“O tem, jak drzewiej pogany diaboły przyzwały”
H. P. Lovecraftowi poświęcam,
“O tem, jak drzewiej pogany diaboły przyzwały”
H. P. Lovecraftowi poświęcam,
Wielka to była tragedyja, gdy wieść do polskiego tronu doszła, iż Otomany oblegają Bizancyjum – ostatni bastyjon chrześcijańskiego świata na krańcach Wschodu. Wielceśmy się naradzali, co w takowej chwili począć: czy bić się w imię wiary najświętszej, jedynej prawdziwej, i przyjść w pomoc chrześcijanom w potrzebie… czy też milczeć, jak gnuśni wielmoże Zachodu; knury objedzone, kryjące swe tchórzostwo za murami zamków. Gdy bracia miła w wierze ginął w imię Chrystusa!
Nie był ci jednak król nasz, umiłowany Władysław, człekiem na krzywdę pobożnego luda niewrażliwym. O nie – płonęła w nim młodzieńcza gorliwość, która nie zna rozwagi ni chłodnej rachuby starców. I ruszyliśmy ku obcej ziemi, gdzie niezrozumiałemi mówią języki, a choć inne tam plemiona, to nie obce – bo krzyże na piersiach tak samo noszą. Myślał on, myślał żem i ja…
Zali to było szaleństwo nasze i pycha? – główkuję, doglądając swe mizerne położenie obecne. Przed oczyma wciąż mam koszmar Warny, gdzie siła pogańskiego woja uderzyła na nas niby przez samego Luciferiusa zagnana.
Było to roku Pańskiego 1444-ego. Wojsko nasze, zebrane pod znakiem krzyża, prowadził król Władysław wraz z Węgrem wojowniczym Janem Hunyadym. Stanęliśmy naprzeciw armii sułtana Murada, licznej jak mrowie w zgniłej ziemi. Szyk otomański ciągnął się aż po horyzont, a nad nim powiewały półksiężyce, jakby sam Belial rozciągnął swe szpony nad ziemią Warny.
Poczęło się starcie straszliwe. Rycerstwo nasze parło naprzód z wielką siłą, łamiąc niektóre oddziały wroga a przez chwilę zdało się, iż sam Bóg daje nam zwycięstwo. Lecz była to jeno złuda, jako światło błędnego ognia na mokradłach.
Władyka nasz – młody, gorący i niecierpliwy – nie usłuchał rad starszych dowódców. Hunyady wołał, aby szyk trzymać i czekać, aż wrogie skrzydła się załamią. Lecz Władysław, ujrzawszy przed sobą oddział janczarów strzegących samego sułtana, porwał garść rycerstwa i ruszył wprost na nich, jakby jednym ciosem chciał los bitwy rozstrzygnąć.
Tam zaś czekała zguba.
Janczarowie zwarli szeregi niby mur z żelaza i ciał. Konie runęły na ich włócznie, a król, spadłszy z siodła, zginął w zamęcie walki, przez pogan otoczon. Widok ten tak nagły i straszliwy był, iż szyki nasze zachwiały się jak drzewo piorunem trafione.
Burza straszliwa się rozniosła, co by memu porównaniu dopomóc, niby Niebo gniew okazało za mord swego uniżonego sługi.
Mówiono potem, iż Turcy odcięli głowę Jagiellończyka i zatknęli ją na włóczni, by wojsku jako trofeum bezbożne pokazać. A gdy wieść ta między nami się rozeszła, serca pękły jak gliniane dzbany. Wojsko krześcijańskie poczęło pierzchać, a pole bitwy zamieniło się w piekło pełne krzyku, ognia i śmierci.
Czyżem był przy mym królu, gdy umierał – czy też tak mi się dziś zdaje, bo pamięć moja z koszmarem się miesza? Młody był on bardzo, a i głupi może, nieprzygotowan do ciężaru korony i wojny z potęgą tak wielką…
A, daruję ja sobie już te wzniosłe bajania, rozważania ni fałszywej monety warte! Nie jestem przeca na dworach, a między knieje. Ni czas to, ni miejsce na memoranda, żałobne peany! Przedzierał żem się przez chaszcze i obce krainy, nie wiedząc, czy w dobrą stronę gnam, by doma wrócić.
Pierzchłem z pola, aby życie ocalić. Po drodze postradałem sługów, nie powiem – czy jam ich porzucił, czy oni mię. Mam na sobie zbroję, na której wciąż znaki bitwy widnieją, a krew pogan przystrojona w barwę błota, po którym zresztą stąpam przez dni całe, jak mi się zdaje… a może i przez wieki?
Tchórz, dezerter, rodowy zawód – wiela rzec ludy mogą. Pies ich lizał, odeprę, bo nigdy nie przetrwali tego, com widział, a na koń – z sadłem spasionym niepodobna im wsiadać. Piękne były królewskie słowa, doprawdy, wzniosłe te mowy o ratowaniu chrześcijan, lecz czyż i krzyżowcy nie splądrowali Bizancyjum, nim jeszcze do Ziemi Świętej dotarli? Nie tyleż samo było w nas ich grzechu?
Rzecz pewna, jam pragnął podpiąć się pod wielkość wydarzeń, które „rysowała historyia”. A że bieda od zawsze gościła w mych progach, ujrzałem w wojnie sposób, by ją przepędzić, jędzę chędożoną! Wojować u boku króla, pogańskich troglodytów brać w niewolę na sprzedaż, kosztowności z trupów zbierać, srebra z janczarskich odzień na wozy ładować…
A ostałem się sam jak kikut, pozbawion palców – bez świty, jeno z mieczem stępionym przy boku i napierśnikiem tak pokrzywionym, jakby mnie kula armatnia trafiła i sam Bóg z łap Kostuchy wybawił.
Już któryś dzień kroczyłem pod koronami drzew, dzikiem królestwem leszych. Nastała noc nieznośna, a wiatr jęczał w konarach jak dusze poległych pod Warną. Unikałem wsi, ilekroć nie słyszałem, czy mówią mową mi zrozumiałą. Nie chciałem ryzykować, by mię za łotra nie wzięli i na miejscu nie powiesili. Wyglądałem jak upiór, tedy nie zdziwiłbym się, gdyby ze strachu samego rycerza ukatrupili.
Takie to krzecijany, świętoszki, obłudnicy!
Spałem, mając za posłanie korę i chłodne wiatry. Gościłem we wrogim królestwie starych demonów, wilki słysząc nocami, kły niedźwiedzie czując nieraz niby widmo śmierci. Nie wiedziałem, li śmierć nadejście, im zamknę oczy, to i sypiałem ledwo, byleby nie paść z wyczerpania… alem czy nie zdążył rozum postradać?
Błąkałem się tygodniami przez obce krainy. Mijałem spalone sioła, gdzie psy jadły to, co z ludzi zostało, i pola, gdzie wrony krążyły nad porzuconemi zbrojami. Nieraz zdawało mi się, iż idę ku północy, ku Koronie – lecz gdym pytał po łacinie napotkanych podróżników, odpowiadali w językach tak dziwnych, iż rozumiałem jeno tyle, że wcale nie jestem tam, gdzie sądziłem.
Dni mieszały się z nocami, a noc z majakiem. Głód i zmęczenie plątały myśli tak, iż nieraz nie wiedziałem, czy jestem jeszcze człek, czy jeno cień błąkający się po świecie. Li-jam rycer dalej… czy żebrak pospolity?
W szumie drzew, gdy noc zapadała najgłębiej, zdawało mi się nieraz słyszeć coś jeszcze – coś, co nie było ani wiatrem, ani zwierzem, ani głosem ludzkim. Jakby sama ziemia Warny, przesiąknięta krwią, posłała za mną cień, który kroczy jak wróg zaciekły, albo poborca podatkowy – przed którym żadne luda przecie pierzchnąć nie zdołają!
W pustym gąszczu, pośród zwierzyny dusz pozbawionych, docierało do mię, co właściwie ujrzałem na bojowym polu. Pamiętałem pogan, przebrzydłych i nikczemnych, co dziwnemi słowy gusła odprawiali. Jak z ich rąk ulatniał się dym, tak z niego istoty przerażające i niepojęte powstawały. Rogi, kły, pazury, sylwetki nawet nieprzypominające ludzkich, choć z twarzami zdolnymi do uśmiechów niegodnych…
Tak, przez demony rozszarpujące pobożne woje uciec musiałem. Ratował żem żywot, przez Stwórcę przecie dany, gdy Osman podły przyzywał diaboły, aby pożerały rycerzy Chrystusowych.
Pomnę magina, z którego ręki wyrosła macka jak drzewo wielka – dusiła mych towarzyszy, a ja niezdolen byłem pomóc. Ledwiem co dobył miecza, jużem cofać się został zmuszony. Z nicości djaboł się bowiem wyłowił, z oczu dwu pary i rogi jak u byka – zamachnął się na mię kończyną zwierza z krain Maurów – tak, widzę to przed sobą do dziś! – i…
Musiałem się ratować, Deus vult!
Co się potem stało z nimi, gdzie pierzchły siły nieczyste, nie wiem i boję się myśleć. Tym bardziej lękałem żem się zmrużyć oko, by jeden maruder piekielny nie wyrwał drzewa nade mną razem z głową.
Tułaczki jednak nie zaprzestałem – bom musiał, w końcu, gdziekolwiek dotrzeć.
Oby jeszcze nie do raju…
*
Paskudny był to dzień – powiadam z goryczą. Takiej posępnej a żałobnej pogody nie pamiętały nawet najstarsze wiedźmy z okolicznych sioł. Niebo zwisało nisko, ciężkie i szare, jak gdyby samo zapłakało nad klęską swych zastępów.
A może i nade mną? Czy niegodziwie myśleć tak o sobie – mnie, chrześcijaninowi strapionemu, który choć cierpi, przecie i chęcią zysku bywa tchniony? Grzech-li to, czy jeno słabość ludzka, żem dla zysku w imię Boga miecz uniósł? Li… bardzom mu się naraził, że zaniechałem w chwili próby?
Niemożliwe; przecie życie bronić żem musiał, tak nakazała mi wiara!
Zbroja moja, od tygodni bez litości trawiona przez deszcze i wilgoć, poczynała już rdzewieć niby starożytne żelastwo wydarte z mogiły. Każdy krok skrzypiał, a ciężar jej zdawał się rosnąć z następnym krokiem. Schronienia tedy szukałem, a Pan w swej tajemnej opatrzności zesłał mi znak na szlaku.
Ujrzałem powóz.
Pojemny, ciężki, jak mniemałem – kupieckimi dobrami wypełniony. Właściciel widocznie uznał, iż żaden rabuś nie czai się o tak późnej porze, gdy niebo grzmi, a wiatr wyje jak potępieniec.
I rację miał.
Nieopodal bowiem stał przywiązany wałach, liśćmi koron chroniony, niby w leśnym legowisku. Spał spokojnie, parskając z cicha – dowód to był, iż handlarzyna spać poszedł bez obawy.
Myślałem nawet, by rumaka z miejsca porwać, lecz zwierz nie miał siodła zdolnego utrzymać cały mój rynsztunek. Przeszukałem tedy powóz, ale kupiec był chytrzejszy, niż się spodziewałem. Siodła nie znalazłem. Albo zabrał je ze sobą, albo – co rozsądniejsze – w podróż bez niego się puścił.
W skrzyni znalazłem jeno bibeloty, dziwne utensylia i drobne przedmioty, których przeznaczenia pojąć nie mogłem.
Pogańskie niemal.
Trafiłemże na Saracena?
Dziwny był to owóż, nie przeczę. Lecz w obcych stronach byłem i któż mógł rzec, czy nie taki towar w tych ziemiach bywa w obrocie?
– Obym jeno nie natrafił na czarnoksiężnika z warneńskiej bitwy – mruknąłem, czyniąc znak krzyża.
I ruszyłem w dół doliny, gdzie – jak sądziłem – kupiec schronienia szukał.
Między drzewami ujrzałem jaskinię. Osobliwie tam stała, niby rana w ziemi, zupełnie nieprzystająca do łagodnych nizin. Zdało się, jakby przed wiekami olbrzymy jakie wykopały ją i porzuciły, zostawiając pusty dom.
Gotów byłem im za to dziękować.
Ledwie wszedłem pod kamienny sklep, a deszcz przestał mnie kąsać. Zdjąłem z siebie zbroję, oddychając głęboko po raz pierwszy od wielu godzin – a zdało mi się, że od wielu lat.
Ognia rozpalać nie miałem z czego, a że księżyc świecił jasno przy wejściu do groty, nie zapuszczałem się w jej czeluści. I kupca poznawać nie chciałem – czy był chrześcijaninem, czy poganinem.
Oparłem się tedy o skałę i zasnąłem na własnym napierśniku.
Doprawdy – wygodniejszej poduszki dawno nie miałem.
Sen przyszedł rychło, a choć nawiedzały mnie mary straszliwe – potwory, które Osmany wedle mojego zapamiętania, a wbrew Bożemu stworzeniu powołali do życia – odpocząłem jak nigdy.
Nie było mi jednak dane przespać całej nocy.
Zbudził mię szept.
Cichy, dziwny – jakby wiele głosów mówiło naraz, a każdy w innym języku.
Chwyciłem za miecz.
Szaty miałem jeszcze mokre, więc jeno w gaciach ruszyłem w głąb jaskini, ostrzem przecinając ciemność. Jeślibym napotkał kupca – cóż, brałem to pod uwagę. I tak zamierzałem zabrać jego powóz i rumaka. Litościwiej byłoby tedy skrócić mu cierpienie, nie tak powinien czynić honorowy człek?
Wtem ujrzałem światło.
Szereg pochodni prowadził w głąb groty jak oczy diabelskie, mrugające w półmroku. Szepty nasilały się, chropawe i niezrozumiałe.
Wiedziałem już, że mam do czynienia z Turczynem. Takiej mowy nie wydaje żaden chrześcijański język.
Zdziwiony byłem, jak długa okazała się jaskinia. Schodziła w dół, coraz głębiej, jak gdyby prowadząc mnie w same trzewia ziemi.
Aż dotarłem do kręgu.
Kręgu ognia pochodniami usadowionego.
Stał w nim mężczyzna – Saracen czy inny poganin. Ciemnoskóry, odziany w barwy jaskrawe, niemal cały zakryty, jeno lico odsłonięte. Gęsta broda zakrywała policzki, a oczy – o, te oczy! – błyszczały z cienia jak żar pod popiołem.
W dłoniach dzierżył księgę.
Starą, zszywaną ze skór… a gdyby ktoś rzekł mi, że z ludzkich – przysiągłbym, iż prawdę mówi.
Czytał plugawe zdania.
Z pochodni i świec wznosił się czarny dym, nienaturalny, ciężki – jak gdyby sam ogień był zatruty. Gdy cień mój padł na skałę, mężczyzna uniósł wzrok.
Uśmiechnął się.
Lecz czytać nie przestał.
Czarny dym począł oplatać go niczym węże, niczym sobolowe futra.
Wtedy pojąłem.
Miałem przed sobą czarnoksiężnika.
Potwora.
Przywoływał siły nieczyste – ni chybi leksykon djabelski… demonicon, księgę imion zakazanych i zaklęć, trzymał w dłoniach i obłaskawić chciał to, co Osmany sprowadziły całymi hordami na te ziemie.
– Wstąp, człowiecze – rzekł nagle najczystszą polszczyzną, a ja począłem się zastanawiać… czy w głowie jeno to słyszę? – Jeśliś czysty i bez skazy, krąg cię nie ukarze. Pozwoli zabić mię, poganina!
Byłem rycerzem Chrystusa, nie miałem się czego bać.
– Jakże możliwe, że w mej mowie prawisz, odmieńcze?
– Jeno tak docierają do cię me słowa – odparł, tajemniczy i jak oszalałe zwierzę przerażający. – Podejmujesz się wyzwania, choć tym razem?
Skądże by ten poganin mógł znać przyczynki mego żałosnego stanu, kto mu wyrzekł, żem pierzchł z pola bitwy?
– Jak ze możliwe, że wiesz…?
Nie dokończyłem, rozumiejąc, że popadam w jego niecne intrygi.
W sercu moim nie było przywary – nie tylko wierzyłem, ale i wiedziałem; jako prawy człek nie mogłem pozwolić na taką wzgardę mej godności. Honor mój był niewzruszony i byle Saracen nie ma prawa sugerować inaczej!
Na świętą wyprawę wyruszyłem, by bronić wiary. A że przy tym pragnąłem się dorobić – Trójca nie mogła mieć mi tego za złe.
Przestąpiłem krąg, wpuszczony przez pochodnie jak swój.
Nic się nie stało.
Czysta była ma dusza, jakem wyrokował…
Czarnoksiężnik zaś wybuchł śmiechem – głośnym, ochrypłym, jak wystrzał z kuszy. Ślina pociekła mu z ust, a wraz z nią wydobył się dym, zielonkawy i cuchnący.
– Czym ty jesteś? – zapytałem, unosząc miecz naprzeciw jego skroń.
– Tyś potępieniec – odparł szyderczo. – Rycer potępion, a przekonan, że święty, cha, cha, cha, cha, cha!
I nagle upadł.
Księga wypadła mu z rąk, a plecy jego zaczęły pęcznieć i wyginać się w nieludzki sposób, niby czerwie kręcące się pod skórą.
– Co się dzieje?!
Jedna świeca zgasła.
Jakby coś przemknęło przez powietrze z prędkością strzały.
Potem druga.
Potem trzecia.
Aż w mroku została jeno jedna – przy samym czarnoksiężniku.
Nie byliśmy sami.
A choć Osman przemieniał się na moich oczach, trzaskając wewnątrz własnymi kośćmi jak suchymi gałęziami… nie on był najstraszniejszym stworzeniem w tej grocie.
Ryk przeszył powietrze.
Straszniejszy niż niedźwiedzi, niż lwi.
W półmroku błysnął ogon zakończony kolcami.
Nim zdołałem unieść miecz, poczułem potężne uderzenie w plecy. Czy ręki, czy innej kończyny zniekształconej przez niewiadome moce, nie wiem.
A potem nastała ciemność.
*
Gdym się ocknął, leżałem na swym napierśniku, nietknięty, jakoby z koszmaru dopiero co zbudzon. Pewien byłem, iż gusła saraceńskie tej nocy miały swe działanie – a przecie ranek nastał cichy i zwyczajny, odzienie me wyschło, a ciało, choć obolałe, zdało się gotowe do dalszej drogi.
Kaj mój rozum, na Przenajświętszego? – zachodziłem w głowę, wpatrując się w mrok wyciekający z głębin jaskini. Tam coś było… coś nie z tego świata…
Oręż mój ostał się nienaruszony, ni moneta nie śmiałą zniknąć. Plecy bolały, nie przeczę – acz równie dobrze mogło to być winą jakże „wygodnego” posłania na zimnym kamieniu. Nie z walki przeciwko siłom nieczystym w krzyżu mię strzyka, ale przez to jakże wygodne łoże naprędce rozpostarte – żem usiłował sobie wmówić.
Li-już oszalałem doszczętnie? Powiedz który, bo sam już nie wiedział żem, co myśleć, co… za prawdę uznać.
Długo rozważać o tem nie zamierzałem, ani też nie chciałem upewniać się, co kryły owe kamienie. Czyżby Osmany, przerażone mocą tego, co sprowadzili na świat, zechcieli zagnać to w mroczne groty?
Nie wiem, nie wiem…
Powiedzieć zali mogę, iż powóz zniknął. To samo koń i cały dobytek kupiecki. Począłem się nawet zastanawiać, czy w ogóle istniał – lecz pozostało mi jeno pluć sobie w brodę i ruszyć w dalszy przemarsz pośród nieznanych goszczów.
Co mię uczynił czarnoksiężnik, niegodziwiec podły? – dociekałem, mijając niemal identyczne sosny, których pnie jak strażnicy rosły po obu stronach ścieżyny. – Przecie dusza moja była świetlna, to i nic się stać złego nie mogło…? Ach, te koszmary niecne, nieboże!
Knieje były gęste, a chaszcze drapały jak pazury niewidzialnego zwierza. Brnąłem przez nie dniem i nocą, kierując się ku północy, gdzie, jak wierzyłem, leżała Korona, jedyna y najukochańsza.
Czasem mknąłem pomiędzy drzewami niemal biegiem, gdy strach lub nagły zryw serca pchał mię naprzód. Innym razem błądziłem powoli, wsłuchując się w trzask gałęzi i krzyk ptactwa.
Jednak nie tylko zwierzyna była w tej puszczy.
Czułem to.
Coś szło za mną.
Nie widziałem nic – a jednak ilekroć zatrzymywałem się przy strumieniu lub rozkładałem na noc wśród korzeni starych buków, ogarniało mię dziwne przeświadczenie, iż ktoś stoi niedaleko, patrząc.
Niejedną noc zrywałem się nagle z płytkiego snu.
Ilekroć otwierałem oczy – mrok był taki sam, cisza taka sama.
A jednak wiedziałem.
On tam był, z groty przyznany, a niemożebnie mną zainteresowany.
Demon, czy diabeł, czy też mara zrodzona z wojennej rzezi – nie śmiał na mnie podnieść ręki. Jeno patrzał, a jam nie mógł rozgryźć, czego żądał…
I to właśnie straszyło mnie najbardziej.
A i on sam nie był, aby mię, pobożnego krzecijanina, dręczyć!
Jednego dnia, w samotnem marszu, ziemia zadrżała nagle pod mymi stopami.
Najpierw cicho, niby z oddali – potem grzmot! – i znowu coraz silniej. Kamienie potoczyły się ze zbocza, a ptactwo zerwało się z krzykiem w powietrze. Pojedyncza sarna pierzchła z przestrachu, ukazując mi, skąd nadchodzi niebezpieczeństwo.
Rzuciłem się pod ogromny głaz, przywierając do ziemi jak zajęc ścigany.
Wtedy ujrzałem coś, czego żaden człek oglądać nie powinien.
Z pomiędzy drzew wyszła bestia.
Ogromna.
Ciało jej było posklejane z korpusów ludzkich – zbrojnych i półnagich, saraceńskich janczarów i chrześcijańskich rycerzy. Tu sterczała ręka w rękawicy płytowej, tam noga w tureckim bucie, gdzie indziej tors przebity włócznią.
Kula śmierci, powiadam! Chowaniec istnień porzuconych w polu!
Byt poruszał się na dziesiątkach nóg, koślawo, chwiejnie, jakby ledwie zdolny utrzymać się przy życiu.
Bestia nie miała głowy, wszystkie szyje były o nie uszczuplone, na pal niby skradzione.
W jednej z dłoni, z czterech bodaj złożonych – niby drogowskaz – dzierżyła odciętą łepetynę z twarzą w przerażeniu wyrytą.
Poznałem ją od razu.
Król Władysław.
Twarz jego była blada, oczy wytrzeszczone w wiecznym przestrachu, a włosy splątane krwią.
Stwór chwiał się i stąpał ciężko, aż ziemia dudniła pod nim, po czym powoli zniknął między drzewami.
A ja…
Nie mogłem się ruszyć.
Godziny całe siedziałem pod kamieniem, jak sparaliżowany. Umysł mój nie chciał przyjąć tego, co oczy widziały.
Dopiero gdy zapadł zmierzch, a chłód zaczął przechodzić przez stal zbroi…
…poczułem znów tę obecność, nieznaną y nieznośną.
Stała gdzieś w mroku.
Patrzała.
Wtedy dopiero poderwałem się i uciekłem w noc.
Po wielu dniach błąkania, niemal kościotrup, niezdolen do łowów, natrafiłem wreszcie na karawanę chrześcijańskich kupców i pielgrzymów. Byli to ludzie z różnych krain – Węgrzy, Wołosi, Germany – lecz wszyscy nosili krzyż na szyi lub przy pasie.
Przyjęli mię z ostrożnością, lecz gdy ujrzeli herb na mojej tarczy i krzyż rycerski, pozwolili iść z sobą.
Droga nasza była długa.
Szliśmy przez góry i doliny, przez wsie spalone wojną i przez miasta, gdzie ludy przed śmiercią pierzchli rozprawiali o klęsce pod Warną szeptem, jak o nieszczęściu zesłanym przez Boga za nasze grzechy.
Jakżeby tak o pobożnych wojach Krystusowych rzekać podobna?!
Gotów już żem był, do walki w obronę swego męstwa… ale zmęczenie wzięło górę, i pozostawiłem hańbę tych słów na karby ich grzechów własnych.
Z każdym tygodniem ziemia stawała się coraz bardziej znajoma a to mię nynie pocieszało.
Lasy gęstniały, rzeki płynęły ku północy, a w mowie ludzi coraz częściej słyszałem słowa podobne do moich.
Polska była już blisko.
Lecz co noc…
…co noc działo się to samo.
Budziłem się z nagła, jakby ktoś spojrzeniem samym dotknął mojej twarzy.
Wszyscy spali przy dogorywającym ogniu, niewzruszeni mym wyskokiem, ale ja… wiedziałem.
W oddali, między drzewami lub za wozami karawany, stała ciemna postać. Ni to ludzka, ni zwierzęca, ledwie co z kształtem mogącym się odczytać człowieczemi oczy.
Demon.
Nie ruszał się.
Nie mówił.
Tylko patrzył.
A ja nie pojmowałem dlaczego.
Bom nic nie miał sobie do zarzucenia.
Nie zdradziłem króla, bom pierzchł, gdy był martwy.
Nie uciekłem z pola bitwy, jeno z rzezi katoli walecznych, niewinnie skazanych przez pogany na zatracenie.
Nie splamiłem duszy zdradą, ni niczem!
A jednak diabeł szedł za mną, niby widmo grzechu, ku granicom ojczyzny… i kto wie, czy odpuścić miał potem?
*
Powrót mój do włości rodzinnych nie przyniósł ukojenia, jakiego spodziewałem się przez wszystkie dni tułaczki.
Dwór ubogi stał tam, gdzie stał od pokoleń – nad rzeką, pomiędzy łagodnymi wzgórzami i polami. Dym z kominów unosił się spokojnie, psy szczekały na dziedzińcu, a pachołkowie powitali mię z radością, jakby sam święty Jerzy powrócił z wyprawy.
Lecz spokój ten był jeno pozorem.
Już pierwszej nocy poczułem, iż wróciło ze mną coś jeszcze.
Gdy wszyscy posnęli, a wiatr świszczał pośród szczelin starych murów, usłyszałem w oddali głuchy, ciężki krok.
Dudnienie.
Jakby wiele nóg uderzało o ziemię.
Raz.
Drugi.
A potem cała seria głuchych uderzeń, powolnych i niezgrabnych, jakby coś ogromnego brodziło przez noc ku mojemu domostwu.
Zrywałem się z łoża, chwytając za miecz.
Lecz za oknami była tylko noc i mgła.
Nazajutrz pytałem służbę, czy kto słyszał podobny rumor.
Kręcili głowami.
Nikt nic nie słyszał.
A jednak noc po nocy rozgardiasz powracał. Czasem daleki – gdzieś z głębi borów. Czasem tak bliski, iż zdawało mi się, że ziemia pod samym dworem drży.
Wtedy przypominałem sobie potwora z lasu.
Ów chochlik piekielny, zlepion z trupów.
I dłonie zaczynały mi drżeć.
Nie to jednak było najgorsze.
Najgorszy był on.
Saracen.
Ujrzałem go po raz pierwszy w kilka dni po mym powrocie, gdy na dziedzińcu zbierali się moi ludzie. Pachołkowie, kmiecie z okolicznych wsi, kilku zbrojnych – wszyscy przyszli słuchać wieści z wojny.
Stałem pośród nich, mówiąc o bitwie i o śmierci króla.
I wtedy go dostrzegłem.
Stał na uboczu.
Między ludźmi, jak każdy inny.
Ciemna twarz, broda przystrzyżona po turecku, oczy zielone jak szmaragdy.
Uśmiechał się.
Nie szyderczo.
Nie gniewnie.
Lecz cierpliwie, jakem ustalił – jak człowiek, który wie, że ma przed sobą wiele czasu… na co, sam jeno wiedział.
Mrugnąłem.
Zniknął.
Rozpytywałem potem ludzi, czy dojrzeli między niemi śniadego przybysza, obcego, wrogiego.
Nikt nie widział.
Od tej pory dostrzegałem go częściej.
Na targu.
Przy drodze.
Pośród tłumu w kościele.
Zawsze gdzieś z tyłu, zawsze spokojny.
Zawsze uśmiechnięty.
I zawsze patrzący na mnie.
Czekał, a ja dalej nie wiedziałem, po co.
Z czasem zaczęły się dziać rzeczy gorsze.
Odstąpił żem od żywota dworskiego, skupiłem żem się na żywocie doczesnym, na swoich pachołkach i polach lichych, by zimę przygotować. Nie gadano mi o żadnej hańbie, choć od braci żem pokątnie słyszał gorycz – nie tyla z racji klęski, co braku zysków…
Moja asceza rozsierdziła jeno naglące problemy.
Najpierw zaginął pastuch z wioski.
Potem dwóch drwali, którzy poszli do boru i nie wrócili.
Prostaczkowie mówili, że to wilcy, zbóje winni, że gdzie uwidzieli jakie przeklęte miejscu w lesie – niby do guseł przysposobione…
Ja jednak wiedziałem, kto był winien.
Bo nocami dudnienie stawało się coraz bliższe.
Coraz cięższe.
A w snach widziałem coś, co poruszało się między drzewami na dziesiątkach nóg.
Roztargnienie ogarniało mnie coraz bardziej. Zapominałem doszczętnie o sprawach dworu, o sporach kmieci, o rachunkach… spichlerze stały puste, ni chybi klęskę zwiastując, a jam udawał, że mię głód nadchodzący się nie imał.
Czasem łapałem się na tym, że stoję nieruchomo, wpatrzony w cień przy ścianie, pewien, iż ktoś tam stoi.
On to był, demon, choć kształtem nieobłaskawion!
Służba zaczęła szeptać.
Niektórzy ludzie z wiosek przestali przychodzić na mój dziedziniec. Było ich kilka, tom nie rozpaczał… aż w mych progach nie było już nikogo. Każdy, kto zdolen, ratował się, byleby przed pierwsze mrozy nie ostać się bez miski.
A ja coraz częściej czułem na karku oddech czegoś niewidzialnego.
W końcu pojąłem, iż tak żyć dłużej nie sposób.
Nie wiedziałem, czy Saracen też był demonem, czy jego sługą, czy jeno widmem luda, który rzucił na mię przeklęte gusła.
Jedno jednak było pewne.
To wszystko przyszło ze mną z południa.
Z wojny.
Z tej przeklętej ziemi pod Warną, groty, gdziem widział za dużo.
A skoro czar mnie prześladował, czarem należało mu się przeciwstawić.
Pewnego ranka, pozbawion pachołów, przygotowałem koń. Przywdziałem ze swej zniszczonej zbroi, co sam byłem zdolen, co się nie rozpadło doszczętnie. Sięgnąłem po miecz zasłużony a wystrzępiony i osełką go potraktowałem.
Byłem gotów do starcia, gotów udać się w noc, w las srogi y demonom miły. Samojeden, wyjechałem z opuszczonego mego dworu, gotów szukać istot, które położyły na mym losie swe niecne piętno.
Jam Ci jest rycer, pobożny a nieskalany grzechem, i wiem, że wrócę zwycięsko, ze łbem niegodziwego poganina przytroczonym do siodła. W sercu czułem strach, alem pewien był, niknąc ostatni raz w gąszczu.
– Wrócę – jąłem powtarzać. – Wrócę, bo nie ma we mnie winy… a stawić czoła przewinom zmyślonym y zakłamanym muszę.
Bo jeśli demon istotnie chodził za mną…
…to prędzej czy później i tak przyjdzie po swoją należność.
A ja wolałem stanąć z nim twarzą w twarz, niż czekać, aż cierpliwy uśmiech Saracena wreszcie doczeka się swej godziny.
Deus vult, i do zobaczenia o brzasku!