Las był gęsty, a wąska ścieżka pozwalała jechać tylko gęsiego. Suche, ciężkie powietrze męczyło płuca i pasowało tu jak ulał określenie Digo: „wsadzić głowę do rozgrzanego pieca”. Z tą różnicą, że siedzieli w nim cali.
Czterech mężczyzn prowadziło konie za uzdy, oglądając krajobraz nie tyle z niepokojem ile z narastającą irytacją. Żaden nie przyznałby się, nawet pod groźbą pręgierza, że zabłądzili.
Na czele tej czwórki szedł blondynek, bardzo krótko obcięty, tuż za nim podążał masywny czarnowłosy młodzieniaszek, a trzecim był modnie ostrzyżony chłopaczek z delikatnym jeszcze wąsem ukrywającym zajęczą wargę. Pochód zamykał najstarszy z nich, bliznowaty ze śladami po ospie, Digo. Wszyscy mieli kocie oczy.
– Komary wielkości słoni – powiedział blondynek, omijając co większe kamienie i dołki.
– Bez przesady, Sken, zabiłeś bruxę, a komarów się boisz? Zresztą, gdzie tu masz komary?
Zapytany zerknął w kierunku idącego za nim czarnowłosego, równie młodego co on i wzruszył ramionami. Komary czy nie, uporczywie gryzły.
– To najstraszliwsze z potworów. Atakują niezauważenie, wysysają krew, roznoszą choroby.
Idący za nimi nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Bardziej pochłaniał go widok karłowaciejących akacji i wawrzynopodobnych drzewek, jakich nie widział do tej pory. Może dlatego zawody zawsze odbywały się w odludnym miejscu, aby wyrównać szanse startującym, albo był też inny powód, którego nie był w stanie zauważyć.
Z górzystych zielonych terenów powoli wkraczali na półpustynne niziny, obfitujące w stepy z twardolistnymi trawami, słonoroślami, kazuarynami i inną florą, nieznaną wiedźminom z rodzinnej Szkocji.
Daleka była droga do domu.
Kilka miesięcy statkiem tylko po to, żeby dostać się do jakiejś dziury zwanej Port Jackson. Po drodze minęli małą wyspę, na której przebywali młodzi chłopcy, tak jak oni, i Port Arthur, który z obozu drwalskiego przeistoczono w największą kolonię karną. Głównym celem było „zmienić łotrów w uczciwych ludzi”.
Rozmyślania wąsacza przerwały słowa idącego na początku niewielkiej drużyny.
– Myślicie, że któryś z nas wygra?
– Tak, Sken – odezwał się najstarszy z podróżników, Digo. – Ty na pewno. Jak będą zawody w mieleniu ozorem.
Młody mężczyzna napiął się i najwyraźniej miał coś powiedzieć, ale przemilczał. Nie było sensu drzeć kotów z opiekunem Digo.
Grubokościsty i czarnowłosy chłopak, zrównał się ze Skenem i klepnął go przyjaźnie w ramię.
Nie od dziś wiadomo było, że ospowaty był najgorszym z opiekunów, którego chciano się pozbyć z Kaer Morhen. Najlepiej na zawsze. Idealną okazją było wysłanie go z młodymi na turniej, gdzie raz na kilka lat zjeżdżali wiedźmini, aby walczyć o honor i chwałę dla swojej szkoły. Rozgrywki były krwawe i bezwzględne, a rywalizacja okrutna. Wielu najlepszych, z dwóch lub trzech ostatnich roczników, miało już nie wrócić.
Piekielne zawody, jak je popularnie zwano, były ostatnim i najważniejszym wyzwaniem, jakie przechodzili młodzi wiedźmini, przed faktycznym wyruszeniem na szlak.
– Kruki zawsze wygrywają – oświadczył jadący teraz na przydziałowej kobyłce wąsacz.
Gęsty las w końcu się skończył i mogli dosiąść koni, grubokościsty wiedźmin w którymś momencie poczuł, że są obserwowani. Kobieca postać w tiulowej sukni, czarnymi warkoczami i grubą księgą, zniknęła szybko, jakby była tylko złudzeniem.
– Fet, ty to potrafisz podnieść na duchu – odezwał się czarnowłosy Ruben, przenosząc uwagę z tajemniczej kobiety na przyjaciela.
– Mówię, jak jest. Kruki wygrały dziesiąty raz z rzędu. Odkąd ich stworzono, nikt z nimi nie ma szans.
– Znamy statystyki – powiedział ponuro Sken, który miał wrażenie, jakby jego wałach szedł krok do przodu, a dwa w tył. – Ale dzięki, stary, że nam to uświadomiłeś.
– Jestem starszy tylko o rok – obruszył się wiedźmin.
– Przestańcie w końcu kłapać dziobami – przerwał im Digo, wyprzedzając młodych.
Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu.
Cisza, przerywana jedynie nielicznymi odzewami ptaków, była męcząca i ciężka jak krajobraz rozpościerający się przed nimi. Każdy z wiedźminów miał ochotę odezwać się, ale żaden nie chciał wyjść na gadułę i próbował przeczekać towarzyszy.
Ruben sięgnął do sakwy po pasek suszonego mięsa. Powąchał i w całości wcisnął w usta. Przez chwilę przeżuwał twardy jak podeszwa ochłap.
Fet poszedł w ślady towarzysza, a ponieważ nigdy nie przepadał za tego typu przetwarzaniem żywności, wyciągnął puszkę i zaczął się mocować z wieczkiem.
Odkąd Durand wpadł na pomysł zamykania żywności w blaszanych pojemnikach, życie Feta nabrało większego smaku, przynajmniej w podróży. W tysiąc osiemset trzydziestym konserwy można było kupić już w sklepach i wąsaty chłopak zaopatrzył się w nie mimo wysokiej ceny. Sken popatrzył na nich z dezaprobatą, stwierdzając, iż ma przed sobą dwie papugi, albo małpy. Co robi jeden, to zaraz i drugi. Po chwili sam sięgnął do juków po jedzenie.
– Myślicie, że będą tam jakieś czarodziejki? – zapytał Ruben, przełykając kawałek mięsa.
– Miejże litość – mruknął Fet.
– Po twojej ostatniej akcji z czarodziejką mieliśmy karę. Miesięczną, muszę dodać, ale jak widać niczego się od tamtej pory nie nauczyłeś – powiedział Sken, grzebiąc łyżką w słoiku, który jakimś cudem przetrwał długą podróż, wliczając w to sztorm i galop po łagodnych szerokich przełęczach.
– Poza tym to nie była czarodziejka… No dobrze, kiedyś była – sprostował Fet pod spojrzeniem masywnego wiedźmina. – Czarodziejka, która po śmierci zamieniła się w upiora.
– A ta upiorzyca rzuciła na ciebie czar i odpadła jej dolna szczęka, jak ją całowałeś – zarechotał Sken.
– Ja jem – powiedział Fet z pełnymi ustami, zerkając na Rubena, który dłubał paznokciem za kawałkiem ścięgna tkwiącym między zębami.
– To była czarodziejka – upierał się.
– Nie zdaliśmy przez ciebie egzaminu – przypomniał uczynnie Sken. – Mieliśmy poprawkę, jako pierwsi w historii szkoły, o czym wiedzieć nie mogłeś, bo przez miesiąc przeleżałeś w szpitalu.
Ruben wzruszył ramionami, mając wrażenie, że kawałek jedzenia nadal tkwi w zębie. Czas było sięgnąć po drastyczniejsze środki.
– Czy wy potraficie rozmawiać o czymś innym niż o dupach i jedzeniu? – odezwał się z przodu zirytowany Digo.
– Taki wiek – odparł czarnowłosy niewyraźnie, grzebiąc zapałką w ustach. – Możemy jeszcze gadać o robocie, na przykład. Sken, dlaczego kazałeś sikać wieśniakowi na utopce?
– Dość. Nie możemy wtrącać się w życie zamkniętej społeczności w taki sposób. – Opiekun Digo miał tej wyprawy serdecznie dość. Dano mu niezbyt konkretne informacje co do miejsca zwanego jeszcze kilkadziesiąt lat temu Nowa Holandia, a że sam nigdy tu nie był, to musiał kierować się niedokładnymi wskazówkami, typu: wyjedź z lasu i podążaj na południe dwa dni. Koło skały w kształcie zdechłego muła skręć w lewo i jedź cztery godziny, a będziesz na miejscu.
Tak czy inaczej, ze skąpych wiadomości, jakie posiadał, wynikało, że mieli przed sobą jeszcze kamieniste pustynie, słone jeziora, bagna, a celem ich wędrówki były góry na środku pustyni. Po prostu – żyć nie umierać.
W tak zmiennych warunkach nieumiejętne i lekkomyślne postępowanie może mieć fatalne skutki.
Digo westchnął w duchu. Zamiast konserw mógł wziąć dodatkowe przewodniki, chociaż z tych, które miał, korzystał ukradkowo, aby go nie przyłapano.
Wiedźmini przez chwilę przyglądali się falującemu krajobrazowi, rozpościerającemu sieę przed nimi niczym morze błękitnawych traw. Wysokie i ostre źdźbła sięgały końskim brzuchom, a sam monotonny widok męczył oczy, tak jak i słońce świecące wprost w zwężone źrenice. Zatrzymali się jeszcze przed zmrokiem, wydeptali spory krąg wśród traw, rozpalili wątłe ognisko z badyli, których nawet ogień nie chciał pożreć, a co dopiero zwierzęta.
Ruben spętał konie, wrócił szybko do ogienka i przysiadł obok Feta, kuląc się z zimna. Temperatura spadała bardzo szybko i wiedźmin podejrzewał, że w nocy może być nawet zero stopni.
– Widziałem damę w tiulach – szepnął konspiracyjnie, prawie nie otwierając ust.
– Ty też? Wydawało mi się, że to złudzenie, ale kilka razy też ją zauważyłem. Choć nie mam pewności, że to ta sama postać – odparł równie cicho wąsacz.
– Gdzie?
– Najpierw w Port Jackson, skąd wyjeżdżaliśmy. Drugi raz, niedaleko wioski aborygenów i teraz, koło południa, w lesie.
– Hm, ciekawe, niemożliwe…
– Ciekawe, interesujące, niesamowite, jakbyś mógł jaśniej, Ruben – wtrącił się w ich rozmowę Sken, podchodząc z tyłu. – Siedliście i szepczecie jak para zakochanych gołąbeczek. Nic nie można zrozumieć.
Ruben odczekał, aż Digo zniknie między trawami i szepnął.
– Idzie za nami dama.
– W tiulach? – zapytał blondynek, a towarzysze potwierdzili. – To ani upiór, ani alp, a tym bardziej mula, to nie ich klimat. Na wampiry jest tu po prostu za gorąco, za mało żywicieli. To musi być coś innego. Osobiście proponuję, zapytać ją – powiedział, zerkając przed siebie ponad trawy. Ruben i Fet podążyli za jego wzrokiem. W nadciągającym zmroku niewyraźna, kobieca sylwetka była niedaleko, niemal wchodząc w wydeptany przez wiedźminów krąg. Czarne warkocze opadały jej na ramiona.
Masywny wiedźmin wstał powoli.
– Podejdź no tu, mamy parę pytań! – zawołał.
Panienka uśmiechnęła się i rozpłynęła w powietrzu.
– Podejdź no tu? – Fet popatrzył do góry, na przyjaciela, powątpiewającym wzrokiem. – Poważnie?
Czarnowłosy wzruszył ramionami zerkając na chichoczącego Skena.
– Potrzebujemy przynęty – mruknął, na powrót kucając.
– Nasz przynęta poszła za potrzebą – uśmiechnął się paskudnie blondynek.
Zanim jednak cokolwiek zrobili, Digo wytoczył się z traw, ciężko dysząc. Młodzi wiedźmini, widząc u opiekuna nienaturalną trupią bladość, rzucili się na pomoc. Za późno. Digo grzmotnął o ziemię jak długi i wił się po niej niczym robak nabity na haczyk, to cząc przy tym pianę z ust.
– Ugryzł mnie – wydyszał nie mogąc powiedzieć nic więcej.
Chwilowe zaskoczenie ustąpiło miejsca chłodnej, wiedźmińskiej kalkulacji.
Fet padł na nauczyciela, unieruchamiając go ciężarem ciała i własną siłą. Ruben rozwarł szczęki poszkodowanego, niemal je wyłamując, a Sken wlał Jaskółkę. Efektu widać nie było.
– Następna – wysyczał Fet, czując jak ciało pod nim wiotczeje. – Szybciej.
Digo wił się jeszcze chwilę, coraz słabiej, a potem znieruchomiał.
Na chwilę młodzi wiedźmini zamarli, a potem popatrzyli na siebie niepewnie. Właśnie zostali pozbawieni opiekuna i przewodnika oraz wsparcia na zawodach.
Odporni na trucizny i toksyny, a to, co się stało zaskoczyło ich.
Każdy miał swoje podejrzenia. Teraz mogli jedynie upewnić się w sytuacji i przygotować na nieuchronne.
Sken i Fet sprawdzali teren, a Ruben w tym samym czasie robił oględziny trupa.
Po kilku godzinach, w czasie których księżyc zdążył przewędrować już połowę nieba, okazało się, że mają naprawdę niewiele, a właściwie to nic.
– I co? – zapytał Ruben, widząc wracającego Skena, za którym podążał Fet. – A nasza tajemnicza dama?
– Ani śladu – odparł wąsacz, kucając obok nauczyciela. Digo nie wyglądał na mniej martwego niż przed paroma godzinami. Był natomiast bardziej rozebrany. Właściwie był całkiem goły, bo młody wiedźmin nie oszczędził mu nawet bielizny, przeprowadzając szczegółowe oględziny. – Najprawdopodobniej to jakiś tutejszy rodzaj ducha.
Jakby na potwierdzenie jego słów gdzieś w oddali zahukała sowa i powiał zimny wiatr, szeleszcząc trawami.
– Żadnych nowych ran albo ugryzień u Digo. Oprócz jednego. – Wskazał niewielkie ukąszenie w okolicy łydki.
– Żartujesz? Prawda? – Ruben pokręcił głową. – To wygląda na ugryzienie węża, a my jesteśmy odporni na toksyny, poza tym wlałem w niego dwie Jaskółki. To niemożliwe, żeby zabił go wąż. Bo… to wąż. Rozumiesz? Nie mantikora czy bazyliszek, ale zwykły, zielony wąż. Wiedźmini nie umierają od węży.
– Wiedźmini… nie panikują, Sken – odpowiedział Fet chłodno. – Poza tym, skąd możesz wiedzieć, że był zielony?
– Tak tylko powiedziałem. Równie dobrze mógł być przeźroczysty.
– Niewidoczny – zastanowił się Ruben, który jak do tej pory, jedynie przyglądał się z uwagą towarzyszom. – Jak kameleon.
Wąsaty wiedźmin poderwał się z kucek i palnął dłonią w czoło.
– Czego żeście się naćpali? Przeźroczysty wąż kameleon? Serio?! Czy wy w ogóle się słyszycie?!
– Ciebie na pewno wszyscy – odgryzł się Sken.
– Trzeba go spalić – powiedział spokojnie i beznamiętnie masywny wiedźmin.
– Węża?
– Trupa – powiedział powoli Ruben, spoglądając na Skena. – Potem ruszamy dalej, na te cholerne, piekielne zawody.
– A wiesz, gdzie i którędy? – zapytał sceptycznie blondyn. – Bo mnie się zdaje, że jesteśmy w rzyci.
Ruben wyciągnął z sakwy Digo prowizoryczną mapę oraz wskazówki spisane na niej pochyłym pismem i powiedział:
– Damy radę.
– Ta… O ile nie zaatakują nas przeźroczyste węże kameleony.
– Żeś się uczepił tych węży, Fet – sarknął Sken. – To była ich tutejsza mantikora. – Widząc zdziwione spojrzenia towarzyszy, dodał. – Głupio tak umierać od węża. Nie?
– I mantikory się trzymajmy. – Zgodzili się ze sobą wszyscy trzej.
Na zapalenie prowizorycznego stosu nie było najmniejszych szans, na zakopanie ciała w wyschniętej ziemi również. Nawet kamieni na ułożenie kopca nie mieli za wiele. Musieli wziąć towarzysza ze sobą, z nadzieją, że szybko znajdą odpowiednie miejsce i warunki, albowiem ciepło nie pozwalały, go wozić.
– Wiecie, co mnie zastanawia? – odezwał się Fet, wraz z Rubenem zawijając szczelnie zwłoki.
– Zaraz się dowiemy. Tak czy inaczej. – Ruben popatrzył na Skena, przygotowującego konie do dalszej podróży.
– Nie zauważyłem, plam opadowych – powiedział powoli, wracając do zaczętego tematu.
– Czego nie zauważyłeś?
Fet popatrzył na Skena jak na idiotę.
– Plam opadowych. Powstają one w momencie, kiedy ustaje krążenie, a krew…
– Wiem, co to jest – warknął blondyn zirytowany. – Tyle, że u wiedźminów jest trochę inaczej z krążeniem. Na karczku nie wyjdą ci rumienie, na uszkach zresztą też – dodał cynicznie.
– Każdemu wychodzą. Nasz staruszek może mieć rację.
– Odwal się, Ruben, jestem starszy tylko o miesiąc – powiedział wąsaty.
Masywny wiedźmin uniósł ręce w obronnym geście i powiedział:
– Sprawdźmy? – Wszyscy w ciszy przyglądali się, jak wyciąga krótki nóż i nacina żyły na nadgarstku, prawie tnąc po kości. Nic się nie działo. Z rany nie wypłynęła nawet strużka krwi, nie pojawiła się ani jedna kropelka. – Hm.
– Hm? To chcesz powiedzieć? Przecież jest martwy, więc raczej krew nie popłynie.
– Sken, ty chyba w ogóle nie uważałeś w szkole, na zajęciach Rufusa – mruknął Ruben, nachylając się do rany, prawie dotykając jej nosem. – Poświeć mi.
Najstarszy z wiedźminów posłusznie dał światło, trzymając w ręce wyciągniętą lampę i kucnął obok.
– To wygląda jak skrzep – powiedział, spoglądając na miejsce, które wskazywał masywny mężczyzna. – Rozetnij.
Rubenowi nie trzeba było powtarzać, rozchlastał rękę zmarłego aż do łokcia, co nie było zadaniem łatwym. Rozchylił nacięcie i przez chwilę przyglądali się mięśniom, ścięgnom oraz żyłom rozepchniętym przez zastygłą krew.
– Dlatego jaskółka nie działała. – Sken zasłonił całkowicie światło głową, ale i tak nie było ono już istotne. – Przeźroczysty wąż kameleon, którego jad powoduje tężenie krwi… Dla mnie bomba. Pomyślcie, jakie trucizny można by z tego zrobić…
– Jaką władzę można by mieć.
– Przestańcie, obaj – powiedział Fet. – Zginął nasz nauczyciel, a wy o przejęciu władzy nad światem gadacie i masowych morderstwach.
– Tylko tak czysto hipotetycznie – burknął Sken.
W szarym przedświcie dnia przywiązali martwego Digo do konia i ruszyli w drogę. Poranek, był chłodny i rześki. Przynajmniej na razie. Po południu znaleźli miejsce, w którym mogli pochować towarzysza podróży na sposób wiedźmiński.
Pomiędzy oparami dymu Ruben zauważył niewyraźną sylwetkę kobiety. Trącił Feta łokciem i wskazał głową.
– Widziałem – mruknął wąsaty wiedźmin. – Gdyby chciała nam coś zrobić, już dawno by zrobiła.
– Nie niepokoi cię, że za nami idzie?
– Niepokoi, Ruben – odpowiedział przyjacielowi, mrużąc oczy od dymu – ale na razie, jest poza naszym zasięgiem.
Blondyn przesunął się bliżej i z uwagą słuchał, o czym rozmawiają towarzysze.
Ogień trzaskał i strzelał wysoko wprost w słońce, które już nie było najniżej. Temperatura dawała się we znaki wiedźminom, pocącym się jak myszy na widok kota.
Kiedy ogień wygasł, nie zostało już nic do zrobienia.
Wskazówki, które zostawił Digo, doprowadziły ich i z mniejszymi lub większymi problemami, dotarli na zawody.
Pustynia w sercu kontynentu zachwycała czerwonym pustkowiem. U podnóża gór stały namioty wszystkich wiedźmińskich szkół. W ciepłym wietrze, proporce poruszały się nieznacznie. Dookoła panował ruch, a dialekty mieszały się ze sobą tworząc nieznośny hałas.
– Jesteśmy obok Kruków – powiedział Fet, zsiadając z konia i zauważając charakterystyczny znak Kruka z rozdziawionym dziobem.
Ruben wzruszył ramionami. W oddali widział namioty Szkoły Kota, a dalej kręcących się obok swojego miejsca w obozowisku wiedźminów ze Szkoły Żmii.
– Są już chyba wszyscy – mruknął Sken, przyglądając się, w jakiej ilości przybyli Koty. Mała, trzyosobowa drużyna wiedźminów ze Szkoły Wilka, prezentowała się raczej kiepsko na tle innych Szkół i nie chodziło tu tylko o skład i ilość zawodników, ale również o wyposażenie.
– Nie ma jeszcze Gryfów i Niedźwiedzi – odezwał się ktoś za nimi. Wiedźmini odwrócili się gwałtownie i spojrzeli na przybysza.
Mężczyzna był raczej drobny i kościsty. W niczym nie przypominał łowcy potworów. Nie miał nawet pionowych źrenic.
– Przepraszam – powiedział człowieczek. – Nie przedstawiłem się. Nazywam się Urlich, ze Szkoły Kruka.
– Ruben, Sken i Fet ze Szkoły Wilka – przedstawił towarzyszy i siebie wąsaty wiedźmin.
– Słyszałem o waszej szkole wiele dobrego – szepnął Kruk, przyglądając się po kolei wiedźminom i wyciągając do nich dłoń, którą Wilki zignorowały.
Sken i Ruben oddalili się z końmi, widząc że przyjaciel streści im przebieg rozmowy. Poza tym nie mieli ochoty bratać się z Krukami ani innymi wiedźminami.
– My również co nieco o was słyszeliśmy. Jednak były to same paskudne historie – odparł Fet, z uwagą przyglądając się bladym tęczówkom Kruka.
– Naprawdę? Na przykład jakie?
Niezbyt przychylną odpowiedź Feta zagłuszyły krzyki i na teren obozowiska z wielką pompą wjechali młodzi wiedźmini ze szkoły Gryfa mieszczącej się w Ameryce Północnej.
Fet splunął na ziemię.
– Nadęte bubki – mruknął ledwo słyszalnie.
– Cóż, nie sposób się nie zgodzić – odparł jego rozmówca. – W jakich konkurencjach startujecie?
Fet wzruszył ramionami. Mało podobało mu się wypytywanie Kruka, dlatego też nie zamierzał odpowiadać.
– Jest dwanaście konkurencji – powiedział blondyn z uśmiechem. – Jedną już zaliczyliście – dotarliście tu.
Fet zacisnął zęby, niemal dostając szczękościsku.
– Każdy ma swojego tak jakby sędziego – opiekuna, który spisuje wszystko, co zrobicie…
– Co? – przerwał wywód Kruka lekko poirytowany Wilk – Kto taki?
– Filippa Einhart. Czarodziejka. Taka z czarnymi warkoczami.
– Nasza tajemnicza dama jest czarodziejką – powiedział Sken, kiedy we trzech siedzieli przy wątłym ognisku przed namiotem, a Fet streścił pokrótce przebieg rozmowy, oświadczając przy okazji, że ma dość zostawiania go samego w takich sytuacjach.
– Nie uśmiechaj się tak głupkowato – wtrącił poważnie Fet, patrząc na Rubena. – Nie możemy nawiązywać kontaktów z sędziami.
– Za późno – mruknął Sken – Znasz Rubena.
– Nie wierzę – sapnął zrezygnowany, wąsaty wiedźmin. – Czy zaczniesz kiedyś myśleć, Ruben?
– Daj spokój, cały czas myślę, taki skutek uboczny bycia człowiekiem.
– Jak przegramy przez ciebie zawody, to cię zatłukę.