I
Jeszcze minutę temu istniał świat. A teraz nic już nie miało znaczenia.
Kałuża krwi przestała się powiększać – ziemia chełpliwie ją wchłaniała niby kaloryczny przysmak, na który można sobie pozwolić tylko od święta. Jeszcze minutę temu tryskała z tętnicy – wśród krzyków i szarpaniny, wśród desperackich prób zatamowania, naciskania z całych sił na ranę. Jeszcze minutę temu żarzyła się nadzieja.
A teraz?
Greta spojrzała na własne dłonie – umazane we krwi aż po paznokcie. Próbowała oddychać, ale powietrze ugrzęzło w płucach.
– Dlaczego? Dlaczego, Celeste? – zdołała wreszcie wydusić.
Celeste milczała, choć kilka godzin temu nie mogła usiedzieć w ciszy. Z zamkniętymi oczami i głową złożoną na mchu wyglądała, jakby po prostu zasnęła. Jakim cudem jej twarz mogła wyrażać taki spokój? Jak?! Po tym wszystkim…
Greta przyklęknęła, starając się nie spoglądać na rozszarpaną ranę – głębokie cięcie tuż nad obojczykiem. Drżącą ręką podniosła z ziemi nóż. Kropla krwi spłynęła po klindze, zatrzymała się na wierzchołku i oderwała w dół.
Kap.
Krzyk Grety Paganini rozdarł las.
II
– Ten rozkaz to żart, prawda? – Feniks uniósł plik kartek.
– Skąd to zwątpienie, pułkowniku? – Zachrypnięty głos niósł się echem po betonowym bunkrze.
Feniks się wzdrygnął. „Pułkowniku”… Gdyby jakikolwiek wojskowy sprzed Dnia Ostatecznego zobaczył tę ich armię, niewątpliwie wybuchłby śmiechem. Banda amatorów bawiących się w żołnierzyków, bez sensownych struktur i pojęcia o odpowiedzialności! Blad’!
Pokręcił głową i jeszcze raz wczytał się w akta.
Pierwsze nazwisko: chorąży Bob White – teleporter. Maksymalny zasięg: osiemdziesiąt kilometrów. Feniks szybko przeleciał wzrokiem po licznych szczegółach dotyczących mocy White’a – wyglądało na to, że przygotowano na ten temat istne opracowanie. Dotarł do wzmianki o kolejnym żołnierzu. Kapral Lars Huster – telekinetyk. Niewielki zasięg, kontrola do ośmiu obiektów jednocześnie, za to o imponującej masie, całe czterysta kilogramów. Feniks uniósł brwi. Nieźle.
Przewrócił stronę i mlasnął z niesmakiem. No i ona…
Podporucznik Greta Paganini – materializacja energii magicznej. Wiele form, głównie do walki w zwarciu.
– Ona cierpi, pułkowniku. Musi uwolnić się od własnej przeszłości. Potrzebujemy oddanych oficerów, niezaślepionych przez zemstę. Przecież zdajesz sobie z tego sprawę.
– Skończ te gierki – kontynuował Feniks. – Co to ma być? Wysyłanie trójki żołnierzy w samo serce Lasu Palatynackiego, by bronić obozu dla teleporterów i czujek? Bezwzględny rozkaz eliminacji każdego demona napotkanego na drodze? W co ty grasz? Przecież…
– Czwórki – przerwał mu głos. Wybrzmiały kroki. Z ciemnego końca bunkra wyłoniła się postać: odziana w białą szatą z kapturem na głowie. Na twarzy nosiła plastikową maskę, spod której spozierały zielone oczy. Postać uniosła dłoń zmęczonym ruchem i wskazała palcem na akta.
Feniks spojrzał na ostatnią stronę. Widniało na niej jeszcze jedno nazwisko.
– Sierżant Nikołaj Beria. Pirokinetyk – przeczytał.
Blad’!
III
Po piątej teleportacji z rzędu Greta zgięła się wpół, zasłaniając usta. Do samego końca nie była pewna, czy dzisiejszy obiad nie postanowi jednak powrócić na łono natury. Błędnik powoli dochodził do siebie, więc wzięła głęboki wdech i rozejrzała się po okolicy.
Gdzie wylądowali tym razem?
Drzewa pięły się ku górze, splatając przestrzeń siatką powykręcanych gałęzi, a tuż pod nimi wyrastały niskie świerki. Trzeba było skupić wzrok, by cokolwiek dostrzec, czemu wcale nie pomagało zachodzące słońce.
Zaklęła pod nosem. Dlaczego kazali wyruszyć im tak późno? Kto wpadł na ten genialny pomysł, by wysyłać oddział kilka godzin przed zmierzchem?
– Szlag by to… straciłem… sygnał telepatyczny… z placówką! – wydyszał za jej plecami Bob White. Każde słowo poprzedzały krótkie stęknięcia, zmęczenie aż wyciekało świstami spomiędzy zębów.
– Jesteś pewien, Bob? – zapytała Greta.
– Tak… – odpowiedział. – Szlag… Mówiłem im, żeby… dali mi czujkę, psia… mać!
Właśnie! Kto wysyła teleportera z całą grupą bez czujki? Co tej bandzie imbecyli wpadło do łba?! Co sobie myśleli? Że postawią go i każą przenieść się kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, a ten trafi ot tak do celu? To było na tyle głupie, że zakrawało o coś więcej niż niekompetencję. To zakrawało o…
– A może… zrobili to specjalnie? – wystękał Bob. – Może staliśmy się… niewygodni. I zostawili nas tu… na pastwę losu?
Greta odetchnęła. Prawie przyłapała się na snuciu teorii spiskowych. Dopiero gdy Bob podzielił się na głos swoimi przemyśleniami, dotarło do niej, jakie to idiotyczne. Musiała go powstrzymać, zanim rozgada się o podziemnej cywilizacji, która doprowadziła bronią chemiczną do apokalipsy. Szlag ją trafi, jeśli miałaby znów tego słuchać.
– Może… to…
– Skończ już, Bob. – Odwróciła się do teleportera.
Chorąży Bob White patrzył na nią spod zmrużonych powiek. Nie była pewna, czy to kwestia zmęczenia, czy w jego mózgu właśnie rodzi się kolejna szalona hipoteza. Teleporter wreszcie westchnął, otarł pot z łysej głowy – gładkiej jak powierzchnia jajka – i strzepnął go na ziemię.
– Co teraz, pani porucznik? – Drugi mężczyzna, wielki jak niedźwiedź, z czarnymi kudłami opadającymi na ramiona, stanął tuż nad nią. Mówił bez agresji czy wyższości, a jednak coś w jego tonie zdradzało, że najchętniej to on przejąłby dowodzenie w obecnej sytuacji.
Zobaczyła go pierwszy raz na oczy tuż przed misją. To był nagły przydział, równie niespodziewany jak rozkaz teleportacji późnym popołudniem, mimo że cały ranek siedzieli na dupie i dłubali w nosie. Sierżant Nikołaj Beria, pirokinetyk – taki nagłówek widniał na aktach, które otrzymała w placówce. Dwie kartki zapełnione rozmytym słowotokiem, niemówiącym absolutnie nic prócz pustych ogólników. Jakim cudem apokalipsę przeżyli akurat ci pieprzeni biurokraci, którzy z paru krótkich informacji potrafili stworzyć referat?
– Daj mi chwilę, sierżancie – odpowiedziała. – Bob, zdołasz nas przenieść? Jeszcze jeden raz?
Łysy chorąży obruszył się.
– Całą… czwórkę? Nie ma szans. Poza tym… dokąd?
Właśnie… Ściągnęła plecak i wyjęła mapę. Po poprzedniej teleportacji wylądowali w ruinach Haguenau, teraz mieli się przenieść w sam środek Lasu Palatynackiego, razem z drugą grupą, która wyruszyła kilka minut wcześniej. „Banalna misja” – tak twierdzili dowódcy. „Macie jak najszybciej odnaleźć obóz z naszym personelem. Jesteście jedyną ochroną, na którą mogą liczyć”. Niech ich szlag!
Bez czujki i telepaty koordynaty, które podano Grecie, były tylko zlepkiem cyfr. Gdyby na horyzoncie widniało jakieś pasmo górskie, może udałoby się rozszyfrować obecną lokalizację, lecz zewsząd spowijał ich las, a z każdą minutą ciemniało.
Ile by teraz dała za działający system GPS. Pieprzona Pieczęć…
– Greta, chyba powinniśmy wrócić do placówki – odezwał się ostatni z żołnierzy, Lars Huster, młodzik o przestraszonych oczach i policzkach obrośniętych nierównymi kępkami młodzieńczego zarostu.
– Nie „Greta”, tylko pani porucznik, to po pierwsze, kapralu Huster! – syknęła, bardziej, by podkreślić swój autorytet przed pirokinetykiem, niż ustawić młodzika do pionu. – Po drugie, nie damy rady. Bob?
– Dajcie spokój. Zrzygam się… przy kolejnej próbie przeniesienia, zobaczycie! A co dopiero całą czwórkę! Nie ruszam stąd dupy… do rana. – Teleporter rozsiadł się na ziemi i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, przybierając wyraz twarzy, który zapewne miał wyglądać groźnie.
Westchnęła cicho.
– Co robimy, pani porucznik? – zapytał pirokinetyk, teraz już ostrzejszym tonem.
Greta rzuciła mu krótkie spojrzenie. Sięgała ledwo jego klatki piersiowej, musiała zadzierać głowę, by w ogóle popatrzeć na tę paskudną mordę. Beria wyglądał, jakby za młodu ktoś przyrżnął mu w nos młotem kowalskim.
Wypięła pierś niewzruszona. Nie dziwiła mu się. Oto stało przed nim babsko młodsze o dwie dekady, jeszcze przed trzydziestką, z absurdalnym irokezem na głowie i gębą wykolczykowaną tak bardzo, że wystarczyło przyłożyć magnes, by nie mogło się ruszyć chociażby o pół metra. Ale to babsko było w tej chwili jego dowódcą, czy sobie tego życzył, czy nie.
Głęboki wdech. Już otwierała usta, by mu odpyskować, lecz tym razem powietrze ugrzęzło w płucach. To nie była misja jak poprzednie. Teraz pierwszy raz oficjalnie kierowała oddziałem. Już od początku ciążyła na niej odpowiedzialność.
A jeśli znów spieprzy sytuację? Jeśli…
Wydech.
– Czego nie zrozumiałeś w słowach „daj mi chwilę”, sierżancie Beria? – zapytała najspokojniej, jak potrafiła, pojedynkując się z nim na spojrzenia. Chłodny wzrok pirokinetyka wwiercał się w nią, cień rzucony przez wysunięte czoło sprawiał wrażenie, że jego oczy tonęły w czarnych otworach.
Po długiej ciszy Beria wreszcie odpowiedział formalnym tonem:
– Oczywiście, pani porucznik.
Obróciła się do reszty. Tym razem nie zawali!
– Słuchać mi tu teraz! – podniosła głos. – Mamy misję do wykonania. Nie chcę słyszeć żadnego marudzenia. Rozbijemy obóz. Nie tutaj, las jest zbyt gęsty, jeśli coś chciałoby nas podejść, to zauważymy dopiero, jak gardła będą bulgotać nam krwią. Bob, nawet nie komentuj, dopóki nie skończę mówić. Poszukamy polany. Opuść rękę, kapralu Huster, to nie wykład, nie interesują mnie twoje pytania. Damy Bobowi się zregenerować, a gdy się przejaśni, spróbujemy znaleźć punkt odniesienia, żeby określić naszą lokalizację. Czy wszystko jest jasne? Nie, to nie była zachęta do zadawania pytań. Czy wszystko jasne?
Niemrawe jęknięcie, koślawy salut i krótkie kiwnięcie głową. Zawsze coś.
Ruszyła przodem, tam, gdzie przez liście przebijało się najwięcej nikłego blasku. Pod stopami chrupały gałęzie, gdy przeciskała się przez lasek świerków. Słońce już niemal zaszło.
Sto metrów dalej błysnęły ślepia. Dwanaście par żółtych punkcików ze zwężającymi się w pionie źrenicami. Nie mrugały, podążały tylko żarłocznie za żołnierzami.
Dwanaście cieni bezszelestnie wtopiło się w las.
.jpg)
(Aleksandra Małaj)

IV
Ognisko buchało wysokim płomieniem, światłocienie igrały na drzewach, tańcząc hipnotyzująco.
Plecaki ustawili jeden przy drugim, by chwycić je w razie potrzeby i pognać dalej. Powyciągali tylko śpiwory, wodę i racje żywnościowe, czy też raczej supermarketowe konserwy i puszki z fasolą, które urosły do tego miana. Eden nadal pracował nad przygotowaniem ekwipunku dla armii – jedynie Greta i pirokinetyk mieli na sobie pełne umundurowanie do misji w terenie, resztę ubrano w wygodne kurtki, wygrzebane zapewne z jakiegoś sklepu dla pasjonatów surwiwalu.
Po szybkiej i dosyć milczącej kolacji, nie licząc Boba mruczącego pod nosem o zasadzkach i wysyłaniu grupy pod błędne koordynaty, zdecydowali o kolejności wart. Dwie osoby na straży, dwie odpoczywające. Teleporter jako jedyny miał przespać całą noc – nie trzeba było nawet go do tego przekonywać, ledwo wszedł w śpiwór, a po minucie już zaczął smacznie chrapać, zagłuszając kojące trzaski ogniska.
Greta odetchnęła. Omiotła spojrzeniem prowizoryczny obóz, sprawdziła, czy pirokinetyk na pewno śpi. Leżał na wznak, jak trup, wcześniej z trudem wcisnął się w śpiwór. Powoli przyzwyczajała się do jego obecności. Niewiele gadał, a i dzięki niemu nie musieli bawić się z rozpalaniem ogniska – pstryknięciem palców wzniecił płomień prawie tak wysoki jak on sam.
Rozsiadła się wygodniej, upewniła, że młodzik czuwa na warcie. Zamknęła oczy. Chwile takie jak ta potrafiły złapać ją za serce. Trzaski ogniska, pohukiwanie w oddali, brakowało tylko melodyjnego śpiewu i dźwięku gitary.
I Celeste. I Alexa. I Jakoba.
Wspomnienia znów natarły. Widma śmierci ubrane w naturalistyczny obraz: powykręcanych kończyn, ubrań nasiąkniętych krwią, zmiażdżonych ciał.
Jakież to ironiczne, że człowiek trwał przez tyle lat w przeświadczeniu o swojej niezniszczalności. Młodość rządzi się własnymi prawami, śmierć jest wtedy daleko, a wyobrażenie o niej to jedynie sfera domniemań, ciekawskie gdybanie. Aż przychodzi ten moment, w którym kły zatapiają się w skórze, wchodzą w nią jak w masło – wystarczy jedno kłapnięcie pyskiem. Kręgosłupy pękają jak zapałki, świadomość gaśnie w oczach w ułamku sekundy – wtedy dopiero dochodzi do człowieka, jak kruche jest ludzkie ciało. Jak sucha gałązka.
Greta musnęła palcem kolczyk przechodzący przez ucho. Cienki pręcik wyginał się niczym wąż, pełzał na całej długości małżowiny. Prezent od Celeste, po ich pierwszej podróży, jeszcze zanim opuściła Włochy na stałe.
– Śpisz? – szepnął młodzik.
– Śpisz, pani porucznik – poprawiła go, tym razem z żartobliwą nutą w głosie. Uniosła powieki. – Nie, nasłuchuję. I tak gówno widzimy, lepiej zdać się na słuch, jeśli coś ma nas zaatakować – skłamała.
Kapral Huster kiwnął głową, trochę nerwowo. Cień rzucany przez kędzierzawe włosy chłopaka zafalował na korze. Przypominał trochę Alexa, też zawsze sprawiał wrażenie nieśmiałego, ale gdy przychodziło co do czego, to…
To…
Zacisnęła pięść, drugą ręką wymacała dwa koliste kolczyki w lewym uchu. Alex nigdy nie silił się na ekstrawagancję, nie lubił wymyślnych zdobień.
– Byłem kiedyś tutaj – wypalił nagle młodzik.
– Tutaj, w Lesie Palatynackim, czy tutaj, na tym konkretnym zadupiu bez żywej duszy w promieniu dziesiątek kilometrów?
– W Lesie Palatynackim. Na wycieczce. Ojciec mnie zabrał, jeszcze za dzieciaka…
– Czyli kiedy, dwa lata temu? – przerwała mu. Już trzeci raz wylądował z nią w oddziale, wiedziała, że może sobie pozwolić na drobne przytyki.
Obruszył się na pokaz, próbując nieskutecznie ukryć uśmiech.
– Czyli dziesięć lat temu. Ojciec uwielbiał łazić po lasach, mieliśmy w piwnicy zawsze gotowe cztery plecaki dla całej rodziny. Na wypadek… w sumie nie wiem czego. Ale ojca to jarało. Zabierał mnie ze sobą po całych Niemczech, czasem na siłę. Uczył rozbijać namiot, rozpalać ognisko. Pokazał mi kiedyś, jak zrobić kuchenkę z puszki po groszku. Najpierw wycinasz…
– Udało mu się? – zapytała poważnie, sama nie wiedząc dlaczego. Nie powinna była.
– Tak – odpowiedział kapral Huster, lecz od razu spochmurniał. Wzrok latał mu od drzewa do drzewa. – Przynajmniej na początku. Zmarł po dwóch miesiącach od Dnia Ostatecznego. Zakażenie. Rozerwały mu rękę, nie mieliśmy żadnych leków, i tak ledwo udało nam się uciec.
– A reszta?
– Reszta? – zdziwił się.
– Mówiłeś, że mieliście cztery plecaki. Dla całej rodziny.
– Ach. Mamę zabiły od razu – mówił ze wzrokiem uważnie wlepionym w mrok. Bez marszczenia brwi, bez zaciśniętych ust. – Przetrwałem tylko ja i Jakob. W sensie, mój brat. Starszy.
Jakob. Co za zbieg okoliczności. Ręce same wyrywały się, by chwycić za złote septum łaskoczące ją tuż pod nosem. Powstrzymała się w ostatniej chwili, już czuła oddech na palcu.
– Jest w Edenie? Też dołączył do armii?
– Nie. Uciekaliśmy spod Berlina, tam urządziły istną rzeź. Kto był szybszy, temu się udało. Uciekliśmy na południe, uratowała nas grupa lokalsów spod Lübben. Potem przenieśliśmy się na mokradła, tam łatwiej było o obronę. Broniliśmy się zaciekle aż do listopada, zaczęły się mrozy i ataki osłabły. A potem… potem usłyszałem o Edenie.
– Ruszyłeś sam?
– Nie. Z Jakobem. Nie dotarliśmy zbyt daleko, ledwo do Hesji. – Lars mlasnął z niesmakiem. – Mój brat wymiękł. Gadał, że popełniliśmy błąd, że musimy zawrócić. Że Eden to tylko plotki, bezsens. Będziemy drałować kilkaset kilometrów, w mrozie, chowając się każdej nocy przed wrogiem, aż wreszcie dotrzemy… no właśnie, dokąd? Według niego to była tylko legenda, ludzie tak gadali, żeby się jakoś pocieszyć. No, teraz wiadomo, kto miał rację. – Uśmiechnął się, ale bez żadnej radości.
– Lars, czyś ty zostawił brata samego na pustkowiu? – Greta aż obróciła się w jego kierunku.
– To nie tak… – Młodzik zawiesił głos. – Pewnego ranka powiedział, że albo wracam z nim, albo wraca sam. Postawiłem się, zaczęliśmy się żreć, wrzeszczeć na siebie, rzucił we mnie kamieniem! No, obok mnie, prawdę powiedziawszy. Krzyczał, że matkę i ojca już stracił. I że nie chce patrzeć, jak brat wykrwawia się w jakichś ruinach w pogoni za bajkami. Wygarnąłem mu, że jest pieprzonym tchórzem, że… – Zamilkł nagle, aż sam chyba tym zaskoczony. – Byliśmy za głośno. Wypatrzyły nas. No, raczej usłyszały. Jakob ledwo uciekł, widziałem już, jak te pazury prawie go rozrywają. Pieprzone demony! Jednego udało mi się pokonać, przydusiłem go do ściany, aż farba puściła mu uszami. Ale w oddali widziałem już kolejne. Większe. Nie wiedziałem nawet, w którą stronę uciekam. Potem próbowałem wrócić w to samo miejsce, poszukać jakichś śladów Jakoba, ale… nic. Zupełnie nic. – Wziął głęboki wdech. – Ale wierzę, że on żyje. Był… Jest teleporterem. Słabo radził sobie z przenoszeniem kogoś, ale sam mógł pokonywać naraz wiele kilometrów. Wiadomo, to nie poziom Boba, lecz mam nadzieję, że dotarł z powrotem na mokradła.
Chciała powiedzieć, że też ma taką nadzieję. Nie odezwała się. Rozpalanie tej płonnej wizji mogło tylko skrzywdzić chłopaka. Lepiej, by skupił się na celu, nie na marzeniach.
– Dlatego ta misja jest tak ważna, Lars – zaczęła, gdy już poukładała sobie w głowie myśli. Nigdy nie była dobra w moralizatorskich przemowach. – Jeśli uda nam się… – zmarszczyła nos – po tym, jak uda nam się dotrzeć do celu, jak pomożemy reszcie z założeniem obozu, lada moment, a teleporterzy i czujki wyruszą w poszukiwaniu ocalałych. I wtedy… mówiłeś, że z bratem trafiliście gdzie?
– Lübben. Później przenieśliśmy się dalej, w głąb lasu.
– To chyba niedaleko stąd. Dlatego lepiej skupmy się, żeby zrobić naszą robotę. Po założeniu obozu może właśnie tam wyślą pierwsze oddziały poszukiwawcze.
– Tak jest. – Wyszczerzył zęby. Zanim zdążyła coś powiedzieć, dodał: – Pani porucznik.
Mały gnojek. Zreflektowała się, że sama się uśmiecha, że zapomniała na chwilę o ognisku, o mroku lasu i o tym, co w tym lesie mogło czyhać. Momentalnie zesztywniała i powędrowała wzrokiem pomiędzy drzewa.
– A pani porucznik… – Kapral Huster musiał zauważyć jej reakcję, mówił teraz ciszej i mniej pewnie. – Jak to wyglądało u pani? Ten kolczyk… to pamiątka, prawda? Po pani rodzinie?
Nie wiedziała nawet, że ciągłe łapie się za wężowy pręcik. Nagle odzyskała czucie w palcach, uderzyła ją śliska powierzchnia, pojedyncze uszkodzenie materiału. Zabrała dłoń, jakby oparzona.
Jej Dzień Ostateczny? Pamiątka po rodzinie? W sumie to tak. Nigdy ich tak nie nazwała, ale po takim czasie, po tylu latach – to była rodzina. Musiała być.
Alex, ten słodki cwaniak, którego na zmianę nie cierpiała i uwielbiała. Wlewał w siebie litry alkoholu, a i tak na drugi dzień wstawał jako pierwszy i wkurwiał wszystkich biciem w bęben. Mówił, że na kaca najlepsze jest cierpienie. Greta dotknęła ucha. Trzy proste kolczyki, srebrne kółka. Cierpiał najdłużej ze wszystkich. Rozszarpały mu obie nogi, wykrwawił się na śmierć, wyjąc przez cały ten czas.
Jakob – jedność z naturą. Chyba nigdy tak naprawdę go nie znała. Nikt go nie znał, może nawet i on sam siebie? Zwykle milczący, lecz nagle potrafił się rozgadać, często na tematy, o które nikt go nie podejrzewał. Ale znacznie częściej po prostu o naturze. O lesie. O ptakach. Greta poczuła ciepło od kolczyka w nosie. Milczał też wtedy, gdy ten potwór miażdżył mu tors. Nawet nie pisnął z bólu, mimo że przecież jego oczy świeciły tak bardzo. Co to było? Strach? Tęsknota? Nigdy się nie dowie.
I Celeste.
Greta wzięła głęboki wdech, ugryzła się w wargę.
– Jak u każdego. Krew i śmierć – odpowiedziała zdawkowo. – Tak. Pamiątka po rodzinie.
Miała ich znacznie więcej. Część na twarzy, część głęboko w plecaku, na samym dnie plecaka. Dostawała je zawsze na urodziny, od każdego z grupy, co rok. Teraz były dla niej rytuałem. Codziennie je zmieniała, przynajmniej jeden. Żeby nie zapomnieć. Bo nikt inny pewnie już nie pamiętał…
Trzask gałęzi.
Dłoń sama pomknęła do kabury, wysuwany nóż zadźwięczał w powietrzu. Greta stała już w gotowości, wodząc wzrokiem od drzewa do drzewa. Zagubiony zwierz lub ptak? A może…
Wystawiła palec i kiwnęła przed siebie. Kapral Huster wzniósł dłonie, a cztery przygotowane wcześniej pochodnie wysunęły się z ogniska i wzleciały w powietrze, po czym śmignęły w mrok, lawirując pomiędzy pniami. Las zajaśniał.
