Pamiętaj, aby dokładnie sprawdzić, jak żyje się na innych planetach – to polecenie odbijało się echem w jego głowie. Tu masz listę zadań, te podkreślone na czerwono są najważniejsze.
– Jeśli nie będę miał odpowiedniej wiedzy na temat tego, co dzieje się u innych, lepiej rozwiniętych organizmów pozaziemskich, nie mam po co wracać – powiedział na głos, parafrazując i przedrzeźniając nagrany komunikat.
– Chciałbym dopaść tego przygłupiego profesorka, który twierdzi, że wszechświat usłany jest inteligentnymi formami życia. Latam po tym zadupiu już dobrych parę miesięcy i jedyne, co widziałem, to asteroidy. A one są mało inteligentne – mruczał sam do siebie.
– Co za bzdura, dlaczego ja się na to zgodziłem? Wiadomo, chciałem być sławnym badaczem kosmosu. Po tym, jak ostatnio jakiś Angol wlazł na Mont Everest w samych majtkach w zimie, na Ziemi nie ma już czego szukać. Niektórzy twierdzą, że oceany są pasjonujące, ale nie przepadam za rybami. Kapitan Nemo już dawno się przekręcił, a te bajki o podwodnych miastach są głupsze niż serwisy informacyjne w telewizji. Tyle że jak widać tu też niczego nie ma. Muszę coś znaleźć, cokolwiek. Jeden mały znak obcej cywilizacji. Gdzie są te cholerne pliki z mapami?
Uderzył pięścią w urządzenie przypominające półokrągły monitor. Krystalicznie srebrny ekran zaczął powoli mrugać i oczom Pilota ukazał się serial animowany.
– Nie, no bez jaj! Rick i Morty? A w folderze z ebookami jest co? Must have każdego podróżnika: „O psie, który jeździł koleją” i „Przygody Koziołka Matołka”? Dobrze, że zabrałem ze sobą „Mistrza Twardowskiego”, w przeciwnym wypadku umarłbym z nudów. Dlaczego nie sprawdziłem statku przed odlotem? Ok, muszę ustalić swoją pozycję i obrać nowy kurs – niespiesznie zbliżył się do urządzeń pomiarowych, gdy jego oczom ukazał się dziwny blask, coś jakby neon.
– A jednak mieli rację, wystarczyło tylko włączyć kreskówkę o starym alkoholiku i jego niedorobionym wnuku, a w oddali pojawiło się kosmiczne Vegas. Komputer, nienawidzę cię!
– Autopilot gotowy do wyłączenia, potwierdź gotowość do przejęcia sterów w 3, 2, 1… – odezwał się kobiecy głos, przypominający bardziej nawigację GPS niż szept ukochanej.
– Potwierdzam, jasne, że potwierdzam. Lecimy tam, skąd dochodzi to dziwne światło. Wygląda jak Las Vegas z oddali, może ta wycieczka wcale nie będzie taka zła.
W oddali coraz wyraźniej widać było wielki, mrugający wszystkimi kolorami kiczu znak z napisem: Geschäft.
– To ja już widzę tę wyższą formę cywilizacji. Leciałem tyle czasu, aby odwiedzić międzygalaktycznego Lidla. Świetnie, po powrocie na Ziemię zostanę doradcą dyskontu do spraw sprzedaży śmieci z kosmosu. Dostanę rondel na głowę i spodek pod pachę zamiast laptopa, a na lunch wegański Wurst z odtłuczonej wieprzowiny – ironizował wyraźnie niezadowolony Pilot.
Nagle radar statku pokazał dziesiątki tysięcy małych obiektów zmierzających w stronę kosmicznego sklepu.
– Skąd oni się tu wszyscy wzięli? Przeleciałem przez jakieś wrota? Jeszcze przed kilkoma sekundami nic tutaj nie było.
W tej chwili jego oczom ukazały się dziesiątki ogromnych stacji kosmicznych. Geschäft był największy, wręcz ogromny, górował nad innymi.
– Prawie jak w Vegas. Rozejrzę się dookoła, robi wrażenie!
Chwycił mocno ster, próbując skręcić nieco z obranego kursu, ale statek nie reagował. Spróbował ponownie – bez skutku.
– Bez jaj, zepsuł się w takiej chwili? Komputer!
– Tak, Pilocie? – zapytał głos cyberkobiety.
– Dlaczego stery nie działają? Sprawdź to i napraw, przy okazji nagrywaj wszystko, co tu się dzieje. Jesteśmy w stanie wysyłać obraz na żywo do centrum obsługi tego lotu?
– Niestety nie wiem, gdzie jesteśmy. Próbuję ustalić nasze położenie odkąd wlecieliśmy w to miejsce – bezskutecznie. Zapisuję wszystko. Pliki zostaną wysłane, gdy będzie to tylko możliwe.
– Nie no jasne, jeszcze by coś działało. “Wsiadaj i się nie stresuj” – mówili. Na pokładzie znajdziesz wszystko, nawet piwo na kilka pierwszych tygodni lotu. Gdy wystartowałem, okazało się, że mam 4 puszki jakiegoś light ohydztwa, butelkę czerwonego wina bezalkoholowego i małe wino musujące na specjalną okazję.
– Pilotom w trakcie wykonywania misji nie wolno się odurzać. Zadanie jest zbyt poważne, aby podchodzić do niego w stanie wskazującym na spożycie – powiedziała chłodno komputer.
– Co ty możesz wiedzieć o spożywaniu alkoholu? Lepiej napraw to cholerstwo, bo zadanie jest zbyt poważne, aby podchodzić do niego bez sprawnych sterów – odgryzł się Pilot.
– Robię, co mogę. Wszystkie układy działają jak należy.
– Skoro działają, to zaprogramuj autopilota na zwiedzanie tego miejsca.
– Sprawdzam ostatnie ustawienia. To nie usterka jest przyczyną braku sterów. Kontrolę nad naszym statkiem przejął inny obiekt.
– Niby kto?
W tym momencie na wszystkich monitorach w kokpicie wyświetliły się obrazki sklepów pełnych najróżniejszego asortymentu.
– To dopiero reklama. Ciekawe, jak konsumenci na Ziemi zareagują na taką „nowość”? Jedzie sobie pan super uczony profesor do instytutu, rozmyśla o wpływie krzywego dyszla na psychikę konia, a tu nagle jego Tesla blokuje kierownicę, autopilot ustawia kurs na spożywczak, a na ekranie pojawia się napis: „Kup hot doga. Dziś w cenie produktu mała bezkofeinowa kawa gratis”. Przyszłość jest piękna.
Pilot zirytował się brakiem odpowiedzi komputera:
– Halo, kto przejął kontrolę nad moim statkiem? Czy to znaczy, że ty również zostałaś przejęta?
Komputer milczał. Po chwili namysłu Pilot zdał sobie sprawę, że było to niewyobrażalnie głupie pytanie.
– To tak jak pytać sprzedawczynię na mięsnym, czy kiełbasa jest dobra. Co ma niby odpowiedzieć? „Jest obrzydliwa, sama nie wiem, dlaczego tu leży”.
Z głośników w kabinie dało się słyszeć dziwny zgrzyt. Komputer przemówił:
– Kosmiczne centrum handlowe, koło którego się znajdujemy, ustawiło autopilota. To normalna procedura. Tak wynika z kodu, jaki otrzymaliśmy. Nie jesteśmy tu zresztą sami, jak widzisz na radarze. Dzięki przejęciu zmniejsza się ryzyko wypadków. Bezpieczeństwo ponad wszystko! Jeśli chcesz stąd odlecieć, musisz wydać polecenie przełączenia pojazdu w tryb awaryjny. Zmniejsza on znacznie naszą prędkość, ale pozwala na bezpośredni kontakt z ich bazą. Następnie po kilkuetapowej autoryzacji naszej prośby będziemy mogli opuścić to miejsce. A i na przyszłość – nie da się mnie zhakować. Gdybyś przeczytał instrukcję zamiast płakać za piwem, tak jak prosiłam, doskonale byś o tym wiedział.
– Poczytasz mi przed snem – burknął Pilot. – Kilkuetapowa autoryzacja naszej prośby? Co to w ogóle znaczy? To jak wypisywanie się z siłowni! – Czy jest pan absolutnie pewien, że nie zależy panu na zdrowiu i dobrej figurze? Zapewne nie jest to kwestia finansowa, koszt naszej usługi to równowartość czterech kaw miesięcznie. Pańskie zdrowie i dobre samopoczucie wiele dla nas znaczy, proszę jeszcze rozważyć swoją decyzję. Jeśli potrzebuje pan motywacji, nasza trenerka Ania, dziewczyna z okładki Playboya, chętnie panu pomoże. Pragnę jeszcze dodać, że mamy dziś specjalną promocję na suplementy sprawiające, że życie jest piękne, ma sens, a pan wygląda jak atleta. Wystarczy z nami zostać i… zapłacić – powiedział sam do siebie Pilot. Z dwojga złego wolał rozmawiać ze sobą niż z czymś, co brzmiało jak dziewczyna Terminatora.
