Sam nie wiem, co jest zabawniejsze. Istnienie linii tramwajowej łączącej szpital z cmentarzem, czy fakt, że w moim rodzinnym mieście taki tramwaj naprawdę miałby rację bytu.
Sam nie wiem, co jest zabawniejsze. Istnienie linii tramwajowej łączącej szpital z cmentarzem, czy fakt, że w moim rodzinnym mieście taki tramwaj naprawdę miałby rację bytu.
Czerwcowa pogoda dawała mi się we znaki, gdy kolejną już minutę życia spędzałem na przystanku autobusowym, obłożony siatkami z zakupami, bezskutecznie wypatrując upragnionego środka transportu miejskiego. Był cholerny upał. Okropny, niewyobrażalny wręcz upał, mający źródło chyba w jądrze Ziemi, bo rozgrzana kostka brukowa emanowała gorącem bardziej niż rozedrgane powietrze. Przeszklona wiata przystanku nie dawała żadnej zapory przed skwarem. Przeciwnie, szkło zdawało się kumulować promienie słoneczne, tworząc coś w rodzaju szklarni. W końcu zrozumiałem, dlaczego jestem tu sam. Każdy, kto był choć trochę bardziej rozsądny, szukał teraz chłodu w klatkach schodowych, centrach handlowych czy pod drzewami w parku. Ci najrozsądniejsi zaś zwyczajnie zostali w domu, otoczeni przez setki sposobów na obniżenie temperatury ciała. Mnie zostało stać tu, grzać się i przeklinać pomysł robienia zakupów w środku dnia, którego nawet początek był ciepły, a to przecież musiało zwiastować nieuchronny upał. Wtedy jednak o tym nie myślałem.
Gdybym choć miał czapkę albo okulary przeciwsłoneczne. Biały parasol czy drinka z palemką. Cokolwiek, co pozwoliłoby mi stworzyć iluzję odcięcia się od afrykańskich warunków panujących na przystanku. Jednak nie miałem. Mogłem co najwyżej usiąść na patelni z kostki brukowej lub na półpłynnym asfalcie i ochłodzić się własnymi łzami bezsilności. Otuchy nie dodawał fakt, że jak wspomniałem, byłem sam. Nawet ci oszuści piekła ruchu miejskiego, siedzący w klimatyzowanych samochodach, teraz gdzieś zniknęli i żaden Mercedes ani Fiat nie przecinał ulicy przede mną.
W końcu jednak, gdy z gorąca bliski już byłem popełnienia wykroczenia publicznego obnażania się, by jakkolwiek sobie ulżyć, stało się najgorsze. Oszalałem od ciepła. Przeraziłem się nie na żarty, bo po raz pierwszy w życiu ujrzałem fatamorganę. Choć nie dałem jej się nabrać, dalej solidnie mnie zmartwiła; skoro mam omamy wzrokowe, to długo na tym saharyjskim przystanku nie pociągnę. Moją gorejącą iluzją był natomiast najzwyklejszy, zmierzający powoli w moim kierunku, czerwono-czarny tramwaj. Musiała to być fatamorgana, gdyż, jak mówiło mi ponad dwudziestoletnie doświadczenie, w tym mieście nigdy nie było nawet szyn tramwajowych, nie mówiąc o funkcjonującym tramwaju. A jednak widziałem go, błyszczącego i kołyszącego się lekko przy hamowaniu. W końcu zatrzymał się tuż przede mną i otworzył drzwi, a wyzuty z emocji głośnikowy duch oznajmił wszem i wobec:
– Linia jeden. Kierunek.
Coś mi tu nie grało. O ile dobrze pamiętałem, po słowie „kierunek” powinno następować przynajmniej jedno kolejne, określające ten kierunek właśnie. Tymczasem tu kierunek był jakby samoistny, nie potrzebował żadnej pomocy i w pojedynkę określał trasę przejazdu linii numer jeden. A może jest to linia jednokierunkowa? Ale w które rejony miasta? Rozeznania w sytuacji nie ułatwiał fakt, że na podświetlanej tablicy widniał jedynie numer „1”. Nazwy ulicy lub miejsca docelowego brak. Z tramwaju nikt też nie wysiadł, więc nawet nie mogłem zaczepić przypadkowego pasażera.
Zaraz jednak moje wszystkie rozważania uciął brutalny realizm. To przecież fatamorgana. Wyjątkowo rzeczywista, szczegółowa i tematyczna, ale jednak zwykła ułuda. Wystarczy, że odwrócę wzrok, a tajemniczy tramwaj po prostu zniknie. Tak też zrobiłem, przez chwilę wpatrując się w rosnące opodal tuje. Po minutowej kontemplacji iglaków byłem już niemal pewien, że iluzja się rozmyła, więc wróciłem wzrokiem do drogi i… znowu go zobaczyłem. Stał tak samo jak wcześniej, z otwartymi drzwiami, błyszcząc w świetle tego nieznośnego słońca. Przeraziłem się nie na żarty. Co jeśli fatamorgana jest zapowiedzią rychłego udaru słonecznego? Przecież stałem na tym przystanku już kawał czasu, więc przeklęta gwiazda musiała nieźle przygrzać w mój włochaty czerep i może nawet coś się w nim uszkodziło.
Nagle jednak potok myśli został przerwany przez coś, za czym w tym momencie tęskniłem najbardziej. Chłód. Zimno, które nagle napłynęło ku mnie błogosławioną falą, wylewało się z nierzeczywistego tramwaju. Zaciągnąłem się powietrzem, które w porównaniu do otoczenia przystanku było wręcz lodowate. Momentalnie otrzeźwiło mi płuca, serce i umysł, przy okazji fundując gęsią skórkę. Prawdziwe, niepodrabialne zimno. Lód w lecie.
– Naprawdę oszalałem – wyszeptałem zdumiony realnością klimatyzacyjnego błogosławieństwa tramwaju.
Przyznaję, że fatamorgana rozegrała to całkiem nieźle. Raz, że była ucieleśnieniem mojego celu, to jest transportu miejskiego. Cóż, że zupełnie niewłaściwego w formie i o niewiadomym kierunku. Już od paru minut wsiadłbym w cokolwiek na kołach, byle zabrać się z tego betonowego bastionu słońca. A dwa, że chłód, jaki od niej bił, był ucieleśnieniem moich pragnień. Mimowolnie postąpiłem krok, a przyjemne uczucie się spotęgowało. Ciekawe, czy tramwaj był aż tak zimny, czy przystanek aż tak gorący? Choć po prawdzie interesowała mnie wyłącznie amplituda temperatur i wynikająca z niej moja wielka radość.
Czy warto temu ulec? Jak naprawdę wygląda świat przede mną? Co jeśli wchodząc do tego tramwaju-widmo, tak naprawdę wyjdę na jezdnię prosto pod TIR-a? Jednak obejrzenie się na ognisty przystanek szybko zrewidowało moje wątpliwości. Fatamorgana czy nie, zimno czułem naprawdę. I jeśli mam umrzeć, wolę doświadczyć tego w klimatyzowanym, nieistniejącym pojeździe, niż ugotować się żywcem pod szklaną wiatą. Powodowany tą myślą, ostatecznie postąpiłem kilka kroków i wszedłem do wnętrza tramwaju.
W środku było zupełnie przeciętnie. Byłem kilka razy w większych, zaopatrzonych w tramwaje miastach i dokładnie tak je zapamiętałem. Przestronne, metalowe wnętrze, wypełnione fotelami z nigdy nie czyszczoną okładziną i rurami do panicznego chwytania się przy szarpnięciu dla tych, którym zabrakło szczęścia czy refleksu na miejsce siedzące. Ku swemu zadowoleniu stwierdziłem, że się do nich nie zaliczam; tramwajem podróżowało tylko kilkanaście osób, więc czym prędzej zająłem pojedynczy fotel. Gdy tylko usiadłem, usłyszałem charakterystyczny dźwięk dzwonka i alarm zamykania drzwi, a sekundę po tym tramwaj ruszył z lekkim piskiem kół.
– Linia jeden. Kierunek: Szpital – rozbrzmiał głos lektora.
Szpital. A więc jednak tramwaj ma kierunek. Odtworzyłem w głowie, jak możemy pojechać, żeby trasa miała jakikolwiek sens i niestety tylko do pewnego momentu przejażdżka była dla mnie korzystna. No nic, najwyżej dalej się przejdę. Przejdę? O czym ja mówię? Przecież to fatamorgana! Pewnie siedzę teraz na krawężniku, cały zaśliniony, a moje ciało powoli staje się stekiem medium rare wskutek wszechobecnego upału. Ciekawe, czy ktoś mi pomoże, zanim będzie za późno.
A jednak zarówno cudowne chłodne powietrze, jak i przetarty materiał siedzenia, brudna szyba i szum tramwaju były brutalnie prawdziwe. Najwidoczniej dopadło mnie wysokopoziomowe szaleństwo. Najwyższy poziom symulacji. Do dziś nie sądziłem nawet, że coś takiego jest możliwe. Nieistniejący tramwaj pędził po nieistniejących torach, mijając jak najbardziej już istniejące budynki i ulice mojego miasta. I gdy już zastanawiałem się, kiedy ta iluzja dobiegnie końca i ostatecznie wrócę do mdlejącego z gorąca siebie na przystanku, usłyszałem czyjś głos. A gdy powiodłem za nim wzrokiem i przyjrzałem się moim współpasażerom, ogarnęło mnie prawdziwe przerażenie.
Po drugiej stronie tramwaju siedziały trupy.
Najprawdziwsze zombie. Rozkładające się zwłoki, które z powodzeniem mogłyby występować w horrorze jako dekoracja lub główna zmora bohatera. Tymczasem byli tutaj, w moim tramwaju widmo, kołysząc się niespokojnie. Wyglądali typowo: podarte i rozpadające się odzienie, napuchnięta lub wysuszona skóra, rozległe rany, cera w niezdrowych odcieniach bieli, zieleni i brązu. Zachowywali się jednak jak najzwyklejsi pasażerowie, siedząc spokojnie, patrząc przez okno czy nawet, co było już kuriozalne, gapiąc się w telefony. Nie miałem jednak za wiele czasu, by analizować to przedziwne zjawisko.
– Dobrze, że pan wsiadł. Jeszcze chwila i pojechalibyśmy w drugą stronę. – Usłyszałem nagle zza pleców.
Odwróciłem się jak oparzony, myśląc, że zobaczę żywego trupa, jednak moim oczom ukazała się zwykła staruszka. Choć jej wiek pewnie zaczynał się ósemką, wcale nie wydawała się umierająca, co mnie trochę uspokoiło, choć nie miałem pojęcia jakim cudem jej nie zauważyłem. Wychyliłem się i zrozumiałem, że po mojej stronie tramwaj również jest pełen ludzi, tylko że żywych i w podeszłym wieku. Zupełnie jakby nagle się tu pojawili.
– W drugą stronę? – zapytałem. – To znaczy dokąd?
– Na cmentarz, a jakże! – zawołała staruszka. – Te truposze już myślały, że mają nas w garści!
– Pani też ich widzi? – Byłem w szoku, że nie oszalałem w pojedynkę. Chociaż czy ta kobieta naprawdę istniała?
– Wolałabym nie, kochanieńki, ale co zrobisz? Taki to już tramwaj. Jak dobije do celu, to na amen.
– Nie rozumiem.
– A co tu jest do rozumienia? – zdziwiła się staruszka. – Jedynka jeździ między szpitalem, a cmentarzem. Jak więcej ludzia wsiądzie na jeden kierunek, to jedzie tam. A jak się zmieni, to się wraca. Kursujemy tu już długo…
– Czyli jedziemy w kierunku szpitala dzięki mnie?
– Zgadłeś, synku. Jeszcze ci nie podziękowałam.
– A dlaczego motorniczy myśli, że to właśnie tam chcę jechać?
Kobieta spojrzała na mnie jak na kompletnego idiotę.
– Bo jesteś żywy, chłopie.
W głowie miałem zupełny mętlik. Fatamorgana tramwaju to jedno, ale żeby miała własną fabułę? W dodatku tak pokręconą? Zastanawiałem się, kiedy w końcu obudzę się z tego majaku na swoim zalanym słońcem przystanku. Tymczasem tramwaj zatrzymał się na przystanku Centrum Handlowe Dąbrowiak, postał na nim przez moment, ale równowaga sił się nie zmieniła, więc zamknął z powrotem drzwi i ruszył dalej. Jak tak o tym myślę, chyba przegapiłem jeden przystanek, bo dość szybko się tu przenieśliśmy.
– Czyli ci tam to… trupy? – przemogłem się w końcu.
– A wyglądają ci na żywych? Przeklęte zgnilaki myślą, że damy im spocząć. Wszyscy tutaj mamy pilne badania do wykonania – powiedziała, a zawtórował jej chór głosów aprobaty.
– Przymknij się, babciu! – rozległo się nagle po drugiej stronie. – Ten pan nie musi słuchać twoich głupot! Nie myślicie racjonalnie. Co wy chcecie badać? Dawno powinniście iść z nami do piachu!
Obejrzałem się w kierunku głosu. Jego właścicielem był zasuszony mężczyzna z szarą skórą i mglistym spojrzeniem na rozpadającej się twarzy.
– Nie rozmawiam z tobą, Oskar! – syknęła babuleńka. – Ten miły pan, choć daleko mu do naszych lat, jakoś wszedł do tramwaju, a że jest żywy, jest z nami! Zresztą widzisz, dokąd jedziemy.
Zastanowiłem się nad jej słowami. Rzeczywiście wszyscy żywi pasażerowie mieli już swoje lata; najmłodsi żyli już z pół wieku. Tymczasem grupa zombie prezentowała cały rozstrzał grup wiekowych, od siedzącego na kolanach matki małego chłopca, przez Oskara po trzydziestce, po widocznego dalej dziadka z brodą godną Świętego Mikołaja. Przyjrzałem się mojemu rozmówcy i zobaczyłem, że ma dziurę w głowie. A więc śmierć tych ludzi miała wiele przyczyn, nie tylko tę najbardziej powszechną i nieuniknioną w postaci starości.
– Nie bardzo rozumiem, jak się tu znalazłem – wyznałem, najwidoczniej przerywając im kłótnię, która toczyła się dalej, gdy myślałem nad współpasażerami. – Ale postaram się rozwiązać wasz konflikt.
– Ha! Dobre! Powodzenia, synu. Nie pamiętam, ile już tak jeździmy w tę i z powrotem. Ten rynek to chyba setny raz mijamy! – uskarżała się babcia.
– Jeśli chcesz nam pomóc, to wysiądź na następnym przystanku – powiedział Oskar. – I daj nam umrzeć w spokoju.
– Nie rób tego! – przestraszyła się kobieta.
– Dlaczego? Skoro chcą odejść, powinno im się pozwolić. – Wzruszyłem ramionami.
– My wtedy też umrzemy! – załamała się. – A przecież tyle życia przed nami!
– Jesteście martwi tak samo jak my, tylko nie potraficie tego przyznać! – obruszył się trup.
– Czy to prawda? Z tym, że…
– Tak – mruknął Oskar. – Jeśli tramwaj dojedzie do szpitala, to my odzyskamy życie. Życie, którego nie chcemy.
– Nie chcecie… wrócić do życia? – Patrzyłem w jego wodniste oczy, zupełnie nic nie rozumiejąc.
– Do życia? A po co? – zdziwił się zombiak. – Do harówki? Do biedy i niewygody? Do złamanych serc i bólu? Do samotności i zagubienia? Co to, to nie! Każdy z nas doświadczył tylu okropnych rzeczy, że jedyne, czego pragniemy, to spokój pod grobową deską!
Słuchające naszej dyskusji żywe trupy pokiwały ochoczo głowami.
– Nie chcielibyście zacząć wszystkiego od nowa? Dostać drugiej szansy? – Byłem naprawdę zdziwiony. W końcu każdego dnia umiera wiele tysięcy osób, które wcale nie są pogodzone z tym faktem. Ci zaś, których miałem przed sobą, otwarcie mówili o pragnieniu śmierci! Teraz spojrzeli na mnie z pewnym smutkiem, ale i współczuciem.
– Przejazd tym tramwajem jest jak bolesna szpila gdzieś w środku serca – zaczął Oskar, ważąc każde słowo z namysłem. – Przypomina rzeczy, które nie powinny nas obchodzić. Ludzi, którzy zostali tam, po drugiej stronie, a którzy nauczyli się już żyć bez nas. Kiedy w końcu zobaczysz, czym jest śmierć… powrót do życia jest po prostu niemożliwy.
Nie wyjaśnił nic więcej, a ja nie miałem odwagi, by pytać. Tymczasem do tramwaju, stojącego teraz na przystanku Grunwaldzka, weszły kolejne zabłąkane dusze, rozpadająca się kobieta i facet z pokaźną dziurą w brzuchu. Zajęli miejsca po odpowiedniej stronie, a tramwaj zamknął drzwi, jednak ani drgnął. Przez chwilę nic się nie działo, a potem usłyszałem kroki. Między rzędami krzeseł przetruchtał najzwyklejszy w świecie, na oko trzydziestoletni motorniczy i wszedł do drugiej kabiny, po przeciwnej stronie maszyny. Tramwaj zadzwonił i ruszył w przeciwnym kierunku, a lektor z głośnika ogłosił:
– Linia jeden. Kierunek: Cmentarz.
Dało się słyszeć udręczone westchnięcie staruszków, którzy przecież byli już tak blisko szpitala. Tymczasem druga połowa pasażerów, teraz była to nawet większość, wydała westchnienie ulgi. Ja zaś zrozumiałem, że o ile oczywiście całe to szaleństwo mi się nie śni, już wkrótce mogę być w poważnych tarapatach. W końcu należałem do grona, które umierać bynajmniej nie chciało.
– Czy naprawdę nie ma rozwiązania? Dlaczego jedna strona nie wysiądzie i nie poczeka na następną jedynkę? – zapytałem.
– Ten tramwaj jest tylko jeden, synku. Nie ma innego – wyjaśniła mi kobieta.
– A jakby poczekać, aż będzie wracał?
– Może wrócić za dziesięć minut albo za dziesięć lat – odparł tym razem Oskar. – My będziemy się błąkać jako zagubione dusze, nie zaznawszy spokoju, a oni mogą w tym czasie umrzeć, a więc widzisz, że wszystkim nam zależy, by dojechać do celu właśnie tym tramwajem. Poza tym nie ma gwarancji, że go odnajdziemy. To jest… naprawdę osobliwy twór.
Wróciliśmy pod centrum handlowe, a ja zacząłem intensywnie myśleć, bo sytuacja rzeczywiście nie przedstawiała się kolorowo. Jak pogodzić ze sobą dwie zupełnie skrajne grupy? Zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu pomocy, jednak wszędzie widziałem tylko znudzone oblicza, elementy tramwajowego wyposażenia i znajomy krajobraz za oknem. Co ciekawe, nie dostrzegałem za szybą żadnych przechodniów. Najwidoczniej byliśmy zawieszeni gdzieś między życiem a śmiercią, tak w sposób metaforyczny, jak i dosłowny.
– Czy nie moglibyście iść do szpitala pieszo? W końcu dalej jesteście żywi – stwierdziłem.
– Pieszo? Niech pan nie żartuje! W taki upał? – Usłyszałem wymieszane ze sobą skargi.
– No, ale…
– Żadnych „ale”! Tramwaj jest też dla nas i zamierzamy z niego korzystać!
– Trudno się z tym kłócić… – westchnąłem.
Atmosfera stawała się coraz gęstsza. Nie wiedzieć czemu, wydawało mi się, że to moja wina. Tak jakbym próbował zaburzyć odwieczną równowagę sił; niechciany mediator konfliktu sprzed eonów. Być może ten tramwaj zawsze tu kursował, oni zawsze nim jechali i wszystko było dobrze, tylko nagle napatoczył się jakiś samozwańczy zbawca pasażerów, obiecujący im osiągnięcie upragnionej destynacji. A może oni tak naprawdę wcale tego nie chcieli? Może skarb to przyjaciele, których znaleźliśmy po drodze, a króliczka lepiej gonić, niż złapać? Westchnąłem boleśnie. Chciałem tylko zaznać odrobiny chłodu…
Zastanowiłem się, czy da się polubownie rozwiązać ten konflikt. Pasażerowie może i mieli sprzeczne interesy, ale nie wydawali się być sobie wrodzy. Zachowywali się raczej tak, jakby byli do tego zmuszeni, jakby jedna strona konfliktu musiała być żywa, a druga martwa i nikt nie miał tu nic do gadania. To dawało mi pewną nadzieję na zwycięstwo. Tylko teraz jak ją wykorzystać?
– Następny przystanek: Warszawska Domki – obwieściły głośniki.
Czas działał na moją niekorzyść. Nie mogłem dłużej się zastanawiać, tym bardziej, że nie znałem całej trasy przejazdu. Mimo że nie utożsamiałem się z żadną ze stron, to jednak wolałbym pozostać żywy, jeśli to możliwe. Tymczasem tramwaj niestrudzenie zmierzał na cmentarz i jeśli nikt z mniejszym współczynnikiem entropii do niego nie wsiądzie, naprawdę dotrzemy do nekropolii.
I właśnie wtedy wpadłem na pomysł. Nieco głupi, może nawet bardzo głupi. Nie wiedziałem nawet, czy realny i możliwy do wykonania. Ale jedyny, jaki mi przyszedł na myśl. I być może będący rozwiązaniem całej tej absurdalnej sytuacji. I choć moja rola w nim niezbyt przypadała mi do gustu, to przecież nie byłem tą osobą, która zrzuci na tory grubasa, żeby uratować leżących przed wagonem ludzi. Wolałbym po prostu zatrzymać ten wagon. Chociaż moje wyjście z tej sytuacji było równie dramatyczne.
Czym prędzej popędziłem w stronę szoferki, czy jakkolwiek nazywa się kabina motorniczego i gdy tylko tam dotarłem, zabębniłem w szybę, łamiąc zakaz na wyświechtanej karteczce, zabraniającej rozmowy z motorniczym.
– Halo, proszę pana! Niech mnie pan posłucha!
Mężczyzna początkowo zupełnie nie reagował, jednak kiedy moje wołanie nie ustało po paru sekundach, w końcu odwrócił się, wielce zdziwiony, a jego zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy zobaczył, że naprawdę zwracam się do niego.
– Pan mówi do mnie? – zapytał. – Jak żyję, jeszcze w tej pracy nikt się do mnie nie odezwał!
Powstrzymałem się od pytania, czy on żyje naprawdę czy może jest bardziej po stronie żywych trupów. Zapytałem natomiast:
– Czy ten tramwaj da się rozłączyć?
– Słucham?
– Czy ten tramwaj da się rozłączyć? – powtórzyłem.
– A niby jak? Rozerwiesz go pan? – prychnął motorniczy. – Przecież to zwykła Skoda, nie jakiś stary gruchot, żeby wagony osobno były.
– Ale gdyby się dało? Czy każda połowa mogłaby pojechać w swoją stronę?
– Co? No, gdy tak… to tak, dałoby się.
Zamyśliłem się i nie wiedzieć czemu zamknąłem oczy. Skoro mogłem wsiąść do tego tramwaju, nie będąc martwy ani umierający, to coś było na rzeczy. Po coś się tu znalazłem. Po coś…
– A pan? Jak pan znalazł się w tym tramwaju? – zapytałem i zobaczyłem w lusterku, że jego oblicze jakby się rozjaśniło.
– Ano, kiedyś przyjechał i tyle. Stary motorniczy już nie dawał rady, umrzeć chciał, to zlitowałem się nad nim. I tak sobie jeżdżę od tego czasu. Dobra robota, fajnie płacą, niedziele wolne. Bardzo się pamiętam zdziwiłem, jak go zobaczyłem, bo gdzie to tramwaje u nas w mieście? Ale no widać potrzebny był miastu, jak ja jemu.
