- Opowiadanie: Czesio - Coś o alchemii

Coś o alchemii

Witam. Zamieszczam fragment szerszej historii. Proszę o dobre rady i wyrozumiałość. Chciałbym nauczyć się dobrze prowadzić fabułę podczas budowania dłuższej historii, eliminując przy tym jak najwięcej “błędów nowicjuszy”.  

Oceny

Coś o alchemii

Nel obudziła się jeszcze przed świtem. Pozostałe dzieciaki spały, kiedy opuszczała stary magazyn. Lubiła zapach nocy, puste ulice i ciszę. Zwłaszcza ciszę. W oddali usłyszała zbliżający się miarowy krok miejskiego patrolu. Cofnęła się w kierunku skrytej w mroku bramy. Znali ją, jak zresztą każdego nieletniego złodzieja w Udu. Łapali takich tak ze trzy, cztery razy w miesiącu. Zazwyczaj za żebranie albo za drobne kradzieże. Często to było coś do jedzenia, zwędzone ze straganu miejskiego kupca. Kary za takie przewiny nie były zbyt surowe, taki złodziej dostawał pięć batów i puszczali go wolno. Nie było gdzie ich trzymać, więc zabawa z miejską strażą trwała każdego dnia. Dziewczyna poprawiła brudną, znoszoną koszulę. Razy które wymierzyła jej przed dwoma dniami ręka sprawiedliwości były mocne i celne, skóra nie zasklepiła się jeszcze.

Odczekała chwilę aż patrol się oddali, po czym pobiegła w stronę doków. Do wschodu miała jeszcze parę chwil, wiedziała, że zdąży. Każdego poranka przybiegała tutaj oglądać pojawiające się na horyzoncie słońce. Dawało jej to spokój i siłę na każdy kolejny dzień. Po godzinie albo dwóch wracała do magazynu, po drodze zahaczając o targ. Udawało się ukraść kawałek chleba albo kilka suszonych owoców. Prawie zawsze. Dzisiaj było jednak inaczej, nie ruszyła się z miejsca do południa. Znalazł ją bez problemu, wiedział, gdzie szukać.

– Zamierzasz wrócić? – zapytał chłopak, ale Nel nawet na niego nie spojrzała. Z zamkniętymi oczami wystawiała twarz do słońca. – Młodzi myślą, że nas olałaś, że już nie wrócisz. Słyszysz mnie? Juki nie żyje!

Dopiero teraz odwróciła ku niemu głowę, nie rozumiejąc co przed chwilą usłyszała.

– Co? – wyszeptała.

– Nie żyje! Nie obudził się, nie wiem czemu. Może z głodu. Nie wiem!

To ją szybko wyrwało ze świata marzeń.

– Uspokój się Ran! – Podniosła na niego głos, chwyciła za ramię i przyciągnęła do siebie. Znowu była starą, twardą Nel. – Posłuchaj, leć na targ, może coś zwędzisz. Ja wracam, trzeba coś zrobić z ciałem – teraz już szeptem wydała polecenie.

– Dałaś ciała młoda. Znowu – zawołał jeszcze za nią Ran, gdy puściła się biegiem z powrotem w kierunku miasta. Uliczki Udu były wąskie i kręte. Część portowa wypełniona do granic możliwości biurami kupców, tanimi karczmami dla lubiących się zabawić marynarzy i różnego rodzaju warsztatami była o tej porze pełna ludzi. Każdy się tu gdzieś spieszył, nikogo nie interesowała biegnąca na złamanie karku dziewczyna. Nie przyciągając ludzkich spojrzeń biegła tak szybko jak mogła. Po opuszczeniu nadbrzeża musiała zwolnić. Stare magazyny, w których nocowali mieściły się po drugiej stronie miasta, w miejscu starej warowni. Opuszczone przez kupców lata temu stały się problemem dla rajców. Położone zbyt daleko od Nowego Portu by spełniać swą rolę, powoli były przejmowane przez miejskie męty wszelkiego autoramentu, sprawiając coraz większe problemy miejskiej straży. Aby się tam dostać, Nel musiała minąć plac targowy i dzielnice kupieckie. Wiedziała, że będzie tam się roiło od patroli, ale nie chciała tracić czasu na okrężną drogę. Zwolniła więc, trzymając głowę nisko i nie zwracając na siebie uwagi. Kilka razy ktoś trącił ją barkiem, kilka razy musiała przeciskać się przez tłum rozkrzyczanych przy straganach handlarzy. Udało jej się zwędzić przy okazji sakiewkę. Ryzyko było duże, ale głupiec sam się o to prosił, trzymając ją zawieszoną tylko na cienkim, lnianym sznurku. Schowała ją do kieszeni nie zwalniając kroku, kupiec zaś nawet się nie zorientował. Skierowała się w stronę wąskiej uliczki, która wyprowadzi ją z placu, gdy nagle usłyszała gdzieś za sobą męski głos.

– Straaaaaż! Złodziej!!! Straż! – Nel odwróciła się przeszyta strachem, ale nikt jej nie próbował pochwycić. Narastająca wrzawa dobiegała z drugiego końca placu. Wiedziała, że nie powinna, ale ruszyła tak jak wszyscy w tamtą stronę. Krzyki się wzmagały, złapano już sprawcę. Cała zbladła, gdy poznała podniesiony głos besztający nieudolnych strażników. To był Rajca Kulme, najniebezpieczniejszy człowiek w całym Udu. Ktoś kto może dosłownie wszystko. Nel pomyślała, że tylko skończony kretyn spróbowałby go oskubać, a później go dostrzegła. U stóp bogato odzianego urzędnika leżał chłopiec, miał dziwnie wykręconą prawą rękę, z głowy sączyła się strużka krwi.

– Zabrać mi to ścierwo, do wieczora ma wisieć! – Kulme skinął na dowódcę patrolu, a ten z kolei na swoich podkomendnych, którzy bez ceregieli podnieśli chłopaka. – I rozgonić mi ten tłum! Koniec przedstawienia!

Ludzie zaczęli się niechętnie rozchodzić, tylko Nel stała w miejscu przerażona, łzy napłynęły jej do oczu.

– Ran, bogowie, Ran… – szeptała do siebie. Wiedziała, że to jej wina, to ona kazała mu iść na targ. Tylko dlaczego chciał okraść tego skurwysyna? Wszyscy wiedzą, że już lepiej po prostu palnąć się w pusty łeb. – Och Ran… – powtórzyła jeszcze, gdy ciągnęli chłopaka w stronę więzienia. Dowódca rozganiał ostatnich gapiów, gdy ich spojrzenia przecięły się na krótki moment. Poznał ją, łapał już ją przecież kilka razy, kilka razy po wymierzeniu kary wypuszczał. Czasem nawet było mu szkoda jej i innych dzieciaków. Teraz tylko kiwnięciem głowy kazał jej się stąd wynosić. Oboje wiedzieli, że nic się nie da zrobić. Tak czy inaczej chłopak zawiśnie.

Nie pamiętała w jaki sposób przebyła resztę drogi. Dziś wieczorem powieszą Rana. Juki umarł w nocy. Chciało jej się płakać. Czuła się taka bezradna. Gdy dostrzegła machającego do niej chłopca, ledwo ośmioletniego, przetarła rękawem wilgotne oczy. Dla niego, dla reszty musi być silna.

– Nel! – wołał do niej. – Nel! Jesteś! Chodź, wszyscy są przerażeni. – Chwycił ją za rękę i pociągnął w kierunku starych, połamanych drzwi. Część magazynu którą zajmowali była w bardzo złym stanie; dach był częściowo zerwany, a w ścianach były dziury. Oprócz nich w magazynach gnieździło się kilkunastu miejscowych rzezimieszków i pomniejszych bandytów (ci poważniejsi żyli w bogatszych dzielnicach). I tak mieli szczęście, że pozwalali im tu mieszkać, chociaż okradali ich ze wszystkiego co udawało im się zgromadzić.

– Nel? A gdzie jest Ran? – zapytał jeszcze, prowadząc ją w stronę stłoczonej w kącie grupy.

– Posłuchaj mnie, Ben. Rana już nie ma – powiedziała, obejmując go ramieniem. – Ale niech to zostanie na razie między nami, dobrze? – Chłopak pokiwał głową.

Dzieciaki otaczały leżące na brudnym kocu nieruchome ciało; Juki leżał z otwartymi oczami, wszystkie kończyny miał powykręcane w nienaturalny sposób, dłonie zaciśnięte w małe piąstki a w uszach zaschniętą krew. Nel patrzyła na niego w milczeniu, dzieciaki zaś na nią.

– Dobra – powiedziała w końcu. – Zmywajcie się stąd wszyscy, z wyjątkiem ciebie. – Wskazała na Bena. – Reszty nie chcę widzieć do wieczora. Ina! – Rzuciła stojącej najbliżej dziewczynie skradzioną sakiewkę. Nawet nie sprawdziła co jest w środku; nie musiała. Ufała jej. – Załatw jakieś jedzenie. – Dziewczynka kiwnęła głową i zniknęła w dziurze w ścianie.

 – Ben, poszukaj jakiejś derki, czegoś w co moglibyśmy go zawinąć. – Chłopak rzucił się na poszukiwania, chociaż wiedział, że niczego nie znajdzie. Nel przyklękła przy zwłokach, zamknęła trupowi oczy i pogłaskała po zimnej twarzy. W tym właśnie momencie coś przykuło uwagę dziewczyny. Prawa dłoń Jukiego zaciskała się na czymś. Na czymś małym, ale widziała to wyraźnie. Spomiędzy palców przebijał się pomarańczowy kolor. Spróbowała rozewrzeć zaciśnięte, sztywne palce, ale nie dała rady.

– Ben! Pomóż mi! – Chłopak podbiegł i razem z nią szarpał i siłował się z zaciśniętą pięścią. Udało im się w końcu, mały przedmiot wypadł z trzymającej go ręki i potoczył się po deskach. Mienił się w wpadającym do środka słońcu różnymi kolorami. Był pomarańczowy, zielony, by za chwilę świecić czerwienią i fioletem. Stali jak zaczarowani wpatrując się w drogocenny kamień. Nigdy nie mieli w rękach takiego bogactwa. Popatrzyli na siebie, po czym dziewczyna schyliła się i podniosła kryształ. Zdziwiła się, bo był ciepły, niemalże gorący, pomimo tego, że przeleżał w zimnej dłoni przez wiele godzin. Ukryła go w kieszeni.

– Nie możemy o tym nikomu powiedzieć, słyszysz? Ben! Słyszysz co do ciebie mówię?

– Ale dlaczego? Przecież możemy mieć za to tyle jedzenia, że już nigdy nie będziemy głodni Nel! Jesteśmy bogaci!

– Nie bądź głupi! I nie krzycz, jeszcze ktoś nas usłyszy. Chodź, musimy to przegadać. – Pociągnęła chłopaka w stronę zbitej z kilku desek małej ławki. Siedli tam, blisko siebie, jakby przytuleni. Ona szeptała mu do ucha, on słuchał ze spuszczoną głową. Wiedział, że ma rację. Gdy się zgodził ze wszystkim, wstali i w końcu zajęli się trupem. Trafił tam, gdzie trafiali wszyscy, którzy byli dla miasta problemem, a którzy zbyt szybko pożegnali się z życiem; do miejskich kanałów. Jak zacznie cuchnąć to grabarze wywleką truchło i spalą gdzieś za miastem. Zawsze tak było.

Ben nie miał dziś czasu dla siebie. Po pozbyciu się zwłok dostał kolejne zadanie. Miał znaleźć resztę dzieciaków i sprowadzić wszystkich do magazynu; poszedł chociaż nie chciał zostawiać Nel samej. Właściwie to nie chciał zostawiać jej samej z kamieniem. Bał się, że ucieknie, gdy już się go pozbędzie. On by nawiał, gdyby był na jej miejscu. Mimo to spełnił jej polecenie i pobiegł bez zbędnej zwłoki. W tym samym czasie Nel wspięła się po starej drabinie na niezawalony fragment dachu i usiadła okrakiem na szczycie. Wyjęła z kieszeni drogocenny brylant, a może szmaragd albo diament; nie wiedziała czym on właściwie jest, skąd miała to niby wiedzieć. Był ciągle ciepły. Obróciła go kilka razy w palcach, uniosła, wyciągnęła rękę i popatrzyła przez niego na zachodzące słońce. Był taki piękny, chociaż teraz nie była w stanie określić jego barwy. Mienił się wszystkimi kolorami.

– Jak ty trafiłeś w ręce Jukiego, co? – zapytała, nie spuszczając z kamienia wzroku. – Jak cię sprzedać? – Wiedziała, że to nie będzie proste. Była na to za krótka. Będzie musiała pójść do Snyd’a. Oskubie ją, ale trudno. Przynajmniej jej nie pobije i nie odbierze kruszcu siłą. Może i nawet zapłaci nie najgorzej. Schowała kamień z powrotem do kieszeni, zamknęła oczy i wystawiła twarz do słońca, łapiąc ostatnie tego dnia ciepłe promienie. Była okropnie zmęczona, w końcu dzisiaj wydarzyło się tak dużo. Tyle złego…Tyle…

– Ran! – Zapomniała! Jak mogła zapomnieć! Targ, krzyczący Kulme, jej przyjaciel leżący w kałuży krwi. Chociaż nie chciała, obrazy same pojawiały się pod przymkniętymi powiekami. Popłynęły łzy. Zerwała się z miejsca, ześlizgnęła sprawnie na brzeg dachu i zeskoczyła; budynek nie był wcale wysoki. Wylądowała bezpiecznie, robiła to już dziesiątki razy. Tylko za pierwszym się troszkę poobijała. Teraz sprawnie niczym kot, odbiła się od ziemi i rzuciła biegiem w stronę miasta. Była pewna, że szubienica stoi już na placu. Ogarnięta strachem i narastającą paniką nie zauważyła, że ktoś podąża jej śladem.

Egzekucja przyciągnęła morze gapiów; w Udu takie atrakcje należały do rzadkości. Nel się spóźniła. Gdy wybiegła z wąskiej uliczki na plac, kat zakładał pętle na szyję zapłakanego Rana. Chłopiec ręce miał skrępowane, podobnie nogi. Nie szarpał się, nie wyrywał. Gdy przekładali linę przez bloczek a później przywiązali do konia, dziewczyna stała i płakała. Nie zwracała uwagi na ludzi, na gapiów ucieszonych brutalną rozrywką, na rajców będących tu raczej z obowiązku niż dla przyjemności, na miejskich strażników próbujących panować nad tłumem… Byli na tym placu sami, tylko ona i Ran. Patrzyli na siebie załzawionymi oczami, pełni żalu i nienawiści do przeklętego losu. Wtedy koń ruszył, bloczek zaskrzypiał a ciało skazańca poderwała do góry brutalna siła. Nel zamarła na chwilę, a później przerażona widokiem drgającego ciała cofnęła się jeden krok, drugi, trzeci… Ktoś zacisnął na jej ramieniu długie kościste palce i pociągnął ją do tyłu, w głąb ciemnej uliczki. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Totalnie zaskoczona nie zdążyła nawet krzyknąć. Zakapturzona postać pchnęła ją w kierunku najbliższej bramy, a gdy dziewczyna zaczęła się szarpać dostała w twarz otwartą dłonią.

– Słuchaj no, mała zdziro! – Głos był niski, ale z całą pewnością należał do kobiety. – Nie mam czasu na zabawę. Gdzie on jest?

– Nie rozumiem, nie znam pani, nie wiem o co… – Kolejne uderzenie było mocniejsze, celne. Nel upadła na ziemię, miała rozciętą wargę. Splunęła krwią.

– Gdzie on jest? Kamień! – Pierwszy kopniak spadł na żebra dziewczyny paląc bólem, po nim kolejne. – Gdzie on jest? Gdzie on jest mała suko! – Nel przestała się ruszać. Kobieta schyliła się i przeszukała jej kieszenie. Odetchnęła z ulgą, gdy znalazła to, czego szukała. Zdjęła z siebie płaszcz i owinęła nim dziewczynę. Zarzuciła ją sobie na ramię i ruszyła przed siebie, trzymając się cienia. Przeszła nie więcej niż sto kroków, usłyszała krótki świst, trzask, po czym zwaliła się nieprzytomna na ziemię.

– Nel! Nel! Obudź się, Nel! – Dziewczyna otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą Bena.

– Gdzie…? Co…? Ben? – Spróbowała się podnieść, ale ostry ból przeszył całe jej ciało, opadła z powrotem na łóżko. Wzięła kilka głębokich wdechów. Rozejrzała się przytomniej; była w jakimś domu, na stole paliły się świece, żebra miała obwiązane bandażem. Oprócz Bena przy łóżku siedziała Ina oraz… Snyd!

– Bogowie są dla ciebie łaskawi, młoda – rzekł mężczyzna szczerząc do niej bielutkie zęby. – Witaj w moich skromnych progach.

– Snyd – odparła, chociaż mówienie sprawiało jej ból. – Jak się tu znalazłam?

– To ja! – zawołał Ben. – To ja was zauważyłem!

– Nas?

– No tak, ciebie i tą wredną babę.

– Poczekaj Ben, pomóżcie mi usiąść. Która jest w ogóle godzina, Snyd? Snyd! Nie stać nas na twoją gościnność, nic nie mamy.

– Wręcz przeciwnie, maleńka. – Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w oczach miał dziwny błysk.

Podekscytowany Ben opowiedział wydarzenia ostatnich godzin. O tym jak wraz z dzieciakami wrócili do magazynu, ale jej tam nie zastali. Bał się, że nawiała, opowiedział więc wszystko Inie, i we dwoje ruszyli na poszukiwania. Reszta została. Na egzekucje dotarli w tym samym momencie, w którym Nel została napadnięta. Schowali się za starą beczką i patrzyli bezradnie jak kobieta biję Nel, później zawija w płaszcz i bierze ze sobą. Ukryci czekali aż ich wyminie, a później tylko sobie znanymi przejściami wyprzedzili ją o kilkadziesiąt kroków. Ben wspiął się na niewysoki daszek, a gdy pod nim przechodziła, zrzucił jej na głowę dachówkę. Ot i cała historia.

– Mój bohater – wyszeptała Nel i pogłaskała go po twarzy. Chłopiec aż się zarumienił.

– Dobrze już, zmykajcie stąd – powiedział Snyd. – Dajcie jej odpocząć.

– Ja nigdzie nie idę. – Ben złapał Nel za rękę i popatrzył gniewnie na gospodarza.

– Ja pójdę, ktoś musi ogarnąć dzieciaki. – Ina podniosła się ze stołka i uśmiechnęła do koleżanki. – Trzymaj się – rzuciła na odchodne i wyszła z pokoju, a później w noc. Do magazynu miała jeszcze kawał drogi.

– Chodź, pokaże ci, gdzie będziesz spał. – Snyd wyprowadził z pokoju Bena, gasząc po drodze świece. Zaprowadził go na poddasze, gdzie przygotował całkiem znośne posłanie, a obok niego miedziany nocnik, w razie potrzeby; nie z dobroci serca, bynajmniej. Zależało mu na kamieniu, nie na nim. Chłopiec wyspał się tej nocy jak nigdy wcześniej. Także pierwszy raz miał sny, i to te z tych lepszych, nie mających nic wspólnego z szarą rzeczywistością. Śniło mu się, że każdej nocy zasypia z dachem nad głową, w ciepłym domu, a rano czeka na niego porządne śniadanie i wszystko to, czego nigdy do tej pory nie zaznał. To był jego pierwszy i zarazem ostatni sen.

Dla Nel reszta nocy nie była tak łaskawa jak dla jej przyjaciela. Gdy tylko gospodarz zgasił świece i zamknął za sobą drzwi poczuła się bardzo nieswojo. Chociaż bardzo lubiła samotność brakowało jej teraz czyjejś obecności. A niechaj byłby to nawet i ten krętacz Snyd, który użyczył im dzisiejszej nocy kawałka ciepłego kąta. Niepokoił ją ten jego nagły przypływ dobroci. Co prawda zdarzało się, że przynosili mu różne skradzione fanty a on płacił za nie jakieś grosze (więcej płacił za różne zasłyszane informacje), ale nigdy nikogo z nich nie wpuścił do swojego domu. Nie mówiąc już o zapewnieniu noclegu. Nie mogła zasnąć, ciało rwało bólem a głowę zaprzątały kolejne myśli. Najpierw o Jukim. Nie, nie o jego śmierci; ludzie umierali, tak już jest. Zastanawiała się skąd wziął kamień. To był przecież największy partacz z całej grupy. Nie potrafił zwędzić nawet głupiej śliwki ze straganu. Skąd wziął więc taki skarb? Później pojawiły się myśli o Ranie, o tym, że zginął przez nią. To ona kazała mu iść na targ, to była jej wina! Wyczytała to z jego twarzy, gdy spojrzeli na siebie na chwilę, zanim lina poderwała go do góry. Zaczęła szlochać, najpierw po cichu, tłumiąc płacz w poduszkę. Po chwili beczała już na całego. Mała, bezradna i przede wszystkim winna. Zasnęła nad ranem, ledwie godzinę przed wschodem słońca.

Snyd także nie spał tej nocy zbyt długo. Po odprowadzenia Bena przygotował sobie grzane wino, takie jak lubił, z miodem i przyprawami; płacił za nie krocie, ale było go przecież stać. Poszedł do swojego gabinetu, rozsiadł się w fotelu i zaczął intensywnie myśleć. Młody pokazał mu kamień, logiczne, inaczej by ich nie wpuścił. Ale skąd ta banda gówniarzy go wzięła. Mógł odebrać go siłą, ale po co? I tak go sprzeda i to drogo, a im rzuci jakieś drobne. Zresztą te dzieciaki czasem są pożyteczne, pozbycie się ich nie będzie rozsądne. Tylko ten kamień… Komu go zwinęli? Całe miasto powinno już o tym huczeć. Nie wiedział co robić. Nie chciał wypuszczać ich z domu ani w nim trzymać.

– Co robić… co z tym do diaska zrobić?

Obudził się w swoim fotelu. To nie był mocny, krzepiący sen; raczej dłuższa drzemka. Nie chciał tracić czasu, co prawda był człowiekiem cierpliwym, ale w tej sprawie musiał działać szybko. Potrzebował informacji. Poszedł do pokoju, w którym zostawił dziewczynę. Zapukał do drzwi i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka. Nel spała jeszcze, ale delikatne szarpnięcie za ramię ją obudziło.

 

***  

Kobieta ciągle stała. Nie poproszono jej, aby usiadła. Ubrana była w wysokie, skórzane buty, obcisłe, zielone spodnie i białą ubrudzoną w ziemi i glinie koszulę. Do pracowni Arcymistrza wezwano ją od razu po pojawieniu się w Gildii. Pomimo tego, że nie dano jej nawet kilku minut na doprowadzeniu się do porządku, teraz od przeszło kwadransa stała wyczekująco przez nikogo nie niepokojona. Trwała nieruchomo, tylko jej śledzące krzątającego się po pracowni starca oczy odróżniały ją od stojących pod ścianą martwych posągów. Arcymistrz tymczasem z tygielkowymi szczypcami w ręku zbliżył się do wielkiego pieca, zajmującego centralne miejsce obszernej pracowni. Otworzył jedną z komór athanora i ostrożnie wyciągnął małe żaroodporne naczynko i odstawił je delikatnie na pulpicie roboczym; pomiędzy kolorowymi, szklanymi retortami i wszelkiego rodzaju alembikami. To musiało być coś bardzo cennego, bo starzec wyraźnie odetchnął, a po czole spływały krople potu. Odłożył szczypce i zdawać by się mogło, że dopiero teraz zauważył swojego gościa. Podszedł do kobiety, odgarnął jej z twarzy kosmyk włosów, posklejany zaschniętą krwią.

– Co masz mi do powiedzenia, Kassandro? – Nie dał jej czasu na odpowiedź. Otwartą dłonią wymierzył mocny policzek. – To było proste zadanie. – Kolejne uderzenie. Tym razem z nosa pociekła strużka krwi.

– Wybacz, Mistrzu. Zawiodłam. – Spuściła głowę, ale alchemik chwycił ją za podbródek i podniósł twarz z powrotem ku górze. Zacisnął mocniej palce.

– Co z kamieniem? – zapytał.

– Ni…nie jestem pewna. – Zobaczyła wypełniający jego oczy gniew. Mimo to kolejny, spodziewany cios nie nadszedł. Zamiast tego starzec cofnął się pod ścianę i usiadł na bogato rzeźbionym, wysokim fotelu. Zamknął oczy i sprawiał wrażenie śpiącego, ale kobieta służyła mu od dawna; wiedziała, że należy czekać. Po dłuższej chwili Arcymistrz Anor otworzył oczy i gestem przywołał ją do siebie. Kassandra podeszła powoli, pochyliła się ku niemu zbliżając ucho do ust swojego nauczyciela. Ten mówił ledwo słyszalnym szeptem, tak cicho, że musiała wytężyć słuch, aby pochwycić wszystkie słowa. Gdy skończył, kobieta skłoniła się i skierowała w kierunku wyjścia.

– Pamiętaj, stawką są dziesiątki lat pracy najlepszych synów Gildii – powiedział, nim zdążyła opuścić pracownię – i twoja głowa.

– I po co ci ten kamyczek, co? – Jeden ze stojących pod ścianą posągów ożył nagle. – Wiesz już, że to działa. Kes narobi tylko bałaganu, znasz jej metody.

Dobrze ubrany, ciemnowłosy mężczyzna strzepał z kaftana resztki pyłu. Popatrzył na prawdziwe posągi z nieudawanym zachwytem.

 – Kocham te twoje iluzje i sztuczki ojcze – kontynuował, podchodząc do starca.

– To nie sztuczki – odwarknął Anor. – I proszę cię, nie bądź ignorantem. Więcej w tobie polityka niż alchemika! TO nie tylko działa, to klucz! Klucz do wszystkiego! To już nie alchemia synu.

– Nie? Więc co?

– Czysta magia… – Starzec sięgnął po wychłodzoną już retortę i wylał jej zawartość na swoją dłoń. Gęsta substancja samoistnie rozprowadziła się po skórze po czym wchłonęła w ciało alchemika. Mężczyzna przez krótką chwilę oddychał ciężko, po czym spojrzał na syna tak, że ten aż się wzdrygnął. Oczy Anora zapłonęły prawdziwym ogniem.

 – Pojedziesz do Naabis mój synu, a później do Jaru, i dalej. Dopilnujesz tam naszych spraw. Ja zajmę się resztą na miejscu.

– Jak sobie życzysz, ojcze.

***

Tak jak jej polecił Snyd, siedzieli cały dzień w jego domu. Chociaż bardzo ich korciło, żeby się gdzieś ruszyć, oboje wiedzieli, że to kiepski pomysł. Ben leżał więc znudzony na podłodze w pokoju Nel, śledząc wzrokiem wędrującego po belce pająka. Dziewczyna, ciągle poobijana, kręciła się niespokojnie na swoim łóżku. Miała złe przeczucia. Nie miała do Snyda za grosz zaufania, ale nie widziała dla siebie lepszych opcji. Przynajmniej chwilowo. Poza tym to, co jej rano powiedział miało sporo sensu. Wystarczyło poczekać czego się dowie, a dowie się na pewno; już on ma swoje dobre źródła. „Później się zobaczy. W razie co damy nogę”. Chociaż dobrze wiedziała, że w tym stanie co najwyżej to może gdzieś powoli podreptać. Minął im tak cały dzień, rozmawiali, kilka razy ostrożnie wyjrzeli na ulicę, zjedli zostawione przez Snyda kawałki sera z chlebem. Musiała przyznać, i to dość niechętnie, że dawno nie spędzili tak spokojnego dnia. Tak zapewne wyglądało normalne życie…

Wrócił po zapadnięciu zmroku. Był zły, ubranie miał mokre od deszczu a na twarzy malowało się zmęczenie. Zrzucił z siebie ciężki płaszcz, podszedł do stołu, na którym rano zostawił gliniany dzbanek. Przyłożył go do ust i przechylił, aż wino zaczęło spływać po brodzie, kapiąc na podłogę. Długo sycił pragnienie nim odstawił naczynie z powrotem. Dzieciaki patrzyły na niego w milczeniu.

– Wy gnojki! – powiedział w końcu, celując w nich palcem. – Nawet nie wiecie w jakie gówno się wpakowaliście. I przy okazji mnie!

Nel i Ben spojrzeli na siebie, później wlepili wzrok z powrotem w Snyda. Nie odezwali się.

– Gildia! Szuka was Gildia, czyli całe miasto! Ja już mogę sobie przywiązać kamień do nogi i skoczyć do kanału. Ty wiesz komuś łeb rozwalił?

Ben zamrugał tylko oczami. A Snyd mówił dalej.

– Kassandrze! Znasz Kes? Jak nie, to ją poznasz, ona nikomu nie daruje! 

Znali ją. Nie osobiście rzecz jasna (właściwie to i osobiście mieli z nią chwilową przyjemność), ale każdy wiedział kim ona jest; taki Kulme w spódnicy. Mogąca wszystko wściekła suka. Suka na pasku Gildii.

 – Powinien jej jeszcze dzisiaj zanieść w zębach ten kamyczek, a was spętanych zostawić przed bramami Gildii. – Snyd usiadł ciężko, mierzwiąc swoje krótkie czarne włosy. Sięgnął znowu po dzbanek.

– Może oddamy im kamień i nas zostawią w spokoju? Ja go nie chcę, nie ja go ukradłam przecież. – Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem.

– Może gdyby nie ta awantura z Kes zostawiliby cię w spokoju. Teraz to już sprawa osobista.

– Co z nami będzie? – spytał chłopiec.

– Pozbędą się was. Nawet nie chcę wiedzieć o co tu chodzi. Cała ta awantura jest bardzo dziwna.

– Pomóż nam. – Słowa Nel zawisły w powietrzu. Snyd spojrzał na nią i ryknął głośnym śmiechem.

– Daj mi jeden dobry powód? Nie ma tyle złota, żebym chciał się narazić Mistrzowi Anorowi. Nie zgodziłbym się, nawet jeśliby to było możliwe. A wierz mi, że nie jest.

– Tylko uciec z miasta. Dostaniesz ten kamień. Opłaci ci się…– Sięgnęła do kieszeni i podała mu go na otwartej dłoni.

– Kamień… Kamień…– powtarzał. – Ten kamień to wyrok, nikt go nie sprzeda i nikt go nie kupi. Zabieraj go! Poza tym to topaz.

– Topaz? Skąd to wiesz? – zapytała, bacznie mu się przyglądając.

– Po to biegałem po mieście cały dzień, żeby wiedzieć.

– Topaz to brylant? – Wtrącił Ben.

– Nie, zresztą nie ważne. Nie w tym rzecz, co to jest. Rzecz w tym, że już po was. Tylko cud was może ocalić.

– Więc… pomożesz? – Dziewczyna ponowiła pytanie.

– Pomogę – odparł, nie wierząc w to co mówi.

Ta noc była dla Nel jeszcze gorsza niż poprzednia. Wtedy nie mogła spać z bólu i natłoku myśli, teraz ze strachu. Wszystko działo się tak szybko, miniona doba wywróciła jej życie do góry nogami, chociaż i bez tego łatwo przecież nie było. Nic z tego wszystkiego nie rozumiała. Bała się nadchodzących dni, bała się o Bena, o Inę i resztę dzieciaków. Tak po prostu, po ludzku strach wypełnił każdy zakamarek jej duszy, rozlewając się powoli na innych. Ben spał dzisiaj razem z nią; był równie wystraszony, za nic nie dało się go wygonić. Mimo, że chciała wierzyć Snydowi, trudno było oczekiwać, że byle paser wykiwa Gildię. Poza tym nie rozumiała czemu to robił. Gdy w końcu zamknęła oczy i zasnęła, drzwi uchyliły się. W szparze, w blasku dogasającej się świecy pojawiła się twarz gospodarza. Widząc, że dzieciaki już śpią, zgasił słaby płomyk i już miał wyjść, ale podszedł do łóżka i pogłaskał dziewczynę po włosach.

– Śpij spokojnie Ke-Nael. – Szept był niemal niesłyszalny, ale dziewczyna zareagowała na dotyk; uśmiechnęła się przez sen, tuląc twarz do jego dłoni. „Ckliwy dureń” przeklął się w myślach, zabrał szybko rękę i wyszedł z pokoju. Zabrał płaszcz i wyszedł w noc. Był potwornie zmęczony, ale jeżeli chciał uratować dziewczynę, musiał działać. Chłopaka miał gdzieś, tak jak resztę tej bandy, ale ona musiała żyć.

***

Było już po północy, gdy ściany starej rudery, służącej lata temu za magazyn, poszły w drzazgi. Do środka wtargnęła grupa cieni siejąc śmierć i zniszczenie. Wyrwani ze snu różnego rodzaju oberwańcy nawet nie próbowali stawiać zorganizowanego oporu. Zgromadzone tu szumowiny rzuciły się do ucieczki. Ostatnia do budynku weszła czarnowłosa kobieta.

– Łapać dzieciaki, to one są naszym celem. – Wydała rozkaz. Rozejrzała się jeszcze i wyszła. Nie chciała spędzić w tym syfie ani minuty więcej, niż to konieczne.

***

Prywatne komnaty Arcymistrza Anora leżały w samym centrum kompleksu należącego do cechu alchemicznego. Mieściły się w budynku przypominającym ogromną altanę, jakże różniącą się od wznoszących się dokoła porośniętych mchem i bluszczem kamiennych ścian warsztatów, destylarni i budynków mieszkalnych. Młodsi adepci sztuki alchemicznej nazywali ten osobliwy budynek wychodkiem Anora. Niewielu ludzi miało do niego wstęp, Arcymistrz zaś spędzał tam każdą wolną chwilę.

Z zewnątrz budynek obity był bogato rzeźbionym drewnem. Drzeworyty przedstawiały historię Wielkiej Alchemii i całą drogę, którą przeszła zanim zdobyła należne jej miejsce. Pomimo swego ogromu, do środka prowadziły tylko jedne drzwi a w ścianach nie było okien.

Droga wiodąca do Rotundy Księżycowej, bo tak brzmiała oficjalna nazwa budynku, była prosta i równa. Wyłożona została białym kamieniem, sprowadzonym na osobiste życzenie Arcymistrza Menena setki lat temu, aż z niedostępnych Gór Rubieży Wschodu. Stawiając kroki po idealnie gładkich kamieniach Kulme nie był świadomy po jakim bogactwie kroczy. Zresztą, nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy jak ogromnym majątkiem rozporządza Gildia. Jego głowę zaprzątały inne myśli. Od jakiegoś czasu domagał się tej wizyty, ale posłańcy ciągle wracali z odmową. Wszystko zmieniło się wczoraj. Pachołek przybył z zaproszeniem do jego pałacyku; do Ratusza przyjść nie mógł, spotkanie nie dotyczyło spraw urzędowych.

Malutki orszak (Kulme zabrał ze sobą dwóch służących) dość sprawnie przebył drogę od ogromnej, stalowej bramy, do znajdującego się kilkaset kroków dalej, równie majestatycznej, choć dość oryginalnej, okrągłej budowli. Pomimo tego, że przybyli o czasie (strażnicy przy bramie byli powiadomieni o ich przybyciu, a nawet wskazali kierunek, w którym mają się udać) nikt na miejscu na nich nie czekał. Minęły niemal dwa kwadranse, nim gładkie drzwi zaskrzypiały lekko, wypuszczając na zewnątrz niemłodego już alchemika.

– Witajcie Mistrzu. – Kulme nie dał po sobie poznać lekkiej irytacji. Nie lubił czekać. Był nawykły do tego, że to inni czekali.

– Witaj panie w Gildii, ale nie nazywajcie mnie Mistrzem. Jestem zwykłym akolitą, służę jedynie pomocą naszemu wielkiemu Arcymistrzowi. Zwą mnie Tigo.

– Nie jesteście, panie, za starzy na akolitę? Wybaczcie, jeśli pytanie jest niezbyt grzeczne, nie jestem zbytnio obeznany w strukturach waszej organizacji, opieram się jeno na domysłach i logice. – Kulme, podobnie jak jego dwaj służący przyglądali się dość ostentacyjnie wspartemu na lasce starcowi. Wydawało się, że jest niewiele młodszy od Anora. Ubrany był zaś tak skromnie, jak to tylko możliwe. Długa, szara szata zwieńczona była skrywającą twarz kapuzą, w pasie zaś przepasana lnianym sznurem. Na nogach nosił stare, wytarte sandały. Bardziej pasował na jakiegoś ulicznego krzykacza-heretyka niż na badacza tajemnej wiedzy. Jedynie oczy zdradzały prawdziwą naturę tego człowieka. Małe, głęboko osadzone były czujne na każdy ruch. Kulme nie był głupi, nie dał się nabrać.

– Już dawno porzuciłem naukę w naszej Akademii i poświęciłem służbie naszemu Arcymistrzowi. To dar od samej Wielkiej Alchemii jak również ogromny zaszczyt. A teraz wybaczcie panie i pozwólcie za mną. Arcymistrz czeka.

„A niech stary dziad czeka. Ja czekałem dwa kwadranse, Anor też może”. Kulme pomyślał jedno, ale zrobił drugie. Skinął głową i już chciał ruszyć w stronę drzwi, gdy Tigo znowu zabrał głos.

– Proszę jeszcze raz o wybaczenie, ale oni – wskazał na służących Rajcy – nie mogą przekroczyć tych drzwi. Rotunda Księżycowa to wyjątkowe miejsce, nie każdy może tam wejść.

– Poczekacie na mnie tutaj. – Kulme zwrócił się do swoich ludzi, ale Tigo ponownie się wtrącił.

– Nie jest konieczne panie, aby twoi ludzie stali w słońcu. Mistrz mój przewidział, że zjawisz się z eskortą. Polecił więc przygotować dla nich miejsce, gdzie będą mogli poczekać. W budynku po drugiej stronie ulicy czeka na nich przytulny kąt. Wystarczy, że zapukają. – Akolita wskazał niewielki budynek, z którego niósł się przyjemny zapach pieczystego. Rajca wykonał przyzwalający gest dłonią i dwaj mężczyźni z wyraźną ulgą udali się we wskazanym kierunku.

Kulme jak do tej pory tylko dwa razy przekroczył mury strzegące siedziby Wielkiej Alchemii. Wówczas Anor przyjmował go oficjalnie, w małej salce audiencyjnej. Teraz, przekraczając próg osobliwej budowli był pod ogromnym wrażeniem. Znaleźli się w niewielkim przedsionku, prowadzącym do okrągłego korytarza stanowiącego wewnętrzny pierścień budynku. Idąc owym korytarzem Kulme niemal przecierał oczy ze zdziwienia. Po swojej lewej stronie, w równych od siebie odstępach znajdowały się masywne drzwi, wzmocnione żelaznymi okuciami. Po prawej zaś szklana ściana, a za nią zielony ogród, stanowiący centralny punkt i prawdziwe serce Rotundy.

– Arcymistrz oczekuje was panie przy fontannie. – Tigo zatrzymał się przy wejściu do ogrodu, wskazując ręką kierunek. Skłonił się i odszedł, zostawiając gościa samego. Kulme wahał się przez chwilę, po czym wkroczył do ogrodu. W jednej chwili zniknął ostry zapach siarki i bogowie wiedzą czego jeszcze; nawet nie próbował tego odgadnąć. Ogarnął go zapach tak przyjemny, że mimowolnie zatrzymał się, zamknął oczy i wziął kilka głębszych wdechów. „Niesamowite”. Mruknął do siebie i już chciał ruszyć dalej, gdy zorientował się, że nad ogrodem znajduję się szklana kopuła. Rozmiarem i architektonicznym kunsztem przekraczała wszystko co widział do tej pory. Nie spuszczając głowy, ruszył powoli przed siebie. „Anor czeka przy fontannie”. Poprowadził go dźwięk wody.

Arcymistrz siedział na niewielkiej drewnianej ławeczce, dłonie i głowa spoczywały oparte o zdobioną laskę. Wydawało się, że śpi. Kulme podszedł powoli nie chcąc go zbudzić, właściwie to nie wiedział, jak ma się teraz zachować. Usiadł więc obok starca i czekał. Anor nie spał jednak. Odezwał się po chwili.

– Tysiąc sto czterdzieści trzy lata.

– Słucham? – Rajca dał się zaskoczyć, bo alchemik nie otworzył nawet oczu.

– Tysiąc sto czterdzieści trzy lata – powtórzył Anor. – Tyle właśnie minęło od chwili, gdy postawiono tu pierwszy kamień pod fundamenty. Fundamenty! Ba! To była zwykła szopa i mały ogródek. I jeden szaleniec, który chciał poznać prawa tego świata.

– Nie chcecie mnie Mistrzu chyba raczyć historią Alchemii?

– A czemuż by nie? Nie czujesz mocy tego miejsca? Nie okażesz szacunku? Nie sprawisz starcowi przyjemności słuchając jego historii, chociaż wpuścił cię do świętego miejsca, ukazując swe sekrety?

Rajcy nie podobała się ta gra. Nie podobało mu się, że stary zwraca się do niego per „Ty” i w ogóle nie lubił tracić czasu. Przyszedł tu w jasno określonym celu, a gadanie po próżnicy go do niego nie przybliżało. Dużo ryzykował i dużo zapłacił. Chciał konkretów. Wytarł w kaftan spocone dłonie i wyjął z kieszeni aksamitną chusteczkę, którą otarł twarz.

– Mistrzu, nasze wspólne sprawy… – Zaczął, ale Anor natychmiast mu przerwał.

– Nasze wspólne sprawy mogą chwilę poczekać. Obowiązki Arcymistrza nie dają mi chwili wytchnienia, nie mówiąc o jakichkolwiek, nawet małych przyjemnościach. Jak chociażby krótka pogawędka z dobrym przyjacielem Gildii, nieprawdaż?

– Mój czas… Obowiązki w Ratuszu… – Kulme próbował się desperacko bronić, ale już wiedział, że przegrał.

– Wiedziałeś, że Rotunda Księżycowa, tak, tak się to miejsce nazywa, była trzykrotnie palona? – Anor w ogóle nie zwracał uwagi na to co mówi jego gość. – Trzykrotnie odbudowywana, za każdym razem większa i zyskująca na znaczeniu.

Kulme skapitulował. Wiedział, że tak czy siak stary się nagada, zanim da mu to po co przyszedł. Mógł jedynie udawać zainteresowanie, a niech to, nawet radość z rozmowy byle tylko skończyć to przedstawienie jak najszybciej.

– O ile mi wiadomo, z każdej wojny wychodziliście silniejsi. Przywileje, nadania ziemskie… – Każdy znał historię, Kulme również. Wykładali ją w każdej Akademii jako przedmiot obowiązkowy.

– Macie rację, dobrze służyliśmy zwycięskiej stronie przez te wszystkie wieki. Wdzięczność władców była adekwatna do naszych zasług.

 – Ale chyba te zwycięskie strony zmieniały się kilka razy, prawda? Nie grzeszycie lojalnością. – Kulme nie mógł się powstrzymać, żeby tego nie wytknąć swojemu rozmówcy. Nie ugodził go tym jednak, Anor nie dał po sobie nic poznać.

 – Gildia stała i zawsze stać będzie w sojuszu z nauką, naturą i jej prawami. Władcy i państwa przemijają, tylko wiedza jest wartością stałą. Szukaniu wiedzy sprzyja pokój, nie wojna.

„Ależ z ciebie parszywy, obłudny gnojek. Frazesy! Pokój! Wiedza! Brednie i tyle! Złoto i władza, jak wszędzie! Jesteś tak samo zepsuty jak ja!” Rajca uśmiechnął się do siebie.

– Zechciej Mistrzu opowiedzieć mi więcej o tym budynku. Co skrywają pokoje? Co kryje się za tymi potężnymi drzwiami? A ta kopuła! Jestem nią zachwycony! Architektura zawsze mnie pociągała, gdybym nie oddał się miastu na służbę, pewnie bym projektował pałace dla samego cesarza!

„Tylko w jaki sposób wtedy rabowałbyś z miejskiej szkatuły, gnido!”

– Oh! Niestety moja odpowiedź będzie rozczarowująca. – Anor w niewinnym geście rozłożył ręce. – Nawet jeśli te pomieszczenia ongiś kryły w sobie jakieś tajemnice, teraz w większości świecą pustką. Pełnią rolę moich komnat. Sypialnia, gabinet, mała biblioteczka z ulubionymi manuskryptami… – kłamał z łatwością. – Kopuła zaś, wiecie… zauważyliście brak okien w ścianach?

– Owszem.

– Potrzebowaliśmy dziennego światła, szklany sufit nam to zapewnia. Dzięki temu rośliny mogą tu kwitnąć cały rok.

– Rozumiem. – Kulme nie dał po sobie poznać, że nie wierzy w ani jedno słowo. – Za to ten ogród jest niemal magiczny. Jakie rośliny tu rosną? Zapach jest wręcz upajający.

– A to już efekt mojej starczej próżności. Znacie przecież krążące plotki na nasz temat. Oczywiście wyssane z palca, rzecz jasna.

– Rzecz jasna.

– Kiedyś to miejsce pełniło rolę Ogrodu Transmutacji. Dawno temu. Teraz to zwykły ogród mający umilić starcowi ostatnie lata życia. Przejdźmy się.

Kamienne ścieżki przecinały wirydarz gęstą siecią. Spacerowali w żółwim tempie, co jakiś czas zatrzymując się by Anor mógł opowiedzieć o jakimś krzewie lub ziołach, albo innej roślinie i jej właściwościach. Kulme zastanawiał się nad tym jaki jest w tym cel. Od kiedy to Gildia, strzegąca swoich sekretów, uchyla rąbka wiedzy. Przeszli ogród wzdłuż i wszerz kilka razy nim wrócili do fontanny. Usiedli na ławeczce.

– Mistrzu, dziękuję za wykład, był naprawdę interesujący. Czy moglibyśmy przejść do rzeczy? Czas urzędnika to złoto w miejskiej szkatule.

– Tak, już czas. – Alchemik wykonał delikatny ruch dłonią i po chwili pojawił się Tigo, niosąc niewielką drewnianą szkatułę. Podał ją Anorowi i oddalił się równie szybko jak się pojawił. Kulme wyciągnął po nią swoje ręce, ale starzec przycisnął ją sobie mocniej do kolan.

– Nie tak prędko. Gildia włożyła ogrom pracy wykonując to zlecenie. – Mówiąc to wyciągnął z szerokiego rękawa rulon pergaminu. – Gildia byłaby niezmiernie wdzięczna, gdyby Ratusz spojrzał na to życzliwym okiem.

Kulme wziął dokument do ręki, rozwinął i przebiegł po nim wzrokiem.

– To niemożliwe. Nie podpiszę tego – powiedział.

– Oczywiście, że podpiszesz. Tak jak podpisywałeś wszystko do tej pory. Nie muszę ci chyba przypominać.

– Nie musisz. Czy wszystko zadziała tak jak się umawialiśmy? – Kulme wyraźnie poirytował się nagłą zmianą zachowania Anora.

– Oczywiście. – Mówiąc to uchylił wieko szkatuły. Na aksamitnej, fioletowej poduszeczce leżały kolczyki, łańcuszek a także dwa pierścienie. Rajcy zaświeciły się oczy na ten widok.

– Skąd mam mieć pewność?

– To kwestia zaufania. – Na te słowa Kulme aż prychnął.

– Nie rozśmieszajcie mnie – odparł szczerze ubawiony.

– Wszystko zadziała, sprawdziliśmy. Po aktywacji przedmiotu obiekt zmarł.

– Obiekt?

– Jakaś sierota wyłowiona z miejskiej hołoty, proszę was, Kulme, nie bądźcie dziecinni. Kes się tym zajmowała, zresztą nieważne. Zapewniam, że działa.

– Dobrze więc, to nie moja rzecz. Pchnę jutro pachołka z podpisanym dokumentem. – Nim Anor zdążył coś na to odpowiedzieć, Kulme dodał szczerząc przy tym białe zęby. – Bądźcie o to spokojni, toż to przecież kwestia zaufania. Powiedzcie teraz w jaki sposób aktywować działanie biżuterii?

Czekający w pogotowiu Tigo pojawił się natychmiast na wezwanie Anora. Odprowadził gościa aż do głównej bramy, zabierając po drodze służących Rajcy. Zaczerwienione nosy i policzki sugerowały, że alchemicy nie poskąpili im wina. Kulme obiecał sobie wyciągnąć konsekwencje z ich zachowania, ale nie dzisiaj. Chciał jak najszybciej wrócić do swojego pałacyku. Miał dziś jeszcze sporo pracy.

 Tymczasem Tigo niezwłocznie powrócił do Ogrodu Transmutacji.

– Czy wszystko poszło zgodnie z planem Mistrzu? – zapytał siedzącego przy fontannie Anora. – Podpisał?

– Nie. Ale podpisze.

– Czy to było rozsądne, aby pokazywać Oculus Solis temu, temu… – Akolicie wyraźnie brakowało odpowiedniego słowa. Nie krył do urzędnika swojej niechęci.

– Oko Słońca wywarło odpowiednie wrażenie. Kulme będzie nam posłuszny. Przynajmniej na razie. – Arcymistrz podniósł się z ławeczki i ruszył w kierunku fontanny. – Pragnę teraz oddać się rozważaniom. Przygotuj pracownię, wieczorem dokończę Traktat.

– Ten o Jedności Świata? – dopytał Tigo, na co Anor wykonał ruch ręką, który mógł być zarówno potwierdzeniem jak i zaprzeczeniem. Akolita skłonił się i udał się do Małej Biblioteki.

Arcymistrz spędził w Ogrodzie resztę popołudnia i cały wieczór. Tarcza księżyca odbijała się na nieruchomej tafli wody. Wpatrywał się w nią medytując, sięgając głęboko w swoje jestestwo. Oczyścił duszę i umysł; był gotowy, chociaż śmiertelnie zmęczony.

Tigo służył mu już tak długo, że zdążył poznać swojego mistrza niemalże na wylot. Przygotował wszystko jak trzeba. Na zdobionym dębowym stole leżał zgrabnie ułożony stos czystych kart, inkaust, obok dopalała się dająca nikły blask świeca a dalej w małej pozłacanej skrzyneczce leżało kilka następnych. Na wysokim krześle leżała poduszeczka, zwiększając wygodę choćby i odrobinkę, podczas długiej pracy w niewygodnej pozycji. Na stole znajdował się także dzban z winem, szklany kielich i srebrny półmisek z owocami polanymi miodem. Pracownia była ponadto skromna, znajdowała się tam jeszcze spora półka wypełniona księgami i różnej wielkości zwojami, a pod jedną ze ścian stała zapewniająca ogrzewanie żeliwna koza. Anor wiedział, że nikt nie odważy się mu przeszkadzać, mimo to zamknął za sobą drzwi na klucz. Zamiast jednak podejść do stołu i, jak to zwykle czynił, rozpocząć pracę od sporego łyka wybornego wina, podszedł do półki z woluminami i przyklęknął na drewnianej podłodze. Wyjął z kieszeni coś, co wyglądała na miniaturową wersję clavis magistri – klucza mistrza. Włożył go w dziurkę w desce, która na pierwszy rzut oka wyglądała na zwykły ubytek, i przekręcił. Coś lekko zaskrzypiało i wycięty fragment deski uniósł się o kilka centymetrów. Anor wyciągnął ze skrytki skórzaną tubę i zamknął schowek. Podniósł się i podszedł do stołu. Ostrożnie wyjął zawartość; były to cztery manuskrypty zapisane w Pa-dohu, języku wymarłym i dawno zapomnianym. Owe karty stanowiły największy, bezcenny wręcz skarb Gildii. Fakt, że wpadły w jego ręce w sposób całkowicie przypadkowy, utwierdziły go w przekonaniu, że to przypadek być nie mógł. Zresztą nie od razu pojął z czym ma do czynienia.

Minęło jedenaście lat. Osiemdziesiąt sztuk złota, tyle właśnie zażądał ten jak się zwał poszukiwacz, a raczej zwykły rabuś grobów, za „tubę wypełnioną papierkami”. Cena była zawrotna, ale koszty wyprawy były równie wysokie! Ba! Rzekomo artefakt pochodził ze Świątyni Księżycowej w ruinach Doh-arpy. I mając już w rękach cenny przedmiot, zostawił towarzyszy opętanych chciwością i uciekł z zapomnianego miasta. Domyślając się możliwej wartości znaleziska, próbował je spieniężyć na dworach i w akademiach, ale nie było zainteresowania. Aż pewnego dnia przyszło olśnienie! Gildia Alchemiczna ze swoim mądrym Arcymistrzem. I udał się do Udu z cennym ładunkiem. Dwa tygodnie zajęło mu „spotkanie” Arcymistrza gdzieś poza terenem Gildii. Chciał to załatwić po cichu, nie chciał iść do bramy i zapukać: hej! Mam tu skarb! Dawajcie złoto! Doprawdy historia godna niespełna rozumu dziecka. Doh-arpa, miasto legenda. Nigdy nie istniało, tak jak żadne inne tajemne wieże, smoki, gryfy i demony. I już miał przegonić tego naciągacza, tego oberwańca, gdy dojrzał na skórzanej tubie tłoczone znaki. Znaki jakich do tej pory nigdy nie widział. Coś drgnęło w jego duszy, kupił więc wciskany mu niemal na siłę „towar”, mając nadzieję, że nie będzie tego żałował. Odzyskał zresztą wszystko co do grosza, jeszcze tego samego dnia zorientował się, że to nie są jakieś podróbki. Spuścił więc ze smyczy swoje psy. Wiedza o tych woluminach nie powinna chodzić pijana po karczmach i rozprawiać o tym jak to Gildia płaci złotem za usługi. Nie minęło kilka godzin i ta wiedza leżała zaszczana w rowie z nożem w bebechach, a złoto wróciło do szkatuły Anora.

Minęło jedenaście lat, to dużo czasu, ale odszyfrowywanie zapomnianego języka szło niezwykle opornie. Nie mógł liczyć na niczyją pomoc, poza nim nikt nie wiedział o tych manuskryptach. Nawet jeżeli Tigo się czegoś domyślał, nie wiedział niczego pewnego. Anor zaś dzielił się zdobytą wiedzą bardzo niechętnie, przedstawiając ją jako efekt lat pracy, eksperymentów i jego własnego geniuszu. Jedyną osobą, której ufał był jego syn, którego prawdziwa tożsamość była znana tylko niewielkiej grupie ludzi. Ale nawet wiedział tylko tyle, ile Anor uznał za stosowne mu wyjawić. Przełom w tłumaczeniu nadszedł niespodziewanie kilka miesięcy temu. Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Zyskał uniwersalny klucz do niemalże wszystkiego. Klucz pozostaje jednak tylko kluczem. Otwiera drogę przez zamknięte drzwi, ale zrozumienie i wykorzystanie tego co się za nimi znajduje to już inna sprawa. Żałował teraz, że tak lekkomyślnie pozbył się tamtego człowieka. Żałował tego już wiele razy, dałby wiele, żeby trafić do Doh-arpy. Ileż straconej wiedzy mogło się tam kryć!

Arcymistrz patrzył przez chwilę na zawartość tuby; karty nie były pożółkłe, mimo swojego wieku wyglądały, jak gdyby przed chwilą wyszły spod ręki autora. Wziął do ręki pierwszą z nich i w skupieniu przypatrywał się zapisanym znakom. Rozsiadł się wygodnie na krześle, ah! dzięki bogom za aksamitne poduszeczki! Nalał sobie wina, wypił na raz cały kielich i zaczął na pustych kartach zapisywać swoje uwagi do Utraconej Wiedzy (tak roboczo nazwał woluminy z Doh-arpy, i tak już zostało). 

 

 

 

***

Rajca Kulme wieczór spędził w altanie, w ogrodach swojej rezydencji. Nie chciał tego przed sobą przyznać, ale wizyta w Rotundzie wywarła na nim ogromne wrażenie. Być może lekceważył alchemików, ale przez chwilę poczuł bijącą z tamtego miejsca moc. Ciągle miał na sobie delikatny zapach ruty, hyzopu i arcydzięgla. Działały na niego tak uspokajająco, aż przestał się dziwić temu staremu piernikowi, że ciągle tam przesiaduje. Ale to nie było ważne. Ważne, że zdobył biżuterię. Siedział więc w blasku świec, w dłoni trzymając srebrny kielich, a przed sobą drewnianą szkatułę. Upił łyk wybornego, półsłodkiego wina i podniósł wieko. Przyjrzał się kolczykom, po raz kolejny wpatrując się w złote elipsy zwieńczone małymi, niebieskimi kamyczkami. W myślach powtórzył sobie aktywującą formułę. Zamknął oczy i uśmiechnął się do siebie. W końcu jego polityczne ambicje były w zasięgu ręki. Osoby stojące mu na drodze jeszcze o tym nie wiedziały, ale wkroczyły dzisiaj na ścieżki prowadzącą prosto do grobów.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witam ponownie. :)

 

Przebiegłam szybko oczami i widzę, że – w porównaniu z tekstem grudniowym, który miałam przyjemność opiniować – dialogi wyglądają dużo lepiej, niemniej i w nich zdarzają się jeszcze usterki, np.:

– Tysiąc sto czterdzieści trzy lata. – Powtórzył Anor. – Tyle właśnie minęło od chwili, gdy postawiono tu pierwszy kamień pod fundamenty. Fundamenty! Ba! To była zwykła szopa i mały ogródek. I jeden szaleniec, który chciał poznać prawa tego świata.

– Nie rozśmieszajcie mnie. – Odparł szczerze ubawiony.

 

 

Kolejna kwestia to interpunkcja, np. brakujące przecinki przy Wołaczach, np.:

„Tylko w jaki sposób wtedy rabowałbyś z miejskiej szkatuły gnido!”

– Czy wszystko poszło zgodnie z planem Mistrzu?

– Posłuchaj mnie Ben.

– Wybacz mistrzu.

 

Przecinków brakuje i w innych zdaniach, np.:

Położone były zbyt daleko od Nowego Portu by spełniać swą rolę powoli przejmowane były przez miejskie męty wszelkiego autoramentu, sprawiając coraz większe problemy miejskiej straży.

Trafił tam, gdzie trafiali wszyscy którzy byli dla miasta problemem, a którzy zbyt szybko pożegnali się z życiem; do miejskich kanałów.

 

 

Pojawiają się też usterki ortograficzne, np.:

Kes się tym zajmowała, zresztą nie ważne.

Wyraz M/mistrz piszesz dwojako – trzeba to ujednolicić, np.:

– Wybacz mistrzu.

– Witajcie Mistrzu.

 

Sporo jest powtórzeń, czyli błędów stylistycznych, np.:

Nel obudziła się jeszcze przed świtem. Pozostałe dzieciaki jeszcze spały, kiedy opuszczała stary magazyn.

Targ, krzyczący Kulme, jej przyjaciel leżący w kałuży krwi. Chociaż nie chciała, obrazy same pojawiały jej się pod przymkniętymi powiekami.

– Mój bohater – powiedziała Nel i pogłaskała go po twarzy. Chłopiec aż się zarumienił.

– Dobrze już, zmykajcie stąd – powiedział Snyd.

 

 

Są także aliteracje, być może celowe, np.:

– Zamierzasz wrócić? – zapytał chłopak, ale Nel nawet na niego nie spojrzała.

Chociaż nie chciała, obrazy same pojawiały jej się pod przymkniętymi powiekami.

Zależało mu na kamieniu, nie na nim.

Pomimo tego, że nie dano jej nawet kilku minut na doprowadzeniu się do porządku, teraz od przeszło kwadransa stała wyczekująco przez nikogo nie niepokojona.

 

 

Świat bardzo ciekawy; dużo osobliwych nazw własnych oraz zasad, rządzących opisywanymi społecznościami; powieść – jak wynika z tego fragmentu – zapowiada się imponująco. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Dzięki Bruce! Jak zwykle merytorycznie i konkretnie :) Z grubsza poprawione. Przyjrzę się dokładniej gdy znajdę więcej czasu.

Oj, nie, Czesiu, to zawsze tylko sugestie, wszystkie do przemyślenia, być może niektóre sprawy (powtórzenia, aliteracje itp.) są zamierzone. ;) Decyzja ostateczna należy zawsze do Autora. :)

Pozdrawiam serdecznie i także dziękuję. :) 

Pecunia non olet

Lubiła zapach nocy, puste ulice i ciszę. Zwłaszcza ciszę. W oddali usłyszała zbliżający się miarowy krok miejskiego patrolu.

Brakuje tu łączności logicznej, nie jestem też pewna tego miarowego kroku – może lepiej: zbliżające się kroki strażników? Bo coś tu jest nie tak kategorialnie.

Cofnęła się w kierunku skrytej w mroku bramy.

Nie chodzi o to, że schowała się w bramie? Albo próbowała?

Znali ją, jak zresztą każdego nieletniego złodzieja w Udu. Łapali takich tak ze trzy, cztery razy w miesiącu. Zazwyczaj za żebranie albo za drobne kradzieże. Często to było coś do jedzenia, zwędzone ze straganu miejskiego kupca. Kary za takie przewiny nie były zbyt surowe, taki złodziej dostawał pięć batów i puszczali go wolno. Nie było gdzie ich trzymać, więc zabawa z miejską strażą trwała każdego dnia

Przeciągnięta ekspozycja – można to skrócić i zintensyfikować, np. tak: Straż co parę dni łapała jakiegoś dzieciaka z ulicy, bo żebrał albo gwizdnął jabłko ze straganu. Potem pięć batów i "żebym cię tu więcej nie widział". Nie było sensu pakować takich jak ona do lochu, więc zabawa w kotka i myszkę nie miała końca.

Dziewczyna poprawiła brudną, znoszoną koszulę. Razy które wymierzyła jej przed dwoma dniami ręka sprawiedliwości były mocne i celne, skóra nie zasklepiła się jeszcze.

Dość patetyczne. Skóra się zrasta, rany się zasklepiają, ale zaznaczanie, że razy były celne, sugeruje (dość komicznie), że miejski kat nie zawsze trafia. A, i koszula też mogłaby podmalować tło, np. kleić się do rany.

Odczekała chwilę aż patrol się oddali, po czym pobiegła w stronę doków.

Tnij: Odczekała, aż patrol się oddali, zanim pobiegła w stronę doków.

Do wschodu miała jeszcze parę chwil, wiedziała, że zdąży.

Niezdecydowane to trochę. Da się przystrzyc.

Każdego poranka przybiegała tutaj oglądać pojawiające się na horyzoncie słońce. Dawało jej to spokój i siłę na każdy kolejny dzień.

Patos. Nie mówię, że nieletnia złodziejka nie może mieć poetyckiej duszy, ale mówisz o tym troszkę w stylu Cosmopolitan, a to już zgrzyta.

Dzisiaj było jednak inaczej, nie ruszyła się z miejsca do południa. Znalazł ją bez problemu, wiedział, gdzie szukać.

To wyskakuje znikąd. Jeśli w dokach coś się stało, to czemu o tym nie opowiesz?

Młodzi myślą, że nas olałaś, że już nie wrócisz

Nie było jej tylko parę godzin… a dzieciaki muszą być samodzielne w takiej sytuacji.

Dopiero teraz odwróciła ku niemu głowę, nie rozumiejąc co przed chwilą usłyszała.

Łopatologiczne. Co powiesz na: Otworzyła oczy ?

To ją szybko wyrwało ze świata marzeń.

Zbędny komentarz. Przecież już została wyrwana ze świata marzeń.

Uspokój się Ran! 

Wołacz oddzielamy przecinkiem: Uspokój się, Ran! P. https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/ (bardzo pożyteczny!)

Podniosła na niego głos, chwyciła za ramię i przyciągnęła do siebie.

Podniesienie głosu jest widoczne w dialogu, więc wyjaśnianie tego daje tylko wrażenie, że nie dowierzasz w swoje umiejętności.

Znowu była starą, twardą Nel.

A kiedy przestała nią być?

Ja wracam, trzeba coś zrobić z ciałem – teraz już szeptem wydała polecenie.

To nie jest polecenie, tylko zapowiedź tego, co ona chce zrobić.

Dałaś ciała młoda.

Dałaś ciała, młoda. W jaki sposób Nel z jej porannym leniuchowaniem ma być odpowiedzialna za śmierć, która nastąpiła w nocy? Nie mówię, że ktoś nie mógłby jej o to oskarżyć – ale przecież nie sugerujesz, że te dzieci liczą wyłącznie na nią w kwestiach zaopatrzeniowych?

Znowu – zawołał jeszcze za nią Ran

"Jeszcze" nic tu nie dodaje, za to psuje rytm. Czytaj tekst na głos, to pomaga,

gdy puściła się biegiem z powrotem w kierunku miasta. 

"Z powrotem" też możesz wyciąć – wiemy, że ona wraca do miasta, skoro z niego wyszła.

Część portowa wypełniona do granic możliwości biurami kupców, tanimi karczmami dla lubiących się zabawić marynarzy i różnego rodzaju warsztatami była o tej porze pełna ludzi.

Troszkę za dużo tych "był" – może lepiej się skup na tłoku, a nie na atrakcjach?

Każdy się tu gdzieś spieszył, nikogo nie interesowała biegnąca na złamanie karku dziewczyna.

A dlaczego miałaby? Takie uwagi narratora wyrywają z zawieszenia niewiary. Lepiej pokaż, jak Nel na kogoś wpada, wymija ręczny wózek, smyrga pod brzuchem konia – konkrety, nie abstrakty.

Nie przyciągając ludzkich spojrzeń biegła tak szybko jak mogła.

To zdanie w ogóle bym wycięła – praktycznie powtarza treść poprzedniego.

Po opuszczeniu nadbrzeża musiała zwolnić.

Hmmm.

Stare magazyny, w których nocowali mieściły się po drugiej stronie miasta, w miejscu starej warowni.

Wszystko tu jest stare? I jaki jest sens budowania magazynów daleko od portu? Co się w nich trzyma? Bo towary przywożone i wywożone statkami wygodniej byłoby składować pod bokiem, chyba. Uważaj na przecinki (zob. https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842850 ): Stare magazyny, w których nocowali, mieściły się po drugiej stronie miasta, gdzie dawniej stała warownia.

Opuszczone przez kupców lata temu stały się problemem dla rajców.

Niewygodnie się parsuje to zdanie. Może: Od lat opuszczone przez kupców, stały się problemem dla rajców. Ponadto: https://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/NeverRecycleABuilding 

Położone zbyt daleko od Nowego Portu by spełniać swą rolę, powoli były przejmowane przez miejskie męty wszelkiego autoramentu, sprawiając coraz większe problemy miejskiej straży. 

I znów – powtarzasz słowa (i dźwięki), a szyk zdań jest niepotrzebnie splątany. No i to nie budynki sprawiają problemy: Położone zbyt daleko od Nowego Portu, by spełniać swoją rolę, stopniowo zmieniały się w gniazdo występku.

Aby się tam dostać, Nel musiała minąć plac targowy i dzielnice kupieckie. Wiedziała, że będzie tam się roiło od patroli, ale nie chciała tracić czasu na okrężną drogę.

Twoja bohaterka bardzo się spieszy. Więc dlaczego spowalniasz czas opowiadania, tłumacząc detalicznie, co ona myśli? Puść ją po prostu najkrótszą drogą i niech się nadzieje na patrol (a roić się może od strażników, nie od ich kolektywów, czyli patroli) – może się wymknąć, ale stracić czas. Albo niech uważa i rozgląda się, czemu nie. To ma sens samo w sobie, bez szczegółowych tłumaczeń.

