego głowie leżała lekko przekrzywiona rogatywka z granatową otoką. Wyszedł przed pierwszy rząd krzeseł, przesunął jedno z niezajętych i oparł się o nie. – powtórzenia?

Większość zgromadzonych patrzyła na mężczyzna z mieszanką strachu i dezorientacji, zastanawiając się, czy mężczyzna z nich nie drwi. Jednak wraz z każdym wypowiadanym z pełną powagą słowem przekonywali się coraz bardziej, że wszystko, co słyszą, jest prawdą. Piotr wiedział to od pierwszego słowa. – i tu?; literówka?

Więc, by na to nie pozwolić, Rada Ekspansji Kosmicznej z ramienia ONZ przygotowała projekt Prometeusz, w ramach którego to właśnie wy wejdziecie w skład grupy (przecinek?) mającej za zadanie skolonizować księżyce galileuszowe Jowisza po uprzednim zamienieniu go w gwiazdę…

– Technologia pozwala na to od jakiejś dekady. Nie zrobiono tego ze względu na absurdalne koszty i prawdopodobne rozregulowanie klimatu na Ziemi. – powtórzenie?

Klasnął, przyjął szarmancki uśmiech i gestem zachęcił, by wstać. Bez słowa powstała kolejka, a Piotr jako jeden z ostatnich odebrał małą (przecinek?) srebrną wizytówkę. – powtórzenie/styl?

Uśmiechnął się licho, myśląc o klasyfikacji do programu. – nieco mi to zgrzyta (?)

Może po prostu przeznaczona mu była rola wyrzutka.

Od tej dudniącej w głowie myśli wyrwało go dopiero zimne powietrze, które lunęło na niego przy otwieraniu drzwi. Rozejrzał się wokół. Był na małym skwerku z kilkoma ławkami i młodymi drzewami, na którym wraz z nim stłoczyło się kilkadziesiąt innych zagubionych osób. – powtórzenia?

To z tymi ludźmi będzie miał obowiązek się zaznajomić, tylko po to (przecinek?) by znów trafić na pobocze, na które nikt nie zagląda, jeśli nie musi. To było pewne. – powtórzenia?

Włosy stanęły mu dęba na całym ciele i poczuł, że robi mu się gorąco mimo adekwatnej dla początku marca temperatury. W ułamku sekundy przepełniła go pewność, że wszyscy dookoła patrzą się na niego i w głębi ducha wzdychają, że przyjdzie im żyć z tym nieudacznikiem. – i znowu?

Powieki ciężko opadły, a on sam głęboko odetchnął, słysząc zbliżające kroki. – brak „się”?

Siedział na łóżku szpitalnym, a nogi miał przykryte grubą (przecinek?) białą kołdrą.

Po bokach stały bliskie ścianki działowe (przecinek?) wydzielające bardzo małą zdaniem piotra (ort. – wielką literą?) przestrzeń. Z lewej strony stała aparatura, której nie byłby w stanie nazwać, a z prawej lekarz i pielęgniarka, obaj z podkrążonymi oczami i włosami przepruszonymi siwizną. – literówka?; powtórzenia/styl?; czemu „obaj”? – logiczny i składniowy?

– Świetnie – lekarz klasnął w dłonie wyraźnie zadowolony z faktu, że pacjent jest w na tyle dobrym stanie. Zaraz jednak z powrotem przyjął służbową powagę. – Niestety, w wyniku wypadku musieliśmy… – chwilę zastanawiał się, czy nie wywoła to zbyt dużego szoku u pacjenta – cóż, amputować panu nogę. – błędny zapis dialogu?

Sztywny (przecinek?) beżowy plastik składany w harmonijkę przy kolanie i kostce, odrobina zaszytej w nim elektroniki interpretującej impulsy z mózgu i poruszającej mechanicznymi mięśniami.

Nie było czegokolwiek, co było standardem drugiej połowy dwudziestego pierwszego wieku. – powtórzenie?

Sama chłodna jak nieboszczyk (przecinek?) metalowa rura.

I nagle wszystkie nagle ożywione myśli (przecinek?) kotłujące się pod czaszką Piotra (i tu?) wykipiały. – omyłkowe powtórzenie

Lekarz samemu podniósł głos: – nieco mi zgrzyta styl (?)

– Niech pan przestanie się wydzierać (przecinek?) jak obrażone na świat dziecko i da mi dojść do słowa!

– Pańska noga wygląda, jak wygląda – wysyczał lekarz – bo państwo ma ważniejsze priorytety, niż fundowanie panu cudnej (przecinek?) nowej nóżki.

Nawiasem mówiąc, powinien pan dziękować losu, że wciąż żyje. – składniowy?

Za tydzień ma wejść dekret (przecinek?) uprawniający nas do posyłania do eutanazji wszystkich po drugim miesiącu śpiączki.

– Ale… jak? Jak, do cholery, to się stało? 

– A jak miało się stać? Ci na górze zrozumieli, że jeśli sprawy będą się miały (przecinek?) jak dotychczas, to ludzkość zostanie zdeptana przez bandę obcych, którzy przybyli zatankować statek. – powtórzenia?

Owszem, zdążono już tych kilku samarytaninów (przecinek?) zdradzających prawdę o nadchodzącej apokalipsie (i tu?) postawić pod ścianą i zasadzić kulę w łeb, nawet transmitowano to w telewizji, ale nie zmienia to faktu, że nie dało się tego ukrywać przed pieprzonymi dziesięcioma miliardami ludzi. Zwłaszcza, gdy trzeba ich zmotywować do zapieprzania dwanaście godzin dziennie ku chwale ludzkości. – powtórzenia?

Poinformowano przy tym, że obywatele państw, które nie przystąpią do programu, zostaną wykluczeni z rekrutacji i zginą wraz z nami wszystkimi… więc wszystkie rządy przystąpiły do programu i powstała Republika Świata. – i tu?

Po kilku minutach wróciła z pojedynczą (przecinek?) krzywo zadrukowaną kartką papieru, która w pierwszej kolejności zdziwiła Piotra.

Zmarszczył brwi, wpatrując się w nią (i tu?) jak w manuskrypt tysiącletniej księgi.

–No, dobrze… – Kobieta zbliżyła kartkę do oczu i zmrużyła je. – Po pierwsze, został pan wykluczony z projektu Prometeusz. – Spojrzała na niego, niepewna, czy słucha. – błędny zapis dialogu?

Spojrzała na niego, niepewna, czy słucha.

Piotr odwzajemnił zmęczone spojrzenie i mruknął:

– No, bo po cholerę im kaleka?

Pielęgniarka spojrzała na niego zbyt zmęczona, by wykrzesać z siebie jakiekolwiek współczucie. – powtórzenia?

Nikt nie wysyłał do pana listów i paczek, więc nie mam, czego przekazać… – zbędny ostatni przecinek?

Na pewno nie w taki sposób, jak dotychczas – brak samej kropki lub części zdania?

Szedł cichymi korytarzami samotnego domu, myśląc o tym, jak pewnego sierpniowego dnia zawieziono go tu, do małego gospodarstwa otoczonego polami i lasami. Myślał o surowym spojrzeniu rosłego mężczyzny będącego głową rodziny, który z początku szczerze go nienawidził, a później zaczął nim jeszcze gardzić. I (przecinek?) pomimo ośmiu miesięcy, które tu spędził, nie udało mu się skruszyć lodów. – powtórzenia?

C H W A Ł A L U D Z K O Ś C I ! – spacja między wyrazami?

Spojrzał wilgotnymi oczami na wysokie (przecinek?) dębowe drzwi, podszedł do nich i pchnął.

Fala zimnego (i tu?) marcowego powietrza owionęła go całego.

Wyjął z kartonu jednego suchara i zaczął go żuć, wpatrzony w małą (i tu?) różowawą plamę na pomarańczowym niebie. Małego (i tu?) czerwonego karła, który zapewne nawet w tym momencie nie istniał, mimo że nadal dawał słabe ciepło, a Ziemia wciąż wokół niego krążyła.

Piotr podziwiał go wraz z wroną, z którą zdawała się go łączyć głębsza więź niż z pozostałymi dziesięcioma miliardami ludzi na Ziemi. Oni dwaj w obliczu śmierci wszystkiego, co znali. Na twarzy Piotra pojawił się nikły uśmiech. – tu znowu zapytam: czemu „dwaj”?

 

Bardzo dojrzałe, wieloaspektowe, piorunująco wręcz straszne opowiadanie o przyszłości ludzi oraz całego Układu Słonecznego. :) Interesująco podszedłeś do wykorzystania obrazu. :)

 

Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

 

Pecunia non olet

Cześć, Bruce! :D

Dziękuję za poprawki, choć większość z błędów na szczęście zastało mi już wypunktowanych. Jeszcze dokładnie przejrzę to, co Ty zauważyłaś i poprawię, jeśli coś nie zostało dotąd zauważone.

Dziękuję za miłe słowa. :)

Dziękuję za życzenia i sam kontruję: życzę Ci i Twojej rodzinie spokojnych i zdrowych świąt. :)

Pozdrawiam.

  1. S. Mam nadzieję, że tak bliskie położenie trzech dziękuję nie wywołało u Ciebie reakcji alergicznej. ;)

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

laugh Mam alergię głównie na pyłki. Aaaa… psik! :)

Dziękuję bardzo, pozdrawiam. heart

Pecunia non olet

Hej,

Opowiadanie zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Sam pomysł i sposób w jaki poprowadziłeś historię zasługuje na pochwałę. Jest to zdecydowanie najlepszy Twój tekst jaki miałem okazję przeczytać i ciągle nie moge uwierzyć, że masz zaledwie 14 lat, a piszesz tak dojrzałe opowiadania. 

Największym minusem były niestety usterki, zdarzało mi się czasem zatrzymać. Nie spowodowało to niezadowolenia z tekstu, natomiast niestety tutaj musiałem odjąć punkciki.

Obraz wykorzystałeś ciekawie i interesująco, wykonałeś zadanie bardzo poprawnie. 

Opowiadanie wciągające, interesujące – bardzo się ciesze, że szybko trafiło biblioteki. 

Bardzo zasłużone granatowe piórko!

Dziękuję Ci, że dołączyłeś do konkursu i zamieściłeś – jak mówiłem – najlepszy swój tekst właśnie tutaj.

Pozdrawiam serdecznie!

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Michaelu, hej!

Cieszę się, że opowiadanie zrobiło na Tobie dobre wrażenie. :) Nie zaprzeczam, że usterki są w opowiadaniu. Kilka dni przed publikacją drżącymi rękami ciąłem i dopisywałem tekst, by wyszło coś sensownego. :)

Jeśli ten tekst jest najlepszy jak dotąd, to się cieszę, bo to znaczy, że się rozwijam, a nie zwijam. :D

Piórko będę trzymał… eee… głęboko w sercu. ;)

A ja dziękuję Tobie za samą organizację konkursu i Twojej mamie za udostępnienie tego jakże zacnego obrazu. :)

Pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Dziń dybry,

 

Niektóre uwagi techniczne mogą być już nieaktualne.

 


 

 

Ha! Myśleliście, że nie zdążę na czas z tym opowiadaniem, co? Ja też tak myślałem.

Cieszymy się, że zdążyłeś smiley

 

 

Piotr zeskoczył na asfalt, a policjant wskazał mu wejście do pomalowanego na biało budyneczku.

Czemu ma służyć to zdrobnienie?

 

ale spojrzawszy na kamienną twarz policjanta wbił wzrok pod nogi.

Chyba w nogi?

 

ale spojrzawszy na kamienną twarz policjanta wbił wzrok pod nogi.

Za Piotrem trzasnęły drzwi i dopiero wtedy odważył się podnieść wzrok.

Dużo tych wzroków. Drugi wzrok można zastąpić spojrzeniem.

 

Pobiegł, pragnąc być sam. Tylko będąc samemu potrafił myśleć.

Znalazł się na drodze. Ręce mu drżały. Wtem usłyszał wysoki pisk elektronicznego klaksonu, który przywrócił go do rzeczywistości.

Zatrzymał się i spojrzał w prawo. Pięć metrów od siebie zobaczył rozpędzony samochód elektryczny hamujący z piskiem kół. Było już jednak za późno. Tona stali wpadła na niego i rzuciła kilka metrów dalej. 

Ten fragment wydaje mi się nieco slapstickowy.

 

Szybko opadł z sił. Powieki ciężko opadły,

Dużo opadania

 

słysząc zbliżające kroki.

zbliżające się

 

Całe jego ciało od pasa w górę

Czyli nie całe

 

– Wziął pan udział w wypadku – zaczął. – Pamięta pan to?

Brzmi nienaturalnie. Kto tak mówi?

– Miał pan wypadek.

 

– Pańska reakcja jest spodziewana. – Mamy lipiec. Przeleżał pan cztery miesiące w śpiączce. Świat nieco się zmienił od tamtego czasu.

Po co tu ten dywiz? Myślałam, że to didaskalia, a to dalsza wypowiedź.

 

I nagle wszystkie nagle ożywione myśli kotłujące się pod czaszką Piotra wykipiały.

 

Lekarz samemu podniósł głos:

sam

 

powinien pan dziękować losu

losowi

 

Potem pomyślał o tym, że śmieje się i płacze samemu.

sam. Ale lepiej zabrzmi: w samotności.

 

Otworzył kuchenną szafkę i skrzywił się, widząc pająka wijącego sieć między spróchniałym drewnem i kartonem z owsianką. Półki ziały pustkami, choć jeszcze wczoraj uginały się pod jedzeniem.

Skoro jeszcze wczoraj półki były pełne, to pająk nie zdążyłby raczej utkać sieci i drewno by jeszcze nie spróchniało.

 

 

Hm. Kurczę, muszę przyznać, że to opowiadanie jest naprawdę niezłe!

Wzruszające zakończenie, ale w taki wyważony sposób, nie szastające emocjami i nie manipulujące czytelnikiem. Ładnie też nawiązałeś nie tylko do samego obrazu, ale nawet jego tytułu. Wpatrywałam się w Ostatnie światło długo, trawiąc smutne zakończenie.

 

Wykonanie mogłoby być nieco lepsze, zazgrzytał mi fragment z wypadkiem, jakoś trudno mi uwierzyć, że Piotr wpadł pod pędzący samochód, tylko dlatego że szukał miejsca odosobnienia. Przeszkadzały mi też na początku szczegółowe wypowiedzi naukowców, naładowane naukowymi terminami, trochę mi się ziewnęło, nie powiem. Ale potem było coraz lepiej. Zawieszenie niewiary solidnie zbudowane (oprócz już wspomnianych przeze mnie fragmentów). Biorąc pod uwagę Twój wiek piszesz niepokojąco wprawnie i dojrzale.

 

Gratuluję naprawdę dobrego tekstu i fajnie, że wziąłeś udział w konkursie! Powodzenia we wszystkim!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

HollyHell91, cześć! Dziękuję za poprawki. Wprowadzę je jak najszybciej.

Fajnie, że Ci się spodobało! Satysfakcja czytelnika jest satysfakcją autora, czy jakoś tak. :D

jakoś trudno mi uwierzyć, że Piotr wpadł pod pędzący samochód, tylko dlatego że szukał miejsca odosobnienia.

Zapewne. Po prostu musiałem go wrzucić pod samochód, więc zrobiłem z niego panicznego introwertyka, a potem jeszcze uznałem, że to się fajnie łączy z zakończeniem. :)

Biorąc pod uwagę Twój wiek piszesz niepokojąco wprawnie i dojrzale.

He he.

Pozdrawiam serdecznie!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Hej ho! 

 

Przepraszam za późny komentarz. Byłam na urlopie, a potrzebowałam chwili spokoju, żeby zebrać wszystkie swoje zapiski oraz nieuczesane myśli w jakąś bardziej uporządkowaną całość. :D

Świetny pomysł! Zarówno jeśli chodzi o wątek science fiction, jak i o losy głównego bohatera, który jednocześnie ma olbrzymie szczęście by trafić na “listę wybrańców”, a chwilę później wielkiego pecha by wpaść pod pędzący samochód. To świetnie pokazuje jak życie potrafi być przewrotne. 

Na duży plus zasługuje również zakończenie. Spodobało mi się jak dosłownie wykorzystujesz tytuł obrazu, opisując ostatnie promienie słońca. Właściwie już od samego początku wiemy, że sytuacja Ziemi jest w pewnym sensie przesądzona i nie ma dla większej części ludzkości ratunku, a i tak końcówka zaskakuje swoją… ostatecznością. 

 

Ładnie Ci to wyszło!

 

Jeśli mogę coś podpowiedzieć, to osobiście skróciłabym scenę “dostarczenia” Piotra na posterunek policji. Nieco mi się dłużyła. 

 

Z pozostałych drobnostek: 

Wziął czytnik i szybkim krokiem zszedł z podwyższenia.

Leżący na ławie czytnik Piotra wygasił ekran

– Wziął pan udział w wypadku – zaczął. – Pamięta pan to?

Chyba naturalniej byłoby: Miał pan wypadek. 

 

Niestety, w wyniku wypadku musieliśmy…

To trochę niefortunnie brzmi

 

Pozdrawiam serdecznie! 

Podążaj za białym królikiem.

Cześć, Marszawo! :D

Cieszę się, że Ci się spodobało. Jeśli udało mi się dobrze przedstawić nieciekawą sytuację Piotra i masowe ludobójstwo nieciekawą sytuację ludzkości, to super. :D

Ładnie Ci to wyszło!

 

Pozostałe drobnostki poprawię wieczorem.

Pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Gryzok_Półpospolity bardzo dziękuję Ci za udział w konkursie i ciekawe opowiadanie. Zaskakujące że masz dopiero 14 lat, a piszesz tak wspaniale i dojrzale! Opowiadanie bardzo mi się podobało, a wykorzystanie obrazu tym bardziej!!! Serdecznie Cię pozdrawiam! heart

Anno Bullfinch, udział w konkursie był dla mnie samą przyjemnością. Cieszę się, że Ci się podobało i dziękuję za udostępnienie zacnych obrazów. :D

Również serdecznie pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Uwaga, użytkownik niepostujący od paru lat uaktywnia się. Nie czytałem komentarzy, więc coś może się powtarzać. Od razu mówię, że mój komentarz może być trochę ciężki w czytaniu, ale jest późno i myślę że i tak na dobre wyjdzie.

 

Piotr Czubak spieszył korytarzami siedziby Francuskiego Towarzystwa Astronomicznego, błagając w duchu, by następne drzwi po lewej prowadziły na salę spotkań Międzynarodowej Unii Astronomicznej. Na jego czole pojawiały się krople potu, a spojrzenie co chwilę przenosiło się na zegarek. Za kilka minut miało się zacząć zgromadzenie ogólne MUA, a on krążył po budynku, nie mogąc znaleźć cholernych drzwi.

 

To jest pierwszy akapit, rozważ następujące zagadnienia:

– pierwsze zdanie nie jest specjalnie ciekawe; nie przekazuje ani na poziomie językowym, ani na poziomie pomysłu, niczego ciekawego, tyle że Polak jest we Francji, jakaś astronomia, i to tyle. Literalnie każdy film typu “Don’t look up” się zaczyna od astronomów. W dodatku postanowiłeś zacząć od “imię i nazwisko bohatera robił cośtam”, co jest charakterystyczne dla generycznych kryminałów, raczej nie brzmi to za dobrze. Z zasady autor powinien dbać o rozpoczęcie, dać jakieś mocne pierwsze zdanie albo przynajmniej mocny pierwszy akapit. Kiedyś, gdy ludzie czytali dużo książek, może to nie było potrzebne, bo byli w stanie dojść do drugiego akapitu, trzeciego itd. – nie mieli nic innego do roboty. Teraz musi być coś ciekawego już na początku, ponieważ ludzie mają usmażone mózgi. Poza tym to buduje dobry nawyk, żeby w ogóle pisać w ciekawy sposób. Pomyśl o tym.

– “a on krążył po budynku” można na siłę zrozumieć, że chodzi o zegarek, ze względu na specyficzną budowę poprzedniego zdania.

– rozważ, czy osoba szukająca jakiegoś pomieszczenia w miejscu, gdzie na pewno jest wiele drzwi, szuka cholernych drzwi. Osoba taka szuka raczej po prostu jakiejś konkretnej sali. Poza tym sama konstrukcja imiesłowowa “nie mogąc znaleźć” zabija ten pośpiech, spowalnia cały tekst, po prostu jest niepotrzebna. Może tak: “Zgromadzenie zaczynało się za minutę, a Piotr wciąż chodził w kółko po tym cholernym budynku”.

Pozostali trzej członkowie polskiej delegacji zdawali się nie przejmować czasem.

i zaraz

Pozostali mężczyźni zatrzymali się, a Piotr prawie na nich wpadł. Wysoki brunet spojrzał na mosiężną tabliczkę przytwierdzoną do drzwi i bezceremonialnie nacisnął klamkę. Wszyscy pozostali wślizgnęli się za nim, wkraczając do sali spotkań.

IMO jeśli w tych dwóch fragmentach chodzi o te same osoby, nazywanie ich w kółko “pozostałymi” jest nieeleganckie i po linii najmniejszego oporu. Jeśli ten Piotr zna ich imiona (w takich środowiskach ludzie MUSZĄ się znać), a opowiadanie pisane jest z jego perspektywy, to powinno się wprowadzać imiona. Wtedy unikniemy kolejnego problemu: piszesz “wysoki brunet spojrzał na mosiężną tabliczkę”. A przecież nie wiemy, czy to Piotr nie jest “wysokim brunetem”, bo wcześniej nie dałeś żadnego opisu tego Piotra. Stąd trudno to sobie wszystko wyobrażać. Można oczywiście wyobrazić to sobie po prostu na czuja, jednak autor tutaj nie pomaga.

Znani astronomowie zajęli już niemal wszystkie miejsca przy półkoliście ustawionych wokół mównicy ławach.

IMO tutaj gubi się całkowicie rytm i za długo schodzi od “miejsca przy” do “ławach”. Rozważ nagromadzenie określeń: “znani astronomowie”, “niemal wszystkie”, “półkoliście ustawionych”. Za dużo. Rozważ np. “Znani astronomowie zajęli już niemal wszystkie miejsca w auli”. Aula to nie zawsze musi być takie półkoliste miejsce, ale bardzo często tak właśnie jest, a to sporo ułatwia, zachowując sens.

Z jednej z ław ustawionych w drugim rzędzie wstał krępy trzydziestoletni Japończyk z czarnymi jak smoła włosami. Spokojnym krokiem wszedł po schodkach na podwyższenie i stanął za mównicą, którą chwilę wcześniej opuścił przewodniczący. Położył na niej czytnik, rozejrzał się po zgromadzonych chłodnym spojrzeniem i zaczął czytać równym tempem:

Nieeleganckie; rozważ dodanie informacji o czytniku WCZEŚNIEJ, tak żeby jak najdłużej minęło potem do “czytania”. Poza tym: czy narrator 3-osobowy tak “blisko” z bohaterem Piotrem, który o innych mówi per “wysoki brunet / pozostali mężczyźni”, wie że “krępy Japończyk” jest akurat “trzydziestoletni”? Widać tu pewną niekonsekwencję w narracji, bardzo typową notabene u osób, które zaczynają swoją przygodę z narracją 3-osobową. Narracja “skacze”, chce jednocześnie załatwić parę rzeczy naraz i w efekcie nie załatwia niczego. Można by to przepisać, “przyklejając” narrację całkowicie do Piotra, i np. przytoczyć tę jego rozmowę z Hiszpanem, o której wspominasz, przeplatając ją wtrętami z dolatującego przemówienia Japończyka. Byłoby w tym więcej sensu.

Kiedy jednak kolejny raz drzwi zaskrzypiały, a wzrok wszystkich zgromadzonych skierował się ku nim, wszedł przez nie podstarzały mężczyzna w brązowym mundurze i lekko przekrzywionej rogatywce z granatowym otokiem. Wyszedł przed pierwszy rząd krzeseł, przesunął jedno z niezajętych i oparł się o nie.

Za dużo, za dużo niepotrzebnych rzeczy! Rozważ: “Drzwi zaskrzypiały jednak po raz kolejny. Wszyscy spojrzeli na podstarzałego mężczyznę w mundurze, który oparł się o jedno z krzeseł i popatrzył na zgromadzonych”.

 

Ciekawe opowiadanie, dobrze pomyślane. Początek raczej nieporadny, dalej jest lepiej. Nie wydaje mi się żeby było możliwe przekształcenie Jowisza w gwiazdę, a cywilizacja, która posiadałaby energię i technikę do tego rodzaju działań, zapewne żyłaby inaczej niż w sposób opisany przez Ciebie; pewnie postanowiłaby także stoczyć wojnę z kosmitami. Dialogi po przebudzeniu się bohatera ze śpiączki wyglądają jak typowy infodump, po prostu plucie informacjami. Nie jest to elegancki zabieg narracyjny. Zakończenie jednak mi pasuje, podoba mi się.

 

Zastanawiam się, jakich autorów czytasz? Trochę mi Twój styl pachnie latami 50-60, autorami typu Philip K. Dick. Był taki użytkownik Cobold na tym forum, niestety usunął opowiadania, nazywa się Krzysztof Rewiuk. On takie opowiadania science fiction pisze współczesne, bardzo ciekawe.

https://fantazmaty.pl/czytaj/antologie/fantazmaty-1/

^tu jest jedno z nich za darmo.

Teraz wychodzą jego dwie książki w Wydawnictwie IX, pozwalam sobie polecić. Może Ci się spodoba.

 

Musisz czytać bardzo dużo i bardzo dużo różnych książek. Pozwalam sobie polecić Tobie także następujących autorów:

Wojciech Gunia

Dawid Kain

Howard Philips Lovecraft

Clark Ashton Smith

Cormac McCarthy

Peter Watts

 

Z takich bardziej poetyckich autorów (w takie tony uderzasz w końcówce) polecam Ci przejrzeć profil i opowiadania użytkownika Funthesystem:

http://www.nowafantastyka.pl/profil/20000

 

Czytaj dużo ciekawych książek! Jest nieźle…

Pozdrawiam

Lk, cześć. :)

Pozwolę sobie odpowiedzieć teraz na część… pozamerytoryczną…? Pozapoprawkową? Do sugestii zasiądę później.

Nie wydaje mi się żeby było możliwe przekształcenie Jowisza w gwiazdę

Ależ oczywiście, że nie jest to możliwe. Jeśli się nie mylę, to musiałby mieć ~piętnaście razy większą masę, by stać się brązowym karłem, a chyba coś koło osiemdziesięciu, by być biednym czerwonym karłem. Ale od czego mamy fantastykę? Clarke mógł zrobić z Jowisza Lucyfera, to ja też mogę! A że u niego zrobiła właściwie sonda von Neumana obcej, zdaje się bardzo rozwiniętej, cywilizacji, to inna sprawa. ;)

Dialogi po przebudzeniu się bohatera ze śpiączki wyglądają jak typowy infodump, po prostu plucie informacjami.

Nie zaprzeczam.

Zakończenie jednak mi pasuje, podoba mi się.

Bardzo mnie to cieszy! :D

Zastanawiam się, jakich autorów czytasz?

No to co – wycieczka po mojej biblioteczce.

Rafał Kosik (tylko Felixy, Nety i Niki, ale obecnie czeka na swoją kolej Kameleon), Stanisław Lem (oczywiście. Kocham Kongres Futurologiczny), George Orwell (1984 i Folwark Zwierzęcy), C. S. Lewis (ale to tylko Chrześcijaństwo po prostu, które zarzuciłem w połowie – widocznie jeszcze nie czas na rozważania teologiczne), ALDOUS HUXLEY (Nowy Wspaniały Świat jest w mojej opinii najlepszą książką, jaką przeczytałem i wracam do niego co roku), Arthur C. Clarke (Jak już zdradziłem), C. L. Moore, Fred Hoyle, Joe Haldeman, James Blish, Harry Harrison, Philip K. Dick (jak słusznie zauważyłeś), Jewgienij Zamiatin (pardon! Евгений Иванович Замятин), Nevil Shute, Hugh Howey, Stephen King (jedynie Wielki marsz), Douglas Adams, ostatnio Jakub Pawełek, a teraz czytam Vaterland Roberta Harrisa.

Duża część z tych autorów ma u mnie tylko jedną książkę. Najwięcej dotąd przeczytałem Arthura C. Clarke’a, Stanisława Lema, Rafała Kosika. Oprócz tego Dick ma cztery książki, a tak to głównie jedna/dwie książki na autora.

Musisz czytać bardzo dużo i bardzo dużo różnych książek.

Bardzo dużo? Na tle moich rówieśników – tak. Na tle rodziny – może. Na tle tej części społeczeństwa, która czyta – nie sądzę, chociaż nie to, żebym miał jakieś szczegółowe dane. Zwykle jedną książkę (~350 stron) czytam przez plus minus tydzień. Jeśli jest bardzo przystępna w odbiorze, albo się wciągnę, parę dni (mówię tu przede wszystkim o Autostopem przez galaktykę, Nowym wspaniałym świecie i Wielkim Marszu).

Czytaj dużo ciekawych książek! Jest nieźle…

He he.

Poleconych autorów rozpatrzę w dogodnym terminie.

 Pozdrawiam serdecznie! :D

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Teraz musi być coś ciekawego już na początku, ponieważ ludzie mają usmażone mózgi.

Gdybym pisał dla moich szanownych rówieśników, to… no, to bym nie pisał

Vaterland zaczyna się od opisu chmur wiszących nad Berlinem. No dobra, w moim wydaniu wcześniej jest jeszcze ładna mapa, wizualizacja Alei Zwycięstwa i przysięga SS. Ale sama książka zaczyna się od opisu pogody.

Pomyśl o tym.

Pomyślę.

Dziękuję za poprawki, przechodzę do ich wprowadzenia. 

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Nowa Fantastyka