– Procedura jest dużo bardziej skomplikowana – odpowiedział komputer. – Nie można stąd od tak odlecieć, nie odwiedzając centrum. Jeśli czegoś nie nabędziesz, będziesz musiał zostawić tu jakiś organ. To gwarancja, że jeszcze tu wrócisz.
– Ooo, tego na Ziemi jeszcze nie wymyślili, ale jak mniemam już niedługo. Choć czekaj – zamyślił się Pilot – wymyślili. Większość konsumentów ma tak sprane mózgi, że można założyć przejęcie organu. Różnica polega na tym, że nigdy go nie odzyskają, choć i tu widzę marne szanse. Komputer, czy mamy jakieś informacje, co w tym Geschäftcie możemy kupić?
– Wszystko zależy od stopnia autoryzacji, Pilocie. Jednostki posiadające wysoki stopień wtajemniczenia mogą tu nabyć międzygalaktyczną broń.
– Czyli my idziemy po kosmiczną marchewkę?
– Niestety nie udało mi się zdobyć wyższego stopnia uwierzytelnienia. Nie mamy listów polecających ani pełnomocnictwa naszego dowództwa.
– Mówisz o tym starym, chudym dziadydze, który jakimś cudem przekonał rząd, aby poparł jego chory pomysł latania w kosmos w puszce po karmie dla kotów?
– Jeśli mówisz, Pilocie, o profesorze Edisonerze, to przypominam, że sam zgłosiłeś się do tego projektu i nikt cię o to nie prosił – odparł wyraźnie urażony komputer.
W tym momencie na jednym z ekranów pojawił się film, na którym pilot ślubuje posłuszeństwo i przysięga swoje obowiązki wypełniać najlepiej, jak potrafi.
– Co ty na to, Pilocie?
– O proszę, posiadasz nagrania z naszego ślubu, ale o tym, że obiecywałaś gotować obiadki, zapomniałaś? Gdzie są te wszystkie rzeczy, które mi obiecaliście? Gdzie te przygody, które miały nas spotkać? Zgodnie z wyliczeniami profesora, jak go nazwałaś, powinniśmy już wracać na Ziemię z całą masą materiałów do analizy. Ja jako wielki odkrywca, a ty jako najlepszy statek kosmiczny w galaktyce. Tymczasem po miesiącach samotnej tułaczki trafiliśmy na jarmark, na którym jeśli nic nie nabędę, lokalni „sprzedawcy” grzecznie poproszą mnie o pozostawienie nerki lub płuca przed odlotem. Problem polega na tym, że nie wiem, czym tu handlują i co jest walutą. Tak się również nieszczęśliwie składa, że zapomniałem zabrać torby z dodatkowymi organami, a ty mi o tym nie przypomniałaś.
– Nawet wielcy ludzie, tacy jak profesor Edisoner, czasem popełniają błędy. To dziewicza podróż!
– O proszę, czyli zamiast odpowiednio wyposażyć statek, sprawdzić wszystko i przeliczyć jak należy, pan psor zamontował na statku swojego adwokata. Brawo, brawo! Jak już jesteś taka wspaniała w przypominaniu doniosłych chwil, odtwórz proszę ten fragment przemówienia profesora, w którym gwarantuje własną reputacją, że wszystko dokładnie przeliczył, sprawdził i tylko mały krok dzieli nas od poznania wielkiego kosmosu.
Nagle statek zahamował. Komunikaty na monitorach oznajmiły, że jednostka podchodzi do lądowania.
– Dość gadania! Dowiedz się, jak wygląda tu handel, co jest walutą, najlepiej wszystkiego, co powinienem wiedzieć! – krzyknął Pilot.
– Pracuję nad tym.
– To pracuj szybciej, zaraz wysiadam i chciałbym wiedzieć co nieco o miejscu, do którego dotarliśmy. A zgodnie z przysięgą profesora pomożesz mi w każdej sytuacji. Zatem do dzieła!
Delikatnie jak piórko na poduszce statek wylądował na miejscu docelowym.
– Nie wiedziałem, że tak delikatnie można tym wylądować – zdziwił się Pilot.
– Tak naprawdę nie lądowaliśmy na własnym podwoziu, ono nawet się nie wysunęło. Wylądowaliśmy w specjalnej niecce.
– Co w niej specjalnego?
– Jest odpowiednio namagnesowana. Lądując, nie dotykamy jej, ale unosimy się nad nią. Dlatego nie poczułeś uderzenia o powierzchnię przy lądowaniu. Oznacza to również, że bez ich zgody nie odlecimy.
Drzwi statku kosmicznego otwarły się. Na monitorach przewijały się kolejne oferty produktów dostępne w sklepie.
– Przejęli cały statek – powiedział do siebie Pilot.
Wtem z zewnątrz dobiegł go dziwny, choć miły głos:
– Witttammmyyyy w naszych skromnych progach, zapraszam Waszą Miłość na zakupy.
– Co? – parsknął Pilot.
– Bardzo przepraszam, witamy w naszych skromnych progach, zapraszamy Waszą Miłość uniżenie do oceny naszych dóbr.
Pilot wstał i wyszedł na zewnątrz. Jego oczom ukazał się śmieszny robot stojący na jednym kółku. Zamiast głowy miał coś jakby hologram przedstawiający twarz szlachcianki z XVI wieku.
– Witam Jaśnie Pana wielce szanowanie – odezwał się robot. – Czekaliśmy na Waszmość niecierpliwie?
– Nie wiem, skąd wziąłeś tę gadkę, blaszaku z paskudną twarzą, ale połączenie robota z typowym bohaterem „Potopu” Sienkiewicza nie trafia do mnie w żaden sposób.
– Raczy Pan wybaczyć, Mości Panie, ale mało Ziemian odwiedza nasz skromny sklep. Ostatnim i zarazem jedynym był niejaki Jegomość Twardowski.
– Co? Ten legendarny szlachciura? Powiedz jeszcze, że przyleciał tu na kogucie.
– W rzeczy samej, Miłościwy Panie, przyleciał na swym cudacznym ptaku i…
– I…? I co? Wszystko wam zjadł i wypił?
– Zabawili u nas dłuższy czas, nadużywając nieco gościnności. Chcieliśmy się odpowiednio odpłacić, ale wtedy zjawił się jakiś inny jegomość i powiedział, że jest on jakiś Diabeł i że pierwszy owego Pana Twardowskiego dopaść musi. Wynagrodził zatem wszystkie nasze straty z nawiązką i odleciał szukać swego kompana, jak go nazwał.
– O czym ty gadasz, przerośnięta konserwo? Dlaczego ten Diabeł, jak go nazwałeś, nie dopadł Twardowskiego, gdy ten był tutaj?
– Sklep nasz skromny, Wasza Miłość, ale jak kto pragnie, to schronienie w nim znajdzie. A Jegomość Twardowski, na fortel okrutny się zdobył. Widząc, co się święci, niby to w ramach wdzięczności za gościnę rozkazał wydać wszystkim pracownikom większą dawkę oleju, że niby on stawia. I tak nam, Mości Panie, ten olej dobrze wchodził, że ani się obejrzeliśmy, jak Twardowski był się oddalił w nieznanym kierunku.
– Stara dobra sztuczka – uśmiechał się Pilot – A Diabeł co? Stał i czekał, aż ten odfrunie, czy też olej łykał?
– Diabeł w tym czasie dobijał targu z zarządcą sklepu. Wieść niesie, że miał własnoręcznie pojmać Mości Twardowskiego, a koguta zostawić nam jako spłatę za długi. Ponieważ jednak Jegomość Twardowski oddalił się, Diabeł z umowy wywiązać się nie umiał. Zarządca zeźlił się ogromnie, że jest on w spisku z Twardowskim i że ten nie wypuści go, dopóki nie odpracuje długów kamrata. Diabeł zaklinał się na piekło, że w żadnym wypadku przyjacielem Twardowskiego nie jest i że sam chętnie by mu kark skręcił, ale z zarządcami nie ma co dyskutować. Kazał go zatem na produkcję mięsa wieprzowego wrzucić. Diabeł tak się przestraszył rosnącej w próbówce golonki, że wybłagał zarządcę o zamianę kary.
– I co to było? Dostarczył wam przepis na produkcję eko warzyw i rozpoczął uprawę?
Robot zamarł. Pytanie uderzyło go jak grom z jasnego nieba. Lekko się zachwiał, jakby tracił zasilanie, hologram na chwilę znikł, po czym zwrócił się do gościa:
– Pan wybaczy, wasz język znacznie się zmienił od czasu, gdy gościł tu Twardowski. Dzięki przeskanowaniu pańskiego pojazdu udało nam się znaleźć właściwą wersję. Mam nadzieję, że nie powiedziałem niczego, co pana obraziło.
– Bynajmniej. I co dostaliście, ten przepis?
Robot zachwiał się jeszcze raz, po czym szybko powiedział:
– Nie ma co tracić czasu, proszę ze mną. Pokażę panu nasz asortyment. Jestem przekonany, że będzie pan zadowolony i zostanie pan naszym stałym klientem. Czy ma pan ochotę na coś do picia? Coś z ziemskich płynów: kawa, herbata?
– Nie dziękuję, na herbatę za wcześnie, a na kawę za późno.
Hologram na twarzy robota również zmienił się nie do poznania. Zamiast szlachcianki ze zdechłą wiewiórką na głowie Pilot dostrzegł twarz kelnerki z filmu, który pokazał mu robot – tego samego, na którym ślubował wierność i posłuszeństwo.
– Dobry research jak na konserwy – pomyślał. – Mojego pojazdu nie da się zatem zhakować – roześmiał się w duchu. Ciekawe, czy przeczytali też instrukcję, w której jest to napisane.
Wtem jego oczom ukazały się alejki pełne produktów. Było tu wszystko, co tylko można było sobie wyobrazić.
– Czy jest coś, czego nie macie? – zapytał Pilot.
– Mamy tu wszystko, czego tylko pan zapragnie – odparł robot.
Piwo – zamarzył Pilot. Wtem jego oczom ukazały się półki pełne złocistego napoju. Nigdy nie widział takiego wyboru. Poczuł wewnętrzny niepokój.
– Czy to, co zobaczyłem, to przypadek, czy jakimś dziwnym trafem losu wiedzieliście, że pomyślałem o piwie? – zapytał nieśmiało.
– Oczywiście, że wiedzieliśmy. Znamy wszystkie potrzeby naszych klientów. Czy u was na Ziemi nie używa się powiedzenia „nasz klient, nasz pan”?
– Używa, ale nikt nie czyta w moich myślach.
– Nie czytamy myśli, tego nie potrafimy, ale rozumiemy wasze pragnienia. Każdy sklep w całej galaktyce jest odpowiednio przemyślany. Każdy produkt znajduje się na odpowiednim miejscu. Czy to nie dziwne, że pieczywo nigdy nie leży przy wejściu? Sprawa jest prosta: jedni prowadzą swoje sklepy lepiej, inni gorzej. Ale każdy ma jakąś metodę na klienta.
– Metoda metodą, nikt jednak nie czyta w moich myślach – upierał się Pilot.
– Tu nie chodzi o czytanie w myślach, tylko o odpowiednie ukierunkowanie, zachęcenie do kupna produktu, a dokładniej rzecz ujmując – produktów.
– I dlaczego mi o tym mówisz? Czy to nie powinna być wasza tajemnica?
– Nie jest to żadna tajemnica, ani tu, ani w ziemskich sklepach. Wszyscy o tym wiecie, nie chcecie się tylko do tego przyznać. Poza tym wam, ludziom, łatwiej udawać ofiary niż brać sprawy we własne ręce.
– Blaszaku – zirytował się Pilot – nie przeginaj! Już zapomniałem, co powiedziałaś przed chwilą: nasz klient, nasz…
– Jestem doradcą zakupowym i mam zadbać o to, aby pan coś kupił – to, na co oczywiście ma pan ochotę – przerwał robot.
– A jeśli nie kupię?
– Zasada jest prosta: zostawia pan coś w zamian, coś, po co będzie pan chciał przylecieć.
– Takie zwyczaje nie obowiązują w naszych sklepach.
– Przecież przyleciał pan tu na poszukiwania. Pańskie zadanie polega na sporządzeniu raportu i dostarczeniu go na Ziemię. Jesteśmy przekonani, że już wkrótce wprowadzicie tę zasadę jako standard. To taka wyższa forma karty lojalnościowej. Nadal ich używacie? Cóż za przeżytek.
– Widzę, że bez większych problemów udało się wam przeskanować mój statek.
– Namierzaliśmy was już od dłuższego czasu, nie byliśmy jednak pewni. Wspomnienie Twardowskiego jest w nas żywe do dziś. Widzimy teraz jednak, że nie ma się czego bać. Proszę śmiało robić zakupy.
– To potrafię. Poproszę zatem paletę piwa, paletę czerwonego wytrawnego wina, skrzynkę rudej na myszach i jakąś broń, skoro macie tu wszystko. Fakturę wyślijcie profesorowi, który mnie tu przysłał.
– Wie pan dobrze, że nie sprzedamy żadnej broni. Wasza planeta nie ma międzygalaktycznej autoryzacji. Od niepamiętnych czasów toczycie na niej konflikty zbrojne, przerywane seriami pokojowych zbrojeń. Sprzedaż broni równałaby się destabilizacji waszej galaktyki. A na to nie możemy sobie pozwolić. Niszcząc siebie nawzajem, pozbawiacie nas rynku zbytu.
– Biznes jest biznes – powiedział Pilot. – To co z tym piwem?
– Ile pan tylko chce. Porozmawiajmy jednak o formie zapłaty.
– Faktura nie wchodzi w grę?
– Już jeden z pańskich kolegów nas oszukał. Wolimy być ostrożni. Przeskanowaliśmy cały statek w poszukiwaniu informacji o Mości Twardowskim. Niestety nic nie znaleźliśmy. Czy to możliwe, że zapomnieliście o pionierze waszej kosmonautyki?
Pilot uśmiechnął się w duchu.
– Widzisz, mój blaszany przyjacielu. Jak zapewne wiesz, przysłano mnie tu na zwiady, nie na zakupy. Nie potrzebuję waszego piwa ani broni. Przyleciałem rozejrzeć się po okolicy. Ponieważ muszę coś kupić, to chętnie wezmę kilka rzeczy. Ale spokojnie, nie sprzedam wiedzy o naszym pionierze, jak go nazwałeś, za browara. Informacje na jego temat znajdują się na statku, wy ich jednak nie znajdziecie. Są zapisane w książce, a jej nie możecie sobie przeskanować zdalnie – to nie zapis cyfrowy. Książki się czyta, są wydrukowane i pachną. To jak, dobijamy targu?
– Chciałbym wcześniej zobaczyć tę… książkę, jeśli pan pozwoli.
– Jasne, a ja skosztować każdego alkoholu, jaki tu macie. Nie rób ze mnie durnia. Na skanie statku widać, że tuż koło mojego fotela leży torba, a w niej trzy książki – to moje dokumenty przewozowe. Jedną z nich pod tytułem „Mistrz Twardowski” – tam opisane są jego dzieje i ostatnia lokalizacja. Jeśli jesteście tacy mądrzy, jak twierdzicie, znajdziecie go bez trudu. Pasuje?
– Co chce pan w zamian?
– Informacja za informację. Kod źródłowy do waszego systemu naprowadzania i przejmowania statków oraz prowiant. Zaraz przygotuję ci listę.
– Zarządca się nie zgodzi.
– Zapytaj! A tak z ciekawości, od ilu wieków próbujecie namierzyć Twardowskiego? Dajcie znać, wracam na statek.
– Nie może pan wrócić sam. Zarządca otrzymał propozycję, rozważa ją. Jeśli chce pan wrócić na statek, proszę za mną.
– W takim razie proszę mnie oprowadzić po sklepie, przynajmniej tej jego części, którą mogę zobaczyć. Jeśli chcecie prowadzić z nami interesy, muszę wiedzieć, co można tu kupić.
– Oczywiście, zapraszam. Ziemia, jak wiele innych planet na waszym poziomie rozwoju, zmaga się z problemem głodu. Od lat wasi naukowcy ostrzegają przed przeludnieniem, głodem, a co za tym idzie – zagładą planety. Obszary rolnicze zajmują coraz większą jej część, a to w połączeniu z ciągłym rozwojem przemysłu może doprowadzić w niedalekiej przyszłości do katastrofy ekologicznej. Co więcej, Ziemia nie jest jednorodna klimatycznie, powoduje to problemy z niedoborem żywności w pewnych jej obszarach i nadmiarem w innych.
– Słynna klęska urodzajów – powiedział Pilot.
– Dziwnie to nazywacie. My opracowaliśmy zupełnie inną metodę produkcji żywności. Zaawansowaną technologicznie i dostępną nawet w najtrudniejszych warunkach klimatycznych. Nasze sklepy to samowystarczalne jednostki. Nie potrzebujemy dostawców, żywność produkujemy na miejscu.
– A co z nadmiarem wyprodukowanej żywności?
– Ten problem również rozwiązaliśmy. Obecnie dzięki wytężonej pracy naszych badaczy potrafimy dowolnie sterować procesem wzrostu roślin. W naszym sklepie jabłko może rosnąć kilkanaście minut, jak również wiele dni. Poza tym nasze działania marketingowe zapewniają nam ciągle nowych klientów.
– Działania marketingowe? Mówimy o sytuacji, w której praktycznie mnie porywacie, a jeśli nic nie kupię, będę musiał wam coś zostawić?
– To też, ale nie tylko. Zamawiając produkty wcześniej, możesz otrzymać duże zniżki. Poza tym postawiliśmy na rozbudowę naszej sieci. Coraz łatwiej i szybciej można do nas dotrzeć.
– Czyli następny sklep postawicie na Marsie, zanim Musk zdoła wybudować tam miasto? – zaśmiał się Pilot.
Robot zatrzymał się na chwilę, zadrżał. Nastąpiło coś, co określić można jako szybki reset.
– Pozwoli pan, że na tym zakończę swój wykład. Zaraz zobaczy pan na własne oczy, jak wygląda produkcja żywności jutra.
– Nie mogę się wręcz doczekać – roześmiał się Pilot.
Wtem oczom Pilota ukazały się pola pełne rosnących jarzyn, łąki, na których pasło się bydło, sady i łany lśniącego zboża. W jednej sekundzie znalazł się w środku ogromnej, świetnie utrzymanej farmy. Miejsce to wydawało się być dziecięcym wspomnieniem. Podobne gospodarstwa widywał w czasie szkolnych wakacji na wsi. Podobne, gdyż to było nieporównywalnie większe, a jego widok zapierał dech w piersiach.
– Zaraz, zaraz – powiedział Pilot – skoro wasze metody hodowli są tak nowoczesne, nie mogą wyglądać w taki sposób. Nikt nie buduje tradycyjnych gospodarstw, zwłaszcza tak ogromnych w środku sklepu. To kolejna sztuczka marketingowa? Sprawdzaliście moje wspomnienia z dzieciństwa?
– To wszystko dla dobra klienta i dobra biznesu, proszę pana – odpowiedział spokojnie robot. – Staramy się o pełną satysfakcję.
– Ciekawy sposób – przyznał Pilot.
– Taki sam jak atrakcyjne opakowanie przeciętnego produktu lub napis nie mający wiele wspólnego z rzeczywistością.
– Obawiam się, że zauważam różnicę.
– Teraz pewnie tak, ale proszę mi wierzyć, ewolucja chwytów marketingowych następuje bardzo szybko. Klienci chcą więcej i więcej pozytywnych bodźców.
– Lub sprzedawcy chcą więcej i więcej zarobić.
– Każdy dostaje to, czego chce.
– Albo tak mu się wydaje.
– Jakie produkty poza kodem źródłowym, o którym rozmawialiśmy, chciałby pan otrzymać? – zmienił temat robot.
– A więc się zgadzacie?
– Nie otrzymałem jeszcze takiej informacji. Na razie rozważamy wszystkie warianty.
– Jasne, zwłaszcza że nie możecie przeskanować książki. Wtargnięcie na statek, jak rozumiem, nie wchodzi w grę – uśmiechnął się Pilot.
– Nie jesteśmy barbarzyńcami. Nadal jednak nie rozumiemy, dlaczego tak ważne informacje zostały zapisane na łatwopalnym materiale.
– Właśnie dlatego, że są ważne. Jeśli trzeba, można je szybko zniszczyć bez obaw o to, że zostaną przechwycone.
– W czasie podpalenia może dojść do pożaru statku.
– Każdy z nas czymś ryzykuje. Te dane są dla nas zbyt cenne, aby oddać je za darmo lub bez walki.
Robot zatrzymał się na chwilę, jakby w zamyśleniu, po czym powiedział:
– Zarządca przystaje na pańską propozycję. Otrzyma pan kod źródłowy, o który prosił, i prowiant na drogę.
– Doskonale. Od początku wiedziałem, że jesteście rozsądnymi istotami. Oto lista produktów: miesięczny zapas steków wołowych, świeżych jarzyn i pieczywa, 6 kartonów czerwonego wytrawnego wina, skrzynka rudej na myszach, trzy beczki wysokiej klasy piwa. Liczę, że zaskoczycie mnie pozytywnie.
– Wybiera się pan na koniec wszechświata? Z takimi zapasami chyba można tam dotrzeć. Przepraszam, to miał być żart.
– Ależ nie ma sprawy, sam uwielbiam żartować, byle nie z rzeczy poważnych. Część tych zapasów posłuży jako próbki na Ziemi. W końcu musze im coś zawieźć.
– Jasna sprawa, rozumiemy. Zapasy zostały zapakowane. Podejdźmy do statku, aby dokończyć interesy.
– A kod źródłowy?
– My zawsze dotrzymujemy słowa. Zostanie zapisany w pamięci komputera pokładowego.
– Co to, to nie, mój drogi kolego. Już wystarczająco długo grzebiecie w moim pojeździe. Przed wylotem poddam go specjalnej procedurze i cofnę system o kilka godzin. Tak więc informacje zapisane przez was znikną. Poproszę o kod na nośniku.
– Na przykład jakim?
– Bardzo proszę, bądźcie rozsądni.
– Zgoda, ale najpierw muszę zobaczyć dokumenty Twardowskiego, choćby z daleka.
– Ok, tylko bez numerów.
Pilot wsiadł na statek, wyciągnął z torby książkę w twardej skórzanej oprawie. Na okładce widniał cwany szlachciura na swoim kogucie. Robot aż podskoczył.
– Tyle lat na to czekaliśmy. Zgadzamy się.
W tej samej chwili do statku podjechało coś przypominającego wózek widłowy.
– Proszę sprawdzić, czy towar się zgadza – powiedział robot.
Pilot popatrzył podejrzliwie i odburknął:
– Może być. A kod?
Ze środka pilota wysunęła się skrytka. W jej wnętrzu znajdował się niewielki pendrive z napisem „Ściśle tajne”.
– Czy jest pan zadowolony?
– Jeśli zawartość się zgadza, to będę.
– To tak jak my. W interesach należy sobie ufać.
– Podobno – powiedział Pilot. – Dobrze, szybki restart komputera i znikam stąd. Miło się z Wami robi interesy.
– A dokumenty?
– Jasna sprawa, restart już się kończy.
Pilot sprawdził system. Komputer, jakby wyrwany z letargu, oznajmił:
– Uaktualniam nasze położenie, włączam rejestr. Jaki jest cel podróży, Pilocie?
– Chciałbym sprawdzić, czy z planety Alfa na prawdę nic nie zostało. W okolice Melmac poproszę!
– Tak jest – oznajmił komputer.
– Nie wybierałbym się tam na pana miejscu. Nic tam nie ma poza silnym promieniowaniem. Próbowaliśmy zbudować sklep w okolicy, ale nie był to trafiony pomysł. To galaktyczna pustynia.
– Przecież jestem podróżnikiem, a tacy podróżują. Pozwól, że sam sprawdzę.
– Oczywiście – odpowiedział robot.
– Proszę, wasze dokumenty. Nie zgubicie ich, są bardzo cenne.
Pilot przekazał robotowi książkę, któremu z radości zamigotały wszystkie diody.
– Pozdrawiam i owocnych poszukiwań – powiedział Pilot. Jego statek uniósł się w przestworza i zniknął z pola widzenia.
Robot stał niewzruszony, poddając książkę szybkiemu skanowaniu i próbie analizy danych.
– Pilocie, co się właściwie wydarzyło? – zapytał komputer.
– Zrobiłem małe zakupy, nic poza tym, czego byście mi nie obiecali, plus mały podarunek, gdybym chciał wrócić do domu.
– A czym zapłaciłeś?
– Dałem im książkę o Twardowskim. Sami chcieli.
– Przecież to legenda. Po co im ona?
– Jak widać nie legenda. Chcieli wiedzieć, gdzie jest. Troszkę ich zdenerwował.
– I zdradziłeś im jego położenie?
– Komputer, nie wiem, kto cię budował, ale każde dziecko wie, że Twardowski mieszka na Księżycu. Fortel polega jednak na tym, że nie wiadomo na którym. Wiele planet ma swoje księżyce. Gdyby mieszkał na ziemskim, te konserwy dawno by go znalazły. I jeszcze jedno: zmień kurs na coś bliżej naszej galaktyki. Gdy te ofermy się zorientują, że nadal nic nie wiedzą, mogą chcieć nas znaleźć.
– Ich sklepy są wszędzie. Ściągnął nas tak jak zrobili to ostatnio.
– Niekoniecznie, komputer, niekoniecznie. A teraz przygotuj mi krwistego steka i otwórz zimne piwo. Zapasy w ładowni. Zasłużyłem na nagrodę.
Pilot rozsiadł się wygodnie z kieszeni wyciągnął pendrive, na którym zapisany był algorytm przejmowania sterowania nad zbliżającymi się statkami. Znając kod, łatwo będzie go obejść – uśmiechnął się w duchu. Jego myśli skupiły się na Twardowskim. Jak ten przechera tego wszystkiego dokonał?