- Opowiadanie: d.pankovski - Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Krytyk literacki)

Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Krytyk literacki)

Wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób jest przypadkowe.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Chwasty - Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Krytyk literacki)

Zawsze uważałem, że najgorsze, co może spotkać człowieka, jest konieczność czytania gównianej literatury. Myliłem się. Ale do rzeczy.

Nazywam się Kornel Wilgocki. Przez dwadzieścia lat byłem krytykiem literackim w stołecznym magazynie „Kurier Kulturalny”. Recenzowałem prozę, która w dziewięćdziesięciu procentach nadawała się wyłącznie do podpalenia w piecu. Moje teksty cięły jak skalpel – bywałem okrutny, złośliwy, czasami zwyczajnie wściekły na grafomanów, którzy śmieli nazywać się pisarzami. Czytelnicy mnie uwielbiali. Pisarze – nienawidzili. To znaczy, ci, którzy jeszcze żyli.

Bo niektórzy po moich recenzjach jakby przestawali istnieć. Dosłownie.

Nie, żebym kogoś zabił. Oczywiście, że nie. Ale kiedy facet poświęca pięć lat życia na powieść, a ty w trzech zdaniach udowadniasz, że to stek banałów pozbawiony sensu, często jedyne, co mu zostaje, to butelka taniego wina i skok z mostu. Trzech się na to porwało. Podobno. Nie moja wina, że nie mieli jaj, żeby stanąć w szranki z prawdą.

Dlatego kiedy dostałem zaproszenie na Festiwal Literatury w Zapieckach – zapyziałej dziurze, gdzie podobno urodził się jakiś drugorzędny poeta romantyczny – najpierw się roześmiałem. Potem zadzwonili z honorarium. Piętnaście tysięcy za wykład i udział w dyskusji. Więcej, niż dostawałem za pół roku pierdolenia o nowej prozie. Pojechałem.

Zapiecki to miasteczko, które wyglądało, jakby czas zatrzymał się w połowie lat osiemdziesiątych, a potem jeszcze cofnął o sto lat. Główny rynek, brukowane uliczki, stare kamienice z odłażącym tynkiem. Wszędzie błoto i wilgoć, która wsiąkała w płuca jak zapomniana modlitwa. W dodatku lało. Nie padało – lało, przez trzy dni non stop, tak że rynsztoki pęczniały od wody, a szyby w hotelu parowały od środka.

Hotel „Pod Złamanym Piórem”. Sama nazwa powinna była mnie ostrzec.

Pierwszego wieczoru poszedłem na kolację do restauracji na rynku. Lokal nazywał się „U Autora” i śmierdziało w nim zjełczałym tłuszczem oraz papierosami. Zamówiłem flaki i wódkę. Czekając na jedzenie, przeglądałem program festiwalu. Same nudy: warsztaty poetyckie, promocje tomików, dyskusja o roli metafory we współczesnej liryce. Już miałem wracać do hotelu, kiedy poczułem, że ktoś na mnie patrzy.

Pod ścianą, w półmroku, siedział mężczyzna. Mógł mieć sześćdziesiątkę, ale mógł też sto. Twarz poorana zmarszczkami jak stara mapa, oczy czarne jak smoła, w których nie odbijało się światło. Miał na sobie znoszony garnitur, a na stoliku przed nim stała szklanka czystej wody. Nie pił. Tylko patrzył.

Skinąłem głową. On skinął w odpowiedzi, po czym wstał i podszedł do mojego stolika.

– Pan Wilgocki – powiedział. To nie było pytanie. Głos miał głęboki, jakby dochodził z piwnicy.

– Zgadza się. A pan?

– Nazwisko nieistotne. Przynoszę panu coś. Prezent.

Wyciągnął spod poły marynarki plik kartek. Rękopis. Kartki były pożółkłe, miejscami poplamione, jakby krwią albo kawą. Albo jednym i drugim.

– Co to?

– Książka. Jedyna, jaką kiedykolwiek powinieneś przeczytać. I jedyna, jaką kiedykolwiek powinieneś zrecenzować.

Uśmiechnął się. Miał zęby czarne jak jego oczy.

– Nie biorę rękopisów od nieznajomych. Zwłaszcza w takich miejscach.

– To nie jest zwykły rękopis. To twoje przeznaczenie. Przeczytaj. Tylko jedną stronę. Potem zdecydujesz.

Mówił z taką pewnością, że zamiast się roześmiać, sięgnąłem po kartki. Na pierwszej stronie, wypisane atramentem, widniało: „Krytyk. Powieść”. I pod spodem: „Autor nieznany”.

– Bez nazwiska?

– Bez. Bo autor jest… nieistotny. Liczy się treść.

Odwróciłem wzrok, żeby zapytać o coś jeszcze, ale mężczyzna zniknął. Dosłownie. Stolik pod ścianą był pusty, szklanka z wodą stała nietknięta. Kelnerka nawet nie zauważyła, że ktoś tam siedział.

Wróciłem do hotelu pijany w sztok. Rękopis wrzuciłem do szuflady nocnego stolika. Zasnąłem, zanim głowa dotknęła poduszki.

Śniło mi się, że ktoś czyści mi buty szczoteczką do zębów. Potem się obudziłem.

Druga w nocy. Deszcz walił w okno jak oszalały. Sięgnąłem po rękopis. Nie wiem dlaczego. Może przez ciekawość, może przez nudę, może dlatego, że w pokoju było coś niesamowicie niepokojącego – jakiś cień na suficie, który zdawał się poruszać.

Otworzyłem na pierwszej stronie. Zacząłem czytać.

„Kornel Wilgocki, znany krytyk literacki, właśnie obudził się w hotelu w Zapieckach. Była druga nad ranem. Deszcz bębnił w szybę. Sięgnął po rękopis”.

Zamarłem. To było o mnie. W tej chwili. Jakbym czytał własne życie.

Przerzuciłem kilka stron. Opis pierwszego wieczoru: spotkanie w restauracji, tajemniczy mężczyzna, szklanka wody. Wszystko. Zgodne z prawdą. A potem:

„Wilgocki czytał dalej. Na stronie czterdziestej drugiej znajdował się opis tego, jak właśnie teraz czyta. Wilgocki przewrócił kartkę i natrafił na opis samego siebie przewracającego kartkę. Uśmiechnął się nerwowo i przeczytał: «Wilgocki uśmiechnął się nerwowo i przeczytał»”.

– Pierdolę – szepnąłem.

Rzuciłem rękopis na łóżko. Serce waliło mi jak młotem. To niemożliwe. Ktoś musiał mnie śledzić, ktoś to napisał, to jakiś cholerny żart, reality show, ukryta kamera, zaraz wyjdzie ekipa z Mikrofonem i…

Nikt nie wyszedł.

Sięgnąłem po kartki. Przewertowałem do końca. Ostatnie strony były puste. Tylko na jednej, pod koniec, widniało zdanie: „Wilgocki dotarł do końca rękopisu. To, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. Albo dopiero się wydarzy. Zależy, jak na to spojrzeć”.

Zamknąłem oczy. Przetarłem twarz dłońmi. Byłem trzeźwy, cholernie trzeźwy, mimo litra wódki wieczorem.

Następne dwie doby spędziłem na festiwalu, ale nie mogłem skupić się na niczym. Prowadziłem wykład o kryzysie powieści współczesnej, wymyślając na poczekaniu banialuki, podczas gdy w głowie kołatało mi jedno: ktoś zna moje myśli, ktoś zapisuje moje życie, a ja czytam to, co zaraz zrobię.

Najgorsze było to, że rękopis miałem w torbie. I czasem, między prelekcjami, wyjmowałem go i sprawdzałem, co wydarzy się za chwilę. Wychodziłem przed siebie. Rękopis mówił: „Wilgocki skręci w lewo, minie kwiaciarnię, poślizgnie się na błocie”. Skręcałem w lewo, mijałem kwiaciarnię, poślizgnąłem się na błocie. Dokładnie tak, jak było napisane.

Oszalałem. To była jedyna sensowna odpowiedź. Albo to, albo świat jest snem jakiegoś pojebanego boga, który akurat teraz postanowił się ze mną zabawić.

Trzeciej nocy, w hotelu, usiadłem nad rękopisem. Postanowiłem coś zmienić. Jeśli to proroctwo, może mogę z nim walczyć. Napisane było, że za chwilę pójdę spać. Więc nie pójdę. Będę siedział i czekał.

Siedziałem. Godzinę. Dwie. Nic. Rękopis milczał, ale w głowie słyszałem własne myśli, które brzmiały jak szept: „Nie możesz uciec. To jest napisane. I ty to czytasz. I to też jest napisane”.

Wtedy usłyszałem dźwięk. Z szuflady nocnego stolika. Delikatne skrobanie, jakby mysz gryzła drewno. Otworzyłem szufladę. W środku leżał długopis. Nie rękopis – długopis. I pisał sam. Na kartce, której tam przed chwilą nie było, kreślił litery. Płynnym, starannym pismem.

„Wilgocki patrzy na długopis. Długopis pisze: Wilgocki patrzy na długopis. Długopis pisze: Wilgocki patrzy na długopis. Wilgocki krzyczy”.

Krzyknąłem. Rzuciłem długopisem o ścianę. Upadł na podłogę, ale po chwili znów zaczął się poruszać, gramolić na nogi, jakby był żywy, jakby miał w sobie kości i mięśnie. Podniósł się, stanął pionowo na czubku i popatrzył na mnie swoim stalówkowym okiem.

– Pierdolony długopis – wychrypiałem.

A on odpowiedział. Nie głosem, ale w mojej głowie, bezpośrednio w myślach:

– Pierdolony długopis. Tak, to ja. Twój nowy redaktor. Siadaj, Kornelu. Mamy robotę. Trzeba dokończyć recenzję.

– Jaką recenzję?!

– Swojego życia. No, dalej. Bierz rękopis. Czeka cię jeszcze sto stron. Sto stron, które sam napiszesz. Własną krwią, własnymi myślami, własnym strachem. Będzie pięknie. Obiecuję. Tylko tyle, że na końcu umrzesz. Ale jaka śmierć! Taka, jakiej żaden krytyk jeszcze nie opisał. Taka, że sam byś sobie przyznał najwyższą notę.

Rzuciłem się do drzwi. Były zamknięte. Jakby ktoś zamurował je od zewnątrz. Okno też nie chciało puścić. Szyba była twarda jak stal. Zacząłem walić pięściami w ścianę, aż krew trysnęła mi z rozbitych kostek. Krew, która natychmiast wsiąkała w tapetę, w drewno, w podłogę. A ściany zaczęły szeptać. Cały hotel zaczął szeptać. I te szepty układały się w zdania, w akapity, w rozdziały. W historię mojego życia. Którą właśnie pisałem własnym ciałem.

Długopis podskakiwał na podłodze, tańczył wokół mnie, a ja widziałem, jak na ścianach, na suficie, na szybie pojawiają się litery. Czerwone. Ciepłe. Pachnące żelazem.

„Kornel Wilgocki zrozumiał wtedy, że nie ma ucieczki. Że od zawsze był tylko postacią w cudzej opowieści. Że każda jego myśl, każdy oddech, każda chwila zwątpienia – wszystko to zostało zapisane dawno temu, w księdze, której tytuł brzmiał: Krytyk literacki”.

Zatrzymałem się. Złapałem rękopis. Przewertowałem do końca. Na ostatniej stronie, tej, która wcześniej była pusta, widniał teraz tekst. I zobaczyłem, co się ze mną stanie. Co zaraz się stanie.

Nie mogłem w to uwierzyć. Ale było już za późno.

Bo w pokoju zrobiło się zimno. Bardzo zimno. Z kątów zaczęły wyłazić rzeczy, które nie powinny istnieć. Twarze ludzi, których recenzje doprowadziły do śmierci. Stali wokół mnie, z oczami jak czarne smoła, i uśmiechali się zepsutymi ustami.

– Napisz recenzję – wyszeptał pierwszy. – Napisz, co myślisz o tym wszystkim.

– Nie… ja… ja przepraszam…

– Za późno na przeprosiny. Teraz tylko recenzja. Zrób, co umiesz najlepiej. Oceń.

I wtedy poczułem, jak coś wchodzi mi w brzuch. Długopis. Ten sam cholerny długopis. Wbił mi się w skórę, przebił mięśnie, wszedł między żebra. A potem zaczął pisać. Od środka. Na moich wnętrznościach. Każdą literę czułem jak płomień. Każde zdanie jak cięcie nożem.

Krzyczałem. Wyłem. Błagałem. Ale oni tylko patrzyli. Patrzyli i uśmiechali się, bo wreszcie mieli swoją zemstę. Krytyk literacki został poddany krytyce. I ta krytyka była miażdżąca.

Kiedy upadłem na podłogę, a krew rozlała się po dywanie jak atrament po kartce, zobaczyłem jeszcze, jak rękopis sam się zamyka. Na okładce pojawił się napis: „Krytyk literacki. Wydanie pośmiertne. Ocena czytelników: 10/10. Polecają: wszyscy, których zabił”.

Potem zgasło światło. I obudziłem się w hotelu w Zapieckach. Była druga nad ranem. Deszcz bębnił w szybę. A na stoliku nocnym leżał rękopis. Sięgnąłem po niego z nadzieją, że to tylko sen. Otworzyłem na pierwszej stronie. Przeczytałem:

„Kornel Wilgocki, znany krytyk literacki, właśnie obudził się w hotelu w Zapieckach. Była druga nad ranem. Deszcz bębnił w szybę. Sięgnął po rękopis. Wiedział już, że to, co za chwilę przeczyta, wydarzyło się naprawdę. I że wydarzy się znowu. I znowu. I znowu. Bo taki jest los tych, którzy oceniają innych: sami skazani są na wieczną recenzję”.

Koniec

Komentarze

jakby czas zatrzymał się w połowie lat osiemdziesiątych, a potem jeszcze cofnął o sto lat.

kradnęlaugh

Twarz poorana zmarszczkami jak stara mapa

takie trochę na siłę

poślizgnąłem się na błocie. Dokładnie tak, jak było napisane.

pominąłbym to

No dobra, nic więcej nie napiszę, bo… jeszcze ciebie zabijęlaugh

 

 

ps.

fajne szybkie otwarcie a później zaczęła się gonitwa myśli.

Nowa Fantastyka