Zaledwie Bethy przekroczyła próg domostwa, a przejęło ją nieodparte wrażenie, że tamtejszy ogród nie godzi się na jej obecność. W każdym szeleście liści pobrzmiewało szyderstwo natury, która radowała się z faktu, iż kolejna dusza pozwoliła się spętać w zielone wici Witherthorn Dell. Nawet wiatr, błąkający się pośród sędziwych cisów, szeptał imię intruza z wyraźną odrazą.
Nie o dzikie chwasty tu szło, ni o glinę, co po dżdżu kleiła się uparcie do trzewików. Rzecz tkwiła w zjawiskach wymykających się rozumowi. W trawie, co wzgardziwszy światłem dnia, ku ziemi źdźbła kierowała oraz w głogach splatających cierniste ramiona w labirynt wiodący ku samemu sercu ogrodu. Gdy Bethy ujrzała go po raz pierwszy, świerszcze zamilkły gwałtownie, a nią owładnęła nagła melancholia, podobna do tej, która przychodzi tylko w grudniu, na skraju starego roku, zwiastując nieuchronny koniec pewnego okresu.
Harold Austen, poprzedni włodarz tych ziem i stryjeczny brat Bethy, przesłał klucze w kopercie, nie skreśliwszy ani jednego słowa wyjaśnienia. Dopiero adwokat Ford, szafując uprzejmościami, wywodził, iż nagła choroba uczyniła zeń człowieka niezdolnego do samodzielności. Umieszczono go więc wśród sióstr zakonnych w Yorkshire. Jej z kolei pozwoliło to objąć rodzinny majątek szybciej niźli planowała.
Bethy przyjęła tę wersję bez większego sprzeciwu. Liczyła wszak trzydzieści siedem wiosen, od roku spowijał ją kir wdowieństwa, a botaniczny laur z Cambridge przestał wystarczać, odkąd życie małżonka zgasło przedwcześnie. Pragnęła zatracić się w studiowaniu flory tak bardzo, aby zagłuszyć bicie owdowiałego serca. I mimo że dziwiła się, iż stryjeczny brat Harold w tak krótkim czasie stał się zniedołężniałym człekiem, choć jeszcze rok wcześniej pisywał listy świadczące o ostrości umysłu i charakterystycznej dlań ironii, to dar losu przyjęła z niekłamaną ulgą. Z dnia na dzień opuściła wschodnią Anglię i ruszyła do Witherthorn Dell, pozostawiając w rękach adwokata Forda obowiązek dopełnienia wszelkich formalności.
Pierwszy tydzień w murach starej posiadłości upłynął Bethy na mozolnym katalogowaniu plonów ziemi. Z piórem w dłoni, przy nikłym blasku świec, starała się ująć w karby łacińskich mian to, co ją otaczało. Taxus baccata. Digitalis purpurea. Lonicera periclymenum. Pteridium aquilinum. Nazwy zapełniały stronice jedna po drugiej i powoli odsłaniały sekrety ogrodu.
W prowizorycznym laboratorium, zaaranżowanym pośród mroków domostwa, rozstawiła mosiężne statywy, palniki Bunsena i szklane probówki, aby zgłębiać tajemnice otaczającej ją flory. Racjonalizm został jednak wystawiony na ciężką próbę już trzeciego dnia, gdy preparat z igły cisowej, poddany działaniu błękitu metylenowego, ukazał pod mikroskopem strukturę przypominającą bardziej ludzką tkankę nabłonkową niż komórki roślinne. Odkrycie wzbudziło w niej ciekawość i skierowało wprost do biblioteki.
Biblioteka była niewielka jak na rozmiary posiadłości, acz zawierała mnogość dzieł różnych nauk. Regały sięgały sufitu pokrytego stiukiem w kształcie wici roślinnych, a między woluminami wisiały stare i misterne pajęczyny. Powietrze pachniało mieszaniną terpentyny i starych skór.
Po niedługim czasie kobieta natrafiła na kolekcję zielnych szczątków tak sędziwą, iż papier pod niektórymi okazami stał się niemal przeźroczysty. Na odwrocie widniały łacińskie inskrypcje, lecz atrament biegł od prawej do lewej. Bethy spędziła dwa wieczory na porównywaniu swoich zapisków ze znalezionymi kartami tylko po to, aby odkryć, że różnic jest więcej niźli podobieństw, a ogród musi skrywać jeszcze niejedną tajemnicę.
Trzeciego wieczoru, gdy lampa naftowa rzucała na ściany drgające cienie, znalazła pierwszy list. Był wetknięty pomiędzy strony botanicznego atlasu Lindleya, i złożony tak starannie, że zdawało się, iż ktoś chciał go ukryć, a zarazem pragnął, by go odnaleziono. Pismo było znajome – charakterystyczne pochylenie liter i ta sama dbałość o interpunkcję, która cechowała Harolda. List nie nosił żadnej daty.
Jeśli to czytasz, jesteś już w środku. Zrozumiesz wszystko za kilka dni i będziesz chciała uznać za chorobę wyobraźni. Nie rób tego. Popełniłem ten błąd i straciłem czas, który powinienem był spędzić na badaniach.
Bethy złożyła list i odłożyła na bok. Serce biło jej nieco szybciej, lecz rozum podpowiadał rozsądne wytłumaczenie: Harold słabował już wtedy na umyśle, o czym zresztą wspominał adwokat.
Wróciła do atlasu i pół nocy studiowała szkice roślin.
Drugi list znalazła następnego wieczoru, tym razem między stronami Herbarium Blackwella. Pismo podobne do wcześniejszego, acz bardziej rozedrgane.
Ogród żyje. To jest jego zasadnicza właściwość i największe niebezpieczeństwo. Nie myśl o nim jednak jak o zbiorze roślin. To odrębny byt, który nieustannie obserwuje. Każdy liść znał moje imię. Każdy korzeń wiedział, gdzie spałem, co jadłem, czym się zajmowałem. Zrozumiałem wtedy, że nie ma ucieczki. Sprawdź trzeci tom moich zapisków. Rozdział jedenasty. Przeczytaj, a potem zdecyduj, czy nadal chcesz tu zostać.
Bethy odłożyła list z mieszaniną smutku i niepokoju, mając już pewność, że biedny Harold oszalał.
Studnię znalazła dopiero ósmego dnia, ukrytą pod całunem z bluszczu, który dławił kamienne cembrowiny. Było to miejsce wyjęte spod władzy słońca, a zajrzawszy w głąb, Bethy poczuła, jak chłód bijący z dna muska twarz niczym lodowaty palec. Pojęła rychło, że to właśnie tutaj bije serce Witherthorn Dell.
U stóp studni pyszniła się paproć – Dryopteris filix-mas – a za nią skrywały zimne, wilgotne kamienie. Kobieta kucnęła i odsunęła wielkie liście. Dojrzała omszałe znaki wyryte w cembrowinie. Nie były to litery żadnego znanego jej języka, a nacięcia przypominały raczej ślady pazurów, chociaż ich regularność przeczyła temu, by zostawił je przypadkowo jakiś zwierz.
Zapamiętała trzy ze znaków, o kształtach przypominających ciernie splątane z kośćmi, i wieczorem, przy dogasającym kominku, odwzorowała je w swym kajecie. Atrament zdawał się czernieć bardziej niż zazwyczaj, jakby obce glify piły światło z pokoju. Z każdym mozolnie kreślonym znakiem, drżała coraz mocniej, choć w kominku trzaskały drwa.
Tamtej nocy śniła o korzeniach, co jak węże z rajskiego ogrodu, oplatały łoże w dusznym uścisku. Wydawało się, że krew w żyłach zamienia się w gęsty, roślinny sok, niosący w sobie gorycz ziemi. Czuła, jak jej dusza powoli wsiąka w czarny, grząski grunt, stając się częścią odwiecznego cyklu rozkładu i narodzin.
Blady brzask sączył się przez szyby, gdy obudziła się równo ze świtem. Przez chwilę leżała nieruchomo, wpatrzona w sufit. Dopiero gdy chłód porannego powietrza dotknął jej dłoni, opuściła wzrok.
Ziemia pod paznokciami była wbita głęboko. Czarna i wilgotna. Bethy uniosła obie ręce z niemym przerażeniem i przez długą chwilę po prostu na nie patrzyła, jakby należały do kogoś innego. Kogoś, kto przez noc użyczył sobie jej ciała i robił z nim rzeczy, o których nie miała prawa wiedzieć. Poczuła, jak żołądek zaciska się w bolesnym skurczu. Na pierzynie, tam, gdzie nocą spoczywały dłonie, zostały dwa ciemne odciski.
Wieczorem, gdy kroki powiodły ją ku studni, ujrzała w trawie wyraźne ślady stóp. Wygnieciony w darni kształt zdawał się być jeszcze świeży.
Przez następne trzy noce nie nawiedził jej żaden sen. Spała ciężko pozbawiona owego szeptu, co przędzie nici w godzinie duchów. Budząc się o brzasku, nie odnajdywała jednak w sobie ożywczego tchnienia, które przynosi jutrzenka, lecz przerażającą, jałową pustkę. Wydawało jej się, że noc, miast być ukojeniem, stała się złodziejem kradnącym najskrytsze wspomnienia, aby nakarmić nimi korzenie Witherthorn Dell.
Wróciła do biblioteki.
Tym razem z przeczuciem, które wolałaby zagłuszyć. Trzeci tom zapisków Harolda był oprawiony inaczej niż pozostałe. Grzbiet miał ciemniejszy, jakby często dotykany.
Rozdział jedenasty zaczynał się bez tytułu, co samo w sobie stanowiło osobliwość w pedantycznej strukturze zapisków stryjecznego brata. Zamiast nagłówka był zapis datowany siedem lat wstecz. Litery stały prosto, sugerując silną rękę i jasny umysł.
Sieć oplatająca posiadłość, czytała Bethy pochylona nad kartą, nie jest naturalną strukturą. Korzenie porozumiewają się, a ogród myśli. Nie w sposób, który rozpoznałby człowiek, ale w prymitywnych kategoriach głodu i najprostszych potrzeb.
Następna strona była zapisana drobniejszym, bardziej nerwowym charakterem pisma, jakby ręka autora drżała podczas kreślenia słów.
Zaczynam rozumieć, dlaczego mój ojciec nigdy stąd nie wyjechał. Nie mógł. Ogród go nie wypuścił, a i on nie chciał z tym walczyć. Myślę, że ja też nie chcę wyjeżdżać. To jest najstraszniejsze odkrycie. Podejmę jednak próbę, wbrew sobie i wbrew niemu.
Pod tymi słowami kolejne dwa zdania, dopisane odmiennym atramentem. Świeższym. Może skreślone tuż przed wyjazdem do Yorkshire. Tak małe, jakby Harold pisał je w ukryciu, bojąc się, że ogród zerka mu przez ramię.
Pomogło mi to, że wciąż chciałem żyć. Zapytaj siebie, czy ty też tego chcesz. Szczerze.
Bethy siedziała z tomem w dłoniach przez długą chwilę. Potem sprawdziła paznokcie lewej ręki. Na serdecznym wciąż tkwiła smuga czarnej gliny.
Zaczęła badać studnię metodycznie, z owym rygorem godnym miana uczonej, które sobie rościła pomimo braku dyplomu i formalnego stopnia. Pragnęła ująć w karby logiki coś, co wymykało się nauce. Zstępowała ku studni co świt, dzierżąc mosiężne obciążniki i zwoje konopnego sznura. Nie szukała już prawdy o naturze, lecz ratunku dla własnej duszy, która powoli wsiąkała w czeluść między kamieniami. Z mozołem opuszczała linę, mierząc głębokość zdradzieckiej toni – sześćdziesiąt stóp do lustra wody, jeszcze pięć do dna. Zbadała chemię cieczy, co lśniła w probówce czystością bez żadnej skazy ziemskiego pyłu, lecz nie znalazła niczego trwożnego. Odłupała wreszcie kamień studzienny pokryty jednym z tajemniczych znaków i poddała dokładnym oględzinom. Pod szkłem powiększającym ukazał swe prawdziwe oblicze – nie spoiła go dłoń murarza, ale żywa sieć wici, splecionych w ciasnym uścisku.
Studnia nie jest murowana zapisała wieczorem. Studnia jest zrośnięta. Przypomina ścięgna i żywe tkanki.
Bethy przeczuwała, że owo zrośnięcie dotyczy nie tylko skał, ale i jej samej, wplecionej w tkaninę tego przeklętego miejsca. Myśl przeraziła ją na tyle, że zaczęła powątpiewać w osąd rozumu i lękać się, iż choroba Harolda jest i jej przeznaczona.
Sporządziła więc listę. Uczona w niej nie odpuściła całkowicie i ta część natury domagała się naukowej systematyczności nawet w obliczu słabującego umysłu. Objawy, napisała u góry kartki, a następnie w punktach spisała wszelkie niepokojące stany.
1. Mary o korzeniach, powtarzające się, nasilające.
2. Ziemia pod paznokciami przy braku wspomnień o nocnych wędrówkach.
3. Zanik snów przez trzy kolejne noce, ale bez ulgi płynącej z krzepiącego odpoczynku.
Zatrzymała się przy ostatnim punkcie. Przełknęła ślinę i dopisała:
4. Nie chcę stąd wyjeżdżać.
Czwartej nocy sen o korzeniach powrócił, lecz tym razem nie więziły jej w podziemnej głuszy. Stała u krawędzi studni, patrząc, jak z cembrowiny wysuwają się białe macki. Nie czuła lęku, trwając w bezruchu z opuszczonymi dłońmi, i pozwalała pędom badać palce, przeguby, łokcie i ramiona. Roślinne nici, tkając koronkę wokół ciała, zdawały się szeptać zdania, których rozum nie pojmował, ale serce rozpoznawało bez trudu. Zrozumienie objawiło się w sennym uniesieniu. Studnia nie szukała ofiary, ale powodowana ciekawością, chciała wyjrzeć hen poza kamienne mury.
Bethy rozumiała tę ciekawość bardzo dobrze, bo sama całe życie ją w sobie pielęgnowała. Pasja, niczym nienasycony płomień, trawiła jej duszę od dziecka, nie dając wytchnienia ni w murach uczelnianych, ni w życiu małżeńskim. W każdym drgnieniu białych kłączy odnajdywała echo własnych, niewypowiedzianych pytań, które od lat drążyły w sercu korytarze pełne wątpliwości. Pojęła, że zdobyta dotychczas wiedza była jedynie zapowiedzią burzy, która właśnie nadciągała z dna studni.
Gdy powieki Bethy uniosły się o brzasku kolejnego dnia, ujrzała na parapecie wronę, nieruchomą jak rzeźba wykuta z najczarniejszego hebanu. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, wszak owo ptactwo często nawiedzało angielskie domostwa, lecz ta patrzyła na nią z taką przenikliwością, że Bethy nie zauważyła nawet, kiedy blask poranka zdążył wypełznąć na środek sypialni. Miała dojmujące przeświadczenie, iż czarny gość trwał na posterunku już w godzinach głębokich ciemności, zaglądając w jej sny.
Ptak nie wydał żadnego dźwięku, jedynie lekko przechylił głowę. Kobieta poczuła, że wizyta wrony jest znakiem z ogrodu, który wysłał szpiega – jedną z jego wielu par oczu i jedną z jego wielu form.
Bethy uniosła rękę i powoli, bardzo powoli, wyciągnęła palec w stronę ptaka, który odleciał zanim go dotknęła. Na parapecie zostało pióro, czarne i lśniące. Wzięła je i schowała do kieszeni fartucha. Sama nie wiedziała, dlaczego.
Cały dzień spędziła wśród murów posiadłości, co chwila zerkając w stronę ogrodu. Wieczór zdążył już pokryć pola i schować słońce za horyzont, gdy zapytała siebie, tak jak Harold nakazał, czy chce żyć. Szczerze.
Dopiero gdy noc objęła ramionami okolicę, Bethy wyszła do ogrodu, a rześkie powietrze, owinęło się wokół ciała jak macki ze snu. W blasku księżyca postać zdawała się tracić ludzkie kontury, stapiając się z cieniem starych cisów, które wyciągały się ku niej w geście niemego powitania.
Niebo przybrało barwę sędziwego srebra, a trawa ugięła się pod ciężarem rosy, gdy kobieta stanęła w końcu przy studni. Położyła dłonie na cembrowinie, czując pod palcami ciepło. Owa gorączka, bijąca z trzewi ziemi, przenikała dłonie. Kobieta wyciągnęła z kieszeni fartucha pióro wrony, które drżało jak igła kompasu, wskazując wprost na studnię.
Wrzuciła je do środka i powiedziała:
– Dobrze. Oto jestem.
W tej samej chwili tafla czarnej wody w głębinie drgnęła dziękczynnym szeptem tysięcy podziemnych kłączy, które właśnie uznały swą panią.
Wróciła do domostwa, a cisza sypialni przyjęła ją w objęcia niczym stara piastunka. Herbata w filiżance, porzucona przed wieczorną wędrówką, już wystygła. Bethy uniosła jednak naczynie do ust, ale zamiast goryczy indyjskich liści, poczuła na języku słony posmak minerałów i słodycz leśnego próchna.
Sięgnęła po zeszyt, otworzyła go na świeżej stronie i pisała całą noc.
Dwa dni później u bram Witherthorn Dell pojawił się adwokat Ford, niosąc ostatnie dokumenty do podpisu. Zastał domostwo pogrążone w nienaturalnej ciszy, przerywanej jedynie krakaniem wron.
Gdy wreszcie odnalazł Bethy w bibliotece, nie wstała na jego widok. Siedziała nieruchomo przy oknie, a jej skóra przybrała odcień bladego marmuru, gęsto przesianego siateczką pulsujących żyłek. Kobieta uniosła wzrok, a oczy lśniły jak woda w studni. Zamiast słowa powitania, wydała z siebie cichy, szumiący dźwięk, podobny do wiatru w sędziwych cisach.
Adwokat uciekł, gubiąc kapelusz i papiery, lecz Bethy nawet nie drgnęła.
Na biurku przed nią leżał otwarty kajet. Ostatnia strona opisywała coś, czego Ford nigdy by nie zrozumiał, nawet gdyby miał odwagę zatrzymać się i przeczytać.
Mniemałam, iż miano botaniczki daje mi prawo do zgłębiania tajników flory, lecz był to jeno przejaw mej pychy. Prawdziwe poznanie nie rodzi się z wiedzy książkowej, ale pochodzi z jedności.