- Opowiadanie: marzan - Charon i Nila: Rzeka Mieczy

Charon i Nila: Rzeka Mieczy

Opowiadanie jest kontynuacją “Rzeki” i “Daru”.

Jeśli spodziewacie się wzruszającej i łzawej opowieści – nie tym razem. Studium psychologicznego? Też nie tym razem. Dla mnie był to powrót do korzeni, przygodowego stylu z serii “Żaba”, ciemnej fantastyki ze szczyptą ironii.

Nila nie jest już rezolutną, słodką dziewczynką. Wkrótce nie będzie wypadało jej tak nazywać. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, bohaterka stopniowo dojrzewa.

W opowiadaniu AI zostało zaprzęgnięte do rekonstrukcji języka protogermańskiego – imion bohaterów i kwestii dialogowych kowala. Całość w zamyśle rozgrywa się starożytności i to mocno p.n.e. Miłośnicy mitologii nordyckiej mogą mnie powiesić na drzewie, ale to świat, w którym nie ma jeszcze ani Odyna, ani Thora, co najwyżej może być jakiś proto-Tyr (Tywiz).

Z tego względu most na Gjoll jest “organiczny”, a nie złocony, a strażniczka nie ma nawet imienia. Jest zapowiedź, że to się kiedyś zmieni, w stosownym dialogu.

Zostawiłem w brzmieniu średniowiecznym imię pieska – Garm. Jest to sam dźwiękonaśladowczy rdzeń, z końcówką “uz” po prostu brzmiał źle i na pewno nie wołałbym tak na psa :)

 

To już nie przynudzam, bo to nie jest historia językoznawcza, tylko rozrywkowa :)

I wyjdźcie ze skrzynek!

 

Pisane przy tym podkładzie muzycznym.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

GalicyjskiZakapior, Użytkownicy IV, Finkla, Ślimak Zagłady

Oceny

Charon i Nila: Rzeka Mieczy

Prolog

Przewoźnik rzadko czekał na kogoś na drugim brzegu. Jeśli pasażerowie wydawali się wyjątkowo zagubieni, odprowadzał ich kawałek w stronę murów i bramy, a kiedy usłyszał znajome warknięcie Cerbera, zawracał. Potem rzucał monety na ziemię, wsiadał do łodzi i odpływał.

Wysuszone główki maku, zatknięte pomiędzy palami krótkiego pomostu zwiastowały wyjątek od reguły. Tylko żonie Hades pozwalał opuszczać krainę zmarłych. W pozbawionym dni, miesięcy i pór roku podziemnym świecie podróż Persefony była również wyznacznikiem upływających lat.

Przewoźnik siedział zatem i nasłuchiwał trzaśnięcia wrót. W końcu doszedł go głuchy stukot. Jeszcze nie przebrzmiał, kiedy zakłócił go inny odgłos, dawno nie słyszany w krainie zmarłych.

Cerber ujadał. Niski warkot przechodził to w szczeknięcia, to w przeciągły ryk, jakby w gardle bestii coś się gotowało. Lecz nagle dźwięk ustał, jak ucięty nożem, a zaraz potem dał się słyszeć krótki, przenikliwy skowyt.

Na wierzchołku wzgórza ujrzał Persefonę. Zwykle jej krok był pewny, lekki i sprężysty, a z każdego ruchu emanowała radość z powrotu do świata żywych. Teraz szła wolno i niepewnie, a pochylona głowa i zwieszone w rezygnacji ramiona wyglądały tak, jakby ktoś uwiązał jej do szyi kamień.

Zbliżywszy się do niego, uniosła czoło i wysiliła się na uśmiech. Przez chwilę wydało mu się nawet, że źrenice szukają w nim zrozumienia lub nawet ratunku, lecz zanim zdążył zareagować westchnęła ciężko i przeniosła spojrzenie na rzekę. Machinalnie przyjęła pomoc przy wsiadaniu do łodzi, weszła na pokład i usiadła na ławce tuż przy dziobie.

Ścieżką nadchodził jeszcze ktoś. W każdej dłoni dzierżył kanciasty pakunek, owinięty materiałem przeszywanym złotą nicią. Głowę miał osłoniętą kapturem, a twarz skrytą za lnianą chustą, z wąską szczeliną na oczy. Kiedy się zbliżył, Przewoźnik zauważył głębokie blizny na nadgarstkach i kostkach. Skóra przypominała w tych miejscach rozerwany na włókna sznur, opleciony na nierównych guzach i pęcherzach.

Przybysz bez słowa minął go i wsiadł do łodzi. Usadowił się na rufie, daleko od bogini. Przewoźnik zmarszczył brwi i już miał zadać pytanie, ale w tej samej chwili Persefona wbiła w niego spojrzenie i pokręciła głową.

– To dar od Hadesa dla ludzi – rzuciła twardym tonem, w którym zamiast radości zabrzmiała gorycz.

Niespodziewanie Przewoźnik usłyszał chichot. Początkowo tłumiony, w końcu przeszedł w głośne rechotanie. Drugi pasażer łodzi aż podskakiwał ze śmiechu, chusta osłaniająca twarz na przemian się nadymała i opinała usta, tors drżał spazmatycznie. Nieprzyjemny, natarczywy odgłos zmieniał ton, przechodził w zawodzenie i szczekanie, przygasał, by znowu wybuchnąć.

Przewoźnik znów spojrzał pytająco na Persefonę, lecz w szeroko otwartych oczach i wykrzywionych ustach bogini dojrzał tylko odrazę i lęk.

 

Dwie miriady dusz później

 

– Stuk, puk, stuk, puk…

Przewoźnik kiedyś lubił ciszę. Napawał się płaską taflą Styksu, która tłumiła dźwięki zamiast je odbijać. Bez trajkoczących dusz na łodzi, bez słowotoku o ich doczesnych troskach, pozostawionym majątku, zrozpaczonych krewnych, którzy w rzeczywistości pewnie odetchnęli z ulgą.

Teraz tęsknił za rozmową, lecz nie z przypadkowo napotkanymi duszami.

Powtarzał sobie wiele razy, że powinien się cieszyć, że na brzegu nie ma szczupłej, jasnowłosej dziewczynki, bo to oznaczało, że wciąż jest wśród żywych. Przewiózł jej duszę z powrotem, bo nie należała do mrocznego królestwa. Wbrew rozsądkowi i wbrew zasadom, ale zgodnie z tym, co mówiło serce. Przez chwilę czuł, że je ma. Żył dla kogoś.

 Teraz każdego dnia powtarzał sobie, że powinien skupić się na obowiązkach i żyć tak, jak dawniej. Ani razu nie zabrzmiało to przekonująco.

– Stuk, puk, stuk… Stuk! Stuk!

Styks robił co mógł. Pasma szarej mgły okryły miejsce lądowania łodzi, nieprzeniknione wody zdawały się również powoli pełznąć w tamtym kierunku, jakby chciały pochłonąć intruzów.

– Na Cerbera, co się tu wyprawia? – zapytał i z niepokojem zauważył we własnym głosie ciekawość zamiast surowości. Jeszcze bardziej zdziwiła go nutka nadziei na to, że wreszcie wydarzyło się coś, co przełamie rutynę. Skąd się brała? Przecież kiedyś wystarczyło mu, żeby Styks obrócił kamyk czy przesunął zmurszały pień.

Z mgły wychynął barczysty mężczyzna. Miał bujne rude włosy i brodę, jasną cerę i zadziorny uśmiech, który odsłaniał nieco sfatygowane zęby. Strój też odróżniał go od dusz, które zwykle przybywały nad Styks: zamiast sandałów nosił buty z miękkiej skóry, zawiązane rzemieniami wokół kostek. Wełnianą tunikę zdobiły motywy węży morskich, a ramiona mężczyzny okrywał gruby płaszcz, spięty fibulą z brązu.

– Heil, Przewoźniku! – pozdrowił go przybysz, jakby znali się od dziecka.

Starzec zmarszczył czoło. Dusze rzadko go witały, a jeśli już, używały innego imienia.

– Skąd ten hałas?

– Budujemy łódź.

– Łódź? Nie można tak samemu…

– Wiem, wiem, ty przewozisz wszystkie dusze. Ale nie chcemy płynąć aż na drugą stronę. Wszystko przez Aujawindura.

– Kogo?

– Naszego szkutnika. Nie zdążyliśmy na twój poprzedni kurs, ale widzieliśmy, jak odpływasz. A on zaczął narzekać, że twa łódź jest zbyt szeroka i kręci się na wodzie niczym balia. Mówiłem mu, że jak coś działa tak długo, to nie ma co szukać dziury w całym, ale nie dał się przekonać. Więc znaleźliśmy drewno nad brzegiem, a jak on zacznie rąbać, to już nie przestanie. To… będziesz gotowy na wyścig?

– Wyścig? – Przewoźnik podrapał się w głowę.

– Możesz zabrać Spartan do pomocy. Są tam, obok drzewa oliwnego! – Wskazał grupę cieni, które majaczyły we mgle. – Chłopy na schwał, szybko żeśmy się z nimi dogadali, szkoda tylko, że beczki piwa nie ma…

– Posłuchaj… jak masz na imię?

– Bernuwinur! – zakrzyknął z dumą i huknął się pięścią w pierś, jakby chciał coś zaznaczyć.

– Bernu…coś, nie wiem, jak się tutaj znaleźliście, ale nie chcę was rozczarować. Żeby dotrzeć na drugą stronę, każdy z was potrzebuje monety.

– Wiemy, wiemy! – ucieszył się, co wprawiło Przewoźnika w jeszcze większe osłupienie. – Każdemu dała po jednej. Może nie są dokładnie takie, jak wasze, ale kowal naprawdę się starał…

– Kto wam to dał? – Przewoźnik aż podskoczył.

– Mówczyni zmarłych. Kazała cię pozdrowić.

– Imię! Jak ma na imię?

– Co ty z tymi imionami? Nila.

Przewoźnik podszedł bliżej.

– Jak mogła przekazać pozdrowienia, skoro jesteście martwi?

– Bo byliśmy jeszcze żywi. Ale tak ledwo. Posłali po nią, kiedy zaraza przykuła nas do łoży. Mówili, że jej głos przynosi ukojenie, choć jest jeszcze młoda. I że nie boi się śmierci, jak ci wszyscy, którzy uciekli z wioski. Że raz ją już pokonała. To wszystko prawda. Rozmawiała z nami tak, jakbyśmy mogli za chwilę wstać, jakby nie było choroby.

Przewoźnik zapatrzył się w mgłę, dłonie zacisnął na drągu. Dopiero kiedy mężczyzna na chwilę zamilkł, znów spojrzał mu w oczy.

– Dlaczego wysłała was tutaj?

– Cóż, mieliśmy wybór. Mogliśmy spędzić wieczność w kurhanie, spoglądając na wioskę, w której nasze porzucone domostwa rozsypują się w proch. Mogliśmy też wyruszyć w nieznane, do krainy, o której nam opowiedziała. Moneta była niewielką ceną za ostatnią przygodę. Dobrze, że kowala zaraza nie tknęła, może przez konszachty z karłami, które pokazały mu, gdzie znaleźć kruszce…

– Jak ona wygląda? – przerwał Przewoźnik.

– Dziewczyna?  Uwierz mi, jest piękna. Zielone oczy, usta jak cięciwa łuku, włosy niczym jesienne trawy na wietrze… Chciałbym, żeby to ona mogła wyrwać duszę i unieść ze sobą…

– To ona – uciął i zamyślił się na chwilę, a oczy błądziły gdzieś daleko od rozmówcy. Potem niespodziewanie spojrzenie odzyskało ostrość. – A co do wyrywania… Lepiej nie. Robią to moje siostry. Wierz mi, nie chciałbyś ich spotkać.

Za mgłą znów rozbrzmiały odgłosy rąbania.

– Bezpieczniej byłoby, gdybyście teraz wsiedli na moją łódź. Uniesie i was, i Spartan. Dusze są lekkie.

– Bezpieczniej?

– Nie można zbyt długo pozostawać na tym brzegu. Nie ostrzegła was przed dotykiem przedwiecznego mroku? Obłąkaniem? Dusza karmi się wrażeniami. Bez nich zaczyna błądzić.

– Nie zbłądzimy już bardziej, niż w naszych ziemskich życiach. – Rudowłosy tylko wzruszył ramionami. – A w pół dnia łódź będzie gotowa, pracujemy szybko!

– Tu nie ma dnia.

– Więc tym bardziej zdążymy przed zachodem! – Mrugnął do niego okiem. – Aha, moja siostrzenica Raudun ma ci coś przekazać. Dołączyła do nas nieco później. To chyba jakieś zawikłane sprawy, bo może powiedzieć tylko tobie.

Rudzielec gwizdnął. Z mgły wychynęła pulchna, młoda kobieta, o włosach jeszcze bardziej płomiennych niż wuj.

– Nie zanudził cię? – spytała.

– Raczej zaniepokoił – mruknął Przewoźnik. – Mówił, że masz wiadomość od Nili.

– Więcej niż wiadomość.

Otworzyła dotąd zamknięte dłonie. W jednej była błyszcząca moneta, w drugiej stara, spatynowana i pełna rys. Przewoźnik dobrze ją pamiętał.

– To przecież moneta Nili! Nie powinna jej nikomu oddawać!

– Mówiła, żebym ci ją dała dopiero na drugim brzegu. Popłyniesz tam, dokąd powiem, prawda?

– Nie mogę drugi raz złamać zasad! – podniósł głos i pokręcił głową. – Myślisz, że będę tak po prostu woził dusze, dokąd sobie chcą?

– Źle mnie zrozumiałeś. Masz popłynąć sam. Tego chciała.

– Dlaczego? Co się stało? Coś jej grozi? Dokąd mam płynąć?

– Mówiła, że ją znajdziesz.

– Mam dość zagadek! – warknął Przewoźnik. – Co się stało z Nilą?!

– Kiedy się nami opiekowała, do wioski zawitał nieznajomy. Powiedział, że może sprawić, że nikt więcej nie zachoruje. Postawił jeden warunek: kiedy opuści wioskę, Nila pójdzie za nim.

Przewoźnik zbladł. Drąg w jego rękach zatrzeszczał złowrogo.

– Czemu na to pozwoliliście? – wycedził przez zęby. – Po tym, jak koiła wasze cierpienie?

– Sama na to przystała. Mówiła, że to przecież tylko jeden spacer. Byliśmy zbyt słabi, żeby ją powstrzymać. Zdrowych nie musiała zaś długo przekonywać.

– Mów, dokąd on poszedł?!

– Donikąd. Powiesił się.

* * *

 

Wciąż czuję na języku dziwny smak, jakbym połknęła chłodny, śliski metal. Obca substancja jest nie tylko tam, wniknęła w każdy kawałek ciała, rozlała się wraz z krwią. Kiedy ruszam ręką, przemieszcza się między mięśniami i pod skórą, łaskocze, czasem drapie, a czasem kłuje tak mocno, że aż zaciskam zęby. Jakby ktoś wsypał mi do środka setki igieł albo kryształów lodu.

Leżę na miękkim, zielonym mchu, wśród gęstych liści paproci. Jak okiem sięgnąć smukłe pnie świerków pną się ku niebu, a słońce prześwieca przez gałęzie i kreśli jasne plamy na ciemnym poszyciu lasu.

Powoli przypominam sobie wszystko, co stało się wcześniej: obietnicę, złożoną nieznajomemu, przerażający widok bezwładnego ciała zwieszonego z konara i mały, skórzany pojemnik.

Przywiązany długim rzemykiem do paska, dyndał między nogami, a na wąskim pasku brzozowej kory litery układały się w imię Nila. Zapisane nie runami, lecz tym samym alfabetem, którego uczył mnie ojciec. Na odwrocie znalazłam dłuższy tekst. Brzmiał jak modlitwa lub przysięga składana bogom.

Obiecałam za nim pójść. Odkąd dotknęłam pojemnika, przeczuwałam, co jest w środku. Odwiązałam rzemyk, zanim ktokolwiek inny zauważył wisielca.

Zrobiłam wszystko, co mogłam, dla tych na łożu śmierci i dla żywych. Wieczorem, kiedy reszta już spała, przekazałam Raudun wiadomość i monetę. Potem wypowiedziałam słowa zapisane na korze.

Mówili, że nie boję się śmierci. Niektórzy prosili mnie, żebym przekazała duszom słowa, których sami nigdy nie wypowiedzieli. Widziałam, że dzięki temu czują się lepiej, jakby zrzucili ciężar z barków. Inni prosili o rozmowę, kiedy sami czuli dotyk śmierci. Chcieli się upewnić, że tam, po drugiej stronie, nie ma tylko pustki.

Byłam ich bohaterką, a jednak mimo tego sama tonęłam we łzach, kiedy otwierałam pojemnik. Tego wieczoru usłyszałam jeszcze raz każde słowo, które do mnie wypowiedziano, każdy rodzinny sekret, tajemnicę, zadrę, lęk.

Dotąd historie o śmierci brzmiały niczym bajki, a ja snułam swoją bajkę. Zawsze widziałam ten sam obraz: Przewoźnik czekający na mnie nad brzegiem, byśmy mogli znów usiąść na kamieniach i rozmawiać, wpatrzeni w rzekę. Uwierzyłam, że jestem cudowna i nietykalna, że mogę iść przez bagno i nie tonąć.

Kiedy pierwsza kropla trucizny kapnęła mi do ust, poczułam, że podążam w miejsce, gdzie nikt nie czeka.

* * *

 

Przy pierwszej wizycie kraina na powierzchni zachwyciła Przewoźnika. Może sprawiły to kolory – w dolinach lato ustępowało miejsca jesieni, lecz szczyty gór oprószył już śnieg. Przede wszystkim miał wtedy przy sobie Nilę i mógł obserwować, jak słońce odbija się w jej zielonych, roześmianych oczach.

Teraz niebo spowijały gęste chmury, z których siąpiła mżawka. Przedzierał się przez wzburzone wody zatoki, omijając kawałki kry. Zderzały się ze sobą, ocierały, grzechotały, pękały z hukiem na mniejsze odłamki.

Dopłynął do przystani. Przed pomostem z wody wystawały dwie na wpół zatopione łodzie, przez które przelewały się fale. Trzecia obijała się o podpory, a dudnienie i skrzypienie drewna słychać było już z daleka. Jak mieszkańcy mogli je tak porzucić, skoro morze było dla nich jedyną drogą do sąsiednich wiosek?

Wylądował na plaży i wciągnął swoją łódź.  Ruszył w kierunku osady.

Nikt go nie powitał. Świszczał wiatr, a krople skapywały z pokrytych darnią dachów i bębniły o podłoże. Powoli kroczył po świeżo rozmarzniętym błocie. Przygnębiający był nie tylko widok porozrzucanych wokół chat przedmiotów i półotwartych drzwi, ziejących pustką, ale i zapach – butwiejącego drewna, zepsutego jedzenia, pleśniejących tkanin, odchodów i moczu.

Między budynkami przemknęło zwierzę. Przypominało mysz, ale było od niej o wiele większe. Potem kolejne. Nic sobie nie robiły z jego obecności, co najwyżej zerkały na niego oczami błyszczącymi jak paciorki i poruszały długimi wąsami.

Przypomniał sobie o kowalu. Odnalazł wysoki, kamienny komin i ruszył w tamtą stronę. W połowie drogi zauważył starą, siwą kobietę, która ukradkiem obserwowała go zza węgła drewnianej chaty. Zrobił dwa kroki w jej stronę, a zobaczywszy na jej twarzy przerażenie, odstawił drąg pod ścianę. Mimo tego staruszka gapiła się na niego i drżała, zapewne nie tylko z zimna i starości. Podszedł bliżej i przykucnął, bo przerastał ją o trzy głowy, a skulona starowinka wydawała się jeszcze mniejsza.

– Dziewczyna. Wy nazywacie ją mówczynią umarłych, ja Nilą.

Kobieta wpatrywała się w niego z otwartymi ustami i kręciła głową. Zrozumiał, że na powierzchni nie działa magia podziemi, nie ma wspólnego języka dusz.

– Nila. Ni–la. Długie włosy – mówił i jednocześnie pokazywał na migi – dziewczyna – zakreślił w powietrzu kształt amfory – taka wysoka. No, może trochę urosła.

Kobieta zamknęła usta i przełknęła ślinę. Powoli uniosła drżącą dłoń i wskazała jedną z chat. Po namyśle odwróciła nieco głowę, nadal zerkając na niego z bojaźnią. Wycelowała palec w kierunku skraju osady.

Na drzewie dyndał trup. Dwa czarne ptaki skakały mu po ramionach i usiłowały wyrwać uszy, bo z większością twarzy najwyraźniej się już rozprawiły.

Przewoźnik mruknął z obrzydzeniem, pokręcił głową i szybkim krokiem ruszył w stronę chaty. Kiedy wchodził, ktoś skryty dotąd obok drzwi uskoczył w kąt. Długowłosa dziewczyna wyciągnęła spod sukni nóż i wystawiła ostrze przed siebie. Oddychała szybko i płytko, jakby brakowało jej powietrza. Rozedrgane źrenice na przemian patrzyły na niego i na łoże, stojące na środku izby.

Przewoźnik zrobił gest, który czasem działał na pasażerów łodzi: ustawił otwarte dłonie poziomo na wysokości piersi, a potem powoli opuścił, wydychając powietrze i cały czas patrząc jej w oczy.

Dziewczyna mogła być starsza od Nili o rok czy dwa, miała już kobiece kształty, ale wciąż dziecięce spojrzenie. Powoli się uspokoiła, choć nie opuściła broni.

Przewoźnik ruszył w stronę łoża. Przyklęknął. Oczy się zwęziły, na czoło wystąpiły zmarszczki. Wyciągnął dłoń, by odgarnąć włosy z twarzy Nili. Była dużo bledsza niż ją zapamiętał. Położył palce na szyi dziewczyny, próbował wyczuć puls. Potem przyłożył ucho do ust i nosa.

– Halt undan henni!

Gromki głos odbił się echem od pustych ścian. Dziewczyna z nożem mimowolnie pisnęła, na co przybysz wkroczył przez drzwi i zbliżył się do Przewoźnika. Był krępy, lecz tęgi, w ręku dzierżył ciężki topór.

Starzec podniósł głowę znad łoża i pokazał puste ręce, na znak, że nie ma złych zamiarów. Po chwili zastanowienia położył dłoń w okolicy swojego serca, a potem powoli przeniósł w stronę piersi Nili.

– Fadar? – spytał przybysz, odziany w osmalony skórzany fartuch. Przewoźnik domyślił się, że jest kowalem.

– Fadar – powtórzył Przewoźnik, bo tak było najprościej.

Kowal odetchnął, choć nie odłożył topora.

– Jak to się stało? – Spojrzał najpierw na Nilę, a potem na kowala, rozkładając przy tym ręce i kręcąc głową. Mężczyzna zrozumiał gest. Dziewczyna z kąta chaty również, bo podeszła do łoża i przyklękła z drugiej strony. Spod siennika wyciągnęła małe, skórzane naczynie. Na zewnętrznej powierzchni widniał wzór źródła, z którego rozchodziły się rzeki. Przy każdej widniały inne symbole.

Dziewczyna okrążyła łoże i podała naczynie Przewoźnikowi. Ten przez chwilę je oglądał, a potem sięgnął do drewnianego korka. Kiedy nozdrza wciągnęły zapach, oczy Przewoźnika nagle się rozszerzyły.

Wołanie pustki. Nad Styksem wrażenie było subtelne, jakby zimny wąż pełzał po plecach i szeptał, by odwrócić twarz w stronę Kokytos, rzeki lamentu. To, co znajdowało się w tym naczyniu, smagało myśli jak bicz, gnało je prosto w mrok, ku zatraceniu – jak stado owiec, które podeszło zbyt blisko urwiska.

Zmusił się, by zamknąć korek, zanim zapomni, gdzie jest i po co tu przyszedł. Odetchnął i z niedowierzaniem oglądał pojemnik, który spoczywał w drżących palcach. Kiedy wreszcie uniósł twarz, napotkał smutne oczy dziewczyny.

– Slidr – wyszeptała i wskazała na jedną z rzeki na pojemniku.

Przewoźnik wstał, potem spojrzał jeszcze raz na Nilę.

– Pies. Macie psa?

Zaczął pokazywać na migi, co w obecnej sytuacji wydało mu się równie komiczne co tragiczne.  O dziwo kowal już po pierwszych gestach skinął głową i sam wypowiedział podobnie brzmiące słowo. Po jego minie nie było jednak widać zbytniego entuzjazmu.

Wskazał drzwi. Kiedy znaleźli się na zewnątrz chaty, pokazał głęboki dół. Z brunatnej masy wystawały zwierzęce kości i nadgniłe skóry. Odór zwalał z nóg nawet bardziej, niż zawartość pojemnika.

Przewoźnik pokiwał głową, a potem głośno zaklął, aż ptaki poderwały się z wisielca, jeden już ze zdobyczą w dziobie. Ruch czarnych skrzydeł mimowolnie przyciągnął jego uwagę. Już miał odwrócić spojrzenie od przykrego widoku, kiedy dostrzegł coś, co wcześniej przeoczył. Paskudne blizny po oparzeniach na nadgarstkach.

Kowal mówił coś do niego, lecz Przewoźnik już nie słuchał. Wolnym krokiem podszedł do wisielca. Podciągnął namoknięte nogawki spodni. Rany po oparzeniach pokrywały również kostki. Zadarł głowę i przyjrzał się naruszonej przez ptaki twarzy, jakby ta mogła mu cokolwiek powiedzieć. Ciemne włosy, zupełnie inne niż te, które mieli mieszkańcy północy. Na ziemistej skórze wykwitały już brunatne i zielonkawe plamy, lecz za życia mogła mieć oliwkowy odcień.

Kim był zmarły? Czy to on towarzyszył wtedy Persefonie w podróży, a jeśli tak, co robił w tym miejscu?

Westchnął. Dotychczas cały czas pokonywał tę samą drogę wiele razy, ale teraz bardzo chciał tego uniknąć. Bardziej martwiło go jednak to, że jedyny pies, na którym mógł polegać, miał trzy głowy, i nieszczególnie go lubił.

* * *

 

Z zamyślenia wyrywa mnie odgłos gęsi. Zwykle widywałam je lecące w kluczu, lecz te poruszają się bezładną gromadą. Czy coś je wystraszyło? Przez gałęzie widzę kolejne stada mniejszych ptaków, wszystkie lecą w podobnym kierunku. Wreszcie słyszę trzask łamanego chrustu i szelest paproci. W promieniach słońca przebłyskujących przez korony drzew miga sylwetka dużego zwierzęcia. To ren, wielki byk z szerokim porożem.

Podrywam się z mchu. Ren pewnie mnie zauważył, lecz wcale nie zmienił kierunku. Dopiero gdy jest tuż–tuż na moment przystaje, patrzy na mnie jednym okiem, pochyla głowę. Na pysku ma długą bliznę, od nosa aż po czoło – czyżby ślad po pojedynku? Zwierzę prycha i zrywa się do biegu. Zanim zniknie między drzewami, jeszcze się odwraca.

Słyszę coraz więcej szelestów, sapnięć, stęków, uderzeń kopyt i racic o ziemię. Udziela mi się niepokój zwierząt, instynktownie zaczynam biec w tę samą stronę, co one. Dopiero na wielkiej łące czuję swąd spalenizny. Blask słońca słabnie, wciąż widzę jego złotą tarczę, lecz już nie grzeje, jakby ktoś pokrył niebo cienką zasłoną. Daleko, nad koronami drzew wznoszą się szare kłęby, a horyzont drży i faluje.

Mijają mnie zające, długimi susami pędzą przez trawy. Znikają w lesie po drugiej stronie polany. Robi się coraz ciemniej, jak o zmierzchu. Wbiegam między drzewa, wzrok powoli przywyka do półmroku. Słyszę jedynie szelest swoich kroków i szmer oddechu, nie ma ptaków, gryzoni, owadów, nawet gałęzie drzew zastygły w bezruchu. A światła jest coraz mniej, ledwie widzę kontury przedmiotów.

Wydaje mi się niemożliwe, żeby dym tak szybko przesłonił słońce, choć smród palonych liści i mokrego drewna zaczyna drażnić i drapać w gardło. Poruszam się prawie po omacku, nasłuchuję zwierząt, ale te uciekły gdzieś daleko. Za to gdzieś za mną coraz głośniej rozbrzmiewa niski dźwięk, niczym stłumiony grzmot, który nie ma końca. Na moment robi się jaśniej, lecz blask ma kolor czerwieni.

Oglądam się przez ramię. Między prostymi pniami majaczy coś ciemnego, czy to tylko korzenie przewalonego drzewa, czy może jednak człowiek? Przez chwilę cieszę się, że nie jestem sama, lecz potem przypominam sobie o przysiędze. Tak, to on, rozpoznaję powolne ruchy i sztywny chód, jakby każde stąpnięcie sprawiało mu ból.

Przypomina mi się ciało, wiszące bezwładnie na drzewie, i mimowolnie drżę, kiedy się do mnie zbliża. Wtedy, w wiosce, tak się go nie bałam. Teraz czuję się bezbronna. Stoję nieruchomo, kiedy idzie w moją stronę, oddech przyśpiesza, serce wali jak młot.

– Musimy iść – odzywa się niespodziewanie, kiedy jest już na tyle blisko, że mogę dojrzeć zarysy twarzy. – Tam – Obraca głowę, jakby chciał spojrzeć przez ramię – jest tylko zniszczenie.

Odruchowo kiwam głową, nie mogę wydobyć słowa.

– Rzeka – mówi chrapliwym, zdartym głosem – ona nas ochroni.

* * *

 

– Cerber, stary druhu, wiem, że różnie bywało między nami, ale…

Bestia zawarczała. To nie był krótki dźwięk, rzucone z lekceważeniem „idź sobie”. Trzy krtanie wibrowały przeciągle i złowrogo, a dźwięk rezonował między żebrami niczym w wielkiej pustej beczce. Trzy pyski ściągnęły wargi, obnażając białe kły. Trzy pary oczu spojrzały na niego nieustępliwie. Pies nadal leżał, ale pazury przednich łap mocno wbiły się w ziemię.

Przewoźnik przykucnął w bezpiecznej odległości, choć owo bezpieczeństwo było bardzo umowne, skoro strażnik bramy nie był uwiązany.

– Co powiesz na spacer?

Bestia podniosła jeden łeb. Rozejrzała się dookoła, a następnie prychnęła z pogardą. Tak, Cerber mógł przecież pójść dokądkolwiek chciał.

– Ale nie tu. Na powierzchni. Byłeś tam raz, pamiętasz?

Cerber warknął, tym razem krótko, zmarszczył nos i nastroszył futro na karku.

– Rozumiem, że nie masz dobrych wspomnień. Pewnie tylko wytykali cię palcami, jaki jesteś straszny… Nie, teraz zabiorę cię w inne miejsce. Może spotkamy inne psy. Będziecie do siebie merdać ogonami, szczekać, wąchać tyłki…

Cerber spojrzał na niego z politowaniem, po czym uniósł wężowy ogon i wygiął go w kształt atakującej kobry. Smagnął nim ziemię, aż się podniósł kurz.

– Są też wiewiórki, i koty, i inne zwierzęta, które można gonić… I te wielkie myszy z długim ogonem, teraz widziałem ich całe mnóstwo!

Zwierzę demonstracyjnie ziewnęło.

– I dzieci, będą głaskać cię po łbach i drapać cię za uszami, wszystkimi sześcioma!

Bestia uniosła tylko jedno ucho, a przypisana do niego głowa spojrzała na Przewoźnika z niedowierzaniem. Istotnie, Cerber nie wyglądał jak idealny obiekt pieszczot. Jednak to wcale nie przesądzało sprawy. Przewożąc dusze zdążył zauważyć, że to dorośli zwykle mówili pociechom, co jest piękne, a co odpychające.

– Będą się z tobą bawić, no wiesz, rzucać patyki, dawać ci sznurek, żebyś go ciągnął…

Zamiast radości w oczach psa pojawił się smutek, a uszy do reszty oklapły. Bestia patrzyła na niego tak, jakby coś utraciła, ale wcale nie chciała już tego odzyskać.

– No dobrze. Koniec czarowania. Tak naprawdę chciałem, żeby twój potrojony węch pomógł mi rozwiązać dwie zagadki. Gotowy? – spytał, choć Cerber nie wykazał ani krzty entuzjazmu. – Oto pierwsza z nich!

Kiedy tylko odwinął starannie zapakowany kawałek materiału, pies wyszczerzył kły.

– To na niego ujadałeś, kiedy Persefona wyruszała w podróż? To ta sama istota?

Cerber warknął głucho, wpatrzony wszystkimi ślepiami w postrzępiony fragment ubrania.

– Dlaczego? Bo zrobił ci kiedyś coś złego? Nie? Bo wyszedł za mury, a nie powinien? Umarły?

Jedna z głów kłapnęła zębami.

– Dobry pies! Wiesz, przywiozłem coś dla ciebie. Nazywają to Skreid. Suszona ryba. Chcesz spróbować?

Przewoźnik położył trzy małe kawałeczki mięsa na ziemi i szybko cofnął rękę. Cerber powąchał, początkowo nieufnie, ale kiedy jeden z pysków chwycił poczęstunek w zęby, pozostałe szybko dołączyły.

– Ej, nie tak łapczywie, przecież żołądek masz jeden!

Zaczekał, aż Cerber przełknie poczęstunek. Schował materiał, a wyciągnął skórzaną buteleczkę.

– Czas na drugą zagadkę. Teraz się skup. Chciałbym, żebyś doprowadził mnie do miejsca, skąd pochodzi. – Odkorkował tylko na moment i od razu zamknął.

Sierść na całym ciele Cerbera nagle się zjeżyła. Bestia wydała z siebie przeciągły bulgot, który stopniowo przeszedł w skowyt.

– Mocne, prawda? Tutaj cały czas jesteśmy otoczeni śmiercią. Ale to… to jest jak przejście z deszczu pod wodospad.

Cerber wyglądał tak, jakby ktoś go zdzielił drągiem we wszystkie trzy łby. Przewodnik przysiadł się bliżej.

– Wiesz, nigdy nie potrzebowałem pomocy. Może dlatego, że również niczego nie chciałem. Podziemny świat jest tak skonstruowany: istniejemy razem, a jednak osobno. Dopóki spełniamy wyznaczone funkcje, mamy wszystko, czego potrzeba. Żyjemy w skrzyniach: dusze wchodzą i wychodzą, my zawsze jesteśmy w środku. Ty, ja, królowie, którzy sądzą dusze. Skrzynie karmią i osłaniają, ale przede wszystkim dają nam sens istnienia. Rozumiesz, piesku?

Cerber wyszczerzył zęby – zapewne, żeby zaznaczyć, że nie zamierza się aż tak spoufalać.

– Jeśli choć raz wyjrzysz ze skrzyni, zaczynasz ją zauważać. Ściany uwierają. Lecz żeby przetrwać poza skrzynią, potrzebujesz innych istot. Nawzajem się karmicie i osłaniacie, istniejecie dla siebie. Robicie dokładnie to, co skrzynia, ale bez ścian.

Bestia ziewnęła, po czym nakryła jeden z pysków łapą.

– No dobrze, już zmierzam do sedna. Potrzebuję cię. Nie tak, jak Hades potrzebuje mnie do wożenia przez rzekę, a ciebie do pilnowania bramy. Jak drugiej istoty. Nie mam też nic, co mógłbym dać ci w zamian, poza wyjściem ze skrzyni.

Cerber wydał cichy skowyt, po czym odwrócił wszystkie trzy głowy w stronę bramy.

– Tak, możemy spodziewać się kary, jeśli Hades się dowie. Spotkała cię już kara?

Cerber zadrżał, położył uszy po sobie i podkulił wężowy ogon.

– Przypomniałeś sobie karę, a ile dobrych rzeczy pamiętasz? Z tych tysięcy lat służby? Ciastka z miodem? Pamiętasz, chociaż, kto ci je dał? Czy pierwsze smakowało inaczej niż tysięczne? Ciastka to element skrzyni. I psują zęby, przez nie tak cuchnie ci z paszczy!

Pies warknął, ale krótko i bez przekonania.

– Możesz zostać. Jeść ciastka. Patrzeć, jak kolejne dusze przechodzą obok. Albo możesz pomóc mi zrobić coś, co naprawdę się liczy. Ocalić tę jedną duszę.

Głowy Cerbera rozglądały się niespokojnie w różne strony, łapy dreptały w miejscu. Ogon na przemian się unosił i znów smętnie zwisał.

– Zapomniałbym, tej suszonej ryby mam więcej. Dużo więcej. To jak będzie ze spacerem?

* * *

 

Skąd ta pożoga? Dokąd idziemy? Co właściwie obiecałam i komu? Chciałabym być znów dziewczynką, która śmiało zadawała Przewoźnikowi wszystkie pytania, które tylko przyszły jej do głowy. Tak długo przekonywałam ludzi, że jestem bohaterką, lecz teraz lęk mąci myśli. Nawet nie wiem, od czego zacząć.

Maszerujemy przez ciemny las, liście i gałęzie szeleszczą pod stopami, oddechy parują.

– Skąd znasz moje imię? – przerywam milczenie.

Dlaczego spytałam właśnie o to, skoro są inne, ważniejsze rzeczy?

– Sam byłem ciekawy, dlaczego właśnie ty? – Mężczyzna odwraca do mnie twarz, białka oczu błyskają odbiciem pożogi.

– Właśnie ja?

– Ty, ja, wszyscy ci wybrańcy i nieszczęśnicy, którzy zwrócili na siebie boską uwagę.

– Boską? – podtrzymuję rozmowę, nie chcę znów przełamywać milczenia.

– Nigdy nie wiesz, kiedy na ciebie spojrzą. Masz być zdana na ich łaskę. Ot i cała tajemnica.

Niewiele z tego zrozumiałam, ale znów zbieram się na odwagę.

– Miejsce, w którym jesteśmy… to część Podziemi? Ale widziałam słońce… czy ja umarłam?

– Uważają się za lepszych, ale są tylko mocniejsi. Boją się tak samo, może oprócz śmierci – kontynuuje monolog, jakby mnie nie usłyszał. – Krwawią, tylko na złoto. A skóra… skóra bogiń… ta pachnie cudownie, ambrozją, lilią, granatem!

Urywa i niespodziewanie wbija we mnie wzrok. W blask łuny spostrzegam uniesione kąciki popękanych ust. Odwzajemniam uśmiech w nadziei, że jednak odpowie na pytanie.

– Przeznaczenie… – mamrocze pod nosem – Ty i ja… Chciał mnie ukarać, a dał mi nagrodę!

Słyszę chichot. Z początku brzmi jak kaszel, ale potem zmienia się w śmiech, albo raczej w jego dziwną karykaturę. Mężczyzna się trzęsie, klepie dłońmi w uda, nawet pluje.

– Czy spełniłam obietnicę? – pytam, kiedy na chwilę przerywa, zapewne po to, by zaczerpnąć oddech.

– Z nawiązką, bogini, z nawiązką… – mamrocze i ociera ślinę z ust. Jego spojrzenie biega chaotycznie po mojej twarzy i szyi, ręce się trzęsą, palcami bezwiednie wodzi w powietrzu, jakby dotykał czegoś wypukłego.

– Nie jestem boginią!

Zrywam się do biegu. Daleko przed sobą widzę koniec ściany lasu, przez zarośla prześwituje czerwone niebo. Pędzę, ile starczy tchu, gałęzie chłoszczą mnie po nogach i rękach.

Spełniłam obietnicę daną jemu i bogom, sam to przyznał. Jestem wolna. Tylko gdzie jestem?

* * *

 

– Wiesz, że na północy psy ciągną ludzi? A nie na odwrót?

Cerber, który jak dotąd łypał na niego co najmniej trzema oczami, teraz przezornie zamknął wszystkie i położył uszy. Zdradzał go tylko niespokojny ogon, który wił się po dnie łodzi.

Przewoźnik zrobił krok. Nogi zapadły się po kolana w cuchnący muł. Naprężył ramiona i plecy, pociągnął za sznur. Błoto uwolniło stępkę łodzi z głośnym mlaśnięciem, tylko po to, by kilka stóp dalej schwytać ją ponownie.

– Jesteś pewien, że tam mamy płynąć? Jeśli jeszcze można tak to nazwać?

Jedna z głów się podniosła i spojrzała na niego z urażoną psią dumą.

– Skoro tak, więcej nie pytam. Ale już rozumiem, dlaczego nigdy nie wpłynąłem w tę odnogę. Zresztą, pewnie nie znam też wielu innych, szerszych i głębszym. Żyjemy w skrzynkach, piesku, w skrzynkach…

Kolejny raz pociągnął łódź. Kiedy rozprostował plecy, poczuł chłodny powiew. Woda również wydawała się coraz zimniejsza. Na horyzoncie widział pasma szarej mgły, zalegające nad mokradłami. Coraz częściej wiatr przynosił również dziwny zapach. Przypominał woń rozmarynu, którego gałązki znajdował w wiankach porzuconych przez dusze na brzegu Styksu – zdawała się wnikać aż po skronie i upajać.

– Wiesz, co mnie złości? – rzucił, kiedy udało mu się przeciągnąć łódź na nieco głębszą wodę, a opór zelżał. – Skoro ten, którego obaj nie lubimy umarł, musiałem kiedyś go przewieźć. Może coś mi opowiadał. Może znam rozwiązanie, tylko nie mogę sobie go przypomnieć?

Cerber słuchał go tylko jednym z sześciu uszu. Miał przymknięte ślepia, ale cały czas węszył.

– Nic w tej historii mi się nie układa w całość. Kiedy wsiadał do łodzi, wyczułem, że zanurzyła się głębiej. Zupełnie, jakby jednak był istotą cielesną. I te jego blizny… dusze zwykle nie noszą śladów okaleczenia, jeśli doznały go za życia.

Pies warknął krótko, jakby chciał zaznaczyć, że drażni go nie tylko tajemniczy towarzysz Persefony, ale nawet same wzmianki o nim. Przewoźnika wcale to nie powstrzymało przed kontynuowaniem monologu.

– Skoro jednak wymknął się z królestwa podziemi, jaki miał interes w odbieraniu sobie życia? I dokąd właściwie trafił? Przecież nie przewoziłem go z powrotem!

Dotarli do brunatnego dywanu z mchów. Po przeprawie przez labirynt mulistych łach i starorzeczy pełnych zatęchłej wody i cuchnących, martwych osadów ten widok dodał Przewoźnikowi otuchy. Zanurzony do połowy ud z trudem wspiął się na chwiejne podłoże i zaczął rozglądać za dogodnym korytarzem dla łodzi. Ledwie postawił kilka kroków, kiedy żywa platforma załamała się pod nim, a on wpadł aż po szyję. Wykorzystując sznur przybliżył łódź, a potem niezgrabnie przeciągnął ciało ponad burtą i zwalił się na dno tuż obok Cerbera. Ten otrząsnął sierść, choć z przemoczonego ubrania Przewoźnika wcale dużo na niego nie nakapało.

– Kwaśna i przeraźliwie zimna – zauważył mężczyzna, wciąż leżąc na dnie.

Dopiero po chwili podniósł się i sięgnął po wiosła. Osadził je w dulkach, siadł na ławce i mocno pociągnął za rękojeści. Podobnie jak nad Styksem, plusk zanurzanych piór rozpłynął się w powietrzu bez echa. Płynęli we mgle, mijając co jakiś czas płaskie wysepki porośnięte mchem. Te mniejsze wyglądały jak dryfujące płaty darni, oderwane od brzegu, na większych rosły poskręcane sosny o czarnej korze i szarych igłach, lecz nie potrafiłby stwierdzić, czy pod nimi znajduje się ziemia. Na chwilę podniósł wiosła i sprawdził głębokość drągiem. Wszedł cały pod wodę, lecz im głębiej go zanurzał, tym większy wyczuwał opór, jakby toń przechodziła stopniowo w coraz gęstszy osad. Spowite zasłoną mgły rozlewisko wydawało się zaś nie mieć końca.

– Dokąd teraz, Cerber?

Pies uniósł pyski wyżej i węszył, a im dłużej to robił, tym bardziej jeżyła mu się sierść na karku. W końcu obrócił wszystkie trzy łby w jednym kierunku.

– Ciekawe, czy już zrobiła się kolejka dusz? – zagadnął Przewoźnik. – Może akurat nie jest dobra pora na umieranie? Widzisz, gdybym popłynął bez ciebie i tak byś się nudził. Bo ileż dusz chce uciec z zaświatów, i po co miałyby to robić… – zamyślił się.

– Tartar!

Zdezorientowany Cerber podskoczył, aż łódź się zakołysała.

– Te blizny to ślady mąk w Tartarze! I był taki ciężki, bo nie trafił tam jako dusza, tylko w cielesnej postaci. Tak przeklinałem swą dziurawą pamięć, ale może wcale go nie wiozłem! Jeśli ktoś z bogów strącił go tam bezpośrednio… Tylko który i za co? Ech, powinienem słuchać plotek podziemnego świata zamiast tylko pływać w tę i z powrotem…

* * *

 

Przy granicy lasu oglądam się za siebie. Mężczyzna nie biegnie, lecz stawia nogi sztywno jak szczudła. Tułów i biodra podrygują niezgrabnie przy każdym kroku, a jednak porusza się zadziwiająco szybko, jakby nie czuł zmęczenia. Z daleka słyszę szaleńczy rechot.

Potykam się o wystający korzeń, tracę równowagę, zaczepiam ubraniem o splątane gałęzie malin. Przez moment wydaje mi się, że coś mnie złapało. Myślami zawładnął lęk, miotam się, w końcu krzyczę.

Usłyszawszy to prześladowca staje i rozpościera szeroko ręce. Pochyla głowę i przez chwilę wygląda jak wielka, czarna litera „X”. Przy dłoniach i stopach pojawia się czerwonawa poświata, jakby nosił bransolety z rozżarzonego metalu. Kolor powoli zmienia się z głębokiej czerwieni na pomarańcz i żółć, blask jest coraz mocniejszy. Pnie drzew rzucają długie cienie wokół niego, niczym szprychy wielkiego koła.

Patrzę na to jak zahipnotyzowana. Rozsądek każe mi uciekać, lecz nie mogę się ruszyć, choć uwolniłam już suknię od kolczastych pędów. Tymczasem z nadgarstków mężczyzny buchają płomienie. Przez moment rozlewają się szeroko wokół dłoni, jak wielkie kwiaty, lecz potem splatają ciasno w kształt węży. Przyciąga dłonie ku sobie. W blasku dwóch wijących się wstęg widzę jego rysy. Czoło i nos przecinają zmarszczki tak głębokie, że przypominają czarne bruzdy, lecz usta wykrzywia nienaturalnie szeroki uśmiech.

Porusza nadgarstkami, jakby z nich coś strząsał. Ogniste węże wystrzeliwują w kierunku najbliższych drzew. Okręcają się wokół pni, wżerają głęboko w drewno. Płomienie łakomie pochłaniają korę i łyko, wspinają się coraz wyżej. Gorejące pętle się zacieśniają, drewno zaczyna pękać z donośnym trzaskiem. Oba drzewa padają na ziemię, miażdżąc i podpalając inne.

Snop iskier przesłania prześladowcę. Paraliż mija, odwracam się, znów biegnę. Przedzieram się przez karłowate brzozy i sosny, pod butami chlupie woda, czasem słyszę nawet brzęknięcie cienkiego lodu. Nade mną goreją chmury, oświetlone pożogą, lecz daleko na horyzoncie majaczy wielki, ciemny kształt. Z początku wygląda jak bardzo stroma góra, wysmukła skalna iglica okryta gdzieniegdzie gęstymi obłokami. Im dłużej mu się przyglądam, tym bardziej przypomina jednak ogromne drzewo, którego wierzchołek wyrasta poza zasięg wzroku.

Dywan mchów ugina się pode mną i kołysze, wiotkie łodygi turzyc chrzęszczą, przy każdym stąpnięciu osypuje się z nich szron. Gnana strachem nie czuję zimna na skórze, ale lodowate powietrze kąsa gardło i krtań. Przeskakuję zmurszałe pnie, omijam ciemne rozlewiska, skaczę z kępy na kępę. Drobne igiełki lodu wyrastają na wszystkim – liściach, drewnie, wodzie, nawet na moim ubraniu.

Chlupot ustaje. Wybiegam na wielką, lekko pofalowaną równinę, która rozciąga się aż do pnia gigantycznego drzewa. Gałązki wrzosów i niskich krzewinek drapią mnie w kostki. Szron odbija łunę, lśni odcieniami purpury, czerwieni i pomarańczy.

Niespodziewanie zaczepiam butem o coś miękkiego. Przedmiot ustępuje, turla się po mchu, zatrzymuje. To zając, podobny do tych, które obok mnie przebiegły, tylko ten się już nie rusza. Dotykam ciała, jest jeszcze ciepłe, choć szron osadził się już na końcach włosia. Wygląda jakby spał, ale żaden oddech nie wydobywa się z małego noska. Podnoszę się z klęczek i dostrzegam więcej zwierząt. To, co z daleka wzięłam za kamienie, to niezliczone ciała. Im bliżej drzewa, tym leżą gęściej obok siebie: sarny, wilki, reny, niedźwiedzie, gęsi, orły, sójki i nornice. Kluczę pomiędzy rozpostartymi skrzydłami i wyciągniętymi kopytami.

Budzi się we mnie obawa, że za chwilę również do nich dołączę, zamarznę na pustkowiu. Oglądam się przez ramię i widzę cztery gorejące punkty, które niestrudzenie przemierzają równinę. Za nimi wije się rzeka ognia. Nie ma odwrotu.

Za pierwszymi rzędami ciał znajduję inne, starsze, zamarznięte dosłownie na kość. Zapadnięte skóry opinają wysuszone ciała, czaszki patrzą na mnie pustymi oczodołami. Z początku się wzdrygam, lecz potem zauważam, że żadne ze zwierząt nie wygląda, jakby cierpiało przed śmiercią. Leżą w naturalnych pozycjach, uśpione, czasem nawet przytulone do siebie.

Dalej są już tylko szkielety, gdzieniegdzie obwieszone strzępkami futra lub piór. Tak stłoczone, że nie da się ich ominąć, muszę stąpać po kościach. Te gruchoczą pod podeszwami, dzwonią o siebie, pękają na kawałki. Gruba warstwa na początku przypomina patyki, potem żwir, w końcu drobny piasek. Kiedy i on przechodzi w pył, zauważam ciemne korzenie drzewa. Niektóre cienkie jak mój palec, inne grubsze od beczki, wiją się po powierzchni i pokrywają ją gęstą siatką. Wrastają w kościany pył, lecz jakimś cudem są wolne od białego kurzu, który mam już na całym ubraniu i skórze.

Dotykam drewna zgrabiałymi od mrozu palcami. Niespodziewanie czuję ciepło: przenika dłonie, wspina się po ramionach, wlewa do wnętrza ciała, wypełnia każdy zakątek. Dodaje otuchy.

W oddali widzę wejście do tunelu, okolone splotami korzeni. Słyszę echo rzeki.

* * *

 

– Iksjon!

Cerber znów poderwał się na łapy. Przez chwilę trzy gardła warczały, a sześcioro oczu wodziło wokół łodzi nieprzytomnym wzrokiem. Dopiero potem pies opanował się i spojrzał z wyrzutem na wioślarza.

– Szalony król, który żywcem spalił teścia, a potem próbował uwieść żonę Zeusa! Został strącony do Tartaru i przywiązany do płonącego koła, stąd blizny! Bogowie, jeśli Nila poszła za nim… musimy się spieszyć!

Przewoźnik chwycił mocniej za wiosła i już miał zanurzyć pióra w wodzie, kiedy zauważył, że wysepki same przesuwają się obok łodzi. Powinien był wcześniej wyczuć nurt, który omywał burty i napierał na rufę. Tymczasem Cerber nadstawił uszu i tym razem miał uzasadnienie.

Szum, który dochodził sprzed dziobu tylko początkowo brzmiał jednostajnie. Przewodnik wziął go za szmer wartko płynącej wody, lecz im bardziej zbliżali się do źródła, tym częściej z tła przebijały indywidualne dźwięki. A te wzbudzały niepokój: brzęk metalu uderzającego o drugi metal, pisk trących o siebie krawędzi, mechaniczny, jazgotliwy klangor.

Łódź przyspieszała. Zniknęły mgliste mszary i dryfujące wysepki, w nurcie pojawiły się głazy, które Przewoźnik musiał omijać. Ich rzeka wpadała do większej, spowitej mgiełką rozpylonych kropel. Spieniona woda kotłowała się i z łoskotem uderzała o skały, lecz w mlecznobiałym nurcie dostrzegł jeszcze coś: przebłysk wypolerowanego metalu.

W chwili, kiedy łódź wpłynęła na główny nurt, poczuł i usłyszał uderzenie o dno. Zaklął i wbił spojrzenie w kipiel: mógłby przysiąc, że wyminął zdradliwe kamienie, ukryte tuż pod wodą. Tymczasem dźwięk się powtórzył, a deski aż zadrżały. Potem kolejny, i jeszcze jeden, jak uderzenia gradu o dach.

Zanurzył tyczkę w wodzie, by wypchnąć łódź na środek nurtu. Poczuł, jakby włożył drzewce pomiędzy szczęki wściekłego zwierzęcia. Coś na przemian szarpało i uderzało koniec drąga tak mocno, że ledwie mógł utrzymać narzędzie w dłoniach. Wyrwał tyczkę z kipieli, zachwiał się wraz z całą łodzią, upadł na dno. To od razu zadrżało od kolejnych ciosów.

Cerber kłapnął zębami, wyraźnie rozdrażniony, że pod łapami czuje uderzenia w deski, a nie może dosięgnąć tego, co je zadawało. Powąchał rozszczepione na drzazgi i pokryte głębokimi nacięciami zakończenie drąga, odskoczył i warknął głucho. Krople, które spadały na pokład zostawiały białe plamy, jakby wżerały się w drewno.

Przewoźnik również patrzył ze zgrozą na uszkodzony drąg. Sprężyste, jodłowe tyczki zwykle starczyły mu na setki podróży przez Styks. Teraz po żelaznym okuciu został tylko bolec, zwisający smętnie spomiędzy drzazg. Jego zakończenie błyszczało, jakby zostało oddzielone od reszty jednym gładkim cięciem.

Tymczasem nurt i tak porwał ich na środek rzeki. Kiedy uderzyli burtą o głaz, a spieniona kipiel omal nie wtargnęła do wnętrza łodzi, Przewoźnik poderwał się do działania.

– Cerber, słuchaj! Na mój znak przeskoczysz na lewą albo prawą burtę. Zrozumiałeś? – przekrzykiwał zarówno szum wody, jak i metaliczny szczęk dochodzący z toni.

Jedna głowa coś odwarknęła, dwie pozostałe tylko się przekrzywiły i nastawiły uszu – cóż, dobre i to. Przewoźnik wyczekał, aż łódź zbliży się do wystającego z wody kamienia, starannie wycelował drąg, oparł koniec na skale i mocno pchnął tyczkę.

– Cerber, na lewo!

Łódź przechyliła się i łagodnie pokonała zakręt.

– Dobry pies! A teraz na prawo! Prawo! – wrzasnął. – Do kroćset, co tak huczy?

Przed dziobem łodzi koryto rzeki zwężało się do szczeliny między dwoma niemal pionowymi zboczami. W dodatku na środku przesmyku wisiał wielki skalny blok, zaklinowany między ścianami. Ostre zakończenie głazu rozpruwało nurt na dwie części. Tuż za przeszkodą woda opadała z przeciągłym grzmotem, którego echo wypełniało cały kanion.

Przewoźnik rozstawił szeroko nogi na chybotliwym dnie. Podniósł drąg na wysokość klatki piersiowej, zacieśnił chwyt i nerwowo wyczekiwał odpowiedniego momentu, by odepchnąć się od skały. Łódź pędziła w stronę progu, a za jego krawędzią odsłaniała się wrząca kipiel, z której wystawały ostre, kamienne szpice.

W myślach wytyczył ścieżkę przez bystrze. Dobrze znał ciężar i długość łodzi, przez wieki stała się dla niego przedłużeniem ciała. Wyobraził sobie kolejne uderzenia drąga o głazy, otarcia burtą o kamienie, nawet obroty wokół rufy, by jakoś prześlizgnąć się między przeszkodami. Teraz był skupiony na tym jednym, krytycznym uderzeniu, które wyhamuje nieco łódź i skieruje ją na prawo. W myślach odliczał czas. W końcu krzyknął i jednocześnie naparł na drąg.

Tyczka aż wygięła się w łuk, a łódź przechyliła tak mocno, że woda prawie przelewała się przez burtę. Nurt szarpał drewno, jakby wzdłuż burty przesuwały się wielkie pazury.

– Cerber, na prawo!

Przewoźnik wyprostował ramiona, stękając z wysiłku. Nurt pochwycił łódź i cisnął ją we wrzący kocioł u stóp progu. Uderzyła dziobem o wodę, tak mocno, że mężczyzna upadł na kolana i zatrzymał się dopiero na ławce. Nie było czasu, by poderwać się na nogi, wielki skalny ząb już pędził w ich stronę.

Znów uderzył drągiem, aż z zakończenia poszły drzazgi. Łódź uderzyła burtą o kamień, przeszorowała po skale, potem się obróciła. Próg, który przed chwilą przepłynęli mignął mu przed oczami, lecz on już oglądał się przez ramię, gotowy na kolejne pchnięcie. Ukryty pod wodą głaz wyrżnął w rufę, a stępka trzasnęła złowieszczo, lecz jakimś cudem wytrzymała. Błyskawicznie skorygował tor łodzi kolejnym uderzeniem. Kiedy rwący nurt napierał na kadłub i obracał go, Przewoźnik znów liczył chwile do kolejnego pchnięcia. Poderwał się na nogi, zahaczył koniec tyczki o szczelinę między kamieniami i naparł z całych sił.

– Na lewo, teraz! – krzyknął.

Prąd ciągnął ich prosto między dwa ciemne bloki, których krawędzie przypominały poszczerbione ostrza toporów. Wstrzymał oddech: czy łódź zmieści się między nimi? Wyobraził sobie, jak siła nurtu najpierw wbija ją między skały, a potem zgniata i rozrywa na kawałki. Musiał ustawić dziób dokładnie pośrodku wąskiego przejścia. Zanurzył drąg w wodzie i od razu wyczuł uderzenia ostrzy, jednak nie miał innego wyboru.

– Cerber, przygotuj się!

Kątem oka zerknął na psa.

– Na Cer… To jest, eee, na bogów, co ty wyrabiasz?!

Bestia wszystkie trzy głowy wywiesiła za burtę. Z otwartych paszczy wystawały czerwone języki, które łopotały w pędzie powietrza. Wprawdzie nadal marszczył nosy, kiedy krople trującej wody bryzgnęły zbyt blisko, za to ślepia lśniły czymś, czego Przewoźnik jeszcze nigdy u niego nie widział: niepohamowaną psią radością.

* * *

 

Korzenie oplatają skały, pokrywają koronkowymi wzorami szorstką powierzchnię kamienia, przeciskają się przez szczeliny. Te, które rosną na sklepieniu tunelu przypominają żyłki liścia albo pleciony wiklinowy kosz. Wzrok błądzi po niezliczonych zrostach i rozgałęzieniach, struktura nie ma początku ani końca. Gdzieniegdzie spomiędzy drewna wyrastają grzyby, z ich galaretowatych tkanek sączy się niebieski blask. Im niżej, tym korzenie są grubsze, przypominają rozciągnięte macki gigantycznego stwora. Na dnie jaskini leżą ciasno jeden obok drugiego – czasem idę wzdłuż nich jak po kładkach, czasem muszę się wspinać, by ominąć przeszkodę wyższą ode mnie. Czuję wtedy, jakie są nabrzmiałe, pod skórzastą korą pulsuje woda.

Tunel prowadzi coraz niżej. Echo rzeki narasta i wkrótce staję nad brzegiem. Woda rozbryzguje się o skały, pędzi korytem tak szerokim, że nie mogę dojrzeć drugiego brzegu. Zwielokrotniony odbiciem od sklepienia łoskot jest ogłuszający, w pierwszym odruchu zakrywam uszy dłońmi, dopiero potem przyzwyczajam się do dźwięku.

Korzenie sięgają wprost do wody. Siadam w kucki i nabieram jej w dłonie, potem zbieram się na odwagę i zanurzam usta. Jest lodowata, lecz szybko gasi pragnienie.

Oglądam się za siebie. Do niebieskiej poświaty dołącza czerwień, nieubłaganie zbliża się do mnie, migocze i rzuca długie cienie. Pod stopami, opartymi na grubym korzeniu czuję drżenie, jakby włókna kurczyły się i skręcały.

W dole rzeki dostrzegam początek łuku rozpiętego nad wodą. Biegnę w tamtą stronę. Cztery wielkie, ciasno splecione korzenie wyrastają niemal pionowo do góry. Zaczynam się wspinać, stopy ślizgają się po gładkiej, mokrej korze. Tysiące drobniejszych korzeni, nie grubszych niż palec łączy przeprawę ze sklepieniem jaskini. Naprężone jak struny harfy drgają przy każdym moim ruchu. Łuk na przemian dudni i trzeszczy, brzęczy i przeciągle zawodzi. Początkowo boję się dźwięków i czekam z kolejnym krokiem aż wygasną, ale potem odnajduję stały rytm. Most zaczyna wygrywać melodię, dotąd drażniące odgłosy układają się w całość. Każde stąpnięcie, oddech, nawet uderzenie serca ma swoje odbicie.

Nachylenie łuku maleje. Daleko pod stopami widzę teraz dwa oddzielne nurty: po stronie, z której przyszłam jest przejrzysty, po drugiej zaś mleczny. Dwie rzeki napierają na siebie i przepychają między kamieniami niczym zapaśnicy, lecz się nie mieszają. Czuję zapach, ten sam, co w skórzanym pojemniku. W pieśń mostu wkradają się fałszywe nuty – metaliczne szczęki i zgrzyty.

Na szczycie łuku dostrzegam sylwetkę człowieka. Stoi nieruchomo, jakby czekał. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, budzi we mnie raczej nadzieję niż lęk. Ruszam więc śmiało, melodia mostu przyspiesza.

Dostrzegam coraz więcej szczegółów: smukłe ręce i nogi, wąska talia, długie włosy. W końcu widzę również rysy twarzy, delikatne i kobiece. To, co początkowo wzięłam za ubranie, jest przedłużeniem ciała. Gładka szyja przechodzi wprost w szorstką korę drzewa. Nieregularne łuski na piersi na przemian stroszą się przy wdechu i opadają przy wydechu, zazębiając przy tym w pancerz. Większe, chropowate płaty pokrywają ramiona i obojczyki. Na udach warstwa jest jeszcze grubsza, przypomina spękaną korę dębu, lecz poniżej kostek znów zmienia się w ludzką skórę.

Zza nóg istoty wygląda pysk psa. Zwierzę sięga opiekunce do połowy uda, ale miękka linia nosa i maślane spojrzenie przypominają szczeniaka. Węszy i przygląda mi się wielkimi, błyszczącymi ślepiami, jednocześnie niepewny i zaciekawiony. Nieśmiało trąca kobietę nosem.

– Lubi cię – odzywa się jego opiekunka i patrzy mi w oczy. Dźwięczny i ciepły głos sprawia, że prawie zapominam o pogoni. Otwieram usta, ale nie wiem, co odpowiedzieć.

– Może czuje, że jesteś taka jak on  – kontynuuje kobieta – zawieszona między życiem a śmiercią. Jak cię zwą?

– Nila. I skąd wiesz o tym… zawieszeniu?

– Most mi powiedział. Każdy twój ruch i oddech.

– Kim ty jesteś? I co to za miejsce?

– Nie domyślasz się? – pyta i znów się uśmiecha. Potem wskazuje wzburzone wody.

– Przezroczysta nazywa się Gjoll. Z niej korzenie czerpią życie. Mleczna to Slidr. Wygląda jak woda, lecz to żywy lód. Nie może zastygnąć, bo przesiąkł trucizną, nie może ustać w biegu, choć cierpi. Słyszysz szczęk? Torując sobie drogę przez góry, odnalazł bryły metalu, porzucone przez pradawnych gigantów. Roztrzaskał je na kawałki i wyszlifował z nich ostrza. Ich zgrzyt to płacz rzeki, tak może dać ujście bólowi.

– Straszne… – Spoglądam w dół.

– Ból jest nieunikniony. To Slidr zrodził pierwsze życie, kiedy spotkał się z ogniem. Osobno każdy z żywiołów przynosi śmierć, lecz splecione razem mogą dokonać cudu.

– A ty? Jak cię zwą?

– Kiedyś nadadzą mi imię. Niezliczone dusze z kurhanów powstaną i pomaszerują przez most. Ci, którzy przyjdą po nich, zaczną nazywać to, co dotąd czuli w sercu. Lecz nie będę już wtedy taka, jaka jestem teraz. Ani ja, ani most, ani bogowie, ani drzewo. Będziemy odbiciem ich słów.

Kobieta uśmiecha się łagodnie.

– Widzę, że jesteś oszołomiona. To właśnie wada słów: przekazują zbyt wiele zbyt szybko.

Pies wychodzi zza nóg opiekunki. Ma puszyste łapy, nieproporcjonalnie grube w stosunku do reszty ciała, nawet jego chód wydaje się miękki. Zbliża się, dotyka mnie wilgotnym nosem i merda ogonem.

– Znalazłam go miesiąc temu. Przyszedł do drzewa by umrzeć, ale nie usnął jak pozostałe zwierzęta. Nie mógł znaleźć spokoju. W końcu trafił do podziemi, pewnie chciał napić się wody. Nazwałam go Garm, bo taki wydawał odgłos. Ni to skamlenie, ni warkot.

– Ale… to jeszcze szczeniak! Dlaczego chciał umrzeć?

– Kiedy tu trafił, wyglądał inaczej. Wyrwano mu część języka. Z trudnością jadł, ale i tak bardziej bolało go tu, w środku. – Głaska zwierzę po łbie.

– Jak mogli mu coś takiego zrobić?!

– Żeby nie wył. Jest półkrwi wilkiem. Może bali się tego, co może wezwać.

Ostatnie słowa wypowiada tak twardo, że aż przechodzi mnie dreszcz. Gdzieś na dnie jej oczu dostrzegam mrok.

– Na razie nie zawył ani razu, choć mu nie zabraniam. Drzewo już prawie wyleczyło jego rany, te fizyczne. To nie wystarczy. Nie jest się złym, zostaje się tak nazwanym. On nadal myśli, że zawinił. Czasem to beztroskie szczenię, a czasem muszę pilnować, by nie odgryzł sobie języka.

Pies patrzy na kobietę, jakby wiedział, że on nim mówi. Potem liże mnie po ręku i zaczepnie chwyta ząbkami palce, zachęcając do zabawy. Przysiadam i chwilę się z nim droczę, na przemian uciekam i łapię go za sierść.

Opiekunka obserwuje nas z uśmiechem na twarzy, lecz w końcu patrzy mi w oczy z powagą.

– Nie mogę cię przepuścić, ani nie mogę odesłać z powrotem – mówi powoli, jakby wygłaszała wyrok.

– To co mam zrobić?!

Złudzenie beztroski pryska jak mydlana bańka. Znów czuję drżenie. lecz tym razem to nie moje ciało, tylko most.

– On… on tu idzie! – Przypominam sobie o prześladowcy. – Ten, który wszystko pali! Zły człowiek!

– Nie słyszałaś? Zło jest tylko nazwą. A śmierć oczyszcza.

– Nie jego! Uwierz mi! Muszę uciekać. I ty też!

Kobieta znów się uśmiecha. Bierze do ręki włócznię, dotąd zaklinowaną między korzenie. Grot z czarnego, łupanego krzemienia błyszczy w niebieskawej poświacie podziemi.

– Przed przeznaczeniem? – Kręci głową. Podrzuca broń, waży ją w ręku.

Most dźwięczy, lecz tym razem melodia nie ma nic wspólnego z odkrywaniem tajemnicy. To gwałtowne szarpnięcia za struny, złowrogie jęki i trzaski, miarowe dudnienie, które brzmi jak bojowy bęben.

Kobieta mija mnie. Jest skupiona, stąpa zręcznie po śliskim drewnie, jakby tańczyła. Potem przystaje i czeka. Czerwona łuna sunie ku nam, migocze w kropelkach wody na sklepieniu, rozświetla cienkie wici unoszące most. Ich cienie przesuwają się miarowo, kreśląc na skałach geometryczne wzory. Konstrukcja wciąż zawodzi upiorną pieśń, pręży się i wygina.

Przy nodze czuję ciepłe, miękkie futro. Garm patrzy na opiekunkę, potem na mnie, popiskuje i ziewa. Robi niepewny krok, jakby miał pobiec w kierunku kobiety, potem się wycofuje i przytula do mnie. Uniesiony pysk szuka odpowiedzi, której nie mam.

Przybysz wyłania się zza wypukłości mostu: najpierw głowa i kark, pochylone jak u atakującego byka, potem szeroko rozłożone ramiona. Bransolety jarzą się na czerwono, więzadła mostu parują, skwierczą i się skręcają, kiedy przesuwa dłonie tuż obok nich. Zobaczywszy kobietę nie zwalnia ani na moment.

Strażniczka stoi wyprostowana i zwrócona w jego stronę. Drewniane łuski na plecach lekko falują, poruszając długie, opadające aż do talii włosy. Mięśnie są napięte, lecz nie drżą. Nawet zastygła w oczekiwaniu wydaje się pełna gracji. Kiedy wróg jest już o kilka kroków, kobieta niespodziewanie odwraca ku mnie twarz.

– Zajmij się psem! – rzuca lekko, jak o codziennej czynności, lecz coś w jej spojrzeniu i rysach sprawia, że wilgotnieją mi oczy.

Przybysz krzyżuje ręce na piersi. Czerwień przechodzi w pomarańcz i żółć, jak poprzednio, lecz potem bransolety rozgrzewają się jeszcze mocniej. Jarzą się na biało, ciemna sylwetka strażniczki zdaje się topnieć w oślepiającym blasku.

Gwałtownym ruchem wyrzuca obie dłonie do przodu. Strugi bieli wystrzeliwują w kierunku kobiety. Most podskakuje od uderzenia, bucha kłąb dymu, iskry wirują w powietrzu. Zdezorientowana mrużę oczy, słyszę skamlenie psa. Nagle widzę cień, który wyłania się z dymu. Strażniczka mocno trzyma włócznię w rękach, grotem celuje w agresora, przymierza się do ciosu.

Ogniste węże rozdzierają szary tuman, przez który zaledwie prześwituje kształt prześladowcy. Wiją się w ciasnych pętlach wysoko nad jego głową. Nagle się prostują i uderzają niczym dwa bicze. Wydaje się, że strażniczka nie ujdzie ciosu, lecz ona w ostatniej chwili uskakuje w bok. Biały płomień smaga spleciony pokład mostu. Kobieta chwyta korzenne więzadło i okręca się wokół niego. Łuski drewnianego pancerza wirują nad przepaścią, włócznia ze świstem rozcina smugi dymu.

Strażniczka ląduje na moście tuż przed wrogiem. Chwyta włócznię obiema dłońmi, zadaje pchnięcie. Krzemienny grot rozcina ubranie i wbija się głęboko między żebra. Wróg patrzy ze zdumieniem na drzewce wystające z ciała. Przez moment się chwieje i zatacza w stronę krawędzi mostu. Lecz kiedy już ma runąć w otchłań poniżej, niespodziewanie potrząsa głową, jakby obudził się ze snu.

Bransolety gasną, lecz żar pojawia się gdzie indziej. Przez skórę na piersi prześwituje kształt uwięzionego w ciele grotu. To on goreje teraz białym ogniem. Skwierczy mięso, skóra się zwija i pęka, odsłania żebra. Kości z bieli przechodzą w szarość i czerń, rozsypują się w pył. Lecz także grot pęka od gorąca i rozpada na dziesiątki odłamków.

Płomienie liżą już drzewce broni, pełzną po nim w kierunku strażniczki, rosną z każdą chwilą. Sięgają dłoni. Kobieta napiera na wroga, spycha w kierunku przepaści, lecz zwęglone drewno pęka. Płomienie z włóczni potężnieją, znów rozdzielają się na dwa węże. Wpełzają na ramiona kobiety, owijają wokół szyi, palą włosy. Rozbłyskują bielą i zaciskają jednym gwałtownym ruchem.

Pada na kolana. Cały most aż jęczy, choć przecież kobieta jest tak szczupła. Przez moment strażniczka chwieje się w tej pozycji, lecz oprawca podchodzi i bezceremonialnie ją kopie. Kobieta uderza głową o splecione korzenie. Ostatkiem sił odwraca twarz ku mnie.

Lód i ogień – szepce bezgłośnie.

Kolejny kopniak spycha ją na krawędź mostu. Wróg wymierza ostatni cios, a potem patrzy, jak ciało długo opada w kierunku wzburzonego nurtu i w końcu uderza o wodę.

– Uciekamy, Garm! Rusz się! – Szarpię szczeniaka, lecz on zastygł przy krawędzi, wpatrzony w rzekę. – Proszę, rusz się! – Ciągnę za łapy, nawet za ogon, lecz zwierzę tylko skamle.

Wtedy most zaczyna znów śpiewać, a odgłosy rozbrzmiewają od strony Slidru.

* * *

 

– Cerber, no szybciej, przecież się nie męczysz! Jesteś boskim stworzeniem!

Pies w odpowiedzi kłapnął zębami. Ku jego rozżaleniu Przewoźnik wcale nie czekał na ripostę, tylko wspinał się po splecionych korzeniach. Sprawnie parł do przodu, jakby dłonie i ręce stały się hakami, wbijanymi w szczeliny organicznej konstrukcji. Dla Cerbera stroma część łuku była znacznie trudniejszym wyzwaniem: trzy łby tylko ciążyły, a pazury z trudem znajdowały oparcie na śliskiej i twardej korze. W desperacji próbował podpierać się wężowym ogonem, lecz z mizernym efektem. W końcu ze wściekłości zaczął wgryzać się w korzenie, co – o dziwo – przyśpieszyło tempo wspinaczki.

– Na bogów, co się tam dzieje? – mruknął Przewoźnik, kiedy w oddali dostrzegł rozbłyski bieli i czerwieni. Kiedy wydało mu się, że słyszy dziewczęcy głos, jeszcze przyśpieszył. Zza pleców usłyszał żałosny skowyt.

– Nie marudź, Cerber! Zaraz będzie płasko i pognasz jak chart!

Biorąc pod uwagę posturę Cerbera trudno było mu to sobie wyobrazić, ale przecież czasem liczyły się chęci, nie wygląd.

W dole dostrzegł nurt drugiej rzeki. Wyglądał inaczej niż zdradzieckie wody, przez które się przed chwilą przeprawiali. Bliźniaczka również płynęła wartko, lecz widok kojarzył mu się raczej z dostojną demonstracją siły niż furią i wściekłością.

Nachylenie łuku na tyle złagodniało, że mógł biec, zamiast iść, choć sploty korzeni wykręcały kostki i kolana. W oddali dojrzał drobną sylwetkę dziewczyny, przykucniętą przy jakimś zwierzęciu. W ich stronę zbliżał się potężniejszy kształt o ciemnych konturach, lecz z wnętrzem gorejącym żarem.

– Nila! – wrzasnął, ile sił w płucach. Dziewczynka się odwróciła. Jej prześladowca zwolnił kroku i spojrzał w stronę Przewoźnika.

– Iksjon! Jeśli ją choć tkniesz…

– To co mi zrobisz? – rozległ się chrapliwy głos. – Ukarzesz?

Przewoźnik wyszarpnął zza pasa jedyną broń, którą miał: rozszczepiony na ostre drzazgi kawałek drąga. Długi na trzy łokcie nie wyglądał zbyt imponująco. Nawet Nila spojrzała z powątpiewaniem na oręż, a z troską na swego obrońcę.

– Tylko tyle zostało. Wodospad – skwitował krótko Przewoźnik, kiedy napotkał jej spojrzenie. – Ale mam psa. Z trzema głowami!

Istotnie, za jego plecami dało się już słyszeć zwielokrotnione sapanie nadbiegającego Cerbera, któremu most zdawał się dodawać pieśnią otuchy. Po chwili wszelkie odgłosy zagłuszył jednak natrętny rechot. Napastnik wskazywał palcem Przewoźnika i aż zataczał się ze śmiechu. Przybycie trójgłowego psa wcale nie zmieniło sytuacji, a tylko wzmogło wesołość Iksjona.

Zdezorientowany Przewoźnik próbował złapać kontakt z rozbieganymi oczami mężczyzny. Te jednak zerkały w przypadkowych kierunkach, a rechot bynajmniej nie wygasał. Zmieniał jednak ton na coraz niższy, aż rzęziły płuca i krtań.

Niespodziewanie Iksjon zamilkł. Wyprężył się, podniósł głowę, wbił spojrzenie w Przewoźnika. Poczerniały otwór w jego piersi rozbłysnął bielą. Błyskawicznym ruchem uniósł dłoń. Struga płomieni wystrzeliła z nadgarstka i palców. W mgnieniu oka pokonała dystans między nim a obrońcą Nili.

Ciało Przewoźnika aż podskoczyło, kiedy ognisty grot przeszył klatkę piersiową. Eksplozja bólu odebrała panowanie nad ciałem. Rozpostarł ramiona. Drąg wypadł z dłoni. Chciał krzyknąć, ale z otwartych ust wydobył się tylko dym. Zmrużył oczy i z trudem dojrzał gorejący oręż, wystający spomiędzy własnych żeber. Struga płynnego, białego ognia nieznośnie powoli torowała sobie drogę przez tkanki, wypalając nerw po nerwie. Wpełzłszy po płuc, wiła się w nich jak wielki, głodny robak.

– Ach, uwielbiam zapach palonego ichoru! Tak po prawdzie, czuję krew bogów pierwszy raz… Ale pewnie nie ostatni. A ty siadaj, psie! – burknął do Cerbera, który szykował się do skoku. – Ubzdurałeś sobie w tych głupich łbach, że jesteś boski? Nie, w środku jesteś tylko zwierzęciem!

Wyrwał strugę ognia z ciała Przewoźnika i smagnął nią most tuż przed Cerberem. Ten zjeżył sierść i wyszczerzył kły, ale musiał się wycofać. W powietrzu znów zawirowały iskry z wypalonego drewna.

– Ogień, wyczułeś go wtedy, pod bramą, prawda? Zastanawiałem się, jak cię wytresowano, żebyś był pokorny Hadesowi… boskie płomienie wszystko mi wyszeptały, one pamiętają, do czego ich użyto! 

Przewoźnik zachwiał się i upadł na splecione korzenie. Nie bacząc na wroga, Nila podbiegła do rannego i gołymi rękami zaczęła gasić płonące strzępki ubrania.

– Wzruszające, ale on jest nieśmiertelny. Wyliże się. Szkoda dłoni! – zwrócił uwagę Iksjon.

– Dlaczego? – jęknęła Nila ze łzami w oczach. – Dlaczego to wszystko robisz?

– Myślałem, że ty mi powiesz, maleńka. Bo zachodziłem w głowę, dlaczego sam Hades ni z tego, ni z owego zaszedł do mnie. „Cóż u ciebie, drogi Iksjonie, dawno cię nie widziałem”. „Po staremu, o Władco Ciemności, pokręcę się tu i tam, coś przypalę i jakoś leci”. To był niezły żart!

Klepnął się po udach, a potem zarechotał.

– Nie mogę się przestać śmiać nawet teraz! Wiesz, powtarzałem w myślach każde słowo od dziesiątek lat. Żeby nie zapomnieć, kiedy przyjdzie odpowiednia chwila. Lecz ten tępak nie zrozumiał, uwierzysz? Zatrzymał płonące koło i zerwał rozżarzone kajdany, ale nawet się nie uśmiechnął. Zupełnie jak ty, maleńka. No, uszy do góry! 

Nila obserwowała Iksjona ze zgrozą. Objęła zgiętego wpół Przewoźnika. Z trudem oddychał, przy każdym ruchu klatki piersiowej z wypalonego otworu wydobywał się dym. Garm ostrożnie podszedł do nich, popiskując jak szczenię. Powąchał ranę i polizał skórę wokół niej. Tymczasem wróg kontynuował monolog.

– Więc upadłem i patrzyłem na niego, a wtem Hades zaczął mówić o krainie, w której nie ma Tartaru. Koniec cierpień. Wystarczyło, żebym przysiągł wierność bogom północy, a potem drugi raz umarł. I to wszystko za proste przysługi: najpierw dostarczyć ludziom boski dar, a potem ściągnąć cię za sobą. Przyznasz, że to była hojna propozycja. Prawie tak dobra jak ta, którą dałem ci w wiosce. Ty jedna za ich wielu. Ale wiesz, ja wybrałbym inaczej. Patrzyłbym, jak umierają, a potem urządził wielką stypę.

– Dar? Ta choroba to dar? Zaraził ich wszystkich przeze mnie?

– Dla niego ci ludzie nic nie znaczyli. Umarliby prędzej czy później, prawda? Tak nas widzą bogowie, kukiełki w ich teatrzyku. Uważają się za lepszych, lecz i tak są głupi. Widzisz, chcieli coś odebrać, a nas obdarowali. Mnie i ciebie.

Przewoźnik jęknął i zacisnął dłonie w pięści. Z brzegów rany zaczęła odpadać zwęglona tkanka, a na jej miejsce w przyśpieszonym tempie narastała nowa.

– Skąd ten gniew, sługo Hadesa? – Iksjon przykucnął, by spojrzeć mu w twarz. – A ty, czy kiedykolwiek zostałeś nagrodzony? Czy tylko patrzyłeś, kiedy spadnie bat? Tylko o tym myślą: jak nas strącić z piedestału z powrotem w błoto. Bo tylko wtedy są potrzebni, kiedy wołamy ich na klęczkach!

Iksjon się wyprostował i przeszedł kilka kroków.

– Jeszcze nie rozumiecie? I ja z początku nie mogłem pojąć, dlaczego Hades zadał sobie tyle trudu, żeby ukarać jedną małą dziewczynkę. Lecz jemu nie chodzi o ciebie, tylko o boską władzę. Spójrz na niego! – Wskazał Przewoźnika. – Czy robi to, co miał robić? Przewozi dusze? Nie, jest tutaj. A Cerber, czy strzeże bramy, jak mu przykazano? Skądże znowu. Co jednak zrobi Hades bez was? Czy sam chwyci za wiosło? Czy będzie szczekał pod bramą? On, wielki Bóg Podziemi, musi cierpliwie czekać, aż wrócicie. Widzi, jak władza wyślizguje mu się spomiędzy palców. Cóż zatem może uczynić?

Ponownie przyklęknął przy Przewoźniku i podniósł brew.

– Widzę, że już się domyślasz. Ukarać. Tylko jak? Ty i Cerber jesteście nieśmiertelni. Jeśli zada fizyczny ból, zapomnicie. Jeśli zakuje w łańcuchy, któż zajmie się duszami? Nie ma nad wami władzy i właśnie to go przeraża. Wymyślił więc karę, która będzie nieodwracalna. Nilo, ty jesteś jedynym, co mógł odebrać Charonowi. Chciał, żeby nigdy więcej cię nie zobaczył.

Iksjon niespodziewanie się poderwał, aż warknął Cerber. Pierś wroga zapłonęła białym ogniem.

– Widzicie to? Przez te wszystkie wieki kaźni tkanki nasiąkły mi boską magią. Ogień, który sprawiał ból, teraz jest na moje rozkazy. Ciało pewnie gnije już na drzewie, lecz tu, w podziemiach, mogę istnieć wiecznie. Nie sięgnie tu Hades, Zeus ani nikt inny. Będę pomnażał władzę, podczas gdy oni będą wyrywać ją sobie nawzajem. Kiedy przyjdzie czas, zapukam do ich drzwi z żywiołem, który zmieni Olimp w popiół, Podziemia w lawę, a królestwo Posejdona we wrzący kocioł!

Spojrzał na Nilę. Wydawało się, że teraz ogień płonie mu również wewnątrz źrenic.

– Ciebie też Hades obdarował, choć chciał poniżyć. Bądź moją boginią! Jesteś przecież mówczynią umarłych, będziesz władać ich duszami! To największa armia, jaką zobaczy świat!

Kiedy dostrzegł wykrzywione w dół kąciki ust i uniesione strachem powieki dziewczyny, smutno pokiwał głową.

– Wiesz, co zrobiłby Hades? Porąbałby Charona na kawałki i wrzucił do rzeki, żeby je posiekała jeszcze bardziej. A ty spędziłabyś wieczność, próbując je znaleźć i złożyć w całość. Śpiewaliby o tobie pieśni: dziewczyna, która błąka się w podziemnym świecie. Czy to nie bardziej wzruszające od mąk Syzyfa lub Tantala?

Przewoźnik ryknął jak zwierzę i próbował wstać, lecz z niezabliźnionej jeszcze rany wyciekła złota krew, a on sam opadł z powrotem na pokład mostu. Nila, która po słowach Iksjona wyglądała jak sparaliżowana, teraz nagle zmrużyła oczy. Wyszeptała coś Przewoźnikowi do ucha. Potem wstała i podeszła do prześladowcy. Popatrzyła mu w oczy.

– Zrobię to. Będę twoją boginią.

Iksjon zarechotał, tym razem na znak triumfu. Spojrzał na dziewczynkę łakomym wzrokiem. Ta niespodziewanie wzięła go za rękę, a potem się przytuliła.

* * *

 

 – Mruczysz jak wściekły niedźwiedź!

To głos ojca. Jesteśmy na łasze piachu w zakolu rzeki. Góry osłaniają to miejsce od wiatru, a latem słońce patrzy na nie prawie całą dobę. Nazywa je kawałkiem południa ukrytym na północy.

 – Sam jesteś niedźwiedziem, wielkim i silnym. Nie dam rady cię przewrócić!

Mimo pretensji w głosie nadal próbuję zrobić to, czego próbował mnie nauczyć, ale ojciec stoi twardo na piasku, a ja jedynie stękami i prycham. Na widok mojego zmarszczonego nosa reaguje śmiechem.

 – Jeśli tylko szarpiesz lub pchasz, mierzysz się z przeciwnikiem siłą. Będzie twardy jak skała. Pamiętasz, co ci mówiłem? Jak zmiękczyć rodziców?

– Mówiłeś. Przytulić się. Ale co to ma wspólnego z przewracaniem?

– Złap bliżej. Przytul się. Ciało jest jak drzewo na wietrze. Wyczuj, w którą stronę się przechyla. A potem podetnij korzenie!

Wzdycham z rezygnacją. Nawet nie sięgam ojcu do piersi, jak niby ma mi się udać? Próbuję jednak jeszcze raz – z początku napieram, lecz potem szybko nurkuję pod jego ramionami i się obracam, tak jak mnie uczył. Prawie uderzam go głową w brzuch, ale udaje mi się postawić nogę za jego kolanem. Ciągnę go za ramię. Niespodziewanie czuję, jak ciało ojca się chwieje, dokładnie tak, jak mówił. A potem padamy oboje na miękki piasek, bo również pode mną ugięły się kolana.

 – Widzisz? Udało ci się! Jesteś najdzielniejszą małą zapaśniczką!

Wypluwam piasek z ust i chwilę śmieję się razem z nim, ale i tak czuję się zagubiona w nauce walki.

 – Tato, a nie możemy zamiast tego pozbierać kwiatków?

 – Od kwiatów jest mama. Wie o nich dużo więcej niż ja. Ja mogę cię nauczyć tego, co sam potrafię.

– A do czego jest mi potrzebna ta cała walka?

Chwilę się zastanawia.

– Co, jeśli inna dziewczyna da ci prztyczka w nos, bo polubicie tego samego chłopaka?

– To przyniosę mu ładniejszy kwiatek!

 

Wspomnienie blaknie. Iksjon nawet się nie opiera, kiedy przywieram do jego ciała. Już wtedy, w lesie, czułam obrzydzenie, ale teraz dochodzi do niego smród spalenizny i gorąco. Mimo to uśmiecham się i ocieram niczym kotka, a jednocześnie prawą stopą szukam dobrego oparcia. Chwytam go za ramię, sądząc po przymrużonych oczach bierze to za zaproszenie do pieszczot.

Prostuję kolana i biodra. Ciągnę mocno za rękę. Ciało wroga traci równowagę. Czuję, jak ciężar mnie przygniata, lecz tym razem utrzymuję się na nogach. Korzenie drżą, kiedy Iksjon upada na skraj mostu. Nogi zsuwają mu się w przepaść, rozpaczliwie macha rękami.

Łapie mnie za kostkę. Palce zaciskają się mocno, prawie miażdżą mi ścięgna i stawy. Ściągnięte strachem rysy prześladowcy błyskawicznie się wygładzają, a na ustach rozkwita szyderczy uśmiech.

Ja również się uśmiecham, kiedy śmiało stawiam krok w przepaść.

 

Opadamy i obracamy się w szalonym tańcu. Wróg płonie niczym meteor, ciało rozżarza się najpierw do białości, potem przybiera niebieski odcień.

Krzyczę, kiedy zaciśnięte palce wypalają tkankę aż do kości, lecz potem ból ustaje. Moje ciało jest przecież gdzie indziej, w chacie. Duszy nie może zniszczyć. Cokolwiek zrobi Iksjon, nie powstrzyma ani spadania, ani rzeki, która pędzi ku nam coraz szybciej.

Lód i ogień.

Połączone dają życie. Iksjon jest płomieniem. Ja mam w sobie lód, truciznę Slidru, która krąży w żyłach. A mlecznobiała kipiel już czeka, żeby nas pochłonąć.

Wierzę w to, co powiedziałam Przewoźnikowi – że spotkamy się kiedyś nad Styksem, lecz jeszcze nie teraz. Wierzę, że się obudzę i zobaczę nad sobą zatroskaną twarz kowala lub jego córki.

Nad sobą widzę łuk mostu, a na jego szczycie trzy małe figurki, pochylone nad krawędzią.

 

Epilog

 

– Uszy do góry, Cerber! Co cię tak gryzie? Pchły? Nie? Powrót do skrzynki? Też nie? O, widzę, że jednak zatęskniłeś za plackami. A wiesz, że teraz będziesz się musiał podzielić z kolegą? Nie marudź, zobacz tylko jaki słodki i puchaty! Coś jeszcze? Kara? Stary druhu, nie będzie żadnej kary. Już wszystko przemyślałem: Iksjona do Tartaru strącił sam Zeus. Więc jeśli się dowie, że więzień zniknął, będzie wściekły na Hadesa.

A teraz już przebieraj łapami, przed nami długa droga. Zobacz, ten mały… eee, zapomniałem, jak ci na imię, szczeniaku, wybacz. Za dużo się działo, a Nila powiedziała je tylko raz. Wymyślimy ci nowe. Yyy… co ja mówiłem? Aha. Cerber, tylko spójrz. Twój nowy kumpel biega dookoła, a ty się wleczesz łapa za łapą. Wstyd! No wiem, że wolałbyś łódką, tylko czemuś nie skoczył wtedy na prawą burtę? Wrzeszczałem, ile sił w płucach, a ty tylko suszyłeś zęby, to teraz masz. Ale ten wodospad był niezły, prawda? Takich rzeczy nie ma w skrzynkach!

Zobaczysz, znajdziemy kogoś, kto zrobi nową łódkę. To północ! Dla nich szkutnictwo to sztuka! I będzie mnóstwo suszonej ryby! Co tak przekrzywiasz łeb? Ty ciągle widzisz problemy! Jasne, że jakoś zapłacimy. Mnóstwo ludzi przyjdzie obejrzeć trójgłowego psa!

Koniec

Komentarze

Witam :]

 

No i cóż.

 

Wyjątkowo będę krytyczny.

 

Bo mógłbym – zupełnie szczerze! – pochwalić ładną jak zwykle prozę, barwne opisy, ciekawe światotwórstwo, "lubialnych" bohaterów, fantastycznie napisaną scenę walki i inne rzeczy, które mogą się tu podobać. Są tu rzeczy, które mogą się podobać a wręcz zauroczyć i chyba nie muszę chyba podkreślać, że mam o Twoim pisaniu zdanie zdecydowanie lepsze, niż o własnym.

 

Ale czuję się zmuszony mocno przyczepić do fabuły. Bo cóż – tak długi tekst (letko licząc mamy tu z 45 stron) nienaganną prozą, ciekawym światotwórstwem i sympatycznymi, wiarygodnymi bohaterami moim zdaniem stać nie może. Znaczy, pewnie jakieś “cozy fiction” by mogło, ale nie przygodówka.

 

Brakuje mi tu kompletnie stawki. Niby powstrzymujemy epidemię, ale jakby co? Mam się przejąć epidemią, skoro jej ofiary normalnie sobie łódki budują i ścigają się ze Spartanami, i tylko szkoda, że browarka nie stało? W sumie to problem stary jak świat, typowy dla historii, w której wiemy za dużo o naturze bogów i pozagrobia – zagrożenia nie wydają się dostatecznie groźne. Oczywiście zaświaty to nie Szenron, który nam wszystkich przywróci do życia, ale podobną rolę spełniają.

 

W drugim wątku podobnie. Płyniemy na poszukiwanie Nili… ale Nila nie wydaje się szczególnie potrzebować naszej pomocy. Też w sumie problem typowy, tym razem dla fikcji z ostatnich dekad: wątek Charona to klasyczna "dama w opałach", ale owa dama – zamiast siedzieć bezradnie w wieży, najlepiej z nożem głównego złola na gardełku, i czekać ratunku, jak to drzewiej bywało – wydaje się tak silną i sprawczą postacią, że w wątku bohatera napięcia próżno szukać.

 

Tak że podsumowując, mamy tu Władcę Pierścieni, tylko w historii brakuje Saurona, który od początku wisi nad światem jak miecz Damoklesa, a dodatkowo oprócz perspektywy Frodo mamy perspektywę Gwaihira – a Gwaihir, na sam koniec, nawet nie okazał się specjalnie potrzebny.

 

Przyczepić też można by się do logiki postępowania Hadesa – czemu wysłał z misją akurat Iksjona, który miał wszelkie powody, żeby go nienawidzić? – ale to już jakby mniej ważne.

 

Pozdrawiam!

 

I klikam, oczywiście, bo mimo tego, że czułem potrzebę czepienia się fabuły, klik tu się oczywiście należy jak trzygłowemu psu zupa.

Zwykle jej krok był pewny

Czy pasuje tu “zwykle”, skoro ona wyjeżdża raz do roku? Można pewnie powiedzieć, że jako nieśmiertelny widzi to inaczej hmmm

 

w rysach bogini dojrzał tylko odrazę i lęk

W rysach jako w wyrazie twarzy? Daleko idąca metonimia.

 

Z+drowych nie musiała zaś długo przekonywać.

Literówczka… bym napisał, ale nie jest litera przecież. Znakóweczka?

 

choć określenie było to bardzo

To określenie było, albo określenie to było.

 

– Sam byłem ciekawy, dlaczego właśnie ty – mężczyzna odwraca do mnie twarz, białka oczu błyskają odbiciem pożogi.

Jeśli ta mała jest celowo, to “odwraca do mnie twarz mężczyzna”. No ale to by było mocno kontrowersyjne.

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Zakapiorze, i tak byłeś pierwszym, który zdążył przeczytać i w dodatku wyłapać to i owo, więc marudzić możesz do woli :)

 

Techniczne drobiazgi wprowadziłem. Skąd, na Cerbera, wziął się ten plus? Może to krzyżyk na drogę? Nie mam pojęcia, w wersji źródłowej nie ma, a w tym miejscu nie gmerałem.

 

Co do wyścigu łodzi – jak widać, Nila miała siłę, nie tylko do rzutów przez biodro, ale i do przekonywania. Dlatego rudowłosy przyjaciel niedźwiedzi i spółka są w dobrym nastroju – trafili do ciekawszych zaświatów, z których nie będą oglądać swojej wymarłej wioski. Nila przekonała ich, że będzie dobrze, więc myślą, że jest dobrze. Pewnie dostrzegają jakieś zagrożenie w propozycji nieznajomego, ale przecież dla nich Nila jest tą, która nie boi się niczego, więc je bagatelizują. Ot, jakaś obietnica. Dopiero Charon dostrzega problem.

Sauron jest rzeczywiście za kulisami, i to daleko. Ale on nie jest z tych (na razie) którzy jak Zeus walą bezpośrednio gromem. Jeszcze nie. Myślę, że kiedy zobaczy nową łódkę i odmienionego Cerbera, może przestać dbać o pozory, lecz jeszcze nie w tej historii.

Sauron jest rzeczywiście za kulisami, i to daleko. Ale on nie jest z tych (na razie) którzy jak Zeus walą bezpośrednio gromem. Jeszcze nie.

Chodziło mi w tej metaforze wyłącznie o bardziej figuratywnego Saurona – stawkę/zagrożenie, a niekoniecznie głównego złola.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hm, jakby to powiedzieć… chcę stopniować zagrożenie. Gdyby to było zamierzone ostatnie opowiadanie z cyklu, wszystkie karty byłyby na stole. Jeśli w tym opowiadaniu dojdę do 100% stężenia mroku w mroku, w kolejnym musiałbym mieć 120% mroku. W dodatku różnica między 100% a 120% nie jest tak duża, za to różnica w “zjadliwości” historii już pewnie wyraźna. I potem będzie marudzenie, oj marzanie, wszystko to takie same, tylko większe i dłuższe :)

Dla Nili to kolejny etap ewolucji, krok od “wydmuszki”, dziecka-cudu w stronę niekoniecznie rozsądnej, lecz bardziej świadomej nastolatki. A czy scena, w której bohaterka leży bezbronna, a Charon rozprawia się z zagrożeniem byłaby bardziej spójna dla fabuły i logiki? No bo przecież po to się tam wybrał, więc coś, na bogów, powinien zrobić!

(Pytanie podchwytliwe, bo z kolejnego opowiadania mam na razie napisaną właśnie taką scenę :) Ale to następne musi się jeszcze dłuuuugo odleżeć, przez tyle u ile beeeecki ma e).

W tym opowiadaniu też pewnie by cały czas uciekała i jęczała, jaka jest zagubiona, gdyby Iksjon nie przebił Charona.

Jednym słowem – chciałem zostawić wielkie zło dla wielkiego złola. To taki Midnight Hammer, a nie III Wojna Światowa. Wywaliłem opis tego, jak Raudun (siostrzenica rudzielca) w przeciwieństwie do niego cała trzęsie się z przerażenia, że umarła, bo jest młodsza i miała dużo więcej do stracenia. Wywaliłem końcową scenkę, w której Garm wyje i budzi przyrodniego brata Fenrira, zamiast tego jest monolog Charona. Czułem, że to zbyt gruby kaliber na drugą przygodę dwójki bohaterów. A jednocześnie takie przygody są potrzebne, żeby doszli tam, gdzie mają dojść.

 

NIe chciałbym, żeby to zabrzmiało jak podlizywanie się piórkowcowi, ale nie dziwię, że ze z Rzekę ci takie coś przyznano, bo Rzeka mi bardzo podobała i to dzieło naprawdę jest wysokich lotów :) Plus sam powoli z wiedźmińskich opowiadań (takich półfanfików, z własnych bohaterem , historia ale w swiecie sapka) skręcam powoli w strone takich klimatów (crossoverów historycznych).

 

Dzieło dłuższe niż te portalowe, ale ja takie czytam bo :

 

– Im dłuzej ktoś pracował, to wiem, ile to kosztuje bo sam pisuje dłuższę formy i sam to napisalem

– Wiem, że ludzi cieszy jak ktoś przeczyta dłuższe dzieło (dla mnie komentarz każdego kto nawet nie kliknie tak długiego dzieła jest warty wszystkich klików i piórek)

 – Dobrze piszesz :)

Co klimatu – mamy tutaj crossover mitologiczny. Bardzo zgrabnie napisany.

 

Charon namawiający cerbera na przechadzkę – złoto :)

 

 

Po za tym bardzo mi się podoba jak budujesz w tym świecie Nilę.

Jednym słowem – chciałem zostawić wielkie zło dla wielkiego złola.

Mi to pasuje. To znak, że nigdy wstrzelisz się w gusta innych.

 

Solidne fantasy z sercem i pazurem (a właściwie trzema parami kłów). 

 

 

Początek trochę mi się dłużył, ale na tyle budowałeś napięcie, że cały czas byłem zainteresowany co dalej. Niektóre Monologii Iksjona niby mogły by być krótsze, ale imho bardzo fajnie zbudowana postać.

 

Klikam!

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Melendurze, a jeszcze jakieś inne wady?

 

Bo od Zakapiora na razie się dowiedziałem, że poszedłem za “nisko” i za płasko, czyli zamiast 60% mroku dałem im wiosenną przechadzkę, a jak stawka za niska, to i kulminacja umyka :)

Od Ciebie, że Iksjon za długo gada – tak, i w dodatku się powtarza, rozwija wcześniejsze zdawkowe wypowiedzi, więc jest irytujący. On miał denerwować, ale w innym sensie, więc strzyżenie monologów mu nie zaszkodzi :)

A na inne opinie pewnie trochę poczekam. A mogłem napisać szorta :P

A czy scena, w której bohaterka leży bezbronna, a Charon rozprawia się z zagrożeniem byłaby bardziej spójna dla fabuły i logiki?

Scena w kulminacji niekoniecznie ma retrospektywny wpływ na to, co było wcześniej. Raczej powinno być wcześniej jasne, że ona sobie bez niego nie poradzi – jeśli mamy sprawczą damę, która osobiście pokona złola, to powinna jej grozić śmierć zaraz potem. Wtedy czytelnik zaciekle kibicowałby płynącej odsieczy.

 

Tak to widzę przynajmniej. Mogę, oczywiście, nie mieć racji.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Chyba sprawę komplikuje fakt, że moja dama jest ogólnie… taka niezupełnie martwa i niezupełnie żywa laugh A w dodatku ma pancerz fabularny w postaci tytułu serii.

Nawet gdybym zaczął kolejne opowiadanie z serii od Charona i Cerbera opłakujących Nilę, która jednak nie miała racji, czytelnik i tak myślałby, że dziewczynka żyje i do końca opowiadania czekałby na moment, w którym wyskoczy z jakiegoś zakamarka. Jest to jakiś pomysł na wzbudzenie konsternacji u czytelnika :D

A na inne opinie pewnie trochę poczekam. A mogłem napisać szorta :P

 

Nie, właśnie mówię, że osobiście wole, jak się historia rozpędzi. Rozumiem portalową wolę czytania szortów, ale ja wolę dłuższe prace. Nie pisz. Ja osobiście szanuję długie historie bo wiem ile spędzić trzeba czasu nad tym. Ja swojego “koenrada z mirtu” pisałem 4 miesiące jak nie więcej. A historia w głowie dojrzewała wcześniej jeszcze dłużej.

 

Jakoś nie mam “*ale*”. Historia mi po prostu siadła ;) Jedyne co mi sie rzuciło w oczy to właśnie przeciąganie tych wypowiedzi Iksjona :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Godna kontynuacja “Rzeki” (bo po “Darze” słabo widać, że łączy się z “Rzeką”). 

Dużo się dzieje, fabuła zasuwa.

Łączysz rozmaite elementy – komizm wyścigów ze Spartanami, niby-romans Charona i Nili, różne mitologie, dużo śmierci, nawet ichor leje się strumieniami…

Ogólnie mi się podobało, ale minusy też widzę.

Czuć fragmentarycznością – bez “Rzeki” nie wiadomo, dlaczego Charon rzucił wszystko i pobiegł na wezwanie jakiejś dziewczynki. A i historia nie jest domknięta.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego Cerber zawiesił się w kluczowym momencie. Początkowo myślałam, że poczuł sukę czy coś takiego. Sądziłam, że piesek strażniczki proto-Bifrosta ma tu jakąś rolę do odegrania, ale jednak na to nie wygląda.

Trochę za słabo znam nordycką mitologię, żeby w pełni zrozumieć niuanse. Ale skoro facet wisiał na drzewie (plus kruki), a jednocześnie wędrował po zaświatach, to spodziewałam się Odyna.

Przez chwilę trzy gardła warczały, a sześć par oczu wodziło wokół łodzi nieprzytomnym wzrokiem.

Przesadziłeś z liczbą oczu.

Babska logika rządzi!

Finklo, rzeczywiście, ale mi bestia wyszła z sześcioma parami oczu xD

 

Tak, fragmentaryczność to wada serii. W tej jest ledwie zarysowana wcześniejsza więź między Charonem i Nilą, zaledwie kilka zdań.

Przy kolejnym opowiadaniu o tej dwójce przypomnienie będzie w początkowym dialogu. Inaczej musiałbym niedługo je opublikować, zanim wszyscy zapomną Rzekę, a nie chcę pisać wyłącznie tej serii ;)

Cerber się zawiesił, bo się boi ognia (do Tartaru nie chodzi, tylko cały czas siedzi przed bramą, w swojej “skrzynce”. Napiszę to jaśniej.

Garm to na razie szczeniak. Ogólnie ma rolę w mitologii, bo kiedy zawyje, obwieści Rangarok. Tłumacze sag trochę to zawikłali – spotkałem się z tym, że wezwie Fenrira, w innej wersji po prostu zaczyna cały proces. No i polegnie zabijając Tyra.

Dzięki za przeczytanie długaśnej historii!

 

P.S. Dopisałem kwestię dialogową, dlaczego Cerber boi się ognia. Jest zaraz po tym, jak Iksjon go zatrzymuje na moście. Domniemanie, że za młodu był nim tresowany do posłuszeństwa. Pasuje do wcześniejszego wątku, w którym Cerber robi się smutny na wspomnienie o dzieciństwie.

 

Przy Argosie to nadal piesek Pikuś. ;-)

A jak sobie Cerber radzi przy Flegetonie? ;-)

Babska logika rządzi!

No właśnie Cerber sobie nie radzi, Charon będzie musiał za każdym razem wozić go tak, żeby ominąć Flegeton. Ale Przewoźnik jak widać zna skróty :)

Greckie podziemia mają pięć rzek, a już z mapą miałem problem, bo jak coś może opływać krainę wiele razy? Dodaj jedenaście skandynawskich i jest istna makabra xD

Ale teren do pływania robi się niezły. :-)

Babska logika rządzi!

W mitologii indyjskiej też jest rzeka z mostem i dwa pieski :)

Tam to jeszcze sam ziemski Ganges jest ważny.

Babska logika rządzi!

Cześć, Marzanie!

A na inne opinie pewnie trochę poczekam. A mogłem napisać szorta :P

Chyba nie jest aż tak źle – piszesz na tyle umiejętnie, że szkoda by było, gdybyś ograniczał się do szortów. Kiedy tekst się dobrze czyta, jego długość to raczej zaleta niż wada, wcale nie pragnąłem, by się już kończył. Doceniłem świadomą konstrukcję świata i postaci, widać, że autor ma ukształtowane pomysły, wie, co chce przekazać. Mocną stroną utworu są ładne prozatorskie opisy otoczenia i uczuć, naturalnie wkomponowane w narrację, a więc niesprawiające nachalnego wrażenia, że służą głównie do zademonstrowania umiejętności pisania (co mnie się chyba zdarza). Słowem – warsztat literacki moim zdaniem zasługuje na pochwały.

W odbiorze całej historii zwróciłem uwagę na jej wielowątkowość i fragmentaryczność. Co do Nili widzimy, że w jakimś sensie traci dziecięcą jasność spojrzenia, ale poza tym opowieść o niej nie postępuje znacznie na tych kartach i kończy się cliffhangerem (takim nawet już spadającym, ale rozumiesz sens). Charon nabrał śmiałości do samodzielnych działań i stworzył początki więzi z Cerberem, ale też nie był to w moim odczuciu taki przełom i problem na tyle ośrodkowy, żeby satysfakcjonująco spinał fabułę. Wzajemne relacje Nili i Charona – prawie się nie posunęły do przodu. Epidemia – gdzieś tam jest w tle, ale zupełnie się nie zajmujesz jej wpływem na społeczeństwo czy czymkolwiek, co moglibyśmy odnieść do własnych doświadczeń. Właściwie spodziewałem się tak do połowy, że jądrem utworu będzie pomysł na powiązanie mitologii klasycznej i nordyckiej, a więc Prometeusz (Iksjona oczywiście nie przewidziałem) zostanie utożsamiony z Odynem, a Nila stanie się psychopompką z prawdziwego zdarzenia. Może i tak będzie, ale już widzę, że daleko później – czyli mam wrażenie, że konstrukcyjnie to raczej fragment ze środka naprawdę obiecującej powieści niż opowiadanie. Przyganiał kocioł garnkowi, sam notorycznie zmagam się z bladymi zakończeniami i pomysłami niemieszczącymi się w ramach tekstu…

Pod kątem językowo-redakcyjnym jest raczej dobrze, tylko miejscami rzucały mi się w oczy braki w przecinkach, zwykle tych domykających wtrącenia, przykładowo:

Zrobił dwa kroki w jej stronę, a zobaczywszy na jej twarzy przerażenie, odstawił drąg pod ścianę.

Przypomina mi się ciało, wiszące bezwładnie na drzewie, i mimowolnie drżę, kiedy się do mnie zbliża.

Kliknięcie do Biblioteki oczywiście się należy. Pozdrawiam!

PS. Przy wzmiankach o niedźwiedziu robiłem się bardzo czujny, czy nie szykujesz połączenia z uniwersum “Żaby”.

Znowu wynotowałem małe niedociągnięcia.

 

Po przeprawie przez labirynt mulistych łach i starorzeczy pełnych zatęchłej wody i cuchnących, martwych osadów, ten widok dodał Przewoźnikowi otuchy.

Ostatni przecinek – bezzasadny.

 

Te blizny to ślady mąk w Tartarze!

Captain Obvious. Natomiast jeśli chodzi o tożsamość męczennika, na początku, kiedy wszedł na scenę, pomyślałem jedynie o Prometeuszu, jak Ślimak, szybko jednak zwątpiłem w ten strzał.

 

– Cerber, przygotuje się!

Literówka.

 

stopy ślizgają się po śliskiej, mokrej korze

Proponuję zamianę “śliskiej” na inne określenie.

 

a czasem muszę pilnować, by sam nie odgryzł języka

Nie wiem, czy to przez nadgorliwą walkę z zaimkozą czy zwykłą nieuwagę. W każdym razie czegoś tutaj brakuje.

 

Wydaje się, że strażniczka nie ujdzie ciosu, lecz ta w ostatniej chwili uskakuje w bok

Tu z kolei zaimka bym się pozbył albo zastąpił go innym: ona.

 

włócznia ze świstem rozcina smugi dymu.

Ląduje na moście tuż przed wrogiem. Chwyta włócznię obiema dłońmi

“Ląduje na moście tuż przed wrogiem” znajduje się w nowym akapicie, co w pewnym stopniu nakierowuje nas na właściwy podmiot. Można więc się kłócić, na ile to przeszkadza w gładkim odbiorze i czy popełniłeś błąd. Jednak warto chyba pomyśleć nad mniej dyskusyjnym rozwiązaniem.

 

patrzy ze zdumieniem na drzewce[-,] wystające z ciała. Przez moment się chwieje i zatacza w stronę krawędzi mostu. Lecz kiedy już ma runąć w otchłań poniżej, niespodziewanie potrząsa głową, jak by obudził się ze snu

Pozbyłbym się przecinka po “drzewce”.

Coś Ci się rozdzieliło niepotrzebnie.

 

Bliźniaczka również płynęła warto

Literówka.

 

Nachylenie luk na tyle złagodniało, że mógł biec zamiast iść

Łuku? Przecinek przed “zamiast”.

 

Przybycie trójgłowego psa wcale nie zmieniło sytuacji, a tylko wzmogło wesołość.

Czyją wesołość?

 

zapukam do ich drzwi z żywiołem, który Olimp zmieni w popiół

Który zmieni Olimp w popiół.

 

a ja tylko stękami i prycham. Na widok mojego zmarszczonego nosa tylko się śmieje.

 – Jeśli tylko szarpiesz lub pchasz, mierzysz się z przeciwnikiem siłą.

 

Wierzę w to, co powiedziałam Przewodnikowi

Przewoźnikowi?

 

– Widzę, że jesteś oszołomiona. To właśnie wada słów: przekazują zbyt wiele zbyt szybko.

A tutaj nie ma usterki. To po prostu dobre :)

 

 

Całe szczęście, że ojciec Nili znał aikido.  

Trzymasz poziom. Ładnie jest, krajobrazy – dynamiczna rzeka, płonący las, most z korzeni Drzewa – tworzą nastrojowe tło. Postaci barwne, fabuła zaciekawia. Napięcie dramatyczne pewnie rzeczywiście mogłoby być większe, ale nie można powiedzieć, że zupełnie go brakuje. Czyli – nadal mi się podoba.  

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ślimaku,

Dałem Cerberowi wtrącenie po powąchania, może jeszcze coś znajdzie.

Co do koncepcji i niedomkniętych wątków, to rzeczywiście, niektóre nie wybrzmiewają do końca. Zarazę widzimy w apogeum, nie widzimy konsekwencji. Równocześnie na samo wspomnienie mitologii nordyckiej widzimy Odyna i Thora, bo zapamiętujemy ostateczny, średniowieczny kształt tej mitologii. Ona ewoluowała przez wieki, i w czasach Nili w tych bogów po prostu nie wierzono. Tak samo może dziwić, że nie wspominam o Walhalli. Jest to wydzielona część zaświatów, przeznaczona dla wojowników poległych w walce. co jest nieodłącznie związane z obrazem wikingów, który znamy z licznych źródeł.

Czasy opowiadania to czasy przed wikingami. Wprawdzie ludzie północy nie dają sobie w kaszę dmuchać, ale walka nie jest dla nich priorytetem. Mają Tyra i bóstwa związane z naturą, nie potrzebują całej czeredy innych bogów ani Walhalli.

Tutaj wrócę do zarazy i do całego zamysłu. Opowiadania to okienka, przez które obserwujemy wąski wycinek świata. Skoro w tym jest zaraza, to w kolejnym będą konsekwencje. A konsekwencją będzie zburzenie ładu społecznego i niepokój. Obudzimy się w świecie, w którym ludzie, zamiast płakać po ofiarach zarazy i pokornie odbudowywać wioski, zaczęli szukać we wzajemnym osłabieniu okazji do podboju. Pojawi się jarl zamiast szamana-przywódcy. Dotychczasowi wyrzutkowie, rabusie i mordercy (w tym zabójcy rodziców Nili) będą mogli śmiać się w twarz ofiarom, bo pojawi się zapotrzebowanie na wojowników.

To tyle na temat kolejnego opowiadania. Tytuł mogę zdradzić, “Rzeka nienawiści”.

W zamyśle mam jeszcze jedno opowiadanie, ponieważ Twoje pytanie o limbo i te wszystkie błąkające się dusze też domaga się satysfakcjonującego rozwiązania. Różnica między zaświatami nordyckimi, gdzie przyjmowano wszystkich (prawie, tych najgorszych zjadał smok) a greckimi, gdzie sądzi się dusze i wymaga monety już na starcie jest na tyle znacząca, że można na niej zbudować trzon fabuły.

W “Rzece mieczy” Nila przechodzi od dzieciństwa w nastoletniość. W “Rzece nienawiści” Nila będzie typową nastolatką, która może już poczuć nienawiść. W “Rzece Lamentu” zobaczymy ją w momencie przejścia z nastolatki w młodą kobietę, też dojrzeje do pewnych uczuć.

Nie obiecuję, że napiszę to szybko, pewne koncepcje muszą mi się uleżeć w głowie.

A co do niedźwiedzi – nie, nie jest to łączenie światów. Lubię jednak, kiedy każde imię coś znaczy i dodatkowo opisuje postać. Imiona skandynawskie nie były przypadkowe i u mnie też nie są.

 

Jeroh,

Miło zobaczyć i jestem ogromnie wdzięczny za łapankę w tak długim tekście! Wiedziałem, że gdzieś muszą się kryć literówki i powtórzenia :) I cieszę się, że lektura sprawiła przyjemność. Celuję raczej w utrzymanie równego poziomu cyklu, ale równocześnie chcę, żeby każde opowiadanie było nieco inne – zobaczę, czy to się uda.

Hej!

 

Pisane przy tym podkładzie muzycznym.

Zastanawiałem się, czy chodzi o Heilunga albo Wardrunę, no i się nie zawiodłem ;)

 

Na początku zaznaczę, że nie czytałem poprzednich części, a cała moja wiedza o mitologii Nordyckiej sprowadza się do tego, co przesiąknęło z popkultury, oraz do tego albumu, który bardzo (bardzo) polecam, a po przesłuchaniu którego trochę sobie doczytałem, żeby zrozumieć, co tam się dzieje.

 

Wyjątkowo nieznajomość poprzednich części mi nie przeszkadzała. To znaczy nie wątpię, że znajomość by pomogła, ale nigdy nie miałem wrażenia, że mi czegoś brakuje. Może nie ma tu pokazanej całej wcześniejszej relacji Charona i Nili, ale krótkie retrospekcje i to, jak Charon się o nią martwi, pozwoliły mi wywnioskować wszystko, czego potrzebowałem.

 

Główną zaletą tekstu według mnie jest budowanie napięcia tajemnicą. Mamy dużo niewyjaśnionych elementów – postać goniąca nil, pustka w truciźnie, cel wyprawy w obu wątkach. A że całość jest oparta na mitologii, to mogłem próbować sobie to wszystko samemu poukładać. Rozwiązania nie były może super rewolucyjne, ale były na tyle solidne, żeby nie rozczarować, a zabawę w układanie miałem świetną.

 

Tylko co do pustki w truciźnie nie rozumiem, skąd ona się wzięła. Na początku wszyscy reagują na nią ogromnym zaskoczeniem, ale potem jakby znika i pojawia się dopiero, jak Nila skacze z Iksjonem w rzeki, gdzie pojawia się odniesie do ognia i lodu jak w rzekach. Aż wygląda to trochę, że pustka w truciźnie pojawia się tylko po to, żeby Nila z tą trucizną mogła wskoczyć do rzeki. Chyba że to jakieś mitologiczne nawiązanie, którego nie wyłapałem.

 

Nie wiem też, dlaczego podczas spływu Cerber nagle przestał pomagać i zaczął się cieszyć. Zobaczył coś w tej rzece? W ogóle w tej scenie widzę strasznie dużo zagrożenia, a bohaterom włos z głowy nie spada. Jakby im trochę tej trującej wody wypaliło skórę, albo skały troszkę poharatały, to napięcie, a może i realizm, by wzrosły. I to bez większej przeróbki fabularnej ;)

 

Nie mógłbym też nie skomentować nieprzebranej kreatywności w interakcjach Charona z Cerberem ;) Tego duetu w takiej konfiguracji na pewno się nie spodziewałem, a wypadł niezmiernie zabawnie i sympatycznie, nie przekraczając cienkiej granicy, gdzie psułoby to imersję.

 

Z przykrością informuję, że komentarzowi towarzyszyła przydługa łapanka, która niestety odpłynęła Styksem wraz z przypadkowym zamknięciem karty :( Może trzeba te dłuższe komentarze pisać w jakimś edytorze? No serio już właściwy komentarz na końcu pisałem XD

 

Jako namiastkę powiem, że język jest bardzo obrazowy i nieprzesadzony, wyobraźnia miała nad czym pracować :)

Bardzo spodobało mi się też do zdanie:

– Rzeka – mówi chrapliwym, zdartym głosem – ona nas ochroni.

W kontekście Styksu, śmierci, wszystkich dotychczasowych i przyszłych wydarzeń – aż mnie ciary przeszły :)

 

Wielokrotnie wybijały mnie takie opisy od strony biernego przedmiotu:

Odetchnął i z niedowierzaniem oglądał pojemnik, który spoczywał w drżących palcach.

Tutaj przykład. Ja, myśląc o tym zdaniu, napisałbym raczej “oglądał pojemnik, który trzymał”. Może to moja preferencja, ale od tej strony łatwiej mi się to parsuje. Kilka razy były też takie skoki osoba – przedmiot – osoba w jednym zdaniu, które też dezorientowały.

 

Brakowało też trochę przecinków, jakiś jeden był nawet nadmiarowy. Mi w mocniejszym ogarnięciu interpunkcji bardzo pomógł kiedyś ortograf.pl (co do którego chyba były na portalu jakieś kontrowersje przez brak informacji o zasadach użycia, ale od tamtego czasu na oko pojawiła się tolerancja nawet na poprawianie tekstów LLMami, więc myślę, że biedny ortograf ujdzie :P). Czasami wypluwa głupoty, ale zawsze do swoich sugestii podaje uzasadnienie, więc najwyżej można sprawdzić tę zasadę i samemu zweryfikować.

 

 Pozdrawiam. Nie jestem pewien, czy pierwszy klik jeszcze potrzebny, więc dorzucę drugiego :)

It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead

Nowa Fantastyka