Zwolniła więc, trzymając głowę nisko i nie zwracając na siebie uwagi. Kilka razy ktoś trącił ją barkiem, kilka razy musiała przeciskać się przez tłum rozkrzyczanych przy straganach handlarzy. 

O, właśnie o to mi chodziło z tym tłumem. Trzeba tylko trochę wygładzić: Zwolniła, przygarbiła się. Kilka razy ktoś trącił ją barkiem, kilka razy musiała się przeciskać przez tłum rozkrzyczanych handlarzy.

Udało jej się zwędzić przy okazji sakiewkę.

Szyk zdania wskazuje, że najważniejsza jest tu sakiewka. Naturalniej wypadłoby: Przy okazji udało jej się zwędzić sakiewkę.

Ryzyko było duże, ale głupiec sam się o to prosił, trzymając ją zawieszoną tylko na cienkim, lnianym sznurku. Schowała ją do kieszeni nie zwalniając kroku, kupiec zaś nawet się nie zorientował.

Komentarze spowalniają akcję, a przecież się spieszymy. Szybciej i dynamiczniej: Wisiała na sznureczku, tylko rwać. Nel schowała ją do kieszeni, nie zwalniając kroku, a kupiec nic nie zauważył.

Skierowała się w stronę wąskiej uliczki, która wyprowadzi ją z placu

Kalka z angielskiego. Ruszyła w stronę uliczki prowadzącej do magazynów.

– Straaaaaż! Złodziej!!! Straż! – Nel odwróciła się przeszyta strachem, ale nikt jej nie próbował pochwycić.

Kulawa metafora i nadmierny patos, poza tym zdanie o Nel nie jest didascale do tej wypowiedzi i powinno być w osobnej linijce: W Nel ścisnęło się serce. Odwróciła się.

Narastająca wrzawa dobiegała z drugiego końca placu. Wiedziała, że nie powinna, ale ruszyła tak jak wszyscy w tamtą stronę.

Tnij (ona się spieszy…): Wrzawa wybuchła na drugim końcu placu. Nel dała sie ponieść tłumowi.

Krzyki się wzmagały, złapano już sprawcę.

To rozbuduj, to mi nic nie mówi.

Cała zbladła, gdy poznała podniesiony głos besztający nieudolnych strażników. To był Rajca Kulme, najniebezpieczniejszy człowiek w całym Udu. Ktoś kto może dosłownie wszystko.

"Rajca" to nie imię, więc nie powinno być dużą literą, po "ktoś" powinien być przecinek, i to nie głos jest rajcą.

 Nel pomyślała, że tylko skończony kretyn spróbowałby go oskubać, a później go dostrzegła.

Zaimki nie mogą bez ostrzeżenia zmieniać desygnatu. Bo wychodzi na to, że Nel dostrzegła rajcę.

U stóp bogato odzianego urzędnika leżał chłopiec, miał dziwnie wykręconą prawą rękę, z głowy sączyła się strużka krwi.

Albo: U stóp bogato odzianego urzędnika leżał chłopiec. Miał dziwnie wykręconą prawą rękę, z głowy ciekła strużka krwi. Albo: U stóp bogato odzianego urzędnika leżał chłopiec z dziwnie wykręconą prawą ręką i strużką krwi cieknącą z głowy.

Ludzie zaczęli się niechętnie rozchodzić

Zasadniczo wyrazy, które się łączą, powinny być możliwie blisko siebie (są wyjątki, ale tak ogólnie): Ludzie niechętnie zaczęli się rozchodzić.

tylko Nel stała w miejscu przerażona, łzy napłynęły jej do oczu.

Zamiast przecinka dałabym kropkę.

Wiedziała, że to jej wina, to ona kazała mu iść na targ.

Aha, kompleks winy. Trochę klisza…

Wszyscy wiedzą, że już lepiej po prostu palnąć się w pusty łeb.

Mmm, "palnąć sobie w łeb" to zastrzelić się – a "palnąć się w łeb" to zrobić tak:

I w ten sposób niezamierzenie powstaje komizm…

– Och Ran…

Tu powinien być przecinek, a kwestię dajemy od nowej linijki.

ciągnęli chłopaka w stronę więzienia

Przed chwilą go nieśli do więzienia. Nie nadużywaj tego "w stronę", daje wrażenie pretensji do bycia Wielkim Autorem :)

gdy ich spojrzenia przecięły się na krótki moment

Gdy ich spojrzenia na moment się spotkały. Spojrzenie to nie promień lasera, a moment z zasady jest krótki.

Poznał ją, łapał już ją przecież kilka razy, kilka razy po wymierzeniu kary wypuszczał. Czasem nawet było mu szkoda jej i innych dzieciaków. 

Ciachnij, wszystko to już zostało objaśnione.

Teraz tylko kiwnięciem głowy kazał jej się stąd wynosić

Hmm. Może: Teraz tylko kiwnął głową.

Nie pamiętała w jaki sposób przebyła resztę drogi.

Przecinek po "nie pamiętała", ale cokolwiek kliszowate to.

Chciało jej się płakać. Czuła się taka bezradna.

Łopatologiczne.

Chodź, wszyscy są przerażeni.

Chłopie, ja (jeszcze…) mieszkam pod dachem i nikt mnie nie ściga, a nie powiedziałabym wprost, że jestem przerażona, nawet, kiedy akurat jestem. Dlaczego? Bo się nauczyłam, że to nic nie daje, oprócz okazji do kopnięcia mnie w tyłek. Ludzie nie mówią wprost o swoich uczuciach. Musisz je pokazywać trochę z boku, przez działania (słowami łatwo kłamać – zachowaniem trudniej). Tutaj dobrze wypada maluch spiesznie ciągnący Nel do reszty, żeby coś zrobiła. 

pociągnął w kierunku starych, połamanych drzwi

Skreślaj wszystkie "stare" – pokaż mi te drzwi. Jak one wyglądają? Wiszą na jednej zawiasie? Obłażą z farby? Brakuje w nich desek? Wybierz jakiś szczegół.

Część magazynu którą zajmowali była w bardzo złym stanie

Zbędne zapewnianie – nie musisz tłumaczyć, że to ruina, jeśli opiszesz ruinę.

dach był częściowo zerwany, a w ścianach były dziury.

I co z tego wynika? Hmm? Kałuże na podłodze, coś tu rośnie, tam coś zgniło – pokaż to miejsce, a nie zapewniaj, że nie spełnia standardów mieszkaniowych. Dziury w ceglanych ścianach też nie powstają same z siebie (rośliny, wilgoć, coś nie tak z gruntem pod spodem, rozpad cegieł – ale to trwa) – wykorzystaj to. 

Oprócz nich w magazynach gnieździło się kilkunastu miejscowych rzezimieszków i pomniejszych bandytów (ci poważniejsi żyli w bogatszych dzielnicach). I tak mieli szczęście, że pozwalali im tu mieszkać, chociaż okradali ich ze wszystkiego co udawało im się zgromadzić.

Klisze. Dlaczego dzieciaki się nie wyniosą? Gramatycznie – uważaj, który podmiot pasuje do którego czasownika (kto miał szczęście, że kto mu pozwala tu mieszkać?) i na aspekt czasownika (jeśli "okradali" to "udało", jeśli "udawało" i nie chcesz zmieniać struktury zdania, musi być "rabowali"). No i – przecinki: Oprócz nich w magazynach gnieździło się kilkunastu rzezimieszków, którzy okradali ich ze wszystkiego, co udało im się zgromadzić.

– Nel? A gdzie jest Ran? – zapytał jeszcze, prowadząc ją w stronę stłoczonej w kącie grupy.

Oni tam sobie nawet jakichś koców nie zawieszą? Nie zrobią ścianek z gałęzi? Zdaniu przydałby się podmiot (znaczy, nie domyślny).

Rana już nie ma – powiedziała, obejmując go ramieniem. – Ale niech to zostanie na razie między nami, dobrze? – Chłopak pokiwał głową.

Niech to na razie zostanie między nami. Ale nie jestem przekonana – to są dzieci ulicy, jeszcze w świecie pseudośredniowiecznym (prawda?). Powinny być oswojone ze śmiercią.

Dzieciaki otaczały leżące na brudnym kocu nieruchome ciało; Juki leżał z otwartymi oczami, wszystkie kończyny miał powykręcane w nienaturalny sposób, dłonie zaciśnięte w małe piąstki a w uszach zaschniętą krew.

Dzieciaki otaczały leżące na brudnym kocu nieruchome ciało. Juki leżał z otwartymi oczami, ręce i nogi miał nienaturalnie powykręcane, dłonie zaciśnięte w piąstki, a w uszach zaschniętą krew.

Nel patrzyła na niego w milczeniu, dzieciaki zaś na nią.

Hmm. Może tutaj powtórzenie byłoby lepsze: Nel patrzyła na niego w milczeniu, a dzieciaki patrzyły na nią.

Rzuciła stojącej najbliżej dziewczynie skradzioną sakiewkę. Nawet nie sprawdziła co jest w środku; nie musiała. Ufała jej.

Ufała sakiewce? Rzuciła sakiewkę dziewczynie, która stała najbliżej. Nawet nie sprawdziła, co jest w środku.

czegoś w co

Przecinek: czegoś, w co.

Chłopak rzucił się na poszukiwania

Nie znam takiego idiomu. Można ruszyć na poszukiwania.

Nel przyklękła przy zwłokach, zamknęła trupowi oczy i pogłaskała po zimnej twarzy. W tym właśnie momencie coś przykuło uwagę dziewczyny. Prawa dłoń Jukiego zaciskała się na czymś. Na czymś małym, ale widziała to wyraźnie. Spomiędzy palców przebijał się pomarańczowy kolor.

Tniemy (i – dobór słów wskazuje na uczucia bohaterki, a organizacja opisu idzie od tego, co widać pierwsze – wypróbowałam to zaciskanie pięści na miarce i na kawałku rzemienia, które ze sobą noszę): Nel przyklękła, zamknęła zmarłemu oczy i pogłaskała po zimnej twarzy. Nagle zauważyła pomarańczowy błysk przebijający przez palce zaciśniętej pięści Jukiego.

Spróbowała rozewrzeć zaciśnięte, sztywne palce, ale nie dała rady.

Uwaga, powtórzenia: Spróbowała rozewrzeć sztywną dłoń, ale nie dała rady.

Chłopak podbiegł i razem z nią szarpał i siłował się z zaciśniętą pięścią

Nie bardzo wiem, jak by to miało wyglądać.

Udało im się w końcu, mały przedmiot wypadł z trzymającej go ręki i potoczył się po deskach. Mienił się w wpadającym do środka słońcu różnymi kolorami. Był pomarańczowy, zielony, by za chwilę świecić czerwienią i fioletem

Ciach: Udało im się w końcu. Przedmiot potoczył się po deskach, migocąc w promieniach słońca pomarańczem, szmaragdową zielenią, czerwienią, fioletem. (Deskach?)

Stali jak zaczarowani wpatrując się w drogocenny kamień.

Ciach: Patrzyli jak zaczarowani.

Popatrzyli na siebie, po czym dziewczyna schyliła się i podniosła kryształ.

Nie każdy kamień jest kryształem ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Mineraloid ): Spojrzeli po sobie, a potem dziewczyna podniosła klejnot. 

Zdziwiła się, bo był ciepły, niemalże gorący, pomimo tego, że przeleżał w zimnej dłoni przez wiele godzin.

Pokaż to zdziwienie. I nie "pomimo tego", tylko "mimo to", a tutaj najlepiej "chociaż".

Słyszysz co do ciebie mówię?

Słyszysz, co do ciebie mówię?

Przecież możemy mieć za to tyle jedzenia, że już nigdy nie będziemy głodni Nel! 

Nienaturalne zdanie: Przecież dostaniemy za to tyle jedzenia, że już nigdy nie będziemy głodni, Nel!

Chodź, musimy to przegadać. 

Obgadać chyba? I myślnik po wypowiedzi jest niepotrzebny – daj po prostu nową linijkę.

Pociągnęła chłopaka w stronę zbitej z kilku desek małej ławki.

Bo nie mogą usiąść na ziemi? Skąd się tam wzięła ławka? Jakieś stare, połamane regały, tak, ale ławka w magazynie?

Jak zacznie cuchnąć to grabarze wywleką truchło i spalą gdzieś za miastem.

Nie wiem, jak to faktycznie załatwiano, ale coś mi się zdaje, że nie tak. Jak zacznie cuchnąć, to grabarze wywloką truchło i spalą gdzieś za miastem. 

Ben nie miał dziś czasu dla siebie. 

A kiedy miał? Skąd to zastrzeżenie?

poszedł chociaż nie chciał zostawiać Nel samej.

Zdanie złożone podrzędnie, musi być przecinek: poszedł, chociaż nie chciał zostawiać Nel samej.

Bał się, że ucieknie, gdy już się go pozbędzie.

Tylko, że przed chwilą jej ufał. Auri sacra fames, jasne, ale byłoby dobrze to trochę przygotować.

Mimo to spełnił jej polecenie i pobiegł bez zbędnej zwłoki.

Tnij – wszystko to już wiemy, wystarczy potwierdzenie: Ale pobiegł.

W tym samym czasie Nel wspięła się po starej drabinie na niezawalony fragment dachu i usiadła okrakiem na szczycie.

Tymczasem Nel wspięła się po rozchwianej drabinie na kalenicę i usiadła na niej okrakiem.

Wyjęła z kieszeni drogocenny brylant, a może szmaragd albo diament; nie wiedziała czym on właściwie jest, skąd miała to niby wiedzieć.

Tnij: Wyjęła z kieszeni drogocenny brylant, a może szmaragd albo diament, skąd niby miała wiedzieć.

Był ciągle ciepły.

Przysłówek raczej przed czasownikiem, chociaż tak też nie brzmi to najlepiej: Ciągle był ciepły.

popatrzyła przez niego na zachodzące słońce

Już? Przed chwilą było południe.

Był taki piękny, chociaż teraz nie była w stanie określić jego barwy.

A dlaczego niedookreśloność barwy ma wykluczać piękno?

– Jak ty trafiłeś w ręce Jukiego, co? – zapytała, nie spuszczając z kamienia wzroku. – Jak cię sprzedać? – Wiedziała, że to nie będzie proste. Była na to za krótka. Będzie musiała pójść do Snyd’a.

Tnij (apostrof nie jest tu potrzebny): – Jak ty trafiłeś w ręce Jukiego, co? Jak cię sprzedać? – Będzie musiała pójść do Snyda.

Przynajmniej jej nie pobije i nie odbierze kruszcu siłą. 

Kruszec to metal. Albo ruda. Nie kamień szlachetny. https://wsjp.pl/haslo/podglad/90635/kruszec 

wystawiła twarz do słońca, łapiąc ostatnie tego dnia ciepłe promienie

Lepiej: żeby złapać.

Była okropnie zmęczona, w końcu dzisiaj wydarzyło się tak dużo.

Ale widzieliśmy to wszystko i nie musisz nam tego tłumaczyć.

Zapomniała! Jak mogła zapomnieć!

… serio?

Chociaż nie chciała, obrazy same pojawiały się pod przymkniętymi powiekami. Popłynęły łzy.

Zerwała się z miejsca, ześlizgnęła sprawnie na brzeg dachu i zeskoczyła; budynek nie był wcale wysoki. Wylądowała bezpiecznie, robiła to już dziesiątki razy. Tylko za pierwszym się troszkę poobijała. Teraz sprawnie niczym kot, odbiła się od ziemi i rzuciła biegiem w stronę miasta

Im bardziej się usprawiedliwiasz i tłumaczysz, tym bardziej czytelnik węszy szczura. Jak w życiu: Zerwała się z miejsca, ześliznęła na brzeg dachu i zeskoczyła; budynek nie był wcale wysoki. Ledwo dotknęła ziemi, już gnała w stronę miasta

Ogarnięta strachem i narastającą paniką nie zauważyła, że ktoś podąża jej śladem.

Długie, przegadane zdanie, nazywające jedną emocję dwa razy: Nie wiedziała, że ktoś biegnie za nią.

Egzekucja przyciągnęła morze gapiów;

Mieszana metafora – co przyciąga morze? Chyba tylko Księżyc.

Gdy wybiegła z wąskiej uliczki na plac, kat zakładał pętle na szyję zapłakanego Rana.

Pętlę. I zakładał ją Ranowi. Nie bardzo wierzę, żeby ktoś robił takie cyrki dla jednego złodziejaszka, ale niech tam.

Chłopiec ręce miał skrępowane, podobnie nogi.

Nie widzę uzasadnienia dla udziwniania szyku: Chłopiec miał skrępowane ręce i nogi.

Gdy przekładali linę przez bloczek a później przywiązali do konia

Przecinek i niezgodne aspekty (i zdecydowanie za dużo ceregieli): Gdy przekładali linę przez bloczek, a później przywiązywali do konia.

na rajców będących tu raczej z obowiązku niż dla przyjemności

Lepiej: na rajców, przybyłych raczej z obowiązku niż dla przyjemności.

Byli na tym placu sami, tylko ona i Ran. Patrzyli na siebie załzawionymi oczami, pełni żalu i nienawiści do przeklętego losu.

