Długo żył w biedzie. Na starość stracił większość zębów. Słowa już nigdy nie brzmiały tak samo, a gdy mówił, po twarzy mimowolnie spływała struga śliny. Często się wahał. Nie wiedział, co lepsze. Czy iść przed siebie z podniesioną głową, czy może zawrócić i schować się w swojej norze. Moment konsternacji był zawsze zauważalny dla innych. Mężczyzna przystawał na drodze i patrzył niepewnie w niebo, a później za siebie. Jakby czekał na głos kogoś mądrzejszego. Może nawet Boga.
Późno zrozumiał, że odchodzi. Ale nigdy tak naprawdę nie chciał żyć. Jego ziemska wędrówka była dziełem przypadku. Nie wierzył w siebie, ale w to, co mówili o nim inni. Raz w szkole poproszony do odpowiedzi rozebrał się na oczach wszystkich. To skutecznie zniechęciło nauczycieli do odpytywanek. Jako młokos uwielbiał przesiadywać przy starym fortepianie. Wyobrażał sobie wtedy, że jest kimś ważnym, a może nawet poetą. Czuł, że to, co go tak boli w trzewiach, to coś więcej niż chora wątroba czy nerki. Coś głębszego w znaczeniu i delikatniejszego w materii. Przeczuwał, że poetą jednak być może. Podkradał ojcu balony z winem, upijał się nim i zasypiał z głową na klawiaturze. Przyłapany następnego dnia nie ponosił konsekwencji. Nikt nie zawracał sobie nim głowy, toteż mógł robić co chce, choć przymus wykonywania koniecznych do życia czynności był wystarczającą katorgą. Nie mógł zrozumieć upływającego czasu ani zmian w sobie i w innych. Nie ufał swoim myślom i nigdy ich wystarczająco nie zgłębiał. Czuł samotność. Jako dorosły mężczyzna, tworzył pozory normalności. Witał się i żegnał z kulturą, a gdy naszła go ochota, ucinał krótkie pogawędki o błahych sprawach. Nienawidził swojej pracy. Mało zarabiał i ledwo starczało mu z miesiąca na miesiąc.
Jako starzec przed śmiercią przestał żałować sobie cielesnych uciech. Objadał się tłustym i kalorycznym jedzeniem, a wieczorami oddawał się samotnym erotycznym seansom zakrapianym tanim alkoholem. Gdy odchodził było cicho. Był sam. Cieszył się z tego, gdyż całe życie modlił się, aby nikt go nie zobaczył w tej jakże intymnej chwili. Miesiąc po zgonie, odkryto jego ciało. Całkiem przypadkiem. Ludzie pierwszego dnia wspominali go głośno, drugiego słychać było tylko szepty. Trzeciego dnia nikt już o nim nie pamiętał.
Hej, Marność.
Nie ma tutaj zbyt dużo do oceny, ale tekst w swoich kilkudziesięciu słowach potrafi zaciekawić, a nawet przejąć do pewnego stopnia. Fajnie byłoby zobaczyć z twojej strony coś bardziej treściwego.
Pozdrawiam!
Kapibara
Hej, Krzysztof Kapibara
Nie spodziewałam sie tak miłego komentarza, bardzo Ci za niego dziękuję, postaram się następnym razem, a na pewno będę próbować…
Pozdrawiam:)

Witaj. Ja też uważam, że to obiecująca wprawka przed czymś większym…
Poczekamy.
![]()
Dum spiro spero. Albo coś koło tego...
Witaj Fascynator
dziękuję Ci bardzo za komentarz, dzisiaj jestem szczęśliwym człowiekiem (przynajmniej z przedpołudnia
) tak to wygląda, czekam… jakieś coś przychodzi i zostaje strona, czasami dwie, ale tym razem będę ciągnąć za język.
Pozdrawiam:)
Witam :]
No jest tu trochę ładnego języka i swego rodzaju wizji – tekst jest spójny i o czymś – co rokuje nadzieje na przyszłość :)
Szkoda, że takie i krótkie i bez fantastyki.
Pozdrawiam
Podkradał ojcu balon z winem, upijał się nim i zasypiał z głową na klawiaturze. Przyłapany następnego dnia nie ponosił konsekwencji.
“Balony” raczej, bo przecież nie podkradał ciągle tego samego?
zobaczył w tej, jakże intymnej chwili.
Bez przecinka
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Witaj:)
Bardzo Ci dziękuję za komentarz i poprawki, no to sobie teraz narobiłam nadziei, że coś potrafię… i liczę na to, że będzie fantastycznie, czas zweryfikuje
Pozdrawiam
Witaj,
smutny koniec tekstu o samotności. Przypadł mi do gustu, pomimo swojej krótkiej formy. Bardzo mi szkoda bohatera, choć przynajmniej umarł, jak sobie życzył – w samotności. Życiowe to przestawanie mówienia o kimś – i znów smutna refleksja nad tym, że każdy może podobnie zniknąć z tego świata.
Pozdrawiam serdecznie!