Greta zrobiła parę kroków przed siebie, schylona, z ostrzem przy ziemi. Przeskakiwała wzrokiem z jednej pochodni na drugą, z drugiej na trzecią. Uniosła dłoń i wyprostowała palce. Kapral zrozumiał, bo już po chwili każda z płonących gałęzi zatrzymała się, lewitując pionowo.
Charkot. Tuż za nią.
Obróciła się, serce podeszło jej do gardła. Chciała rzucić wiązanką przekleństw, gdy doszło do niej, że źródłem ostatniego dźwięku był Bob, który właśnie przewrócił się na wznak i bulgotał teraz z wywiniętymi wargami, nadal pogrążony we śnie. Metr od niego stał pirokinetyk, zwarty i gotowy. Nawet nie słyszała, kiedy wywlekł się ze śpiwora. Dobry był.
Wsłuchała się w las. Trzask ogniska, hulający wiatr, szum liści, donośne pohukiwanie, ale gdzieś daleko. Wysokie, raz krótkie, a po czasie dłuższe, dynamiczniejsze. Puszczyk zwyczajny.
Uśmiechnęła się pod nosem, ciepło rozlało się po klatce piersiowej. Jakob zawsze wsłuchiwał się w las, kiedy tylko nocowali pod namiotami. Nieraz ona czy Celeste znajdowały go, gdy cała reszta poszła już spać, leżącego na gołej trawie i chłonącego naturę. Dziwak był z niego.
Był…
Otrząsnęła się ze wspomnień, wróciła do rzeczywistości. Palec w górę, następnie ku sobie. Pojedyncza pochodnia przypłynęła wolnym ruchem i zawisła kilka metrów nad jej głową.
Greta zanurzyła się głębiej między drzewa, tam, gdzie było więcej miejsca. Dostrzegła coś. Miała nadzieję, że się myli.
Odbite ślady. Wżarte w glebę, każdy o konturze z trzema grubymi pazurami. Zaczęła je liczyć. Cztery, dwanaście, dwadzieścia… cholera, dużo.
Były tu.
Wzięła garść ziemi i roztarła ją kciukiem na dłoni. Sucha. Czyli ślady nie były świeże. Jeśli demony tu grasowały, to dawno temu – zapewne minęły dni, tygodnie. Mogły być już daleko.
Przesunęła dłonią po udzie, natrafiła na ciasno obwinięty pas z pięcioma zaczepami. W każdym z nich spoczywał nóż z okrągłym wpustem na końcu rękojeści, wielkością idealny dla palca. Zanurzyła opuszki w trzech z nich, sprawdzając, czy nie wysunęły się ze swoich pozycji. Wszystko grało. Sprawdziła wyżej, musnęła drugą kaburę, by rozkład ciężaru powiedział jej, czy w środku jest ostrze. Było. Byleby nie dotknąć rękojeści…
Wyprostowała się, ciągle w nożem w pogotowiu. Zmarszczyła brwi. Czegoś tu brakowało. Czego?
Wsłuchała się. Cisza. Puszczyk przestał pohukiwać.
Trzask.
Nadbiegły z prawej strony. Pierwszy rzucił się w gigantycznym skoku, ledwo go dojrzała. Rząd zębisk jak sztylety, trzy pazury sięgające jej twarzy. Zanurkowała pod monstrum, pchnęła nożem na ślepo. Ostrze zagłębiło się aż po rękojeść, poczuła ciepło wylewające się na dłoń, a zaraz za nim zabrzmiał ryk, który zatrząsł całym lasem.
Drugi potwór zwalił się wprost na Gretę. Przygniótł ją cielskiem do ziemi i rozwarł paszczę. Z ledwością odchyliła się przez kłapnięciem – ułamek sekundy spóźnienia i skończyłaby z rozłupaną czaszką. Spomiędzy zębisk wypłynęła strużka śliny, skapnęła wprost na policzek Grety. Pchnęła nożem wprost w skroń bestii, lecz ta uderzyła wcześniej – przyszpilała jej rękę do ziemi, pazury zacisnęły się na przedramieniu, mięśnie rozerwał ból.
Lewą nadal miała wolną. Zanurkowała ku kaburze przy udzie. Ledwo tknęła palcem rękojeść – całe jej ciało zalał żar i lód. Zesztywniała, przez sekundę potwór przestał istnieć.
Nie… nie, nie! Celeste!
Cofnęła dłoń, a rzeczywistość uderzyła ze zdwojoną siłą, śmierdzący oddech przewiercił się przez nozdrza. Potwór kłapnął paszczą, zanurzył kły w ramieniu Grety. Wrzasnęła, próbując się wyrwać, sięgnęła do pasa z nożami. Wyszarpnęła jeden i krótkim pchnięciem zanurzyła go w gardzieli demona. Przeciągłe charknięcie zamieniło się w przerywany bulgot, lecz ze ślepi nadal biła prymitywna wściekłość. Greta nie czekała. Oderwała od siebie monstrum kopniakiem i jednym susem skoczyła do pionu.
Skupiła moc w dłoniach, przelała energię w stal. Oba noże zabłysły na niebiesko. W blasku zamajaczyły kolejne sylwetki.
Oddział! Greta obróciła się. Przez chwilę strach zatrzymał jej serce.
Bob stał tyłem do ogniska, w jednej ręce dzierżąc nóż, a w drugiej pochodnię, tuż obok niego pirokinetyk celował w dwa zbliżające się potwory, przed jego palcami płonęły czerwone pociski. Lars radził sobie chyba najlepiej. Właśnie cisnął jednego demona o konar wielkiego buka, a drugiego trzymał w telekinetycznym uścisku, kilka metrów nad ziemią.
Dawali sobie radę. Świetnie. Greta obróciła się, już spokojniejsza. Miała robotę do wykonania.
Dwa demony zaczęły ją osaczać, oba z przeciwnych stron. Trzeci czaił się na wprost. Skierowała noże na boki, niebieska łuna podążyła za nimi niczym futurystyczna latarka. Wyszczerzyła się do monstrum przed nią i prowokująco kiwnęła głową.
No dawaj!
Rzuciły się wszystkie naraz, niemal synchronicznie. Greta także wystartowała naprzód, ciało nisko, głowa przy ramieniu. Nie dała potworowi czasu na atak, pchnęła – klinga wbiła się w czaszkę jak w masło, rozpołowiła ją w mgnieniu oka. Greta zderzyła się z bezgłowym cielskiem, tym razem przygotowana. Pęd martwego demona wyhamował ją, odbiła się, skoczyła ku pozostałym potworom. Cios bestii nadszedł z lewej. Zanurkowała pod pazurami, cięła na odlew. Włochata kończyna spadła z głuchym pacnięciem na ziemię.
Z boku! Greta ledwo umknęła przed pazurami, które rozorały ziemię w miejscu, gdzie przed chwilą stała. Drugi potwór zniknął jej z oczu. Zaszurała stopą po półkolu, zakreśliła ręką ten sam ruch – niebieskie światło odkryło ciemność i biegnącą sylwetkę. Demon próbował zajść ją od tyłu.
Monstrum z odciętą ręką zaatakowało wcześniej. Z piskliwym rykiem wybiło się naprzód, uniosło pozostałą kończynę. Rzuciła prędko nożem, nie miała czasu celować. Ostrze trafiło prosto w tors – najpierw niebieska poświata rozcięła kosmatą skórę, a zaraz za nią stal spenetrowała wnętrzności. Greta uniknęła lecącego cielska, które przyrżnęło z łoskotem w pień. Zwaliło się na ziemię bez ruchu.
Wsunęła palce w trzy noże do rzucania, wyszarpnęła je z rzemieni i wtłoczyła energię magiczną. Zabłysły na niebiesko. Uformowała mocą nowe ostrze, dłuższe, bardziej zabójcze. Drugą ręką podążała za biegnącym potworem, oświetlając mknący kontur. Monstrum pędziło po spirali, zbliżało się.
Rzuciła pierwszym ostrzem. Minęło łeb stwora, przebiło drzewo na wylot i ugrzęzło gdzieś w krzakach. Drugi rzut – piskliwe wycie wstrząsnęło jej bębenkami. Trafiony. Ale monstrum nadal żyło. Skręciło nagle, wprost na nią. Ślina ściekająca z pyska, krew na pazurach, prymitywna wściekłość w ślepiach.
Trzecie ostrze utkwiło w czaszce, gniewny blask zgasł momentalnie. Demon padł martwy.
Odetchnęła. Coś zabulgotało u jej stóp. Pierwszy potwór, ten, któremu rozcięła bebechy, zwijał się pod drzewem i popiskiwał. Raz kulił się w pozycji embrionalnej, a raz próbował pełzać przed siebie. Z rozciętego brzucha biło ciepło, para płynęła w górę jak fala.
Zostawiła dogorywającą bestię i obróciła się do pozostałych.
Bob siedział na gałęzi, ściskając zakrwawiony nóż. U podnóża pnia, podziurawiony na łbie jak ser szwajcarski, spoczywał demon z wywalonym na wierzch jęzorem. Trochę dalej, wśród poczerniałych krzewów, wrzucono dwa kolejne truchła. Włosie miały spalone, skórę obrastały czerwonawe plamy, oczy musiał wyżreć płomień, bo z pustych oczodołów biła czerń. Jeszcze jeden leżał już na ziemi. W torsie zionęły niewielkie otwory, wszystkie na wylot, zwęglone na krawędzi. Greta zakryła nos. Uderzył ją swąd palonego mięsa.
Zerknęła na pirokinetyka. Grzebał w plecaku, zupełnie niewzruszony. Także ją zauważył, otarł usta, ich wzrok spotkał się na chwilę. Utwierdzała się w przekonaniu. Był dobry. A jednak… zabił tylko trzy.
Lars pojawił się tuż przy niej, z ustami wygiętymi w dziwnym grymasie, jakby próbował się nie uśmiechać, lecz jednocześnie czekał, by ktoś go pochwalił. Gdyby miał ogon, to merdałby nim teraz na lewo i prawo.
Do dwóch, które zabił wcześniej, dołączył jeszcze jeden – rozerwany wpół, tylne łapy ugrzęzły na niskim świerku, przednie wraz z łbem plasnęły o glebę. Pomiędzy obiema połówkami ciągnęła się rzeka krwi upstrzona pasem różowawych wnętrzności.
– Brawo, kapralu – stwierdziła.
Telekinetyk tak potężny, by miotać setką kilogramów kupy mięśni prawie jak zabawką. Młodzik miał potencjał.
Serce zabiło jej szybciej. Złapała się za pierś. Nie, to nie było to. Całe ciało drżało. Obejrzała się wokół. Nie tylko ciało. Drzewa chybotały się na boki, pojedyncze liście zaczęły spadać na ziemię.
– Wszyscy za mnie! – rozkazała.
Dwanaście pomniejszych demonów pośrodku jakiegoś pustkowia. Czego szukały? Pożywienia? Poza tym… dwanaście bestii w jednej grupie. To nie zdarzało się często, o ile coś nimi nie przewodziło. Lub nie trzymały się czegoś silniejszego.
Dźwięk narastał, ziemia już wyraźnie dygotała, drobne kamienie podskakiwały w rytm stukotu, ciężkiego i wolnego. To był… tętent? Tętent kopyt?
Greta ścisnęła nóż. Klinga jaśniała od energii magicznej wtłaczanej w powietrze. To mogło być za mało. Wystawiła drugą rękę tuż przy twarzy. Przed przedramieniem zaczęła wyrastać sieć niebieskich żył: powlekała powietrze, jakby w tym miejscu istniała jakaś przezroczysta ściana. Energia magiczna wiła się niczym korzenie – sięgała coraz dalej, łączyła się z innymi żyłkami, scalała, rosła, pęczniała. Wkrótce kanaliki były już tak gęste, że tworzyły przezroczystoniebieską warstwę o owalnym kształcie, z łuną okalającą cały las.
Zbliżało się, cokolwiek to było. Sam dźwięk – nie, teraz już huk – budował wyobrażenie sylwetki. To musiały być tony żywej masy.
Greta stanęła pewniej.
– Sierżancie Beria, szykujcie kulę ognia. Kapralu Huster, spowolnijcie go telekinezą. Bob, ratuj nas, jeśli coś pójdzie nie tak.
Pomniejsze nie polowały same w takich dużych grupach. Ale gdyby przewodził nimi humanoidalny, to byłoby ich jeszcze więcej, i to różnych. Albo stosowałyby jakąś strategię. Skoro nie humanoidalny…
Pierwszym, co wyłoniło się w niebieskim świetle, było powalone drzewo. Pień złamany wpół, łatwo jak zapałka. Potem kurz. Ziemia wręcz eksplodowała pod kopytami, zapadała się, strzelała na boki z każdym uderzeniem mocarnych odnóży.
Biegł na nich. Nie pędził, takie słowa nie pasowały do czegoś z takim cielskiem. Przypominał bawoła, lecz był masywny jak słoń, porośnięty gęsto futrem, lśniącym teraz od niebieskiej poświaty. Kopyta – wielkie jak ludzka głowa – wtapiały się w glebę, dominowały ją każdym stąpnięciem. Ryknął, strzępki śliny oderwały się od kłów. Pochylił łeb, wystawiając przed siebie monstrualne rogi. Dwa szpikulce celowały teraz w żołnierzy, zbliżały się z każdą sekundą. Drzewo na ich drodze trzasnęło, kopyta zrównały z ziemią pozostały pieniek.
– Teraz!
Greta poczuła żar nad ramieniem. Kula ognia wystrzeliła w stronę demona, przyćmiła niebieską poświatę żrącą żółcią. Zderzyła się z nozdrzami bestii i eksplodowała. Gretą szarpnęło, zaparła się, nie chcąc stracić równowagi.
Przeraźliwy ryk rozwiał dym, w którym tonął pysk demona. Bestią wstrząsnęło, włosie z pyska wyparowało, jeden róg prysnął gdzieś złamany u nasady. Eksplozja uniosła demona – przednie kopyta wystrzeliły w górę, odsłoniły kosmaty brzuch.
– Lars!
Greta rzuciła się naprzód z tarczą tuż nad głową. Śmignęła w dwóch susach pod gigantyczne cielsko, które wierzgało, stojąc na tylnych kończynach i rycząc żałośnie. Nie opadało. Kapralowi Husterowi musiało udać się je utrzymać w telekinetycznym uścisku, przynajmniej na chwilę.
Greta pchnęła nożem. Ostrze naparło na skórę, zatrzymało się, ledwo zatopiwszy w wierzchniej warstwie.
No dalej, do jasnej cholery!
Ścisnęła rękojeść i krzyknęła, dźgając mocniej. Ryk demona wstrząsnął lasem. Niebieska klinga zatapiała się coraz głębiej, lecz twarda skóra nie chciała całkiem ustąpić. Potwór wierzgnął nogą – ledwo drasnął Gretę kopytem, ale i tak odebrało jej dech w piersiach.
No, dawaj!
Dygotała od naporu. Ugięła kolana i wybiła się sprężyście w górę. Skóra bestii już ustępowała, już…
Klang! Ostrze złamało się wpół, odprysnęło.
Nie…
Greta poleciała naprzód, zderzyła się z napierającą masą. Potwór był niżej, Lars najwyraźniej już nie dawał rady utrzymać go w telekinetycznym chwycie.
Zaraz ją zmiażdży!
Ruch ku nodze, dłoń na rękojeści – pamięć mięśniowa była szybsza niż świadomość. Po palcach przeszedł prąd, skóra na nich spłonęła, zamarzła, umarła, znów ogień, lód, śmierć, krew, krew, krew!
NIE!
Krótki zamach i pchnięcie. Ostrze – wibrujące od energii magicznej – przebiło skórę, zanurzyło się w brzuchu demona. Greta zamłóciła w środku, wsadziła ją jeszcze głębiej, ciepło się rozlało, gdy sunęła po śliskiej tkance. Ryk narastał, wierzganie również, kopyto śmigało chaotycznie obok głowy podporucznik.
Cięła ślamazarnym ruchem, przebijając się przez jelita. Na coś natrafiła, bo bestia nagle zadrżała w konwulsjach.
– Szlag, nie dam już dłużej…
Tyle zdążyła usłyszeć, zanim ogromne cielsko wreszcie spadło. Tony masy naparły na cienką tarczę, Greta przywarła przedramieniem do policzka, wzięła haust powietrza w usta.
Potwór ją przygwoździł. Gdy uderzyła o ziemię, tarcza niczym szkło rozprysła na tysiące kawałeczków, które rozpłynęły się już zdematerializowane. Grecie coś strzeliło w nodze, zalała ją ciemność, a wraz z nią wypłynęły mokre wnętrzności z rozciętej rany – oślizgłe i cuchnące. Dusiła się. Nie mogła nawet ruszyć nogami, tonęła bezsilna w otchłani martwej masy. Dochodziły do niej jakieś odgłosy. Chaotyczne, przytłumione. Niezrozumiałe. Coraz ciszej.
Nie puściła noża nawet na chwilę, mimo że palił i mroził, mimo że wtłaczał w nią cierpienie, jak ciernie rozrastające się po żyłach. Reszta się rozmywała.
Tak jak wtedy. Dwa lata temu.
Coraz ciszej…
Kap, kap, kap.
Ciszej…
– Greta!
Odzyskała na chwilę oddech, truchło nieznacznie się uniosło. Ktoś pacnął ją po twarzy, po uchu, szarpnął za rękę, pociągnął boleśnie naprzód, wywlekając spod martwego potwora.
Zaczęła nabierać powietrze głębokimi haustami, prawie się zadławiła.
– Greta… – Lars trzymał ją za ramiona, drżąc. Nie widziała dokładnie, cała oblepiona krwią potwora, ale zdawało się, że chłopakowi szklą się oczy.
Dłoń już jej drętwiała, lecz nie zwalniała uścisku. Odkaszlnęła, wypluła kawałek czegoś śliskiego i mięsistego. Wolała nie wiedzieć, co to było.
– Pani… pft… porucznik – wychrypiała.
V
– Mówię ci, mają podziemne miasta zbudowane milenia temu. Sterują naszym losem od lat. Przejmują rządy, doprowadzają do konfliktów, pchają naiwnych do wojny. I później to samo, od początku. W nieskończone kółko. Uroboros.
W ostatnim słowie Bob White przeciągnął każdą sylabę.
Lars kontrolował kilka płonących pochodni – część z nich krążyła wokoło, by mogli dojrzeć już z daleka nadchodzące zagrożenie, część służyła za źródło ciepła. Chłód bijący od strumyka, który znaleźli, tylko pogłębiał mroźną noc.
Kiedyś to musiała być szeroka rzeka, teraz została po niej tylko brudnawa strużka leniwie spływająca pomiędzy kamieniami. Instytuty w Edenie miały rację. Rzeki i jeziora powoli wysychały od Dnia Ostatecznego.
Greta sprawdziła jeszcze raz kaburę. Nóż spoczywał już bezpiecznie w środku. Dłoń nadal ją piekła, choć podporucznik doskonale zdawała sobie sprawę, że to tylko fantasmagorie. Umysł chciał, by cierpiała – karał ją za podjęcie próby.
Cóż za absurd! Gdy tylko odważała się pomyśleć, żeby zostawić ostrze w kwaterze w Edenie, ból powracał mocniejszy. To była kara za zapomnienie czy też nawet za chęć zapomnienia. Nosić, by nie zapomnieć. Ale użyć… toż to jeszcze większe bluźnierstwo! To byłoby jak wybaczenie samej sobie tego, co zrobiła.
Wiedziała, że to durne i zwariowane – lecz nawet nie śmiała się buntować wobec tego bólu. Zasłużyła na niego.
Odłożyła kaburę tuż przy kamieniu, a następnie bezceremonialnie zrzuciła z siebie mundur, zostając tylko w przepoconym podkoszulku i bieliźnie. Prawie parsknęła, gdy dojrzała, że Lars piorunuje spojrzeniem własne buty. Pochodnie zaczęły nerwowo falować w powietrzu.
Zanurkowała do plecaka i stęknęła. Teraz, gdy adrenalina już opadła, ból dawał się we znaki coraz bardziej. Greta miała dwie dziury wielkości palca na ramieniu oraz kilkanaście mniejszych od zębisk demona, do tego obtłuczone żebra i całą twarz w zadrapaniach, ale najbardziej uwierała ją noga – musiała sobie coś naderwać, gdy monstrum zwaliło się na nią cielskiem.
Najpierw wymacała opakowanie, w którym trzymała resztę kolczyków. Zostawiła je na dnie, dziwnie uspokojona – one przynajmniej nie wzbudzały tak skrajnych emocji. Chociaż może to dlatego, że codziennie pielęgnowała rytuał ich pamięci. Gdyby nagle zapodziała nawet jeden, to wolałaby nie myśleć, co zgotowałby jej własny umysł.
Westchnęła. Znalazła zapasowe ubranie. Nachyliła się nad strumieniem, zebrała wodę w obie dłonie i chlapnęła w twarz. Wzdrygnęła się od zimna, trąc brudne ciało z krwi. Trzy pochodnie nagle podleciały bliżej.
Zerknęła na młodzika kątem oka. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, ale Lars od razu uciekł wzrokiem, by ocenić stan własnych butów. Pokręciła głową. Młodzik przez całą drogą wydawał się nerwowy, kilka razy próbował zacząć rozmowę, ale zawsze urywał ją w pół słowa.
– …dlatego wypuścili te mutanty. No wiesz, z sieci podziemnych miast zalanie całego świata potworami to pestka. To był pierwszy krok ich planu. Planu nowego porządku świata! – Bob kontynuował wywody, tym razem przyciszonym głosem.
Greta domyślała się, jaką minę ma słuchający go pirokinetyk.
– Chwila, Bob – rzuciła, doprowadziwszy wreszcie mundur do stanu, w którym nie przypominał już ubrania ściągniętego z trupa. Powstrzymała chichot. – Myślałam, że to były jakieś eksperymenty biologiczne. Że zmutowali ludzi na powierzchni.
– Też tak myślałem – odpowiedział Bob ze śmiertelną powagą. – Ale nie, to musiało być coś innego. Mutanty spod ziemi, tak, tak… na pewno!
Nie mogła się powstrzymać. Popatrzyła na pirokinetyka. Wpatrywał się w nią ze wzrokiem krzyczącym o pomoc. Parsknęła śmiechem.
– Pani po… – Lars wydukał coś pod nosem, ściskając mocniej dłoń. Pochodnie znów zafalowały.
– I teraz też co jakiś czas wysyłają swoich agentów, by nadal sprawowali nad nami kontrolę. Wniknęli już w struktury Edenu. Stąd ta samobójcza misja. Stąd te błędne koordynaty i brak czujki! – Bob doszedł do kolejnego etapu snucia opowieści: teatralnego gestykulowania. – Założę się, że ta druga grupa została wysłana właśnie po to, by nas zabić! Tylko jedna przetrwa!
Hipotezy teleportera powoli zbliżały się do granicy dobrego smaku. Należało je powstrzymać, zanim…
Podeszła do Boba, drapiąc się po uchu.
– Założę się, że dzisiaj – kontynuował teleporter – nas odnajdą i…
Od nagłego krzyku Grety ptaki wzbiły się w powietrze. Klęczała, łapiąc się jedną ręką za ucho, a drugą macając ziemię dookoła.
– Nie ma… nie ma… – mamrotała.
Dopiero teraz dotarło do niej, że w którymś momencie – czy to podczas walki ze stadem, czy może już, gdy przygniotło ją to monstrum – coś rozcięło jej ucho. A wraz z nim…
– Celeste… – wydukała. Ręce jej drżały.
– Pani porucznik!
Lars dopadł do niej, nachylił się, ściskając coś w dłoni. Podsunął ją pod twarz Grety i pokazał.
Wężowy kolczyk – przecięty w połowie. Jeszcze ze śladami krwi i ziemi.
Natychmiast go zabrała i przycisnęła do piersi.
– Przepraszam… jak wyciągaliśmy panią spod tego potwora, musiałem zahaczyć pani ucho… Naprawdę przepraszam. Był już ułamany od samego początku. Ja… nie chciałem, ja…
– Lars… – powiedziała, patrząc mu w twarz. Obraz rozmazywał się od łez. – Dziękuję.
Ścisnęła mocniej kolczyk. Nieważne, że był złamany, zawsze mogła go naprawić.
Celeste…
VI
Oglądali ten pokaz we trójkę, wodząc wzrokiem za teleportującym się Bobem. Syk implodującego powietrza, a następnie wysoko nad nimi jaskrawy blask i dźwięk, który zgodnie nazywali „pyknięciem”. To było już szóste podejście chorążego White’a. Za każdym razem, gdy się teleportował, coś nie wychodziło – albo pojawiał się zbyt daleko od gałęzi, nie mogąc jej chwycić, albo był zbyt wolny i zaczynał spadać, nim złapał się za drzewo. A na końcu zawsze to samo – przeniesienie tuż nad powierzchnię gruntu i bolesne zderzenie tyłka z glebą. Lars zaczął chichotać już po trzecim razie. Greta ledwo się powstrzymała.
– Czemu Bob po prostu nie teleportuje się kilka kilometrów nad ziemię? Mógłby porównać teren mapą i dowiedzielibyśmy się, gdzie jesteśmy – stwierdził Lars.
– Chwila, chwila, kapralu Huster. Nie mówiłeś czasem, że twój brat był… jest teleporterem? – Greta rozwinęła mapę.
– A co to ma do tego? – zapytał i od razu się poprawił: – Pani porucznik?
– Trochę wstyd nie znać zasad działania mocy kogoś, z kim się współpracuje. Jeśli Bob teleportowałby się wysoko, to potrzebowałby trochę czasu, żeby rozejrzeć się po okolicy. Niech będzie kilka sekund. Wiesz, co to oznacza?
– Co?
– Śmierć. Gdyby teleportował się z powrotem, prędkość by go zabiła. Hamowanie, jeśli mam być dokładna.
– Nawet jeśli teleportowałby się na ziemię? Dlaczego?
Mlasnęła. Chciała zgrywać mądralę, a teraz wyjdzie na idiotkę. No właśnie, dlaczego?
– Energia kinetyczna nie zeruje się po teleportacji – odezwał się niespodziewanie pirokinetyk. – Wartość energii kinetycznej sprzed i po przeniesieniu jest taka sama. Jeśli chorąży White zacznie spadać i nabierze pędu, to po teleportacji na ziemię zachowa nabraną prędkość. I wtedy… plask.
Oboje spojrzeli na niego pełni zdumienia. Zauważył to i wbił wzrok gdzieś na bok. Zaraz jednak kontynuował wywód:
– Problemów jest więcej. Głównie dotyczą przeniesienia wzdłuż południków. Spójrzcie – zaczął kręcić palcem wskazującym, cały czas wpatrzony w las – ziemia obraca się z inną prędkością na równiku, a z inną, niemal zerową, na biegunie. Wiadomo, daleko naszym teleporterom do możliwości przeniesienia na dystanse większe niż kilkadziesiąt kilometrów, ale wyobraźcie sobie, co by się wydarzyło w takim scenariuszu. W teleportacji z równika na biegun.
Wpatrzyli się w pirokinetyka.
– Wyrzuciłoby teleportera z ogromną prędkością… na zachód? – Greta przygryzła paznokieć. – Nie. Na wschód!
Lars uderzył pięścią o otwartą dłoń.
– To jest ten… tego! No! Siła Coriolisa! – wykrzyczał, dumny z siebie jak diabli.
– W rzeczy samej. – Beria spiorunował Gretę wzrokiem, błękitne tęczówki błysnęły… trudno było powiedzieć w jaki sposób. Złowrogo? A może wręcz przeciwnie? Opiekuńczo?
– Sporo wiesz na temat teleportacji – powiedział Lars.
Twarz pirokinetyka wykrzywiła się jeszcze dziwniej.
– Sporo wiesz na temat teleportacji, sierżancie – poprawił go, wychylając kąciki ust.
– Jest! Udało się, jasny gwint!
Bob machał do nich. Zachwiał się i krzyknął, ledwo utrzymując równowagę. Z góry spadło kilka liści.
Z lękiem obserwowali, jak teleporter się podnosi, drżąco stabilizując o pień. Gdy już stanął, odetchnęli z ulgą. Bob wypiął pierś i zaczął rozglądać się wokoło.
– Myślicie, że znajdzie tam jakichś reptilianów? – zażartował Lars.
Greta chciał dać mu kuksańca w żebra, ale się powstrzymała. I tak pozwoliła sobie na zbyt duże spoufalenie w trakcie tej misji.
Czekali. Wreszcie jaskrawy blask rozjarzył się tuż przed nimi, rażąc w oczy. Wyłoniła się z niego sylwetka Boba. Ewidentnie zmartwionego Boba.
– Słuchajcie, chyba jesteśmy bliżej, niż myśleliśmy – powiedział, nie patrząc im w oczy. – Ale mam złe wieści…
VII
Przedzierali się przez las gęsiego. Greta truchtała na przedzie, nadając grupie tempa. Noga nadal bolała ją jak diabli.
Teleporterowi udało się określić lokalizację. Poszukał wzgórza w okolicy, przeniósł się tam i znalazł wieżę obserwacyjną z podpisaną wysokością. Znajdowali się tylko pięć kilometrów od celu. Postanowili dotrzeć tam na pieszo, by Bob oszczędzał siły.
Greta była wściekła. Już od samego początku powątpiewała w kompetencje przełożonych. Armia Edenu – dobre sobie. Bardziej armia entuzjastów. Amatorzy, którzy działania zbrojne znali tylko z telewizji i gdyby dwa lata temu niebo nie zwaliło im się na głowy, to z pewnością nadal grzaliby dupę przed ekranem, nie mając zielonego pojęcia o wojnie. Oczywiście, Greta sama nie była lepsza. Tyle że ona przynajmniej nie oszukiwała się w tej materii.
Dlaczego oddziałowi nie przydzielono czujki? Skoro misja była tak ważna dla przyszłości Edenu i ratunku ocalałych na wschodzie, to kto zadecydował o tym bezsensownym przydziale? Wtedy w placówce powiedzieli jej, że pięć osób to za dużo. Głupota. Powinni w takim razie nie wysyłać tego pirokinetyka.
Greta jednak była zła przede wszystkim na siebie. Po pierwsze, mogła wtedy uprzeć się, by dostać czujkę. Po drugie… popełniła błąd, decydując o przeczekaniu nocy. Rozkaz brzmiał jasno. Dotrzeć do obozu jak najszybciej. A teraz?
Teraz – według relacji Boba – na tym pieprzonym odludziu były dwa giganty. Wnioskując po rozmiarze, zapewne Panowania, jak to nazywały instytuty. I akurat w miejscu, które wedle mapy pokrywało się z celem ich misji.
Czyżby się spóźniła?
– Pani porucznik? – Sierżant Beria zrównał się z nią, ledwo przyspieszając. Na dwa kroki Grety robił jeden.
– Co jest?
– To dla pani.
Trzymał nóż, rękojeścią ku Grecie. Kaburę na udzie miał pustą.
– Widziałem, jak poprzedni się złamał – kontynuował. – Mnie i tak się nie przyda.
Kiwnęła głową, chwyciła za broń i wsunęła do kabury. Pasował idealnie.
– Dzięki.
Nie odpowiedział, wychylił tylko kąciki ust ku górze i przytaknął.
– Co z demonami? – zapytał wreszcie, gdy truchtali już tak chwilę ramię w ramię.
Wzdrygnęła się. Serce przyspieszyło, ciepło w moment rozlało się po ciele. Ale przede wszystkim udo pod kaburą – ono zapłonęło żywym ogniem.
Demony… Mimo że tym razem teleporter był oszczędny w słowach, to według jego opisu wyglądały tak samo. Gigantyczne sylwetki wystające ponad wierzchołki drzew i skóra pokryta kamienno-drewnianą powłoką.
Nie pomyliłaby tego opisu z niczym innym.
Ogromne kończyny – dopiero teraz, z perspektywy czasu, mogła je opisać w ten sposób; wtedy to było coś nieopisywalnego, nogi-wieżowce, ręce-wieżowce, setki ton obrośnięte kamienną strukturą – sunące w zwolnionym tempie. Przesłaniały słońce, niebo, ziemia pękała pod ich naporem. Ciągle pamiętała, jak palce zgniatały kampera tak samo jak dziecko niszczy zamek z piasku.
To one odebrały jej najbliższych. To one zniszczyły jej świat. To one…
Celeste…
Kurwa!
Ugryzła się w wargę.
– Demony to sprawa drugorzędna. Priorytetem jest ratunek oddziału – odpowiedziała. Obróciła się, by spojrzeć na ciągle taksującego ją pirokinetyka i ściszyła głos. – Sierżancie Beria, w nocy ci odpuściłam, ale nie chcę, by się to znów powtórzyło. Rozumiemy się?
Momentalnie obrócił głowę.
– Nie wiem, o czym…
– Nie rób ze mnie idiotki. Zioniesz wódą, starasz się chuchać w inną stronę. Gówno mnie to obchodzi. – Uniosła rękę. – Rób, co chcesz, nie jestem despotką. Ale rób to po tym, jak już skończymy naszą robotę.
Nie odpowiedział.
– Rozumiemy się, Nikołaj?
– Ech, blad’. Tak, pani porucznik.
Perfekcyjnie. Uśmiechnęła się.
Las się przerzedzał. Ziemia drżała – z rzadka, raz na kilkanaście sekund, ale intensywnie. Wibracje niosły się kilometrami.
Gęstwina zniknęła. Mrok rozmył się niespodziewanie, jakby przekroczyli jakąś granicę, za którą okolica przemieniła się w polanę z wysoką trawą – teraz już odrobinę oklapłą i pożółkłą, a miejscami nawet z suchymi plackami gołej ziemi.
Przyjrzała się uważniej. Nie… to nie była wyjałowiona gleba. To były gigantyczne, kilkumetrowe ślady. Odbite płycej, niż się spodziewała – kształtem przypominające bardziej podłużne kopyto, a nie stopę. Dostrzegła kolejne szczegóły. Pozostałości namiotów – ciemnoczerwone płachty przygniecione kamieniami, wystające elementy stelaża. Wyrwane połacie ziemi na środku polany, z długimi śladami przeorania, głębokimi na tyle, że nie szło sięgnąć do nich wzrokiem.
– Do jasnej cholery… jak wielki to był obóz? Ilu ludzi… – wyszeptała Greta.
Za późno… przybyła za późno! Zarżnęli wszystkich… Może gdyby działała szybciej, gdyby wymyśliła jakieś rozwiązanie jeszcze przed zachodem słońca, to udałoby się ich uratować! A teraz… Wszystko na nic!
Stanęła, a za nią momentalnie zastygli pozostali żołnierze. Czuła, jak zamarza, jak serce przestaje bić. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
Kamper. Zapadnięty do połowy w ziemi, jakby przez nią wchłaniany. Powybijane szyby i zionąca z wnętrza pustka, czerń obdrapanych foteli – w kontraście do bieli lakieru. Brudnej bieli, przeżartej już rdzą i obrośniętej zachłanną naturą.
– Pani porucznik?
Czy to był jakiś pierdolony sen? O co tu chodziło? Dlaczego wszystko wyglądało jak dwa lata temu?
– Greta?!
Ocknęła się. Bob wskazywał palcem w górę.
Wyłoniła się spomiędzy wierzchołków drzew, jeszcze w oddali. Sama głowa, nic więcej. Zdeformowana czaszka o ostrych konturach – jak ociosana skała, którą zresztą była w rzeczywistości. W ogromnych oczodołach bił czerwony blask. Rozjarzał się i przygasał co kilka uderzeń serca.
Demon patrzył w ich kierunku. Nie dosłownie – coś tej postury pewnie jeszcze ich nie spostrzegło. Jego kroki dudniły, a wraz z nimi pękały drzewa, pnie padały obalone na ziemię w akompaniamencie furkotu ptaków. Ptaków i… czegoś jeszcze.
– Przygotujcie się. Dzielimy się dwójkami, Beria, ty ze mną, bierzemy całą polanę po lewej, Lars i Bob, wy lecicie na drugą stronę. Ratujemy, kogo się da, i spieprzamy, kiedy ten potwór się zjawi. Bob, nawet nie komentuj, tylko zepnij dupsko, bo tym razem mnie nie obchodzi, że zrzygasz się przy teleportacji.
– Greta, ale tutaj nikogo nie ma… – zaczął teleporter.
– Mówiłam. Nawet nie komentuj – syknęła.
Popatrzył na nią ze ściągniętymi brwiami. Odpowiedziała mu zdecydowanym kiwnięciem, by wziął się do roboty.
– Słyszycie? – Lars uniósł palec.
Każdy krok huczał jak grzmot, trudno było tego nie słyszeć. Ale… rzeczywiście, Lars miał rację. Dźwięki nadchodziły nieregularnie, o różnym natężeniu. Jeden potwór szedł w ich kierunku, a drugi… chyba się oddalał.
– Drugi demon… – zaczęła Greta, ale kapral Huster od razu jej przerwał.
– Nie… nie o tym mówię.
W ciężkim huku rozrywanych drzew przedzierał się jakiś inny dźwięk – znacznie wyższy, powtarzalny, narastający. Bardzo szybko narastający.
– …a …wa. …rwa… urwa… kurwa… Kurwa! KURWA!
Linię lasu przebiła pierwsza sylwetka. Mężczyzna pędził przed siebie z nienaturalną prędkością, nawet nie patrząc w tył, co rusz odbijał się sprężyście od ziemi. Za nim wyłoniły się jeszcze dwie postaci: jedna w mundurze Edenu, druga drobna, kobieca. Biegły chaotycznie, machając rękami, jakby zobaczyły ducha. Gdy tylko nieznajomi spostrzegli ludzi przed sobą, pierwszy z nich krzyknął coś niewyraźnie i wystrzelił w kierunku Grety jak rakieta. Ledwo zdołał wyhamować przed żołnierzami.
– Ilu was jest? Ilu udało się przeżyć? – krzyknęła Greta. Pochyliła się nad nim.
– Co? – wydukał, sapiąc z trudem, zgięty wpół. Na jego czole perlił się pot, spływał po skroni i niknął w gęstej brodzie.
– Nie… jesteśmy… stąd… – Drugi mężczyzna właśnie zatrzymał się tuż obok. Lało się z niego, kasztanowe włosy miał w chaosie, przemoczone, tak jak mundur Edenu. Wydawał się znajomy. – Podporucznik… Gregory Flick – przedstawił się.
– Greg! – Bob White wystąpił krok przed Gretę.
– Bob… – W oczach oficera coś błysnęło, jakby ulga.
Ostatnia z osób dotarła do reszty – kobieta z czarnymi włosami spiętymi w kucyk. Prawie padła ze zmęczenia.
– Widzieliście jakichkolwiek ocalałych? – Greta stanęła nad Gregorym. Drgania narastały. Potwór się zbliżał. – Ktokolwiek przeżył?
– Nie… – Gregory Flick obejrzał się po polanie. Na jego twarzy zawitał jakiś dziwny wyraz. – Nie wiem. Dopiero co tutaj dotarliśmy. Zgubiliśmy się w nocy.
– Gdzie wasz teleporter?
Trójka nowoprzybyłych spojrzała po sobie z kwaśną miną.
– Ten pojeb… – zaczęła kobieta. – Chorąży Stein, znaczy się, odłączył się. Ruszył walczyć z jednym z tych gigantów, sir.
Huk. Coraz bliżej.
– Teleporter?! – Gretę zamurowało. – Poruczniku Flick, co to ma znaczyć?
Ten wzniósł tylko otwarte dłonie w górę i zacisnął wargi.
– Bob, dasz radę ogarnąć nas wszystkich? – zapytała Greta.
– Dam, ale na dwa razy. Tylko szybko! Zaraz tu będzie, a nie wiem, czy uda mi się tak łatwo odnaleźć tę polanę.
– Chwila, a co z moim teleporterem?! – zaprotestował Gregory.
– To szaleniec, sir! Sam się w to wpakował! – Czarnowłosa kobieta wyprostowała się na moment.
Na linii horyzontu strzeliły pierwsze pnie. Między drzewami przedarły się fragmenty kamiennej sylwetki.
– Szlag by was, decydujcie się, on zaraz tu…
– Po prostu go rozwalmy. – Beria wyszedł przed resztę grupy, uniósł dłoń, nad którą buchnął płomień formujący się w kulę.
– Cisza! Do jasnej cholery! – ryknęła Greta i tupnęła nogą o ziemię, co brzmiało bardziej komicznie niż groźnie. A jednak jakimś cudem wszyscy umilkli.
Potrzebowała pomyśleć.
Czy Bob da radę zabrać ich wszystkich? Czy zgubi się w lesie i pół oddziału czeka śmierć? Czy może kryli się gdzieś tu jeszcze jacyś ocaleli? Których demon zmiażdży, gdy tylko tu dotrze.
Wyłaniał się. Na przebrzydłej twarzy można było już rozpoznać rysy – jak płaszczyzny cięcia głazów.
Pies to jebał…
– Poruczniku Flick! Przejmuję dowodzenie. Jakiś sprzeciw?
Spojrzał na nią, zmarszczył brwi. Wzruszył ramionami.
– Brak.
– Świetnie. Streść mi wasze moce, szybko!
– Ja: telekineza, zasięg do dwóch kilometrów, o ile utrzymuję kontakt wzrokowy. Kontroluję do trzydziestu obiektów, maksymalna masa każdego w okolicach pięciu kilo. Kapral Gaillard – wskazał na kobietę w kucyku – emisja pocisków, długie ładowanie, nawet pół minuty, energia czterdzieści dżuli.
– Czterdzieści kilodżuli – poprawiła go.
– Niech będzie. Sierżant Spencer: wzmocnienie mięśni, najlepiej wychodzi mu to w nogach. Liczb nie pamiętam, ale Usain Bolt przy nim to amator.
Musieli ugiąć kolana, by utrzymać równowagę. Wibracje od każdego kroku demona trzęsły kośćmi, skóra na twarzach falowała.
Dadzą radę? Siódemka żołnierzy. Materializacja energii magicznej, teleportacja, pirokineza, dwie telekinezy, emisja pocisków i wzmocnienie mięśni. Nie był to zbyt ofensywny skład, ale nadrabiał różnorodnością.
Jeśli podejmie złą decyzję, będzie miała ich na sumieniu. Kolejne osoby.
Wyłonił się. Flegmatycznym ruchem ręki odsunął na bok największe drzewo, jakie stało na jego drodze. Odchyliło się, wygięło w sprężysty łuk, aż wreszcie trachnęło w połowie.
Zatrzymał się na samym skraju polany. Wibracje ustały, lecz napięcie w powietrzu wcale nie zelżało.
Same nogi musiały ważyć setki ton. Potężne u nasady, szerokie na kilka merów i płaskie – gdyby stąpnął na wojskowych, nawet cud nie zdołałaby ich ocalić. Tylko w stawach – kolanowym i biodrowym, jako że stopa łączyła się z resztą kończyny na stałe – prześwitywały luki w pancerzu, o ile można było to nazwać pancerzem. Całe ciało porastała powłoka: momentami pnie, a gdzie indziej gałęzie przeplatały się z głazami obrośniętymi mchem. Tylko brzuch i szyja wydawały się ledwo pokryte tą naturalną zbroją.
Gigant pochylił głowę. Powolnie, ale sprawnie, lekkim ruchem. Czerwone ślepia zajarzyły się żywiej.
– Flick! Lars! Poderwijcie z ziemi, co tylko zdołacie, kamienie, gruzy. Ciśnijcie je w stawy, na kolanach i przy biodrze – pluła wyrazami jak karabin maszynowy, byleby zdążyć, zanim gigant postawi kolejny krok. – Spróbujcie wybadać luki w pancerzu! Tam właśnie będziemy celować. Gaillard, Beria, pierwsze ataki w miejsce, gdzie znajdziemy odsłonięty punkt. Jeśli powalimy tego skurwysyna, to już nie wstanie. Póki co jas…?
Uniesienie nogi – kłęby powietrza świsnęły w wirze, zassane nagłym zrywem, aż słowa na moment zgubiły się wśród szumu.
Greta postąpiła naprzód. Energia magiczna wystrzeliła spomiędzy palców, niczym nić zaczęła pleść cienką warstwę owalnej tarczy, wyższej niż sama podporucznik. Za wolno… Skupiła się, żyły energetyczne zapulsowały. Druga warstwa, trzecia… potrzebowała więcej!
– Rozumiemy się? – wycedziła. Teraz, za tarczą, szum nie przebijał się tak bardzo.
Plątanina słów, mieszanka ledwo zrozumiałego „tajess”, „sir”, czy „tak”, przynajmniej tak jej się zdawało. Chyba załapali.
– Spencer, musisz mi wybaczyć, ale…
– Mam być przynętą, tak? – Sierżant wcisnął się bliżej. – Przyjąłem. Czekam na rozkaz.
– Skulić się za mną! Flick, Lars! Zaczynamy! Beria, Gaillard, ładujcie!
Wraz z ostatnią sylabą noga giganta zmasakrowała ziemię. Krok-tąpnięcie, gleba zawibrowała, aż kolana chybotały się jak galareta.
Pierwsze przedmioty wzbiły się w górę. Wyglądało, jakby wiatr porwał je ze sobą, ale nie – mknęły w grupie, prawie że w formacji. Garść kamieni, rozerwany pieniek, maska kampera. Zakreśliły łuk i uderzyły wprost w staw biodrowy, w szczeliny w pancerzu.
Nic. Żadnego spowolnienia, żadnego ryku, jęku. Czy ten potwór w ogóle miał struny głosowe?
Kolejne uniesienie kończyny. Parł na nich. Wolno, ale konsekwentnie.
– Cofamy się, powoli! Beria, Gaillard, gotowi?
– Tak.
– Tajess!
Stąpali w tył na ugiętych nogach, równo.
– Prawe kolano! – rozkazała.
Huknęło. Niebieska smuga przecięła powietrze i minęła giganta o pół metra. Pocisk wleciał w gęstwinę i w głośnej eksplozji poderwał w górę połacie ziemi, sypiąc wokoło brązowym deszczem.
– Kurwa!
Ognista kula nie wystrzeliła od razu. Greta poczuła ją w momencie, gdy żar buchnął tuż nad głową, po czym nagle wyparował. Widziała tylko czerwony ślad, który mknął nad tarczą.
Nad?
Ognisty pocisk eksplodował na klatce piersiowej potwora. Nagły błysk prędko przykryły kłęby czarnego dymu. Demon zatrzymał się w połowie ruchu.
Zadziałało?
Ryk. Dudnienie, od którego trząsł się cały świat.
Tym razem noga opadła szybciej. Gniewniej.
– Kolano, Beria, kolano, do kurwy nędzy! Macie problem z anatomią czy z angielskim?! – krzyknęła całą piersią, gdy monstrum już przestało ryczeć.
Beria odburknął coś, ale nie zrozumiała słów ginących wśród przepychania się i przekleństw. Gubili rytm marszu, zaczynali wpadać na siebie, każdy chciał schować się za barierą.
– Ładujcie kolejne. Prawe kolano! PRAWE! KOLANO! – wrzasnęła, odrobinę zwalniając.
Straciła równowagę przy następnym stąpnięciu, prawie padła na glebę.
Czerwień spływała po piersi giganta. Krew wciskała się w wyżłobienia głazów, kreśliła krzywe ścieżki w korze. Rzeka szkarłatu – tyle jej było. Na wysokości pachy zionęła okrągła wyrwa – eksplozja całkiem przebiła się przez pancerz, dosięgła szarej skóry i nawet wżarła się w mięso. Metr wyżej i może trafiłaby w szyję, tam, gdzie rysowały się kontury żył.
– Mam coś! Lewe kolano, pancerz jest osłabiony! – wrzasnął Gregory Flick.
– Świetnie, w takim razie… – zaczęła.
– Szyja, trafię go!
– Beria, do jasnej kurwy, czy ty…
Gigant wziął zamach. Nawet nie szeroki – jakby miał capnąć komara. Na oddział spadł cień.
– Lewe! Kolano! Teraz!
Tym razem pocisk kaprala Gaillarda i ognista kula wystrzeliły w tym samym momencie. Demon machnął dłonią.
Płachty namiotów zerwały się od podmuchu wiatru, zakotłowały w powietrznym wirze. Gdyby nie tarcza Grety, sam impet niosący się w przestrzeni mógłby ich powalić.
Kulą ognia zakręciło, płaska parabola przeszła w spiralny tor, a potem już zupełnie powędrowała w chaotycznym ruchu. Zdawało się, że skręci gdzieś w las, ale po prostu nagle wybuchła, z dala od giganta.
Niebieski pocisk dosięgnął celu. Drewniane odłamki rozprysły się na boki, pancerz w miejscu kolana zniknął w jednej chwili.
Demon zatrzymał się.
Dlaczego? Jeszcze trzy, cztery kroki i by ich dogonił. Przecież…
Widzieli, jak się pochyla. Zbroja przy stawach trzeszczała, kilka fragmentów trzasnęło i pękło. Mogli teraz dojrzeć, jak ślepia jarzą się karmazynem. Któryś z telekinetyków cisnął w oczodół pieńkiem, lecz ten jedynie odbił się od powierzchni.
– O kurwa…
Palce giganta zaryły o glebę – weszły w nią niczym szpadel. Dłoń zanurzyła się i zamarła.
Co on…?
Demon zrotował biodro. I machnął całym ramieniem.
Połacie ziemi wystrzeliły w powietrze. Palce giganta przeorały glebę, jakby pod powierzchnią wił się jakiś przedziwny stwór. Z każdym metrem wyrzucał tony żwiru i pozrywanych korzeni.
Gruzy zalały polanę. Greta ustawiła tarczę bardziej ku niebu, a drobne kamienie spadły na nią i sturlały się do krawędzi. Gigant przymierzał się do kolejnego ciosu.
– Spencer… – wycedziła Greta z zaciśniętymi zębami.
– Zrozumiano.
Brodaty sierżant wystrzelił jak z procy, ledwo skończył mówić. Mknął wprost ku demonowi. Poruszał się w prostych liniach, zmieniał kierunki po długich susach – wyglądało to jak rozmazana smuga łamiąca się co parę metrów.
Wrzasnął coś do giganta, przebiegł pomiędzy jego nogami niczym mrówka plącząca się przy bucie człowieka. Demon nawet nie zwrócił na to uwagi.
– Pies by to… wszyscy, ściśnijcie się! Każdy za tarczę!
– Ta tarcza pryśnie jak butelka, gdy pieprznie w nią pół tony głazu – zaprotestował Beria.
Przygryzła wargę. Ten pieprzony… Ale mógł mieć rację.
Żar przypiekł jej plecy, czerwona łuna zajaśniała. I nagle zniknęła.
Greta zorientowała się dopiero, gdy pierwsza ognista strzała rozbryzgła się o twarz giganta. Beria biegł już kilka metrów od nich z ręką wycelowaną ku demonowi. Przed palcem jarzył się kolejny ognisty pocisk.
Idiota!
Gigant zareagował. Zamarł na moment, po czym skupił się na pirokinetyku.
– Bob, zabieraj stąd wszystkich, jak tylko cokolwiek poleci w waszym kierunku! – rozkazała.
– Greta, co ty…
– Pani po…
Wystartowała za Berią. Tarcza przy ciele, jak najbliżej, chociaż w biegu i tak trudno było ją utrzymać. Ból w zranionej nodze odezwał się ze zdwojoną siłą.
Nie pozwoli temu upartemu półgłówkowi zginąć na jej warcie! Durny samobójca! Nie pozwoli, by ten pieprzony gigant znów…
Beria zatrzymał się. Przed jego dłonią jaśniała kula ognia, nie nikły płomień jak wcześniej. Na co czekał?
Dwadzieścia metrów. Zaraz go dogoni! Zagryzła zęby. Jeszcze chwila i…
Demon zamachnął się. Wyrwane kawały ziemi wystrzeliły wprost w ich kierunku. Tony kamieni oraz przeżarty rdzą kamper.
Beria wycelował ognistym pociskiem. Greta rzuciła się jeszcze żwawiej ku niemu.
Pędząca masa zalała ich jak lawina. Tarcza rozprysnęła się na kawałki.
VIII
Ziemia nadal drżała. Las stał w płomieniach, wśród żółto-czerwonych języków migały cienie. Podłużne, zwierzęce – mimo że trudno było je porównać do zwierząt.
Biegła, choć już nie mogła. Kołysała się na boki, ledwo utrzymując równowagę, pulsujący ból rozsadzał jej czaszkę. Ciągle miała przed oczami ten obraz. To było jakieś pieprzone piekło. To się nie wydarzyło…
Nie! Nie może o tym myśleć! Musi biec!
– Greta… zostaw mnie. – Głos tuż przy jej uchu bardziej sapał, niż mówił.
Zgarbiła się, poprawiła chwyt, by utrzymać ciężar trzymany na plecach.
– Nie gadaj tyle – wysyczała ze złością. – Zaraz nam się uda uciec. Gdzieś do miasta.
– Nie dasz rady. – Głos słabł. – Nie ze mną… Zaraz nas dopadną… Ratuj się, błagam cię! – Stęknięcie, słabe, ale jednak pełne werwy.
Greta splunęła na bok. Pomiędzy drzewami przebiegła podłużna sylwetka.
– Trzeba było mniej żreć, jak ci mówiłam. A teraz stul pysk! – krzyknęła. – Uratuję nas.
– Greta…
– Stul pysk, mówiłam!
Garbiła się coraz bardziej, mięśnie na udach płonęły rwącym bólem. Jeszcze chwila! Da radę!
– Greta, ja nie czuję nóg…
– Cicho bądź! Poczujesz je, jak już uciekniemy!
– Greta, ja…
Zahaczyła stopą o korzeń. Szarpnęło – poleciała bezwładnie przed siebie.
Przyrżnęła czołem o ziemię, świat zawirował, zawartość żołądka podeszła jej do gardła. Ciepło rozlało się po czaszce. Próbowała się podźwignąć. Poślizgnęła się na liściach. Wylądowała znów twarzą w glebie, ziemisty posmak wpełzł do ust. Druga próba. Wszystko się kręciło, lecz tym razem dała radę. Ledwo ustała.
Celeste leżała przy pniu, tuż obok. Nogi miała wykręcone w nienaturalnej pozie, podpierała się jedną ręką, z ledwością podnosząc tułów. Jasne jeansy przesiąkły już krwią, z lewej łydki została tylko miazga.
– Chodź… idziemy… – wydukała z trudem Greta, plując ziemią.
– Zostaw mnie! – krzyknęła Celeste.
Wystawiła przed siebie dłoń. Coś w niej błysnęło. Nóż.
Greta złapała się za pas. Kabura była pusta.
– Oddaj mi to. Nie umiesz się nim posługiwać – rozkazała, robiąc krok naprzód.
– Stój! – Celeste wystawiła ostrze jeszcze bardziej.
Drżała.
– Pojebało cię, Celeste. Oddaj to, nie mamy czasu na twoje dramy.
Kolejny krok.
– Greta, musisz uciekać. Ja nie dam rady. Nogi… moje nogi…
– Damy radę we dwie. Pomogę ci…
– Nie…
Wibrowanie ziemi, w oddali, w wielu miejscach naraz.
– Celeste, proszę…
– Nie!
– Dziewczyno, kurwa mać!
Celeste chwyciła nóż jeszcze mocniej. Nagłym ruchem zbliżyła klingę do własnej szyi.
– Co ty…
– Nie chcę skończyć jak Alex… Rozszarpana przez te potwory… Greta, jesteś cała, dasz radę uciec. Nie podchodź! Nie podchodź… – łkała.
Ostrze drżało. Wierzchołek skakał po skórze, odciskał się w niej. Błysnęła pierwsza kropla krwi. Spłynęła po szyi, po obojczyku. Jasna czerwień. Żywa.
– Uspokój się, Celeste…
Greta wzięła głębi wdech. Nie, nie pozwoli na to! Tylko ona jedna jej już została. Tylko ona…
– Ratuj się, błagam!
Celeste szczękała zębami. Niebieski tusz mieszał się ze łzami, rozmazywał tuż pod oczami.
– Nie zostawię cię…
Krok naprzód.
– Greta… Nie zapomnij o mnie, dobrze?
– Ani mi się waż, idiotko! Słyszysz?!
Jeszcze jeden. Już prawie przy niej była.
– Pamiętaj… błagam!
Łza za łzą. Rozdygotanie, wahanie, milion myśli – to wszystko naraz odbijało się w źrenicach Celeste.
Już prawie. Greta miała ją na wyciągnięcie ręki!
Jedno cięcie. Szybkie, precyzyjne, jakby cały strach nagle zniknął.
– NIE!
IX
– Greta!
Zakrztusiła się powietrzem. Świat mienił się odcieniami czerwonego, błyszczał niewyraźnie, jak mozaika. Ktoś potrząsnął nią w przód i w tył, darł się, próbowała go odtrącić, ale ręka odmówiła posłuszeństwa. Ból rozsadzał klatkę piersiową, pulsował rozrywająco z każdym oddechem. Miała złamane żebra?
– Pani porucznik! Słyszy mnie…
– Sssłszę – wystękała.
Podparła się dłonią o coś. Twarde, szorstkie. Chyba drzewo. Wzięła wdech – jakby połykała tysiąc igieł. Chwiejny wyprost. Stęknęła.
– Co z… – zapytała. Bąbel zmieszanej krwi i śliny pękł jej na wargach.
Ktoś pokręcił głową. Sylwetka dopiero nabierała szczegółów. Lars? Tuż za nim klęczał drugi mężczyzna. Tej łysej glacy nie pomyliłaby z nikim innym.
– To był ogromny kawał ziemi, Greta. Strzelił w niego kulą ognia, ale… zmiotło go. Chyba. Było mnóstwo kurzu, pyłu, cholera… nic po nim nie zostało. – Bob wbił wzrok w buty, pomagając jej stanąć do pionu.
– Jak długo… – wychrypiała. – Co z resztą?
– Dosłownie chwilę. Cali i zdrowi. Walczą. Ten brodaty uratował nam dupę, demon skupił całą uwagę na nim.
Otrzeźwiała, jakby ktoś strzelił ją z bicza. Ruszyła na próbę, przestraszona, że gdy postawi stopę przed siebie, to ciało zegnie się wpół, dopiero uświadomione złamanej nogi czy krwotoku wewnętrznego. Nic takiego się nie wydarzyło. Kulała, a klatkę piersiową rozsadzał ból, lecz poza tym była cała. Tarcza może i pękła, ale najwyraźniej przyjęła większość impetu.
Greta kołysała się, błędnik jeszcze nie doszedł do siebie, jednak z każdą sekundą utwierdzała się w przekonaniu, że da radę.
– Jassda – powiedziała pewniej. Wyczuła językiem kłujący zadzior tuż przy dziąśle. Splunęła krwią. I zębem.
Bob i Lars skinęli z poważnymi minami. Żadnej próby przekonania, żeby się wycofała? Świetnie.
Oddychała głęboko, choć każdy haust sprawiał, że tarła zębami o siebie.
Gdy wypadła z powrotem na polanę, niebieski pocisk właśnie minął nogę giganta o centymetry i trafił idealnie w sam środek drzewa na skraju. Drzazgi posypały się we wszystkie strony.
Spencer bawił się z demonem w kotka i myszkę, chociaż może to określenie było trochę nad wyraz, bo wyglądało na to, że ten walczy w tej chwili o życie. Co jakiś czas przystawał, pochylał się i opierał o kolana, dysząc ciężko. Nie mieli wiele czasu.
– Trafiliśmy jeszcze raz w kolano – zakomunikował Gregory Flick, gdy tylko do nich dobiegła. – Jest dobrze, prawie go mamy. Tyle że…
Skinął na kapral Gaillard. Klęczała z wyprostowaną ręką, przedramię opierała o pieniek. Przed palcem migotała malutka niebieska kula – bardzo blado.
– To jedna czwarta… mojego maksimum – skomentowała. Zrobiła przerwę w połowie zdania. Dopiero teraz widać było, że włosy ma całe sklejone od potu. – W ten sposób dam radę wystrzelić jeszcze kilkanaście razy.
– A z maksimum? – zapytała Greta, taksując pancerz wokół kolana demona.
– Raz, może dwa. Nie wiem.
A gdyby…
– Flick, Lars, dacie radę nakierować pocisk telekinezą?
– Ja bez szans. Za duża prędkość – odpowiedział oficer.
Lars odezwał się z werwą:
– A może… telekineza bezpośrednia? Spróbowałbym utworzyć oddziaływanie stałe w powietrzu, coś na kształt lufy.
Popatrzyli po sobie. Trzask łamanych drzew wyrwał ich z przemyśleń.
– Próbujemy! Do dzieła!
Lars przykucnął przy kapral Gaillard, ułożył otwarte dłonie tuż pod niebieską kulą. Z daleka wyglądało to jak jakieś szarlataństwo, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło, może jakieś nieznaczne załamanie światła, które równie dobrze mogło być tylko złudzeniem. Kapral Gaillard kiwnęła głową, kropla potu oderwała się od kosmyka włosów i uderzyła o pieniek.
– Pal!
Greta mrugnęła. Tyle wystarczyło, by przegapić wystrzał energetycznej kuli. Niebieska smuga śmignęła. Leciała wprost ku demonowi. W jego kolano.
Gigant akurat podniósł nogę.
Za wolno. Pocisk eksplodował. Nie byli pewni, czy trafił idealnie w staw, ale powietrze zrosiła czerwona mgiełka
Zagrzmiał potworny jęk. Demon najpierw zamarł w połowie ruchu, a potem zaczął cofać zranioną nogę. Leniwie w dół – oglądali to jak jakiś film o rozwleczonym momencie kulminacyjnym.
Aż wreszcie uderzył o ziemię. I wtedy staw trachnął. Zerwane włókna puściły, ogromna masa naparła w dół, cała noga poniżej kolana po prostu wygięła się nienaturalnie względem reszty.
A demon stracił równowagę.
Padał. Długo, potwornie długo. Jak tyczka. Najpierw wolno, ledwo się przechylał, ale potem nabierał prędkość, coraz szybciej, szybciej, szybciej!
Greta uśmiechnęła się. Nie podniesie się już po tym. Nie z taką budową ciała.
I wtedy gigant wystawił przed siebie ramiona. Uderzył dłońmi o ziemię, tumany kurzu wzbiły się w powietrze. A demon wyhamował, podparty rękami, na klęczkach.
– Nie wstanie, prawda? – Lars przełknął ślinę.
– Nie z rozwalonym kolanem – odpowiedziała Greta, marszcząc brwi.
Prawda?
– Spencer! – krzyknął Gregory.
Sierżant leżał nieprzytomny zaledwie kilka metrów od dłoni demona. Potwór miał go w zasięgu ręki.
– Bob!
– Nie, Greta, to nie wypali!
Wyszarpnęła oba ostrza z kabur. Ugięła nogi.
– To był rozkaz, chorąży White! – podniosła głos.
Wargi mu zadrżały. Przyjrzał się gigantowi.
– Gdzie? – zapytał Bob.
– Szyja.
Klepnął ją w ramię.
– No to jazda.
Szarpnęło, świat zawirował, niestrawione resztki fasoli dopomniały się o uwolnienie. Błędnik rozpoczął strajk.
Teleportowało ją tuż przed ranę na klatce piersiowej. W głębi mięsa jątrzącego się świeżą krwią widać było coś jeszcze. Zarys tętnic.
Zawiosłowała nogami w powietrzu i… runęła w dół. Greta wychyliła się naprzód, spróbowała wbić nóż w demona, by zawisnąć na nim i uratować się przed upadkiem.
Nie dosięgła. Grunt zbliżał się nieubłaganie.
Błysnęło, zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, i znów znalazła się w wirującej pralce.
Bob wylądował miękko na podłożu, Greta za to przyrżnęła całym ciałem o ziemię.
Tym razem błędnik dopiął swego. Wyrzygała zawartość żołądka.
– Mówiłem, że to nie wypali! – krzyknął teleporter.
Podniosła się, splunęła kwaśną wydzieliną.
– Jeszcze raz!
– Greta, nie…
– Jeszcze raz! Ale teraz będę biegła.
Przypomniała sobie krótki wykład, który zaprezentował jej Nikołaj. Energia kinetyczna nie zeruje się po teleportacji. Wartość pędu pozostaje taka sama.
Bob chciał zaprotestować, ale nie dała mu okazji. W podskokach cofnęła się o parę metrów i wystartowała. Pełnym sprintem, z nożami w obu dłoniach. Prosto na teleportera.
Sama siła mięśni, bez wspomagania energią magiczną, by nie interferowała z mocą Boba. Ten wystawił ramiona przed siebie, z przerażeniem na twarzy.
Wpadła na niego i… zniknęła.
Błysk! Wbiła się w mięsistą masę, przyrąbała głową o coś twardego. Ruszyła rękoma. Jedna nadziała się na tkanki demona i za cholerę nie chciała wyjść. Greta szarpała i szarpała, słysząc jedynie przytłumione jęki giganta. Cóż, przynajmniej zakotwiła się stabilnie.
Druga ręka – wolna. Greta splotła energię magiczną, uformowała ją wokół ostrza, obudowała stalową klingę. I pchnęła z całej siły – w tętnicę.
Przebiła ściankę i od razu uderzyło ją ciśnienie napierającej krwi. Wyrwała nóż, by zadać kolejny cios, a wtedy posoka trysnęła z tak ogromną siłą. Gretą szarpnęło, zakołysała się jak trzymana za ramię laleczka – majtana na wszystkie strony. Podciągnęła się, by stawić opór ciśnieniu.
To nie wystarczy! To tylko mała dziurka! Jeszcze jeden cios! Musi całkiem rozciąć tętnicę!
Zamachnęła się. I spostrzegła, że nie ma noża.
Zamarła. Wystrzał krwi musiał wytrącić jej go z rąk. Przecież teraz…
Ostrze jarzące się niebieską łuną lewitowało tuż przy ranie. Skierowane rękojeścią ku Grecie, wręcz zapraszająco.
Jak? Przecież Lars nie potrafił używać telekinezy na obiektach wypełnionych energią magiczną.
Wyciągnęła się, by chwycić nóż. W dole zamajaczyła sylwetka mężczyzny z wystawioną przed siebie dłonią. Gregory Flick.
Greta wyszczerzyła się. I zaatakowała ponownie, tym razem tnąc na odlew. Ostrze przebiło wierzchnią warstwę, ale ugrzęzło po pierwszym oporze.
Greta zagryzła wargi. Ile by dała teraz za miecz!
Zdusiła w sobie wrzask, pchając jeszcze mocniej. Ścianki tętnicy puszczały, krew próbowała wypchnąć nóż na zewnątrz.
Niedoczekanie!
Krzt! Świst pękających tkanek. Początkowo ulga, a potem…
Krew uderzyła jak rwąca rzeka, poderwała ciałem, weszła do oczu, ust, nosa. Greta zakrztusiła się, ciągle zakleszczona, z ręką w mięsie demona, z dłonią zaciśniętą na nożu. Na nożu sprezentowanym przez Celeste.
Puściła chwyt. Ciśnienie wypluło ją jak jakąś pestkę. Dała mu się porwać. Spokojna. Pogodzona z losem. Leciała i płynęła jednocześnie – niesiona grawitacją w czerwonej rzece.
Spadła na ziemię – niespodziewanie prędko, za to w towarzystwie sfrustrowanego błędnika. Żołądek miała już i tak pusty.
Bob trzymał ją za przedramię.
Gregory Flick i Lars podbiegli w jednej chwili, złapali Gretę pod pachy, pomogli się podźwignąć.
Stali na krawędzi polany, po drugiej stronie demona, z którego klatki piersiowej groteskowo tryskała krew – jak sikawka z pistoletu, tyle że w objętości małego potoku, zalewając las czerwoną barwą.
Greta omiotła wzrokiem kompanów. Kapral Gaillard odpoczywała oparta o pieniek, bez siły, by nawet poprawić kosmyki wpadające jej do oczu. Nieprzytomny sierżant Spencer leżał na trawie, już daleko poza zasięgiem wroga. Pozostali uśmiechali się w akompaniamencie jęków dogorywającego demona. Jęków, które trzęsły lasem.
Jakaż to była piękna muzyka…
Greta odetchnęła. Udało się jej. Cały ten burdel, całe to piekło. Była naprawdę z siebie dumna. Ale przede wszystkich – dumna ze swojego oddziału. Gdyby tylko Nikołaj…
Westchnęła. Spojrzała z ulgą na śmierć giganta.
– Pani porucznik. – Gregory Flick stanął tuż nad nią. – Chciałbym powiedzieć, że dobra robota, ale… musimy uratować mojego teleportera.
X
– Sierżancie Beria? – Serce jej stanęło.
Pirokinetyk siedział oparty o pieniek, rozmasowując bark. Na twarzy – osmolonej i ubabranej ziemią – nie było nawet śladów zranienia. Wstał bez żadnego komentarza, zmierzył krótko Gretę, po czym przeniósł spojrzenie na stojącego obok Gregory’ego Flicka.
– Stein jest tam. Z tyłu – powiedział Beria, wskazując kciukiem. Mlasnął głośno, jakby zdegustowany.
Dopadła do niego i drżącą ręką złapała za mundur. Dopiero co przeklinała samą siebie w duchu za to, że nie potrafiła przypilnować jednego pieprzonego narwańca, a on przez cały ten czas…
Właśnie. Dlaczego tu był?
– To czemu tu siedzisz, zamiast mu pomóc?! – Gregory Flick zacisnął pięść, podszedł tuż obok Grety.
Zatkało ją na moment. O czym oni mówili?
– Nie ma w czym pomagać – westchnął Beria.
Zrobił krok w tył, a gdy zaciśnięta pięść na jego mundurze nie pozwoliła na dalszy ruch, poklepał tylko Gretę po ramieniu.
Puściła go. Co to była za szopka?
Gregory wyminął ich bez słowa i poszedł w kierunku wskazanym przez pirokinetyka. Las w oddali został niemalże wykarczowany. Przeorana ziemia od paluchów giganta, wgłębienia po odciskach stóp – wszędzie, jakby demon próbował tupaniem zmiażdżyć drażniącego go robaka.
A pośrodku tego rozgardiaszu leżały zwłoki olbrzymiego potwora. Na brzuchu demona stał mężczyzna z rękami skrzyżowanymi na piersi.
Gretę zamurowało. Jakim cudem? Przecież Stein był tylko teleporterem!
To teraz nieistotne… Obróciła się z zaciśniętą pięścią w kierunku Berii. Dlaczego im nie pomógł? Tam, na polanie, cały obóz został wyrżnięty w pień! Zapewne dziesiątki ludzi zginęły, a ten pieprzony…
Zmarszczyła brwi. Dziesiątki ludzi? Ostatecznie w całym tym chaosie nie dostrzegła nawet jednego ciała.
– To był jakiś pieprzony test? – wysyczała.
Sierżant Beria westchnął.
– Dziękuję, pani porucznik. – powiedział. – Przepraszam za to… zamieszanie. Musimy ruszać dalej, do Frankfurtu. Tam wszystko wyjaśnię. A przynajmniej tyle, ile będę mógł.
XI
– To była kara, jak mniemam? Za to, że odmówiłem objęcia kolejnego oddziału specjalnego?
Feniks rozejrzał się po bunkrze. W środku nie było żadnego mebla, na którym mógłby zostawić sporządzony w nocy raport. Trzymał kartki uniesione nad głową, walcząc ze sobą, czy po prostu nie rzucić nimi o podłogę.
– Skąd ta myśl, pułkowniku? – Zamaskowana postać stała bokiem do niego, wpatrując się w betonową ścianę. – Oczyściliśmy tereny przy naszej nowej placówce w Frankfurcie, pozbyliśmy się groźnych demonów, a nade wszystko pomogliśmy naszemu żołnierzowi. Potrzebujemy oficerów, którzy wiedzą, czym jest odpowiedzialność. Którzy nie żyją zemstą lub traumą z przeszłości. Czyż to nie twoje słowa? W którym momencie miałaby to być kara?
– Chociażby w tym, kiedy przydupas Sikorskiego zmienił moją twarz w jakiegoś szpetnego kartofla – mówiąc to, Feniks widział, jak rozmówca kiwa głową na boki, jakby nie do końca uważał, że zmodyfikowany wygląd prezentował się gorzej od oryginalnego. Cóż, może i miał rację. – I dlatego, że każecie mi się przedstawiać jako Beria. Blad’, Nikołaj Beria. Serio? Jeszcze pytasz, Eckhart?
– To nieistotne szczegóły, pułkowniku.
– Równie nieistotne jak wysyłanie oddziału pod błędne koordynaty, zrywanie połączenia telepatycznego i okłamywanie o prawdziwym celu misji? Mogliśmy to załatwić szybciej i łatwiej, bez tych gierek i kłamstw! – Feniks zmiął kartki, gdy zaciskał pięść.
– Rezultat bez kłamstwa byłby zupełnie odmienny. Oczywiście, nie obeszło się bez pewnej… nieoczekiwanej zmiennej, niemniej jednak ta zmienna to także nieoszlifowany diament, którym wkrótce się zajmę. Lecz faktem jest, iż wysłaliśmy na miejsce człowieka tkwiącego w żałosnej przeszłości, a wrócił żołnierz pełen nowych przekonań. Żołnierz Edenu.
Feniks zacisnął pięść.
– Nie rozumiem, o czym ty pleciesz, Eckhart.
– Najważniejsze, że Greta Paganini rozumie. – Na spękanych wargach pod otworem maski pojawił się subtelny uśmiech. – Przekaż moje wytyczne generałowi. Niech zaproponuje Grecie Paganini pozycję oficera Drugiego Oddziału Specjalnego. Będzie mogła wybrać dwóch żołnierzy wedle jej preferencji. Jeśli się nie zgodzi, niech generał zaoferuje awans oraz wyższy status. I… miecz. Niech Instytut Energii Magicznej opracuje dla niej broń, jaką sobie wymarzy.
Feniks prychnął. Wyciągnął przed siebie raport. Eckhart pokręcił głową.
– Przecież wiesz, że go nie potrzebuję, pułkowniku – powiedział, obracając się tyłem.
Gdy Feniks ruszył ku wyjściu, usłyszał tylko cichy szept dobiegający zza maski:
– Moja pamięć o was będzie wieczna. Spoczywajcie w pokoju… Alexie, Jakobie. Spoczywaj w pokoju, Celeste.