I wtedy już wiedziałem.
– Niech pan pójdzie do drugiej szoferki, ja tutaj przypilnuję. Jak będzie pan gotowy, ruszymy obaj.
Odwrócił się do mnie na tyle, na ile pozwalał mu skręt szyi.
– Zwariowałeś pan?!
– To jest jedyna szansa, żeby wyrwać się z tego limbo! Pan pojedzie do szpitala, a ja… na cmentarz.
– Nie może być! To nie jest zwykły tramwaj! Nie wrócisz już pan! – oznajmił przestraszony.
– Trudno. Lepsze to niż jeździć po mieście do usranej śmierci. Albo raczej do końca świata, bo śmierć tu nie przyjdzie, jeśli nic nie zrobimy.
– Rynek – oznajmiły nagle głośniki, gdy tramwaj się zatrzymał. Nie wiem kiedy przejechaliśmy całą Warszawską. Trzeba było się zdecydować.
– Dobra! – powiedział nagle maszynista, przestawiając jakąś wajchę i wstając z miejsca. Tramwaj powoli toczył się do przodu. – Ale nie mów, że cię nie ostrzegałem! Za piętnaście sekund przechyl ten drążek i to tyle, bestia sama pociągnie. I niech Bóg ma nas w opiece.
Czym prędzej pobiegł na drugi koniec tramwaju, odprowadzany przez zaciekawione spojrzenia pasażerów. Zawołał do nich, by martwi podeszli pod mój koniec tramwaju, a żywi pod jego, a wszyscy bez zająknięcia się zastosowali. Zająłem jego miejsce i objąłem drążek drżącymi rękoma. Nie miałem pojęcia, czy mój szalony plan zadziała, ale co innego nam pozostało? Gdy minęło piętnaście sekund, które w mojej głowie miało raczej obraz piętnastu lat, szarpnąłem metalową dźwignię, a tramwaj zatrząsł się w posadach. Najwidoczniej także motorniczy ruszył naprzód w swojej szoferce. Miałem wrażenie, że wszystko dookoła za niedługo eksploduje, tak okrutne jęki wydawał wstrząsany spazmami tramwaj. Najciekawsze jednak było, że cała ta gehenna nie robiła na pasażerach, zarówno żywych jak i martwych, najmniejszego wrażenia. Najwidoczniej weteranów komunikacji miejskiej niewiele rzeczy jest w stanie zaniepokoić.
I w końcu stało się. Wśród piekielnego jazgotu, nasza Skoda uległa jakiejś nadprzyrodzonej mechanicznej mitozie i mogłem zobaczyć, jak za moimi plecami tramwaj wydłuża się o dobrych parę metrów, aż w końcu urywa, dzieląc na dwoje. Gdzieś na samym koniuszku mignął mi tył bliźniaczego tramwaju, którym w stronę szpitala odjechał motorniczy. A więc sukces. Ujechałem kawałek, a prowadzenie tramwaju było dla mnie jakoś intuicyjnie proste.
– Następny przystanek: Park Miejski – oznajmiły głośniki.
Gdy tylko się na nim zatrzymałem, usłyszałem jakieś radiowe trzaski, aż w końcu z małego głośniczka na konsoli popłynął znajomy głos.
– Udało się panu! Udało! Ha ha! Niesamowite! – zachwycał się motorniczy.
– To pan!
– A ja! Teraz chyba mamy nawet radyjko, skoro jest się z kim komunikować. Pełen luksus, panie. Komunikacja miejska w naszym mieście zawitała! Swoją drogą, Robert jestem.
– Karol. Ale wątpię, byśmy długo nacieszyli się naszym związkiem zawodowym – westchnąłem. – Jadę na cmentarz, Robert. Jeśli to wszystko o tym tramwaju jest prawdziwe, to… Nie wrócę. To jest ostatni kurs.
– Następny przystanek: Sportowa Pływalnia – wtrącił się mój tramwaj.
Robert natomiast milczał wymownie, a w ciszy głośnika można było poczuć napięcie motorniczego. W końcu odezwał się, nieco już zmienionym głosem.
– Ja też niewiele z tego rozumiem, ale… Skoro obaj tu trafiliśmy, to najwidoczniej nie był to przypadek. Nie wiem, co nas czeka, ale chcę żebyś wiedział, że zrobiłeś dla tych ludzi więcej niż ja kiedykolwiek.
– Robert…
– Było mi bardzo miło z tobą pracować, nawet jeśli tylko przez chwilę – powiedział, a głuchy trzask oznajmił zakończenie połączenia.
W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli, gdy tramwaj opuścił Sportową i skręcił na Szarwarską w stronę cmentarza. Zerknąłem na pasażerów. Na połowicznie martwych twarzach malował się pogodny spokój. Nie dziwiłem im się. W końcu będą mogli umrzeć. Ale… co ze mną? Czy ja też zakończę tu życie? Przecież nie mam nawet trzydziestki! Nic jeszcze nie osiągnąłem! No i na co miałem umrzeć? Może i nie stroniłem od alkoholu, energetyków, papierosów i podwójnego smash burgera, ale daleko mi do śmierci!
– Następny przystanek: Chmielowskiego Stary Kościół.
Ostatni przystanek przed końcowym. Z jakiegoś powodu to wiedziałem. W zasadzie dokładnie pamiętałem całą trasę. Zacząłem odtwarzać ją w głowie, musiałem się czymś zająć.
Szpital.
Grunwaldzka.
Centrum Handlowe Dąbrowiak.
Warszawska Domki.
Rynek.
Park Miejski.
Sportowa Pływalnia.
Chmielowskiego Stary Kościół.
Cmentarz.
Dopiero gdy przywołałem w głowie całą trasę, zrozumiałem, jak małe jest nasze miasteczko. Tylko dziewięć przystanków. Linie tramwajowe w wielkich miastach mają ich trzy razy tyle. A jednak były dobrze rozłożone, strategicznie… O czym ja myślę?! Zaraz będziemy na cmentarzu!
W rzeczy samej widziałem już górujący nad nekropolią stożek kaplicy cmentarnej, blaszany kawał szarego tortu, proszący się o remont już od dawna. Proboszcz jednak skupiał swoje wysiłki na tak zwanym nowym kościele, co zresztą miało swój skutek, bo zaszczytny tytuł bazyliki mniejszej wreszcie zawitał do naszego miasteczka. Jednak choćbyśmy i zostali nową siedzibą Stolicy Apostolskiej to niczego by to w moim losie nie zmieniło.
Dojeżdżaliśmy właśnie na ostatni przystanek. Widziałem już rzędy błyszczących w słońcu nagrobków. Który z nich miał być mój? Martwi pasażerowie czuli się zapewne jak dzieci na wycieczce do lunaparku. Ja byłem ich zwerbowanym w ostatniej chwili kierowcą, który powinien według prawideł świata iść czym prędzej na piwo, by jeszcze wytrzeźwieć przed powrotem. Ale żadnego powrotu miało nie być.
– Następny przystanek: Cmentarz.
Tramwaj osiągnął końcową destynację, a mnie wszystko mieszało się przed oczami. Nie widziałem już tramwaju, torów, przystanku, zombiaków za plecami, setek nagrobków ani nawet tropikalnego słońca nad nami. Obraz rozmył się kompletnie i nie wiedziałem, czy naprawdę nic nie widzę czy raczej widzieć nie chcę. Z dziwnego stanu wyrwał mnie dopiero głos lektora, towarzyszący mi przez całą drogę. Głos łodzi Charona, którym się stałem i którym według mej najlepszej wiedzy miałem za niedługo przestać być.
– Dojechali państwo do przystanku końcowego. Prosimy o opuszczenie pojazdu.
Oglądałem jak wielce zadowoleni nieumarli pasażerowie opuszczają tramwaj. Niektórzy nawet skinęli mi głową. Wszyscy zniknęli mi z linii wzroku wkrótce potem, a ja zacząłem mieć wątpliwości, czy w ogóle kogoś wiozłem. Wiozłem? A czy my w ogóle gdzieś jechaliśmy? Czy cokolwiek tutaj jest prawdziwe? A mój przystanek? A co z moim udarem cieplnym? Dlaczego uwierzyłem tak ochoczo w to wszystko? Przecież to jakaś nieprawda! Sen, mara! Muszę się obudzić, muszę, zanim…
Było mi duszno i gorąco, pot zrosił mi czoło i zwilżył koszulkę. Czułem, że się duszę. Słyszałem, jak ktoś coś do mnie mówi, ale przecież wszyscy odeszli. Zostałem ja sam. Dzwony, słyszałem jak dzwony biją. Zapraszają na mój pogrzeb. Padłem na podłogę tramwaju, gapiąc się tępo w sufit i czekałem na koniec. Zamknąłem oczy, gotowy na wszystko.
A jednak nic się nie stało.
Niepewnie otworzyłem oczy i zobaczyłem, że tramwaj wygląda całkiem realistycznie. Dzwony naprawdę biły, ale nie jakoś złowrogo, tylko po prostu, lakonicznie, z okazji pełnej godziny. Co ciekawe, naprawdę ktoś coś do mnie mówił. Odwróciłem się w stronę otwartych drzwi i zobaczyłem tam najzwyklejszą w świecie staruszkę, bynajmniej nie martwą. Irytacja na jej twarzy wręcz dodawała jej witalności.
– Panie, coś pan, udaru dostał?! Na litość, podnoś się pan, rany boskie! Ludzie! Ludzie, olaboga, pomóżcie! – zaskrzeczała.
Nagle w tramwaju zakotłowało się od ludzi. Głównie emeryci, ale też osoby w średnim wieku, parę dzieci, jakiś nastolatek nawet się trafił. Zaniepokojeni pomogli mi wstać, ktoś polał mnie wodą, ktoś dał mi się napić, ktoś zaoferował drożdżówkę, ktoś chciał dzwonić na pogotowie, ale zapewniłem, że nie trzeba. Patrzyłem na nich wszystkich, nic nie rozumiejąc.
– Dobrze, żeśmy sprawdzili, co się dzieje! Widzimy, tramwaj przyjechał, a stoi na pętli i nic! – oznajmiła staruszka, która wezwała pomoc. – W taki upał to nie dziwota, żeś pan w tej blaszanej budzie zasłabł.
– Przepraszam, ale nie rozumiem. Co tu państwo robicie? – zapytałem, całkiem trzeźwo.
Mój ton raczej ich ucieszył, choć pytanie bardzo zdziwiło.
– Jak to, co? Na tramwaj czekamy! – oświadczył jakiś mężczyzna.
– Z cmentarza wracamy, wiadome chyba – zawtórował ktoś inny.
Podniosłem się i omiotłem ich wzrokiem. Najnormalniejsi ludzie. Żywi. Z siatkami i torebkami. Z determinacją, by się stąd wydostać. Pasażerowie. Nim pomyślałem coś jeszcze, mój mechaniczny towarzysz oznajmił:
– Linia jeden. Kierunek: Szpital.
Zobaczyłem, że przed nami jest przystanek, z którego najpewniej przybiegli ci wszyscy zaaferowani moim omdleniem ludzie. Znajdowaliśmy się na pętli. A więc można było wrócić! A nawet należało, bo uspokojeni moją kondycją pasażerowie już zajmowali miejsca. Nie było więc czasu do stracenia. Podziękowałem i wróciłem do szoferki. Podjechałem na przystanek i dla zasady się zatrzymałem, choć wszyscy byli już w tramwaju. Potem zaś ruszyłem w drogę powrotną.
– Następny przystanek: Chmielowskiego Stary Kościół – powiedział tramwaj, jakby zadowolony z siebie.
Wciąż nie do końca wierząc, że udało mi się umknąć śmierci, odetchnąłem głęboko. Dlaczego w zasadzie tak bardzo się bałem? Przecież tamci byli już martwi. A ja jestem żywy. Ja tu nie należę. A to znaczy…
Z głośnika dobiegł trzask, a potem usłyszałem głos mojego kolegi po fachu.
– Karol! Karol, żyjesz tam?!
– Ledwo, ale żyję. Czy ty…
– Jadę na cmentarz! Ha ha! Uwierzysz? Wypisanych i odwiedzających wiozę! Tramwaj jeździ teraz w obu kierunkach! I ludzie zaczęli też na przystankach pomiędzy wysiadać. Wszystko dzięki tobie.
Zobaczyłem, że istotnie na ulicy są teraz podwójne tory. Magicznie rozszerzające się dąbrowskie drogi należało dopisać do listy anomalii, którą zdecydowanie otwierał tramwaj.
– Dzięki mnie… Sam nie mogę w to wszystko uwierzyć – westchnąłem. – To co teraz?
– Co teraz, co teraz. Jeździć będziem! A po tym wszystkim pójdziemy do Ateńskiej! Ja stawiam! – zaoferował się.
– Chyba nie mam wyboru, co? – zdobyłem się na uśmiech.
– To do zobaczenia! – powiedział i rozłączył się.
Tramwaj powoli sunął dobrze znaną mi trasą. Klimatyzacja zaczęła już robić swoje i było naprawdę przyjemnie. Zerknąłem na pasażerów, którzy pogrążyli się w zwyklej komunikacyjnej melancholii. Włączyłem radio, z którego poleciała dobrze mi znana rockowa piosenka sprzed dziesięciu lat. I stwierdziłem, że nawet jeśli to wszystko jest jakimś snem, choć coraz bardziej w to wątpiłem, to przynajmniej jeszcze przez jakiś czas wcale nie muszę się z niego budzić.
Cześć, Nikodem_Podstawski
Bardzo dobrze napisane opowiadanie. Zaskoczyłeś mnie, bo początek historii w ogóle tego nie zapowiadał, ot, jakiś koleś sobie siedzi na przystanku i jest mu gorąco. Nie dopatrzyłem się błędów. To jest naprawdę dobry tekst.
Klik!
Pozdrawiam
Bardzo przyjemne opko! Kilka razy wymusiłeś na kącikach moich ust podniesienie się.
I choć moja rola w nim niezbyt przypadała mi do gustu, to przecież nie byłem tą osobą, która zrzuci na tory grubasa, żeby uratować leżących przed wagonem ludzi.
No, no, filozof, jak widzę.
Też kliknę, a co mi tam.
Pozdrawiam.
ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz