Witam. Zamieszczam fragment szerszej historii. Proszę o dobre rady i wyrozumiałość. Chciałbym nauczyć się dobrze prowadzić fabułę podczas budowania dłuższej historii, eliminując przy tym jak najwięcej “błędów nowicjuszy”.
Witam. Zamieszczam fragment szerszej historii. Proszę o dobre rady i wyrozumiałość. Chciałbym nauczyć się dobrze prowadzić fabułę podczas budowania dłuższej historii, eliminując przy tym jak najwięcej “błędów nowicjuszy”.
Nel obudziła się jeszcze przed świtem. Pozostałe dzieciaki jeszcze spały, kiedy opuszczała stary magazyn. Lubiła zapach nocy, puste ulice i ciszę. Zwłaszcza ciszę. W oddali usłyszała zbliżający się miarowy krok miejskiego patrolu. Cofnęła się w kierunku skrytej w mroku bramy. Znali ją, jak zresztą każdego nieletniego złodzieja w Udu. Łapali takich tak ze trzy, cztery razy w miesiącu. Zazwyczaj za żebranie albo za drobne kradzieże. Często to było coś do jedzenia, zwędzone ze straganu miejskiego kupca. Kary za takie przewiny nie były zbyt surowe, taki złodziej dostawał pięć batów i puszczali go wolno. Nie było gdzie ich trzymać, więc zabawa z miejską strażą trwała każdego dnia. Dziewczyna poprawiła brudną, znoszoną koszulę. Razy które wymierzyła jej przed dwoma dniami ręka sprawiedliwości były mocne i celne, skóra nie zasklepiła się jeszcze.
Odczekała chwilę aż patrol się oddali, po czym pobiegła w stronę doków. Do wschodu miała jeszcze parę chwil, wiedziała, że zdąży. Każdego poranka przybiegała tutaj oglądać pojawiające się na horyzoncie słońce. Dawało jej to spokój i siłę na każdy kolejny dzień. Po godzinie albo dwóch wracała do magazynu, po drodze zahaczając o targ. Udawało się ukraść kawałek chleba albo kilka suszonych owoców. Prawie zawsze. Dzisiaj było jednak inaczej, nie ruszyła się z miejsca do południa. Znalazł ją bez problemu, wiedział, gdzie szukać.
– Zamierzasz wrócić? – zapytał chłopak, ale Nel nawet na niego nie spojrzała. Z zamkniętymi oczami wystawiała twarz do słońca. – Młodzi myślą, że nas olałaś, że już nie wrócisz. Słyszysz mnie? Juki nie żyje!
Dopiero teraz odwróciła ku niemu głowę, nie rozumiejąc co przed chwilą usłyszała.
– Co? – wyszeptała.
– Nie żyje! Nie obudził się, nie wiem czemu. Może z głodu. Nie wiem!
To ją szybko wyrwało ze świata marzeń.
– Uspokój się Ran! – Podniosła na niego głos, chwyciła za ramię i przyciągnęła do siebie. Znowu była starą, twardą Nel. – Posłuchaj, leć na targ, może coś zwędzisz. Ja wracam, trzeba coś zrobić z ciałem – teraz już szeptem wydała polecenie.
– Dałaś ciała młoda. Znowu – zawołał jeszcze za nią Ran, gdy puściła się biegiem z powrotem w kierunku miasta. Uliczki Udu były wąskie i kręte. Część portowa wypełniona do granic możliwości biurami kupców, tanimi karczmami dla lubiących się zabawić marynarzy i różnego rodzaju warsztatami była o tej porze pełna ludzi. Każdy się tu gdzieś spieszył, nikogo nie interesowała biegnąca na złamanie karku dziewczyna. Nie przyciągając ludzkich spojrzeń biegła tak szybko jak mogła. Po opuszczeniu nadbrzeża musiała zwolnić. Stare magazyny, w których nocowali mieściły się po drugiej stronie miasta, w miejscu starej warowni. Opuszczone przez kupców lata temu stały się problemem dla rajców. Położone były zbyt daleko od Nowego Portu by spełniać swą rolę powoli przejmowane były przez miejskie męty wszelkiego autoramentu, sprawiając coraz większe problemy miejskiej straży. Aby się tam dostać, Nel musiała minąć plac targowy i dzielnice kupieckie. Wiedziała, że będzie tam się roiło od patroli, ale nie chciała tracić czasu na okrężną drogę. Zwolniła więc, trzymając głowę nisko i nie zwracając na siebie uwagi. Kilka razy ktoś trącił ją barkiem, kilka razy musiała przeciskać się przez tłum rozkrzyczanych przy straganach handlarzy. Udało jej się zwędzić przy okazji sakiewkę. Ryzyko było duże, ale głupiec sam się o to prosił, trzymając ją zawieszoną tylko na cienkim, lnianym sznurku. Schowała ją do kieszeni nie zwalniając kroku, kupiec zaś nawet się nie zorientował. Skierowała się w stronę wąskiej uliczki, która wyprowadzi ją z placu, gdy nagle usłyszała gdzieś za sobą męski głos.
– Straaaaaż! Złodziej!!! Straż! – Nel odwróciła się przeszyta strachem, ale nikt jej nie próbował pochwycić. Narastająca wrzawa dobiegała z drugiego końca placu. Wiedziała, że nie powinna, ale ruszyła tak jak wszyscy w tamtą stronę. Krzyki się wzmagały, złapano już sprawcę. Cała zbladła, gdy poznała podniesiony głos besztający nieudolnych strażników. To był rajca Kulme, najniebezpieczniejszy człowiek w całym Udu. Ktoś kto może dosłownie wszystko. Nel pomyślała, że tylko skończony kretyn spróbowałby go oskubać, a później go dostrzegła. U stóp bogato odzianego urzędnika leżał chłopiec, miał dziwnie wykręconą prawą rękę, z głowy sączyła się strużka krwi.
– Zabrać mi to ścierwo, do wieczora ma wisieć! – Kulme skinął na dowódcę patrolu, a ten z kolei na swoich podkomendnych, którzy bez ceregieli podnieśli chłopaka. – I rozgonić mi ten tłum! Koniec przedstawienia!
Ludzie zaczęli się niechętnie rozchodzić, tylko Nel stała w miejscu przerażona, łzy napłynęły jej do oczu.
– Ran, bogowie, Ran… – szeptała do siebie. Wiedziała, że to jej wina, to ona kazała mu iść na targ. Tylko dlaczego chciał okraść tego skurwysyna? Wszyscy wiedzą, że już lepiej po prostu palnąć się w pusty łeb. – Och Ran… – powtórzyła jeszcze, gdy ciągnęli chłopaka w stronę więzienia. Dowódca rozganiał ostatnich gapiów, gdy ich spojrzenia przecięły się na krótki moment. Poznał ją, łapał już ją przecież kilka razy, kilka razy po wymierzeniu kary wypuszczał. Czasem nawet było mu szkoda jej i innych dzieciaków. Teraz tylko kiwnięciem głowy kazał jej się stąd wynosić. Oboje wiedzieli, że nic się nie da zrobić. Tak czy inaczej chłopak zawiśnie.
Nie pamiętała w jaki sposób przebyła resztę drogi. Dziś wieczorem powieszą Rana. Juki umarł w nocy. Chciało jej się płakać. Czuła się taka bezradna. Gdy dostrzegła machającego do niej chłopca, ledwo ośmioletniego, przetarła rękawem wilgotne oczy. Dla niego, dla reszty musi być silna.
– Nel! – wołał do niej. – Nel! Jesteś! Chodź, wszyscy są przerażeni. – Chwycił ją za rękę i pociągnął w kierunku starych, połamanych drzwi. Część magazynu którą zajmowali była w bardzo złym stanie; dach był częściowo zerwany, a w ścianach były dziury. Oprócz nich w magazynach gnieździło się kilkunastu miejscowych rzezimieszków i pomniejszych bandytów (ci poważniejsi żyli w bogatszych dzielnicach). I tak mieli szczęście, że pozwalali im tu mieszkać, chociaż okradali ich ze wszystkiego co udawało im się zgromadzić.
– Nel? A gdzie jest Ran? – zapytał jeszcze, prowadząc ją w stronę stłoczonej w kącie grupy.
– Posłuchaj mnie Ben. Rana już nie ma – powiedziała, obejmując go ramieniem. – Ale niech to zostanie na razie między nami, dobrze? – Chłopak pokiwał głową.
Dzieciaki otaczały leżące na brudnym kocu nieruchome ciało; Juki leżał z otwartymi oczami, wszystkie kończyny miał powykręcane w nienaturalny sposób, dłonie zaciśnięte w małe piąstki a w uszach zaschniętą krew. Nel patrzyła na niego w milczeniu, dzieciaki zaś na nią.
– Dobra – powiedziała w końcu. – Zmywajcie się stąd wszyscy, z wyjątkiem ciebie. – Wskazała na Bena. – Reszty nie chcę widzieć do wieczora. Ina! – Rzuciła stojącej najbliżej dziewczynie skradzioną sakiewkę. Nawet nie sprawdziła co jest w środku; nie musiała. Ufała jej. – Załatw jakieś jedzenie. – Dziewczynka kiwnęła głową i zniknęła w dziurze w ścianie.
– Ben, poszukaj jakiejś derki, czegoś w co moglibyśmy go zawinąć. – Chłopak rzucił się na poszukiwania, chociaż wiedział, że niczego nie znajdzie. Nel przyklękła przy zwłokach, zamknęła trupowi oczy i pogłaskała po zimnej twarzy. W tym właśnie momencie coś przykuło uwagę dziewczyny. Prawa dłoń Jukiego zaciskała się na czymś. Na czymś małym, ale widziała to wyraźnie. Spomiędzy palców przebijał się pomarańczowy kolor. Spróbowała rozewrzeć zaciśnięte, sztywne palce, ale nie dała rady.
– Ben! Pomóż mi! – Chłopak podbiegł i razem z nią szarpał i siłował się z zaciśniętą pięścią. Udało im się w końcu, mały przedmiot wypadł z trzymającej go ręki i potoczył się po deskach. Mienił się w wpadającym do środka słońcu różnymi kolorami. Był pomarańczowy, zielony, by za chwilę świecić czerwienią i fioletem. Stali jak zaczarowani wpatrując się w drogocenny kamień. Nigdy nie mieli w rękach takiego bogactwa. Popatrzyli na siebie, po czym dziewczyna schyliła się i podniosła kryształ. Zdziwiła się, bo był ciepły, niemalże gorący, pomimo tego, że przeleżał w zimnej dłoni przez wiele godzin. Ukryła go w kieszeni.
– Nie możemy o tym nikomu powiedzieć, słyszysz? Ben! Słyszysz co do ciebie mówię?
– Ale dlaczego? Przecież możemy mieć za to tyle jedzenia, że już nigdy nie będziemy głodni Nel! Jesteśmy bogaci!
– Nie bądź głupi! I nie krzycz, jeszcze ktoś nas usłyszy. Chodź, musimy to przegadać. – Pociągnęła chłopaka w stronę zbitej z kilku desek małej ławki. Siedli tam, blisko siebie, jakby przytuleni. Ona szeptała mu do ucha, on słuchał ze spuszczoną głową. Wiedział, że ma rację. Gdy się zgodził ze wszystkim, wstali i w końcu zajęli się trupem. Trafił tam, gdzie trafiali wszyscy którzy byli dla miasta problemem, a którzy zbyt szybko pożegnali się z życiem; do miejskich kanałów. Jak zacznie cuchnąć to grabarze wywleką truchło i spalą gdzieś za miastem. Zawsze tak było.
Ben nie miał dziś czasu dla siebie. Po pozbyciu się zwłok dostał kolejne zadanie. Miał znaleźć resztę dzieciaków i sprowadzić wszystkich do magazynu; poszedł chociaż nie chciał zostawiać Nel samej. Właściwie to nie chciał zostawiać jej samej z kamieniem. Bał się, że ucieknie, gdy już się go pozbędzie. On by nawiał, gdyby był na jej miejscu. Mimo to spełnił jej polecenie i pobiegł bez zbędnej zwłoki. W tym samym czasie Nel wspięła się po starej drabinie na niezawalony fragment dachu i usiadła okrakiem na szczycie. Wyjęła z kieszeni drogocenny brylant, a może szmaragd albo diament; nie wiedziała czym on właściwie jest, skąd miała to niby wiedzieć. Był ciągle ciepły. Obróciła go kilka razy w palcach, uniosła, wyciągnęła rękę i popatrzyła przez niego na zachodzące słońce. Był taki piękny, chociaż teraz nie była w stanie określić jego barwy. Mienił się wszystkimi kolorami.
– Jak ty trafiłeś w ręce Jukiego, co? – zapytała, nie spuszczając z kamienia wzroku. – Jak cię sprzedać? – Wiedziała, że to nie będzie proste. Była na to za krótka. Będzie musiała pójść do Snyd’a. Oskubie ją, ale trudno. Przynajmniej jej nie pobije i nie odbierze kruszcu siłą. Może i nawet zapłaci nie najgorzej. Schowała kamień z powrotem do kieszeni, zamknęła oczy i wystawiła twarz do słońca, łapiąc ostatnie tego dnia ciepłe promienie. Była okropnie zmęczona, w końcu dzisiaj wydarzyło się tak dużo. Tyle złego…Tyle…
– Ran! – Zapomniała! Jak mogła zapomnieć! Targ, krzyczący Kulme, jej przyjaciel leżący w kałuży krwi. Chociaż nie chciała, obrazy same pojawiały jej się pod przymkniętymi powiekami. Popłynęły łzy. Zerwała się z miejsca, ześlizgnęła sprawnie na brzeg dachu i zeskoczyła; budynek nie był wcale wysoki. Wylądowała bezpiecznie, robiła to już dziesiątki razy. Tylko za pierwszym się troszkę poobijała. Teraz sprawnie niczym kot, odbiła się od ziemi i rzuciła biegiem w stronę miasta. Była pewna, że szubienica stoi już na placu. Ogarnięta strachem i narastającą paniką nie zauważyła, że ktoś podąża jej śladem.
Egzekucja przyciągnęła morze gapiów; w Udu takie atrakcje należały do rzadkości. Nel się spóźniła. Gdy wybiegła z wąskiej uliczki na plac, kat zakładał pętle na szyję zapłakanego Rana. Chłopiec ręce miał skrępowane, podobnie nogi. Nie szarpał się, nie wyrywał. Gdy przekładali linę przez bloczek a później przywiązali do konia, dziewczyna stała i płakała. Nie zwracała uwagi na ludzi, na gapiów ucieszonych brutalną rozrywką, na rajców będących tu raczej z obowiązku niż dla przyjemności, na miejskich strażników próbujących panować nad tłumem… Byli na tym placu sami, tylko ona i Ran. Patrzyli na siebie załzawionymi oczami, pełni żalu i nienawiści do przeklętego losu. Wtedy koń ruszył, bloczek zaskrzypiał a ciało skazańca poderwała do góry brutalna siła. Nel zamarła na chwilę, a później przerażona widokiem drgającego ciała cofnęła się jeden krok, drugi, trzeci… Ktoś zacisnął na jej ramieniu długie kościste palce i pociągnął ją do tyłu, w głąb ciemnej uliczki. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Totalnie zaskoczona nie zdążyła nawet krzyknąć. Zakapturzona postać pchnęła ją w kierunku najbliższej bramy, a gdy dziewczyna zaczęła się szarpać dostała w twarz otwartą dłonią.
– Słuchaj no, mała zdziro! – Głos był niski, ale z całą pewnością należał do kobiety. – Nie mam czasu na zabawę. Gdzie on jest?
– Nie rozumiem, nie znam pani, nie wiem o co… – Kolejne uderzenie było mocniejsze, celne. Nel upadła na ziemię, miała rozciętą wargę. Splunęła krwią.
– Gdzie on jest? Kamień! – Pierwszy kopniak spadł na żebra dziewczyny paląc bólem, po nim kolejne. – Gdzie on jest? Gdzie on jest mała suko! – Nel przestała się ruszać. Kobieta schyliła się i przeszukała jej kieszenie. Odetchnęła z ulgą, gdy znalazła to, czego szukała. Zdjęła z siebie płaszcz i owinęła nim dziewczynę. Zarzuciła ją sobie na ramię i ruszyła przed siebie, trzymając się cienia. Przeszła nie więcej niż sto kroków, usłyszała krótki świst, trzask, po czym zwaliła się nieprzytomna na ziemię.
– Nel! Nel! Obudź się, Nel! – Dziewczyna otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą Bena.
– Gdzie…? Co…? Ben? – Spróbowała się podnieść, ale ostry ból przeszył całe jej ciało, opadła z powrotem na łóżko. Wzięła kilka głębokich wdechów. Rozejrzała się przytomniej; była w jakimś domu, na stole paliły się świece, żebra miała obwiązane bandażem. Oprócz Bena przy łóżku siedziała Ina oraz… Snyd!
– Bogowie są dla ciebie łaskawi, młoda – rzekł mężczyzna szczerząc do niej bielutkie zęby. – Witaj w moich skromnych progach.
– Snyd – odparła, chociaż mówienie sprawiało jej ból. – Jak się tu znalazłam?
– To ja! – zawołał Ben. – To ja was zauważyłem!
– Nas?
– No tak, ciebie i tą wredną babę.
– Poczekaj Ben, pomóżcie mi usiąść. Która jest w ogóle godzina, Snyd? Snyd! Nie stać nas na twoją gościnność, nic nie mamy.
– Wręcz przeciwnie, maleńka. – Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w oczach miał dziwny błysk.
Podekscytowany Ben opowiedział wydarzenia ostatnich godzin. O tym jak wraz z dzieciakami wrócili do magazynu, ale jej tam nie zastali. Bał się, że nawiała, opowiedział więc wszystko Inie, i we dwoje ruszyli na poszukiwania. Reszta została. Na egzekucje dotarli w tym samym momencie, w którym Nel została napadnięta. Schowali się za starą beczką i patrzyli bezradnie jak kobieta biję Nel, później zawija w płaszcz i bierze ze sobą. Ukryci czekali aż ich wyminie, a później tylko sobie znanymi przejściami wyprzedzili ją o kilkadziesiąt kroków. Ben wspiął się na niewysoki daszek, a gdy pod nim przechodziła, zrzucił jej na głowę dachówkę. Ot i cała historia.
– Mój bohater – powiedziała Nel i pogłaskała go po twarzy. Chłopiec aż się zarumienił.
– Dobrze już, zmykajcie stąd – powiedział Snyd. – Dajcie jej odpocząć.
– Ja nigdzie nie idę. – Ben złapał Nel za rękę i popatrzył gniewnie na gospodarza.
– Ja pójdę, ktoś musi ogarnąć dzieciaki. – Ina podniosła się ze stołka i uśmiechnęła do koleżanki. – Trzymaj się – rzuciła na odchodne i wyszła z pokoju, a później w noc. Do magazynu miała jeszcze kawał drogi.
– Chodź, pokaże ci, gdzie będziesz spał. – Snyd wyprowadził z pokoju Bena, gasząc po drodze świece. Zaprowadził go na poddasze, gdzie przygotował całkiem znośne posłanie, a obok niego miedziany nocnik, w razie potrzeby; nie z dobroci serca, bynajmniej. Zależało mu na kamieniu, nie na nim. Chłopiec wyspał się tej nocy jak nigdy wcześniej. Także pierwszy raz miał sny, i to te z tych lepszych, nie mających nic wspólnego z szarą rzeczywistością. Śniło mu się, że każdej nocy zasypia z dachem nad głową, w ciepłym domu, a rano czeka na niego porządne śniadanie i wszystko to, czego nigdy do tej pory nie zaznał. To był jego pierwszy i zarazem ostatni sen.
Dla Nel reszta nocy nie była tak łaskawa jak dla jej przyjaciela. Gdy tylko gospodarz zgasił świece i zamknął za sobą drzwi poczuła się bardzo nieswojo. Chociaż bardzo lubiła samotność brakowało jej teraz czyjejś obecności. A niechaj byłby to nawet i ten krętacz Snyd, który użyczył im dzisiejszej nocy kawałka ciepłego kąta. Niepokoił ją ten jego nagły przypływ dobroci. Co prawda zdarzało się, że przynosili mu różne skradzione fanty a on płacił za nie jakieś grosze (więcej płacił za różne zasłyszane informacje), ale nigdy nikogo z nich nie wpuścił do swojego domu. Nie mówiąc już o zapewnieniu noclegu. Nie mogła zasnąć, ciało rwało bólem a głowę zaprzątały kolejne myśli. Najpierw o Jukim. Nie, nie o jego śmierci; ludzie umierali, tak już jest. Zastanawiała się skąd wziął kamień. To był przecież największy partacz z całej grupy. Nie potrafił zwędzić nawet głupiej śliwki ze straganu. Skąd wziął więc taki skarb? Później pojawiły się myśli o Ranie, o tym, że zginął przez nią. To ona kazała mu iść na targ, to była jej wina! Wyczytała to z jego twarzy, gdy spojrzeli na siebie na chwilę, zanim lina poderwała go do góry. Zaczęła szlochać, najpierw po cichu, tłumiąc płacz w poduszkę. Po chwili beczała już na całego. Mała, bezradna i przede wszystkim winna. Zasnęła nad ranem, ledwie godzinę przed wschodem słońca.
Snyd także nie spał tej nocy zbyt długo. Po odprowadzenia Bena przygotował sobie grzane wino, takie jak lubił, z miodem i przyprawami; płacił za nie krocie, ale było go przecież stać. Poszedł do swojego gabinetu, rozsiadł się w fotelu i zaczął intensywnie myśleć. Młody pokazał mu kamień, logiczne, inaczej by ich nie wpuścił. Ale skąd ta banda gówniarzy go wzięła. Mógł odebrać go siłą, ale po co? I tak go sprzeda i to drogo, a im rzuci jakieś drobne. Zresztą te dzieciaki czasem są pożyteczne, pozbycie się ich nie będzie rozsądne. Tylko ten kamień… Komu go zwinęli? Całe miasto powinno już o tym huczeć. Nie wiedział co robić. Nie chciał wypuszczać ich z domu ani w nim trzymać.
– Co robić… co z tym do diaska zrobić?
Obudził się w swoim fotelu. To nie był mocny, krzepiący sen; raczej dłuższa drzemka. Nie chciał tracić czasu, co prawda był człowiekiem cierpliwym, ale w tej sprawie musiał działać szybko. Potrzebował informacji. Poszedł do pokoju, w którym zostawił dziewczynę. Zapukał do drzwi i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka. Nel spała jeszcze, ale delikatne szarpnięcie za ramię ją obudziło.
***
Kobieta ciągle stała. Nie poproszono jej, aby usiadła. Ubrana była w wysokie, skórzane buty, obcisłe, zielone spodnie i białą ubrudzoną w ziemi i glinie koszulę. Do pracowni Arcymistrza wezwano ją od razu po pojawieniu się w Gildii. Pomimo tego, że nie dano jej nawet kilku minut na doprowadzeniu się do porządku, teraz od przeszło kwadransa stała wyczekująco przez nikogo nie niepokojona. Trwała nieruchomo, tylko jej śledzące krzątającego się po pracowni starca oczy odróżniały ją od stojących pod ścianą martwych posągów. Arcymistrz tymczasem z tygielkowymi szczypcami w ręku zbliżył się do wielkiego pieca, zajmującego centralne miejsce obszernej pracowni. Otworzył jedną z komór athanora i ostrożnie wyciągnął małe żaroodporne naczynko i odstawił je delikatnie na pulpicie roboczym; pomiędzy kolorowymi, szklanymi retortami i wszelkiego rodzaju alembikami. To musiało być coś bardzo cennego, bo starzec wyraźnie odetchnął, a po czole spływały krople potu. Odłożył szczypce i zdawać by się mogło, że dopiero teraz zauważył swojego gościa. Podszedł do kobiety, odgarnął jej z twarzy kosmyk włosów, posklejany zaschniętą krwią.
– Co masz mi do powiedzenia, Kassandro? – Nie dał jej czasu na odpowiedź. Otwartą dłonią wymierzył mocny policzek. – To było proste zadanie. – Kolejne uderzenie. Tym razem z nosa pociekła strużka krwi.
– Wybacz mistrzu. Zawiodłam. – Spuściła głowę, ale alchemik chwycił ją za podbródek i podniósł twarz z powrotem ku górze. Zacisnął mocniej palce.
– Co z kamieniem? – zapytał.
– Ni…nie jestem pewna. – Zobaczyła wypełniający jego oczy gniew. Mimo to kolejny, spodziewany cios nie nadszedł. Zamiast tego starzec cofnął się pod ścianę i usiadł na bogato rzeźbionym, wysokim fotelu. Zamknął oczy i sprawiał wrażenie śpiącego, ale kobieta służyła mu od dawna; wiedziała, że należy czekać. Po dłuższej chwili Arcymistrz Anor otworzył oczy i gestem przywołał ją do siebie. Kassandra podeszła powoli, pochyliła się ku niemu zbliżając ucho do ust swojego nauczyciela. Ten mówił ledwo słyszalnym szeptem, tak cicho, że musiała wytężyć słuch, aby pochwycić wszystkie słowa. Gdy skończył, kobieta skłoniła się i skierowała w kierunku wyjścia.
– Pamiętaj, stawką są dziesiątki lat pracy najlepszych synów Gildii – powiedział, nim zdążyła opuścić pracownię – i twoja głowa.
– I po co ci ten kamyczek, co? – Jeden ze stojących pod ścianą posągów ożył nagle. – Wiesz już, że to działa. Kes narobi tylko bałaganu, znasz jej metody.
Dobrze ubrany, ciemnowłosy mężczyzna strzepał z kaftana resztki pyłu. Popatrzył na prawdziwe posągi z nieudawanym zachwytem.
– Kocham te twoje iluzje i sztuczki ojcze – kontynuował, podchodząc do starca.
– To nie sztuczki – odwarknął Anor. – I proszę cię, nie bądź ignorantem. Więcej w tobie polityka niż alchemika! TO nie tylko działa, to klucz! Klucz do wszystkiego! To już nie alchemia synu.
– Nie? Więc co?
– Czysta magia… – Starzec sięgnął po wychłodzoną już retortę i wylał jej zawartość na swoją dłoń. Gęsta substancja samoistnie rozprowadziła się po skórze po czym wchłonęła w ciało alchemika. Mężczyzna przez krótką chwilę oddychał ciężko, po czym spojrzał na syna tak, że ten aż się wzdrygnął. Oczy Anora zapłonęły prawdziwym ogniem.
– Pojedziesz do Naabis mój synu, a później do Jaru, i dalej. Dopilnujesz tam naszych spraw. Ja zajmę się resztą na miejscu.
– Jak sobie życzysz, ojcze.
***
Tak jak jej polecił Snyd, siedzieli cały dzień w jego domu. Chociaż bardzo ich korciło, żeby się gdzieś ruszyć, oboje wiedzieli, że to kiepski pomysł. Ben leżał więc znudzony na podłodze w pokoju Nel, śledząc wzrokiem wędrującego po belce pająka. Dziewczyna, ciągle poobijana, kręciła się niespokojnie na swoim łóżku. Miała złe przeczucia. Nie miała do Snyda za grosz zaufania, ale nie widziała dla siebie lepszych opcji. Przynajmniej chwilowo. Poza tym to, co jej rano powiedział miało sporo sensu. Wystarczyło poczekać czego się dowie, a dowie się na pewno; już on ma swoje dobre źródła. „Później się zobaczy. W razie co damy nogę”. Chociaż dobrze wiedziała, że w tym stanie co najwyżej to może gdzieś powoli podreptać. Minął im tak cały dzień, rozmawiali, kilka razy ostrożnie wyjrzeli na ulicę, zjedli zostawione przez Snyda kawałki sera z chlebem. Musiała przyznać, i to dość niechętnie, że dawno nie spędzili tak spokojnego dnia. Tak zapewne wyglądało normalne życie…
Wrócił po zapadnięciu zmroku. Był zły, ubranie miał mokre od deszczu a na twarzy malowało się zmęczenie. Zrzucił z siebie ciężki płaszcz, podszedł do stołu, na którym rano zostawił gliniany dzbanek. Przyłożył go do ust i przechylił, aż wino zaczęło spływać po brodzie, kapiąc na podłogę. Długo sycił pragnienie nim odstawił naczynie z powrotem. Dzieciaki patrzyły na niego w milczeniu.
– Wy gnojki! – powiedział w końcu, celując w nich palcem. – Nawet nie wiecie w jakie gówno się wpakowaliście. I przy okazji mnie!
Nel i Ben spojrzeli na siebie, później wlepili wzrok z powrotem w Snyda. Nie odezwali się.
– Gildia! Szuka was Gildia, czyli całe miasto! Ja już mogę sobie przywiązać kamień do nogi i skoczyć do kanału. Ty wiesz komuś łeb rozwalił?
Ben zamrugał tylko oczami. A Snyd mówił dalej.
– Kassandrze! Znasz Kes? Jak nie, to ją poznasz, ona nikomu nie daruje!
Znali ją. Nie osobiście rzecz jasna (właściwie to i osobiście mieli z nią chwilową przyjemność), ale każdy wiedział kim ona jest; taki Kulme w spódnicy. Mogąca wszystko wściekła suka. Suka na pasku Gildii.
– Powinien jej jeszcze dzisiaj zanieść w zębach ten kamyczek, a was spętanych zostawić przed bramami Gildii. – Snyd usiadł ciężko, mierzwiąc swoje krótkie czarne włosy. Sięgnął znowu po dzbanek.
– Może oddamy im kamień i nas zostawią w spokoju? Ja go nie chcę, nie ja go ukradłam przecież. – Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem.
– Może gdyby nie ta awantura z Kes zostawiliby cię w spokoju. Teraz to już sprawa osobista.
– Co z nami będzie? – spytał chłopiec.
– Pozbędą się was. Nawet nie chcę wiedzieć o co tu chodzi. Cała ta awantura jest bardzo dziwna.
– Pomóż nam. – Słowa Nel zawisły w powietrzu. Snyd spojrzał na nią i ryknął głośnym śmiechem.
– Daj mi jeden dobry powód? Nie ma tyle złota, żebym chciał się narazić Mistrzowi Anorowi. Nie zgodziłbym się, nawet jeśliby to było możliwe. A wierz mi, że nie jest.
– Tylko uciec z miasta. Dostaniesz ten kamień. Opłaci ci się…– Sięgnęła do kieszeni i podała mu go na otwartej dłoni.
– Kamień… Kamień…– powtarzał. – Ten kamień to wyrok, nikt go nie sprzeda i nikt go nie kupi. Zabieraj go! Poza tym to topaz.
– Topaz? Skąd to wiesz? – zapytała, bacznie mu się przyglądając.
– Po to biegałem po mieście cały dzień, żeby wiedzieć.
– Topaz to brylant? – Wtrącił Ben.
– Nie, zresztą nie ważne. Nie w tym rzecz, co to jest. Rzecz w tym, że już po was. Tylko cud was może ocalić.
– Więc… pomożesz? – Dziewczyna ponowiła pytanie.
– Pomogę – odparł, nie wierząc w to co mówi.
Ta noc była dla Nel jeszcze gorsza niż poprzednia. Wtedy nie mogła spać z bólu i natłoku myśli, teraz ze strachu. Wszystko działo się tak szybko, miniona doba wywróciła jej życie do góry nogami, chociaż i bez tego łatwo przecież nie było. Nic z tego wszystkiego nie rozumiała. Bała się nadchodzących dni, bała się o Bena, o Inę i resztę dzieciaków. Tak po prostu, po ludzku strach wypełnił każdy zakamarek jej duszy, rozlewając się powoli na innych. Ben spał dzisiaj razem z nią; był równie wystraszony, za nic nie dało się go wygonić. Mimo, że chciała wierzyć Snydowi, trudno było oczekiwać, że byle paser wykiwa Gildię. Poza tym nie rozumiała czemu to robił. Gdy w końcu zamknęła oczy i zasnęła, drzwi uchyliły się. W szparze, w blasku dogasającej się świecy pojawiła się twarz gospodarza. Widząc, że dzieciaki już śpią, zgasił słaby płomyk i już miał wyjść, ale podszedł do łóżka i pogłaskał dziewczynę po włosach.
– Śpij spokojnie Ke-Nael. – Szept był niemal niesłyszalny, ale dziewczyna zareagowała na dotyk; uśmiechnęła się przez sen, tuląc twarz do jego dłoni. „Ckliwy dureń” przeklął się w myślach, zabrał szybko rękę i wyszedł z pokoju. Zabrał płaszcz i wyszedł w noc. Był potwornie zmęczony, ale jeżeli chciał uratować dziewczynę, musiał działać. Chłopaka miał gdzieś, tak jak resztę tej bandy, ale ona musiała żyć.
***
Było już po północy, gdy ściany starej rudery, służącej lata temu za magazyn, poszły w drzazgi. Do środka wtargnęła grupa cieni siejąc śmierć i zniszczenie. Wyrwani ze snu różnego rodzaju oberwańcy nawet nie próbowali stawiać zorganizowanego oporu. Zgromadzone tu szumowiny rzuciły się do ucieczki. Ostatnia do budynku weszła czarnowłosa kobieta.
– Łapać dzieciaki, to one są naszym celem. – Wydała rozkaz. Rozejrzała się jeszcze i wyszła. Nie chciała spędzić w tym syfie ani minuty więcej, niż to konieczne.
***
Prywatne komnaty Arcymistrza Anora leżały w samym centrum kompleksu należącego do cechu alchemicznego. Mieściły się w budynku przypominającym ogromną altanę, jakże różniącą się od wznoszących się dokoła porośniętych mchem i bluszczem kamiennych ścian warsztatów, destylarni i budynków mieszkalnych. Młodsi adepci sztuki alchemicznej nazywali ten osobliwy budynek wychodkiem Anora. Niewielu ludzi miało do niego wstęp, Arcymistrz zaś spędzał tam każdą wolną chwilę.
Z zewnątrz budynek obity był bogato rzeźbionym drewnem. Drzeworyty przedstawiały historię Wielkiej Alchemii i całą drogę, którą przeszła zanim zdobyła należne jej miejsce. Pomimo swego ogromu, do środka prowadziły tylko jedne drzwi a w ścianach nie było okien.
Droga wiodąca do Rotundy Księżycowej, bo tak brzmiała oficjalna nazwa budynku, była prosta i równa. Wyłożona została białym kamieniem, sprowadzonym na osobiste życzenie Arcymistrza Menena setki lat temu, aż z niedostępnych Gór Rubieży Wschodu. Stawiając kroki po idealnie gładkich kamieniach Kulme nie był świadomy po jakim bogactwie kroczy. Zresztą, nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy jak ogromnym majątkiem rozporządza Gildia. Jego głowę zaprzątały inne myśli. Od jakiegoś czasu domagał się tej wizyty, ale posłańcy ciągle wracali z odmową. Wszystko zmieniło się wczoraj. Pachołek przybył z zaproszeniem do jego pałacyku; do Ratusza przyjść nie mógł, spotkanie nie dotyczyło spraw urzędowych.
Malutki orszak (Kulme zabrał ze sobą dwóch służących) dość sprawnie przebył drogę od ogromnej, stalowej bramy, do znajdującego się kilkaset kroków dalej, równie majestatycznej, choć dość oryginalnej, okrągłej budowli. Pomimo tego, że przybyli o czasie (strażnicy przy bramie byli powiadomieni o ich przybyciu, a nawet wskazali kierunek, w którym mają się udać) nikt na miejscu na nich nie czekał. Minęły niemal dwa kwadranse, nim gładkie drzwi zaskrzypiały lekko, wypuszczając na zewnątrz niemłodego już alchemika.
– Witajcie Mistrzu. – Kulme nie dał po sobie poznać lekkiej irytacji. Nie lubił czekać. Był nawykły do tego, że to inni czekali.
– Witaj panie w Gildii, ale nie nazywajcie mnie mistrzem. Jestem zwykłym akolitą, służę jedynie pomocą naszemu wielkiemu Arcymistrzowi. Zwą mnie Tigo.
– Nie jesteście, panie, za starzy na akolitę? Wybaczcie, jeśli pytanie jest niezbyt grzeczne, nie jestem zbytnio obeznany w strukturach waszej organizacji, opieram się jeno na domysłach i logice. – Kulme, podobnie jak jego dwaj służący przyglądali się dość ostentacyjnie wspartemu na lasce starcowi. Wydawało się, że jest niewiele młodszy od Anora. Ubrany był zaś tak skromnie, jak to tylko możliwe. Długa, szara szata zwieńczona była skrywającą twarz kapuzą, w pasie zaś przepasana lnianym sznurem. Na nogach nosił stare, wytarte sandały. Bardziej pasował na jakiegoś ulicznego krzykacza-heretyka niż na badacza tajemnej wiedzy. Jedynie oczy zdradzały prawdziwą naturę tego człowieka. Małe, głęboko osadzone były czujne na każdy ruch. Kulme nie był głupi, nie dał się nabrać.
– Już dawno porzuciłem naukę w naszej Akademii i poświęciłem służbie naszemu Arcymistrzowi. To dar od samej Wielkiej Alchemii jak również ogromny zaszczyt. A teraz wybaczcie panie i pozwólcie za mną. Arcymistrz czeka.
„A niech stary dziad czeka. Ja czekałem dwa kwadranse, Anor też może”. Kulme pomyślał jedno, ale zrobił drugie. Skinął głową i już chciał ruszyć w stronę drzwi, gdy Tigo znowu zabrał głos.
– Proszę jeszcze raz o wybaczenie, ale oni – wskazał na służących Rajcy – nie mogą przekroczyć tych drzwi. Rotunda Księżycowa to wyjątkowe miejsce, nie każdy może tam wejść.
– Poczekacie na mnie tutaj. – Kulme zwrócił się do swoich ludzi, ale Tigo ponownie się wtrącił.
– Nie jest konieczne panie, aby twoi ludzie stali w słońcu. Mistrz mój przewidział, że zjawisz się z eskortą. Polecił więc przygotować dla nich miejsce, gdzie będą mogli poczekać. W budynku po drugiej stronie ulicy czeka na nich przytulny kąt. Wystarczy, że zapukają. – Akolita wskazał niewielki budynek, z którego niósł się przyjemny zapach pieczystego. Rajca wykonał przyzwalający gest dłonią i dwaj mężczyźni z wyraźną ulgą udali się we wskazanym kierunku.
Kulme jak do tej pory tylko dwa razy przekroczył mury strzegące siedziby Wielkiej Alchemii. Wówczas Anor przyjmował go oficjalnie, w małej salce audiencyjnej. Teraz, przekraczając próg osobliwej budowli był pod ogromnym wrażeniem. Znaleźli się w niewielkim przedsionku, prowadzącym do okrągłego korytarza stanowiącego wewnętrzny pierścień budynku. Idąc owym korytarzem Kulme niemal przecierał oczy ze zdziwienia. Po swojej lewej stronie, w równych od siebie odstępach znajdowały się masywne drzwi, wzmocnione żelaznymi okuciami. Po prawej zaś szklana ściana, a za nią zielony ogród, stanowiący centralny punkt i prawdziwe serce Rotundy.
– Arcymistrz oczekuje was panie przy fontannie. – Tigo zatrzymał się przy wejściu do ogrodu, wskazując ręką kierunek. Skłonił się i odszedł, zostawiając gościa samego. Kulme wahał się przez chwilę, po czym wkroczył do ogrodu. W jednej chwili zniknął ostry zapach siarki i bogowie wiedzą czego jeszcze; nawet nie próbował tego odgadnąć. Ogarnął go zapach tak przyjemny, że mimowolnie zatrzymał się, zamknął oczy i wziął kilka głębszych wdechów. „Niesamowite”. Mruknął do siebie i już chciał ruszyć dalej, gdy zorientował się, że nad ogrodem znajduję się szklana kopuła. Rozmiarem i architektonicznym kunsztem przekraczała wszystko co widział do tej pory. Nie spuszczając głowy, ruszył powoli przed siebie. „Anor czeka przy fontannie”. Poprowadził go dźwięk wody.
Arcymistrz siedział na niewielkiej drewnianej ławeczce, dłonie i głowa spoczywały oparte o zdobioną laskę. Wydawało się, że śpi. Kulme podszedł powoli nie chcąc go zbudzić, właściwie to nie wiedział, jak ma się teraz zachować. Usiadł więc obok starca i czekał. Anor nie spał jednak. Odezwał się po chwili.
– Tysiąc sto czterdzieści trzy lata.
– Słucham? – Rajca dał się zaskoczyć, bo alchemik nie otworzył nawet oczu.
– Tysiąc sto czterdzieści trzy lata. – Powtórzył Anor. – Tyle właśnie minęło od chwili, gdy postawiono tu pierwszy kamień pod fundamenty. Fundamenty! Ba! To była zwykła szopa i mały ogródek. I jeden szaleniec, który chciał poznać prawa tego świata.
– Nie chcecie mnie Mistrzu chyba raczyć historią Alchemii?
– A czemuż by nie? Nie czujesz mocy tego miejsca? Nie okażesz szacunku? Nie sprawisz starcowi przyjemności słuchając jego historii, chociaż wpuścił cię do świętego miejsca, ukazując swe sekrety?
Rajcy nie podobała się ta gra. Nie podobało mu się, że stary zwraca się do niego per „Ty” i w ogóle nie lubił tracić czasu. Przyszedł tu w jasno określonym celu, a gadanie po próżnicy go do niego nie przybliżało. Dużo ryzykował i dużo zapłacił. Chciał konkretów. Wytarł w kaftan spocone dłonie i wyjął z kieszeni aksamitną chusteczkę, którą otarł twarz.
– Mistrzu, nasze wspólne sprawy… – Zaczął, ale Anor natychmiast mu przerwał.
– Nasze wspólne sprawy mogą chwilę poczekać. Obowiązki Arcymistrza nie dają mi chwili wytchnienia, nie mówiąc o jakichkolwiek, nawet małych przyjemnościach. Jak chociażby krótka pogawędka z dobrym przyjacielem Gildii, nieprawdaż?
– Mój czas… Obowiązki w Ratuszu… – Kulme próbował się desperacko bronić, ale już wiedział, że przegrał.
– Wiedziałeś, że Rotunda Księżycowa, tak, tak się to miejsce nazywa, była trzykrotnie palona? – Anor w ogóle nie zwracał uwagi na to co mówi jego gość. – Trzykrotnie odbudowywana, za każdym razem większa i zyskująca na znaczeniu.
Kulme skapitulował. Wiedział, że tak czy siak stary się nagada, zanim da mu to po co przyszedł. Mógł jedynie udawać zainteresowanie, a niech to, nawet radość z rozmowy byle tylko skończyć to przedstawienie jak najszybciej.
– O ile mi wiadomo, z każdej wojny wychodziliście silniejsi. Przywileje, nadania ziemskie… – Każdy znał historię, Kulme również. Wykładali ją w każdej Akademii jako przedmiot obowiązkowy.
– Macie rację, dobrze służyliśmy zwycięskiej stronie przez te wszystkie wieki. Wdzięczność władców była adekwatna do naszych zasług.
– Ale chyba te zwycięskie strony zmieniały się kilka razy, prawda? Nie grzeszycie lojalnością. – Kulme nie mógł się powstrzymać, żeby tego nie wytknąć swojemu rozmówcy. Nie ugodził go tym jednak, Anor nie dał po sobie nic poznać.
– Gildia stała i zawsze stać będzie w sojuszu z nauką, naturą i jej prawami. Władcy i państwa przemijają, tylko wiedza jest wartością stałą. Szukaniu wiedzy sprzyja pokój, nie wojna.
„Ależ z ciebie parszywy, obłudny gnojek. Frazesy! Pokój! Wiedza! Brednie i tyle! Złoto i władza, jak wszędzie! Jesteś tak samo zepsuty jak ja!” Rajca uśmiechnął się do siebie.
– Zechciej Mistrzu opowiedzieć mi więcej o tym budynku. Co skrywają pokoje? Co kryje się za tymi potężnymi drzwiami? A ta kopuła! Jestem nią zachwycony! Architektura zawsze mnie pociągała, gdybym nie oddał się miastu na służbę, pewnie bym projektował pałace dla samego cesarza!
„Tylko w jaki sposób wtedy rabowałbyś z miejskiej szkatuły gnido!”
– Oh! Niestety moja odpowiedź będzie rozczarowująca. – Anor w niewinnym geście rozłożył ręce. – Nawet jeśli te pomieszczenia ongiś kryły w sobie jakieś tajemnice, teraz w większości świecą pustką. Pełnią rolę moich komnat. Sypialnia, gabinet, mała biblioteczka z ulubionymi manuskryptami… – kłamał z łatwością. – Kopuła zaś, wiecie… zauważyliście brak okien w ścianach?
– Owszem.
– Potrzebowaliśmy dziennego światła, szklany sufit nam to zapewnia. Dzięki temu rośliny mogą tu kwitnąć cały rok.
– Rozumiem. – Kulme nie dał po sobie poznać, że nie wierzy w ani jedno słowo. – Za to ten ogród jest niemal magiczny. Jakie rośliny tu rosną? Zapach jest wręcz upajający.
– A to już efekt mojej starczej próżności. Znacie przecież krążące plotki na nasz temat. Oczywiście wyssane z palca, rzecz jasna.
– Rzecz jasna.
– Kiedyś to miejsce pełniło rolę Ogrodu Transmutacji. Dawno temu. Teraz to zwykły ogród mający umilić starcowi ostatnie lata życia. Przejdźmy się.
Kamienne ścieżki przecinały wirydarz gęstą siecią. Spacerowali w żółwim tempie, co jakiś czas zatrzymując się by Anor mógł opowiedzieć o jakimś krzewie lub ziołach, albo innej roślinie i jej właściwościach. Kulme zastanawiał się nad tym jaki jest w tym cel. Od kiedy to Gildia, strzegąca swoich sekretów, uchyla rąbka wiedzy. Przeszli ogród wzdłuż i wszerz kilka razy nim wrócili do fontanny. Usiedli na ławeczce.
– Mistrzu, dziękuję za wykład, był naprawdę interesujący. Czy moglibyśmy przejść do rzeczy? Czas urzędnika to złoto w miejskiej szkatule.
– Tak, już czas. – Alchemik wykonał delikatny ruch dłonią i po chwili pojawił się Tigo, niosąc niewielką drewnianą szkatułę. Podał ją Anorowi i oddalił się równie szybko jak się pojawił. Kulme wyciągnął po nią swoje ręce, ale starzec przycisnął ją sobie mocniej do kolan.
– Nie tak prędko. Gildia włożyła ogrom pracy wykonując to zlecenie. – Mówiąc to wyciągnął z szerokiego rękawa rulon pergaminu. – Gildia byłaby niezmiernie wdzięczna, gdyby Ratusz spojrzał na to życzliwym okiem.
Kulme wziął dokument do ręki, rozwinął i przebiegł po nim wzrokiem.
– To niemożliwe. Nie podpiszę tego – powiedział.
– Oczywiście, że podpiszesz. Tak jak podpisywałeś wszystko do tej pory. Nie muszę ci chyba przypominać.
– Nie musisz. Czy wszystko zadziała tak jak się umawialiśmy? – Kulme wyraźnie poirytował się nagłą zmianą zachowania Anora.
– Oczywiście. – Mówiąc to uchylił wieko szkatuły. Na aksamitnej, fioletowej poduszeczce leżały kolczyki, łańcuszek a także dwa pierścienie. Rajcy zaświeciły się oczy na ten widok.
– Skąd mam mieć pewność?
– To kwestia zaufania. – Na te słowa Kulme aż prychnął.
– Nie rozśmieszajcie mnie. – Odparł szczerze ubawiony.
– Wszystko zadziała, sprawdziliśmy. Po aktywacji przedmiotu obiekt zmarł.
– Obiekt?
– Jakaś sierota wyłowiona z miejskiej hołoty, proszę was, Kulme, nie bądźcie dziecinni. Kes się tym zajmowała, zresztą nie ważne. Zapewniam, że działa.
– Dobrze więc, to nie moja rzecz. Pchnę jutro pachołka z podpisanym dokumentem. – Nim Anor zdążył coś na to odpowiedzieć, Kulme dodał szczerząc przy tym białe zęby. – Bądźcie o to spokojni, toż to przecież kwestia zaufania. Powiedzcie teraz w jaki sposób aktywować działanie biżuterii?
Czekający w pogotowiu Tigo pojawił się natychmiast na wezwanie Anora. Odprowadził gościa aż do głównej bramy, zabierając po drodze służących Rajcy. Zaczerwienione nosy i policzki sugerowały, że alchemicy nie poskąpili im wina. Kulme obiecał sobie wyciągnąć konsekwencje z ich zachowania, ale nie dzisiaj. Chciał jak najszybciej wrócić do swojego pałacyku. Miał dziś jeszcze sporo pracy.
Tymczasem Tigo niezwłocznie powrócił do Ogrodu Transmutacji.
– Czy wszystko poszło zgodnie z planem Mistrzu? – zapytał siedzącego przy fontannie Anora. – Podpisał?
– Nie. Ale podpisze.
– Czy to było rozsądne, aby pokazywać Oculus Solis temu, temu… – Akolicie wyraźnie brakowało odpowiedniego słowa. Nie krył do urzędnika swojej niechęci.
– Oko Słońca wywarło odpowiednie wrażenie. Kulme będzie nam posłuszny. Przynajmniej na razie. – Arcymistrz podniósł się z ławeczki i ruszył w kierunku fontanny. – Pragnę teraz oddać się rozważaniom. Przygotuj pracownię, wieczorem dokończę Traktat.
– Ten o Jedności Świata? – dopytał Tigo, na co Anor wykonał ruch ręką, który mógł być zarówno potwierdzeniem jak i zaprzeczeniem. Akolita skłonił się i udał się do Małej Biblioteki.
Arcymistrz spędził w Ogrodzie resztę popołudnia i cały wieczór. Tarcza księżyca odbijała się na nieruchomej tafli wody. Wpatrywał się w nią medytując, sięgając głęboko w swoje jestestwo. Oczyścił duszę i umysł; był gotowy, chociaż śmiertelnie zmęczony.
Tigo służył mu już tak długo, że zdążył poznać swojego mistrza niemalże na wylot. Przygotował wszystko jak trzeba. Na zdobionym dębowym stole leżał zgrabnie ułożony stos czystych kart, inkaust, obok dopalała się dająca nikły blask świeca a dalej w małej pozłacanej skrzyneczce leżało kilka następnych. Na wysokim krześle leżała poduszeczka, zwiększając wygodę choćby i odrobinkę, podczas długiej pracy w niewygodnej pozycji. Na stole znajdował się także dzban z winem, szklany kielich i srebrny półmisek z owocami polanymi miodem. Pracownia była ponadto skromna, znajdowała się tam jeszcze spora półka wypełniona księgami i różnej wielkości zwojami, a pod jedną ze ścian stała zapewniająca ogrzewanie żeliwna koza. Anor wiedział, że nikt nie odważy się mu przeszkadzać, mimo to zamknął za sobą drzwi na klucz. Zamiast jednak podejść do stołu i, jak to zwykle czynił, rozpocząć pracę od sporego łyka wybornego wina, podszedł do półki z woluminami i przyklęknął na drewnianej podłodze. Wyjął z kieszeni coś, co wyglądała na miniaturową wersję clavis magistri – klucza mistrza. Włożył go w dziurkę w desce, która na pierwszy rzut oka wyglądała na zwykły ubytek, i przekręcił. Coś lekko zaskrzypiało i wycięty fragment deski uniósł się o kilka centymetrów. Anor wyciągnął ze skrytki skórzaną tubę i zamknął schowek. Podniósł się i podszedł do stołu. Ostrożnie wyjął zawartość; były to cztery manuskrypty zapisane w Pa-dohu, języku wymarłym i dawno zapomnianym. Owe karty stanowiły największy, bezcenny wręcz skarb Gildii. Fakt, że wpadły w jego ręce w sposób całkowicie przypadkowy, utwierdziły go w przekonaniu, że to przypadek być nie mógł. Zresztą nie od razu pojął z czym ma do czynienia.
Minęło jedenaście lat. Osiemdziesiąt sztuk złota, tyle właśnie zażądał ten jak się zwał poszukiwacz, a raczej zwykły rabuś grobów, za „tubę wypełnioną papierkami”. Cena była zawrotna, ale koszty wyprawy były równie wysokie! Ba! Rzekomo artefakt pochodził ze Świątyni Księżycowej w ruinach Doh-arpy. I mając już w rękach cenny przedmiot, zostawił towarzyszy opętanych chciwością i uciekł z zapomnianego miasta. Domyślając się możliwej wartości znaleziska, próbował je spieniężyć na dworach i w akademiach, ale nie było zainteresowania. Aż pewnego dnia przyszło olśnienie! Gildia Alchemiczna ze swoim mądrym Arcymistrzem. I udał się do Udu z cennym ładunkiem. Dwa tygodnie zajęło mu „spotkanie” Arcymistrza gdzieś poza terenem Gildii. Chciał to załatwić po cichu, nie chciał iść do bramy i zapukać: hej! Mam tu skarb! Dawajcie złoto! Doprawdy historia godna niespełna rozumu dziecka. Doh-arpa, miasto legenda. Nigdy nie istniało, tak jak żadne inne tajemne wieże, smoki, gryfy i demony. I już miał przegonić tego naciągacza, tego oberwańca, gdy dojrzał na skórzanej tubie tłoczone znaki. Znaki jakich do tej pory nigdy nie widział. Coś drgnęło w jego duszy, kupił więc wciskany mu niemal na siłę „towar”, mając nadzieję, że nie będzie tego żałował. Odzyskał zresztą wszystko co do grosza, jeszcze tego samego dnia zorientował się, że to nie są jakieś podróbki. Spuścił więc ze smyczy swoje psy. Wiedza o tych woluminach nie powinna chodzić pijana po karczmach i rozprawiać o tym jak to Gildia płaci złotem za usługi. Nie minęło kilka godzin i ta wiedza leżała zaszczana w rowie z nożem w bebechach, a złoto wróciło do szkatuły Anora.
Minęło jedenaście lat, to dużo czasu, ale odszyfrowywanie zapomnianego języka szło niezwykle opornie. Nie mógł liczyć na niczyją pomoc, poza nim nikt nie wiedział o tych manuskryptach. Nawet jeżeli Tigo się czegoś domyślał, nie wiedział niczego pewnego. Anor zaś dzielił się zdobytą wiedzą bardzo niechętnie, przedstawiając ją jako efekt lat pracy, eksperymentów i jego własnego geniuszu. Jedyną osobą, której ufał był jego syn, którego prawdziwa tożsamość była znana tylko niewielkiej grupie ludzi. Ale nawet wiedział tylko tyle, ile Anor uznał za stosowne mu wyjawić. Przełom w tłumaczeniu nadszedł niespodziewanie kilka miesięcy temu. Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Zyskał uniwersalny klucz do niemalże wszystkiego. Klucz pozostaje jednak tylko kluczem. Otwiera drogę przez zamknięte drzwi, ale zrozumienie i wykorzystanie tego co się za nimi znajduje to już inna sprawa. Żałował teraz, że tak lekkomyślnie pozbył się tamtego człowieka. Żałował tego już wiele razy, dałby wiele, żeby trafić do Doh-arpy. Ileż straconej wiedzy mogło się tam kryć!
Arcymistrz patrzył przez chwilę na zawartość tuby; karty nie były pożółkłe, mimo swojego wieku wyglądały, jak gdyby przed chwilą wyszły spod ręki autora. Wziął do ręki pierwszą z nich i w skupieniu przypatrywał się zapisanym znakom. Rozsiadł się wygodnie na krześle, ah! dzięki bogom za aksamitne poduszeczki! Nalał sobie wina, wypił na raz cały kielich i zaczął na pustych kartach zapisywać swoje uwagi do Utraconej Wiedzy (tak roboczo nazwał woluminy z Doh-arpy, i tak już zostało).
***
Rajca Kulme wieczór spędził w altanie, w ogrodach swojej rezydencji. Nie chciał tego przed sobą przyznać, ale wizyta w Rotundzie wywarła na nim ogromne wrażenie. Być może lekceważył alchemików, ale przez chwilę poczuł bijącą z tamtego miejsca moc. Ciągle miał na sobie delikatny zapach ruty, hyzopu i arcydzięgla. Działały na niego tak uspokajająco, aż przestał się dziwić temu staremu piernikowi, że ciągle tam przesiaduje. Ale to nie było ważne. Ważne, że zdobył biżuterię. Siedział więc w blasku świec, w dłoni trzymając srebrny kielich, a przed sobą drewnianą szkatułę. Upił łyk wybornego, półsłodkiego wina i podniósł wieko. Przyjrzał się kolczykom, po raz kolejny wpatrując się w złote elipsy zwieńczone małymi, niebieskimi kamyczkami. W myślach powtórzył sobie aktywującą formułę. Zamknął oczy i uśmiechnął się do siebie. W końcu jego polityczne ambicje były w zasięgu ręki. Osoby stojące mu na drodze jeszcze o tym nie wiedziały, ale wkroczyły dzisiaj na ścieżki prowadzącą prosto do grobów.
Witam ponownie. :)
Przebiegłam szybko oczami i widzę, że – w porównaniu z tekstem grudniowym, który miałam przyjemność opiniować – dialogi wyglądają dużo lepiej, niemniej i w nich zdarzają się jeszcze usterki, np.:
– Tysiąc sto czterdzieści trzy lata. – Powtórzył Anor. – Tyle właśnie minęło od chwili, gdy postawiono tu pierwszy kamień pod fundamenty. Fundamenty! Ba! To była zwykła szopa i mały ogródek. I jeden szaleniec, który chciał poznać prawa tego świata.
– Nie rozśmieszajcie mnie. – Odparł szczerze ubawiony.
Kolejna kwestia to interpunkcja, np. brakujące przecinki przy Wołaczach, np.:
„Tylko w jaki sposób wtedy rabowałbyś z miejskiej szkatuły gnido!”
– Czy wszystko poszło zgodnie z planem Mistrzu?
– Posłuchaj mnie Ben.
– Wybacz mistrzu.
Przecinków brakuje i w innych zdaniach, np.:
Położone były zbyt daleko od Nowego Portu by spełniać swą rolę powoli przejmowane były przez miejskie męty wszelkiego autoramentu, sprawiając coraz większe problemy miejskiej straży.
Trafił tam, gdzie trafiali wszyscy którzy byli dla miasta problemem, a którzy zbyt szybko pożegnali się z życiem; do miejskich kanałów.
Pojawiają się też usterki ortograficzne, np.:
Kes się tym zajmowała, zresztą nie ważne.
Wyraz M/mistrz piszesz dwojako – trzeba to ujednolicić, np.:
– Wybacz mistrzu.
– Witajcie Mistrzu.
Sporo jest powtórzeń, czyli błędów stylistycznych, np.:
Nel obudziła się jeszcze przed świtem. Pozostałe dzieciaki jeszcze spały, kiedy opuszczała stary magazyn.
Targ, krzyczący Kulme, jej przyjaciel leżący w kałuży krwi. Chociaż nie chciała, obrazy same pojawiały jej się pod przymkniętymi powiekami.
– Mój bohater – powiedziała Nel i pogłaskała go po twarzy. Chłopiec aż się zarumienił.
– Dobrze już, zmykajcie stąd – powiedział Snyd.
Są także aliteracje, być może celowe, np.:
– Zamierzasz wrócić? – zapytał chłopak, ale Nel nawet na niego nie spojrzała.
Chociaż nie chciała, obrazy same pojawiały jej się pod przymkniętymi powiekami.
Zależało mu na kamieniu, nie na nim.
Pomimo tego, że nie dano jej nawet kilku minut na doprowadzeniu się do porządku, teraz od przeszło kwadransa stała wyczekująco przez nikogo nie niepokojona.
Świat bardzo ciekawy; dużo osobliwych nazw własnych oraz zasad, rządzących opisywanymi społecznościami; powieść – jak wynika z tego fragmentu – zapowiada się imponująco. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Dzięki Bruce! Jak zwykle merytorycznie i konkretnie :)
Oj, nie, Czesiu, to zawsze tylko sugestie, wszystkie do przemyślenia, być może niektóre sprawy (powtórzenia, aliteracje itp.) są zamierzone. ;) Decyzja ostateczna należy zawsze do Autora. :)
Pozdrawiam serdecznie i także dziękuję. :)
Pecunia non olet