Serio, tutaj to przesadzasz.

bloczek zaskrzypiał a ciało skazańca poderwała do góry brutalna siła

Jak również złośliwe przyspieszenie i szyderczy moment pędu. Ale serio. Po co? Po co takie cyrki? Powieszenie polega na tym, że skazaniec dusi się pod wpływem grawitacji, albo spada i pęka mu rdzeń kręgowy. Na grzyba tu koń? Po "zaskrzypiał" powinien być przecinek (zdanie podrzędnie złożone).

Nel zamarła na chwilę, a później przerażona widokiem drgającego ciała cofnęła się jeden krok, drugi, trzeci… 

Które widziała – poprzez tłum?

Totalnie zaskoczona 

Zbędne, bo oczywiste.

gdy dziewczyna zaczęła się szarpać dostała w twarz otwartą dłonią.

Zdanie podrzędnie złożone: gdy dziewczyna zaczęła się szarpać, dostała w twarz otwartą dłonią.

nie wiem o co

Nie wiem, o co.

Kolejne uderzenie było mocniejsze, celne. Nel upadła na ziemię, miała rozciętą wargę.

Poprzednie też było celne…: Kolejne uderzenie było mocniejsze. Nel upadła na ziemię z rozciętą wargą.

Pierwszy kopniak spadł na żebra dziewczyny paląc bólem, po nim kolejne.

Pokręcona budowa zdania i niespójne metafory. Nie wiem, jak to poprawić.

Gdzie on jest mała suko!

Brak przecinka. Skąd facetka wie, że to Nel ma kamień? Czemu nie może po prostu go odkupić?

Zdjęła z siebie płaszcz

Zbędny zaimek.

Przeszła nie więcej niż sto kroków, usłyszała krótki świst, trzask, po czym zwaliła się nieprzytomna na ziemię.

Dotąd widzieliśmy rzeczy z punktu widzenia Nel, a nie tej miłej pani. Jeśli narrator jest wszechwiedzący, dobrze, ale wyglądał na ograniczonego.

Spróbowała się podnieść, ale ostry ból przeszył całe jej ciało, opadła z powrotem na łóżko.

Łóżko? Skoro jesteśmy gdzie indziej, to przydałoby się rozdzielić sceny choćby pustą linijką, bo tak czytelnik się gubi.

Rozejrzała się przytomniej; była w jakimś domu, na stole paliły się świece, żebra miała obwiązane bandażem.

Rozejrzała się. Była w jakimś domu, na stole paliły się świece, żebra miała obwiązane bandażem.

rzekł mężczyzna szczerząc do niej bielutkie zęby

Przecinek: rzekł mężczyzna, szczerząc do niej bielutkie zęby.

– Snyd – odparła

Czy zaraz odparła… to nie szermierka słowna.

Poczekaj Ben

Poczekaj, Ben.

Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w oczach miał dziwny błysk.

Można to powiązać: Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w oczach zamigotało mu dziwne światełko.

Podekscytowany Ben opowiedział wydarzenia ostatnich godzin. O tym jak wraz z dzieciakami wrócili do magazynu, ale jej tam nie zastali. Bał się, że nawiała, opowiedział więc wszystko Inie, i we dwoje ruszyli na poszukiwania.

Tnij: Podekscytowany Ben opowiedział, jak wszyscy wrócili do magazynu, ale jej tam nie zastali. Bał się, że nawiała, opowiedział więc wszystko Inie, i we dwoje ruszyli na poszukiwania.

Na egzekucje dotarli w tym samym momencie, w którym Nel została napadnięta.

Mało naturalne zdanie. W sumie – dlaczego nie pozwolisz Benowi mówić za siebie? To by budowało postać.

patrzyli bezradnie jak kobieta biję Nel, później zawija w płaszcz i bierze ze sobą

Tnij: patrzyli bezradnie, jak kobieta bije Nel a potem zabiera ją ze sobą.

Ukryci czekali aż ich wyminie

Czekali, aż.

ogarnąć dzieciaki

Nowoczesne stwierdzenie.

wyszła z pokoju, a później w noc

Zeugma.

Snyd wyprowadził z pokoju Bena, gasząc po drodze świece.

Szyk wskazuje, że mógłby wyprowadzić kogoś innego (a poza tym dosłownie dwa zdania temu młody odmówił ruszenia się z miejsca – ?): Snyd wyprowadził Bena z pokoju, gasząc po drodze świece.

obok niego miedziany nocnik, w razie potrzeby; nie z dobroci serca, bynajmniej. 

I zaznaczasz to, ponieważ?

Także pierwszy raz miał sny, i to te z tych lepszych, nie mających nic wspólnego z szarą rzeczywistością. 

Po raz pierwszy miał sny, i to zupełnie niepodobne do szarej rzeczywistości.

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Ucięło komentarz :)

 

Dla Nel reszta nocy nie była tak łaskawa jak dla jej przyjaciela. 

…?

Gdy tylko gospodarz zgasił świece i zamknął za sobą drzwi poczuła się bardzo nieswojo. Chociaż bardzo lubiła samotność brakowało jej teraz czyjejś obecności. A niechaj byłby to nawet i ten krętacz Snyd, który użyczył im dzisiejszej nocy kawałka ciepłego kąta.

Ciach: Gdy tylko gospodarz zgasił świece i zamknął za sobą drzwi, poczuła się bardzo nieswojo. Chociaż bardzo lubiła być sama, brakowało jej teraz czyjejś obecności, chociażby tego krętacza Snyda.

Co prawda zdarzało się, że przynosili mu różne skradzione fanty a on płacił za nie jakieś grosze (więcej płacił za różne zasłyszane informacje), ale nigdy nikogo z nich nie wpuścił do swojego domu. Nie mówiąc już o zapewnieniu noclegu.

Ciach: Co prawda płacił im jakieś grosze za różne skradzione fanty, a trochę więcej za informacje, ale nigdy nikogo z nich nie wpuścił do domu, a tym bardziej nie przenocował.

Nie mogła zasnąć, ciało rwało bólem a głowę zaprzątały kolejne myśli. 

Rym.

ludzie umierali, tak już jest

Prawdy ogólne w czasie teraźniejszym: ludzie umierają.

Zastanawiała się skąd wziął kamień.

Zdanie podrzędnie złożone: Zastanawiała się, skąd wziął kamień.

tłumiąc płacz w poduszkę

Tłumiąc płacz poduszką.

Po odprowadzenia

Literówka.

Młody pokazał mu kamień, logiczne, inaczej by ich nie wpuścił.

… czy ten facet wnioskuje o swoich własnych poczynaniach?

Ale skąd ta banda gówniarzy go wzięła.

Powinien być pytajnik.

I tak go sprzeda i to drogo

I tak go sprzeda, i to drogo.

Zresztą te dzieciaki czasem są pożyteczne, pozbycie się ich nie będzie rozsądne

Anglicyzm: Zresztą dzieciaki bywają pożyteczne, nie warto się ich pozbywać.

Nie wiedział co robić.

Nie wiedział, co robić. To po co ich wpuścił? 

Obudził się w swoim fotelu.

A w czyim fotelu miał się obudzić?

Nel spała jeszcze, ale delikatne szarpnięcie za ramię ją obudziło. 

"Delikatny" nie znaczy "słaby": Nel spała jeszcze, ale obudził ją lekkim szarpnięciem za ramię. 

Nie poproszono jej, aby usiadła. 

By usiadła.

białą ubrudzoną w ziemi i glinie koszulę

Taki schemat (dwa przymiotniki + rzeczownik) rzuca się w oczy – masz w tym jakiś cel? Gramatyka: białą, ubrudzoną ziemią i gliną koszulę.

po pojawieniu się w Gildii

? Po pojawieniu się w Gildii – czego?

Pomimo tego, że nie dano jej nawet kilku minut na doprowadzeniu się do porządku, teraz od przeszło kwadransa stała wyczekująco przez nikogo nie niepokojona.

Tnij: Choć nie dano jej nawet kilku minut na doprowadzenie się do porządku, teraz od przeszło kwadransa stała i czekała.

Trwała nieruchomo, tylko jej śledzące krzątającego się po pracowni starca oczy odróżniały ją od stojących pod ścianą martwych posągów.

Nienaturalne zdanie.

Arcymistrz tymczasem z tygielkowymi szczypcami w ręku zbliżył się do wielkiego pieca, zajmującego centralne miejsce obszernej pracowni.

…? Arcymistrz ze szczypcami w ręku podszedł do pieca, zajmującego centrum obszernej pracowni.

Otworzył jedną z komór athanora i ostrożnie wyciągnął małe żaroodporne naczynko i odstawił je delikatnie na pulpicie roboczym; pomiędzy kolorowymi, szklanymi retortami i wszelkiego rodzaju alembikami.

Otworzył jedną z komór athanora i ostrożnie wyciągnął małe żaroodporne naczynko, by odstawić je delikatnie na stół, pomiędzy kolorowe szklane retorty i wszelkiego rodzaju alembiki.

To musiało być coś bardzo cennego, bo starzec wyraźnie odetchnął, a po czole spływały krople potu. Odłożył szczypce i zdawać by się mogło, że dopiero teraz zauważył swojego gościa.

Nie zapewniaj, pokazuj: Odetchnął i starł z czoła pot. Odłożył szczypce i jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności gościa.

Podszedł do kobiety, odgarnął jej z twarzy kosmyk włosów, posklejany zaschniętą krwią.

Włosów posklejanych, kosmyk zlepiony. I co on tak z łapami? A ona przed chwilą była umazana ziemią, nie krwią? To ta psychopatka, co zarobiła dachówką?

Otwartą dłonią wymierzył mocny policzek. – To było proste zadanie. – Kolejne uderzenie. Tym razem z nosa pociekła strużka krwi.

Aha, to stąd nieumiejętność negocjacji. Chciałabym tylko zauważyć, że takie podejście do zarządzania lubi się mścić.

podniósł twarz z powrotem ku górze

Czy można coś podnieść ku dołowi?

Zobaczyła wypełniający jego oczy gniew.

Melodramat.

Mimo to kolejny, spodziewany cios nie nadszedł.

Zbędny przecinek.

Kassandra podeszła powoli, pochyliła się ku niemu zbliżając ucho do ust swojego nauczyciela.

Kassandra podeszła wolno, nachylając się ku niemu zbliżyła ucho do ust swojego nauczyciela.

Ten mówił ledwo słyszalnym szeptem

"Ten" jest zbędne – wiemy, kto mówi.

stawką są dziesiątki lat pracy najlepszych synów Gildii

… bo odkupienie kamuszka nie wchodzi w grę? Naprawdę?

Kes narobi tylko bałaganu, znasz jej metody.

Sam ją tego nauczyłeś…

strzepał z kaftana resztki pyłu

Strzepnął.

 – Kocham te twoje iluzje i sztuczki ojcze – kontynuował, podchodząc do starca.

Angielskawe: – Uwielbiam te twoje sztuczki, ojcze – ciągnął, podchodząc do starca.

To już nie alchemia synu.

Brak przecinka.

Czysta magia… 

A alchemia czym jest?

Starzec sięgnął po wychłodzoną już retortę i wylał jej zawartość na swoją dłoń.

Angielska składnia: Starzec sięgnął po wystygłą już retortę i wylał sobie jej zawartość na dłoń. (Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć, że tygiel i retorta to nie to samo…)

Gęsta substancja samoistnie rozprowadziła się po skórze po czym wchłonęła w ciało alchemika.

Gęsta substancja rozlała się i wsiąkła w skórę.

Pojedziesz do Naabis mój synu, a później do Jaru, i dalej

Brak przecinka. Ponadto – ukrywasz. https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842859 

Tak jak jej polecił Snyd, siedzieli cały dzień w jego domu. 

Tak, jak polecił Snyd, siedzieli cały dzień w jego domu. 

Chociaż bardzo ich korciło, żeby się gdzieś ruszyć, oboje wiedzieli, że to kiepski pomysł.

Zapewniasz.

Dziewczyna, ciągle poobijana, kręciła się niespokojnie na swoim łóżku.

Zaimek zbędny. Angielszczyzna używa dużo więcej zaimków – nie kalkuj tego.

Nie miała do Snyda za grosz zaufania, ale nie widziała dla siebie lepszych opcji. 

Mało naturalne (opcji? to nie Spock, to dziewczyna z ulicy w świecie fantasy).

Poza tym to, co jej rano powiedział miało sporo sensu.

Wtrącenia wydzielamy: Poza tym to, co jej rano powiedział, miało sporo sensu.

Wystarczyło poczekać czego się dowie, a dowie się na pewno; już on ma swoje dobre źródła.

Wystarczyło poczekać, czego się dowie, a dowie się na pewno, już on ma swoje źródła.

Chociaż dobrze wiedziała, że w tym stanie co najwyżej to może gdzieś powoli podreptać.

Nienaturalne: Co prawda Nel wiedziała, że w tej chwili może najwyżej podreptać.

Minął im tak cały dzień, rozmawiali, kilka razy ostrożnie wyjrzeli na ulicę, zjedli zostawione przez Snyda kawałki sera z chlebem. 

A może tak: Cały dzień zbijali bąki, gawędzili, kilka razy ostrożnie wyjrzeli na ulicę, zjedli chleb i ser, które Snyd im zostawił.

Musiała przyznać, i to dość niechętnie, że dawno nie spędzili tak spokojnego dnia.

Dlaczego niechętnie? I dzień można spędzić spokojnie, ale nie "spokojny".

Był zły, ubranie miał mokre od deszczu a na twarzy malowało się zmęczenie.

Był zły, ubranie miał mokre od deszczu, a na twarzy malowało się zmęczenie.

Długo sycił pragnienie nim odstawił naczynie z powrotem.

Daj już spokój z tymi wymyślnymi słowami: Długo zaspokajał pragnienie, zanim odstawił naczynie.

celując w nich palcem

W nie. W te dzieciaki.

Nawet nie wiecie w jakie gówno się wpakowaliście

Nawet nie wiecie, w jakie gówno się wpakowaliście.

Ty wiesz komuś łeb rozwalił?

Ty wiesz, komuś łeb rozwalił?

Jak nie, to ją poznasz, ona nikomu nie daruje! 

Czego nie wie, tego jej nie żal. Dlaczego Snyd po prostu nie odniesie jej tej nieszczęsnej kulki?

Znali ją. Nie osobiście rzecz jasna (właściwie to i osobiście mieli z nią chwilową przyjemność), ale każdy wiedział kim ona jest; taki Kulme w spódnicy. Mogąca wszystko wściekła suka. 

Źle się to parsuje i nie bardzo pasuje do tego, co dotychczas, chociaż oczywiście Kassandra może mieć i taki image. 

Powinien jej jeszcze dzisiaj zanieść w zębach ten kamyczek, a was spętanych zostawić przed bramami Gildii.

To czemu tego nie zrobi?

Snyd usiadł ciężko, mierzwiąc swoje krótkie czarne włosy. Sięgnął znowu po dzbanek.

Naraz? Snyd usiadł ciężko, mierzwiąc sobie krótkie czarne włosy. Znowu sięgnął po dzbanek.

Może gdyby nie ta awantura z Kes zostawiliby cię w spokoju.

Może gdyby nie ta awantura z Kes, zostawiliby cię w spokoju. (Serio, Wielka Ważna Pani Cyngiel Gildii będzie się zniżać do ścigania uliczników?)

Nawet nie chcę wiedzieć o co tu chodzi.

Bieda w tym, że czytelnik też nie wie…: Nawet nie chcę wiedzieć, o co tu chodzi.

Słowa Nel zawisły w powietrzu.

?

Daj mi jeden dobry powód? 

Co tu robi pytajnik? A powód jest prosty – już w to wdepnął. Nie musiał.

Ten kamień to wyrok, nikt go nie sprzeda i nikt go nie kupi. 

Ale dlaczego nie można go oddać właścicielom? Poza tym, że to psychole, którzy zapewne będą torturować najuczciwszego znalazcę. Ale wyrzucić do rzeki? Cokolwiek! Myślałam, że to ja jestem niezaradna, a tu półświatek wygląda jak kociak.

Poza tym to topaz.

Raz: co z tego? I dwa: nie, to jakiś kamień fantastyczny, który nie może się nazywać tak, jak kamień realny, bo to mylące.

– Topaz to brylant? – Wtrącił Ben.

– Topaz to brylant? – wtrącił Ben. P. poradnik.

nie ważne

Łącznie.

Dziewczyna ponowiła pytanie.

Naturalniej: znów spytała dziewczyna; albo: powtórzyła pytanie dziewczyna.

– Pomogę – odparł, nie wierząc w to co mówi.

Ale czemu? Czemu zmienił zdanie? – Pomogę – obiecał, sam w to nie wierząc.

Wszystko działo się tak szybko, miniona doba wywróciła jej życie do góry nogami, chociaż i bez tego łatwo przecież nie było. Nic z tego wszystkiego nie rozumiała.

To wszystko do wycięcia – tłumaczysz czytelnikowi jak krowie to, co się już stało.

Tak po prostu, po ludzku strach wypełnił każdy zakamarek jej duszy, rozlewając się powoli na innych.

Jak wyżej.

Ben spał dzisiaj razem z nią; był równie wystraszony, za nic nie dało się go wygonić.

Ben spał dzisiaj razem z nią; był równie wystraszony, za nic nie dał się go wygonić.

Mimo, że chciała wierzyć Snydowi, trudno było oczekiwać, że byle paser wykiwa Gildię.

Chciała wierzyć Snydowi, ale trudno oczekiwać, że byle paser wykiwa Gildię.

Poza tym nie rozumiała czemu to robił.

Consecutio temporum: Poza tym nie rozumiała, czemu to robi.

dogasającej się świecy

Tu nie może być "się".

Śpij spokojnie Ke-Nael

Śpij spokojnie, Ke-Nael.

Mam nadzieję, że nie…

„Ckliwy dureń” przeklął się w myślach

Nie przesadzajmy z tym przeklinaniem, to jest na poziomie "motyla noga".

Było już po północy, gdy ściany starej rudery, służącej lata temu za magazyn, poszły w drzazgi.

Rozumiem, że jednak nie były ceglane? A może były i miotnięte w nie zaklęcie jest Takie Potężne (TM!) ?

Do środka wtargnęła grupa cieni siejąc śmierć i zniszczenie.

Wyrwani ze snu różnego rodzaju oberwańcy nawet nie próbowali stawiać zorganizowanego oporu. Zgromadzone tu szumowiny rzuciły się do ucieczki.

Czy oberwańcy i szumowiny to nie ci sami ludzie? To czemu piszesz o nich, jakby byli różni? Ponadto – to nie jest Wietkong. To tylko bezdomni.

Ostatnia do budynku weszła czarnowłosa kobieta.

Jako ostatnia weszła do budynku czarnowłosa kobieta. Na której opis w ogóle nie było miejsca w scenie ze starym psychopatą…

– Łapać dzieciaki, to one są naszym celem. – Wydała rozkaz. Rozejrzała się jeszcze i wyszła. Nie chciała spędzić w tym syfie ani minuty więcej, niż to konieczne.

Nie trzymasz stylizacji (purpura, purpura, a tu nagle "syf"): – Łapać dzieciaki, po nie przyszliśmy – rozkazała. Zmierzyła wzrokiem zaśmiecone klepisko i wyszła.

Mieściły się w budynku przypominającym ogromną altanę, jakże różniącą się od wznoszących się dokoła porośniętych mchem i bluszczem kamiennych ścian warsztatów, destylarni i budynków mieszkalnych.

Um. https://pl.wikipedia.org/wiki/Altana : Mieściły się w lekkim pawilonie, bardzo różnym od otaczających go kamiennych gmachów, porosłych mchem i bluszczem.

Drzeworyty przedstawiały historię Wielkiej Alchemii i całą drogę, którą przeszła zanim zdobyła należne jej miejsce. 

Nie używaj słów, jeśli nie znasz ich znaczenia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Drzeworyt 

Pomimo swego ogromu, do środka prowadziły tylko jedne drzwi a w ścianach nie było okien.

Czyli drzwi były ogromne? To wynika z budowy zdania: Choć ogromny, pawilon miał tylko jedne drzwi i żadnych okien. (Nie jest to sensowna architektura mieszkalna, a poza tym “altana” sugerowała mały budyneczek, a nie pałac).

Droga wiodąca do Rotundy Księżycowej, bo tak brzmiała oficjalna nazwa budynku, była prosta i równa. Wyłożona została białym kamieniem, sprowadzonym na osobiste życzenie Arcymistrza Menena setki lat temu, aż z niedostępnych Gór Rubieży Wschodu. 

Tnij: Do Rotundy Księżycowej, bo tak brzmiała oficjalna nazwa budynku, wiodła prosta droga wyłożona białym kamieniem, sprowadzonym na osobiste życzenie Arcymistrza Menena setki lat temu aż z niedostępnych Gór Rubieży Wschodu. 

Stawiając kroki po idealnie gładkich kamieniach Kulme nie był świadomy po jakim bogactwie kroczy.

Wyrzuć telewizor. Serio: Kulme nie miał pojęcia, po jakim bogactwie kroczy.

Zresztą, nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy jak ogromnym majątkiem rozporządza Gildia. Jego głowę zaprzątały inne myśli. 

Zresztą, nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy, jak ogromnym majątkiem rozporządza Gildia. Fajnie, ale po co te zapewnienia?

posłańcy ciągle wracali z odmową

Stale spotykał się z odmową.

Wszystko zmieniło się wczoraj.

A może: Aż do wczoraj.

Malutki orszak…

Cały akapit pod nóż (czemu facet miałby niesprawnie przejść paręset kroków? Kulawy jest?): W asyście zaledwie dwóch służących przeszedł kilkaset kroków od ogromnej stalowej bramy do majestatycznego pawilonu, zbudowanego na planie koła. Choć przybyli o czasie, a strażnicy przy bramie uprzejmie wskazali im drogę, nikt na nich nie czekał. Minęły niemal dwa kwadranse, zanim gładkie drzwi z lekkim skrzypieniem odsłoniły im niemłodego alchemika.

Witajcie Mistrzu

Brak przecinka.

Kulme nie dał po sobie poznać lekkiej irytacji. Nie lubił czekać. Był nawykły do tego, że to inni czekali.

Naturalniej: Kulme nie dał po sobie poznać rozdrażnienia. Nie lubił czekać. Zwykle to na niego czekano.

 Witaj panie w Gildii, ale nie nazywajcie mnie Mistrzem. Jestem zwykłym akolitą, służę jedynie pomocą naszemu wielkiemu Arcymistrzowi.

Witaj, panie, w Gildii, ale nie nazywaj mnie Mistrzem. Jestem zwykłym akolitą, skromnym pomocnikiem naszego wielkiego Arcymistrza.

Wybaczcie, jeśli pytanie jest niezbyt grzeczne, nie jestem zbytnio obeznany w strukturach waszej organizacji, opieram się jeno na domysłach i logice. 

Logika nie ma tu wiele do gadania: Wybaczcie impertynencję, ale nie orientuję się zbyt dobrze w takich sprawach.

Kulme…

Drobne błędy gramatyczne i przegadanie (i – https://pl.wikipedia.org/wiki/Kapuza ): Kulme i jego służący przypatrywali się wspartemu na lasce starcowi. Wyglądał na niewiele młodszego od Anora, a ubrany był tak skromnie, jak to tylko możliwe. Jego twarz krył kaptur, długa, szara szata przepasana była lnianym sznurem. Na nogach miał stare, wytarte sandały. Przypominał raczej jakiegoś ulicznego krzykacza-heretyka niż badacza wiedzy tajemnej. Ale oczy spoglądające z cienia czujnie śledziły każdy ruch. Kulme nie był głupi, nie dał się nabrać.

poświęciłem służbie

Poświęciłem się służbie.

To dar od samej Wielkiej Alchemii jak również ogromny zaszczyt.

To dar samej Wielkiej Alchemii, jak również ogromny zaszczyt.

A teraz wybaczcie panie i pozwólcie za mną.

Wtrącenie: A teraz wybaczcie, panie, i pozwólcie za mną.

Kulme pomyślał jedno, ale zrobił drugie. Skinął głową i już chciał ruszyć w stronę drzwi, gdy Tigo znowu zabrał głos.

Nie zabrał głosu, bo to nie dysputa: Ale Kulme skinął głową i już chciał ruszyć do drzwi, gdy Tigo znowu przemówił.

wskazał na służących Rajcy

Małą: wskazał służących rajcy.

– Poczekacie na mnie tutaj. – Kulme zwrócił się do swoich ludzi, ale Tigo ponownie się wtrącił.

– Poczekacie na mnie tutaj – zwrócił się Kulme do swoich ludzi, ale Tigo jeszcze nie skończył.

Nie jest konieczne panie

Nie ma potrzeby, panie.

W budynku po drugiej stronie ulicy czeka na nich przytulny kąt.

Ulicy?

Rajca wykonał przyzwalający gest dłonią i dwaj mężczyźni z wyraźną ulgą udali się we wskazanym kierunku.

Rajca przyzwalająco skinął dłonią i dwaj mężczyźni z wyraźną ulgą ruszyli we wskazanym kierunku.

przekroczył mury

Przekroczyć mury może tylko olbrzym.

Teraz, przekraczając próg osobliwej budowli był pod ogromnym wrażeniem.

Nie brzmi to dobrze.

Znaleźli się w niewielkim przedsionku, prowadzącym do okrągłego korytarza stanowiącego wewnętrzny pierścień budynku.

? Nieeuklidesowa architektura.

Idąc owym korytarzem Kulme niemal przecierał oczy ze zdziwienia.

Jak mógł przecierać oczy tylko "niemal"? Nie kalkuj nonsensownych angielskich idiomów: Idąc, Kulme musiał powstrzymywać okrzyki zdumienia.

Po swojej lewej stronie, w równych od siebie odstępach znajdowały się masywne drzwi, wzmocnione żelaznymi okuciami.

Jak drzwi mogły być po swojej lewej? Albo prawej? Nic nie może być na lewo (ani na prawo) samo od siebie: W lewej ścianie, w równych odstępach, znajdowały się masywne drzwi wzmocnione żelaznymi okuciami.

centralny punkt i prawdziwe serce

Wybierz jedno.

Arcymistrz oczekuje was panie przy fontannie

Arcymistrz oczekuje was, panie, przy fontannie.

Skłonił się i odszedł, zostawiając gościa samego. 

A może: Skłonił się i opuścił gościa. 

W jednej chwili zniknął ostry zapach siarki i bogowie wiedzą czego jeszcze; nawet nie próbował tego odgadnąć. 

O którym nie wiedzieliśmy wcześniej? Bo dotąd pachniała tylko pieczeń. Laboratoria nieorganiczne, o ile wiem, za bardzo nie pachną (chyba że ktoś wywiązywał jakieś ciekawe gazy, zwykle siarkowodór, który cuchnie kanałem), organiczne trochę śmierdzą, ale człowiek przywyka.

„Niesamowite”. Mruknął do siebie

To wypowiedź, nie myśli: – Niesamowite – mruknął do siebie.

Rozmiarem i architektonicznym kunsztem przekraczała wszystko co widział do tej pory.

To mi nic nie mówi. Przed "co" przecinek.

Arcymistrz siedział na niewielkiej drewnianej ławeczce, dłonie i głowa spoczywały oparte o zdobioną laskę.

Autonomię części ciała ukróć: Arcymistrz siedział na niewielkiej drewnianej ławeczce, z dłońmi i głową opartymi o gałkę ozdobnej laski.

Kulme podszedł powoli nie chcąc go zbudzić, właściwie to nie wiedział, jak ma się teraz zachować. 

Kulme podszedł ostrożnie, żeby go nie zbudzić. Nie wiedział, jak się zachować. 

Tyle właśnie minęło od chwili, gdy postawiono tu pierwszy kamień pod fundamenty.

Tyle właśnie minęło od chwili, gdy położono kamień węgielny.

To była zwykła szopa i mały ogródek. I jeden szaleniec, który chciał poznać prawa tego świata.

?

Nie chcecie mnie Mistrzu chyba raczyć historią Alchemii?

Nie wezwaliście mnie, Mistrzu, na wykład z historii alchemii?

A czemuż by nie? Nie czujesz mocy tego miejsca? Nie okażesz szacunku? Nie sprawisz starcowi przyjemności słuchając jego historii, chociaż wpuścił cię do świętego miejsca, ukazując swe sekrety?

A czemuż by nie? Nie czujesz mocy, która się tu kryje? Nie okażesz szacunku? Nie sprawisz starcowi przyjemności słuchając jego historii, chociaż wpuścił cię do świętego miejsca, żebyś mógł oglądać jego sekrety?

Nie podobało mu się, że stary zwraca się do niego per „Ty” i w ogóle nie lubił tracić czasu.

"Ty" piszemy dużą literą tylko w listach i kiedy chodzi o Boga.

Przyszedł tu w jasno określonym celu, a gadanie po próżnicy go do niego nie przybliżało.

Ale w jakim? Ciach: Przyszedł tu w jasno określonym celu. (Gadania po próżnicy mamy aż nadto).

Wytarł w kaftan spocone dłonie i wyjął z kieszeni aksamitną chusteczkę, którą otarł twarz.

Może tak: Wytarł spocone dłonie w kaftan, twarz otarł atłasową chusteczką. ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Aksamit https://pl.wikipedia.org/wiki/At%C5%82as )

– Mistrzu, nasze wspólne sprawy… – Zaczął

– Mistrzu, nasze wspólne sprawy… – zaczął. P. poradnik.

jakichkolwiek, nawet małych przyjemnościach

Wtrącenie: jakichkolwiek, nawet małych, przyjemnościach.

Kulme próbował się desperacko bronić

Co w tym desperackiego?

była trzykrotnie palona?

Trzykrotnie została spalona. https://pl.wikipedia.org/wiki/Aspekt_(j%C4%99zykoznawstwo) 

Anor w ogóle nie zwracał uwagi na to co mówi jego gość.

Anor w ogóle nie zwracał uwagi na to, co mówi jego gość.

zanim da mu to po co przyszedł

Ale po co przyszedł, bo czytelnik tego nie wie?: zanim da mu to, po co przyszedł.

Wykładali ją w każdej Akademii jako przedmiot obowiązkowy.

A co z tymi, którzy nie mają wyższego wykształcenia? Jasne, Kulme może ich nie liczyć do kategorii ludzi, ale – to coś o nim mówi.

 Nie ugodził go tym jednak, Anor nie dał po sobie nic poznać.

Może uzgodnił, tylko on nie dał tego po sobie poznać?

Gildia stała i zawsze stać będzie w sojuszu z nauką, naturą i jej prawami.

To nie znaczy zupełnie nic. Prawa natury nie bardzo mogą wejść w sojusz, chociażby. Jasne, propaganda propagandą, i Kulme to zauważa (niech Ci się ręce święcą i za to), ale z propagandą łatwo przedobrzyć, a taki stary wróbel powinien to wiedzieć.

tylko wiedza jest wartością stałą

Tylko wiedza trwa.

Jesteś tak samo zepsuty jak ja

Bardzo samokrytyczne, jak na faceta na tym stanowisku. Nie mówię, że to źle. Ale powinno mieć wpływ na resztę fabuły. I daj przecinek przed "jak".

Zechciej Mistrzu opowiedzieć

Wtrącenie i to wołacz – przecinki!

„Tylko w jaki sposób wtedy rabowałbyś z miejskiej szkatuły, gnido!”

…? Rabowałby szkatułę, ale on sam tak o sobie myśli? Hę?

Niestety moja odpowiedź będzie rozczarowująca. 

Nie przesadzaj ze stroną bierną: Niestety, odpowiedź cię rozczaruje. 

Za to ten ogród jest niemal magiczny.

Hmmm.

Znacie przecież krążące plotki na nasz temat.

Znacie przecież plotki, które krążą na nasz temat.

Oczywiście wyssane z palca, rzecz jasna.

Powiedziałeś to trzy razy…

Kiedyś to miejsce pełniło rolę Ogrodu Transmutacji.

Pełniło raczej funkcję, ale nic mi to nie mówi.

Teraz to zwykły ogród mający umilić starcowi ostatnie lata życia.

Teraz to zwykły ogród, umilający starcowi ostatnie lata życia. Ale co to ma do próżności, nie wiem.

Kamienne ścieżki przecinały wirydarz gęstą siecią.

Jak sieć może przecinać?

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

I część trzecia :)

 

Spacerowali w żółwim tempie, co jakiś czas zatrzymując się by Anor mógł opowiedzieć o jakimś krzewie lub ziołach, albo innej roślinie i jej właściwościach

Spacerowali w żółwim tempie, co jakiś czas przystając, by Anor mógł opowiedzieć o jakimś krzewie lub zielu i jego właściwościach.

Kulme zastanawiał się nad tym jaki jest w tym cel.

Kulme zastanawiał się, jaki to ma cel.

Od kiedy to Gildia, strzegąca swoich sekretów, uchyla rąbka wiedzy.

Rąbka tajemnicy, a właściwości roślin chyba nie są sekretem Gildii?

Przeszli ogród wzdłuż i wszerz kilka razy nim wrócili do fontanny.

Kilka razy przemierzyli ogród wzdłuż i wszerz, zanim wrócili do fontanny.

 wykonał delikatny ruch

Nieznaczny. Ruch może być nieznaczny.

oddalił się równie szybko jak się pojawił

Przecinek: oddalił się równie szybko, jak się pojawił.

Kulme wyciągnął po nią swoje ręce, ale starzec przycisnął ją sobie mocniej do kolan.

Czy miał jakieś inne ręce, które mógł wyciągać?

Gildia włożyła ogrom pracy wykonując to zlecenie.

Gildia włożyła moc pracy w to zlecenie.

Mówiąc to wyciągnął z szerokiego rękawa rulon pergaminu.

Mówiąc to, wyciągnął z szerokiego rękawa rulon pergaminu.

gdyby Ratusz spojrzał na to życzliwym okiem.

Kulme wziął dokument do ręki, rozwinął i przebiegł po nim wzrokiem.

Rym, powtórzenia.

Tak jak podpisywałeś wszystko do tej pory.

Tak, jak podpisywałeś wszystko do tej pory. Nadal utajniasz.

Czy wszystko zadziała tak jak się umawialiśmy?

Czy wszystko zadziała tak, jak się umawialiśmy?

Kulme wyraźnie poirytował się nagłą zmianą zachowania Anora.

Jaką zmianą? Facet pozostaje spokojny, traktuje go konsekwentnie jak pętaka (ale w bardzo elegancki sposób). Nic się nie zmieniło. A irytacji (bardzo niestylistyczne słowo) tu nie widzę.

Mówiąc to uchylił wieko szkatuły

"Mówiąc to" jest zbędne.

Na aksamitnej, fioletowej poduszeczce leżały kolczyki, łańcuszek a także dwa pierścienie.

Nierównorzędne przydawki mogą zostać nierozdzielone: Na aksamitnej fioletowej poduszeczce leżały kolczyki, łańcuszek i dwa pierścienie.

Rajcy zaświeciły się oczy na ten widok.

Rajcy aż oczy zabłysły na ich widok.

– To kwestia zaufania. – Na te słowa Kulme aż prychnął.

– Nie rozśmieszajcie mnie – odparł szczerze ubawiony.

Lepiej to sformatować tak:

– To kwestia zaufania.

Kulme prychnął, szczerze ubawiony:

– Nie rozśmieszajcie mnie.

 sierota wyłowiona z miejskiej hołoty

Rym, i przepraszam bardzo, oni wypuścili "obiekt" na swobodę? A teraz się dziwią, że ktoś gwizdnął kamyk? To nie tylko psychopaci, ale i idioci. Mam nadzieję, że szykujesz im soczystą klęskę.

zresztą nieważne

Przecinek: zresztą, nieważne

– Nim Anor zdążył coś na to odpowiedzieć, Kulme dodał szczerząc przy tym białe zęby. – 

Daj to do nowej linijki i przystrzyż (i co oni tu tak pastę do zębów reklamują?): Zanim Anor zdążył odpowiedzieć, Kulme dodał, szczerząc białe zęby:

Powiedzcie teraz w jaki sposób aktywować działanie biżuterii?

Powiedzcie teraz, w jaki sposób aktywować tę biżuterię.

Czekający w pogotowiu Tigo pojawił się natychmiast na wezwanie Anora.

Rozdzielaj sceny.

Zaczerwienione nosy i policzki sugerowały, że alchemicy nie poskąpili im wina.

Bardziej świadczyły o tym, że.

Kulme obiecał sobie wyciągnąć konsekwencje z ich zachowania, ale nie dzisiaj.

Kulme obiecał sobie wyciągnąć konsekwencje, ale nie dzisiaj.

Czy wszystko poszło zgodnie z planem Mistrzu?

Brak przecinka.

Nie krył do urzędnika swojej niechęci.

Nie krył niechęci do urzędnika.

Oko Słońca wywarło odpowiednie wrażenie. Kulme będzie nam posłuszny.

wieczorem dokończę Traktat

… ot, tak sobie dokończę dzieło mojego życia. Skoro jest pisane Dużą Literą, to jest Ważne. Nie?

Akolita skłonił się i udał się do Małej Biblioteki.

A może: Akolita pożegnał zwierzchnika ukłonem i udał się do Małej Biblioteki.

Tarcza księżyca odbijała się na nieruchomej tafli wody.

Odbijała się w tafli.

Na zdobionym dębowym stole leżał zgrabnie ułożony stos czystych kart, inkaust, obok dopalała się dająca nikły blask świeca a dalej w małej pozłacanej skrzyneczce leżało kilka następnych

Na ozdobnym dębowym stole leżał zgrabnie ułożony stos czystych kart, stał kałamarz, obok dogasała już świeca, ale w małej pozłacanej skrzyneczce leżało kilka następnych. I to tak trudno się domyślić, że tego będzie potrzebował do pisania?

Na wysokim krześle leżała poduszeczka, zwiększając wygodę choćby i odrobinkę, podczas długiej pracy w niewygodnej pozycji.

To nie jest po polsku. Poduszeczka na wysokim krześle pomoże przetrwać długą noc siedzenia.

Na stole znajdował się także dzban z winem, szklany kielich i srebrny półmisek z owocami polanymi miodem.

Na stole stały także dzban z winem, szklany kielich i srebrny półmisek z owocami polanymi miodem. (Niepraktyczna przekąska przy pisaniu, choć na rękopisach Kierkegaarda ponoć do dziś są plamy po marcepanie).

Pracownia była ponadto skromna

Poza tym pracownia była skromnie urządzona. "Ponadto" to tyle, co "również".

pod jedną ze ścian stała zapewniająca ogrzewanie żeliwna koza

Tnij (i "jedno z" to maniera – unikaj tego): a przy ścianie żeliwny piecyk.

Anor wiedział, że nikt nie odważy się mu przeszkadzać, mimo to zamknął za sobą drzwi na klucz

Choć Anor wiedział, że nikt nie odważy się mu przeszkadzać, zamknął za sobą drzwi na klucz.

Wyjął z kieszeni coś, co wyglądała na miniaturową wersję clavis magistri – klucza mistrza

Ja też się uczyłam łaciny, ale jak wygląda klucz mistrza, nie mam pojęcia. To Ty powinieneś mi to powiedzieć, nie sądzisz?

Włożył go w dziurkę w desce, która na pierwszy rzut oka wyglądała na zwykły ubytek, i przekręcił

Deski nie cierpią na próchnicę.

wycięty fragment deski uniósł się o kilka centymetrów

Centymetry, metry i w ogóle układ SI w fantasy nie mają racji bytu. Nie są obrazowe i czytelnik zaraz zaczyna kombinować, skąd one w świecie, w którym nawet nie ma Francji.

Ostrożnie wyjął zawartość; były to cztery manuskrypty zapisane w Pa-dohu, języku wymarłym i dawno zapomnianym.

Nazwy języków po polsku piszemy małą literą: Ostrożnie wyjął zawartość, cztery manuskrypty w dawno zapomnianym języku pa-doh.

Fakt, że wpadły w jego ręce w sposób całkowicie przypadkowy, utwierdziły go w przekonaniu, że to przypadek być nie mógł

…? Przecież to zdanie samo sobie przeczy. A i szyk ma udziwniony.

Zresztą nie od razu pojął z czym ma do czynienia.

Zresztą nie od razu pojął, z czym ma do czynienia.

Minęło jedenaście lat. Osiemdziesiąt sztuk złota, tyle właśnie zażądał ten jak się zwał poszukiwacz, a raczej zwykły rabuś grobów, za „tubę wypełnioną papierkami”. Cena była zawrotna, ale koszty wyprawy były równie wysokie!

… i po co te wszystkie liczby? A poza tym przed chwilą skarb był bezcenny? A on żałuje paru sztuk złota? Po czym… nie żałuje? Hmm?

Jedenaście lat. Osiemdziesiąt sztuk złota, tyle właśnie zażądał ten rabuś grobów za „tubę wypełnioną papierkami”. Wtedy wydało się to zawrotną sumą.

Rzekomo artefakt pochodził ze Świątyni Księżycowej w ruinach Doh-arpy. I mając już w rękach cenny przedmiot, zostawił towarzyszy opętanych chciwością i uciekł z zapomnianego miasta.

Artefakt zostawił? "Rzekomo" oznacza, że mówiący wie, że informacja jest fałszywa – a on nie wie, więc raczej podobno.

Domyślając się możliwej wartości znaleziska, próbował je spieniężyć na dworach i w akademiach, ale nie było zainteresowania.

Rabuś usiłował spieniężyć znalezisko po dworach i wśród uczonych, ale nie znalazł kupca.

Aż pewnego dnia przyszło olśnienie! Gildia Alchemiczna ze swoim mądrym Arcymistrzem.

Ale tu patrzysz przez ramię arcymistrzowi, nie Indianie Jonesowi…

Dwa tygodnie zajęło mu „spotkanie” Arcymistrza gdzieś poza terenem Gildii. Chciał to załatwić po cichu, nie chciał iść do bramy i zapukać: hej! Mam tu skarb! Dawajcie złoto! Doprawdy historia godna niespełna rozumu dziecka. 

To ani nie jest zgrabne, ani nie pasuje do stylu, którym pisałeś wyżej, podniosłego do granic patetyczności. 

Nigdy nie istniało, tak jak żadne inne tajemne wieże, smoki, gryfy i demony

Albo: Nigdy nie istniało, jak nie istniały żadne tajemne wieże, smoki, gryfy i demony; albo: Nigdy nie istniało, tak jak wszystkie inne tajemne wieże, smoki, gryfy i demony.

I już miał przegonić tego naciągacza, tego oberwańca

Znów gubisz podmioty i wygląda na to, że naciągacz chciał przegonić naciągacza.

Znaki jakich do tej pory nigdy nie widział.

Znaki, jakich nigdy przedtem nie widział. Rym zostaje, może Tobie się uda go sprzątnąć.

Coś drgnęło w jego duszy, kupił więc wciskany mu niemal na siłę „towar”, mając nadzieję, że nie będzie tego żałował.

Coś go tknęło i kupił wciskany mu niemal na siłę „towar”, w nadziei, że nie będzie tego żałował.

Odzyskał zresztą wszystko co do grosza, jeszcze tego samego dnia zorientował się, że to nie są jakieś podróbki.

Odzyskał zresztą wszystko co do grosza. Jeszcze tego samego dnia zorientował się, że to nie podróbki.

Wiedza o tych woluminach nie powinna chodzić pijana po karczmach i rozprawiać o tym jak to Gildia płaci złotem za usługi.

Dziwna metonimia. A w ogóle lepiej, żeby ktoś rozpowiadał, że Gildia nie płaci? I jest niewiarygodna? I daj przecinek przed "jak", bo zdanie jest podrzędnie złożone. (I akurat uwierzę, że za podróbki arcymistrz nie wypłaciłby się tak samo…)

Minęło jedenaście lat, to dużo czasu, ale odszyfrowywanie zapomnianego języka szło niezwykle opornie. 

W jedenaście lat? To prędkość światła (albo niesamowite szczęście).

nie wiedział niczego pewnego

Niczego nie wiedział na pewno.

efekt lat pracy, eksperymentów i jego własnego geniuszu

Zaimek zbędny.

Jedyną osobą, której ufał był jego syn, którego prawdziwa tożsamość była znana tylko niewielkiej grupie ludzi. Ale nawet wiedział tylko tyle, ile Anor uznał za stosowne mu wyjawić.

Tnij: Ufał jedynie synowi, którego prawdziwe pochodzenie znali tylko nieliczni, ale i to nie bez zastrzeżeń.

Zyskał uniwersalny klucz do niemalże wszystkiego.

Cokolwiek to znaczy.

Otwiera drogę przez zamknięte drzwi, ale zrozumienie i wykorzystanie tego co się za nimi znajduje to już inna sprawa.

Metafora Ci się sypie – klucz do wiedzy to właśnie to, co pozwala tę wiedzę odkryć, zrozumieć i wykorzystać: Otwiera zamknięte drzwi, ale zrozumienie i wykorzystanie tego, co się za nimi znajduje, to już inna sprawa.

Żałował tego już wiele razy, dałby wiele, żeby trafić do Doh-arpy.

Powtórzenie: Żałował tego tyle razy, wiele by dał, żeby zobaczyć Doh-arpę. Która nagle jednak istnieje?

karty nie były pożółkłe, mimo swojego wieku wyglądały, jak gdyby przed chwilą wyszły spod ręki autora

Karty nie były pożółkłe, mimo starożytności wyglądały, jak gdyby przed chwilą wyszły spod ręki autora.

Wziął do ręki pierwszą z nich

Wystarczy: Wziął do ręki pierwszą.

ah!

Ach!

zaczął na pustych kartach zapisywać swoje uwagi do Utraconej Wiedzy (tak roboczo nazwał woluminy z Doh-arpy, i tak już zostało). 

I na pustych kartach zaczął spisywać swoje komentarze do Utraconej Wiedzy, jak nazwał sobie dokumenty z Doh-arpy. https://wsjp.pl/haslo/podglad/96670/wolumin/5236853/w-bibliotekoznawstwie Woluminy to książki typu kodeks, o ile wiem.

Nie chciał tego przed sobą przyznać, ale wizyta w Rotundzie wywarła na nim ogromne wrażenie.

Tak, zaznaczyłeś to w trakcie wizyty. Jaki jest cel powtarzania tej informacji?

Być może lekceważył alchemików, ale przez chwilę poczuł bijącą z tamtego miejsca moc.

Nie wiem, co próbujesz powiedzieć. Aspekty: przez chwilę czuł; albo na chwilę poczuł.

Ciągle miał na sobie delikatny zapach ruty, hyzopu i arcydzięgla

Łagodny zapach, a przed chwilą nie wiedział, co pachnie.

Przyjrzał się kolczykom, po raz kolejny wpatrując się w złote elipsy zwieńczone małymi, niebieskimi kamyczkami.

Nie sugeruj, że kolczyki i elipsy to równe rzeczy, to mylące: Znów przyjrzał się kolczykom, złotym elipsom ozdobionym małymi niebieskimi kamyczkami.

W końcu jego polityczne ambicje były w zasięgu ręki. 

Błąd kategorialny: Nareszcie miał w zasięgu ręki spełnienie politycznych ambicji.

Osoby stojące mu na drodze jeszcze o tym nie wiedziały, ale wkroczyły dzisiaj na ścieżki prowadzącą prosto do grobów.

Patetyczne i niezręczne: Ci, którzy stali mu na drodze, jeszcze nie wiedzieli, że kroczą prosto do grobu.

 

Hmm. Nie jest tragicznie, choć genialnie też nie jest. Pod względem językowym mam zastrzeżenia głównie do doboru słów (tym bardziej, że często nie wiesz, co one w ogóle znaczą) i patosu, poza tym uważaj na interpunkcję i błędy gramatyczne. I nie udziwniaj szyku (to też ten patos, poza tym nie bardzo umiesz się nim posługiwać, skoro sugerujesz szykiem nonsensy – naucz się chodzić, zanim zaczniesz tańczyć).

 

Jeśli chodzi o fabułę, którą tu zawiązujesz, niewiele jej na razie widać, a tego, co widać, nie sposób nazwać oryginalnym – ale samo to nie stanowi wady. Wadę stanowi to, że nie uczyniłeś jej swoją. Jak to ujmuje Emily Short (przeczytaj cały artykuł, mnie dał bardzo dużo): http://brasslantern.org/writers/iftheory/setting.html 

A brief digression about clichés. The problem with them isn't that they present ideas that people have seen before, but that they allow the author to rely on a crutch – the tried-and-obvious, the generic – instead of inventing something afresh. You want to write a game with dragons and elves? Fine. But do the work of reinventing the dragons and elves yourself. Ask yourself the questions over again, and don't be satisfied with the prepackaged answers: What do they look like? What do they do? Where do they come from? People like to remark on the fact that Andrew Plotkin has written award-winning games using two of the settings (caves, one's apartment) that are considered most tedious and overdone; the point isn't that he possesses mystical Zarfian Powers, but that he understands the process of imagining something anew. Imagination is, perhaps counterintuitively, a discipline; the good news is that, like other disciplines, it can be cultivated actively.

Nie chodzi o to, żebyś nie używał tropów, ani unikał "zgranych" sztafaży – ale sztafaż ma być Twój, a nie wzięty z półki w Biedronce. Bądź jak Andrew Plotkin.

 

Bo tutaj nie jesteś. Nie widać, żebyś przemyślał ten świat – sieroty są nieszczęsne, rajca zły, arcymistrz jeszcze gorszy, ale z czego to wynika? I co z tego wynika? Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Jasne, na pewnym etapie odpowiedzi się kończą, ale tutaj nie trzeba się do tego etapu dogrzebywać, jest tuż pod cienką warstewką piasku. A im dalej, tym słabiej się ten świat trzyma, bo – jak byś postąpił, gdybyś był szalonym naukowcem/magiem/niepotrzebne skreślić i eksperymentował na sierotach? Wypuściłbyś tę sierotę w świat, żeby mogła ujawnić Twoje niecne knowania? Czy może jednak gdzieś zamknął? Nie przemyślałeś motywacji Nel, bardzo generycznych i bliskich pustosłowiu ( https://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/ConceptsAreCheap ), a Slyd sam nie wie, czemu robi to, co robi (jakby sugerujesz, że Nel jest jego córką albo inną legendarną księżniczką, którą ma obowiązek chronić, ale to są moje domysły).

Pytanie numer jeden brzmi – o czym chcesz opowiedzieć? A pytanie numer dwa – dlaczego właśnie w tym sztafażu, a nie w innym?

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dzięki Tarnina za komentarz. Brutalnie = szczerze. Doceniam wszystkie wytkniętę błędy i słabości. Na pewno będę nad nimi pracował. Doceniam także to, że doczytałaś do końca. Odbieram to jako maly plus. :)

Staram się ^^

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka