- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #42 Nieznajomy, Nieznajoma

Wyzwanie #42 Nieznajomy, Nieznajoma

Moi Drodzy,

 

Też Was obserwuję (jak w temacie wyzwania) – oczywiście tak portalowo, nie mam nadprzyrodzonych mocy, choć otwarcie przyznaję, że ostatni duch z SB to ja :) – i widzę, że cotygodniowe wyzwania pisarskie są potrzebne. Nie, nie sugeruję, że coś jest nie tak z Waszym pisaniem – wprost przeciwnie, pojawia się mnóstwo świetnych opowiadań. Dostrzegam w tym jednak pewien chaos, a gdzieś między wierszami widzę także wstyd, niepewność, potrzebę zauważenia i docenienia. Rozwój tylko przez publikacje w poczekalni jest czasem frustrujący.

Dla mnie wyzwania zawsze były miejscem, gdzie mogę spróbować krótkich form i różnych sposobów wyrazu, zanim użyję ich w opowiadaniu. Sporo z nas potrzebuje stymulacji, wyjścia ze strefy komfortu, ale na krótko, by zaraz potem zaszyć się w swoim pisarskim ogródku.

Wyzwania są wyzwaniami, ale bez spinki. Możemy się nawzajem z siebie pośmiać, pozachwycać, zaciekawić.

 

Jestem ciekawy, jakie będą losy reaktywacji wątku, ale cóż, ktoś musi spróbować.

 

Ponieważ zapewne zaskoczyłem Was wyzwaniem, to wyjątkowo potrwa dłużej, czyli do  Wielkanocy.

 

Wątek organizacyjny

Oceny

Wyzwanie #42 Nieznajomy, Nieznajoma

 

Każdy człowiek to kolejny świat do odkrywania, źródło wrażeń, historii, inspiracji.

Przypomnij sobie nieznajomego lub nieznajomą, który ostatnio zwrócił/a twoją uwagę, lub potraktuj to jako część wyzwania: obserwuj na ulicy, w autobusie lub pod sklepem nieznaną osobę i wymyśl jej historię. Co ma w sobie niezwykłego? Czy kupił dwadzieścia serków homogenizowanych dla kosmity, który mieszka w stodole? Może kiedyś zamiast gołębi karmił smoki? Dlaczego tak patrzy w dal, może za dużo tam widzi, cienie wszystkich przyszłych i przeszłych pokoleń? Może roześmiany chłopak, który bawi się z psem, będzie ostatnim obrońcą ludzkości i przypomni sobie ten dzień, zanim wciśnie wielki, czerwony przycisk zagłady? Czy tej dziewczynie z przystanku nie błysnęła przypadkiem rybia łuska zamiast kolczyka?

Skup się na opisie jednej scenki – może być alternatywą teraźniejszości lub wiązać przyszłość lub przeszłość z tym, co widziałeś/łaś.

Koniec

Komentarze

Już widzę lawinę pozwów o uporczywe obserwowanie od przypadkowych osób, a wszystko przeze mnie :P

Przyszła wiosna, czas wystawić nosy zza książek i telefonów. Kwiatków jeszcze wiele nie ma, a ludzie zawsze się gdzie kręcą!

 

 

 

Ale fajne! (Dajcie TARDIS!)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

<><

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

choć otwarcie przyznaję, że ostatni duch z SB to ja :)

zagadka w połowie rozwiązana. Pozostaje pytanie – jak stałeś się duchem? :P 

 

Fajnie, że wyzwania wracają!

Hm. Może to być ciekawie, do tej pory nie uczestniczyłem a już coś w głowie mam :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Ale fajny pomysł

Odczuwam coś w rodzaju dumy, że ten pomysł przetrwał tak długo :)

Na przystankach autobusowych można spotkać wiele dziwnych osób, zwłaszcza wieczorową porą. Mężczyzna przy drodze niczym się nie wyróżniał. Wysoki brunet w średnim wieku. Wyglądał na zamyślonego. Nawet nie podszedł do wiaty. Stał nieruchomo, z uniesionym kącikiem ust. Ubranie, fryzura, rysy twarzy – bezbarwne, a jednak przyciągał wzrok. Tak jak śpiący tygrys w zoo. Nieciekawy w tej konkretnej chwili, ale otoczony aurą czegoś niewypowiedzianego. Mężczyzna też sprawiał wrażenie kogoś, kim nie jest. Zupełnie jakby był stworzony do czegoś innego, mniej przyziemnego niż czekanie na autobus.

Jak wiele osób na przystanku, tak i ja zrobiłam ten bezsensowny ruch. Wyszłam spod wiaty i stanęłam przy drodze, zerkając na ulicę. Nie przyspieszy to przyjazdu autobusu. Ale nie to chciałam zobaczyć. Interesowała mnie twarz mężczyzny.

Odwrócił się, a nasze spojrzenia wpadły na siebie. Nie patrzył tak jak inni – od stóp powoli w górę. Jasnoszare oczy wbił we mnie – zimne i mokre, jak lód topniejący na szybie. Nie mogłam dostrzec nic prócz tego chłodu. Przypominał mi zmarzniętą ziemię, szron na źdźbłach trawy, nieprzeniknioną czerń w parku tuż za gałęziami ligustru.

Na nieruchomej twarzy dostrzegłam ruch. To język wysunął się i przejechał po cienkiej wardze. Zostawił mokry ślad, błyszczał w świetle samochodowych świateł.

Syk otwieranych drzwi autobusu wyrwał mnie z objęć szarych oczu. Weszłam do środka. Usiadłam od strony jezdni. Ile przejechałam przystanków, nim znalazłam siły, by spojrzeć na pasażerów? Nie wiem. Ale nie było go wśród wracających do domu zwykłych ludzi – tak cudownie normalnych.

Nim dojechałam na miejsce, uświadomiłam sobie, że mężczyzna czekał, ale z pewnością nie na autobus.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

marzanie, fajnie, że wyzwania wracają! Bardzie, zaintrygowałeś mnie! Fajne! :) Aż ciarki przechodzą! :)

 

Złooooooo ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Wow! Nie dość, że nieznajomy i nieznajoma w jednym, to jeszcze pisane z punktu widzenia kobiety.

Sprytne, Bardziejaskrze. Bardzo ładne to zdanie z wargą błyszczącą w świetle świateł, długo zostaje w pamięci czytelnika. Świetny jest efekt imersji, bo czytelnik również zostaje z takim obrazem przed oczami.

Opis zimna w spojrzeniu też super. Dla tego jednego miejsca warto było pisać całość!

To również ćwiczenie z uważności, nie tylko z pisania :)

 

Pierwsze koty za płoty!

 

I przeczuwałem, że będą erotyki. Ale że tak już na starcie?

 

Ponieważ sam też się bawię (w końcu wyzwanie to wyzwanie) zaraz wklejam scenkę, zaczętą w tramwaju, a kończoną w autobusie.

Długa, siwa broda złapana w połowie czarną kokardą jest pierwszym, co przyciąga uwagę. Sumiaste, kręcone wąsy zakrywają sporą część policzków, a w grubej, wełnianej czapce krępy mężczyzna wygląda jak szyper rybackiego kutra, tylko dać mu fajkę do ust. Zauważam więcej szczegółów: skórzane buty, znoszone, lecz wypastowane na połysk i gruba teczka, zapinana na pasek. Reszta stroju zupełnie nie pasuje do tego staromodnego sznytu: spodnie ze śliskiego materiału i sportowa kurtka wyglądają tak, jakby je gdzieś znalazł, albo w pośpiechu nałożył to, co akurat było pod ręką. Ma tylko jedną rękawiczkę, w dodatku grubą, narciarską, choć na krzewach wokół zielone listki wychodzą już nieśmiało z pąków.

Nerwowo przestępuje z nogi na nogę i marszczy brwi. Oczy na przemian kieruje na torowisko – wtedy są skupione, niczym u polującego ptaka – albo na stojących wokół ludzi, po których wzrok jedynie się prześlizguje. Im dłużej się mu przyglądam, tym bardziej dostrzegam więcej niż tylko pośpiech: w naprężonych palcach i sztywnych ruchach czai się niepokój.

Nadjeżdża tramwaj. Wsiadamy – ja powoli, bo przejazd na kolejny wykład do studentów to psi obowiązek, on szybko. Chwyta się kurczowo żółtej poprzeczki, patrzy przez szybę motorniczego, jakby mógł w ten sposób przyśpieszyć pojazd. Mijamy kolejne przystanki, ludzie wchodzą i wychodzą, czasem nas rozdzielają.

– Dzień dobry, proszę przygotować bilety do kontroli!

Głos wyrywa mnie z zamyślenia. Brodacz rozgląda się po wagonie, odsuwa jak najdalej od kontrolerów, ściska teczkę. Patrzy znów przez przednią szybę. Kontrola idzie sprawnie, zbliżają się do niego. W oddali widać już kolejny przystanek, lecz zmieniają się światła, tramwaj staje na skrzyżowaniu.

– Poproszę bilet do kontroli.

– Nie… nie mam biletu – mamrocze brodacz.

– W takim razie poproszę dokument tożsamości.

– Ja… ja muszę się dostać do Wawelberga!

Kontroler jest zdezorientowany. Brodacz również, robi krok, jakby chciał uciec, ale przecież nie ma dokąd. Rozbiegane spojrzenie trafia na mnie.

– Ja muszę się dostać do szkoły technicznej Wawelberga i Rotwanda, nie rozumie pan! – Pasażer cały drży. Mówi do kontrolera, lecz nadal patrzy mi w oczy.

Tramwaj rusza spod świateł.

– Spokojnie, może ma pan aplikację mObywatel? – pyta dźwięcznym głosem młoda kontrolerka.

– Nigdzie nie aplikowałem, nie czas na to, nie ma już czasu na nic, nie rozumie pani?!

Starszy kontroler kręci głową z dezaprobatą i wzdycha. Kobieta zdaje się mieć więcej cierpliwości.

Pojazd zbliża się do przystanku. Sprawdzam godzinę w telefonie, muszę się pospieszyć, studenci pewnie już są pod salą. Brodacz znów na mnie patrzy, a potem przenosi spojrzenie w dół.

Na teczce pojawia się szron. Błyskawicznie pokrywa skórę białymi igłami, rozrasta się niczym roślina na przyśpieszonym filmie. Żadne z pary kontrolerów tego nie widzi, są skupieni na twarzy brodacza, pewnie się boją, że ucieknie. A lód zmienia barwę na niebieską, potem fioletową, błyszczy, sięga rękawicy trzymającej teczkę.

Drzwi się otwierają. Odruchowo wychodzę na przystanek. Miga zielone światło, ludzie przepychają się do przejścia dla pieszych. Patrzę na to jak widz w teatrze: przecież stało się coś niezwykłego, muszę tam wrócić, drzwi się jeszcze nie zamknęły. Odwracam się, daję krok.

Niespodziewanie ktoś łapie mnie za ramię.

– Dobrze się pan czuje? Prawie wpadł pan pod tramwaj! – mówi studentka z troską w głosie.

Pod tramwaj? Patrzę zdezorientowany na puste tory. Pojazd właśnie zbliża się do przystanku: ta sama linia, ten sam model wagonu. Zapala się światło dla pieszych. Wydaje mi się przez chwilę, że na szynach tuż przed pojazdem widzę szron, ale tramwaj i tak rozjeżdża go ze zgrzytem.

Drzwi się otwierają. Para kontrolerów wysiada, rozmawiając wesoło.

Zielone światło zaczyna migać. Czas na mnie.

JolkoK, cieszę się, że jesteś! 

Może Koala75 też się skusi, on zawsze uważnie obserwuje i zmienia codzienność w niecodzienność.

Opis gościa z sumiastymi wąsami bardzo książkowy – dokładny, działający na wyobraźnię. Dorzucasz nerwowe zachowanie i już mamy pełny obraz. Minus tajemnicza teczka. A więc i jest haczyk. I ten siedzi mocno, działa na czytelnika. To właściwie idealna budowa tekstu. Opis postaci, umiejscowienie w świecie, dodanie działania i zaczepienie czytelnika w fabule :). Teraz rozłożyć to na 400 tysięcy znaków, dodać bohaterów pobocznych rozwinięcie i mamy powieść ;). A tak serio. Takie rozpoczęcie opowiadania, często przykrywa wolniejsze rozwinięcie akcji. A jeśli to się zaniedba to często opowiadanie zaczyna się dłużyć i nawet kozacki finał już go nie uratuje:). 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, żeby było zabawniej, w autobusie trafiło się jeszcze dziecko, które cały czas mówiło do siebie i coś liczyło. To były naprawdę długie liczby i skomplikowane działania.

Dzieci miały młode opiekunki z intensywnym makijażem, które tylko dbały, żeby tyle samo pociech wysiadło, co wsiadło. A ten jeden dzieciak, w pomarańczowej czapeczce wciąż liczył. Jego oczy wyglądały jakby pobierały dane.

Tylko ja pisałem już o brodaczu, który do trzeciego akapitu włącznie jest autentykiem, więc nie mogłem się rozdwoić :D

No dzieciak też ciekawe :). Ja przez 5 lat jeździłem tramwajem do pracy – 45 minut w jedną i drugą stronę. I faktycznie też widziałem sytuację na niejedno opowiadanie :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Tutaj mogę wstawić wyzwanie w komentarzu, tak? A tak apropos oba wasze opowiadania są bardzo fajne. Nie wiem czy napiszę coś tak dobrego.

Czarno Druga, miłościwie panująca władczyni mroku (albo wyklęta księżniczko, która kiedyś powróci po należne – zależy, co wolisz laugh)!

Zaiste, wstawiasz opowiadanko w komentarzu. I naprawdę nie chodzi o to, żeby zwyciężać, tylko żeby się dobrze bawić. To konkurs tylko z nazwy.

Wyzwanie to wyzwanie wewnętrzne. Dla każdego. Nie bijemy się na długość, urodę, koncept z innymi, tylko z pisarskim ja, wyobraźnią i weną.

 

Dobra, zabrzmi to biblijnie, ale ucieszy mnie bardziej jeden akapit “świeżynki”, niż dwie strony weterana. I nawet to zdanie też nie oddaje idei w pełni, bo nie ja się mam cieszyć, ani pozostali “strażnicy” wątku, tylko Wy się macie cieszyć. Ja tylko animuję cheeky

 

To mi przypomina, że OldGuard coś wspominała o pojedynkach. Tam będzie miejsce na bitwy na styl. Tutaj mamy piaskownicę. Więc proszę nie rzucać za mocno zabawkami laugh

 

Ja wczoraj w komunikacji bawiłem się świetnie obserwując ludzi. Jak zobaczycie ludka, który siedzi ze srebrnym laptopem z naklejką Pusheena i się na Was gapi, a potem stuka w klawiaturę, to ja. 

Tak, podpisuje się pod przedmówcą. Ten wątek powstał z myślą o nauce, szlifowaniu warsztatu. Nie chodzi o to by ocenić, który tekst jest najlepszy ale by cos wyciągnąć z nich dla siebie :). Ja też wrzuciłem mój tekst, bo lubię wyzwania i by zachęcić innych do dodawania swoich scenek :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Najdroższy marzanie. Jaśnie wielmożną matronę, zwaną Czarną Drugą, po twoim, jakże przychylnym i miłym komentarzu, trochę zatkało, albowiem nie spodziewała się. Dlatego też nie będzie rzucać zabawkami, tylko słowami, ażeby nikomu krzywdy nie zrobić. Pozdrawiam serdecznie. Czarna2

Bardjaskier, dziękuję za odpowiedź. Ja również lubię wyzwania, bo jest praca nad własnym warsztatem i próba okiełznania weny, zmuszenia jej by była zawsze bez względu na nasze samopoczucie i chęci do pisania.

Też coś dziś skrobnę, chyba w duchu znakomitej pogody, która nas zaszczyciła! (to napisałem by na siebie narzucić presję, aby to skrobnąć heh)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Bardzie,

 

czy bohaterka spotkała reptilianina? Chociaż wtedy koniuszek języka powinien chyba być rozdwojony? 

 

marzanie,

 

widzę, że poszedłeś w horror: 

 

– Dzień dobry, proszę przygotować bilety do kontroli!

 

Czyli nawet w tramwaju można spotkać podróżników w czasie, trzeba tylko dobrze patrzeć? :)

 

 

Czekam na kolejne teksty, sama też coś z przyjemnością skrobnę! 

 

To mi przypomina, że OldGuard coś wspominała o pojedynkach. Tam będzie miejsce na bitwy na styl. Tutaj mamy piaskownicę. Więc proszę nie rzucać za mocno zabawkami 

Tego też się nie mogę doczekać, ale najpierw niech może rozkręci się jedna zabawa :D

Zostało już niewiele małych sklepików osiedlowych, ale te, które jeszcze działają, mają swój klimat. Skrzynki z warzywami, kasza na wagę, zapach świeżego kopru i kiszona kapusta w beczkach. Przed świętami kolejka wychodzi na zewnątrz sklepiku. W takich właśnie okolicznościach spotkałam Babuleńkę.

Sprawiała wrażenie wątłej i delikatnej. Chudzinka, na szczupłych nóżkach. Może półtora metra wzrostu. Brązowy płaszczyk, torebka na ramieniu. W dłoni trzymała zwiniętą chusteczkę, którą ocierała co chwila spływające łzy. Ale spokojnie, nie płakała. To od słońca i wiatru. Kapelusz miał już lata świetności za sobą, a mimo to wciąż dodawał jej tej ponadczasowej klasy. Najpiękniejszą Babuleńka miała jednak twarz. Poorana zmarszczkami, bladziutka, ale w oczach miała takie ciepło i dobro. Stała sobie spokojnie i czekała na swoją kolej. Widać w niej było tę wyuczoną przez lata cierpliwość. Pewnie z takim samym spokojem otulała swoje wnuczki grubą pierzyną. Kroiła im ogromne pajdy świeżego chleba. I oczywiście zawsze im oddawała piętki. Pytała, na co mają ochotę i tłumaczyła ich matce, że to wcale nie jest rozpieszczanie. Robiła im placki ziemniaczane z cukrem, tłuczone ziemniaki podsmażane ze skwarkami ze słoniny. Piekła podpłomyki na kominie. W zimne dni kazała wnuczkom siadać na lepce, żeby się zagrzały. Herbata od niej była tak słodka, że aż gęsta. Piekła sernik z rodzynkami, a te rodzynki to nawet były smaczne. Umiała przygotować twaróg w tetrowej pielusze i z niego później najlepsze na świecie naleśniki z serem. Babuleńka na pewno miała gdzieś odłożone z emerytury po dziesięć złotych dla każdego ze swoich wnucząt. A w Wielką Sobotę przyjdzie do niej któraś z wnuczek po koszyczek i zaniesie go do poświęcenia. Kiedy wróci do domu z zakupów, pewnie zrobi sobie herbatę i usiądzie w fotelu przy ławie. Włączy sobie serial i będzie cierpliwie czekała, aż ktoś ją odwiedzi. Na kredensie poustawiała zdjęcia wszystkich swoich dzieci i wnuków. Nad nimi oczywiście zawisł obraz z papieżem, za którym zaczepione zostały gałązki brzozy z ostatniej procesji na Boże Ciało.

Kiedy tak patrzyłam na Babuleńkę, usłyszałam dość głośny dzwonek telefonu. O dziwo, to właśnie ona wyjęła z torebki całkiem nowoczesnego smartfona. Poczułam się jak zbudzona z odrętwienia.

– Halo! Mówiłam ci, stara kurwo, że masz już do mnie nie dzwonić. Nic ci nie przepiszę.

Wkładając smartfona do torebki, jeszcze powiedziała:

– A jebał was wszystkich pies.

Nie jestem pewna, czy wszyscy wiedzą, co to jest lepka laugh przy kuchniach kaflowych było to takie siedzisko, może półka. W każdym razie było ciepłe i na tym się siedziało smiley

OldGuard – Nie wiem, może, a może ktoś znacznie bardziej przyziemny.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

UnaBomba – sprytny zabieg z telefonem. Opis babci świetny, choć w mojej ocenie za długi. Najpierw się rozmarzyłem, a potem zacząłem coś podejrzewać – autor za bardzo chce bym uwierzył w ten obraz :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

UnaBomba, na końcu tekstu jest prawdziwa bomba :) 

Fajnie malujesz obraz Babuleńki, przechodząc od tego co widzimy (zewnętrza) do tego co nam się wydaje. I o ile przy zewnętrzu po prostu dokumentujemy, a ewentualne błędy nie mają znaczących konsekwencji (choć szata czyni człowieka) to im dalej wchodzimy na nieznany grunt i zgadujemy, tym bardziej dajemy się złapać oczekiwaniom. O tym właśnie pomyślałem.

Czy opis za długi… a może metafora tego, jak daleko można zabrnąć w wyobrażaniu sobie czegoś, czego nie ma :)

Chyba dobre wyzwanie dla Ciebie, bo w tekstach też obserwujesz i zaginasz rzeczywistość :)

To ja też chętnie podejmę się wyzwania. Tylko ostrzegam, że mój fragment jest nieco mroczny… Ale nic nie poradzę, czasami mam takie rozkminki, zwłaszcza gdy nasłucham się podcastów kryminalnych.

 


Jedzie sobie tramwajem. Tak po prostu, jakby nigdy nic. Skurwiel.

O, patrzcie państwo, ustąpił miejsca staruszce. Jaki miły chłopak. Pewnie też mówi "dzień dobry" na klatce. Porządny facet, zawsze czyste buty ma. Głupie, naiwne baby.

Wczoraj wieczorem w parku nie był dla mnie taki miły. Nawet nie udawał, że zamierza zapytać o godzinę, o drogę. Zresztą, kto teraz pyta o takie rzeczy, każdy ma komórkę. I po co udawać, skoro wiedział, że i tak nikt nie zareaguje. Ludzie mają swoje problemy, na co im kolejny kłopot?

W pierwszej chwili myślałam, że jednak przeżyłam, że po prostu odzyskałam przytomność. Wstałam, drżąc ze strachu i obrzydzenia. Chciałam poprosić o pomoc ludzi spacerujących parkiem. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Dopiero gdy ściągnęłam torebkę jakiejś pani, a ta tylko ze zdziwieniem podniosła ją z ziemi, rozglądając się i… nie zauważając mnie, dotarła do mnie ta straszna prawda. Podbiegłam do witryny najbliższego sklepu i nie ujrzałam w niej swojego odbicia.

Najbardziej wkurza mnie, że nic nie mogę zrobić. Nikt mnie nie słyszy, nikt mnie nie widzi. Tyle razy chciałam go uderzyć, ale nic nie poczuł, może jakiś lekki podmuch wiatru, na który nikt normalny nie zwraca uwagi. Mam wrażenie, że jestem we śnie, ręce są takie ciężkie i chcę, naprawdę chcę mu zrobić krzywdę, ale on nic nie czuje! A to on powinien nie żyć, nie ja.

Będę go śledzić, aż czegoś nie wymyślę. Nie odpuszczę. Zresztą, co mam innego do roboty? Do pracy już nie muszę chodzić, nie mam bliskich, przyjaciół, rodziny.

Wysiada na przystanku, ja też wysiadam. Idzie sobie w płaszczu i czarnych butach, pan ważniak. Dziewczyny się oglądają za nim. Żeby one wiedziały… Przestań się gapić na niego, głupia dziewucho! To morderca.

Staje na światłach, ja też staję. Zaskoczona słyszę szczekanie psa.

Odwracam się i widzę, że pies… szczeka na mnie. Wyczuwa mnie. Ludzie rozglądają się zdezorientowani, właściciel przyciąga smycz do siebie.

– Głupi pies! – wyzywa mądre zwierzę.

Pies nieco potulnieje, ale nie spuszcza ze mnie wrogiego wzroku.

Uśmiecham się do psa. A potem do mojego wczoraj poznanego "znajomego", który właśnie wchodzi na pasy.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

To ja też! :)

 

 

Nie po raz pierwszy zwróciłam uwagę na kobietę z kurą. W kawiarence, gdzie stoliki stały na zewnątrz cały rok, zajmowała zawsze miejsce dalej od drzwi. Obserwowałam ją z ciepłego wnętrza i zastanawiałam się, jak udaje jej się nie marznąć. Była nawet dość elegancko ubrana, choć nieco staroświecko. Szaroniebieski płaszczyk był schludny a kapelusik z woalką i granatowym kwiatkiem zabawny. Piła kawę w jakiś taki niespieszny, dystyngowany sposób. Gdy padało, miała ze sobą parasolkę w chabry. No i kurę. 

Dzisiaj pogoda dopisała, kobieta w kapeluszu jak zwykle usiadła przy stoliku z gorącą kawą. Ptak siedział jej na kolanach. Lekko rozbawiona zauważyłam, że kura też popija z filiżanki, małymi łykami wprowadzając do dzioba parujący napój. Przyjrzałam się lepiej i zdumiona dostrzegłam, że poruszenia dzioba kury i ust kobiety układają się w następujące po sobie sekwencje. One ze sobą rozmawiały!

Z dalszej obserwacji wywnioskowałam, że ptak zrobił się napastliwy a nieszczęsna dama się broni. Kura stała już na stole i podskakiwała agresywnie w stronę swej pani. Wstałam, gotowa przyjść z pomocą komuś, kogo przecież nie znałam, ale jednak darzyłam sympatią. Zanim jednak wyszłam na zewnątrz i podeszłam do stolika, kobieta zdołała obezwładnić kurę, wsadzić ją do torebki i zasunąć zamek. 

– Wszystko w porządku? – spytałam, bo zobaczyłam ślady po dziobie na jej twarzy. 

– Och i tak mi pani nie uwierzy! – wykrzyknęła dama w przekrzywionym kapeluszu. 

– Ależ proszę tak nie mówić! Co się stało? – dopytywałam się, coraz bardziej zaciekawiona. 

Odstawiła torebkę dwa stoliki dalej, tak jakby nie chciała, by kura ją słyszała. 

– To obcy, który zamieszkał w ciele ptaka. Żąda kofeiny, bo to trzyma go przy życiu. Jednak udaje mi się go oszukać. 

– Jak?

– Zamawiam bezkofeinową! -wykrzyknęła dumnie kobieta, po czym trwożnie obejrzała się na torebkę. 

– Muszę już iść. Do widzenia – dodała już po cichu i oddaliła się. 

Kura próbowała się uwolnić. Niestety, bez powodzenia. Nikt już zapewne nie zainteresuje się, że jest trzymana wbrew swej woli przez międzygalaktyczną księżniczkę, która dała jej świadomość i rozkazała zabawiać, strasząc istoty ludzkie. Życie jest okrutne!

Holly

 

Mamy tu scenkę z duchem. Całkiem ciekawą ale nie widzę opisu postaci. Chyba bardziej skupiłaś się na fabule niż na zadaniu :). 

 Podbiegłam do witryny najbliższego sklepu i nie ujrzałam w niej swojego odbicia.

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

UnaBomba – super opis! Przypomniałaś wszystkie fajne rzeczy z dzieciństwa! Koniec mnie rozwalił, bo oczekiwałam jakiejś fantastycznej volty, a tu taka niespodzianka! :D Ale czytało się dobrze! Babuleńka stanęła mi przed oczami, jak żywa! :)

Holly – brrr, ależ przygoda! W krótkiej formie udało Ci się zawrzeć krótkie opowiadanie! Ile tu się dzieje! Oczywiście zabrakło mi zemsty, słodkiej i kojącej niespokojnego ducha, ale to już by było zbyt długie! :)  

 

Jolka :)

 

W kawiarence, gdzie stoliki na zewnątrz stały cały rok, zajmowała zawsze miejsce dalej od drzwi.

 

Zajmowała miejsce z dala od drzwi, w kawiarence z stolikami na zewnątrz. 

 

Obserwowałam ją z ciepłego wnętrza i zastanawiałam się, jak udaje jej się nie marznąć.

 

Trochę brakuje mi odniesienia do opisu ubrania – bo nic nie wskazuje by mogło być jej zimno. 

 

Była nawet dość elegancko ubrana, nieco staroświecko, ale szaroniebieski płaszczyk był schludny a kapelusik

 

Co ma staroświecki do kolorów :D. Może lepiej – Była nawet dość elegancko ubrana, nieco staroświecko. Szaroniebieski płaszczyk był schludny a kapelusik

 

Dzisiaj nie padało

Może – Dziś świeciło słońce – by uniknąć powtórzenia :)

 

Dzisiaj nie padało, kobieta w kapeluszu usiadła przy stoliku ze swoją kawą

Kura stała już na stole i podskakiwała agresywnie w stronę swej pani.

Może – właścicielki 

Ciekawa pani z kurą :) Intrygująca jako wariatka, która myśli, że ma kosmitę w kurze – wyjaśnienie, chyba już mniej ciekawe. Ja bym zostawił czytelników z niedopowiedzeniem ;). Tym bardziej, że siękoza się wkradła :P 

 

Kura próbowała się uwolnić. Niestety, nie udało się. Nikt już zapewne nie zainteresuje się, że jest trzymana wbrew swej woli przez międzygalaktyczną księżniczkę, która dała jej świadomość i rozkazała zabawiać, strasząc istoty ludzkie. Życie jest okrutne!

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Holly, wyobraziłem sobie epilog: kolejnego dnia w tramwaju dwójka nastolatków komentuje z wypiekami na twarzach wstrząsający film, nakręcony przez przypadkowego przechodnia. Młody pisarz (kryminałów oczywiście) rozszarpany przez stado bezdomnych psów laugh

 

Ale za to kura Jolki… kura jest przecudowna i od razu przypomniała mi gadającego mopsa z Men in Black! 

To opowiadanko bardzo wciąga, aż wystygła mi herbata!

W ostatnim zapisie dialogu można się sprzeczać, czy dołączyć kwestię dialogową do poprzednich didaskaliów. W tej wersji akcentujemy to, że minął czas od ostatniej wypowiedzi damy z kurą, ale “leniwy” czytelnik w kolejnej kwestii dialogowej spodziewa się narratora. Z kolei w wersji złączonej, bez nowej linii, leniwy czytelnik się nie gubi, ale nie będzie zaakcentowane rozdzielenie czasowe.

Jak mam takie miejsca w opowiadaniu, to się zawsze ktoś doczepia, wszystko jedno jak to zapiszę :)

bardzie – Ty to potrafisz tworzyć niepokojące kreacje… Jednym zdaniem. A to ktoś się obliże, a to wsadzi rękę do zlewu z krwią. Z braku lepszego słowa – “triggery” wychodzą Ci znakomicie.

marzanie – nie wiem dlaczego, ale spory niepokój we mnie zasiałeś tym tekstem. A że zdarza mi się zawiesić swój system operacyjny, szczególnie dziś baczyłem, by nie wpaść pod jakiś wehikuł szynowy. Ale też lubię sobie dopisać historię do ludzi w środkach transportu publicznego. Choć różnią nas miasta, to jakby ktoś się gapił na Ciebie, kiedy Ty się na niego gapisz, to może będę ja :)

UnaBomba – ależ samo życie wycisnęłaś z tego fragmentu! Zarówno poezję codzienności, jak i brutalną rzeczywistość. Piękne!

Holly – jakoś bardzo kojarzy mi się z Twoim pisaniem ten początek.

Jedzie sobie tramwajem. Tak po prostu, jakby nigdy nic. Skurwiel.

Zresztą całość też. No i antyludzkie jak zawsze. Gdybyś była Wielką Zegarmistrzynią, nie postawiłbym wiele na przetrwanie ludzkości :). Ale za to zwierzątek tak!

Ale smutno być bezradnym duchem jednak…

Jolu – kuuuurczę (nomen omen XD) jakie to odjechane! Wspaniałe! Ile wielkich rzeczy może kryć się w takiej kurze, skądinąd potomkini dinazaurów przecież.

 

Zaraz dołożę coś od siebie :)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

W czasie deszczu wszystko jest głośniejsze. Koła samochodów brutalnie szumią o mokrą jezdnię, a krople bębnią o chodniki i parasole. Ludzie kryją twarze pod kapturami, by nie oberwać wodą po oczach. Świat zmysłów jest przytępiony w sam raz na tyle, by ktoś wkradł się do niego niepostrzeżenie.

Przechodzień mógłby go dostrzec, gdyby podniósł wzrok wbity w szarość chodnika. Tylko na ulotną chwilę, być może nawet niewartą odrębnej myśli, tak trudnej do wydobycia z umysłu w ponure poranki.

Jednak tylko podczas deszczu można go prawdziwie zobaczyć i usłyszeć. Jedynie teraz nie stapia się z morzem podobnych mu osób. Wyłącznie ulewny poranek podnosi kurtynę spoczywającą na jego osobie i odsłania go dla widowni zwykłego świata.

Koła wychudzonego rydwanu szumią i rozbryzgują kropelki wody, część z nich wyrzucając w górę, jakby były piłeczkami do żonglowania. Amortyzatory wydają żałosny, upiorny jęk przy każdej nierówności, pozbawione cennego nasmarowania przez wodę, która wślizguje się w ich mechanizm. Hamulce skrzypią jak za bardzo odgięta blacha.

Pokraczny, lekko przygarbiony jeździec. Parę odblasków rozjaśnia jego długi strój – narzuconą czarną pelerynę, w której dobrze wyglądałby bohater, ale nie zwykły uczestnik ruchu. Po odpornym na wodę materiale spływają mokre strużki. Kaptur kurtki wciśnięty pod kask jak misiurka pod kapalin. Z tyłu zawieszona sakwa, skrywająca skarby, a może po prostu obiad.

Przemyka i już go nie ma, znika w codzienności. Smutny rycerz szarych dni.

Jedzie dalej, na chwilę tylko będąc uchwytnym w spojrzeniu przechodnia. Szaleniec. Uparty podróżnik między światami. Bohater?

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

marzanie, bardzie, beeecki, dzięki za wskazania i opinie, zaraz coś tam wyedytuję i poprawię. Trochę na szybko pisałam i proszę! No, ale po to tu piszemy! :)

marzanie, tramwaj zwany pożądaniem ułudą, myślę, że bohater miał dużego kaca, chociaż te szpony i szron… przekonujące! :D

Ooo, beeeecki, fajne! Jest nastrój! I ten deszcz! Słyszę szum deszczu! :) 

pozbawione cennego nasmarowania przez wodę – brzmi jakby woda smarowała… tak miało być?

Opis szalonego podróżnika/wędrowca sam jest szalony – długa peleryna, kurtka i kask i jeszcze sakwa. Podoba mi się! :)

Przystanek, wciśnięty między szarawe fasady z wielkiej płyty, z całą pewnością nie uchodził za miejsce w którym lubiał bywać. Młodzieniec, lat około trzynastu, o aparycji wybitnie niesportowej, z lenonkami na nosie, starał się zająć na umazanej markerami ławce jak najmniej miejsca. Wtopienie się w tło niestety się nie udało, gdyż zza rogu wiaty wyłoniła się trójka starszych o kilka klas – jak później ich rozpoznał – koneserów używek, przejawiających wybitne zdolności w dziedzinie pozaszkolnych wymuszeń i przedwczesnego nałogu tytoniowego.

– Masz szlugi? – spytał największy z nich, osobnik o twarzy nieskalanej choćby i cieniem myśli, wysuwając na pierwszy plan argument w postaci zaciśniętej, brudnej pięści.

– Nie mam – wydukał okularnik, wciskając chude ramiona głębiej w ortalionową kurtkę. – Nie palę.

– A hajs masz? – włączył się drugi, plując rzadką śliną pod zdeptane sneakersy. – To se sami kupimy w kiosku. Dawaj portfel, bo wpierdol dostaniesz.

Zanim jednakże uliczni negocjatorzy zdążyli poddać małoletniego gwałtownej i mało estetycznej modyfikacji rysów twarzy, z cienia za rozkładem jazdy wyłonił się mężczyzna. Starszy, odziany w elegancki płaszcz, z którego wystawał równie elegancki garnitur.

– Zostawilibyście chłopaka w spokoju – rzucił chłodno, a ton jego głosu, niepokojący głęboki i spokojny, sprawił, że trzem agresorom nagle i całkowicie niewytłumaczalnie zaschło w gardłach.

Spojrzeli w oczy nieznajomego. Poniekąd musieli dostrzec w nich obietnicę na tyle nieprzyjemną, iż natychmiastowo odstąpili od swych zamiarów, ewakuując się znacznie bardziej odważniej, niż odważni byli w momencie składania chłopakowi propozycji nie do odrzucenia.

Mężczyzna zbliżył się.

– Cały jesteś? – zapytał, wsuwając dłonie do głębokich kieszeni.

Młodzieniec skinął głową, pociągając głośno nosem. Poprawił zsunięte na czubek nosa okulary.

– T-tak. Tylko… podarli mi bilet. Taki miesięczny. Wyciągnęli z kieszeni i po prostu podarli…

Nieznajomy uśmiechnął się, chociaż w grymasie, nie sposób było doszukać się przesadnie wielu pokładów empatii.

– Żaden to kłopot. Masz przecież własny.

Chłopak zamrugał za zaparowanymi szkłami, wyraźnie zbity z tropu, gdy dostał do ręki szorstką, małą kartkę z dziwnym, żarzącym się napisem, którego odczytać nie potrafił. 

– A pan? Przecież zaraz będzie autobus…

– Ja takowego nie potrzebuję – odparł mężczyzna, a dźwięk otwierających się z głośnym sykiem pneumatycznych drzwi Ikarusa, który bezszelestnie i niespodziewanie wyleciał z mgły, zagłuszył resztę słów. – Wskakuj, to chyba twój.

Młodzieniec przestąpił próg pojazdu, przeskakując nad kałużą błota. Spadł mu ten bilet.

Wzrok jego padł natychmiast na podłogę z popękanego, brudnego linoleum, gdzie poniewierał się bilet. Schylił się z ociąganiem. Palce zacisnęły się na szorstkim papierze.

Podłoga nagle przestała przypominać linoleum.

Faktura ustąpiła podeszwom, przeistaczając się w nienaturalnie bazalt zimny tak bardzo, że aż poczuł go przez podeszwę trampek, zaś warkot silnika utonął w ogłuszającej ciszy. Chłopak wyprostował się gwałtownie. Nie uświadczył by już rzędu plastikowych siedzeń, których raczej nie można by szukać w cieniu ociekających zielonym śluzem monolitów, a ich geometria była zgoła inna niż te, które widywał na lekcjach geografii. Nad głową rozpościerał się czarny jak agat bezmiar przestrzeni. Nie było księżyca. Ani żadnych innych gwiazd i konstelacji, które znał.

Krok! Drugi. Ziemia drgnęła.

Zauważył dużą, stożkowatą budowlę. Przypomniał sobie, że podobne widywał na lekcjach, gdy pani Wisławska opowiadała o starożytnym Sumerze. Zigguraty się nazywały. Zza tej ogromnej budowli, nagle wyłoniła się masa, na widok której chłopak cały zzieleniał. Cielsko, będące mokrym koszmarem utkane z wijących się macek, gumowatych łusek i dziesiątek wpatrzonych w niego ślepi, dźwignęło się, całkowicie zasłaniając gwiazdy na niebie. Wyciągnęło łapsko w jego stronę.

Chłopak obrócił się na pięcie, drżąc od nienaturalnego zimna. Biegł przed siebie, potykając się o własne nogi i łapiąc łapczywie powietrze. Krawędź zdradzieckiego kamienia pochwyciła jego but.

Twarz uderzyła o posadzkę, a przedwieczny mrok pochłonął wszystko.

Odcknął się widząc tylko bezmiar kosmicznej pustki.

– Znowu nie spał po nocach! – Głos matki wdarł się mu do uszu dotkliwiej niż możliwy wpierdol od kolegów. – Tylko te diobły z czornymi rogami by czytał w kółko, a do szkoły to kto wstanie?! Andrzej obudź go kurwa, bo zaraz ja tam pójdę i tym razem z pasem, bo nie wytrzymam już z tym gnojem!

Chłopak wciągnął ze świstem powietrze, wyrywając się z koszmaru, i usiadł gwałtownie łóżku. Zamrugał gorączkowo i przetarł oczy.

To był… tylko zly sen.

Zwlekłszy się z łóżka, wyjrzał na korytarz, gdzie jego ojciec dyskutował przez uchylone drzwi z akwizytorem, odzianym w znajomy, elegancki płaszcz. Matka, krzątała się z kuchni. Spojrzała na niego szybko, przerywajac krojenie ogórka.

– No wreszcie, wstał śpiący królewicz!

Chłopak jednak patrzył w stronę drzwi. Mężczyzna z przystanku uśmiechnął się do niego bez krztyny ciepła i miękko zamknął za sobą drzwi z tamtej strony.

Ojciec odwrócił się i poszedł do kuchni, zostawiając jakąś ulotkę którą położył na witrynie. 

Chłopak podszedł i go wziął. 

Szorstki kartonik biletu, na którym wypaczonym, bluźnierczym pismem widniało jaskrawe:

 

Zapraszam ponownie :)

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Nie będę dzisiaj krytykować. Skupię się na tym co było fajne :)

@beeecki :) Miło cię znowu wiedzieć. Bardzo barwne i ciekawe te metafory związane z dźwiękami samochodu, choć nie jestem pewny czy amorki jęczą, ale reszta fajna :)

@bard, akurat twoja scenka obok rzeczonego niżej marzana troche podobna do mojej to też przeczytałem ze szczególną uwagą. Super się czytało :)

@UnaBomba – zawuażyłem, że masz swój unikalny styl związany mocno z brutalną doczesnością naszego narodowego padołu i przyznaję, że niektórymi wulgaryzmami robisz mi banan na twarzy, jak ten na końcu szorciaka :)

@JolkaK – Tekst na grarnicy groteski i surrealizmu, ciekawy choć nie moje klimaty, lecz puenta była kapitalna :)

@Marzan – każdy tekst, który wrzucisz, to bije od ciebie klasa. W tym również. Czytałem z wielkim zainteresowaniem i trochę na myśl mialem scene z filmu “Shaazam!”(jedynki) gdy chłopak spotkał w podobnej scenie tego czarodzieja :) 

@Holly, twój tekst mi się podobał najbardziej. Bo wahałem się czy marzanowy czy bardowy. Aż znalazłem twój.

Jedzie sobie tramwajem. Tak po prostu, jakby nigdy nic. Skurwiel. – to było fajne :)

Btw. liczyłem, że psa zabijesz, bo było ciekawie i interesujacy twist :)

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Niedawny deszcz zmył brud z drogi. Powietrze było świeże, a światła nielicznych latarni odbijały się w mokrej ulicy.

Przystanek był pełen ludzi.

Starszy mężczyzna z teczką, stojący od dłuższego czasu nieruchomo. Facet o brzydkim spojrzeniu, który nerwowo palił odpalając papierosy jeden od drugiego. Matka z dzieckiem biegnącym dookoła niej, wskakującym w co większe kałuże.

– Córciu. – Starczy głos oderwał mnie od oglądania trójki przyjaciół.

Przeniosłam spojrzenie na kobietę o ziemistej cerze i pobrużdżonej twarzy przypominającej korę bardzo starego drzewa. Siwe włosy zakrywała związana pod szyją kwiecista chusta. Ubranie stare, wysłużone, niezbyt czyste i dłonie z palcami powykręcanymi niczym korzenie starego dębu. Obok niej stały tobołki związane byle jak. Siatki z Biedronki wypchane pustymi puszkami i starymi szmatami, a wokół unosił się smród przypalonego mleka i sików kota.

– Zobaczyłabyś mi rozkład jazdy, bo nie widzę małych literek – powiedziała niemal przepraszającym tonem.

Jakoś nie mogłam w to uwierzyć, bo nie pasujące do wyglądu bystre, chabrowe oczy wpatrywały się we mnie z uwagą.

Powoli wstałam i przeszłam dwa metry do gabloty.

– Jaki numer?

– Obojętnie – odparła, jeszcze bardziej przepraszająco.

– Za dziesięć minut do Ochodzy.

Wróciłam na swoje miejsce i próbowałam oglądać czekających na przystanku.

– Ludzie stracili wiarę w starych bogów, na rzecz nowego bożka – powiedziała nagle, a ja wywróciłam oczami.

Znowu trafiłam na jakąś dewotę, która teraz się nie odczepi.

– A to bożek zły, bezlitosny. Lubujący się w cierpieniu innych – ciągnęła dalej. – Całe te internety pragną śmierci człowieka.

Udawałam, że jej nie słyszę. Wpatrywałam się przed siebie. Dlaczego zawsze miałam to szczęście, że przyczepiają się do mnie wariaci uważający internet za osobę mającą władzę nad ludźmi.

Dziecko nadal skakało wokoło matki, która gapiła się w telefon. Facet z papierosem miał upiornie oświetlona twarz przez wyświetlacz smartfona, a gość z teczką na laptopa ściskał go mocno pod pachą.

– Jest wiecznie głodny, wiecznie głodny – mamrotała staruszka zbierając swoje tobołki gdy autobus podjeżdżał. Kołysząc się jak kaczka wsiadła z nimi.

Dopiero jak drzwi się zamknęły zauważyła, że została jedna siata. Zerwałam się sięgając po nią. Uszy były lepkie.

Wskoczyłam do autobusu, bo kierowca otworzył jeszcze drzwi. Nie zdążyłam już wysiąść, bo ruszył.

Rozejrzałam się za staruszką, ale jej nie było. Stałam tam absolutnie wściekła na siebie i zaskoczona nagłym zniknięciem kobiety. Odjechaliśmy może dwieście metrów, gdy usłyszałam straszliwy huk. Dźwięk gięcia się metalu i krzyki ludzi. W miejscu gdzie był wcześniej przystanek leżał przewrócony na bok tir, z którego się dymiło. Miał wygięte blachy, a jeden z metalowych słupków wiaty wbity był w kabinę. Ściekała po nim gęsta krew. Jak na zwolnionym filmie widziałam biegnących ludzi. Większość robiła zdjęcia, nagrywała filmiki, ktoś dzwonił na sto dwanaście, inny próbował kogoś wyciągnąć, a jeszcze inny wymiotował.

– W świętym gaju pod starym dębem, śpi wojownik z mchu i kory. Nadejdzie czas, że zbudzi starych bogów. – Gdzieś wewnątrz głowy rezonował głos staruszki. – Oni pokonają bożka.

Miałam powiedzieć, że to nie jest bożek ale zamiast tego mruknęłam:

– Nie ma gaju.

- Córciu, córciu. Jest tutaj. Zawsze był. – Poczułam szturchnięcie w serce.

Beeeecki – opis dość tajemniczy ale też klimatyczny. Użycie dużej ilości metafor daje te poczucie tajemnicy. Fajne choć uważałabym z nadmiarem. 

 

Melendur88, Czarna – macie podobne teksty :). Trochę szkoda, że skupiacie się bardziej na historii niż opisie nieznajomego. Za to czy to pojawienie się starszych bogów czy też przejście do ich świata we śnie, jest ciekawe :). Fajne szorty :) Właściwie moglibyście je połączyć w jeden ;) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka