- Opowiadanie: CZARNA2 - Piekielne Zawody

Piekielne Zawody

Pisać uczy­łam się na wiedź­mi­nie, cza­sem wy­cho­dzi­ły z tego różne, dziw­ne kon­fi­gu­ra­cje i nie­ty­po­we, ab­sur­dal­ne hi­sto­rie.

To opo­wia­dan­ko jest bar­dzo, bar­dzo stare. I niby jest to wiedź­min ale kanon po­szedł w las, a cała akcja dzie­je się w Au­stra­lii w cza­sach około 1890r. Bo czemu nie.

 

Be­to­wa­li:

bruce, me­len­du­r88, Ro­bert Raks, Dra­ke6.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Piekielne Zawody

 

 

 

Las był gęsty, a wąska ścież­ka po­zwa­la­ła je­chać tylko gę­sie­go. Suche, cięż­kie po­wie­trze mę­czy­ło płuca i pa­so­wa­ło tu jak ulał okre­śle­nie Digo: „wsa­dzić głowę do roz­grza­ne­go pieca”. Z tą róż­ni­cą, że sie­dzie­li w nim cali.

Czte­rech męż­czyzn pro­wa­dzi­ło konie za uzdy, oglą­da­jąc kra­jo­braz nie tyle z nie­po­ko­jem ile z na­ra­sta­ją­cą iry­ta­cją. Żaden nie przy­znał­by się, nawet pod groź­bą prę­gie­rza, że za­błą­dzi­li.

Na czele tej czwór­ki szedł blon­dy­nek, bar­dzo krót­ko ob­cię­ty, tuż za nim po­dą­żał ma­syw­ny czar­no­wło­sy mło­dzie­nia­szek, a trze­cim był mod­nie ostrzy­żo­ny chło­pa­czek z de­li­kat­nym jesz­cze wąsem ukry­wa­ją­cym za­ję­czą wargę. Po­chód za­my­kał naj­star­szy z nich, bli­zno­wa­ty ze śla­da­mi po ospie, Digo. Wszy­scy mieli kocie oczy.

– Ko­ma­ry wiel­ko­ści słoni – po­wie­dział blon­dy­nek, omi­ja­jąc co więk­sze ka­mie­nie i dołki.

– Bez prze­sa­dy, Sken, za­bi­łeś bruxę, a ko­ma­rów się boisz? Zresz­tą, gdzie tu masz ko­ma­ry?

Za­py­ta­ny zer­k­nął w kie­run­ku idą­ce­go za nim czar­no­wło­se­go, rów­nie mło­de­go co on i wzru­szył ra­mio­na­mi. Ko­ma­ry czy nie, upo­rczy­wie gry­zły.

– To naj­strasz­liw­sze z po­two­rów. Ata­ku­ją nie­zau­wa­że­nie, wy­sy­sa­ją krew, roz­no­szą cho­ro­by.

Idący za nimi nie zwra­cał na nich naj­mniej­szej uwagi. Bar­dziej po­chła­niał go widok kar­ło­wa­cie­ją­cych aka­cji i waw­rzy­no­po­dob­nych drze­wek, ja­kich nie wi­dział do tej pory. Może dla­te­go za­wo­dy za­wsze od­by­wa­ły się w od­lud­nym miej­scu, aby wy­rów­nać szan­se star­tu­ją­cym, albo był też inny powód, któ­re­go nie był w sta­nie za­uwa­żyć.

Z gó­rzy­stych zie­lo­nych te­re­nów po­wo­li wkra­cza­li na pół­pu­styn­ne ni­zi­ny, ob­fi­tu­ją­ce w stepy z twar­do­list­ny­mi tra­wa­mi, sło­no­ro­śla­mi, ka­zu­ary­na­mi i inną florą, nie­zna­ną wiedź­mi­nom z ro­dzin­nej Szko­cji.

Da­le­ka była droga do domu.

Kilka mie­się­cy stat­kiem tylko po to, żeby do­stać się do ja­kiejś dziu­ry zwa­nej Port Jack­son. Po dro­dze mi­nę­li małą wyspę, na któ­rej prze­by­wa­li mło­dzi chłop­cy, tak jak oni, i Port Ar­thur, który z obozu drwal­skie­go prze­isto­czo­no w naj­więk­szą ko­lo­nię karną. Głów­nym celem było „zmie­nić ło­trów w uczci­wych ludzi”.

Roz­my­śla­nia wą­sa­cza prze­rwa­ły słowa idą­ce­go na po­cząt­ku nie­wiel­kiej dru­ży­ny.

– My­śli­cie, że któ­ryś z nas wygra?

– Tak, Sken – ode­zwał się naj­star­szy z po­dróż­ni­ków, Digo. – Ty na pewno. Jak będą za­wo­dy w mie­le­niu ozo­rem.

Młody męż­czy­zna na­piął się i naj­wy­raź­niej miał coś po­wie­dzieć, ale prze­mil­czał. Nie było sensu drzeć kotów z opie­ku­nem Digo.

Gru­bo­ko­ści­sty i czar­no­wło­sy chło­pak, zrów­nał się ze Ske­nem i klep­nął go przy­jaź­nie w ramię.

Nie od dziś wia­do­mo było, że ospo­wa­ty był naj­gor­szym z opie­ku­nów, któ­re­go chcia­no się po­zbyć z Kaer Mor­hen. Naj­le­piej na za­wsze. Ide­al­ną oka­zją było wy­sła­nie go z mło­dy­mi na tur­niej, gdzie raz na kilka lat zjeż­dża­li wiedź­mi­ni, aby wal­czyć o honor i chwa­łę dla swo­jej szko­ły. Roz­gryw­ki były krwa­we i bez­względ­ne, a ry­wa­li­za­cja okrut­na. Wielu naj­lep­szych, z dwóch lub trzech ostat­nich rocz­ni­ków, miało już nie wró­cić.

Pie­kiel­ne za­wo­dy, jak je po­pu­lar­nie zwano, były ostat­nim i naj­waż­niej­szym wy­zwa­niem, jakie prze­cho­dzi­li mło­dzi wiedź­mi­ni, przed fak­tycz­nym wy­ru­sze­niem na szlak.

– Kruki za­wsze wy­gry­wa­ją – oświad­czył ja­dą­cy teraz na przy­dzia­ło­wej ko­był­ce wą­sacz.

Gęsty las w końcu się skoń­czył i mogli do­siąść koni, gru­bo­ko­ści­sty wiedź­min w któ­rymś mo­men­cie po­czuł, że są ob­ser­wo­wa­ni. Ko­bie­ca po­stać w tiu­lo­wej sukni, czar­ny­mi war­ko­cza­mi i grubą księ­gą, znik­nę­ła szyb­ko, jakby była tylko złu­dze­niem.

– Fet, ty to po­tra­fisz pod­nieść na duchu – ode­zwał się czar­no­wło­sy Ruben, prze­no­sząc uwagę z ta­jem­ni­czej ko­bie­ty na przy­ja­cie­la.

– Mówię, jak jest. Kruki wy­gra­ły dzie­sią­ty raz z rzędu. Odkąd ich stwo­rzo­no, nikt z nimi nie ma szans.

– Znamy sta­ty­sty­ki – po­wie­dział po­nu­ro Sken, który miał wra­że­nie, jakby jego wa­łach szedł krok do przo­du, a dwa w tył. – Ale dzię­ki, stary, że nam to uświa­do­mi­łeś.

– Je­stem star­szy tylko o rok – ob­ru­szył się wiedź­min.

– Prze­stań­cie w końcu kła­pać dzio­ba­mi – prze­rwał im Digo, wy­prze­dza­jąc mło­dych.

Przez dłuż­szą chwi­lę je­cha­li w mil­cze­niu.

Cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie nie­licz­ny­mi od­ze­wa­mi pta­ków, była mę­czą­ca i cięż­ka jak kra­jo­braz roz­po­ście­ra­ją­cy się przed nimi. Każdy z wiedź­mi­nów miał ocho­tę ode­zwać się, ale żaden nie chciał wyjść na ga­du­łę i pró­bo­wał prze­cze­kać to­wa­rzy­szy.

Ruben się­gnął do sakwy po pasek su­szo­ne­go mięsa. Po­wą­chał i w ca­ło­ści wci­snął w usta. Przez chwi­lę prze­żu­wał twar­dy jak po­de­szwa ochłap.

Fet po­szedł w ślady to­wa­rzy­sza, a po­nie­waż nigdy nie prze­pa­dał za tego typu prze­twa­rza­niem żyw­no­ści, wy­cią­gnął puszkę i za­czął się mo­co­wać z wiecz­kiem.

Odkąd Du­rand wpadł na po­mysł za­my­ka­nia żyw­no­ści w bla­sza­nych po­jem­ni­kach, życie Feta na­bra­ło więk­sze­go smaku, przy­naj­mniej w po­dró­ży. W ty­siąc osiem­set trzy­dzie­stym kon­ser­wy można było kupić już w skle­pach i wą­sa­ty chło­pak za­opa­trzył się w nie mimo wy­so­kiej ceny. Sken po­pa­trzył na nich z dez­apro­ba­tą, stwier­dza­jąc, iż ma przed sobą dwie pa­pu­gi, albo małpy. Co robi jeden, to zaraz i drugi. Po chwi­li sam się­gnął do juków po je­dze­nie.

– My­śli­cie, że będą tam ja­kieś cza­ro­dziej­ki? – za­py­tał Ruben, prze­ły­ka­jąc ka­wa­łek mięsa.

– Miej­że li­tość – mruk­nął Fet.

– Po two­jej ostat­niej akcji z cza­ro­dziej­ką mie­li­śmy karę. Mie­sięcz­ną, muszę dodać, ale jak widać ni­cze­go się od tam­tej pory nie na­uczy­łeś – po­wie­dział Sken, grze­biąc łyżką w sło­iku, który ja­kimś cudem prze­trwał długą po­dróż, wli­cza­jąc w to sztorm i galop po ła­god­nych sze­ro­kich prze­łę­czach.

– Poza tym to nie była cza­ro­dziej­ka… No do­brze, kie­dyś była – spro­sto­wał Fet pod spoj­rze­niem ma­syw­ne­go wiedź­mi­na. – Cza­ro­dziej­ka, która po śmier­ci za­mie­ni­ła się w upio­ra.

– A ta upio­rzy­ca rzu­ci­ła na cie­bie czar i od­pa­dła jej dolna szczę­ka, jak ją ca­ło­wa­łeś – za­re­cho­tał Sken.

– Ja jem – po­wie­dział Fet z peł­ny­mi usta­mi, zer­ka­jąc na Ru­be­na, który dłu­bał pa­znok­ciem za ka­wał­kiem ścię­gna tkwią­cym mię­dzy zę­ba­mi.

– To była cza­ro­dziej­ka – upie­rał się.

– Nie zda­li­śmy przez cie­bie eg­za­mi­nu – przy­po­mniał uczyn­nie Sken. – Mie­li­śmy po­praw­kę, jako pierw­si w hi­sto­rii szko­ły, o czym wie­dzieć nie mo­głeś, bo przez mie­siąc prze­le­ża­łeś w szpi­ta­lu.

Ruben wzru­szył ra­mio­na­mi, mając wra­że­nie, że ka­wa­łek je­dze­nia nadal tkwi w zębie. Czas było się­gnąć po dra­stycz­niej­sze środ­ki.

– Czy wy po­tra­fi­cie roz­ma­wiać o czymś innym niż o du­pach i je­dze­niu? – ode­zwał się z przo­du zi­ry­to­wa­ny Digo.

– Taki wiek – od­parł czar­no­wło­sy nie­wy­raź­nie, grze­biąc za­pał­ką w ustach. – Mo­że­my jesz­cze gadać o ro­bo­cie, na przy­kład. Sken, dla­cze­go ka­za­łeś sikać wie­śnia­ko­wi na utop­ce?

– Dość. Nie mo­że­my wtrą­cać się w życie za­mknię­tej spo­łecz­no­ści w taki spo­sób. – Opie­kun Digo miał tej wy­pra­wy ser­decz­nie dość. Dano mu nie­zbyt kon­kret­ne in­for­ma­cje co do miej­sca zwa­ne­go jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu Nowa Ho­lan­dia, a że sam nigdy tu nie był, to mu­siał kie­ro­wać się nie­do­kład­ny­mi wska­zów­ka­mi, typu: wy­jedź z lasu i po­dą­żaj na po­łu­dnie dwa dni. Koło skały w kształ­cie zde­chłe­go muła skręć w lewo i jedź czte­ry go­dzi­ny, a bę­dziesz na miej­scu.

Tak czy ina­czej, ze ską­pych wia­do­mo­ści, jakie po­sia­dał, wy­ni­ka­ło, że mieli przed sobą jesz­cze ka­mie­ni­ste pu­sty­nie, słone je­zio­ra, bagna, a celem ich wę­drów­ki były góry na środ­ku pu­sty­ni. Po pro­stu – żyć nie umie­rać.

W tak zmien­nych wa­run­kach nie­umie­jęt­ne i lek­ko­myśl­ne po­stę­po­wa­nie może mieć fa­tal­ne skut­ki.

Digo wes­tchnął w duchu. Za­miast kon­serw mógł wziąć do­dat­ko­we prze­wod­ni­ki, cho­ciaż z tych, które miał, ko­rzy­stał ukrad­ko­wo, aby go nie przy­ła­pa­no.

Wiedź­mi­ni przez chwi­lę przy­glą­da­li się fa­lu­ją­ce­mu kra­jo­bra­zo­wi, roz­po­ście­ra­ją­ce­mu sieę przed nimi ni­czym morze błę­kit­na­wych traw. Wy­so­kie i ostre źdźbła się­ga­ły koń­skim brzu­chom, a sam mo­no­ton­ny widok mę­czył oczy, tak jak i słoń­ce świe­cą­ce wprost w zwę­żo­ne źre­ni­ce. Za­trzy­ma­li się jesz­cze przed zmro­kiem, wy­dep­ta­li spory krąg wśród traw, roz­pa­li­li wątłe ogni­sko z ba­dy­li, któ­rych nawet ogień nie chciał po­żreć, a co do­pie­ro zwie­rzę­ta.

Ruben spę­tał konie, wró­cił szyb­ko do ogien­ka i przy­siadł obok Feta, kuląc się z zimna. Tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła bar­dzo szyb­ko i wiedź­min po­dej­rze­wał, że w nocy może być nawet zero stop­ni.

– Wi­dzia­łem damę w tiu­lach – szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie, pra­wie nie otwie­ra­jąc ust.

– Ty też? Wy­da­wa­ło mi się, że to złu­dze­nie, ale kilka razy też ją za­uwa­ży­łem. Choć nie mam pew­no­ści, że to ta sama po­stać – od­parł rów­nie cicho wą­sacz.

– Gdzie?

– Naj­pierw w Port Jack­son, skąd wy­jeż­dża­li­śmy. Drugi raz, nie­da­le­ko wio­ski abo­ry­ge­nów i teraz, koło po­łu­dnia, w lesie.

– Hm, cie­ka­we, nie­moż­li­we…

– Cie­ka­we, in­te­re­su­ją­ce, nie­sa­mo­wi­te, jak­byś mógł ja­śniej, Ruben – wtrą­cił się w ich roz­mo­wę Sken, pod­cho­dząc z tyłu. – Sie­dli­ście i szep­cze­cie jak para za­ko­cha­nych go­łą­be­czek. Nic nie można zro­zu­mieć.

Ruben od­cze­kał, aż Digo znik­nie mię­dzy tra­wa­mi i szep­nął.

– Idzie za nami dama.

– W tiu­lach? – za­py­tał blon­dy­nek, a to­wa­rzy­sze po­twier­dzi­li. – To ani upiór, ani alp, a tym bar­dziej mula, to nie ich kli­mat. Na wam­pi­ry jest tu po pro­stu za go­rą­co, za mało ży­wi­cie­li. To musi być coś in­ne­go. Oso­bi­ście pro­po­nu­ję, za­py­tać ją – po­wie­dział, zer­ka­jąc przed sie­bie ponad trawy. Ruben i Fet po­dą­ży­li za jego wzro­kiem. W nad­cią­ga­ją­cym zmro­ku nie­wy­raź­na, ko­bie­ca syl­wet­ka była nie­da­le­ko, nie­mal wcho­dząc w wy­dep­ta­ny przez wiedź­mi­nów krąg. Czar­ne war­ko­cze opa­da­ły jej na ra­mio­na.

Ma­syw­ny wiedź­min wstał po­wo­li.

– Po­dejdź no tu, mamy parę pytań! – za­wo­łał.

Pa­nien­ka uśmiech­nę­ła się i roz­pły­nę­ła w po­wie­trzu.

– Po­dejdź no tu? – Fet po­pa­trzył do góry, na przy­ja­cie­la, po­wąt­pie­wa­ją­cym wzro­kiem. – Po­waż­nie?

Czar­no­wło­sy wzru­szył ra­mio­na­mi zer­ka­jąc na chi­cho­czą­ce­go Skena.

– Po­trze­bu­je­my przy­nę­ty – mruk­nął, na po­wrót ku­ca­jąc.

– Nasz przy­nę­ta po­szła za po­trze­bą – uśmiech­nął się pa­skud­nie blon­dy­nek.

Zanim jed­nak co­kol­wiek zro­bi­li, Digo wy­to­czył się z traw, cięż­ko dy­sząc. Mło­dzi wiedź­mi­ni, wi­dząc u opie­ku­na nie­na­tu­ral­ną tru­pią bla­dość, rzu­ci­li się na pomoc. Za późno. Digo grzmot­nął o zie­mię jak długi i wił się po niej ni­czym robak na­bi­ty na ha­czyk, to cząc przy tym pianę z ust.

– Ugryzł mnie – wy­dy­szał nie mogąc po­wie­dzieć nic wię­cej.

Chwi­lo­we za­sko­cze­nie ustą­pi­ło miej­sca chłod­nej, wiedź­miń­skiej kal­ku­la­cji.

Fet padł na na­uczy­cie­la, unie­ru­cha­mia­jąc go cię­ża­rem ciała i wła­sną siłą. Ruben roz­warł szczę­ki po­szko­do­wa­ne­go, nie­mal je wy­ła­mu­jąc, a Sken wlał Ja­skół­kę. Efek­tu widać nie było.

– Na­stęp­na – wy­sy­czał Fet, czu­jąc jak ciało pod nim wiot­cze­je. – Szyb­ciej.

Digo wił się jesz­cze chwi­lę, coraz sła­biej, a potem znie­ru­cho­miał.

Na chwi­lę mło­dzi wiedź­mi­ni za­mar­li, a potem po­pa­trzy­li na sie­bie nie­pew­nie. Wła­śnie zo­sta­li po­zba­wie­ni opie­ku­na i prze­wod­ni­ka oraz wspar­cia na za­wo­dach.

Od­por­ni na tru­ci­zny i tok­sy­ny, a to, co się stało za­sko­czy­ło ich.

Każdy miał swoje po­dej­rze­nia. Teraz mogli je­dy­nie upew­nić się w sy­tu­acji i przy­go­to­wać na nie­uchron­ne.

Sken i Fet spraw­dza­li teren, a Ruben w tym samym cza­sie robił oglę­dzi­ny trupa.

 

 

 

Po kilku go­dzi­nach, w cza­sie któ­rych księ­życ zdą­żył prze­wę­dro­wać już po­ło­wę nieba, oka­za­ło się, że mają na­praw­dę nie­wie­le, a wła­ści­wie to nic.

– I co? – za­py­tał Ruben, wi­dząc wra­ca­ją­ce­go Skena, za któ­rym po­dą­żał Fet. – A nasza ta­jem­ni­cza dama?

– Ani śladu – od­parł wą­sacz, ku­ca­jąc obok na­uczy­cie­la. Digo nie wy­glą­dał na mniej mar­twe­go niż przed pa­ro­ma go­dzi­na­mi. Był na­to­miast bar­dziej ro­ze­bra­ny. Wła­ści­wie był cał­kiem goły, bo młody wiedź­min nie oszczę­dził mu nawet bie­li­zny, prze­pro­wa­dza­jąc szcze­gó­ło­we oglę­dzi­ny. – Naj­praw­do­po­dob­niej to jakiś tu­tej­szy ro­dzaj ducha.

Jakby na po­twier­dze­nie jego słów gdzieś w od­da­li za­hu­ka­ła sowa i po­wiał zimny wiatr, sze­lesz­cząc tra­wa­mi.

– Żad­nych no­wych ran albo ugry­zień u Digo. Oprócz jed­ne­go. – Wska­zał nie­wiel­kie uką­sze­nie w oko­li­cy łydki.

– Żar­tu­jesz? Praw­da? – Ruben po­krę­cił głową. – To wy­glą­da na ugry­zie­nie węża, a my je­ste­śmy od­por­ni na tok­sy­ny, poza tym wla­łem w niego dwie Ja­skół­ki. To nie­moż­li­we, żeby zabił go wąż. Bo… to wąż. Ro­zu­miesz? Nie man­ti­ko­ra czy ba­zy­li­szek, ale zwy­kły, zie­lo­ny wąż. Wiedź­mi­ni nie umie­ra­ją od węży.

– Wiedź­mi­ni… nie pa­ni­ku­ją, Sken – od­po­wie­dział Fet chłod­no. – Poza tym, skąd mo­żesz wie­dzieć, że był zie­lo­ny?

– Tak tylko po­wie­dzia­łem. Rów­nie do­brze mógł być prze­źro­czy­sty.

– Nie­wi­docz­ny – za­sta­no­wił się Ruben, który jak do tej pory, je­dy­nie przy­glą­dał się z uwagą to­wa­rzy­szom. – Jak ka­me­le­on.

Wą­sa­ty wiedź­min po­de­rwał się z kucek i pal­nął dło­nią w czoło.

– Czego że­ście się na­ćpa­li? Prze­źro­czy­sty wąż ka­me­le­on? Serio?! Czy wy w ogóle się sły­szy­cie?!

– Cie­bie na pewno wszy­scy – od­gryzł się Sken.

– Trze­ba go spa­lić – po­wie­dział spo­koj­nie i bez­na­mięt­nie ma­syw­ny wiedź­min.

– Węża?

– Trupa – po­wie­dział po­wo­li Ruben, spo­glą­da­jąc na Skena. – Potem ru­sza­my dalej, na te cho­ler­ne, pie­kiel­ne za­wo­dy.

– A wiesz, gdzie i któ­rę­dy? – za­py­tał scep­tycz­nie blon­dyn. – Bo mnie się zdaje, że je­ste­śmy w rzyci.

Ruben wy­cią­gnął z sakwy Digo pro­wi­zo­rycz­ną mapę oraz wska­zów­ki spi­sa­ne na niej po­chy­łym pi­smem i po­wie­dział:

– Damy radę.

– Ta… O ile nie za­ata­ku­ją nas prze­źro­czy­ste węże ka­me­le­ony.

– Żeś się ucze­pił tych węży, Fet – sark­nął Sken. – To była ich tu­tej­sza man­ti­ko­ra. – Wi­dząc zdzi­wio­ne spoj­rze­nia to­wa­rzy­szy, dodał. – Głu­pio tak umie­rać od węża. Nie?

– I man­ti­ko­ry się trzy­maj­my. – Zgo­dzi­li się ze sobą wszy­scy trzej.

Na za­pa­le­nie pro­wi­zo­rycz­ne­go stosu nie było naj­mniej­szych szans, na za­ko­pa­nie ciała w wy­schnię­tej ziemi rów­nież. Nawet ka­mie­ni na uło­że­nie kopca nie mieli za wiele. Mu­sie­li wziąć to­wa­rzy­sza ze sobą, z na­dzie­ją, że szyb­ko znaj­dą od­po­wied­nie miej­sce i wa­run­ki, al­bo­wiem cie­pło nie po­zwa­la­ły, go wozić.

– Wie­cie, co mnie za­sta­na­wia? – ode­zwał się Fet, wraz z Ru­be­nem za­wi­ja­jąc szczel­nie zwło­ki.

– Zaraz się do­wie­my. Tak czy ina­czej. – Ruben po­pa­trzył na Skena, przy­go­to­wu­ją­ce­go konie do dal­szej po­dró­ży.

– Nie za­uwa­ży­łem, plam opa­do­wych – po­wie­dział po­wo­li, wra­ca­jąc do za­czę­te­go te­ma­tu.

– Czego nie za­uwa­ży­łeś?

Fet po­pa­trzył na Skena jak na idio­tę.

– Plam opa­do­wych. Po­wsta­ją one w mo­men­cie, kiedy usta­je krą­że­nie, a krew…

– Wiem, co to jest – wark­nął blon­dyn zi­ry­to­wa­ny. – Tyle, że u wiedź­mi­nów jest tro­chę ina­czej z krą­że­niem. Na karcz­ku nie wyjdą ci ru­mie­nie, na uszkach zresz­tą też – dodał cy­nicz­nie.

– Każ­de­mu wy­cho­dzą. Nasz sta­ru­szek może mieć rację.

– Odwal się, Ruben, je­stem star­szy tylko o mie­siąc – po­wie­dział wą­sa­ty.

Ma­syw­ny wiedź­min uniósł ręce w obron­nym ge­ście i po­wie­dział:

– Sprawdź­my? – Wszy­scy w ciszy przy­glą­da­li się, jak wy­cią­ga krót­ki nóż i na­ci­na żyły na nad­garst­ku, pra­wie tnąc po kości. Nic się nie dzia­ło. Z rany nie wy­pły­nę­ła nawet struż­ka krwi, nie po­ja­wi­ła się ani jedna kro­pel­ka. – Hm.

– Hm? To chcesz po­wie­dzieć? Prze­cież jest mar­twy, więc ra­czej krew nie po­pły­nie.

– Sken, ty chyba w ogóle nie uwa­ża­łeś w szko­le, na za­ję­ciach Ru­fu­sa – mruk­nął Ruben, na­chy­la­jąc się do rany, pra­wie do­ty­ka­jąc jej nosem. – Po­świeć mi.

Naj­star­szy z wiedź­mi­nów po­słusz­nie dał świa­tło, trzy­ma­jąc w ręce wy­cią­gnię­tą lampę i kuc­nął obok.

– To wy­glą­da jak skrzep – po­wie­dział, spo­glą­da­jąc na miej­sce, które wska­zy­wał ma­syw­ny męż­czy­zna. – Ro­ze­tnij.

Ru­be­no­wi nie trze­ba było po­wta­rzać, roz­chla­stał rękę zmar­łe­go aż do łok­cia, co nie było za­da­niem ła­twym. Roz­chy­lił na­cię­cie i przez chwi­lę przy­glą­da­li się mię­śniom, ścię­gnom oraz żyłom ro­ze­pchnię­tym przez za­sty­głą krew.

– Dla­te­go ja­skół­ka nie dzia­ła­ła. – Sken za­sło­nił cał­ko­wi­cie świa­tło głową, ale i tak nie było ono już istot­ne. – Prze­źro­czy­sty wąż ka­me­le­on, któ­re­go jad po­wo­du­je tę­że­nie krwi… Dla mnie bomba. Po­my­śl­cie, jakie tru­ci­zny można by z tego zro­bić…

– Jaką wła­dzę można by mieć.

– Prze­stań­cie, obaj – po­wie­dział Fet. – Zgi­nął nasz na­uczy­ciel, a wy o prze­ję­ciu wła­dzy nad świa­tem ga­da­cie i ma­so­wych mor­der­stwach.

– Tylko tak czy­sto hi­po­te­tycz­nie – burk­nął Sken.

W sza­rym przed­świ­cie dnia przy­wią­za­li mar­twe­go Digo do konia i ru­szy­li w drogę. Po­ra­nek, był chłod­ny i rześ­ki. Przy­naj­mniej na razie. Po po­łu­dniu zna­leź­li miej­sce, w któ­rym mogli po­cho­wać to­wa­rzy­sza po­dró­ży na spo­sób wiedź­miń­ski.

 

 

Po­mię­dzy opa­ra­mi dymu Ruben za­uwa­żył nie­wy­raź­ną syl­wet­kę ko­bie­ty. Trą­cił Feta łok­ciem i wska­zał głową.

– Wi­dzia­łem – mruk­nął wą­sa­ty wiedź­min. – Gdyby chcia­ła nam coś zro­bić, już dawno by zro­bi­ła.

– Nie nie­po­koi cię, że za nami idzie?

– Nie­po­koi, Ruben – od­po­wie­dział przy­ja­cie­lo­wi, mru­żąc oczy od dymu – ale na razie, jest poza na­szym za­się­giem.

Blon­dyn prze­su­nął się bli­żej i z uwagą słu­chał, o czym roz­ma­wia­ją to­wa­rzy­sze.

Ogień trza­skał i strze­lał wy­so­ko wprost w słoń­ce, które już nie było naj­ni­żej. Tem­pe­ra­tu­ra da­wa­ła się we znaki wiedź­mi­nom, po­cą­cym się jak myszy na widok kota.

Kiedy ogień wy­gasł, nie zo­sta­ło już nic do zro­bie­nia.

Wska­zów­ki, które zo­sta­wił Digo, do­pro­wa­dzi­ły ich i z mniej­szy­mi lub więk­szy­mi pro­ble­ma­mi, do­tar­li na za­wo­dy.

Pu­sty­nia w sercu kon­ty­nen­tu za­chwy­ca­ła czer­wo­nym pust­ko­wiem. U pod­nó­ża gór stały na­mio­ty wszyst­kich wiedź­miń­skich szkół. W cie­płym wie­trze, pro­por­ce po­ru­sza­ły się nie­znacz­nie. Do­oko­ła pa­no­wał ruch, a dia­lek­ty mie­sza­ły się ze sobą two­rząc nie­zno­śny hałas.

– Je­ste­śmy obok Kru­ków – po­wie­dział Fet, zsia­da­jąc z konia i za­uwa­ża­jąc cha­rak­te­ry­stycz­ny znak Kruka z roz­dzia­wio­nym dzio­bem.

Ruben wzru­szył ra­mio­na­mi. W od­da­li wi­dział na­mio­ty Szko­ły Kota, a dalej krę­cą­cych się obok swo­je­go miej­sca w obo­zo­wi­sku wiedź­mi­nów ze Szko­ły Żmii.

– Są już chyba wszy­scy – mruk­nął Sken, przy­glą­da­jąc się, w ja­kiej ilo­ści przy­by­li Koty. Mała, trzy­oso­bo­wa dru­ży­na wiedź­mi­nów ze Szko­ły Wilka, pre­zen­to­wa­ła się ra­czej kiep­sko na tle in­nych Szkół i nie cho­dzi­ło tu tylko o skład i ilość za­wod­ni­ków, ale rów­nież o wy­po­sa­że­nie.

– Nie ma jesz­cze Gry­fów i Niedź­wie­dzi – ode­zwał się ktoś za nimi. Wiedź­mi­ni od­wró­ci­li się gwał­tow­nie i spoj­rze­li na przy­by­sza.

Męż­czy­zna był ra­czej drob­ny i ko­ści­sty. W ni­czym nie przy­po­mi­nał łowcy po­two­rów. Nie miał nawet pio­no­wych źre­nic.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział czło­wie­czek. – Nie przed­sta­wi­łem się. Na­zy­wam się Urlich, ze Szko­ły Kruka.

– Ruben, Sken i Fet ze Szko­ły Wilka – przed­sta­wił to­wa­rzy­szy i sie­bie wą­sa­ty wiedź­min.

– Sły­sza­łem o wa­szej szko­le wiele do­bre­go – szep­nął Kruk, przy­glą­da­jąc się po kolei wiedź­mi­nom i wy­cią­ga­jąc do nich dłoń, którą Wilki zi­gno­ro­wa­ły.

Sken i Ruben od­da­li­li się z końmi, wi­dząc że przy­ja­ciel stre­ści im prze­bieg roz­mo­wy. Poza tym nie mieli ocho­ty bra­tać się z Kru­ka­mi ani in­ny­mi wiedź­mi­na­mi.

– My rów­nież co nieco o was sły­sze­li­śmy. Jed­nak były to same pa­skud­ne hi­sto­rie – od­parł Fet, z uwagą przy­glą­da­jąc się bla­dym tę­czów­kom Kruka.

– Na­praw­dę? Na przy­kład jakie?

Nie­zbyt przy­chyl­ną od­po­wiedź Feta za­głu­szy­ły krzy­ki i na teren obo­zo­wi­ska z wiel­ką pompą wje­cha­li mło­dzi wiedź­mi­ni ze szko­ły Gryfa miesz­czą­cej się w Ame­ry­ce Pół­noc­nej.

Fet splu­nął na zie­mię.

– Na­dę­te bubki – mruk­nął ledwo sły­szal­nie.

– Cóż, nie spo­sób się nie zgo­dzić – od­parł jego roz­mów­ca. – W ja­kich kon­ku­ren­cjach star­tu­je­cie?

Fet wzru­szył ra­mio­na­mi. Mało po­do­ba­ło mu się wy­py­ty­wa­nie Kruka, dla­te­go też nie za­mie­rzał od­po­wia­dać.

– Jest dwa­na­ście kon­ku­ren­cji – po­wie­dział blon­dyn z uśmie­chem. – Jedną już za­li­czy­li­ście – do­tar­li­ście tu.

Fet za­ci­snął zęby, nie­mal do­sta­jąc szczę­ko­ści­sku.

– Każdy ma swo­je­go tak jakby sę­dzie­go – opie­ku­na, który spi­su­je wszyst­ko, co zro­bi­cie…

– Co? – prze­rwał wywód Kruka lekko po­iry­to­wa­ny Wilk – Kto taki?

– Fi­lip­pa Ein­hart. Cza­ro­dziej­ka. Taka z czar­ny­mi war­ko­cza­mi.

 

 

 

– Nasza ta­jem­ni­cza dama jest cza­ro­dziej­ką – po­wie­dział Sken, kiedy we trzech sie­dzie­li przy wą­tłym ogni­sku przed na­mio­tem, a Fet stre­ścił po­krót­ce prze­bieg roz­mo­wy, oświad­cza­jąc przy oka­zji, że ma dość zo­sta­wia­nia go sa­me­go w ta­kich sy­tu­acjach.

– Nie uśmie­chaj się tak głup­ko­wa­to – wtrą­cił po­waż­nie Fet, pa­trząc na Ru­be­na. – Nie mo­że­my na­wią­zy­wać kon­tak­tów z sę­dzia­mi.

– Za późno – mruk­nął Sken – Znasz Ru­be­na.

– Nie wie­rzę – sap­nął zre­zy­gno­wa­ny, wą­sa­ty wiedź­min. – Czy za­czniesz kie­dyś my­śleć, Ruben?

– Daj spo­kój, cały czas myślę, taki sku­tek ubocz­ny bycia czło­wie­kiem.

– Jak prze­gra­my przez cie­bie za­wo­dy, to cię za­tłu­kę.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem, mam parę uwag, mam przemyśleń, subiektywnych (bo jakżeby inaczej), więc potraktuj je proszę z przymrużeniem oka, zwłaszcza, że miałaś dobrych betareaderów ;)

 

Pierwsze akapity i opisy przyrody były bardzo dokładne. Aż za dokładne, tonąłem w nich, nie dowiadując się niczego nowego o postaciach. A tutaj idealnie można by było wpleść coś w stylu "Sken poczuł, że ostra trawa zraniła mu łydkę, spojrzał z grzbietu konia i […]", krajobraz nadal byłby opisany, ale również postać byłaby trochę bardziej rozwinięta.

To przechodzi płynnie do mojego drugiego przemyślenia, że trzech uczniów jest niemal identycznych w dialogach. Uzupełniają swoje myśli, kończą zdania, nie rozróżniałem ich i nie musiałem się na tym skupiać, bo rozróżnienie ich nie wnosiło wiele do historii. Przy dialogu o czarodziejce, którykolwiek mógł mówić którykolwiek z tych tekstów. Tylko Digo miał własny, zirytowany głos, ale nie powiedział nim za wiele.

Podkreślałaś od początku trudność podróży, po czym nagle po śmierci mentora i przewodnika w dwóch zdaniach dotarli na miejsce. To trochę niszczy zbudowany klimat, rozładowuje napięcie. Moją sugestią byłoby skrócenie opisów trudów drogi lub też podkreślenie, że te trudy nadal występowały jakąś dodatkową sceną.

 

To powiedziawszy, podoba mi się koncept przedstawiony w opowiadaniu. Oryginalnie i sprytnie rozwiązałaś, dlaczego wiedźmin mógł zginąć od zwykłego ukąszenia węża. Fajnie przemyślany jest też turniej, trochę taki Harry Potterowy Turniej Trójmagiczny. Wiem, że to stare opowiadanie i czekam, aż opublikujesz coś nowego :) 

Prestidigitator

Nowa Fantastyka