Opowiadanie na konkurs “Między płótnem a słowem” inspirowane obrazem Anny Słoncz pt. „Kobieta w czarnej sukni”
Opowiadanie na konkurs “Między płótnem a słowem” inspirowane obrazem Anny Słoncz pt. „Kobieta w czarnej sukni”
Rano przyszedłem odebrać ciebie z dworca, ale minęłaś mnie bez słowa. Poszedłem za tobą, niepewnie rozglądając się na boki. Ludzie mijali mnie beznamiętnie. Słusznie z ich strony, nie robiłem przecież niczego złego. Tylko szedłem za tobą, zbliżając się coraz bardziej. Niemal odczuwałem twoją obecność całym sobą. Złapałem cię za ramię, z którego zwisała niedbale torebka, ale nawet się nie odwróciłaś. Jakbyś nic nie czuła, zupełnie nic. Czy naprawdę nie zrobiłem na tobie żadnego wrażenia? Tak nic, że nawet strach nie kazał ci sprawdzić, cóż to za nikczemnik zaczepia samotną kobietę na dworcu? Twoja torebka spadła na peron, ześlizgując się z gładkiego jak papier ramienia. Musiałaś przecież czuć jak się zsuwa! Jak można być tak zimną osobą! Jednak szłaś dalej, zostawiając mnie ze swoją własnością. Przynajmniej tyle ciebie mi zostało. Znikałaś powoli z pola widzenia, zaklęta w przestrzeń… wessana w głębię okrutnego świata. Tego, w którym wszyscy chcą mi ciebie odebrać. Nikczemni porywacze uczuć. Pochyliłem się i podniosłem torebkę. Choć poczułem jej ciężar, a opaska pod wpływem nacisku, lekko ugniatała wnętrze mojej dłoni, to po chwili te wrażenia wydały się ułudą. Torebka rozpłynęła się i wsiąkła w peron, zostawiając czarną kałużę, w której zobaczyłem moje odbicie. Spojrzałem na siebie, dotknąłem palcem twarzy, nie dowierzając. Wyglądałem inaczej, jakbym… nie żył. Moja dłoń przerażała chudością, skóra zdawała się ledwie pokrywać kruche kości. Jak mogłabyś mnie pokochać, gdybym taką dłonią chciał dotknąć choćby twojej piersi? Plama po chwili zniknęła, zostawiając tylko wspomnienie po przerażającym widoku. Zacząłem myśleć, że niosę w sobie tylko trupa i muszę się spieszyć, by zdążyć ciebie poznać, zanim zeschnę całkowicie. Choćbym miał umrzeć klękając przed tobą ostatni raz, spotkamy się wkrótce. Byłem o tym przekonany całkowicie. Ruszyłem w stronę schodów, schowałem ręce do kieszeni, przebijając się ramionami między ludźmi, którzy niezbyt chętnie schodzili mi z drogi. Tylko mi przeszkadzali.

(„Kobieta w czarnej sukni” Anna Słoncz)
I wtedy zobaczyłem znowu ciebie. W ślepej uliczce, pod oknem obdrapanej kamienicy ozdobionym suchymi kwiatami. Tam stałaś, dokładnie w rogu, jakby zablokowana. Jak zbłąkany kwiatek, czekający na trochę wody i kawałek słońca. Przyszedłem ciebie uratować od uschnięcia kochana! Podszedłem bliżej i dostrzegłem w tobie jakąś anomalię. Kiedy próbowałem zobaczyć ciebie od boku, ty nadal stałaś tyłem. Jakbyś była tylko jednym wymiarem. Chodziłem tak chwilę, wciąż widząc tylko tył twej postaci. W końcu zapragnąłem ciebie dotknąć, ale zanim moje palce mogły poznać dotyk twojego ramienia, okno z hukiem otworzyło się. Doniczka spadła na ziemię, a twarz z okna wydarła się straszliwie:
– Co tu kombinujesz!?
Starsza kobieta krzyczała coraz głośniej. Wyzywała od najgorszych, wplatając między bluźnierstwa imiona świętych. Jakby mieli przylecieć, by mnie zgładzić za sam fakt istnienia w przestrzeni. Usłyszałem jeszcze wściekłe szczekanie psów, jedynych sojuszników zdolnych usłyszeć wołanie wstrętnego babsztyla. Zdążyłem jeszcze obejrzeć się w twoją stronę, ale widziałem tylko pusty kąt obdrapanej kamienicy. Nie został tam nawet twój cień. Słońce oświetlało całe to zepsucie i brud obszczanego kąta. Zniknęłaś, jakby w powietrzu, jak rozwiana… nadzieja. Uciekłem z objęć bezdusznych kamienic, w tle słysząc złorzeczenie nieprzyjaznej kobiety. Gdy wybiegałem z zaułka, usłyszałem jeszcze tłuczone szkło gdzieś blisko mnie. Wariatka rzuciła pewnie we mnie butelką, żeby odczuć więcej satysfakcji z unicestwienia naszego miłego spotkania. Przebiegłem kilka ulic, ale zorientowałem się, że to bez sensu. Po prostu przestraszył mnie hałas, przerażające szczekanie psów wybiło z rytmu, wrzask kobiety przeszył mnie dreszczem. To były zwykłe podłe doznania, nieporównywalne z dotykiem twej dłoni, gdyby tylko byłoby mi dane go doświadczyć. Zapragnąłem znowu ujrzeć twój spokój. Brak słów, choćby te plecy wyłaniające się z czarnej sukni. Tyle by mi teraz wystarczyło. Gorzka herbata twojej miłości byłaby dla mnie słodyczą, ambrozją. Nawet gdybyś nigdy nie zechciała spojrzeć mi w oczy . Zwolniłem krok i skręciłem w stronę parku, w którym stało kilka czystych ławek. Zaskakujące, biorąc pod uwagę stopień zdegenerowania naszego społeczeństwa. Usiadłem, żeby odpocząć i pozwolić swoim myślom popłynąć nieco wolniej. Przestać martwić się twoją sylwetką, obecnie odwróconą do mnie tyłem jak zwykle, w nieznanym świecie, w nieznanej przestrzeni. W parku słuchałem śpiewu ptaków. A może ty też śpiewasz? Chętnie bym posłuchał, jak z twych pięknych warg wydobywają się dźwięki. Chętnie bym poczuł, jak cała drżysz, podróżując między tonami melodii. Widziałem też różę, ale tylko widziałem. Mówili, że róże mają zapach, że kwiaty pachną. A ja tylko widziałem, tak jak ciebie. Mogłem cieszyć oczy fragmentem twojego istnienia, ale nic więcej nie było mi dane. Chciałem odpocząć od myśli, a one wróciły. Zamiast zwalniać, biegły coraz szybciej. Myśli o tobie. One wróciły i hałas w mojej głowie wrócił. Gdybyś chociaż raz coś do mnie powiedziała, zamilkłaby każda moja myśl. Co ja głupi szukam w śpiewie ptaków i widoku róży twojej obecności. Jeszcze może zacznę ciebie szukać w moim strachu przed śmiercią. Nie chciałbym tam ciebie ujrzeć. Nie chciałbym tam ciebie kochać.
Wstałem z ławki, otrzepując ręce. Wspominałem jeszcze jedyny namacalny dowód twojego istnienia. Torebkę, którą miałem okazje potrzymać. Jednak już nie wiedziałem, czy kiedykolwiek było mi dane ją ujrzeć. Szedłem chodnikiem, ręce schowałem w kieszeni. Nagle gdzieś w tłumie zauważyłem ciebie, szłaś powoli. Byłem pewien, że to ty. Zacząłem biec, zupełnie już nie zwracając uwagi na ludzi. Biegłem, rozpychając się. Zsuwałem innych z chodnika. Na drogę, w trawę. Nie interesowały mnie losy nic nie znaczących przechodniów. W końcu dobiegłem, byłaś blisko. Poczułem zapach perfum. Z pełnym przekonaniem o twoim istnieniu tu i teraz, objąłem cię i przyłożyłem głowę do szyi. Byłaś cała, pełna, prawdziwa… Wszystko się zgadzało. Chciałem spojrzeć ci w oczy, ale zanim zdołałem obrócić ci głowę, poczułem mocne uderzenie prosto w nos. Huknęło i upadłem na chodnik. Poczułem kopnięcia. W nogę, w głowę, pod żebrem. Słychać było krzyki:
– Zostaw go, zostaw! Już starczy, to jakiś wariat.
Widziałem przez zmrużone powieki mężczyznę, całego ubranego w jeans… i ciebie, odpychającą go. Chciałem krzyknąć. Zawołać. Jednak nagle zdałem sobie sprawę, że… nie znam nawet twojego imienia.
Wydawało mi się, że zaraz przyjedzie policja lub ktoś zadzwoni po pogotowie. Jednak nikt się mną nie interesował. Mężczyzna w jeansie wyrwał się jeszcze z twoich objęć i splunął w moją stronę. Tym razem zobaczyłem ciebie od przodu… To nie byłaś ty. To była jakaś paskudna kobieta. Twoja marna imitacja. Zrozumiałem, że dla tej oszustki zaryzykowałem życie. Obolały, powoli wstawałem, chwytając się przydrożnej barierki. Nie wiedziałem jak ciebie odnaleźć, co zrobić, by ciebie znowu spotkać. Zapomniałem nawet skąd się znamy.
To straszne, nie znać źródeł swojej miłości. Czułem tylko coś w gardle i coś w brzuchu. Moje motyle przemieniały się w pająki. Teraz już zalepiając mnie od środka pajęczyną miłości, łapiącą każdy sygnał jak muchę wypełnioną wiadomościami o uczuciach. Czułem, że zostało mi niewiele czasu, by cię poznać. Zdecydowałem się wrócić do domu. Dotarłem do klatki schodowej, wszedłem na czwarte piętro po schodach, chwilami tracąc oddech. Złapałem za klamkę, drzwi ustąpiły. Wszedłem do środka, cały pokój był pokryty gazetami zachlapanymi farbą. Światło prześwitywało przez stare wydania dzienników, których już raczej nikt nie przeczyta. Ty byłaś jedyną aktualną rzeczą w tym pomieszczeniu, wartą pełnego poznania. Stałaś na środku pokoju, trzymałaś dziwnie rękę przy twarzy. Jakbyś piła, paliła, jakbyś robiła wszystkie te swoje rzeczy, których powinnaś unikać. Jednak planowałem zadbać o twoje zdrowie. Chciałem wymyślić ciebie na nowo, idealną, wspaniałą. Patrząc na twoje plecy, wyłaniające się z czerni sukni, poczułem jak ustępuje mój cały wewnętrzny ucisk. Ból znikał. Stałem się znów wolny, u progu raju. Spróbowałem raz jeszcze podejść do ciebie z innej strony. Z prawej, lewej… Jednak wciąż stałaś do mnie tyłem… odległa, niedostępna. Zacząłem chodzić w okół ciebie, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gazety pokrywające pokój lekko szeleściły, poruszane wiatrem przeciskającym się przez uchylone okno. Szedłem powoli dookoła twej sylwetki, widząc wciąż tę samą postać. Odwrócona wciąż byłaś do mnie tyłem, trzymając rękę przed twarzą, której nie było mi dane nigdy ujrzeć. Czym ty się wciąż poiłaś? Czym sobie znowu czyniłaś szkodę? A może zażywałaś lekarstwo? Ale czy to by znaczyło, że jesteś chora? Szedłem coraz szybciej, tracąc niemal z oczu cztery ściany. Zacząłem biec, wciąż widząc twą sylwetkę. Stałaś cię centralnym punktem mojego widzenia, byłaś czarną plamą zdolną zakryć twarze mijanych osób. Chorobą, a przecież byłaś moją miłością! Ale po co mam widzieć kogokolwiek? Chcę widzieć tylko ciebie. Zasłoń mi wszystkich ludzi na świecie! Biegłem coraz szybciej, wszystko wirowało. Świat stał się niezrozumiałym szumem, a ty pozostawałaś nieustannie wyraźna. Czułem, że zaczynam tracić równowagę, gazety ledwie utrzymywały mnie w pionie. Biegłem szaleńczo i w końcu upadłem, ślizgając się na jednej ze stron cholernego dziennika. Leżałem, już przyzwyczajony do bólu od ostatniego upadku. Wciąż widziałem ciebie. Unosiłaś się jakby w powietrzu, wykrzywiona w przestrzeni, umiejscowiona jakby pod innym kątem. Z tej perspektywy wydałaś się inna. Twoje płaskie ciało stało się ścieżką. Suknia nie była materiałem, a wnęką. Twoje plecy nieznanym światłem. Zacząłem czołgać się w twoja stronę. Coraz dalej i dalej. Kiedy się odwróciłem, widziałem twój kształt, który obejmował pokój oblepiony gazetami. Teraz ten wycinek rzeczywistości, z którego przybyłem, zachowywał się tak samo jak ty wcześniej. Z każdej strony wyglądał tak samo. A kiedy chciałem do niego podejść, uciekał. W ciemności, która była twoją suknią, zostałem sam. Jakby pokryty woalem śmierci. Straciłem i ciebie, i mój świat.
Uniosłem głowę, przypominając sobie o świetle twoich pleców. Wstałem i poszedłem tą świetlistą drogą. Zacząłem coś czuć. Twoje serce biło gdzieś niedaleko, twój oddech lekko ogrzewał moje ciało. Wydawało mi się, że zaczynam słyszeć twoje myśli. Słodkie melodie z dawnych lat, wspomnienia miłości, wspomnienia bólu. Uśmiechnąłem się szeroko, choć nie wiedziałem jak daleka droga mnie czeka. Szedłem powoli, coraz mocniej odczuwając bicie twojego serca, coraz więcej uderzeń na minutę. Już chyba minąłem zupełnie twe piersi i szedłem przez szyję. W głowie straszliwie wiało, słyszałem mętlik myśli, słyszałem jak zalewają ciebie wątpliwości. Za oknem mrok nocy, gwiazdy. Czemu uważasz, że gwiazdy o tobie nie pamiętają? Po co myśleć o tym? Wszyscy ciebie wykorzystują, chciałaś być kimś innym? Przecież masz moją miłość, ale nie czujesz, nie wiesz, że istnieję!? Przecież jestem tutaj. Szedłem dalej, coraz mniej czując myśli, a coraz bardziej smak. Papierosy, czekolada i… metal? Naoglądałaś się filmów? Chcesz skończyć to wszystko? Przecież jestem ja…
Nagle poczułem, że władam jej rękami. Zyskałem moc kontroli nad jej ruchem. Odrzuciłem broń, którą trzymała w prawej ręce. Chciała podbiec do niej, ale nie udało się. Drugą nogą odkopnąłem broń, trafiając dopiero za trzecim razem. Siłowałem się z nią na ruchy kończynami. W końcu szarpiąc się jakby w jednym ciele, opadliśmy na podłogę nieznanej rzeczywistości. Byłem ślepy, ona być może widziała. Leżała na ziemi, a ja chciałem sprawdzić coś intrygującego. Mimo dramatyzmu sytuacji, uległem pokusie. Poruszyłem jej ręką i złapałem za ramię. To samo, z którego miała opaść torebka. Zanim skuszony zacząłem wodzić w stronę szyi, zrozumiałem smutną prawdę. Dotykałem samego siebie.
Otworzyłem oczy. Leżałem w pokoju obklejonym gazetami. Sączyła się ze mnie czarna ciecz. Kałuża sięgała już niemal ścian. Czy ty już zniknęłaś na zawsze? Położyłem się na boku, dostrzegając w kałuży swoją chudą twarz kościotrupa. Patrzyliśmy na siebie smutnym wzrokiem. Ja i moja czaszka. Myśleliśmy o niej… O dziewczynie, która teraz wydawała się tylko wspomnieniem.
Cześć,
nie wiem czy taki był zamysł, ale te bloki tekstu mnie zmęczyły. Oznaczyłeś opowiadanie jako uczestniczące w konkursie, a nie ma ani tytułu, ani obrazu, ani wspomnienia o samej szanownej autorce.
Osobiście było mi się ciężko skupić, ale też przedstawiasz portret osoby chorej, ogarniętej obsesją – może taki właśnie był twój zamysł. Początek czytałem z zainteresowaniem, które z każdym kolejnym zdaniem malało.
Cześć Lugosi,
Musiałem jeszcze wprowadzić brakujący element w postaci obrazu i nazwiska autorki. Nie spodziewałem się, że ktoś tak szybko przeczyta :).
Artystom więcej, szybko!
Akurat wszedłem na portal i zobaczyłem Twoje opowiadanie. Kliknąłem, chciałem dodać do kolejki, ale jak zobaczyłem ilość słów, to stwierdziłem, że od razu przeczytam :D
Bardzo poetycki tekst i ładny język.
No tośmy sobie, ..., polatali!
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet