W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34584
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34584
Poranek uderzył w nich znajomym bólem mięśni i chłodem, lecz tym razem znużenie ustąpiło miejsca czemuś innemu. Wypełniła ich nowa, spokojna energia – siła ludzi z konkretnym planem. Po orzeźwiającej kąpieli i szybkiej zupie obozowisko zatętniło życiem, przeobrażając się w prymitywną pracownię.
Agnieszka od razu przejęła dowodzenie nad swoim projektem.
– Zanim zaczniesz swoją pracę, potrzebuję twojej pomocy. Rozpal, proszę, duży ogień i zagotuj tę całą misę wody – powiedziała, wskazując na ich największe gliniane naczynie.
Spojrzał zdziwiony.
– Całą? Po co? Przecież posłuży ci do popiołu.
– Właśnie dlatego – odparła, a w jej oczach pojawił się błysk wykładowcy. – Rzeczna woda jest twarda, niesie ze sobą węglan wapnia i magnezu. Użyta bezpośrednio, zmarnowałaby cenny ług na wytrącanie soli. Gotowanie usuwa twardość; miękka woda zyskuje na wydajności w procesie chemicznym. Liczy się każda kropla.
Przytaknął. Obejście oficjalnie stało się laboratorium.
Woda zaczęła wrzeć, przygotowała stanowisko. Ze spichlerza przyniosła płaski, szeroki kosz i wyłożyła go złożonym na czworo, gęstym workiem. Oparła konstrukcję na kamieniach, po czym podsunęła pod spód puste naczynie.
– Zrób mi kilka foremek na mydło… – przerwała milczenie. – Myślę, że dziesięć sztuk wielkości pięści wystarczy.
Wydobył glinę z dołu, dłońmi uformował nieregularne miseczki i ustawił je w cieple ogniska.
– Dobrze, teraz idę do Kwiecisza po siekierę – rzucił, otrzepując dłonie.
Starzec czekał na niego.
– Słowo rzekłem, słowa dotrzymam – mruknął, podając mu narzędzie. Poprowadził go na skraj lasu, do niewielkiego zagajnika. – Rąb te o grubości ramienia. Te na liny najlepsze; kora jeszcze miękka, a już krzepka – poradził starzec, po czym ruszył w stronę obejścia.
Stanął przed pierwszą, smukłą lipą. Uderzył siekierą nieporadnie. Wstrząs przeszył dłonie, dotarł aż do ramion, a ostrze ześlizgnęło się po gładkiej korze. Drugie, zbyt słabe, odbiło się z głuchym odgłosem, nie zostawiając prawie śladu. Zacisnął zęby. Skupił całą siłę i frustrację w kolejnym ciosie. Tym razem ostrze z mięsistym mlaśnięciem wgryzło się w białe drewno.
W tym samym czasie, w ciszy obozowiska cierpliwie przelewała gorącą, „miękką” wodę przez kosz wypełniony popiołem. Po chwili z dna filtra skapnęły pierwsze krople. Ciemny, niemal czarny, oleisty płyn sączył się miarowo do podstawionej misy, wydzielając ostry, drażniący nozdrza zapach – obietnicę czystości i sukcesu.
W lesie rozległ się ostry trzask pękających włókien. Odskoczył w porę. Pierwsza lipa, z głośnym szumem łamanych gałęzi, zwaliła się na ziemię. W powietrzu rozszedł się zapach świeżej żywicy i poruszonych liści. Z pobliskich krzaków poderwał się spłoszony rój ptaków, ich przestraszony świergot na chwilę wypełnił ciszę po upadku drzewa. Zasapany, oparł się o siekierę. Patrzył na swoje dzieło.
On przeliczał satysfakcję na huk walących się pni. Ona szukała jej w miarowym kapaniu ciemnych kropli – cichym świadectwie procesu powoli, lecz nieuchronnie przekształcającego materię. On ujarzmiał świat siłą; ona – wiedzą i cierpliwością. Dwa różne języki, ale ta sama opowieść o tworzeniu.
W południe czwarta lipa spoczęła na ziemi. Opadł na pień. Omiótł wzrokiem pobojowisko, łapczywie chwytał powietrze. Usłyszał za sobą szelest.
– Ledwo cię znalazłam. Nasłuchiwałam odgłosu rąbania, a ty sobie tutaj w ciszy siedzisz… czy ty mnie unikasz? – zapytała zaczepnie z uśmiechem.
Ledwo łapiąc oddech, wskazał tylko ręką na powalone pnie.
– Zjedz coś, mój ty Wyrwidębie – podała mu miskę zupy z czułością – bo nie będziesz miał sił na realizację reszty planu.
– Co z miksturą? – rzucił między haustami zupy.
– Wydaje się dobra, ale wszystko wyjdzie w praniu – odpowiedziała z wymownym uśmiechem.
– Dość tego gadania, robota czeka – wstał, oddając jej pustą miskę. – Dziękuję – cmoknął ją w policzek.
Wybierał kolejne drzewka, omijał te zbyt cienkie i zbyt grube. Uderzenia zyskały na pewności i głębokości. Odnalazł już swój rytm. Późnym popołudniem leżało dziesięć drzew. Omiótł je wzrokiem. Walczył o oddech, czując w piersi satysfakcję.
– Dałem radę. Brawo ja.
W tym czasie ona kontynuowała swoją pracę. Ług wciąż nie osiągnął pożądanej mocy, z uporem przelewała ciemną ciecz przez świeże warstwy popiołu, aż zużyła cały zapas. Dążyła do najwyższego stężenia – każda kropla była cenna.
Operował ostrzem delikatnie, oszczędzając korę. Odrąbał konary, po czym nożem naciął i odwarstwił długie, szerokie pasy łyka. Plecy pulsowały tępym bólem. Zwinął płachty w ciasne rulony. Ponownie przelała ciecz do górnego kosza, by uzyskać maksymalne stężenie.
Wsunął ręce w środek rulonu, zarzucił go sobie na ramiona i ruszył w stronę chaty. Gdy Agnieszka z Gniewkiem go dojrzeli, podbiegli, by ulżyć mu w ciężarze.
– Zostało mi jeszcze dziewięć takich – powiedział zasapany.
– Mogłeś pracę rozłożyć na dwa dni – zganiła go, zgarniając liście z ramion. – Żebyś tego zdrowiem nie przypłacił!
– Muszę oddać siekierę. Nie chcę nadużywać życzliwości Kwiecisza – wytłumaczył się.
– Chodź, Gniewko, pomożemy, będzie szybciej – zarządziła.
Praca zamieniła się w powolny, wyczerpujący pochód. Wpadli w rytm wyczerpujących kursów: On, z zaciśniętymi zębami, dźwigał potężny rulon, a tuż za nim oni wspólnymi siłami nieśli kolejny. Kiedy rzucili na ziemię ostatni rulon, mrok całkowicie spowił obejście. Przykucnął, skrajnie wyczerpany, i posłał żonie blady uśmiech.
– Ale do rzeki zaniesiemy je dopiero jutro, dobrze?
– Dobrze. A teraz chodźmy spać.
Ujęła go za dłoń, zachęcając do wstania; wtedy dostrzegł na jej skórze czerwone, lśniące od wilgoci plamy – ślady po żrącym ługu. Choć uszkodzenia naskórka zdawały się płytkie, chemiczny ogień trawił jej skórę bez litości. Rozwarł szeroko jej palce, bez słowa badając każdy ślad cichej, niebezpiecznej pracy.
Ona w odpowiedzi ujęła jego dłoń; palcami dotknęła pękniętych odcisków i krwawiących ran. W milczeniu wymienili spojrzenia. Ten cichy gest wyrażał wszystko – ból, zmęczenie i szacunek dla ceny płaconej każdego dnia.
Długo nie mogła zasnąć. Pieczenie dłoni nie ustępowało. Obok mąż drżał w febrze zmęczenia; bolesne skurcze co chwilę wyrywały go ze snu.