- Opowiadanie: CZARNA2 - Pomornik III

Pomornik III

Tagi nie spe­cjal­ne. Do na­pi­sa­nia aku­rat tego opka na­mó­wił mnie dawno temu me­len­dur

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pomornik III

 

 

Stare, pa­skud­ne za­mczy­sko stało na kli­fie nad morzem wiecz­nie roz­kołysanym przez sztormy. Bez­dusz­ny wiatr z chęcią zdarłby skórę do kości temu, kto bez­czel­nie wszedł­by na skraj urwi­ska i ośmie­lił się kro­czyć wy­ło­żo­ną bia­łym ka­mie­niem drogą wzdłuż brzegu – je­dy­ną pro­wa­dzą­cą do po­nu­rej wa­row­ni, wspar­tej o skały gdzieś na koń­cach Nawii.

Hu­ra­gan ude­rzył, roz­bi­ja­jąc fale o klify, z im­pe­tem smagając słonymi rozbryzgami, cięż­ki wóz, to­czą­cy się ścież­ką. Woły ryk­nę­ły w pro­te­ście gdy po­stać na koźle sma­gnę­ła je batem bez prze­ko­na­nia po­na­gla­jąc do dal­szej drogi. Tempo mar­szu nie zmie­ni­ło się. Zwie­rzę­ta nie­chęt­nie sta­wia­ły krok za kro­kiem.

Sie­dlisz­cze było nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki. Męż­czy­zna cie­szył się, że wresz­cie spo­koj­nie prze­śpi noc. Po­trzą­snął głową, kiedy so­lid­na, rzeź­bio­na brama otwo­rzy­ła się z głu­chym ło­sko­tem. Zo­sta­wił przed nią wóz, wy­przągł zwierzęta i puścił je wolno. Za­brał ma­ho­nio­wy ko­stur ozdo­bio­ny róż­ne­go ro­dza­ju ko­ra­li­ka­mi, mi­ster­nie ople­cio­ny czar­ną dra­twą z me­ta­lo­wy­mi dro­bia­zga­mi i kru­czy­mi pió­ra­mi.

Po­wo­li prze­szedł pod ka­mien­nym łu­kiem, a wy­ry­te w nim znaki świe­ci­ły ła­god­nym zło­tym bla­skiem. Co chwi­lę zer­kał do tylu na po­zo­sta­wio­ny wóz. Przy­po­mniał sobie uciecz­kę z lo­chów, w których tkwił przez bardzo długi czas.

Czuł, jak moc przenika ciało podczas tej po­wol­nej wę­drów­ki ni­skim przej­ściem. Kolejne znaki w ko­ry­ta­rzu rozbłyskiwały, kiedy prze­cho­dził obok. Wie­dział, że wszyst­kie za­in­sta­lo­wa­ne pu­łap­ki uru­cho­mią się nagle, jeśli tylko moc go nie uzna za swo­je­go.

Na pu­stym dzie­dziń­cu tem­pe­ra­tu­ra było nieco wyższa niż na ze­wnątrz.

Spod od­rzu­co­ne­go kap­tu­ra uka­za­ło się chude ob­li­cze z cha­rak­ter­nym nosem. Twarz, naznaczona mnó­stwem drob­nych blizn, świe­cą­cych de­li­kat­nym, zło­tym bla­skiem, wy­glą­da­ła na sczer­nia­łą i z wy­ra­zu przypominała sępa. Naj­bar­dziej jed­nak przy­ku­wa­ło wzrok spoj­rze­nie po­dwój­nych, bursz­ty­no­wych tęczówek.

– Gal-Sal

Za­marł, sły­sząc szept do­bie­ga­ją­cy ze­wsząd, wże­ra­ją­cy się w mózg, a jednocześnie zadziwiająco miękki i subtelny. Miał wra­że­nie, że jest wi­ta­ny w domu z ogromną miłością. Bar­dzo chęt­nie by w to uwie­rzył­, gdyby nie na­ra­sta­ją­cy ból głowy. Po­wo­li od­wró­cił się w kie­run­ku ol­brzy­mie­go, bia­łe­go obe­li­sku ce­lu­ją­ce­go w niebo.

– Gal-Sal. – Ewi­dent­nie szept do­bie­gał właśnie stamtąd.

Męż­czy­zna przez mo­ment pa­trzył na wi­ru­ją­ce wokół ka­mie­nia kro­ple wody, oświe­tla­ne lekko przez ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca, skrzy­ły się bla­skiem. Czuł, jak ślepa moc prze­wa­la się przez niego obej­mu­jąc mac­ka­mi. Krew roz­sa­dza­ła żyły, kości sta­wa­ły się płyn­ną lawą, ścię­gna rwały jak sznur­ki, a mię­śnie pę­ka­ły ni­czym przej­rza­łe owoce, upa­da­ją­ce na ka­mie­ni­stą zie­mię.

– Je­stem – wy­char­czał wresz­cie przez za­ci­śnię­te zęby, nie­mal po­grą­ża­jąc się w ago­nii. Za­dzi­wia­ją­ce, że do tej pory nie znał swo­je­go imie­nia.

Cały ucisk i ból mo­men­tal­nie znik­nę­ły, a Gal­sal odetchnął spo­koj­niej. Po­wo­li spró­bo­wać podnieść się z po­zy­cji em­brio­nal­nej i wyprostować. Miał wra­że­nie, że znowu upad­nie, ale moc go pod­trzy­ma­ła. Po­pchnę­ła w kie­run­ku ko­lej­nych drzwi, roz­świe­tlo­nych zło­tym bla­skiem.

Prze­kro­czył próg. Przy­tul­ne wnę­trze roz­świe­tlało duże pa­le­ni­sko, do­oko­ła któ­re­go usta­wio­ne były ławy, kie­dyś za­ję­te przez po­mor­ni­ków dziś puste. Nagle za­tę­sk­nił za gło­śnym to­wa­rzy­stwem braci i ha­ła­śli­wy­mi chłop­ca­mi, któ­rych przy­gar­nę­li z ulicy. Na­miast­ka domu, jaką tu stworzyli wy­da­wa­ła się wtedy do­brym po­my­słem.

Po­krę­cił głową, od­py­cha­jąc po­nu­re myśli i zabrał się za je­dze­nie cze­ka­ją­ce na stole. Kto i jak je przy­go­to­wy­wał nigdy nie dane było mu się do­wie­dzieć, zresz­tą chyba nawet nie in­te­re­so­wał się tym. Za­zwy­czaj na blacie po­ja­wia­ło się wszyst­ko czego po­trze­bo­wa­li.

Późno w nocy Gal­sal piął się po scho­dach w wą­skim, ciem­nym ko­ry­ta­rzu, do­ty­ka­jąc zim­nych ścian po­prze­ci­na­nych zło­ty­mi świe­tli­sty­mi żył­ka­mi, nieco roz­praszały mrok.

Tam gdzieś, w któ­rymś z pokoi był Ko­shim. Moc mil­cza­ła, kiedy otwie­rał po kolei po­miesz­cze­nia pełne dłu­gich prze­źro­czy­stych pudeł, w któ­rych spali po­mor­ni­cy. Było ich tak wiele, usta­wio­nych rzę­da­mi na me­ta­lo­wych re­ga­łach. Prze­mknę­ło mu przez myśl, że twier­dza stała się prze­cho­wal­nią zu­ży­tych i nie­po­trzeb­nych rze­czy, a moc która daw­niej była tak dobra, uległa wypaczeniu. W któ­rym mo­men­cie to się stało? Nie potrafił określić.

Przy­glą­dał się każ­de­mu pudłu czy­ta­jąc czer­wo­ne na­lep­ki z na­zwi­ska­mi i da­ta­mi żad­ne­go z męż­czyzn nie roz­po­zna­jąc. Mieli dziw­ne ubra­nia nie pa­su­ją­ce do żad­nej znanej mu epoki.

Wróciła do niego ta jedna myśl, która na­wie­dza­ła go ostat­nio upo­rczy­wie i na­chal­nie:

Co jeśli Adela miała rację? Co jeśli jestem ostat­ni. Jeśli na mnie koń­czy się świat”.

Do­tar­ło do niego, że musi wy­bu­dzić nie tylko Ko­shi­ma, ale i całą resz­tę.

Błą­ka­jąc się po ko­ry­ta­rzach w końcu tra­fił na od­po­wied­nie drzwi. Otwo­rzył je i prze­szedł przez próg. Sala była pusta, nie li­cząc jed­ne­go, po­dłuż­ne­go pudła na samym środku. Pod­szedł do niego po­wo­li, cho­ciaż wszyst­ko krzy­cza­ło w nim, żeby za­wró­cić.

Za oszklo­nym wie­kiem zo­ba­czył męż­czy­znę. Na­chy­lił się bliżej, nie do­wie­rza­jąc własnym oczom.

– Co do cho­le­ry? – szep­nął, roz­po­zna­jąc wewnątrz pudła samego siebie.

Uwięziony po­mor­nik nagle otwo­rzył oczy. Miały kolor bursz­ty­nu i z niesamowitą siłą wcią­ga­ły go w sie­bie.

Gal­sal usły­szał jesz­cze dźwięk za­trza­sku­ją­cych się drzwi komory. Potem ogar­nę­ła go ciem­ność i uderzenie, które odebrało mu oddech.

Przebudził się gwałtownie. Przez chwi­lę na oślep macał do­oko­ła ka­mien­ne, wil­got­ne ścia­ny. Kiedy roz­po­starł ręce, mógł ich do­tknąć.

Smród, jaki wdarł się do jego nozdrzy, był nie do opi­sa­nia. Czuł gni­ją­ce od­pad­ki, kał, du­cho­ta zie­mi­ste­go odoru, a pod bo­sy­mi sto­pa­mi miał lepką maź.

Przez mo­ment za­sta­na­wiał się kiedy ścią­gnął buty i gdzie w ogóle jest. Ostat­nim, co pa­mię­tał, była twier­dza, do któ­rej wró­cił. Cał­kiem opusz­czo­na i zimna, więc skąd się tu wziął. Pró­bo­wał krzyk­nąć ale głos uwiązł mu w gar­dle i wy­do­był się z niego je­dy­nie skrzek.

Gdzieś z od­da­li roz­le­gło się szu­ra­nie, a krata nad nim została oświetlona sła­bym bla­skiem po­chod­ni. Ktoś sapał, tasz­cząc coś, krzyk­nął nie­wy­raź­nie i wia­dro z gni­ją­cy­mi reszt­ka­mi wlało się do stud­ni. Gal­sal ledwo usko­czył. Z góry do­biegł go śmiech i uj­rzał na­la­ną tłu­stą twarz, którą miał wra­że­nie, że już kiedyś wi­dział.

– Żryj, śmie­ciu. – Zda­nie do­peł­ni­ło splu­nię­cie w głąb jego wię­zie­nia.

 

Koniec

Komentarze

Używasz za dużo słów. O wiele za dużo. Skróciłbym go o połowę. Nie chodzi nawet o to, że nie wszystko wymaga określenia i opisu, ale o to, że cała dynamika opowieści grzęźnie. Dajmy na to takie zdanie:

 

“Smród jaki go otaczał był nie do opisania, gnijące odpadki, kał, duchota ziemistego odoru”.

 

Piszesz, ze smród był nie do opisania, a potem go opisujesz. Wspominasz, że otaczał protagonistę, ale to wiemy, bo narracja podąża za protagonistą od początku. Tworzysz kuriozalny zbitek “duchota ziemistego odoru”, który nie ma sensu, bo odór to przecież smród.

Cześć, Czarna2

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to: cieplejsza temperatura. 

Temperatura może być niższa lub wyższa. Jest tutaj trochę do poprawy, przecinki, budowa zdań, ale zaciekawiła mnie historia. Jako scenka wprowadzająca, bardzo dobrze. W takim razie czekam na rozwinięcie.

Pozdrawiam

Witaj. :)

 

Sprawy techniczne i moje sugestie oraz wątpliwości (zawsze jedynie do przemyślenia):

Stare (przecinek?) paskudne zamczysko stało na klifie nad wiecznie rozbujanym przez sztorm, (zbędny przecinek?) morzem. Bezduszny wiatr chciałby zedrzeć skórę do kości temu (przecinek?) kto bezczelnie wszedłby na skraj urwiska i ośmielił się kroczyć wyłożoną białym kamieniem drogą wzdłuż morza. – powtórzenie?

Huragan uderzył (przecinek?) rozbijając fale o skały, z impetem opluwając kropelkami, (zbędny przecinek?) ciężki wóz toczący się ścieżką.

Woły ryknęły w proteście, a postać na koźle smagnęła je batem (tu przecinek, jeśli chciałaś napisać, że „bez przekonania ponaglała”, albo….) bez przekonania (… albo tu przecinek, jeśli chciałaś napisać, że „smagnęła batem bez przekonania” – wybór należy do Ciebie, bo nie wiem, jaki był Twój zamysł :) )ponaglając do dalszej drogi.

Tempo marszu nie zmieniło się (przecinek?) bo zwierzęta niechętnie stawiały krok za krokiem.

Siedliszcze było niemal na wyciągnięcie ręki. Mężczyzna cieszył się, że wreszcie będzie mógł spokojnie przespać noc. – powtórzenie?

Potrząsnął głową (przecinek?) kiedy solidna, rzeźbiona brama otworzyła się z głuchym łoskotem.

Zostawił przed nią wóz (i tu?) wyprzęgając i puszczając zwierzęta.

Zabrał mahoniowy kostur ozdobiony różnego rodzaju koralikami, misternie opleciony czarną dratwą z przeplecionymi metalowymi drobiazgami i kruczymi piórami. – styl/powtórzenie?

Zabrał mahoniowy kostur ozdobiony różnego rodzaju koralikami, misternie opleciony czarną dratwą z przeplecionymi metalowymi drobiazgami i kruczymi piórami. Powoli przeszedł pod kamiennym łukiem, gdzie wyryte w nim znaki świeciły łagodnym złotym blaskiem.– czy aliteracja (ta i inne) celowa?

Powoli przeszedł pod kamiennym łukiem, gdzie wyryte w nim znaki świeciły łagodnym (przecinek?) złotym blaskiem.

Co chwilę zerkał do tylu na pozostawiony wóz, przypominając sobie swoją ucieczkę z lochów (przecinek?) gdzie przebywał bardzo długo.

Powoli przeszedł pod kamiennym łukiem, gdzie wyryte w nim znaki świeciły łagodnym złotym blaskiem. Co chwilę zerkał do tylu na pozostawiony wóz, przypominając sobie swoją ucieczkę z lochów gdzie przebywał bardzo długo. – powtórzenie?

Co chwilę zerkał do tylu na pozostawiony wóz, przypominając sobie swoją ucieczkę z lochów gdzie przebywał bardzo długo. – tu do przemyślenia, czy nie lepiej zabrzmi (?): Co chwilę zerkał do tylu na pozostawiony wóz, przypominając własną ucieczkę z lochów gdzie przebywał bardzo długo.

Czuł (przecinek?) jak moc penetruje ciało w tej powolnej wędrówce niskim przejściem.

Na pustym dziedzińcu temperatura było nieco cieplejsza niż na zewnątrz. – nieco wyższa/ było cieplej?

Twarz o mnóstwie drobnych blizn (przecinek?) świecących delikatnym (i tu?) złotym blaskiem (i tu?) wyglądała na sczerniałą i przypominała z wyrazu sępa.

Miał wrażenie, że witany jest z miłością w domu i bardzo chętnie uwierzyłby w to (i tutaj?) gdyby nie narastający ból głowy. Powoli odwrócił się w kierunku olbrzymiego (i tu?) białego obelisku, celującego w niebo.

Mężczyzna przez moment patrzył na wirujące wokół kamienia krople wody, oświetlane lekko przez ostatnie promienie słońca, skrzyły się blaskiem. – składniowy?, może tak zmienić kolejność (?): Mężczyzna przez moment patrzył na wirujące wokół kamienia krople wody – oświetlane lekko przez ostatnie promienie słońca, skrzyły się blaskiem/Mężczyzna przez moment patrzył na wirujące wokół kamienia krople wody; skrzyły się blaskiem, oświetlane lekko przez ostatnie promienie słońca.

Czuł (przecinek?) jak ślepa moc przewala się przez niego (i tu?) obejmując mackami.

Miał wrażenie, że znowu upadnie (i tu też?) ale moc go podtrzymała.

Popchnęła w kierunku ukazujących się kolejnych drzwi, rozświetlonych złotym blaskiem.

Przekroczył próg.

Przytulne wnętrze rozświetlone było przez duże palenisko, dookoła którego ustawione były ławy (przecinek?) kiedyś zajęte przez pomorników (i tu?) dziś puste. Zatęsknił nagle za głośnym towarzystwem braci i hałaśliwymi chłopcami (i tu?) których przygarnęli, bezdomnymi i porzuconymi. Namiastka domu, który tu dostali (i tu?) wydawała się wtedy dobrym pomysłem. – powtórzenia?

Kto i jak je przygotowywał (przecinek?) nigdy nie dane było mu się dowiedzieć, zresztą chyba nawet nie interesował się tym. Zazwyczaj na stole pojawiało się wszystko (i tu?) czego potrzebowali.

Późno w nocy Galsal piął się po schodach wąskim, ciemnym korytarzem (i tu?) dotykając zimnych ścian poprzecinanych złotymi (i tu?) świetlistymi żyłkami, nieco rozjaśniającymi mrok.

Tam gdzieś, w którymś z pokoi (i tu?) był Koshim.

Moc milczała (i tu?) kiedy otwierał po kolei pomieszczenia pełne długich (i tu?) przeźroczystych pudeł, w których spali pomornicy.

Było ich tak wiele (i tu?) ustawionych rzędami na metalowych regałach.

Przemknęło mu przez myśl, że teraz twierdza stała się przechowalnią zużytych i niepotrzebnych rzeczy, że moc (i tu?) która dawniej była tak dobra, sama stała się wypatrzona.

W którym momencie to się stało (i tu?) nie mógł powiedzieć. – powtórzenia?

Przemknęło mu przez myśl, że teraz twierdza stała się przechowalnią zużytych i niepotrzebnych rzeczy, że moc (i tu?) która dawniej była tak dobra, sama stała się wypatrzona. – ort. ? – tu nie miało być: „wypaczona”?

Przyglądał się każdemu pudłu (przecinek?) czytając czerwone nalepki z nazwiskami i datami (i tu?) żadnego z mężczyzn nie rozpoznając. Mieli dziwne ubrania (i tu?) nie pasujące do żadnej epoki (i tu?) jaką znał.

Mieli dziwne ubrania nie pasujące do żadnej epoki jaką znał. – ort.? – razem?

Co (przecinek?) jeśli Adela miała rację, co jeśli jest ostatni. Jeśli na nim kończy się świat”. – czy to nie zdania pytające?

Dotarło do niego, że musi wybudzić nie tylko Koshima (przecinek?) ale i całą resztę.

Podszedł do niego powoli, chociaż wszystko krzyczało w nim (i tu?) żeby zawrócić.

Nachylił się (i tu?) nie dowierzając.

Smród (i tu?) jaki go otaczał (i tu?) był nie do opisania, gnijące odpadki, kał, duchota ziemistego odoru, a pod bosymi stopami miał lepką maź.

Przez moment zastanawiał się (i tu?) kiedy ściągnął buty i gdzie w ogóle jest.

Ostatnim (i tu?) co pamiętał była twierdza, do której wrócił. Całkiem opuszczona i zimna, więc skąd się tu wziął. – czy to nie pytanie?

Próbował krzyknąć (przecinek?) ale głos uwiązł mu w gardle i wydobył się z niego jedynie skrzek.

Gdzieś z oddali rozległo się szuranie, a krata nad nim rozjaśniała się słabym blaskiem ognia z pochodni. – mocno mi tu zgrzyta styl (?)

Ktoś sapał (przecinek?) taszcząc coś, krzyknął niewyraźnie i wiadro z gnijącymi resztkami wlało się do studni.

Z góry dobiegł go śmiech i ujrzał nalaną (i tu?) tłustą twarz, którą miał wrażenie, że widział już. – końcówka nieco zgrzyta składniowo, może dać tam (?): Z góry dobiegł go śmiech i ujrzał nalaną tłustą twarz, którą miał wrażenie, że już kiedyś widział.

 

Szort wydaje mi się być swego rodzaju środkową częścią/rozdziałem/fragmentem większej powieści. Opisywane zdarzenia – niesamowicie realistyczne, wręcz czuje się, co tam spotkało bohatera. ;)

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

Bardzo dziękuję za komentarze, które dały sporo do myślenia.

Przede wszystkim, dziękuję bruce za jej wnikliwą analizę i wytknięcie przecinków, które są dla mnie prawdziwym utrapieniem.

Hesket bardzo się cieszę, że zainteresowałeś się pomornikiem, to dla mnie zaszczyt.

jerry piszesz, że użyłam za dużo słów. Moim zdaniem słowa budują atmosferę i klimat, a niektóre to po prostu kwestia stylu. Zdanie, które wskazałeś faktycznie jest, jak na moje pisanie nieco niezręczne. 

Moim zdaniem słowa budują atmosferę i klimat, a niektóre to po prostu kwestia stylu.

yessmiley

Każda sugestia jest tylko propozycją, mogę się mylić. :)

I ja dziękuję, pozdro! :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka