- Opowiadanie: TheGuru - Tęczowi bracia

Tęczowi bracia

Kolejny wątek poboczny w powieści Cuiavia. Na razie tylko wprowadzam nowych mieszkańców, później poświęcę im więcej uwagi.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Tęczowi bracia

Deszcz więził od świtu. Ciężkie, ołowiane chmury wisiały tuż nad strzechą, trzymając dym w chacie. Swąd paleniska mieszał się z zapachem mokrej wełny, dziegciu i chleba.

Młodszy, sześcioletni, siedział na klepisku, tępym patykiem rzeźbił bruzdy w ubitej ziemi. Starszy turlał kubek po stole, licząc krople przesiąkające przez poszycie. Bezczynność odbierała chęć do rozmowy.

Sambor ostrzył nóż. Rytmiczny chrobot stali o osełkę wypełniał ciszę, drażniąc nerwy. – Przestańcie – mruknął, nie podnosząc wzroku. – Bo was w gumnie zatrzasnę.

Bębnienie o dach zelżało. Ciężki stukot kropel przeszedł w syczący szept mżawki.

– Możemy? – starszy stanął przy drzwiach, kładąc dłoń na ryglu. Matka, zajęta przędzeniem, spojrzała na męża. Skinął głową. – Tylko nie dalej niż do potoku. I wracać, jak zawołam.

Wypadli z chaty. Bose stopy mlasnęły w błocie. Radosny pisk przeciął duszne powietrze, a potem śmiech utonął w gęstwinie olch nad wodą.

Chwila mijała za chwilą. Mżawka nie ustawała, osiadając na wszystkim.

Sambor odłożył nóż. – Wołaj ich – rzucił krótko.

Wyszła na próg. Wilgoć oblepiła jej twarz i lnianą tunikę.

– Hej! Do dom! – krzyknęła w opole. Nikt nie odpowiedział. – Chłopaki! – zawołała głośniej. Cisza. Tylko miarowe kap, kap z krawędzi dachu.

Wróciła po chustę. Serce uderzyło jej mocniej, szarpanym rytmem. Przebiegła przez podwórze, sprawdziła gumno, zagrodę dla kóz. Pusto.

– Sambor! Nie ma ich w obejściu! – wrzasnęła, dopadając progu.

Wbiegła w las. Błoto wchodziło między palce nóg, chłodne i śliskie. Olchowe gałęzie biczowały twarz. Krew spływała po policzkach, mieszając się z deszczem. Krzyk przeszedł w pisk, gardło paliło.

– Dziatki! Gdzieście?!

Las się skończył. Wybiegła na polanę. Słońce przebiło chmury. Powietrze przed nią zaczęło drgać. Stało się lepkie. Łapczywie wciągała powietrze.

Brama światła dotykała mokrej trawy tuż przed jej stopami. Nie zatrzymała się. Przeszyła kurtynę biegiem. Pędziła na oślep, wprost przez tę drgającą ścianę, krzycząc za synami.

Ucisk w klatce piersiowej dławił, wnętrzności wywracały się na drugą stronę. Kości trzasnęły. Mrowienie uniosło włosy na karku, ciało przeszył dreszcz, skręcając kręgosłup. Świat zgasł, zmiażdżony otępiającym uciskiem skroni.

Wybiegła po drugiej stronie, potykając się, ale nie zwolniła. Strach dławił. Rozejrzała się po polanie – pusto. 

Biegła szybciej niż kiedykolwiek. Oddech rwał krtań, stopy grzęzły w darni, trawa cięła skórę.

Wpadła do izby, otwierając barkiem drzwi. Błoto z nóg prysnęło na palenisko.

– Zginęły! Sambor, nie ma ich! – Zamarła.

Słowa uderzyły ją w pierś głębokim, drapieżnym basem. Nawoływanie zdarło gardło, zostawiając w krtani posmak żelaza, a z płuc dobyło się jedynie obce, męskie warknięcie. Powietrze w izbie zadrżało od niskiej wibracji.

Sambor zerwał się z ławy. Cofnął się gwałtownie, chwycił za ciężki, dębowy ożóg z paleniska.

– Won! – ryknął, a w jego oczach płonął obłęd. – Kim jesteś?! Cóżeś zrobił z moją żoną?!

– To ja! – Chwyciła się za pierś. – Sambor, to ja! – Dłoń trafiła na płaskie, twarde mięśnie. Materiał giezła wisiał luźno, nie opinał się na niczym. Spojrzała w dół. Dłonie były większe, knykcie porośnięte rzadkim, ciemnym włosem. Tunika, rano sięgająca kolan, teraz ledwo zakrywała uda, odsłaniając potężne, owłosione nogi.

Stała przed nim w swoim ubraniu, w obcym ciele.

Postąpił krok, uniósł polano wysoko nad głowę. Drewno zadrżało w jego pięściach.

Cofnęła się pod ścianę, chroniąc głowę owłosionymi ramionami. Giezło napięte na szerokich barach, trzasnęło.

– Stań! – Chata zadrżała od basu. – Przypomnij sobie naszą pierwszą noc po sianokosach!

Znieruchomiał. Oddech rwał płuca, świszczał przez zaciśnięte zęby.

– Każdy mógł podsłuchać… – warknął, nie uderzył.

– Powiedziałam ci wtedy o znamieniu – mówiła, każde słowo dudniło w jej czaszce obcym echem. – Na wewnętrznej stronie uda. Wstydziłeś się go. Mówiłeś, że przypomina liść dębu, że to znak od czarta. Obiecałam, że będę je całować, żebyś przestał czuć wstręt. Tylko ja o tym wiem, Samborze. Tylko ja!

Osunął się na klepisko, zasłonił twarz dłońmi. Całe ciało dygotało. – Bogowie… – jęknął w dłonie. – Dziatki przepadły, a tyś… tyś chłopem wróciła.

Nie było czasu na łzy. Wita dopadła do niego, chwyciła za bary, niemal poderwała go z kolan. – Wstawaj! – rzuciła krótko. – Szukajmy ich, póki widno!

Wypadli z chaty wprost w szary, mokry zmierzch.

Biegli na oślep. Wita w strzępach giezła, które powiewało na potężnych udach. Las był teraz inny – groźniejszy, gęstszy.

Wyrzucali z siebie imiona synów, płuca płonęły.

– Paszko! Mirko! – ryczała Wita, las oddawał jej obcy głos.

Przeszukiwali każdy jar, brodzili w lodowatym potoku, wyrywali kępy paproci. Błoto lgnęło do nóg, gałęzie chlastały po oczach. Każdy cień wydawał się małą sylwetką, każdy trzask gałązki – krokiem dziecka. Ale znajdowali tylko mokrą korę i śliskie kamienie.

Noc ostatecznie zgasiła nadzieję. Nie było krzyku, nie było płaczu. Tylko szum wiatru w koronach olch i ich ciężkie oddechy. Wrócili wyczerpani, przerażeni, pokonani.

Sambor usiadł na progu, gapiąc się w ciemność. Wita stanęła przy pustym łożu. W świetle dogasającego łuczywa jej wielki cień padał na ścianę, przykrywając miejsca, gdzie jeszcze rano siedzieli synowie.

Przez kilka dni wieś tętniła szeptem. Sąsiedzi przychodzili na próg, składali wyrazy współczucia. Patrzyli na „brata” Wity, który nagle pojawił się w chacie, i milczeli. Nikt nie dociekał, gdzie podziała się matka. Wierzyli, że uciekła z rozpaczy w puszczę, a ten milczący chłop to krewny, który przyszedł pomóc w nieszczęściu.

Chata ich dusiła. Każdy kąt parzył. Pusta miska na stole, niedostrugany patyk na klepisku, mała onuca w kącie izby – każdy przedmiot odbierał dech, jak nóż wbity pod żebro.

„On” nie mógł patrzeć na krosna. Sambor nie mógł patrzeć na „niego”. W potężnych barach i basowym mruczeniu szukał cienia żony.

Odeszli. W tajemnicy, zanim jesień na dobre rozmyła drogi. Wyszli przed świtem. Kilka kroków za obejściem osada przestała istnieć, pochłonięta przez szarą, mokrą pustkę. Ruszyli na poniewierkę, karmiąc się kruchą nadzieją, że w głębi puszczy Leszy splecie ich pobłądzone ścieżki i rzuci synów prosto w ich wyciągnięte ramiona.

Szli tygodniami. Stopy pękały, rany ropiały, a głód skręcał kiszki. Puszcza nie miała końca. Spali plecami do siebie, nie rozmawiali. Milczała, by nie oszaleć od brzmienia cudzego głosu.

Dotarli do osady w dolinie. Wyglądała zasobnie, chaty były solidne, dym z palenisk pachniał spokojem. Stanęli przed starcem, który rządził tą ziemią.

– Kim jesteście? – zapytał, mierząc wzrokiem zniszczonych drogą mężczyzn.

– Braćmi – rzucił krótko Sambor, wbijając wzrok w ziemię. – Szukamy miejsca. Prawa do osiodłania.

Mężczyzna milczał długo, wsparty na dębowym kosturze. Patrzył na Sambora, potem na Witę, potężne bary ledwo mieściły się w podartej koszuli. Mrużył oczy, ważył przydatność dla sioła.

– Mówicie: bracia – odezwał się w końcu.

Skóra na żuchwie Sambora napięła się jak postronek.

– Potrzebujemy ziemi – rzuciła Wita krótko, głębokim basem. – Pracy. Strzechy nad głową.

– Ziemi we wsi nie ma. Każda bruzda policzona, każde gniazdo zajęte. Swoich wykarmić ledwo starcza. Niesiecie ze sobą cień. Czuję go, widzę w waszych oczach. Las was wypluł do lasu wracajcie.

Wskazał kosturem, gdzie puszcza gęstniała, czerniejąc pod naporem nadciągającego wieczoru. – Tam, nad strumieniem, jest polana. Dawno temu stała tam chata, dziś to zielsko i próchno. Tam możecie ostać. W puszczy ziemi pod dostatkiem. Budujcie, karczujcie, zdychajcie – wedle woli. Ale do wsi nie zachodźcie bez potrzeby.

Skinęli głowami. Bez wdzięczności, z rezygnacją. – Pójdziemy – mruknęli.

Ruszyli w stronę puszczy, niosąc resztki dobytku i tajemnicę. Wieś patrzyła im w plecy w absolutnej ciszy.

* * *

– Piękna historia. I straszna – szepnęła Agnieszka, obracając w palcach mokrą wiklinę.

Jagna prychnęła, wycierając ręce w zaplamioną zapaskę. – Piękna czy nie, ludzie ją plotą. Skąd znają, nie pytaj. Może i tęcza babie bebechy wywróciła, a serca nie ruszyła. A dla mnie to odmieńce.

– Odmieńce? Dlaczego? Los ich tak pokarał.

– Los? – Staruszka zmrużyła oczy, podeszła bliżej. – Młoda jesteś, ale swojego chłopa już masz i żaden tak za babą nie ślepi. Ino pomyśl. Wolnych dziewek u nas dostatek. I sąsiednich siołach też. I co? Żaden z nich baby do chaty nie zaciągnął.

Milczała. Czuła, jak szorstka kora wrzyna się w skórę. Bo są rodziną? – spróbowała, głos jej drżał.

– Baby nie mają, bo ich wcale nie szukają. Niejedna za nimi ślepia wypłakała. Najładniejsza w okolicy ojca ubłagała, by swata słał. I co? Odprawili go z niczym. Wstyd staremu przyniosła, jakby jakową niedojdę z chaty wypychał.

– To… nikt nie wierzy w tę tęczę? – zapytała cicho.

Jagna splunęła na klepisko.

– Wierzą. Jak trzeba, to wierzą.

Milczała chwilę, patrząc gdzieś w stronę lasu.

– A jak nie trzeba – dodała w końcu – to każdy widzi, co chce.

Koniec

Komentarze

Ciekawa opowieść. Nie kojarzę motywu, żeby poszukująca dzieci matka nieodwracalnie (?) zamieniała się w faceta. 

Miło, że później panowie nie chcieli się ponownie żenić. Piękny przykład monogamii. Wprawdzie to nie śmierć ich rozłączyła… No, przypadek interesujący, daje potencjał do rozwoju w rozmaitych kierunkach.

A co właściwie stało się z dzieciakami?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka